Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Ile razy można zaczynać życie od nowa?
Można ważyć ponad 160 kilogramów, schudnąć kilkadziesiąt, a później znowu wszystko stracić. Można przez lata przekonywać samego siebie, że alkohol nie jest problemem, choć coraz więcej rzeczy mówi coś zupełnie innego. Można podejmować złe decyzje, uciekać, wracać i wiele razy obiecywać sobie, że od jutra będzie inaczej.
„Człowiek, którym się stałem” to autobiograficzna historia człowieka, który przez lata próbował znaleźć swoje miejsce i wielokrotnie zaczynał wszystko od początku.
Jest tu uzależnienie od alkoholu, życie z otyłością, utrata ponad 60 kilogramów, powroty do starej wagi, praca za granicą, muzyka, relacje, śmierć bliskich, błędy i decyzje, których konsekwencje czasem ciągnęły się latami.
To nie jest jednak historia wielkiej przemiany zakończona słowami: „od tej pory wszystko było dobrze”.
Bo nie było.
Nie jest to również poradnik ani gotowa recepta na to, jak przestać pić, schudnąć czy poukładać sobie życie.
To po prostu prawdziwa historia.
Czasami trudna, czasami niewygodna, momentami absurdalna. Opowiedziana bez robienia z autora bohatera i bez udawania, że wszystkie problemy zostały raz na zawsze rozwiązane.
Bo zmiana nie zawsze wygląda tak, jak pokazuje się ją na zdjęciach „przed i po”.
Czasem człowiek robi ogromny krok do przodu, później kilka do tyłu, popełnia te same błędy i kolejny raz próbuje się pozbierać.
Nie ma gwarancji, że już nigdy nie upadnie.
Jest tylko to, co zrobi, kiedy znowu przyjdzie mu wstać.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 453
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Mateusz Niedźwiecki
Człowiek, którym się stałem
© Copyright by Mateusz Niedźwiecki, 2026
Wydanie I
Wydawca: Mateusz Niedźwiecki (self-publishing)
Skład i łamanie: Sęcolophontudio Grafpa, www.grafpa.pl
Projekt okładki: Studio Grafpa, www.grafpa.pl
ISBN: 978-83-980876-3-6
Miejsce wydania: Uherce Mineralne
Rok wydania: 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Żadna część niniejszej publikacji nie może być powielana ani rozpowszechniana w całości w jakiejkolwiek formie ani w jakikolwiek sposób bez uprzedniej pisemnej zgody autora. Krótkie fragmenty lub cytaty mogą być jednak wykorzystane przez recenzentów, media i osoby komentujące książkę w celach informacyjnych lub recenzenckich.
Uwaga: Niektóre imiona i szczegóły w tej książce zostały zmienione na potrzeby narracji, aby chronić prywatność osób, które pojawiają się w tej historii. Wydarzenia i emocje opierają się jednak na moich własnych doświadczeniach i wspomnieniach.
PROLOG
Część I
DOM 2006–2013
Rozdział I – Wojsko
Rozdział II – Belgia
Rozdział III – Powroty
Rozdział IV – Pierwszy koncert
Rozdział V – Początek problemu
Rozdział VI – Upadek
Część II
RZESZÓW 2013–2018
Rozdział VII – Przeprowadzka
Rozdział VIII – Nowa praca – nowe znajomości
Rozdział IX – Przebudzenie demonów
Rozdział X – Wzloty i upadki
Rozdział XI – Mentalny reset
Rozdział XII – Między marzeniami a rzeczywistością
Rozdział XIII – We dwoje
Część III
BIESZCZADY 2018–2026
Rozdział XIV – Nowa rzeczywistość
Rozdział XV – Kolejna próba
Rozdział XVI – Życie codzienne
Rozdział XVII – Śmierć
Rozdział XVIII – Dno
Rozdział XIX – Z popiołów
EPILOG
PODZIĘKOWANIA
Okładka
– Chodźcie szybko… bo leży! – krzyk babci Janiny rozdarł ciszę.
W jednej chwili ogarnęła mnie panika. Strach tak silny, że pociemniało mi przed oczami. „Jezu… dziadek Kazik nie żyje” – przemknęło mi przez głowę.
Niewiele myśląc, wybiegłem z domu. Przerażony poleciałem prosto do wujka Krzysztofa, który mieszkał dwa domy dalej. Pamiętam tylko, że zdyszany waliłem pięściami w drzwi i nie byłem w stanie wykrztusić z siebie ani słowa. Kiedy otworzyli – zaniemówiłem.
Podejrzewam, że w moich oczach musieli zobaczyć strach, bo z tego, co pamiętam, cała ta sytuacja bardzo ich przeraziła.
– Mateusz! Co się stało?! – krzyczeli.
A ja jak ostatni tłumok stałem w miejscu, kompletnie sparaliżowany. W końcu wujek narzucił na siebie kurtkę i pobiegł w stronę mojego domu.
Ciotka od razu podała mi jakieś środki uspokajające. A co było dalej – czarna dziura.
Wszystko wydarzyło się około godziny dwudziestej pierwszej, w grudniowy wieczór – dokładnie 20 grudnia 2004 roku. Bez dwóch zdań była to jedna z tych chwil, które zostają z człowiekiem do końca życia. Tym bardziej że za moment miały być święta Bożego Narodzenia – czas radości, bliskości, spokoju. A tu nagle taka sytuacja. Jakaś kurewska, ciemna abstrakcja.
To były jedne z najgorszych świąt w moim życiu. Zamiast uśmiechów przy wigilijnym stole wszyscy nagle się rozpłakali, a całą świąteczną atmosferę szlag trafił. Przecież dziadek Kazik jeszcze kilka dni wcześniej jadł z nami obiad przy tym samym stole. A teraz go już nie było. Odszedł nagle, bez pożegnania.
Pomyślałem wtedy, że nic gorszego nie może mi się w życiu przydarzyć. Że taka sytuacja już się nie powtórzy. Nie miałem pojęcia, jak bardzo się myliłem.
23 czerwca 2006 roku – skończyłem szkołę. Technikum budowlane na podbudowie zasadniczej szkoły zawodowej. Sześć lat w Zespole Szkół Budowlanych i Ogólnokształcących w Biłgoraju. Sześć długich lat, które ciągnęły się jak guma, ale w końcu się udało. Zostałem technikiem budownictwa. Do dziś brzmi to dla mnie trochę jak cud.
Nigdy nie byłem pilnym uczniem. Raczej jednym z tych, którzy częściej znikali z lekcji, niż na nich siedzieli. Nauka zawsze była gdzieś obok – nie czułem, żeby mnie dotyczyła. Najpierw trzy lata zawodówki jako murarz, potem kolejne trzy lata technikum. Razem sześć lat kombinowania, zaliczania minimalnym kosztem i czekania, aż to się wreszcie skończy.
Nie obyło się bez problemów. Były poprawki, niedopatrzenia, chaos i moja kompletna obojętność. Gdyby nie pomoc mamy i ludzi, którzy wstawiali się za mną tam, gdzie trzeba, pewnie bym tego nie skończył. Ja w tym czasie robiłem to, co potrafiłem najlepiej – liczyłem, że jakoś się ułoży.
Maturę, ku własnemu zdziwieniu, zdałem za pierwszym razem. Głównie dzięki przypadkom, zbiegom okoliczności i cudom, które nie miały prawa się wydarzyć. Z edukacji nie wyniosłem nic konkretnego. Poza jednym – że jakoś zawsze udawało mi się prześlizgnąć dalej, nawet gdy do niczego się nie przykładałem.
Przyszły wakacje i pojawiło się pytanie: co dalej? Wszyscy znajomi albo składali papiery na studia, albo uciekali za granicę. To był czas, gdy bardzo popularne były roboty sezonowe – Niemcy, Holandia, Belgia. Dorośnięcie wisiało w powietrzu. Tyle że mnie to nie dotyczyło. Nigdy nie czułem presji dorosłości ani odpowiedzialności za samodzielne życie. Czułem się jak wolny ptak. Bez poczucia, że powinienem już wiedzieć, co ze sobą zrobić. Nie myślałem ani o studiach, ani o pracy.
W głowie miałem zupełnie inne plany. Muzyka. A dokładniej – zespół punkrockowy. W Sierakowie, mojej małej rodzinnej miejscowości na Podkarpaciu, było nas dwóch. Mój sąsiad Jacek i ja. Pod względem muzycznym nadawaliśmy na tych samych falach. Te same zespoły, ten sam gniew, ten sam brud i hałas. Zawsze bez problemu dogadywaliśmy się na tej płaszczyźnie.
W dodatku Jacek miał coś, co wtedy wydawało się bezcenne – starą, zużytą perkusję, którą kupił mu ojciec. Pamiętam, jak – siedząc na podwórku – słyszałem, jak wali w nią godzinami. Blachy dzwoniły, bębny dudniły, a mnie aż nosiło. To wtedy po raz pierwszy w życiu pojawiły się prawdziwe marzenia o założeniu kapeli. Nie miałem jeszcze żadnego instrumentu, ale jedno wiedziałem na pewno – będę grał na gitarze i śpiewał.
Podczas jednych ferii zimowych pracowałem dwa tygodnie w tartaku. Ciężka robota, mróz, trociny wszędzie, zmęczenie, które wchodziło w kości. Uzbierałem wtedy kilkaset złotych i kupiłem swoją pierwszą gitarę. Jakieś stare, PRL-owskie wiosło, z gryfem krzywym jak łuk. Dla kogoś innego byłby to złom. Dla mnie – spełnienie marzeń.
Od tamtego momentu każdą wolną chwilę spędzaliśmy w piwnicy Jacka. Siedzieliśmy tam całymi dniami, rzępoląc punkrocka bez ładu i składu. Raban, pot, fałsz i czysta radość. Żaden z nas nie był muzykiem, ale graliśmy, jakby od tego zależało wszystko.
Postanowiliśmy, że zostaniemy gwiazdami punk rocka, tak jak nasi idole – KSU czy Defekt Muzgó.
Zanim jednak zdążyłem się zorientować, zleciało nam na tym całe lato. Oczywiście nie zagraliśmy ani jednego koncertu. Ja sam nie potrafiłem nawet porządnie nastroić gitary. Ale graliśmy dalej. Nie poddawaliśmy się. Do czasu.
Przyszła jesień i razem z nią powołanie do naszej ukochanej armii. W tamtych latach obowiązkowa zasadnicza służba wojskowa była czymś oczywistym. Marzenia o muzycznej scenie musiały poczekać.
Na składanie papierów na studia było już za późno. Nie zostało mi nic innego, jak zasilić szeregi wojska i odsłużyć swoje. Nie miałem wyboru. Nie było sensu uciekać – armia i tak prędzej czy później by mnie znalazła. Uznałem więc, że im szybciej to załatwię, tym lepiej.
Był deszczowy, ponury i zimny listopadowy poranek. Pamiętam, że obudziłem się z jedną, bardzo konkretną myślą – to ostatni poranek, kiedy mogę na spokojnie zjeść śniadanie i zapalić papierosa na kiblu. Bez stresu. Bez krzyków trepów nad głową. Bez srania na czas. I dokładnie tak było. Przez kolejne dziewięć miesięcy nie będę miał już takiego komfortu.
Tego dnia ubrałem się jak zwykle. Narzuciłem na siebie skórzaną ramoneskę, a do kieszeni upchałem ładowarkę do telefonu i portfel. Niby nic wielkiego, a jednak czułem, jakby to były ostatnie normalne rzeczy, jakie zabieram ze sobą.
Pożegnałem się z rodziną i wyszedłem z domu na autobus. Ten sam, którym jeszcze pół roku wcześniej jeździłem do szkoły. Świat się nie zmienił, tylko ja byłem w innym miejscu.
– Ja pierdolę… a może by tak coś przekombinować i nie jechać? – powiedziałem sobie pod nosem.
Szybko jednak dotarło do mnie, że gdybym odwalił taki numer, żandarmeria wojskowa zawinęłaby mnie w trybie ekspresowym. Narobiłbym sobie tylko większych problemów.
Z kwaśną miną i chujowym nastawieniem wsiadłem do tego przeklętego autobusu i ruszyłem w świat – a raczej do Zamościa, oddalonego o jakieś osiemdziesiąt kilometrów. Tam znajdowała się jednostka wojskowa, w której miałem się stawić.
Miałem wtedy wrażenie, jakbym odlatywał na inną planetę. Jakbym opuszczał dotychczasowy świat i miał trafić do zupełnie innego. Kompletnie nie docierało do mnie, że przez najbliższe miesiące będę żył w innej rzeczywistości. Ta sytuacja jednocześnie mnie przerażała i dziwnie ekscytowała. Po raz pierwszy opuszczałem bezpieczny dom rodzinny na tak długo. Dwudziestojednoletni chłopak, który wtedy kompletnie nie znał życia.
Ruszyłem w podróż i po kilku godzinach dotarłem na miejsce. Poszedłem pod adres wskazany na bilecie i po chwili stałem już pod bramą jednostki. Było około dwunastej w południe. Ten obraz pamiętam do dziś.
Ja – przerażony, spięty, stojący z powołaniem w ręku. A w oddali krzyki żołnierzy, którzy usiłowali śpiewać coś w rytm tupotu ciężkich, wojskowych trepów. Ten dźwięk niósł się po placu jak echo. Szare, poniszczone bloki schowane za wysokimi murami jednostki. Beton, brud, surowość. Wszystko to kojarzyło mi się z jakimś zakładem zamkniętym. Z więzieniem. Ze szpitalem psychiatrycznym. Z czymś, co od razu wzbudzało we mnie niepokój i strach.
Stałem tam chwilę, zbierając myśli. Ale co miałem zrobić? Trzeba było iść przed siebie. Nie było odwrotu. Ojczyzna wzywa. W tamtych czasach był to obowiązek każdego zdrowego chłopaka z kategorią A.
Zestresowany, z „biletem” w dłoni, podszedłem do żołnierza stojącego przy wejściu. Spojrzał na mnie przelotnie i bez słowa zaprowadził do grupy chłopaków. Jak się szybko okazało, byli to nowo wcieleni z mojego poboru. Tacy sami jak ja – zagubieni, cisi, próbujący udawać, że wszystko jest pod kontrolą.
Ustawił nas w szeregu i nagle ryknął:
– Kocury! Ustawić się, kurwa, w dwójki! Wierzcie mi, że nie chcecie, żebym się przez was tłumaczył kapitanowi! A jeśli będę musiał, to macie przejebane! Za mną! Marsz!
W tamtej chwili dotarło do mnie, że ten człowiek prowadzi nas do zupełnie innej rzeczywistości. Do miejsca, którego kompletnie nie znałem. Do świata, który nie miał absolutnie nic wspólnego z moimi marzeniami, planami ani wyobrażeniami o życiu.
– Na kompanii pobudka, pobudka, wstać! Strój na zaprawę! Dres, trampki! Wozy zostawić na wietrzenie! Czas operacyjny – pięć minut! A że w wojsku czas idzie na skróty, zostały wam dwie i pół minuty!
Takimi słowami pierwszego dnia obudził nas podoficer dyżurny kompanii szkolnej. Do dziś pamiętam chaos, który nagle zapanował na naszym piętrze. Krzyki, bieganinę, trzaskające metalowe łóżka. Ten pośpiech. Ten wszechobecny strach w oczach niektórych nowo wcielonych. Nikt tak naprawdę nie wiedział, co ma robić.
Z jednej strony wyglądało to groteskowo i śmiesznie, z drugiej – paraliżował strach przed tym, co dopiero miało nadejść. Pierwsze dni spędzone w zamojskiej jednostce bardzo szybko zweryfikowały, kto jest silny psychicznie, a kto do końca służby będzie miał przerąbane.
Po niecałym tygodniu rozdzielili nas wszystkich. Znaczna część żołnierzy, w tym również ja, została wysłana do swoich jednostek na tak zwane „unitarki” – przygotowanie do przysięgi wojskowej. W tamtym czasie trwało to około miesiąca. To był moment, w którym skończyło się udawanie, że to tylko chwilowa przygoda. Od tej pory każdy z nas miał już swoje miejsce na wojskowej mapie.
Żeby nie było za dobrze, trafiłem na drugi koniec kraju. Inowrocław. Oficerowie robili to celowo. Żołnierzy z południa wysyłali na północ, ze wschodu na zachód. Wszystko po to, żeby wybić nam z głowy jakiekolwiek poczucie komfortu i bezpieczeństwa. Od teraz nasze jednostki miały być naszym domem, a cała reszta przestawała mieć znaczenie.
Był niedzielny wieczór, kiedy dotarliśmy na miejsce docelowe. Już samo przekroczenie bramy jednostki było jak uderzenie w twarz. Stare, zrujnowane budynki z czerwonej cegły, ślady dawnej świetności, której nikt już nie próbował nawet udawać. Wszechobecny smród ścieków. Betonowe płyty na placu, na którym całymi dniami będziemy ćwiczyć musztrę, aż nogi odmówią posłuszeństwa. W tle, jak zawsze, krzyki i śpiewy żołnierzy, pilnowane przez rozjuszonych kaprali, dla których to wszystko było codziennością.
Usiadłem zrezygnowany na łóżku – w wojsku potocznie zwanym „wozem”. Sprężyny zaskrzypiały pod moim ciężarem. Przez chwilę siedziałem bez ruchu, próbując złapać oddech. Naprzeciwko mnie inny żołnierz czyścił buty. Nie cholewki. Podeszwy. Tak, pastował podeszwy tych butów z pełnym skupieniem, jakby od tego zależało jego życie.
„Co ja tu, kurwa, robię? Pięćset kilometrów od domu. Nie znam nikogo. Niedzielny wieczór. A koleś przede mną pastuje podeszwy pierdolonych kamaszy”.
Wziąłem głęboki oddech i poczułem, jak coś we mnie znika. Zamiast siedzieć teraz w cichym, spokojnym domu i brzdękać na gitarze, byłem daleko od rodzinnej miejscowości, zamknięty w betonowej rzeczywistości, która nie dawała żadnych odpowiedzi. Nie miałem zielonego pojęcia, co będzie dalej. To był zwyczajny horror, tylko bez krwi i potworów – za to z regulaminem, rozkazami i zegarkiem odmierzającym każdą minutę.
Na szczęście szybko okazało się, że nie tylko ja czułem się w ten sposób. W zasadzie wszyscy mieliśmy podobnie. Ten sam strach, to samo zagubienie, ten sam brak kontroli. Mało tego – jeden koleś nawet nie powiedział rodzinie, że przenoszą go do Inowrocławia. Podobno aż do przysięgi nie wiedzieli, co się z nim dzieje. Wtedy nie wszyscy mieli jeszcze telefony komórkowe, a ten baran nawet nie zadzwonił do domu.
Swoją drogą do dziś zastanawia mnie jedno – dlaczego jednostka nie poinformowała rodziny o przeniesieniu. Może nikt nie pytał. Może tak miało być. Ale to już nie była moja sprawa. Ja informowałem swoich na bieżąco, gdzie jestem, jakbym sam potrzebował tego potwierdzenia, że jeszcze istnieje jakiś świat poza murami koszar.
Kolejna pobudka, kolejna musztra, kolejny capstrzyk. I tak w kółko. Dni ciągnęły się niemiłosiernie wolno, a jednocześnie wszystkie wyglądały tak samo. Każdy pod znakiem nieustannego pośpiechu. Krzyków trepów. Paskudnego żarcia. Tęsknoty za domem i rodziną. To był jeden z najmniej przyjemnych miesięcy, jakie przeżyłem w swoim życiu. Psychiczny młyn, bez chwili wytchnienia.
W końcu jednak nadszedł czas przysięgi. Ten jeden dzień, na który wszyscy czekaliśmy jak na zbawienie. Wreszcie zobaczymy bliskich. Wreszcie pierwsza przepustka. Każdy odliczał godziny. Dla nas, kotów, był to najważniejszy moment w barwach khaki. Dzień dumy, radości i złudnego poczucia, że najgorsze już za nami.
Pamiętam te tłumy ludzi, które przyjechały na przysięgę. Rodziny, dziewczyny, rodzice. A my – ubrani w moro, w hełmach pamiętających jeszcze komunę, z wiernymi KBK AK-47 na piersi. Tak. Na stanie mieliśmy radzieckie kałasznikowy. Ciężkie, zimne, absurdalnie symboliczne.
Ponad setka chłopa, która przygotowywała się do tego dnia przez cały miesiąc. Maszerowanie w kółko, dzień w dzień. Od rana do wieczora. Plac defiladowy przed kompanią, przerwa na obiad i z powrotem to samo. W tle nieustanne darcie mordy przełożonych, którzy gonili nas dosłownie za wszystko. Każdy krok, każdy błąd, każde spojrzenie nie tam, gdzie trzeba.
I co? I ta setka chłopa koncertowo spierdoliła przemarsz przed dowódcą pułku. Miesiąc zapierdalania poszedł w pizdu. Jak krew w piach. Dumni byliśmy jak cholera. Kabaret – bo inaczej tego nazwać się nie da.
A ja? Ja na samym czele tego widowiska. Wysoki, widoczny z kilometra, maszerujący w pierwszych czwórkach. Jakby specjalnie wystawiony na widok publiczny. Nie dało się mnie nie zauważyć. Idealny symbol tego, jak bardzo wszystko może pójść nie tak, mimo że robisz dokładnie to, co kazali.
Na przysiędze pojawili się wujkowie Marian i Krzysztof, bracia mojej mamy. Był też mój kuzyn, brat cioteczny Tomasz, któremu przypadła rola kierowcy – niestety. Poza nimi nie zjawił się nikt. Trochę mnie to ukuło, zwłaszcza gdy widziałem kolegów z kompanii otoczonych rodziną, dziewczynami, znajomymi. Tłumy, uśmiechy, zdjęcia. Ale co tam. Olać to. Najważniejsze, że w końcu jadę do domu. Czas rozpocząć pierwszą przepustkę.
Ruszamy w trasę. Euforia nie zdążyła jeszcze opaść, a licznik nawet nie dobił do dwudziestu kilometrów. Wtedy wydarza się to, co nie miało prawa się wydarzyć – wypadek.
„Nie no… to jakiś koszmar. Dlaczego ja?”
Jakiś dziadek w dużym Fiacie wymusił pierwszeństwo. Żeby nie rozbić auta, musieliśmy gwałtownie hamować. Niestety za nami jechała pani, która nie zdążyła zareagować. Skasowała nam cały tył samochodu.
Sytuacja była tak żałosna, że aż śmieszna. Kilkaset kilometrów od domu, czas przepustki ucieka bezlitośnie, a my stoimy w szczerym polu z rozbitą furą. Jakby tego było mało, oczywiście nie zapowiadało się na szybkie rozwiązanie. Na szczęście gdzieś niedaleko była wioska. A w niej – mechanik.
Zlitował się nad nami. Przekupiony litrą domowego samogonu i pięćdziesięcioma złotymi, prowizorycznie wyklepał tył samochodu tak, żeby nadawał się do dalszej jazdy. Cudów nie zrobił, ale w tamtej chwili nie o cuda chodziło. Najważniejsze, że można było ruszyć dalej.
Efekt? W drodze powrotnej zaliczyliśmy jeszcze dwie kontrole policyjne. Na szczęście obyło się bez mandatów i większych problemów. Po kilkunastu godzinach jazdy w końcu dotarliśmy do Sierakowa.
Radość z zobaczenia bliskich była niesamowita. Balanga – jeszcze większa. Przepustka trwała zaledwie dwa dni, ale był to jeden z grubszych baletów w moim życiu. Wróciłem w sobotę wieczorem, a w niedzielę w nocy już musiałem się zbierać. Tamtego razu nie zmrużyłem oka nawet na minutę. Czas spędzony w Sierakowie upłynął pod znakiem alkoholu i czystej, nieskrępowanej radości.
W niedzielny wieczór miałem pociąg powrotny. Kilku żołnierzy było z moich stron, więc wracaliśmy razem. Jeszcze przed wyjazdem, tuż po przysiędze, umówiliśmy się w jednej z knajp w Stalowej Woli, żeby wypić po piwie. Lokal był niedaleko dworca PKP – tak na wszelki wypadek, żeby się nie spóźnić. Przynajmniej w teorii.
Tak też zrobiliśmy. Spotkaliśmy się w umówionym miejscu. Nie było problemu, żeby się odnaleźć – każdy miał na sobie wojskowy mundur. Wszyscy byli już mocno wprawieni, ale zupełnie nam to nie przeszkadzało w dalszym imprezowaniu. Alkohol lał się równo, rozmowy były głośne, śmiech szczery.
Nikt wtedy nie myślał o tym, co będzie jutro. O powrocie do szarej, wojskowej codzienności, czekającej za wysokimi murami koszar. Liczyła się tylko ta chwila. Przez moment byliśmy wolni. I po prostu – szczęśliwi.
Strzeliło parę dobrych piw, aż w końcu przyszedł moment, żeby zbierać się na pociąg. W głowie już solidnie szumiało, ale jeszcze nie było tragedii. Gdy wsiedliśmy do wagonu, szybko okazało się, że nie jesteśmy jedyni. Byli tam też inni żołnierze – jechali chyba z Rzeszowa do innej jednostki, również w Inowrocławiu. A że wszyscy byliśmy już porządnie znieczuleni, naturalnie połączyliśmy siły. Zaczęła się wspólna balanga. Dowcipy, gadanie, kolejne piwa. Mundury, wojsko, przyszłość – wszystko przestało mieć znaczenie.
Ostatnie, co pamiętam, to plany dotyczące przesiadki w Lublinie. Stamtąd mieliśmy pojechać już prosto do Inowrocławia. No właśnie… mieliśmy. Chłopaki dotarli. Tyle że beze mnie.
– Panie! Wstawaj pan! Co pan, noclegownię sobie znalazłeś?! – usłyszałem nagle.
Konduktor wszedł do przedziału i szarpał mnie za mundur.
– Gdzie… gdzie ja jestem? – zapytałem cichym, przepitym głosem.
– Warszawa Zachodnia! – odburknął wkurzony.
– Ja pierdolę… co jest grane? – wyszeptałem pod nosem, przecierając oczy ze zdumienia. Nie miałem pieniędzy. Nie miałem telefonu. Nie wiedziałem, która jest godzina. Kompletnie nic nie pamiętałem. Przesiadka miała być o pierwszej w nocy, a za oknem było już jasno.
Szybko okazało się, że moi serdeczni koledzy zostawili mnie kompletnie nawalonego w pociągu i zwyczajnie sobie poszli. Jak gdyby nigdy nic, pojechali dalej do jednostki. Super kumple, normalnie. Żeby było śmieszniej, zostałem również okradziony. Pieniądze, które miałem przy sobie i komórka – wszystko zniknęło. Został mi tylko pusty, wybebeszony portfel i ładowarka do telefonu.
Konduktor, widząc mój opłakany stan, zlitował się nade mną. Pomógł mi wysiąść z pociągu i dał dziesięć złotych, żebym mógł kupić coś do jedzenia i picia. Ten gest, niby drobny, w tamtej chwili znaczył więcej, niż mógłby przypuszczać.
Szybka analiza sytuacji. Decyzja musiała zapaść od razu. Praktycznie bez kasy i telefonu, w obcym mieście, uznałem, że najrozsądniej będzie zgłosić całe zajście na policję. Może dzięki temu w jednostce nie będą się czepiać. Może papier coś załatwi.
Swoją drogą musiałem mieć tego dnia sporo szczęścia, bo trafiłem na kolejnych dobrych ludzi. Gdy wsiadałem do taksówki, para – mężczyzna z kobietą – zapytała, czy nie potrzebuję pomocy. Wytłumaczyłem swoją sytuację. Nie zastanawiali się długo. Zawieźli mnie na własny koszt do najbliższej komendy policji. Musiałem wyglądać naprawdę tragicznie, skoro obcy ludzie zwrócili na mnie uwagę i postanowili zareagować.
Minęła dziewiąta rano – godzina, na którą miałem stawić się w jednostce. Siedziałem na komisariacie jak zbity pies. Zmęczony, niewyspany, z kacem jak stąd do Sierakowa. Głowa pękała, myśli się plątały, a stres dokładał swoje.
Złożyłem zeznania, podpisałem jakieś papiery i ruszyłem na dworzec. To były czasy, kiedy Żandarmeria Wojskowa często kręciła się po dworcach PKP i PKS, wyłapując takich zagubionych żołnierzy jak ja. Minąłem nawet jeden patrol „żetonów”. Spojrzeli na mnie… i nic. Nie spisali mnie ani nawet nie podeszli. Nie zapytali, co tu robię i dlaczego nie jestem w koszarach. Może im się nie chciało. A może nie wyglądałem aż tak źle, jak się czułem.
Wsiadłem do pociągu. I to było wtedy najważniejsze – dojechałem do Inowrocławia.
Skacowany, z jęzorem na wierzchu, przekroczyłem mury jednostki wojskowej.
Kiedy dotarłem do koszar, od razu trafiłem do dowódcy kompanii. Tak jak wspominałem wcześniej, pokazałem podpisane papiery z komendy policji i obyło się bez większych konsekwencji. Po całym dniu bez alkoholu byłem już trzeźwy, więc i pod tym względem nie mieli się do czego przyczepić. Tym razem los chyba naprawdę postanowił mi odpuścić.
Na korytarzu kompanii zobaczyłem uczestników tej pięknej eskapady. Tych samych, którzy dojechali beze mnie. Zacisnąłem pięści i miałem ochotę dać im po ryju, bez gadania. Ale zwyczajnie nie miałem na to siły. Złość była wielka, ale zmęczenie silniejsze.
– Dlaczego zostawiliście mnie w przedziale? – zapytałem, bardziej z bezsilności niż z agresji.
Oczywiście żaden z nich nie potrafił powiedzieć nic sensownego. Usłyszałem tylko, że nie mieli siły mnie podnieść i wywlec z przedziału. Potem uznali, że sobie poradzę. Tematu telefonu i pieniędzy w ogóle nie ruszałem. Nie wchodziłem z nimi w dyskusję. Wiedziałem, że z niektórymi z nich spędzę resztę służby. Nie było najmniejszego sensu robić sobie wrogów. Wolałem to przełknąć i odsłużyć swoje w możliwie spokojny sposób.
Tego ciężkiego popołudnia najważniejsze było dla mnie jedno – dotrzeć na miejsce. Cały i zdrowy. Położyć się w końcu na swoim wozie. Zamknąć oczy. Odpocząć choć przez kilka godzin po tych wszystkich „przygodach”, zanim znów wyrwie mnie ze snu krzyk wściekłego kaprala.
Optymizmem napawała mnie również myśl, że za kilka dni roześlą nas do jednostek macierzystych. Moja znajdowała się niecałe trzydzieści kilometrów od miejsca zamieszkania – w Nisku, małym mieście, gdzie każdy dzień wyglądał podobnie. Po kilku dniach wróciliśmy więc w rodzinne strony.
Ja, razem z kilkoma innymi żołnierzami, trafiłem do 3. Batalionu Ratownictwa Inżynieryjnego. Tam poczułem się już jak ryba w wodzie. Sama świadomość, że jestem blisko domu, dawała ogromną siłę i spokój. Łatwiej było myśleć o końcu służby, łatwiej było ją po prostu przetrwać.
Z czasem wszystko zaczęło się normalizować. Powoli przyzwyczajaliśmy się do wojskowej codzienności. Na początku było trochę nerwowo – trafiliśmy na kompanię, w której było już stare wojsko. Oni co rusz nas ścigali, sprawdzali, testowali. Ale nie były to czasy fali. Dało się żyć. Bez większych problemów i łamania ludzi. Po prostu wojsko.
I tak mijały mi dni, tygodnie i miesiące, aż w końcu przyszedł lipiec. Zostało niecałe trzydzieści DDC – Dni Do Cywila. Był to czas urlopów dla mojego poboru, więc należało go wykorzystać. Tak, w zasadniczej służbie wojskowej były kiedyś normalne urlopy. Dziś brzmi to niemal abstrakcyjnie, ale tak działał system. Każdemu żołnierzowi należało się to jak przysłowiowemu psu buda.
Swój urlop wykorzystałem, jadąc na dwa tygodnie do domu. Żyłem już wtedy myślą o tym, co będę robił po wojsku. Oczywiście na pierwszy plan wysuwała się muzyka i reaktywacja kapeli, którą rok wcześniej założyłem z sąsiadem. W tamtym czasie był to dla mnie absolutny priorytet. Właściwie o niczym innym nie myślałem. Mimo że w woju byłem już praktycznie na wylocie, trepy do samego końca próbowały wybić mi z głowy zamiłowanie do mojego hobby. Na ich nieszczęście – nie dali rady. Nie dałem się.
Te dwa tygodnie minęły błyskawicznie. Nie chciało mi się wracać do koszar, ale myśl, że za kilkanaście dni wychodzę do cywila, skutecznie motywowała do stawienia się w jednostce. Pamiętam, że z tego urlopu wróciłem strasznie nagrzany. Było to po jakiejś imprezie – jednej z wielu. Niedzielny wieczór, około dwudziestej trzeciej.
Pierwsze problemy zaczęły się jeszcze na chodniku przy ogrodzeniu. Nawalony jak samolot kopnąłem w kiosk przy bramie batalionu. W jednej chwili włączył się alarm. Odruchowo rzuciłem się do ucieczki. I o dziwo, biorąc pod uwagę mój stan, dotarłem bezpiecznie za mury koszar. Tam wartownik zgarnął mnie i zaprowadził na kompanię.
I wtedy coś mi kompletnie odjebało. Zacząłem przestawiać podoficera dyżurnego. Wygrażałem mu, że zaraz rozbiję mu mordę o schody. Doszło do szarpaniny. Obudziłem całą kompanię. Wyobrażacie to sobie? Dwa tygodnie do końca służby, a ja robię taki dym. Jakby specjalnie. Jakby tylko mnie mogło coś takiego strzelić do głowy.
Nazajutrz rano nie poszedłem nawet na zaprawę. Byłem jeszcze totalnie napruty – ale trudno się dziwić, skoro na urlopie praktycznie non stop imprezowałem. Gdy w jednostce pojawił się kapitan, nasz dowódca, od razu zostałem wezwany na dywanik.
– Szeregowy, przecież ty jesteś jeszcze napierdolony – powiedział wkurzony, z wyraźną pogardą w oczach.
– Zapewne tak jest, panie kapitanie – odpowiedziałem pokornie, bo na tym etapie nie było już sensu cwaniakować.
– Niedźwiecki! Jeżeli masz więcej niż dwa promile, wisisz mi litrę dobrej wódki. A teraz się zbieraj, jedziemy na komendę. Nie będę wzywał żandarmerii, ale tam mi dmuchniesz – dorzucił i ruszyliśmy na małą wycieczkę.
Wsadzili mnie do gazika i pojechaliśmy. W poniedziałek rano, przy badaniu, wydmuchałem jeszcze 2,07 promila. To teraz wyobraźcie sobie, jak bardzo musiałem być pijany kilkanaście godzin wcześniej. Przez cały czas spędzony w wojsku – poza incydentem z przysięgą – byłem grzeczny jak trusia. Okazuje się, że tylko po to, żeby na sam koniec spierdolić wszystko na własne życzenie. Porażka na całej linii.
Kapitan słowa dotrzymał. Nie wezwali żandarmerii, nie robili mi pod górkę. Tylko dlatego, że i tak wychodziłem już z MON-u. Mimo wszystko nie dostałem belki, tak jak reszta żołnierzy. Było mi z tego powodu przykro. Jemu też. Dlaczego? Bo zwyczajnie mnie polubił – sam się do tego przyznał, kiedy wychodziłem do cywila. Niestety było już za późno, żeby cokolwiek naprawić. Zostaliśmy z tym niedopowiedzeniem po obu stronach.
– Zero! Zero! Zero! DDC! Pociąg rusza, gdzie się chce! – krzyczeliśmy, radośni i naładowani nadzieją na lepsze jutro. Optymistycznie nastawieni do życia, bo w końcu – odwaliliśmy wojsko.
W końcu nadszedł dzień wyjścia do cywila. 28 lipca 2007 roku. Tego dnia byłem jednym z najszczęśliwszych ludzi na świecie.
– Jesień cywil ma! Sia la la la la! Jesień cywil ma! Siaaa la la la la la! – śpiewaliśmy to przez całe jedno z piękniejszych, gorących lipcowych popołudni. Przy kuflu zimnego piwa. W końcu wolni.
Słońce świeciło wtedy dla mnie jakby jaśniej. Po wielu miesiącach znowu poczułem wolność – prawdziwą, niewymuszoną, taką, której przez długi czas bardzo mi brakowało. Koniec odliczania. Koniec meldunków. Koniec życia na rozkaz. Wiedziałem, że w końcu mogę wrócić do swojej ukochanej, muzycznej rzeczywistości. Do świata, w którym sam decyduję, co robię i kim chcę być.
A jednak, mimo wszystkich przykrych sytuacji, chaosu, krzyków i absurdów, wojsko wspominam dziś zaskakująco ciepło. Z perspektywy czasu widzę w nim coś więcej niż tylko zmarnowane miesiące. Nauczyło mnie wytrzymałości, dystansu do samego siebie i tego, że nawet w najbardziej betonowych warunkach da się przetrwać – czasem nawet z uśmiechem.
Powiem więcej – czasem łapię się na myśli, że trochę żałuję, iż tam nie zostałem. Ale tylko trochę. Bo gdybym wtedy został, nie czytalibyście teraz tej historii.
Był upalny sierpień. Od wyjścia z wojska minęło zaledwie kilka tygodni i nastąpiło brutalne zderzenie z rzeczywistością. „Co dalej?” – to pytanie zadawałem sobie każdego poranka. Przecież trzeba było znaleźć jakąś pracę.
„A może jednak warto było zostać w wojsku?” Trudno. Było, minęło. Trzeba iść naprzód. W moim przypadku oznaczało to jedno – iść pod sklep. Na tamte czasy była to jedyna rozrywka dostępna w mojej rodzinnej miejscowości. Punkt spotkań złotej młodzieży z prowincji i starszych panów, którzy ładowali jabole bez opamiętania, jakby jutra miało nie być.
Za sklepem stały dwie ławki i chyboczący się stolik, pamiętający lepsze czasy. Tam zbierali się wszyscy. Każdy miał coś do opowiedzenia. Historie krążyły jedna po drugiej – w większości mocno podkolorowane, często kompletnie zmyślone, ale czasem dało się w nich usłyszeć jakieś źdźbło prawdy. I to wystarczało. Słuchaliśmy ich z otwartymi gębami, chłonąc wszystko jak gąbka, bo poza tym miejscem i tymi opowieściami nie było tu absolutnie nic.
Podczas jednego z takich posiedzeń „pod sklepem” poznałem pewnego gościa. Był obcokrajowcem, który – jak się później okazało – zajmował się załatwianiem legalnej roboty za granicą. Przyjechał do nas, żeby szukać ludzi na prace sezonowe. Głównie na zbiory warzyw i owoców. Ledwo mówił po polsku, ale dało się dogadać. Mówił prostymi zdaniami, mieszał języki, czasem pomagał sobie rękami. Kompletnie obcy facet, który pewnego słonecznego dnia po prostu wpadł pod sklep i zaczął wszystkim stawiać browary. Bez zadawania zbędnych pytań. Jakby znał to miejsce od zawsze.
Był niewysoki, dobrze zbudowany, o ciemnej karnacji. Ubrany schludnie – biała koszula, ciemne spodnie, czarne skórzane buty. Już na pierwszy rzut oka było widać, że to obcokrajowiec. Faktycznie, w trakcie rozmowy powiedział, że pochodzi z Albanii. Miał żonę Polkę, dlatego często bywał w naszym kraju.
Zapamiętałem jego sygnet na małym palcu lewej dłoni. Ciężki, rzucający się w oczy. Facet wyglądał trochę jak mafioso, a przynajmniej jak ktoś, kto nie znalazł się tu przypadkiem. To wystarczyło, żeby wzbudzić moje zainteresowanie. Podszedłem, przywitałem się i od razu wiedziałem, że to nie będzie zwykła rozmowa pod sklepem.
Wbrew pozorom był bardzo sympatyczny i roześmiany. Taki typ, którego ludzie od razu słuchają. Dusza towarzystwa, ale bez przesady – dużo żartował, a jednocześnie doskonale wiedział, gdzie postawić granicę. Konkretny gość.
I tak, od słowa do słowa, od piwa do piwa, wstępnie się dogadaliśmy. Na początku myślałem, że to jakaś ściema, kolejna bajka spod sklepu. Ale nie. Koleś ogarnął mi fuchę w Belgii, przy zbiorach pomidorów.
Prawda była taka, że minęły prawie dwa miesiące, zanim faktycznie wyjechałem. Czas dłużył się niemiłosiernie, a ja coraz częściej zastanawiałem się, czy to w ogóle dojdzie do skutku. Ostatecznie jednak Albańczyk dotrzymał słowa i załatwił mi tę robotę.
Cieszyłem się na ten wyjazd. Miałem świadomość, że zarobię tam znacznie więcej niż w Polsce. A wtedy to wystarczało, żeby zamknąć oczy i nie zadawać zbyt wielu pytań.
Kiedy przyszedł dzień wyjazdu i wsiadłem do busa, okazało się, że nie będę jedynym Polakiem w tym miejscu. Wcześniej nic o tym nie wiedziałem – nawet nie dopytywałem Albana – więc zaskoczenie było jak najbardziej pozytywne. A jeszcze milej zrobiło się w chwili, gdy dotarło do mnie, że chłopaki, z którymi mam pracować, to moi znajomi z okolic Sierakowa.
Japa ucieszyła mi się na ich widok. Siedzieli już w busie, przygotowani do drogi i uśmiechnięci. Oznajmili, że jadą do Lichtervelde na zbiór pomidorów. Do miejsca, w którym miałem spędzić kolejne kilka miesięcy swojego życia.
Możecie się domyślać, jak minęła nam ta kilkunastogodzinna podróż na zachód Europy. Szczegółów samej drogi właściwie nie pamiętam. Jedyne, co zostało mi w głowie, to moment przekraczania polskiej granicy – byliśmy już wtedy solidnie wcięci.
A że chłopaki nie wylewali za kołnierz i wcześniej nieraz zdarzało nam się razem poimprezować, było to tylko dodatkowym atutem. Wspólnych tematów mieliśmy pod dostatkiem, a języki chodziły nam bez przerwy. Przez całą drogę, nawet na chwilę, nie zamknęły nam się jadaczki.
Tak właśnie mijał ten czas – w busie przesiąkniętym oparami alkoholu, śmiechem i gadaniem bez większego sensu. Droga ciągnęła się godzinami, ale nam to kompletnie nie przeszkadzało. Ważne było tylko to, że jechaliśmy przed siebie.
Nadszedł wczesny poranek kolejnego dnia – w końcu dojechaliśmy.
Nawaleni jak stodoły, niewyspani i zmęczeni procentami, dosłownie wytoczyliśmy się z busa pod bramą gospodarza. Ziemia pod nogami jeszcze falowała, głowy pękały, a powietrze było ciężkie i zimne po nocnej rosie. Szkoda, że nie pamiętam wyrazu twarzy naszego przyszłego pracodawcy w chwili, gdy po raz pierwszy zobaczył nas w takim stanie. Jedno wiem na pewno – był wściekły.
W pierwszej chwili chciał nas odesłać tym samym busem z powrotem do Polski. Zero gadania, bez drugiej szansy. Na szczęście Albańczyk, który ogarnął nam tę robotę, wstawił się za nami, a w szczególności za mną. Pogadali chwilę przez telefon – krótkie, szybkie zdania, nerwowe gesty. I jakimś cudem udało nam się zostać. Jeszcze wtedy nie wiedziałem, że to dopiero początek.
Ja, zamiast pójść odpoczywać jak reszta, pierwsze, co zrobiłem po przyjeździe, to zacząłem kręcić się po miejscu pracy. Pijany, ale zadowolony, chodziłem po szklarni i ochoczo witałem się z każdym napotkanym pracownikiem.
Szybko zauważyłem, że większość z nich to Marokańczycy. Polaków nie było tam ani jednego. Zewsząd dochodziły nawoływania – krótkie, ostre okrzyki w języku, którego kompletnie nie rozumiałem. Echo niosło się między foliami, a powietrze było lepkie od wilgoci i zapachu roślin.
Mimo to nie przeszkadzało mi to w nawiązywaniu kontaktu. Uśmiech, skinienie głową, kilka prostych słów – i już było jasne, że da się dogadać nawet bez wspólnego języka.
Pamiętam, że podszedłem do pewnej kobiety i poprosiłem o ognia. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że ma bardzo zazdrosnego partnera. Moją prośbę odebrał jak zaloty. Jakby między słowami dopisał sobie coś, czego w ogóle nie było.
Niewiele brakowało, a skończyłoby się mordobiciem. Ci ludzie mieli to do siebie, że nie znosili, kiedy obcy facet zagadywał do ich kobiet. Nigdy nie wiadomo, co mogło mu wtedy strzelić do głowy. Ja o tym nie pomyślałem. Zresztą do dziś mam tak samo – najpierw robię, dopiero później zastanawiam się nad konsekwencjami. A czasem nie zastanawiam się wcale. Przez to nieraz ładowałem się w kłopoty, zupełnie niepotrzebnie.
Jeden z Marokańczyków mówił po angielsku. Znam ten język na poziomie komunikatywnym, więc szybko się dogadaliśmy i wszystko mu wytłumaczyłem. Sytuacja się wyjaśniła, ale zazdrosny facet już zawsze patrzył na mnie jak na potencjalną konkurencję.
Chyba nie potrafił sobie z tym poradzić, bo po dwóch tygodniach odszedł z pracy razem ze swoją drugą połową. Szczerze mówiąc, odetchnąłem z ulgą. Gdy tam byli, atmosfera w szklarni była tak gęsta, że można ją było kroić nożem.
Ale wróćmy do dnia przyjazdu. Moi koledzy obudzili się po kilku godzinach snu. Było około trzynastej. A że było samo południe i wszyscy pracowali, postanowiliśmy ruszyć na poszukiwanie szefa.
Do dziś pamiętam smród tych badyli i wilgoć wiszącą w powietrzu, a gdy przekroczyliśmy szklane drzwi, uderzyło w nas gorąco, duszne i ciężkie. Powietrze było przesycone zapachem gnijących liści, które deptane pod naszymi nogami torowały wąskie ścieżki między sadzonkami. Oddychało się ciężko, jakby każdy wdech trzeba było wyrywać siłą.
Miało to jednak swoje plusy. Była połowa października, a na zewnątrz temperatury wyraźnie już spadały. Często widzieliśmy innych pracowników harujących w polu – niezależnie od pogody. Deszcz, śnieg, wiatr, mróz. Im nikt nie odpuszczał. Nam to nie groziło. O siódmej rano zapieprzaliśmy do roboty w samych spodenkach i koszulkach. Warunki atmosferyczne kompletnie nas nie obchodziły. Jeden z największych atutów tej pracy.
Po kilkunastu minutach znaleźliśmy tego samego gościa, który jeszcze kilka godzin wcześniej nie chciał na nas nawet patrzeć. Stał wśród sadzonek pomidorów z opryskiwaczem w ręku i ocierał pot brudnymi łapami z łysej głowy.
– Chłopaki, tam stoi. Chodźmy – powiedziałem do kompanów i ruszyliśmy w jego stronę.
Gdy podeszliśmy, gość zapytał nas łamanym angielskim, czy chcemy dziś popracować. Do zmroku zostało jeszcze trochę czasu, więc chciał wykorzystać naszą dyspozycyjność do samego końca.
Ja miałem zupełnie inne plany na to popołudnie, ale chłopaki bez wahania się zgodzili. Pomyślałem, że nie będę się wyłamywał. Skoro już tu byłem, poszedłem pracować razem z nimi – choć wiedziałem, że to nie będzie lekki dzień.
Pamiętam to jak dziś. Wymordowany wielogodzinną podróżą w ciasnym busie, w którym wódka lała się strumieniami. Niewyspany, skacowany, byłem przekonany, że wyzionę ducha w tych badylach. Każdy krok kosztował mnie więcej, niż powinien, a głowa pulsowała przy każdym ruchu.
Mark – bo tak miał na imię szef – okazał się jednak łaskawy. Dostałem przydział do cięcia liści z krzaków. Jedno z najprostszych zajęć, przynajmniej w teorii. Dla mnie wtedy nawet samo stanie na nogach było wyzwaniem. Resztkami sił jakoś dawałem radę. Robiłem swoje, chcąc zrekompensować mu to, jak się przywitaliśmy kilka godzin wcześniej. Wiedziałem, że to dopiero początek i że od tego dnia wiele będzie zależeć.
Śmierdzący, przepocony dotrwałem do końca zmiany! Byłem szczęśliwy, że ten dzień się już kończy! Pamiętam, że po skończeniu pracy wziąłem prysznic, wróciłem do przyczepy, w której mieszkaliśmy, uwaliłem się na prowizoryczne łóżko, po czym od razu zasnąłem.
Następnego dnia było już o wiele lepiej. Miałem wtedy zaledwie dwadzieścia dwa lata, więc organizm regenerował się szybciej i znosił takie imprezy bez większych pretensji. Zresztą byłem już zaprawiony w boju – podobne wojaczki nie robiły na mnie większego wrażenia.
Pracowaliśmy praktycznie codziennie. Po kilka, a czasem nawet kilkanaście godzin. W soboty też do oporu, bo przecież każdy z nas przyjechał tam w jednym, konkretnym celu – zarobić. Z zaciśniętymi zębami i wizją niezłych pieniędzy mijał mi dzień po dniu w szklarni. Praca sama w sobie nie była ponad siły, ale strasznie tęskniłem za muzyką i za domem. Za czymś, co było moje.
Żyłem od niedzieli do niedzieli, bo tylko ten dzień był wolny. Kiedy nadchodził siódmy dzień tygodnia, czułem prawdziwą ulgę. A wiadomo – dzień wolny oznaczał jedno: imprezę.
Tygodniowo dostawaliśmy po pięćdziesiąt euro zaliczki. Miało to wystarczyć każdemu z nas na cały tydzień i – nie uwierzycie – wystarczało. Nawet z zapasem. Na tyle, że w każdą sobotę wieczorem robiliśmy solidnie zakrapiane imprezy, traktowane jak reset po całym tygodniu ciężkiej harówki w naszym nowym szklanym domu.
Kilkanaście kilometrów od nas pracowali moi znajomi. Wśród nich była siostra jednego chłopaka z naszej czwórki. Czasem przyjeżdżali do nas w odwiedziny, na przysłowiowego kielicha – nic nadzwyczajnego. Ot, pogadać, napić się, oderwać na chwilę od pracy. Pewnego razu zabrali nas do siebie. Tam poznaliśmy innych Polaków, którzy z nimi pracowali. Normalni ludzie. Przyjechali do Belgii z konkretnym planem – robota, kasa, powrót. Bez zbędnych historii. Wiedzieli, po co tu są, i nie robili z tego żadnej filozofii.
Usiedliśmy przy stole, wypiliśmy po piwie, pogadaliśmy o robocie, stawkach i tym, gdzie warto się trzymać, a gdzie lepiej nie zaglądać. Dla nich to był zwykły wyjazd zarobkowy. Dla mnie wtedy jeszcze tak to nie wyglądało.
Z jednym z tych gości złapałem jednak lekkie spięcie. Nic wielkiego – kilka niepotrzebnych uwag, za dużo szczerości, trochę alkoholu. On był poukładany, konkretny, wszystko miał przeliczone. Ja rzucałem tekstami bez większego namysłu. W pewnym momencie rozmowa się urwała, ktoś zmienił temat. Niby nic się nie stało, ale napięcie zostało i wisiało w powietrzu. Później każdy wrócił do siebie. Sprawa wydawała się zamknięta, choć czułem, że coś się przesunęło. Takie drobiazgi często mają większe znaczenie, niż się wtedy wydaje.
Pewnego sobotniego wieczoru siostra kumpla znów nas odwiedziła. Tym razem zabrała do siebie tylko jego. Reszty z nas nie zaprosiła. Nie powiedziała tego wprost, ale było jasne, że chodzi o tamto spięcie. O niezręczną atmosferę, której nie chciała ciągnąć dalej. Zostaliśmy więc na miejscu sami. Nie mieliśmy planu ani żadnych większych zobowiązań. Po prostu okoliczności ułożyły się tak, że ten wieczór miał potoczyć się inaczej niż zwykle.
„A niech sobie jadą w pizdu! Więcej wódki dla nas!” – pomyślałem.
Wtedy zrobiliśmy jedną z najgrubszych imprez, jakie Lichtervelde mogło zapamiętać. Skończyliśmy pracę, wzięliśmy szybki prysznic i – jak to w sobotę – ruszyliśmy do pobliskiego supermarketu na zakupy. Prowiant na cały tydzień i kilka porządnych butelek wódki, tak żeby starczyło chociaż na wieczór.
Oczywiście nigdy nie starczało. Dlatego w pobliżu był jeszcze tak zwany sklep nocny. Ulokowany na obrzeżach miasta, otwarty do godzin mocno porannych. Nie raz ratował nas z opresji, kiedy trzeba było dobić się procentami i nie kończyć imprezy przedwcześnie.
Imprezowaliśmy całą noc, aż na zewnątrz zaczęło jaśnieć. W kłębach papierosowego dymu i żrącej woni alkoholu wznosiliśmy kolejne toasty przy dźwiękach zespołu Kombi.
Przez całą noc w kółko leciał jeden numer – Black and white. Śpiewaliśmy go bez końca, choć kompletnie nie był w moim guście. Ale wtedy nie miało to żadnego znaczenia. To było jedyne, co mieliśmy do słuchania.
Nie było polskiej telewizji. Kurwa, nie było żadnej telewizji. O internecie nie było nawet mowy. Ktoś z nas przywiózł płytę CD tego zespołu i katowaliśmy ją bez opamiętania, aż płyta niemal stopiła się w odtwarzaczu. Ta muzyka, ten dym, ten alkohol – wszystko mieszało się w jedną noc, której nie dało się już zatrzymać.
Kiedy na zewnątrz zaczęło się rozjaśniać, a wódka powoli się kończyła, trzeba było maszerować do nocnego po zapasy. Padło na mnie. Pamiętam ten mglisty poranek. Zimno jak w psiarni, a ja pijany w trzy dupy szedłem wąską uliczką, przez belgijskie pola kalafiorów śmierdzące zgnilizną i dziwnym fetorem nawozów. Mgła snuła się nisko nad ziemią, a każdy krok wydawał się cięższy od poprzedniego.
Gdy dotarłem na miejsce, okazało się, że właściciel już zamykał. Spojrzał na mnie, poznał moją gębę i – ku mojemu zdziwieniu – z uśmiechem obsłużył mnie na koniec. Zaskoczę was: był Rosjaninem, który dawno temu osiadł w Belgii i otworzył tu swój interes.
Jak się później okazało, miał znacznie większy asortyment, niż ten widoczny na sklepowych półkach. Ale to już zostawię dla siebie.
Gdy zrobiłem już zakupy i dotarłem z powrotem do szklarni, okazało się że dwójka moich kompanów słodko śpi. Postanowiłem więc, że zrobię im głośną pobudkę w iście stylu wojskowym:
– W Lichtervelde pobudka, pobudka, wstać! Wyposażenie do stołu: kieliszek, szklanka! Czas operacyjny pięć minut, a że w Belgii czas idzie na skróty, zostało dwie i pół minuty! – darłem się wniebogłosy.
Kiedy chłopaki otworzyli oczy i zobaczyli mnie chwiejącego się w drzwiach przyczepy, z dwiema dużymi butelkami czystej w rękach, zerwali się na nogi bez zbędnych pytań. I tak po prostu impreza ruszyła od nowa.
Dzień przeleciał nam przy kieliszku i na pogawędkach. Pełne wyluzowanie, bez żadnych spięć, raczej na spokojnie. Przynajmniej tak nam się wydawało. Nie mieliśmy zamiaru upodlić się jak zeszłej nocy – w końcu za chwilę poniedziałek, a w poniedziałek trzeba iść do pracy. Zanim jednak zdążyliśmy się obejrzeć, wrócił nasz czwarty kompan. Wraz z nim jego siostra i jej znajomi z pracy. Jakby tego było mało, przywieźli ze sobą kolejną dostawę alkoholu. Wtedy już było jasne, że do rana nie ma żadnych szans na wytrzeźwienie. Ustaliliśmy wspólnie, że nazajutrz jakoś się przemęczymy w pracy, ale balangi nie odpuścimy. Skoro miało boleć, to przynajmniej z sensem.
Znajomi dosiedli się do stołu i w jednej chwili zaczęła się typowa, przyjacielska posiadówka. Mimo mojej wcześniejszej niefortunnej sprzeczki z jednym z nich, nikt nie miał do nikogo pretensji. Dogadywaliśmy się dobrze, atmosfera była luźna. Impreza zrobiła się gruba.
Na tyle gruba, że z każdą kolejną chwilą coraz mniej kontaktowałem. Aż w końcu urwał mi się film. Niestety, było to bardzo dramatyczne w skutkach dla mojej osoby. Jedyne, co pamiętam z tamtego spotkania, to przyjazd karetki i jakieś urywki ze szpitala. Potem już tylko pustka.
Później dowiedziałem się, co wydarzyło się tego wieczoru. Jeden z kumpli opowiedział mi, że wyszedłem na zewnątrz i przez dłuższy czas nie wracałem. Jeden z przyjezdnych kolegów poszedł sprawdzić, co się ze mną dzieje. Znalazł mnie leżącego na betonie, całego we krwi.
Najprawdopodobniej przewróciłem się i wpadłem na jedną z szyb w szklarni. Miałem głęboką ranę na lewym nadgarstku. Chłopak, który mnie znalazł, mówił później, że krew tryskała na wysokość metra, a ja byłem półprzytomny. Nie wiadomo, czy z powodu upojenia alkoholowego, czy dlatego, że się wykrwawiałem.
Pamiętam jak przez mgłę, że uczestnicy imprezy wnieśli mnie zakrwawionego do przyczepy i owinęli nadgarstek pierwszą lepszą ścierką, próbując zatamować krwawienie – chociaż na chwilę. Ktoś nagle pobiegł do szefa z prośbą, żeby zadzwonił po pogotowie. Ten zjawił się po kilku chwilach i bez wahania wykonał telefon. Nie było dyskusji ani zbędnych pytań.
Karetka na szczęście przyjechała bardzo szybko. Zabrali mnie od razu do szpitala. Nikt nie pytał o ubezpieczenie, o to, co tu robię ani skąd jestem. Nie interesowały ich papiery ani formalności. Widać było, że liczy się tylko jedno – ratowanie ludzkiego życia. Chyba wszyscy mieli świadomość, że w tej sytuacji każda minuta mogła zadecydować o wszystkim.
Nazajutrz obudziłem się nago, przykryty prześcieradłem, na jednej z sal w belgijskim szpitalu. Nie pamiętam, w jakim to było mieście. Pamiętam tylko, że byłem sam. Podłączony do jakiejś aparatury i całej plątaniny kroplówek. Maszyny cicho pikały, a w powietrzu czuć było specyficzny zapach.
Kiedy się ocknąłem, poczułem, że moja lewa dłoń jest jakby nieobecna. Drętwa. Martwa. Przez ułamek sekundy pomyślałem, że została amputowana. Serce podeszło mi do gardła. Szybko odchyliłem prześcieradło i spojrzałem. Spod grubych bandaży wystawały koniuszki palców. Wszystkie pięć. Dopiero wtedy dotarło do mnie, że ręka jest na miejscu.
Pielęgniarka przechodząca obok zauważyła mój ruch. Zatrzymała się, spojrzała na mnie z trwogą w oczach i pobiegła po lekarza. Po minucie stała już nade mną grupa ludzi w białych fartuchach, mówiących coś do mnie w obcym języku. Nie wiedziałem, co się stało. Nie wiedziałem, gdzie jestem ani dlaczego. Leżałem i patrzyłem w sufit, próbując poskładać w głowie noc, której już nie było.
– Proszę poruszyć palcami lewej dłoni – odezwał się jeden z lekarzy po angielsku.
Z ogromnym bólem udało mi się to zrobić. Kiedy lekarz to zobaczył, widziałem, jak odetchnął z ulgą. Powiedział coś w stylu, że operacja się udała i ręka będzie sprawna. Dodał też, że miałem ogromne szczęście – od śmierci dzieliły mnie minuty.
Zamarłem.
Mimo wczesnej pory już po chwili zjawił się przy mnie Albańczyk. Wszystko ogarniał, pomagał, pilnował spraw. Dzięki Bogu, że miałem go obok, bo w innym przypadku mogłoby to wyglądać zupełnie inaczej. To on opowiedział mi, co dokładnie się stało i jak znalazłem się w szpitalu. Sam nie pamiętałem praktycznie nic – tylko jakieś drobne, pourywane obrazy. Próbowałem wygrzebać z pamięci szczegóły, ale bez skutku. Jakby ktoś wyciął całą noc nożyczkami.
Okazało się, że szyba przecięła część ścięgien odpowiedzialnych za ruchy połowy lewej dłoni, a także żyły i tętnice. To mogło skończyć się śmiercią. Zwyczajnie mogłem się wykrwawić. Na szczęście trafiłem na dobrych chirurgów. Poskładali mnie do kupy. Nie dość, że uratowali mi życie, to jeszcze sprawili, że ręka pozostała sprawna. Niestety do dziś nie mam w niej pełnego czucia. Nawet teraz, pisząc tę książkę, co jakiś czas muszę rozluźniać dłoń, bo zaczyna mi cierpnąć.
Kiedy Alban załatwił wszystkie papiery i formalności, wróciliśmy do Lichtervelde. Chłopaki ucieszyli się na mój widok – zwyczajnie, po ludzku. Wszyscy szybko przyznali, że tamtej nocy byli gotowi na najgorsze, biorąc pod uwagę to, w jakim stanie ratownicy medyczni zabrali mnie ze sobą. Pamiętam smutek w oczach mojego szefa. On już wiedział, że będę musiał jak najszybciej wracać do domu. Mimo kiepskiego startu zdążyliśmy się wszyscy zaprzyjaźnić. Pracowaliśmy sumiennie, nikt nie kombinował, i Mark często to doceniał.
To był ten moment, w którym człowiek zaczyna rozumieć, że nie wszystko da się odkręcić. Czasem zostaje tylko spakować się i wrócić, zanim zrobi się jeszcze gorzej.
Była już końcówka listopada. Przepracowałem niecałe dwa miesiące i musiałem wracać do Polski. Niestety ze względu na wypadek nie byłem w stanie kontynuować pracy. A przecież szef potrzebował kogoś na moje miejsce – byłem zbędny. Niezły kabaret odwaliłem. Rodzina będzie ze mnie dumna.
W poniedziałek wróciłem ze szpitala, w czwartek byłem już w Sierakowie. Zrezygnowany, zażenowany, z poczuciem winy i wstydu, który przyniosłem najbliższym. Miały być wielkie pieniądze z zagranicy i pomoc finansowa domownikom, a wyszło jak zawsze. Mateusz znowu pokazał, że jest nieodpowiedzialnym gówniarzem, dla którego liczy się tylko wieczna balanga.
Co do samego wypadku – do dziś nie mam pewności, czy sam wylądowałem na tej szybie. Mogę się tylko domyślać. Jeden ze znajomych, który był wtedy na imprezie, powiedział mi coś, co do dziś siedzi mi w głowie. Kiedy ja wyszedłem na zewnątrz, zniknął też jeden z przyjezdnych, który odwiedził nas ze znajomymi. Dziwnym zbiegiem okoliczności był to ten sam gość, z którym miałem spięcie kilka weekendów wcześniej.
Przypadek? Nie sądzę. Być może to on „pomógł” mi znaleźć się w tej kiepskiej sytuacji. A może nie? Dziś to tylko moje domysły. Nigdy z nim o tym nie rozmawiałem i on sam nigdy się do niczego nie przyznał. Prawdy już pewnie się nie dowiem. Wiem tylko jedno – człowiek pijany i w nerwach potrafi zrobić strasznie głupie rzeczy. Jeśli rzeczywiście tak było, nie mam do niego żalu. Stało się. Trudno. Najgorsze już się wydarzyło, a ja wyszedłem z tego żywy.
Może gdybym wtedy był bardziej trzeźwy, wszystko mogło potoczyć się inaczej. Ale alkohol już w tamtym czasie przejmował kontrolę nad kluczowymi momentami mojego życia. Po cichu, nie pytając o zgodę.
Przecież mogłem umrzeć tamtego koszmarnego wieczoru – do dziś powtarzam sobie to zdanie. Czasem bez emocji, czasem z niedowierzaniem. Bo świadomość, że mogłoby mnie już nie być, wraca częściej, niż bym chciał. I za każdym razem przypomina mi, jak cienka bywa granica między „jeszcze” a „już nie”.
Rana goiła się dobrze, a moja dłoń z dnia na dzień odzyskiwała sprawność. Palce funkcjonowały coraz lepiej, ból powoli ustępował, a i kac moralny po całym tym zajściu zaczynał w końcu puszczać. Nie zniknął od razu – raczej wycofywał się powoli, krok po kroku, zostawiając po sobie nieprzyjemny posmak wstydu i głupoty.
Lada chwila miałem jechać na ściągnięcie szwów. Życie zaczynało wracać na swoje tory, przynajmniej na tyle, na ile było to wtedy możliwe.
Zanim jednak do tego doszło, pewnego dnia zapukał do moich drzwi listonosz. Wręczył mi kopertę zaadresowaną na moje imię i nazwisko. Zwykła, urzędowa. Nic szczególnego. Na pierwszy rzut oka nie wiedziałem, co to za papiery.
Otworzyłem korespondencję i wszystko stało się jasne – dotyczyła wypadku, któremu uległem, oraz kosztów leczenia podczas mojego pobytu w belgijskim szpitalu. Rachunek. Spojrzałem na kwotę i przez chwilę myślałem, że źle widzę. Prawie dwa tysiące euro. Rozumiecie to? Dwa kafle za niecałe dwanaście godzin w szpitalu. Za kilka godzin na sali, operację i kroplówki. Na tamte czasy – rok 2007 – była to kupa pieniędzy. Dla mnie wręcz kosmiczna suma.
Siedziałem z tym papierem w ręku i miałem wrażenie, że historia, która już raz prawie mnie zabiła, właśnie postanowiła kopnąć mnie jeszcze raz.
– Ja pierdolę! – warknąłem zdenerwowany, a zarazem przerażony po doczytaniu pisma. – No to moja wypłata za niecałe dwa miesiące ciężkiej pracy poszła się jebać! – mruknąłem pod nosem zrezygnowany.
Złość zeszła ze mnie w mgnieniu oka, kiedy przypomniałem sobie, że sam tego piwa nawarzyłem.
„Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Przecież dzięki tym medykom ja w ogóle żyję!” – pomyślałem. „No nic. Trzeba to będzie jakoś przełknąć. Przez cały okres pobytu za granicą zarobiłem akurat tyle, że powinno wystarczyć na opłacenie tej należności”. Tyle z wielkich planów i marzeń o konkretnym zarobku. Mówi się trudno – życie.
Dużym plusem całej tej sytuacji było to, że mieszkałem z mamą i resztą domowników. Dach nad głową, ciepły obiad, ktoś, kto zapyta, jak się czuję. W ostateczności, wtedy zawsze mogłem na nich liczyć. I wiedziałem, że gdyby przyszło co do czego, nie zostanę z tym wszystkim sam. Mimo to w głowie już tliła się nieprzyjemna myśl. Cicha, ale uparta. Że prędzej czy później będę musiał poszukać sobie jakiejś pracy na miejscu. Tu, w okolicy. Gdy tylko dojdę do siebie na tyle, żeby znów stanąć na nogi – nie tylko fizycznie. Bo rachunki same się nie płacą, a rzeczywistość nie pyta, czy akurat jest dobry moment.
I tak siedziałem przygnębiony przez kolejny tydzień. Nie dość, że wszystkie zarobione pieniądze musiałem przeznaczyć na opłacenie rachunku ze szpitala, to jeszcze marzenia o graniu w kapeli zaczęły się oddalać. Z dnia na dzień, po cichu, jakby same odchodziły w cień. No bo jak grać na gitarze, skoro nie czujesz połowy lewej dłoni? A przecież jestem praworęczny – to właśnie ta przeklęta lewa ręka robi na gryfie całą robotę. Chwyty, przejścia, precyzja. Bez czucia palców instrument staje się tylko kawałkiem drewna z naciągniętymi strunami. Ta myśl dobijała mnie jeszcze mocniej. Tym bardziej że nie było żadnych szans, żebym uczył się wszystkiego od nowa. Za dużo czasu i bólu, za dużo straconych nerwów.
Siedziałem więc i patrzyłem w ścianę, z poczuciem, że coś ważnego właśnie wymyka mi się z rąk – dosłownie i w przenośni. I nagle wszystko sprowadziło się do jednego.
No dobra. Kasa jest, rachunki trzeba opłacić. Tylko jak to zrobić? Nie miałem wtedy jeszcze konta w banku, więc żaden przelew nie wchodził w grę. Zostawała osobista wizyta. Tylko że to oznaczało kolejne kilka stówek na dojazd. A ja byłem spłukany.
Pożyczyć? Od kogo? Na pewno nie od matki. Nie dość, że nie miałbym z czego oddać, to jeszcze – biorąc pod uwagę okoliczności mojego powrotu do kraju – po takiej prośbie mogłaby zwyczajnie wpaść w szał. Wróciłem poturbowany, nie miałem planu na siebie ani roboty, a do tego rachunek na kilka tysięcy euro.
Poza tym u nas nigdy się nie przelewało. Było, jak było. Zawsze na styk. Na każdym kroku brakowało pieniędzy, a każdy wydatek ważyło się po kilka razy. Parszywe czasy. Takie, w których człowiek szybciej liczył drobne w kieszeni niż marzenia na przyszłość.
Jedyne, co przychodziło mi do głowy, to odezwać się do Albana i tam szukać ratunku. Po tym wszystkim bałem się jego reakcji. Było mi zwyczajnie głupio. W końcu to on mnie tam wysłał, załatwił robotę, wstawił się za mną na starcie, a ja wróciłem po dwóch miesiącach z ręką w bandażach i rachunkiem do zapłacenia.
Mimo wszystko zebrałem się w sobie. Zadzwoniłem z pokorą, jak zbity pies, skruszony, prosząc o pomoc. Wstyd palił mnie od środka, ale co miałem zrobić? Iść tam na piechotę?
Ku mojemu zdziwieniu Albańczyk zgodził się bez chwili zawahania. Bez mrugnięcia okiem ani najmniejszego pytania. Miał niewielkie biuro w sąsiedniej miejscowości, w Harasiukach, gdzie pomagał ludziom w znalezieniu pracy. Zaprosił mnie do siebie, żeby wszystko spokojnie ustalić.
Niewiele myśląc, następnego dnia pojechałem tam. Czekał już na mnie w swoim lokum. Małe pomieszczenie, biurko, kilka papierów, zapach kawy. Po godzinie było po sprawie. O dziwo, wszystko poszło jak z płatka.
Nie dopytywał, nie oceniał, nie drążył tematu. Wykonał kilka telefonów i na tym się skończyło. Przekazałem mu pieniądze. Poklepał mnie po ramieniu i powiedział:
– Nie martw się. Wszystko będzie dobrze.
Po czym wstał z fotela i podszedł do regału z dokumentami. Poniżej znajdowała się szafka, z której wyciągnął litr albańskiej wódki. Nie miałem ochoty na jakikolwiek alkohol, ale jemu nie mogłem odmówić.
Dużo wtedy rozmawialiśmy. Powiedział, że bardzo przejął się całym zajściem. Że to, co się stało, nie dawało mu spokoju. Słuchałem go uważnie, trochę z niedowierzaniem, bo nie musiał się w to aż tak angażować. Obiecał mi też, że kiedy tylko stanę na nogi, postara się zrobić wszystko, co będzie w jego mocy, żeby szef z Belgii dał mi jeszcze jedną szansę. Powiedział to spokojnie, bez patosu, jakby była to najzwyklejsza rzecz na świecie.
To było z jego strony naprawdę w porządku. Nie skreślił mnie po jednym błędzie. Nie odwrócił się plecami, mimo że mógł. Chciał dać mi jeszcze jedną szansę, bo znał moją sytuację finansową i wiedział, w jakim momencie życia się wtedy znalazłem.
Od siebie dodam, że to był naprawdę dobry człowiek. Mimo swojego specyficznego, trochę mafijnego wyglądu, był uczciwy i bardzo lojalny wobec ludzi. Nie kombinował na boku, nie kręcił, zawsze dotrzymywał słowa. Kiedy ktoś prosił go o pomoc, nie odwracał wzroku.
Przez długi czas załatwiał robotę setkom osób z naszych okolic. I mówię to bez przesady. Wielu ludziom dzięki niemu udało się stanąć na nogi, wyjść z długów, odbić się od dna. Przyznam szczerze – niejedno życie wyprowadził na prostą.
Poza pracą nie sposób nie wspomnieć o spotkaniach, które Alban organizował w wolnym czasie w swoim biurze. Nie były częste, raczej od święta, ale kiedy już się odbywały, niczego na nich nie brakowało. Stół uginał się od jedzenia, alkoholu było do wyboru, do koloru, a najważniejsze – panowała tam specyficzna, ciepła atmosfera, którą tworzył samą swoją obecnością.
Alban dużo opowiadał. O swoich rodzinnych stronach, o kulturze, z której pochodził, o podróżach po świecie za chlebem. Historie z życia, pełne szczerości i pozbawione upiększeń. Słuchało się ich z przyjemnością.
Do dziś wspominam go z uśmiechem na twarzy. I z wdzięcznością. Niestety cztery lata temu dowiedziałem się od znajomych, że zmarł. Kontakt z czasem nam się urwał i nie miałem pojęcia, że ma jakieś problemy zdrowotne. Ale takie już jest życie, nigdy nie wiesz, kiedy widzisz swoich bliskich po raz ostatni. Krótko mówiąc – szkoda faceta. Niech mu ziemia lekką będzie.
Tuż po naszym spotkaniu, jeszcze w tym samym tygodniu Alban ruszył w drogę. Nie ukrywam, miałem pewne obawy, czy uda się to wszystko załatwić. W głowie krążyły różne czarne scenariusze, ale – jak się później okazało – zupełnie niepotrzebnie.
Kilka dni po jego wyjeździe zadzwonił do mnie obcy numer z kierunkowym +32. Belgia. Telefon zawibrował na stole, a ja przez chwilę tylko patrzyłem na ekran, jakby sam numer miał mi coś powiedzieć. Potem odebrałem.
– Halo?! Mateusz? Zrobione! Rachunek czysty.
Okazało się, że to on. Dzwonił, żeby poinformować mnie, że wszystko jest już załatwione. Z tego, co mówił, szpital potrzebował jeszcze kilku dodatkowych papierów, ale nie było z tym żadnego problemu – Alban znał kogoś w administracji i szybko to ogarnął.
Jezu… jaka ulga mnie wtedy zalała. Miałem wrażenie, jakby ciężar, który niecały miesiąc wcześniej ktoś wrzucił mi na plecy, po prostu wyparował. Bałem się, że będę musiał tam wracać, stawić się osobiście, przekazać pieniądze, podpisać stos dokumentów, tłumaczyć się i prostować sprawy, które wymknęły się spod kontroli. A on – jak gdyby nigdy nic – załatwił wszystko w kilka dni. Spokojnie, na luzie, bez zbędnych słów. Jakby machnął magiczną różdżką i po sprawie. Dopiero po latach dotarło do mnie, że musiał mieć naprawdę solidne znajomości na tamtych terenach.
Najważniejsze było jedno: ogromny problem zniknął z mojego życia. I pierwszy raz od dawna mogłem naprawdę odetchnąć.
Przez kolejne tygodnie powoli wracałem do zdrowia. Święta Bożego Narodzenia zbliżały się nieubłaganie, dzień po dniu, jakby ktoś odliczał czas na głos. Ręka z zewnątrz wyglądała coraz lepiej. Szwy były już zdjęte, palce zaczynały się zginać, ruch wracał. Tyle że to wszystko było tylko pozorem.
Połowa dłoni była dla mnie kompletnie obca. Martwa. Jakby ktoś wziął ją od innego człowieka i mi przyszył. Nie czułem palców. Nic. Kompletnie nic. Żadnego dotyku, żadnego nacisku. Jedynie przy ostrym mrozie pojawiało się dziwne, głuche uczucie chłodu, jakby zimno przechodziło przez rękę na wylot, bez pytania.
To mnie dobijało. Tak bardzo, że momentami chciało mi się wyć. Mimo wszystko któregoś dnia zebrałem się w sobie i chwyciłem za gitarę. Nie byłem nigdy żadnym wirtuozem, ale teraz… teraz to była totalna porażka. Nie czułem gryfu. Nie czułem strun pod palcami. Lewa dłoń nie współpracowała, jakby nie należała do mnie.
Wszystko się mieszało, plątało, rozsypywało. Zamiast grania wychodził bełkot. Chaos. Hałas bez sensu. Niby nic – przecież to tylko punk rock. Prosta muzyka, trzy, cztery akordy, żadnej filozofii. A jednak. Nawet to sprawiało mi ogromne trudności. I wtedy dotarło do mnie, że to już koniec, ten instrument nie jest dla mnie.
Pewnego dnia poszedłem do Jacka, z którym zakładaliśmy kapelę. Usiedliśmy przy piwie, w jego pokoju i gadaliśmy o tym, że mimo wszystko fajnie byłoby jeszcze pograć. Na luzie, bez większych oczekiwań – tak po prostu, dla siebie.
Z racji tego, że w zespole byłem gitarzystą i wokalistą, zaproponowałem, że tym razem zostanę już tylko przy mikrofonie. Gitarę oddamy komuś innemu. Kogoś się znajdzie. To nie była łatwa decyzja, ale w tamtym momencie jedyna, która miała sens.
– Ale po co ty chcesz kogoś szukać na gitarę? – odparł zdziwiony kumpel.
– Co ty, chłopie, gadasz?! Człowieku, ja swojego fiuta nie czuję, kiedy ściskam go przy laniu! A ty mówisz, że będę szarpał druty! Pojebało cię! – powiedziałem zdziwiony.
Jacek popatrzył na mnie chłodnym wzrokiem, bez słowa chwycił gitarę i zaczął grać riff w sposób, jakiego wcześniej nigdy nie widziałem. Była to bardzo dziwna technika. Używał tylko kciuka, palca wskazującego i środkowego – dokładnie tych palców, które jeszcze czułem.
I ku mojemu zdziwieniu… to brzmiało. Może nie idealnie, może nie podręcznikowo, ale brzmiało. Otworzyłem szeroko oczy, serce przyspieszyło. Przejąłem wiosło z jego rąk i spróbowałem sam. Faktycznie – z gitary zaczęły wychodzić normalne dźwięki. Żaden bełkot czy chaos, tylko muzyka.
Byłem przeszczęśliwy. Jakby ktoś nagle zapalił światło w miejscu, w którym od tygodni było ciemno. Marzenia o graniu znowu stały się realne. Może w innej formie, może krzywo, może koślawo – ale żyły. Wyglądało to dziwnie, nie ma co ukrywać. Ale najważniejsze było jedno: działało. Zresztą ilu gitarzystów rockowych miało swój własny, pokręcony styl gry? Ilu łamało zasady i robiło wszystko „nie tak”, jak trzeba? No właśnie. Dlaczego więc tutaj miałoby się nie udać.
– No a co z partiami solowymi? Tego to już nie dam rady ogarnąć, za duże wyzwanie – zapytałem po cichu.
– Nie przejmuj się. Jakoś z tym sobie poradzimy. Zresztą to tylko punk, tu nie ma trudnych rzeczy! – odparł z uśmiechem.
