Czerwony wilk - Williams Jen - ebook + książka
BESTSELLER

Czerwony wilk ebook

Williams Jen

4,2

26 osób interesuje się tą książką

Opis

Powinnaś leżeć razem z pozostałymi, żebyś mogła czuć nad sobą moje ciche kroki. Nie gaś świateł… Nigdy nie wiesz, czy za twoim oknem, pod osłoną mroku, nie stoi seryjny morderca. Była dziennikarka Heather Evans powraca do rodzinnego domu. Uciekając stamtąd w wieku szesnastu lat, obiecała sobie, że jej noga już nigdy więcej nie postanie w tym miejscu. Teraz jednak musi tu wrócić, ponieważ w tajemniczych okolicznościach samobójstwo popełniła jej matka. Porządkując rzeczy zmarłej, Heather dokonuje przerażającego odkrycia: znajduje stertę listów, które jej matka otrzymała od odsiadującego dożywocie seryjnego mordercy kobiet – Michaela Reave’a, znanego jako Czerwony wilk. O czym wiedziała matka kobiety? Dlaczego się zabiła? I, skoro Czerwony wilk siedzi w więzieniu, dlaczego dochodzi do kolejnego morderstwa, popełnionego dokładnie w jego stylu? Heather na pewno nie jest gotowa na prawdę, ale musi ją poznać. Mroczny niczym baśnie braci Grimm, pełen tajemnic i niespodziewanych zwrotów akcji thriller przerazi i zafascynuje każdego czytelnika. Całkowicie uzależniająca książka. Czytelnicy Alexa Northa i C. J. Tudor powinni natychmiast po nią sięgnąć” – Booklist

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 390

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,2 (52 oceny)
23
17
10
2
0
Sortuj według:
magdalenamacias

Nie oderwiesz się od lektury

Szokująca i wciągająca, momentami przerażająca. Niektóre tajemnice nie powinny ujrzeć dziennego światła...
10

Popularność




Tytuł ory­gi­nału: Dog Rose Dirt

Prze­kład: Zuzanna Lamża Opieka redak­cyjna: Maria Zalasa Redak­cja: Anna Stro­żek Korekta: Justyna Tech­mań­ska

Pro­jekt okładki i stron tytu­ło­wych: Joanna Wasi­lew­ska/KATA­KA­NA­STA

Zdję­cia na okładce: © DEvGal­lery/Shut­ter­stock i © Kabar­dins photo/Shut­ter­stock

Copy­ri­ght © 2021 by Jen­ni­fer Wil­liams. All rights rese­rved. Copy­ri­ght for the Polish edi­tion © JK Wydaw­nic­two, 2021 Copy­ri­ght for the Polish trans­la­tion © Zuzanna Lamża, 2021

Wszel­kie prawa zastrze­żone. Żadna część tej publi­ka­cji nie może być powie­lana ani roz­po­wszech­niana za pomocą urzą­dzeń elek­tro­nicz­nych, mecha­nicz­nych, kopiu­ją­cych, nagry­wa­ją­cych i innych bez uprzed­niego wyra­że­nia zgody przez wła­ści­ciela praw.

ISBN 978-83-8225-080-0 Wyda­nie I, Łódź 2021

JK Wydaw­nic­two ul. Kro­ku­sowa 3, 92-101 Łódź tel. 42 676 49 69 www.wydaw­nic­two­fe­eria.pl

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer

Dla Juliet, dia­bełka na moim ramie­niu szep­czą­cego: „Napisz straszną książkę”

1

Wcze­śniej

Świa­tło z kory­ta­rza padło na twarz chłopca, który po raz pierw­szy się od niego nie odwró­cił: jego ramiona i nogi były zbyt cięż­kie, obroża na gar­dle zbyt masywna, zbyt mocno zaci­śnięta. Zresztą odwra­ca­nie głowy ni­gdy go przed niczym nie uchro­niło.

Postać, która sta­nęła w drzwiach, na chwilę się zatrzy­mała – jakby zauwa­ża­jąc zmianę – po czym uklę­kła, by gwał­tow­nymi szarp­nię­ciami uwol­nić go z uści­sku skó­rza­nego paska. Gdy obroża opa­dła, postać wycią­gnęła rękę i chwy­ciła garść jego czar­nych wło­sów tuż przy skó­rze.

Nawet wiele lat póź­niej nie umiałby powie­dzieć, czym ten kon­kretny moment róż­nił się od innych. Był zagło­dzony i wyczer­pany, czuł cię­żar wła­snych kości i zmal­tre­to­wa­nego, posi­nia­czo­nego ciała, i od dawna był prze­ko­nany, że każ­dym cen­ty­me­trem sie­bie pogo­dził się już z tym, jak wygląda jego życie, ale wtedy, kiedy jej palce wkrę­ciły mu się we włosy, a paznok­cie bole­śnie podra­pały czaszkę, coś się w nim obu­dziło.

– Ty małe bydlę – powie­działa nie­obec­nym tonem. Zasło­niła sobą nie­mal całe przej­ście, odci­na­jąc więk­szość świa­tła. – Ty małe, brudne bydlę. Cuch­niesz, wiesz o tym? Małe cuch­nące gówno.

Być może w ostat­niej chwili zorien­to­wała się, co obu­dziła. Przez uła­mek sekundy błysk jakiejś emo­cji oży­wił jej bladą, nalaną twarz; może dostrze­gła w jego oczach coś, czego wcze­śniej nie zauwa­żyła. Wyraź­nie widział spa­ni­ko­wane spoj­rze­nie, jakie posłała w stronę obroży.

Ale było za późno. Chło­piec sko­czył na równe nogi z sze­roko otwar­tymi ustami i pal­cami zakrzy­wio­nymi w szpony. Odsko­czyła z krzy­kiem. Tuż za nią zaczy­nały się schody pro­wa­dzące na pół­pię­tro – pamię­tał to mgli­ście jesz­cze z cza­sów sprzed schowka – i teraz spa­dali z nich oboje: wyjące dziecko i wrzesz­cząca kobieta. Upa­dek trwał mgnie­nie oka, ale przez całe lata będzie pamię­tał kilka ostrych prze­bły­sków z tej chwili: dotkliwy, pie­kący ból, kiedy wyrwała mu ze skroni trzy­mane w gar­ści włosy, wra­że­nie spa­da­nia w zie­jącą prze­paść i dziki szał towa­rzy­szący roz­ry­wa­niu jej skóry pazu­rami. Paznok­ciami.

Ude­rzyli o pod­łogę. Zapa­no­wała cisza. Chło­piec zdał sobie sprawę, że poza nimi w domu nikogo nie ma: żad­nych pod­nie­sio­nych gło­sów, żad­nych dłu­gich, ostrych pal­ców, żad­nych alar­mu­ją­cych prze­bły­sków czer­wieni. Kobieta, jego matka, leżała pod nim powy­krę­cana pod dziw­nymi kątami, ze skie­ro­wa­nym ku niemu i obna­żo­nym gar­dłem, jakby pró­bo­wała go udo­bru­chać. Kość wysta­jąca ze zła­ma­nego wpół przed­ra­mie­nia, ude­rza­jąco biała na tle sza­ra­wej skóry, mie­rzyła w okno. Zaplą­tał się w nią rękaw żół­tej podomki.

– Mami?

Z nosa i ust sączyły jej się cien­kie strużki krwi, a jej oczy – zie­lone, jak jego – wpa­try­wały się w jakiś punkt nad ich gło­wami. Ostroż­nie zasło­nił dło­nią jej usta i nos i naci­snął, z fascy­na­cją obser­wu­jąc, jak jej ciało gnie­cie się i śli­zga. Przy­ci­snął moc­niej, całym swoim cię­ża­rem: czuł, jak jej wargi zmie­niają się w papkę, roz­jeż­dżają się na zębach i…

Prze­stał. Musiał wyjść na zewnątrz.

Był zimny, szary pora­nek; jesień, jak przy­pusz­czał. Świa­tło raziło go w oczy, ale nie tak bar­dzo, jak się spo­dzie­wał. Tak naprawdę wprost się nim upi­jał, roz­glą­da­jąc się po ponu­rym kra­jo­bra­zie i nie­bie z coraz więk­szym spo­ko­jem. Widział las – raz się tam bawił – liście robiły się już czer­wone i brą­zowe. Widział pola, teraz ciemne od nie­daw­nego desz­czu, i stare budynki gospo­dar­cze, które ojciec dopro­wa­dził do ruiny. Gdzieś daleko za nimi wiła się utwar­dzona droga. Ciało matki, które zacią­gnął tu ze sobą po zaro­śnię­tej tra­wie, wyglą­dało już pięk­niej – poza domem była czymś innym. Chwy­ciw­szy za kostki, prze­cią­gnął ją nieco dalej, na ugór po dru­giej stro­nie polnej drogi.

– Tutaj. – Otwo­rzył usta, żeby powie­dzieć coś jesz­cze, ale nie był w sta­nie. Mokra trawa oto­czyła jego matkę i otu­liła ją. Czuł peł­za­jące w niej życie; maleń­kie muszki i żuczki – żywe zain­te­re­so­wa­nie robacz­ków. Chło­piec prze­su­nął się; klę­czał teraz tuż przy niej. Poczuł, jak wypeł­nia go gniew, tak bez­na­miętny i bez­gra­niczny, że roz­po­ście­rał się w nim jak cały kra­jo­braz; wście­kłość roz­le­wała się w nim aż po wid­no­krąg. Na jakiś czas zupeł­nie wyszedł z sie­bie, nie widząc nic poza zimną, czer­woną furią i nie sły­sząc nic poza hukiem gromu. Powró­cił dopiero, gdy uprzejme chrząk­nię­cie dobie­ga­jące zza ple­ców kazało mu się pode­rwać z zasko­cze­nia. Ręce miał po łok­cie unu­rzane we krwi, a w ustach pełno meta­licz­nego posmaku. Coś utkwiło mu mię­dzy zębami.

– A cóż to? Co my tu mamy?

Pośród traw stał męż­czy­zna, wysoki i kości­sty. Nosił kape­lusz i przy­glą­dał się chłopcu z rodza­jem łagod­nej cie­ka­wo­ści, zupeł­nie jakby natknął się na kogoś pusz­cza­ją­cego latawce albo gra­ją­cego w kap­sle. Chło­piec cał­ko­wi­cie znie­ru­cho­miał. Męż­czy­zna nie miesz­kał w domu, ale to nie ozna­cza, że chłopca omi­nie kara. Oczy­wi­ście że zosta­nie uka­rany. Spoj­rzał w dół, żeby zoba­czyć, co zro­bił wła­snej matce: kra­wę­dzie jego pola widze­nia posza­rzały.

– No, już dobrze. Nie przej­muj się tym tak. – Męż­czy­zna zro­bił krok w jego stronę i po raz pierw­szy chło­piec spo­strzegł, że ma ze sobą psa, olbrzy­miego psa pokry­tego kudłatą czarną sier­ścią, który przy­glą­dał mu się żół­to­brą­zo­wymi oczami. W chłod­nym powie­trzu poranka uno­sił się nad nim obłok pary. – Wiesz, zupeł­nie zapo­mnia­łem, że Reave’owie mieli syna, ale pro­szę, oto jesteś. Jesteś, mimo wszystko.

Chło­piec otwo­rzył usta i ponow­nie je zamknął. Reave’owie, Reave’owie to była jego rodzina, i będą na niego źli.

– Ależ z cie­bie zwie­rzątko. – Chło­piec skrzy­wił się, przy­po­mi­na­jąc sobie, jak matka nazy­wała go zwie­rzę­ciem, ohydz­twem i bydlę­ciem, ale męż­czy­zna wyda­wał się zado­wo­lony i kiedy mały pod­niósł na niego wzrok, tylko lekko potrzą­sał głową. – Chyba pój­dziesz ze mną, mój mały wilku. Mój mały bar­ghe­ście.

Pies otwo­rzył pysk, wywa­la­jąc długi, różowy język. Po chwili zaczął zli­zy­wać krew z trawy.

2

Heather zmu­siła się do uśmie­chu – zmę­czona i zzięb­nięta, kom­plet­nie nie była w nastroju na wymianę nie­zręcz­nych uprzej­mo­ści. Chwilę póź­niej zmie­niła zda­nie i, w spo­sób rów­nie wymu­szony, zmyła go z twa­rzy: uśmie­cha­nie się w jej sytu­acji mogło zostać ode­brane jako nie­sto­sowne, a nawet bez tego, jak dosko­nale zda­wała sobie sprawę, jej obec­ność tutaj była rów­nie mile widziana jak psia kupa na środku traw­nika.

– Dzię­kuję, że pan na mnie zacze­kał, panie Ram­sey. To bar­dzo miłe z pana strony.

Ram­sey patrzył na nią spode łba.

– Cóż, gdy­byś czę­ściej zaglą­dała do matki, może doro­bi­ła­byś się wła­snego kom­pletu klu­czy. – Pocią­gnął nosem, w jed­nym gar­dło­wym dźwięku zamy­ka­jąc wszystko, co sądził na temat Heather Evans. – Twoja biedna matka. To… cóż, to z pew­no­ścią bar­dzo smutne. Z pew­no­ścią. Okropna sytu­acja.

– Tak. Zde­cy­do­wa­nie. – Heather ważyła w dłoni pęk klu­czy, patrząc na impo­nu­jące krzewy i drzewa osła­nia­jące dom matki od strony drogi. – Nie chcia­ła­bym pana zatrzy­my­wać, panie Ram­sey.

Zesztyw­niał, a sine worki pod oczami pociem­niały mu jesz­cze bar­dziej. Nie odzy­wała się, pozwa­la­jąc, by mil­cze­nie oplo­tło ten pochmurny pora­nek. Widziała, jak zasta­na­wia się, czy nie powie­dzieć jej, co myśli; w końcu jed­nak odwró­cił się i odszedł w stronę wła­snego domu.

Heather postała jesz­cze przez chwilę, oddy­cha­jąc i wsłu­chu­jąc się w ciszę. Bales­ford, zabu­do­wane luźno i cha­otycz­nie, pełne było dom­ków jed­no­ro­dzin­nych, wyso­kich ogro­dzeń i prze­dziw­nie jed­na­ko­wych twa­rzy ludzi mówią­cych z takim samym akcen­tem. Poło­żone przy samej gra­nicy hrab­stwa Kent, teo­re­tycz­nie sta­no­wiło część Lon­dynu – jego bar­dzo ane­miczne, bez­barwne i pozba­wione życia wyda­nie.

Wes­tchnęła, brzę­cząc klu­czami, po czym wzięła głę­boki wdech i pode­szła do furtki, w poło­wie zasło­nię­tej przez roz­ło­ży­ste zimo­zie­lone krzewy. Po dru­giej stro­nie cze­kały na nią dobrze utrzy­many traw­nik i nieco zaro­śnięte klomby kwia­towe oraz pro­wa­dząca do domu żwi­rowa alejka. Nie było w tym nic spe­cjal­nego, a już z pew­no­ścią nic nie­zwy­kłego, a mimo to z każ­dym kro­kiem Heather czuła w żołądku nara­sta­jący skurcz. Nie był to przy­ja­zny budy­nek, ani teraz, ani ni­gdy wcze­śniej; Ponury tynk i puste okna spra­wiały wra­że­nie, że miej­sce to zostało zamknięte i takie pozo­sta­nie na zawsze. Obok drzwi poma­lo­wa­nych na mdły odcień bla­dego różu stała wielka tera­ko­towa donica, pełna czar­nej ziemi. Na jej gład­kiej, rdza­wej powierzchni ktoś nie­po­rad­nie wydra­pał kształt serca: linie two­rzące kon­tur rysunku były nie­równe i nacho­dziły na sie­bie. Heather zmarsz­czyła brwi: ni­gdy nie posą­dzała matki o rusty­kalne cią­goty, a poza tym – dla­czego donica była pusta? Zosta­wie­nie cze­goś nie­do­koń­czo­nego było bar­dzo nie w stylu jej matki… co zakra­wało na iro­nię, jeśli się wzięło pod uwagę finał całej sprawy. Przez długą, roze­dr­ganą chwilę Heather myślała, że się roz­pła­cze, wła­śnie tam, na samym progu, ale zamiast tego szybko uszczyp­nęła się w ramię i łzy ustą­piły. Nie ma na to czasu. U jej stóp leżało kilka sza­rych, praw­do­po­dob­nie gołę­bich, piór. Krzy­wiąc się, Heather odsu­nęła je czub­kiem teni­sówki i wycią­gnęła z pęku wła­ściwy klucz.

Wcho­dząc do kory­ta­rza gęstego od ciszy i kurzu, prze­su­nęła drzwiami śli­ską, zło­żoną z kilku listów i mnó­stwa ulo­tek stertę. Choć na zewnątrz był już późny pora­nek, zasę­pione wrze­śniowe niebo i wyso­kie drzewa rosnące wokół domu spra­wiały, że cały hol tonął w mroku. Pospiesz­nie prze­krę­ciła wszyst­kie włącz­niki świa­tła w zasięgu wzroku, mru­żąc oczy na widok tan­det­nego, per­ka­lo­wego klo­sza nagle peł­nego paste­lo­wego życia.

Salon był schludny i przy­ku­rzony: żad­nych brud­nych fili­ża­nek, żad­nych porzu­co­nych na kana­pie na wpół prze­czy­ta­nych ksią­żek. Stary czer­wony płaszcz leżał prze­wie­szony przez opar­cie krze­sła; gruba wełna mecha­ciła się już na ręka­wach. Kuch­nia wyglą­dała podob­nie: wszystko umyte i odło­żone na miej­sce. Heather zauwa­żyła, że matka prze­wró­ciła nawet kartkę w kalen­da­rzu: wska­zy­wał wrze­sień, choć wie­działa, że nie będzie jej dane oglą­dać reszty mie­siąca.

– Po co to wszystko, mamo? – Zastu­kała pal­cami w lakie­ro­wany papier: małe kwa­dra­ciki pozo­stały nie­za­pi­sane, żad­nego „odwo­łać mle­cza­rza / zabić się”.

Heather ciężko weszła na schody. Gruba wykła­dzina tłu­miła odgłos jej kro­ków. W głów­nej sypialni pano­wał taki sam wzo­rowy porzą­dek jak w całym małym domku. Toa­letka matki była czy­sta i schludna: szklane sło­iczki z kre­mami i fla­ko­niki per­fum usta­wiono w rów­nych sze­re­gach, jak żoł­nie­rzy, obok szczo­tek do wło­sów poło­żo­nych na bla­cie przy sta­ro­mod­nym ręcz­nym lusterku. Heather usia­dła i spoj­rzała na szczotki. Tu jej matka oka­zała się mniej skru­pu­latna, nie tak pedan­tyczna: wciąż tkwiły w nich zaplą­tane we wło­sie pasma, blond kosmyki poprze­ty­kane gdzie­nie­gdzie szorstką sza­ro­ścią.

Mate­ria orga­niczna, pomy­ślała Heather. Z jakie­goś powodu fraza ta zagnieź­dziła się w jej piersi, ciężka i zja­dliwa. Zosta­wi­łaś po sobie mate­ria orga­niczna. Zro­bi­łaś to celowo?

Jedyną rze­czą nie­pa­su­jącą do ładu panu­ją­cego na toa­letce była zgnie­ciona w kulkę, gęsto zadru­ko­wana kartka lekko pożół­kłego papieru. Usi­łu­jąc odwró­cić uwagę od szczo­tek, Heather pod­nio­sła ją i roz­pro­sto­wała: gdzieś w głębi duszy spo­dzie­wała się, że zoba­czy frag­ment jed­nego ze swo­ich arty­ku­łów (matka może nie odzy­wała się zbyt czę­sto, ale Heather była pewna, że wciąż kry­tycz­nym okiem śle­dzi jej karierę), jed­nak szybko zdała sobie sprawę, że to strona z książki, sądząc po fak­tu­rze papieru i kroju czcionki, jakiejś sta­rej. Z początku nie potra­fiła zro­zu­mieć, na co patrzy: stary drze­wo­ryt przed­sta­wiał coś, co wyglą­dało na kozę, czy raczej jagnię, sto­jące na innym zwie­rzę­ciu. Może na psie? Pies miał roz­cięty brzuch, a mniej­sze kózki wpy­chały kamie­nie w podej­rza­nie czy­sty otwór. Heather prze­bie­gła wzro­kiem tekst, który poin­for­mo­wał ją, że kiedy wilk się obu­dził, poczuł się bar­dzo spra­gniony, więc poszedł do rzeki się napić…

To była strona z książki z baj­kami dla dzieci, ale Heather nie miała poję­cia, co matka z nią robiła. Col­leen ni­gdy nie prze­pa­dała za sta­rymi, krwa­wymi baśniami; kiedy Heather była mała, kar­miono ją wyłącz­nie opo­wie­ściami o szczę­śli­wych kucy­kach i dziew­czyn­kach uczęsz­cza­ją­cych do szkół z inter­na­tem. Poczuła się nie­swojo; strona z dziwną ilu­stra­cją, spo­sób, w jaki została zmięta i porzu­cona na sto­liku. Czy matka chciała, żeby ją zna­la­zła?

– Kto wie, co sobie myśla­łaś, prawda? Musia­łaś… Musia­łaś stra­cić rozum, sama nie wiem…

Nagle pokój wydał jej się gorący i cia­sny, a cisza zbyt gło­śna. Heather wstała, chwie­jąc się nieco, i oparła się o toa­letkę – na tyle mocno, że jedna z bute­le­czek per­fum prze­wró­ciła się i zgu­biła korek, co jesz­cze bar­dziej ją zde­pry­mo­wało.

– Szlag.

Duszny, kwia­towy zapach wypeł­nił pomiesz­cze­nie. Przy­wiódł jej na myśl kost­nicę, a kon­kret­nie jej pocze­kal­nię ude­ko­ro­waną kil­koma gustow­nymi kom­po­zy­cjami kwia­towymi – zupeł­nie jakby mogły one odwró­cić czy­jąś uwagę od tego, co za chwilę ma zoba­czyć. Potrzą­snęła głową. Ważne, żeby się na tym nie sku­piać; tak mówił Terry, jej współ­lo­ka­tor. Nie myśleć o zapa­chu, nie myśleć o wie­trze sma­ga­ją­cym odludne klify, a już z pew­no­ścią nie myśleć o szcze­gól­nym wpły­wie upadku z bar­dzo dużej wyso­ko­ści na mate­rię orga­niczną ciała…

– Cho­lera. Potrze­buję tlenu.

Heather wepchnęła pognie­ciony papier do szu­flady, żeby znik­nął jej z oczu, i zeszła z powro­tem na dół. Zmie­rzała wła­śnie w kie­runku tyl­nych drzwi, kiedy po domu roz­niósł się dźwięk dzwonka.

Mdlący ucisk w piersi natych­miast ustą­pił miej­sca wście­kło­ści. To pew­nie domo­krążca, ktoś ze zbiórką cha­ry­ta­tywną albo któ­ryś z tych papla­ją­cych o Bogu. Albo cho­lerny pan Ram­sey. Ruszyła do drzwi, zawczasu delek­tu­jąc się wyra­zem twa­rzy natręta, kiedy rzuci mu: „Jak pan śmie, nie widzi pan, że jestem w żało­bie?”. Widok wyso­kiej, ele­gancko ubra­nej star­szej kobiety w progu był dla niej zasko­cze­niem. Nie miała ze sobą żad­nych doku­men­tów ani puszki na datki, miała za to zamknięte naczy­nie żaro­od­porne w dło­niach i wyraz współ­czu­cia na twa­rzy.

– W czym mogę pani pomóc?

– Heather? Oczy­wi­ście, że tak. – Kobieta uśmiech­nęła się, a Heather poczuła, jak jej gniew roz­wiewa się w nicość. Miała bar­dzo krót­kie siwe włosy; wiele osób wyglą­da­łoby nie­ko­rzyst­nie w tej fry­zu­rze, ale kości policz­kowe były ude­rza­jąco kształtne, a twarz ładna i pocią­gła. Heather nie była w sta­nie odgad­nąć jej wieku; z pew­no­ścią była stara, star­sza niż jej matka, ale skórę wciąż miała w dużej mie­rze nie­po­zna­czoną zmarszcz­kami, a szare oczy patrzyły jasno i bystro. Mary Pop­pins, ze zdzi­wie­niem pomy­ślała Heather. Przy­po­mina mi Mary Pop­pins. – Jestem Lilian, skar­bie, miesz­kam nie­da­leko. Wpa­dłam tylko, żeby upew­nić się, jak dajesz sobie radę. – Pod­nio­sła naczy­nie, w razie gdyby Heather dotąd go nie zauwa­żyła. – Mogę to gdzieś odło­żyć?

Heather odsko­czyła od drzwi.

– Jasne, prze­pra­szam. Wejdź.

Kobieta płyn­nie prze­szła przez kory­tarz i skie­ro­wała się wprost do kuchni – pew­ność, z jaką się poru­szała, wska­zy­wała, że dobrze zna to miej­sce.

– To tylko gulasz – oznaj­miła, odkła­da­jąc naczy­nie na blat. – Jagnię­cina, mar­chew, cebula i tak dalej. Nie jesteś aby wege­ta­rianką, skar­bie? Nie jesteś, tak wła­śnie myśla­łam. Dobrze. Pod­grzej to powoli w pie­kar­niku. – Zauwa­żyła wyraz twa­rzy Heather i znów się uśmiech­nęła. – Wiem, jak to jest, kiedy trzeba sobie radzić z czymś takim. Bar­dzo łatwo zapo­mnieć o wła­ści­wym jedze­niu, a to niczemu dobremu nie służy. Pamię­taj, żeby co wie­czór mieć coś cie­płego w żołądku. Col­leen była dobrą przy­ja­ciółką. Rwa­łaby sobie włosy z głowy, gdyby wie­działa, że przez nią mar­nie­jesz w oczach.

Heather przy­tak­nęła, sta­ra­jąc się nadą­żyć za kon­wer­sa­cją.

– To bar­dzo miłe, że o mnie pomy­śla­łaś… Lil­lian. Dobrze zna­łaś moją mamę? Col­leen? Mówi­łaś, że miesz­kasz tu gdzieś w pobliżu? Pew­nie prze­pro­wa­dzi­łaś się w ostat­nich latach? – Usi­ło­wała umiej­sco­wić Lil­lian gdzieś w cza­sach wła­snego dzie­ciń­stwa albo przy­po­mnieć ją sobie z jed­nej z nie­czę­stych póź­niej­szych wizyt w domu, ale nie była w sta­nie.

– Tuż za rogiem. – Lil­lian roz­glą­dała się po kuchni, jakby umiała dostrzec każdy pyłek, który przy­pra­wiłby Col­leen o pal­pi­ta­cje. O ile pan Ram­sey natych­miast wzbu­dził w Heather uczu­cie lek­ce­wa­żą­cej pogardy, już sama moż­li­wość roz­cza­ro­wa­nia Lil­lian wydała się jej oso­bli­wie nie­po­ko­jąca.

– Cza­sem spę­dza­ły­śmy razem popo­łu­dnia, popi­ja­jąc her­batę i roz­ma­wia­jąc o róż­nych spra­wach star­szych pań.

Heather ski­nęła głową, choć dziw­nie jej było myśleć o swo­jej matce jako o „star­szej pani”.

– Jaka była ostat­nio? Tak przez zeszły mie­siąc? – Sły­sząc to pyta­nie, Lil­lian wzdry­gnęła się, więc Heather roz­krzy­żo­wała ramiona i posta­rała się wyglą­dać na mniej spiętą. – Nie widy­wa­łam się z nią tak czę­sto, jak powin­nam. To wszystko jest dla mnie szo­kiem.

– Twoja matka była silną kobietą. Zaska­ku­jąco silną. Ale widzisz, to kwe­stia poko­le­nia. Ludzie w moim wieku, cóż… nie roz­ma­wiają zbyt wiele o uczu­ciach. – Lil­lian uśmiech­nęła się blado. – Tak się po pro­stu nie robi. Oba­wiam się, że jeśli Col­leen się z czymś zma­gała, nie mia­łam o tym poję­cia.

Heather pomy­ślała o zmię­tej kartce leżą­cej na toa­letce i zbo­la­łej twa­rzy poli­cjanta, który poda­wał jej obrączkę matki.

– Więc nic nie ude­rzyło cię w jej zacho­wa­niu? Nie powie­działa niczego dziw­nego?

– Jezu. – Lil­lian opu­ściła wzrok na blat, jakby Heather wła­śnie powie­działa brzyd­kie słowo w obec­no­ści pro­bosz­cza. – Col­leen wspo­mi­nała, że jesteś dzien­ni­karką, ale…

– Prze­pra­szam, ja… – Heather odwró­ciła wzrok, uśmie­cha­jąc się pod nosem. Nie wycho­dzą mi nawet sąsiedz­kie poga­wędki. Mama pew­nie uzna­łaby to za zabawne. – Może napi­jesz się her­baty?

– Nie, dzię­kuję, skar­bie. – Lil­lian mach­nęła ręką. – Nie mam zamiaru prze­szka­dzać, nie teraz. Chcia­łam to tylko pod­rzu­cić i zer­k­nąć na cie­bie. Col­leen bez prze­rwy o tobie mówiła.

– Doprawdy? – Heather znów się uśmiech­nęła, ale tym razem był to uśmiech wymu­szony. – Nie zawsze się mię­dzy nami ukła­dało. Za dzie­ciaka byłam wrzo­dem na tyłku, musiała ci o tym opo­wia­dać.

– Nic podob­nego. – Lil­lian strzep­nęła jakiś kła­czek z rękawa. – Wyłącz­nie chwa­liła swoją złotą dziew­czynę.

Heather odnio­sła nagłe wra­że­nie, że Lil­lian kła­mie, ale i tak przy­tak­nęła. Kobieta ruszyła do wyj­ścia, w prze­lo­cie lekko ści­ska­jąc jej ramię.

– Gdy­byś cze­goś potrze­bo­wała, skar­bie, daj mi znać. Jak mówi­łam, jestem tuż obok, zawsze z chę­cią coś ci upiekę czy ugo­tuję, czy nawet zro­bię pra­nie, gdy­byś czuła się przy­tło­czona… – Heather podrep­tała za nią kory­ta­rzem jak zagu­biony uczniak; podej­rze­wała, że ludzie czę­sto masze­rują za Lil­lian w ten spo­sób.

– Och, popatrz tylko. – Lil­lian zatrzy­mała się przy małym sto­liczku w holu, na który Col­leen codzien­nie odkła­dała klu­cze i pocztę. Stała na nim opra­wiona w ramkę foto­gra­fia Heather: miała tu kil­ka­na­ście lat i sie­działa na łóżku w swoim sta­rym pokoju. Wysoka i tycz­ko­wata, z ciem­nymi wło­sami opa­da­ją­cymi jej na oczy, trzy­mała w rękach dyplom, który dostała w szkole za jakiś esej czy opo­wia­da­nie, nie mogła sobie przy­po­mnieć. Patrząc na zdję­cie, znowu poczuła ucisk w piersi – zro­biono je na kilka tygo­dni przed tym, jak tata umarł i mię­dzy nią a matkę zaczęła się wsą­czać tru­ci­zna.

– To moje ulu­bione twoje zdję­cie – powie­działa Lil­lian, naj­wy­raź­niej zado­wo­lona, choć Heather nie umiała zgad­nąć, co mogło być tego powo­dem. – Czyż nie jest uro­cze?

Heather otwo­rzyła usta, nie wie­dząc, co powie­dzieć. Na foto­gra­fii miała na sobie czarną, zbyt luźną koszulkę Z archi­wum X i wyglą­dała na nadą­saną. Nie miała poję­cia, dla­czego jej matka w ogóle ją opra­wiła, nie mówiąc już o tym, dla­czego ta obca kobieta jest nią tak zachwy­cona.

– Zosta­wię cię już. – Wyszła, jej schludne białe buty chrzę­ściły na żwi­rze. – Pamię­taj, skar­bie, jeśli będziesz cze­goś potrze­bo­wała, po pro­stu daj mi znać.

Heather zebrała pocztę z wykła­dziny w holu i cisnęła ją na blat w kuchni. Pełno lśnią­cych ulo­tek, kilka rachun­ków, parę menu na wynos. Marsz­cząc brwi, wybrała ze sterty to, co wyma­gało jej uwagi, i wyrzu­ciła resztę. Na dnie kosza coś się zepsuło – jakieś jedze­nie, praw­do­po­dob­nie resztki z ostat­niej kola­cji matki. Ude­rze­nie woni gni­ją­cego mięsa spra­wiło, że poczuła skręt w żołądku. Nie­spo­dzie­wa­nie bli­ska wymio­tów, ruszyła w kie­runku tyl­nych drzwi, pewna, że tro­chę tlenu dobrze jej zrobi.

Wyso­kie, wiecz­nie zie­lone drzewa zasła­niały widok na sąsia­dów. Kiedy była dziec­kiem – i kiedy tu miesz­kała, plą­cząc się mamie pod nogami – te drzewa były niż­sze, jakby przy­jaź­niej­sze. Teraz ogród tonął w ich cie­niu, ukry­wa­jąc Heather przed nie­po­wo­ła­nym wzro­kiem i zde­cy­do­wa­nie trzy­ma­jąc świat zewnętrzny na dystans. Nie­opo­dal drzwi znaj­do­wał się nie­wielki kwa­drat betonu: stały na nim dwa kute żela­zne krze­sła i sto­lik oraz kolejna gli­niana donica wypeł­niona zie­mią. Pusta. Na chłod­nym powie­trzu poczuła się tro­chę lepiej. Zasta­no­wiła się, dla­czego zaczęła od włó­cze­nia się po domu, prze­szu­ki­wa­nia poko­jów i gapie­nia się na zdję­cia. Szpe­ra­nia po toa­let­kach. Spraw­dzam, czy jej tu nie ma, pomy­ślała, krzy­wiąc się. Jakaś część mnie wciąż się spo­dziewa, że zastanę ją w łazience, szo­ru­jącą toa­letę, albo w salo­nie, jak ogląda Coun­try­file. Szu­kam duchów.

– Szlag by to tra­fił. – Wzięła długi, głę­boki wdech w ocze­ki­wa­niu, aż mdło­ści ustą­pią. – Co za cho­lerny baj­zel, mamo. Serio.

Wró­ciła myślami do pomię­tej strony – zasta­na­wiała się, w jakim sta­nie psy­chicz­nym była Col­leen, zanim ode­brała sobie życie. O czym myślała? Trudno było sobie wyobra­zić, jak jej matka – osoba z nie­mal naboż­nym sto­sun­kiem do pod­kła­dek pod szklanki i zakła­dek do ksią­żek – wyrywa stronę z książki, a tym bar­dziej gnie­cie ją jak zwy­kły śmieć. Ale w głębi tego wszyst­kiego kryło się coś mrocz­nego, prze­ra­ża­jąca prawda, z którą Heather nie chciała bez­po­śred­nio się zmie­rzyć: matka nie była przy zdro­wych zmy­słach. Poja­wiło się coś, co ode­brało jej rozum; jakiś okrutny, śmier­tel­nie nie­bez­pieczny nie­zna­jomy zamiesz­kał w jej gło­wie. Nic z tego nie ma dla mnie sensu. Nic.

Krótko po tym, jak została wezwana, by zająć się cia­łem matki, poli­cja skon­tak­to­wała ją z bar­dzo miłym tera­peutą, który spę­dził dużo czasu, opo­wia­da­jąc jej o szoku i o tym, jak ludzie w cięż­kiej depre­sji potra­fią być świetni w ukry­wa­niu swo­jego stanu nawet przed naj­bliż­szymi. Heather słu­chała cier­pli­wie, kiwa­jąc głową w otę­pie­niu, ale cho­ciaż dosko­nale rozu­miała, co się do niej mówi, na­dal czuła, że coś jest… nie w porządku. Do głosu docho­dziły stare instynkty, które pod­po­wia­dały jej, kiedy histo­ria trzyma się kupy, a kiedy jest totalną bzdurą.

– Jesteś śmieszna – powie­działa do sie­bie, jej głos brzmiał chłodno i cicho. – Masz para­noję.

Gdzieś na ulicy przed domem ktoś zatrą­bił; pod­sko­czyła na dźwięk klak­sonu. Po twa­rzy pły­nęły jej gorące łzy – z roz­draż­nie­niem starła je wierz­chem dłoni. Po chwili wycią­gnęła z kie­szeni komórkę, która migała do niej ekra­nem powia­do­mie­nia.

Witaj, nie­zna­joma – plotka głosi, że wró­ci­łaś do Bales­ford. Chcia­ła­byś się spo­tkać? Bar­dzo mi przy­kro z powodu two­jej mamy. Mam nadzieję, że jakoś się trzy­masz. xxx

Nikki Appiah. Heather rozej­rzała się po ciem­nych drze­wach, zasta­na­wia­jąc się, czy sąsie­dzi zna­leźli jakiś spo­sób, by obser­wo­wać ją zza fira­nek i dono­sić sobie o jej poczy­na­niach. Pocią­gnęła nosem i szybko zamru­gała, żeby oczy­ścić oczy z resz­tek łez, po czym wystu­kała odpo­wiedź.

Jesteś w straży sąsiedz­kiej czy co? Tak, wró­ci­łam na tro­chę. Jesteś w oko­licy? Spo­ons? Muszę się napić.

Zawa­hała się na chwilę, po czym dodała wymio­tu­ją­cego emo­ti­kona o zie­lo­nej twa­rzy. Wia­do­mość od Nikki przy­szła nie­mal natych­miast.

Jest jede­na­sta rano, Hev. Ale OK, spo­tkajmy się na mie­ście. Sporo czasu minęło i dobrze będzie cię zoba­czyć (nawet jeśli tak wła­śnie wyglą­dasz). Za godzinę? xxx

Heather odło­żyła tele­fon. Za oknem ciem­niało, a w powie­trzu uno­sił się ostry, mine­ralny zapach – wkrótce zacznie padać i byłoby dobrze być wtedy gdzie indziej. Wicher się wzma­gał, świ­stał mię­dzy wyso­kimi krze­wami i koły­sał nimi: przez mgnie­nie oka Heather wydało się, że jest w tym zbyt wiele ruchu, jakby coś spe­cjal­nie poru­szało się razem z wia­trem, by ukryć swoje ślady. Przez chwilę wpa­try­wała się w ciem­niej­sze cie­nie, pró­bu­jąc doj­rzeć w nich jakiś kształt, po czym odwró­ciła się w stronę drzwi, zrzu­ca­jąc wszystko na karb wyobraźni, która usil­nie sta­rała się zna­leźć coś, co mogłoby napę­dzić jej stra­chu. Dom wciąż wyglą­dał na pusty i nie­prze­nik­niony; małe pudełko pełne prozy życia.

– Coś ty sobie myślała, mamo?

Jej wła­sny głos wydał jej się smutny i obcy. Starła z policzka ostat­nią łzę i ruszyła przez dom w stronę wyna­ję­tego samo­chodu.

3

Wiatr przy­bie­rał na sile od samego rana, prze­pę­dza­jąc war­stwę oło­wia­nych chmur i zosta­wia­jąc po sobie wyszo­ro­wane do czy­sta niebo – chłodne, ale pod­no­szące na duchu. Beverly była zado­wo­lona. Jej wnuki, Tess i James, spę­dzą przy­naj­mniej kilka godzin na dwo­rze. Jak wszyst­kie dzi­siej­sze dzie­ciaki miały obse­sję na punk­cie swo­ich tele­fo­nów i gadże­tów, ale Beverly z dumą zauwa­żała, że kiedy pogoda sprzy­jała, wciąż dawali się babci wycią­gnąć do ogrodu. Z tą myślą nało­żyła płaszcz – wciąż ten cienki, jesień nie dawała się jesz­cze we znaki – i skie­ro­wała się do furtki na tyłach. Miała piękny ogród, nie było w nim jed­nak kasz­ta­now­ców, za to na polach za nim rosły dwa wspa­niałe okazy i Beverly chciała zoba­czyć, czy już zrzu­cają owoce.

Przed nią roz­po­ście­rał się widok na linię drzew oka­la­ją­cych pole: dwóch olbrzy­mich kasz­ta­now­ców i gro­mady dębów, brzóz i wią­zów. W pro­mie­niach słońca liście – zie­lone i żółte, czer­wone i złote – jaśniały jak witraż, w tra­wie zaś bły­skały mlecz­no­białe wnę­trza roz­rzu­co­nych tu i ówdzie kol­cza­stych sko­ru­pek. Beverly zaczęła wypy­chać kie­sze­nie opa­dłymi kasz­ta­nami, wybie­ra­jąc jedy­nie te, które wyszły z upadku bez szwanku, i uważ­nie wypa­tru­jąc tych zupeł­nie pła­skich z jed­nej strony – w grze, w któ­rej trzeba było wła­snym kasz­ta­nem roz­wa­lić zawie­szony na sznurku kasz­tan prze­ciw­nika, nie było sku­tecz­niej­szej broni. Raz czy dwa natra­fiła na czę­ściowo otwarte sko­rupki: naci­skała je z jed­nej strony butem, z peł­nym satys­fak­cji uśmie­chem obser­wu­jąc, jak z ich wnę­trza wysu­wają się gład­kie, nowo naro­dzone owoce. Jeden z nich świet­nie nada­wał się do gry.

– Ten zatrzy­mam dla sie­bie. – Beverly wsu­nęła lśniący owal do wewnętrz­nej kie­szeni: gra wcale jej tak nie cie­szyła, jeśli nie uda­wało jej się poko­nać choć jed­nego z wnu­ków. Kiedy z trawy tuż obok korzeni wiel­kiego, sta­rego drzewa pod­nio­sła kolejny, poczuła w dłoni, że coś jest z nim nie tak. Krzy­wiąc się, unio­sła go do świa­tła: szkar­łatną smugę, którą zosta­wiał na pal­cach, zauwa­żyła dopiero, gdy dotarł do niej jego zapach: woń zaple­cza sklepu mię­snego w upalny dzień.

Beverly krzyk­nęła i upu­ściła kasz­tan. Trawa u jej stóp miała ciemny kolor: była prze­siąk­nięta, jak ponie­wcza­sie zdała sobie sprawę, krwią.

– To musiał być ten cho­lerny pies – powie­działa gorącz­kowo, trzy­ma­jąc ubru­dzoną dłoń daleko przed sobą, jakby ją parzyła. – Cho­lerny pies znowu coś zła­pał.

Ni­gdzie wokół nie dostrze­gła jed­nak wybe­be­szo­nego kró­lika ani nawet więk­szego ptaka, które zda­rzało jej się już znaj­do­wać na polach. Kiedy zbli­żyła się do pnia sta­rego kasz­ta­nowca, zauwa­żyła za to, że spo­mię­dzy jego korzeni wypływa krew, zupeł­nie jakby samo drzewo krwa­wiło. Spore zagłę­bie­nie u jego pod­stawy, zwy­kle zapchane zwię­dłymi liśćmi i bło­tem, wypeł­niono czymś zupeł­nie innym.

– Boże. O Boże, nie, Boże…

Ramiona Beverly opa­dły wzdłuż ciała; czuła odrę­twie­nie w pal­cach. We wgłę­bie­niu znaj­do­wała się twarz, twarz kobiety o zamknię­tych powie­kach i ustach otwar­tych jakby do modli­twy. Jej woskowe policzki popla­mione były jakąś ciemną sub­stan­cją, a spo­mię­dzy zębów wysta­wały kwiaty. Różowe, pomy­ślała Beverly, w któ­rej domu ni­gdy wię­cej nie miały już zago­ścić różowe bukiety. Chyba dzi­kie róże.

Pod głową kobiety tkwiły ści­śnięte stopy, nagie, jeśli nie liczyć srebr­nego pier­ścionka na jed­nym z pal­ców i bla­do­ró­żo­wego lakieru do paznokci, oraz ramię z dło­nią leżącą w tra­wie wnę­trzem do góry, jakby wzy­wa­jące pomocy czy też kiw­nię­ciem zachę­ca­jące kogoś, by do niej dołą­czył. Obok Beverly zoba­czyła także rękaw czer­wo­nej mary­narki, zupeł­nie nie na miej­scu: na dużych guzi­kach zdo­bią­cych man­kiet zebrały się kro­ple rosy. Wszystko to było stło­czone tak cia­sno, że nie spo­sób było dostrzec wło­sów kobiety czy choćby nie­wiel­kiego frag­mentu jej tuło­wia, jeśli fak­tycz­nie się tam znaj­do­wał, widać było za to opa­da­jącą łagod­nie po obu stro­nach ramie­nia miękką kotarę cze­goś, co przy­po­mi­nało pur­pu­rowe sznurki. Na korze nad wgłę­bie­niem ktoś wydra­pał serce: nie­wąt­pli­wie roman­tyczny gest stę­sk­nio­nego kochanka.

Uświa­do­miw­szy sobie nagle, że jest bli­ska omdle­nia, Beverly, poty­ka­jąc się, ode­szła od drzewa i z twa­rzą mokrą od łez pobie­gła w stronę domu.

4

To zawsze była nora.

Heather rzu­ciła na sto­lik trzy paczki chip­sów; obok nich posta­wiła dwie szklanki. Nikki wzięła do ręki paczkę solo­nych i przy­glą­dała jej się kry­tycz­nie.

– To ty chcia­łaś tu przyjść – wytknęła jej łagod­nie Nikki. Iry­tu­jąco nie­wiele się zmie­niła. Włosy zaplo­tła w schludne, czarne war­ko­cze, a jej oprawki były węż­szą, bar­dziej współ­cze­sną wer­sją tych, które nosiła w liceum. Nawet gra­na­towy swe­ter o gru­bym splo­cie, który miała na sobie, nie­uchron­nie przy­wo­dził Heather na myśl stare szkolne mun­durki. – Zdaję sobie sprawę, że Bales­ford nie obfi­tuje w modne knajpki, ale dały­by­śmy radę zna­leźć coś lep­szego niż Wether­spo­ons.

– Sen­ty­ment ze sta­rych cza­sów. – Heather upiła łyk i skrzy­wiła się. Kiedy tylko prze­stą­piła próg baru, wró­ciły do niej dawne nawyki i osta­tecz­nie zamó­wiła ciemny rum z colą – drink, który naj­moc­niej koja­rzył jej się ze szkołą. Nikki popro­siła o szpry­cera z bia­łego wina, ale wyda­wała się bar­dziej zain­te­re­so­wana chip­sami.

– Prze­pra­szam, że nie dałam ci znać wcze­śniej, że jestem w oko­licy, ale… to straszny baj­zel. Skąd w ogóle wie­dzia­łaś, że wró­ci­łam? Masz jakichś szpie­gów obser­wu­ją­cych dom? Pra­cu­jesz teraz w MI5?

Nikki uśmiech­nęła się i potrzą­snęła głową.

– Wiesz, że moja ciotka mieszka przy waszej ulicy. I ona rze­czy­wi­ście jest jak MI5 Bales­ford. Wszy­scy cze­kali, kiedy się zja­wisz, odkąd pan Ram­sey roz­ga­dał, że nie masz nawet klu­czy do domu matki. – Uśmiech Nikki zbladł. – Prze­pra­szam, Hev. Naprawdę mi przy­kro. To okropne. Dajesz sobie jakoś radę?

Heather wzru­szyła ramio­nami i roze­rwała paczkę chip­sów, nie patrząc przy­ja­ciółce w oczy. Nikki zawsze była tą miłą, tą dobrą, a koniecz­ność spo­glą­da­nia na praw­dziwe współ­czu­cie na czy­jejś twa­rzy to było w tym momen­cie dla Heather zbyt wiele, zwłasz­cza po roze­dr­ga­niu, jakie zafun­do­wała jej wizyta w domu. Mate­ria orga­niczna.

– Żyję, na tyle, na ile można by się tego spo­dzie­wać, jak sądzę. Kiedy roz­glą­da­łam się po domu, pra­wie ocze­ki­wa­łam, że ją tam zastanę, wiesz? Jakby to wszystko było, nie wiem, jakąś urzęd­ni­czą pomyłką. Minęło… – Poczuła ukłu­cie w piersi i pomiesz­cze­nie nagle wydało jej się roz­chwiane, jakby zaraz miała mu odpaść pod­łoga. – Minęło sporo czasu, odkąd byłam tu ostatni raz. Cóż, jak dobrze wiesz, nie była moją wielką fanką.

– To nie ma teraz zna­cze­nia.

– Tak, wiem. – Heather zamru­gała, czu­jąc, jak kolejny łyk rumu z colą pali ją w gar­dło. Maja­czący na hory­zon­cie ból głowy ustą­pił, a z ramion zeszło tro­chę napię­cia. – Dla­czego ona mia­łaby się zabi­jać, Nikki? Nie mogę prze­stać o tym myśleć. Jest w tym coś… Coś jest nie tak. To nie ma sensu.

Nikki krę­ciła się na krze­śle; wyglą­dała na lekko skrę­po­waną. Zbli­żała się pora lun­chu i bar zaczy­nał się zapeł­niać ludźmi szu­ka­ją­cymi dania dnia w dobrej cenie.

– Ciotka Sha­nice począt­kowo nie chciała w to uwie­rzyć, twier­dziła, że Ram­sey gada bzdury… Trudno jest zro­zu­mieć samo­bój­stwo, Heather. Twoja mama musiała być bar­dzo nie­szczę­śliwa, roz­darta, praw­do­po­dob­nie przez długi czas i bar­dzo moż­liwe, że nikt nie zda­wał sobie sprawy, że cierpi. Cho­roby psy­chiczne potra­fią być wynisz­cza­jące.

– Jasne. A ja była­bym ostat­nią osobą, która by coś o tym wie­działa, prawda? Cho­dzi tylko o to, że… – Heather wzru­szyła ramio­nami. – Pamię­tasz, jaka była moja matka; wiem, że pamię­tasz. Nie zno­siła zamie­sza­nia, zawsze zała­twiała wszystko naj­dy­skret­niej, jak się dało. To wygląda na jakąś demon­stra­cję, jakby chciała mi coś prze­ka­zać albo jakby chciała mnie, nie wiem, może uka­rać. – Wes­tchnęła, widząc wyraz twa­rzy Nikki. – Wiem, to straszna sztampa. Doszu­kuję się nie wia­domo czego, bo nie umiem zaak­cep­to­wać nie­wy­god­nej prawdy, którą mam tuż przed nosem. W dodatku, na miłość boską, wszystko spro­wa­dzam do sie­bie. Ale nie mogę pozbyć się wra­że­nia, że coś mi umyka. Czy twoja ciotka zauwa­żyła, że coś jest z nią nie tak? Ostat­nio?

– Hev… – Nikki wycią­gnęła rękę i prze­lot­nie uści­snęła jej dłoń; Heather po raz kolejny zauwa­żyła, że nie potrafi spoj­rzeć przy­ja­ciółce w twarz. – Są rze­czy… Pew­nych rze­czy nie da się roz­gryźć ani racjo­nal­nie wyja­śnić.

Heather ski­nęła głową, wpa­tru­jąc się w lepki blat sto­lika.

– Nie roz­ma­wiajmy już o tym, dobra? To bzdury. Co u cie­bie? Tro­chę czasu minęło od naszej ostat­niej spon­ta­nicz­nej popi­jawy. Czym się teraz zaj­mu­jesz? Na­dal uczysz, jak przy­pusz­czam?

– Ow­szem, i widzę po two­jej minie, że tro­chę cię to prze­raża. – Nikki uśmiech­nęła się i wzięła łyk szpry­cera. – Mam teraz część etatu w col­lege’u. Wie­dzia­ła­byś o tym, gdy­byś zwra­cała jaką­kol­wiek uwagę na moje sta­tusy na Face­bo­oku. Wykła­dam na wydzia­łach histo­rii i angiel­skiego. Ty dalej w gaze­cie?

Heather skrzy­wiła się, po czym spró­bo­wała ukryć gry­mas, wkła­da­jąc sobie do ust kilka chip­sów jed­no­cze­śnie.

– Nie wypa­liło. Od jakie­goś czasu jestem wol­nym strzel­cem, lepiej mi to wycho­dzi. – Kolejne złe wspo­mnie­nia. Wychy­liła resztę drinka i unio­sła brwi. – Jesz­cze jeden?

Spę­dziły w barze całą resztę popo­łu­dnia. Kiedy krańce pomiesz­cze­nia zaczęły im się roz­my­wać, obie prze­rzu­ciły się na napoje bez­al­ko­ho­lowe. W pew­nym momen­cie któ­raś zapro­po­no­wała zamó­wie­nie cze­goś do jedze­nia i wkrótce na sto­liku pełno było tale­rzy, smug i plam alar­mu­jąco jaskra­wo­żół­tego sosu curry oraz poroz­rzu­ca­nych okru­chów indyj­skich chleb­ków. Roz­ma­wiały o szkole, odgrze­bu­jąc wszyst­kie stare histo­rie, które tra­dy­cyj­nie należy odgrze­bać przy takich oka­zjach. W końcu, kiedy pub zaczął napeł­niać się wie­czor­nym tłu­mem, doszły do wnio­sku, że czas zbie­rać się do domu – Nikki zwró­ciła uwagę, że nie wygląda to naj­le­piej, gdy nauczy­cielka spę­dza cały dzień w barze.

– Jak sobie pani życzy, pani pro­fe­sor.

Na zewnątrz zro­biło się zimno i ponuro. Kiedy Nikki wezwała im tak­sówkę, Heather poczuła, jak ota­cza­jące ją cie­nie wysy­sają nie­wielki zapas otu­chy, który zgro­ma­dziła w sobie w ciągu tego popo­łu­dnia. Wcale nie wra­cała do domu – do swo­jego zaba­ła­ga­nio­nego, ale przy­tul­nego poko­iku w miesz­ka­niu, który dzie­liła z innymi bała­ga­nia­rzami. Miała wró­cić do pustego domu swo­jej matki, gdzie bez wąt­pie­nia cze­kała ją długa noc prze­żu­wa­nia złych wspo­mnień i pytań bez odpo­wie­dzi. Coś z tego musiało odbić się na jej twa­rzy, bo kiedy wsu­nęła tele­fon z powro­tem do kie­szeni, Nikki deli­kat­nie dotknęła jej ramie­nia.

– Hej. Tak­sówka pod­je­dzie za parę minut. Wszystko w porządku?

Heather wzru­szyła ramio­nami. Wszyst­kie wypite gazo­wane ulepki roz­le­wały jej się w środku kwa­śną plamą. Była zbyt zmę­czona, żeby uda­wać.

– Jej list poże­gnalny był bar­dzo dziwny. Mówi­łam ci o tym?

Nikki pokrę­ciła głową. Jej brą­zowe oczy pociem­niały.

– Cóż, tak jak mówi­łaś, nie było z nią dobrze, a poza tym pew­nie nie ma żad­nego powodu, by ocze­ki­wać, że poże­gnalny list samo­bój­czyni będzie miał sens.

Heather spró­bo­wała się uśmiech­nąć, ale wyszedł z tego tylko jakiś chory gry­mas, więc dała spo­kój. Otwo­rzyła torbę i wycią­gnęła z notesu kartkę papieru w bla­do­li­lio­wym kolo­rze. Na górze, tuż obok napisu „Twoje notatki”, wid­niał rysu­nek strzy­żyka. Z powo­dów, któ­rym nie chciała przy­glą­dać się zbyt uważ­nie, nosiła ją przy sobie od czasu, gdy poli­cja prze­ka­zała jej ją razem z innymi rze­czami matki. Cia­sne litery odręcz­nego pisma Col­leen kuliły się do sie­bie na środku strony. Podała ją Nikki, która marsz­cząc brwi, sta­ran­nie wygła­dziła ją pal­cami.

Do was obojga. Wiem, że to wszystko będzie dla was szo­kiem, i przy­kro mi, że zosta­wiam was samych z tym całym bała­ga­nem, ale nie mogę z tym dłu­żej żyć – nie z wybo­rem, któ­rego musia­łam doko­nać, i wie­dząc to, co wiem. Mówi się, że to wyj­ście dla tchó­rzy – cóż, ludzie nie mają poję­cia, z czym musia­łam żyć, nie znają okrop­nego cie­nia, który od dawna nade mną wisi. Te wszyst­kie potwory z lasu ni­gdy tak naprawdę nie ode­szły, nie dla mnie. Może zresztą sama sobie na to zasłu­ży­łam. Jeśli ma to jakie­kol­wiek zna­cze­nie, jest mi naprawdę bar­dzo przy­kro z powodu tego, z czym będzie­cie musieli się zmie­rzyć. Nie­za­leż­nie od tego, co myśli­cie, kocham was oboje, zawsze kocha­łam.

Nikki mil­czała, zaci­ska­jąc wargi i patrząc przed sie­bie w dół głów­nej ulicy. Po chwili dotknęła pal­cem kącika oka i pocią­gnęła nosem.

– Och, Hev, to okropne. Twój biedna mama.

– Ale widzia­łaś to? – Heather zabrała kartkę, zło­żyła ją i wci­snęła do torebki. Była zado­wo­lona, że znik­nęła jej z oczu. – „Do was obojga. Kocham was oboje”. Co to zna­czy? Jestem tylko ja. Nie miała żad­nej innej rodziny. I o czym ona pisała, jaki „wybór”?

Nikki wolno pokrę­ciła głową.

– Przy­znaję, to dziwne. Ale może miała na myśli cie­bie i two­jego tatę? Jeśli fak­tycz­nie było z nią tak źle, mogła jakoś zapo­mnieć, że już umarł. Albo… albo mogła zwra­cać się do kogoś, kto znaj­dzie jej ciało.

– Ale „oboje” brzmi bar­dzo kon­kret­nie. Jakby miała na myśli okre­ślo­nych ludzi. A „potwory z lasu”? Co to, do dia­bła, ma zna­czyć? – Heather wes­tchnęła. – Pew­nie masz rację, mogła mówić o tacie, ale nie cier­pię nie wie­dzieć. Przez resztę życia będę się teraz zasta­na­wiać, o co jej cho­dziło, jakby mało mi było radze­nia sobie z całym tym gów­nem, musiała jesz­cze zosta­wić mętny i zagad­kowy list poże­gnalny.

Gdzieś w górze ulicy roz­sz­cze­kał się pies. Zaczął sią­pić drobny deszcz. Ludzie spie­szyli się, żeby uciec przed mżawką, więc na dro­dze było pra­wie pusto – jedy­nie w pobliżu przy­stanku maja­czyła jakaś nie­ru­choma postać. Auto­bus minął ją z hukiem, nie zatrzy­mu­jąc się; pogrą­żony w cie­niu czło­wiek odwró­cił twarz od jego świa­teł.

– Wiem. Myślę, że poczu­jesz się lepiej po pogrze­bie. Pogrzeby mają być w końcu rodza­jem domknię­cia, nie? – Nikki zaci­snęła usta, jakby nie była do końca pewna, czy to prawda. – Zaczę­łaś już…?

– Tak, więk­szość jest już zała­twiona. – Heather uśmiech­nęła się nie­śmiało. Dobrze było zoba­czyć Nikki, dobrze było mieć kogoś, kto kie­ro­wał jej uwagę z powro­tem na prak­tyczną stronę życia. – Ludzie oka­zują się w takich oko­licz­no­ściach bar­dzo pomocni, wiesz? Tylko jej tele­fon… Miała go przy sobie, kiedy… i, cóż, nie prze­trwał. Muszę więc zna­leźć jej notes z adre­sami, jeśli jakiś miała. Czy ludzie w dzi­siej­szych cza­sach w ogóle zapi­sują jesz­cze numery tele­fonów? Cho­ciaż sądzę, że jeśli kto­kol­wiek miałby to robić, to byłaby to moja matka.

– Cóż. Mama i ciotka Sha­nice cze­kają w goto­wo­ści, wystar­czy jedno twoje słowo. Cze­go­kol­wiek będziesz potrze­bo­wać. Patrz. – Nikki ski­nęła w stronę kra­węż­nika. – Jest nasza tak­sówka.

Kiedy kilka godzin póź­niej Heather otwo­rzyła oczy w pokoju dla gości w domu swo­jej matki, ota­czał ją cał­ko­wity mrok. Spa­ni­ko­wana, chwy­ciła leżący na sto­liku noc­nym tele­fon; jego świa­tło pogrą­żyło pokój we wszyst­kich odcie­niach sza­ro­ści. To tylko pokój gościnny, przy­po­mniała sobie, tylko te idio­tyczne, grube zasłony. Okna w jej sypialni wycho­dziły na latar­nię uliczną i w środku ni­gdy nie było tak naprawdę ciemno. Tutaj rząd drzew na zewnątrz i dłu­gie, gęsto hafto­wane kotary spra­wiły, że obu­dziła się jakby nie­wi­doma. Wciąż lekko dygo­cząc, pstryk­nęła włącz­nik lampy sto­ją­cej przy łóżku i usia­dła. Tele­fon luźno leżał jej w dło­niach.

Dźwięk. Szu­ra­nie bez­po­śred­nio nad głową. Heather prze­tarła oczy, przy­po­mi­na­jąc sobie, że jest doro­słą kobietą w obcym domu – powinna spo­dzie­wać się dziw­nych odgło­sów i wie­dzieć, że mogą ją wystra­szyć. Szu­ra­nie prze­szło w trze­pot, wywo­łu­jąc gęsią skórkę.

– Dobra – powie­działa na głos. – Na stry­chu jest ptak. Dostał się tam jakiś gołąb albo zagnieź­dziły się szpaki czy coś w tym rodzaju. – Jej głos brzmiał zwy­czaj­nie i zna­jomo. Przy­tak­nęła sobie. – Ptak to tylko ptak. Nie ma się czym przej­mo­wać.

Leżała jesz­cze przez kilka minut, wsłu­chu­jąc się w przy­tłu­mione dźwięki i coraz bar­dziej się iry­tu­jąc. Osta­tecz­nie odrzu­ciła koł­drę, wyszła z pokoju, ciężko tupiąc, i prze­szła wzdłuż kory­ta­rza. Być może, rozu­mo­wała, odgłos jej kro­ków wypło­szy zwie­rzę. Gdy wyszła z oświe­tlo­nego pomiesz­cze­nia, podest na pół­pię­trze wydał jej się wyjąt­kowo ciemny; kil­ku­krot­nie zamru­gała, cze­ka­jąc, aż jej wzrok się do tego przy­zwy­czai. Było chłodno; wykła­dzina pod jej bosymi sto­pami robiła wra­że­nie dziw­nie lodo­wa­tej.

– Cho­lerne miej­sce.

Kształt włazu na strych led­wie ryso­wał się na sufi­cie. Kiedy Heather się pod nim zatrzy­mała, szu­ra­nie i trze­po­ta­nie nagle uci­chło, jakby coś nasłu­chi­wało jej ruchów. Wie­dziona cie­ka­wo­ścią i znacz­nie bar­dziej przy­tomna niż wcze­śniej, stała przez chwilę, słu­cha­jąc i od czasu do czasu roz­cie­ra­jąc ramiona. Było tak zimno, że nie­mal nabrała prze­ko­na­nia, iż widzi swój oddech.

Pano­wała niczym nie­zmą­cona cisza, ustały nawet łoskot i skrzy­pie­nie osia­da­ją­cego budynku.

Heather odwró­ciła się i kątem oka spoj­rzała w okno po dru­giej stro­nie pół­pię­tra. Przez moment dostrze­gła w nim ruch, jakby coś obser­wo­wało ją z gęstego szpa­leru drzew. Oczy, sze­roko otwarte, jasne i cał­ko­wi­cie nie­ludz­kie, badaw­czo zer­kały w głąb domu przez ciem­nie­jące szkło.

– Co…

Sekundę póź­niej silny podmuch wia­tru prze­le­ciał przez drzewa i cokol­wiek wywo­łało to złu­dze­nie, roz­myło się w nicość. Bo to było złu­dze­nie, powie­działa do sie­bie, oczy pła­tają ci figle, idiotko. Mimo to pode­szła do okna i wyj­rzała. Na zewnątrz nie było nic poza świa­tłem latarni prze­są­cza­ją­cym się przez gałę­zie i bla­skiem księ­życa two­rzą­cym dziwne kształty oraz ledwo dostrze­galne formy.

Zła na sie­bie, ruszyła z powro­tem do łóżka. Lampę zosta­wiła zapa­loną aż do rana, a cho­ciaż tej nocy nie sły­szała już żad­nych odgło­sów, jej umysł wciąż do nich powra­cał; kiedy w końcu zasnęła, śniła o pió­rach, brą­zo­wych i puszy­stych, oraz o pur­pu­ro­wej z wście­kło­ści twa­rzy ojca.

5

Następny ranek nie nale­żał do naj­przy­jem­niej­szych.

Wie­działa, że pobyt w domu matki wywoła wiele przy­krych uczuć, nie zdzi­wiła się więc, kiedy po prze­bu­dze­niu w obcym łóżku poczuła, jak spo­wija ją całun przy­gnę­bie­nia. Kie­dyś był to pokój z pudłami ojca, pełen loso­wych śmieci – sta­rych instruk­cji samo­cho­do­wych i wiel­kich pla­sti­ko­wych wia­der do warze­nia domo­wego piwa. Była tam też olbrzy­mia skrzy­niowa zamra­żarka, którą matka zapeł­niała mro­żon­kami i pudeł­kami lodów. Jako dziecko Heather uwiel­biała to pomiesz­cze­nie, prze­ko­nana, że zamknięte są w nim wszyst­kie sekrety taty. Teraz pokój gościnny spra­wiał wra­że­nie małego, schlud­nego i kom­plet­nie pozba­wio­nego jakiej­kol­wiek oso­bo­wo­ści, a mimo to Heather wciąż czuła w nim obec­ność matki – w ster­cie ręcz­ni­ków uło­żo­nych na pod­nóżku, w ozdob­nej ser­wetce na para­pe­cie, w pustym wazo­nie. Było zbyt cicho i zbyt zimno, więc wstała, mak­sy­mal­nie pod­krę­ciła ogrze­wa­nie i włą­czyła zarówno tele­wi­zję, jak i radio. Kiedy szum osią­gnął już zado­wa­la­jący poziom, zapa­rzyła sobie kubek moc­nej her­baty, usia­dła przy kuchen­nym stole i zabrała się do spo­rzą­dze­nia listy rze­czy, któ­rymi trzeba było się zająć.

Ku swo­jemu zasko­cze­niu nie­mal natych­miast zna­la­zła notes z adre­sami – leżał, na wpół zapo­mniany, w drew­nia­nym sto­jaku na gazety w salo­nie – i naj­szyb­ciej, jak się dało, obdzwo­niła wszyst­kich, do któ­rych nale­żało zadzwo­nić, prze­ka­zu­jąc smutne wie­ści i przyj­mu­jąc kon­do­len­cje. Kiedy miała za sobą ten przy­kry obo­wią­zek, ponow­nie ruszyła na górę. Poło­żyła dłoń na gałce drzwi pro­wa­dzą­cych do jej daw­nego pokoju. Wstrzy­mu­jąc oddech, weszła do środka. Wciąż można było dostrzec jej ślady: kapa na łóżku, sta­ran­nie uło­żona i czy­sta, miała kolor, który mogła wybrać tylko nasto­latka, a na tape­cie na­dal pobły­ski­wały wyli­niałe pro­sto­ką­ciki taśmy dwu­stron­nej, kie­dyś słu­żące do przy­mo­co­wy­wa­nia pla­ka­tów – pla­ka­tów, które matka zdjęła i zwi­nęła w rolkę wkrótce po tym, jak Heather wyje­chała z domu. Przez te wszyst­kie lata zdą­żyła przy­zwy­czaić się do myśli, że to nie jest już jej pokój, ale teraz po raz pierw­szy zauwa­żyła, iż matka naj­wy­raź­niej zaczęła korzy­stać z niego w innych celach; w rogu usta­wiony był mały sto­lik kar­ciany pełen mate­ria­łów do ręko­dzieła.

Heather usia­dła na sto­ją­cym przy nim skła­da­nym tabo­re­cie i zaczęła z pół­u­śmie­chem prze­glą­dać poroz­rzu­cane dro­bia­zgi. Wyglą­dało na to, że matka posta­no­wiła dać nowe życie jed­nemu ze sta­rych, zapo­mnia­nych zesta­wów kre­atyw­nych Heather. Dro­gie paczuszki wie­lo­barw­nej mode­liny, które zaży­czyła sobie kie­dyś na uro­dziny, jej matka zmie­niała w wesołe ser­wet­niki ude­ko­ro­wane bał­wan­kami i gałąz­kami ostro­krzewu. Obok goto­wych prac przy­kle­jono kar­teczkę z adre­sem pobli­skiego domu opieki. Czyżby zamie­rzała je prze­ka­zać na doroczny kier­masz świą­teczny domu star­ców? Kiedy była dziec­kiem, czę­sto cho­dziły tam razem – kupo­wały cia­sta i roz­ma­wiały ze sta­rusz­kami. Heather pod­nio­sła jeden z pier­ścieni i wsu­nęła go sobie na palec. Jej matka wło­żyła w niego dużo pracy, drugi był ukoń­czony w poło­wie. Co spra­wia, że czło­wiek zamiast skoń­czyć swoją dopiesz­czaną robótkę, posta­na­wia skoń­czyć ze sobą?

Gładka mode­lina w dło­niach przy­po­mniała jej czasy, kiedy sama pró­bo­wała coś zro­bić. Mode­linę świeżo wyjętą z opa­ko­wa­nia trudno się for­mo­wało; trzeba ją było naj­pierw ogrzać w dło­niach, ale małe paluszki Heather ni­gdy nie były w tym dobre. Naraz ude­rzyło ją nagłe wspo­mnie­nie: sie­działa z matką w tym wła­śnie pokoju; przed każdą z nich, na sta­ran­nie przy­kry­tym gaze­tami dywa­nie, leżał mały tale­rzyk. Jej mama brała w ręce kolejno każdy kawa­łek kolo­ro­wej mode­liny, ogrze­wała go, po czym poda­wała Heather, żeby ta mogła coś z niego zro­bić…

Heather drżącą dło­nią odło­żyła ser­wet­nik na miej­sce. Nikki miała rację, powie­działa sobie. Nie mam poję­cia, przez co mama prze­cho­dziła. Widzę tajem­nice tam, gdzie ich nie ma.

Mimo tego, kiedy wycho­dząc z pokoju, odwró­ciła się, by jesz­cze raz spoj­rzeć na nie­wzru­szony sto­li­czek, nie opusz­czało jej poczu­cie, że coś gdzieś było głę­boko nie tak.

Cały następny dzień Heather spę­dziła, krę­cąc się po domu, robiąc notatki i dzi­wiąc się, jak wiele rze­czy ludzie potra­fią zgro­ma­dzić. W porze obiadu pod­grzała gulasz, który zosta­wiła jej Lil­lian, i pochło­nęła go przed tele­wi­zo­rem wprost z wiel­kiej miski. Był gęsty i smaczny, ale pod koniec zro­biło jej się tro­chę nie­do­brze – zasta­na­wiała się, czy aby nie cze­kała zbyt długo ze zje­dze­niem go, czy któ­ryś ze skład­ni­ków nie zdą­żył się już zepsuć. Skru­pu­lat­nie umyła naczy­nie, w razie gdyby Lil­lian zaży­czyła je sobie z powro­tem.

W każ­dym pokoju było tyle spraw do roz­wa­że­nia: co zro­bić z ubra­niami, bibe­lo­tami, sta­rymi zdję­ciami – czy choćby nud­nymi rze­czami w rodzaju pościeli czy zasłon. W każ­dym pokoju cze­kały na nią też kaskady wspo­mnień, zupeł­nie jakby wszyst­kie pomiesz­cze­nia po brzegi wypeł­nione były duchami z dzie­ciń­stwa Heather, przy czym więk­szość z nich nie była tak przy­jemna jak lepie­nie z gliny na pod­ło­dze jej sypialni. Kiedy tak stała w drzwiach łazienki, przy­po­mi­na­jąc sobie dziką awan­turę, w wyniku któ­rej kop­nęła w wannę tak mocno, że musiała jechać na ostry dyżur, nie mogła zro­zu­mieć, dla­czego, na miłość boską, nie wzięła kogoś ze sobą. Terry, jej współ­lo­ka­tor, nawet zaofe­ro­wał swoją pomoc, ale auto­ma­tycz­nie odrzu­ciła jego pro­po­zy­cję. Była pewna, że rów­nież Nikki z rado­ścią wzię­łaby na swoje barki część tych nie­przy­jem­no­ści.

O co cho­dziło? Czyżby oba­wiała się, że Terry będzie ją oce­niał przez pry­zmat jej zwy­czaj­nego, pod­miej­skiego dzie­ciń­stwa? Czy raczej bała się, że zoba­czy, jak jest kru­cha?

Prze­rzu­ca­nie papie­rów i prze­no­sze­nie rze­czy z miej­sca na miej­sce zosta­wiło wszę­dzie tumany kurzu, Heather wycią­gnęła więc odku­rzacz i – bez więk­szego entu­zja­zmu – wzięła się do sprzą­ta­nia w salo­nie. Kiedy goniła za kil­koma zbłą­ka­nymi wło­sami, brzeg szczotki ude­rzył o coś twar­dego pod kanapą. Się­gnęła tam, by wycią­gnąć prze­szkodę, i z zasko­cze­niem odkryła, że prze­jazd blo­ko­wała jej książka, na pierw­szy rzut oka dość wie­kowa. Na widok okładki, która uka­zała się po star­ciu kurzu i kłacz­ków, ścią­gnęła brwi. Był to zbiór baśni w sfa­ty­go­wa­nej mięk­kiej opra­wie z wiel­kim czar­nym wil­kiem na fron­cie: w jego otwar­tej pasz­czy dosko­nale widać było każdy ze śmier­cio­no­śnych zębów.

– Dziwne. – Rzu­ciła książkę na sto­lik kawowy i dokoń­czyła odku­rza­nie.

Wysta­wiła na zewnątrz worki z segre­go­wa­nymi śmie­ciami i sto­jąc koło fron­to­wych drzwi, wcią­gnęła w płuca chłodne, jesienne powie­trze. To wła­śnie tam, kiedy miała sie­dem czy osiem lat, sie­działa ze swoją nową lupą w rękach i wypa­lała małe dziurki w suchych liściach i skraw­kach papieru, we wszyst­kim, w czym się dało. Odkry­cie, że przy­pa­lane mrówki strze­lają z trza­skiem, dało począ­tek nader przy­jem­nemu popo­łu­dniu, pod­czas któ­rego ścieżka pokryła się mnó­stwem maleń­kich poskrę­ca­nych cia­łek – póki nie wyszła matka i jej na tym nie przy­ła­pała.

W samym środku lata dostała tygo­dniowy szla­ban na wycho­dze­nie na dwór; wspo­mnie­nie wła­snej kipią­cej wście­kło­ści wciąż było tak żywe, że poczer­wie­niały jej policzki. Zamknięta w swoim pokoju, oddała się innym drob­nym aktom destruk­cji – tłu­kła tale­rze, na któ­rych przy­no­szono jej kanapki, albo wyle­wała do zlewu per­fumy matki. Strasz­nie się wtedy zło­ściła, a to tylko pogar­szało sytu­ację.

To dla­tego nie chcia­łam, żeby Terry przy­je­chał ze mną. Któż chciałby, żeby jego doro­śli zna­jomi poznali dziecko, któ­rym się kie­dyś było? Ster­cząc na zim­nie, Heather poczuła, jak prze­cho­dzi przez nią nowa fala udręki.

– Te cho­lerne duchy mogłyby być ciszej. – Wytarła dło­nie o dżinsy i weszła z powro­tem do środka.

O stry­chu przy­po­mniała sobie dopiero po kilku godzi­nach ukła­da­nia i kata­lo­go­wa­nia. Dziwne odgłosy nie powtó­rzyły się, ale kiedy prze­cho­dziła pod nim, ści­ska­jąc w rękach kubek her­baty, jej wzrok mimo­wol­nie powę­dro­wał do włazu. Facet ze Stry­chu, pomy­ślała. Kiedy coś zgi­nęło, jak byłam mała, dzia­dek zawsze zrzu­cał winę na Faceta ze Stry­chu.

Ta myśl nie dodała jej otu­chy – wie­działa, że będzie musiała wejść na górę i spraw­dzić, co tam jest, w prze­ciw­nym razie ska­zana była na leże­nie w łóżku i nasłu­chi­wa­nie kro­ków Faceta ze Stry­chu – albo, co gor­sza, mięk­kiego stą­pa­nia matki.

– Jezu, co się ze mną dzieje? Na stry­chu nie ma żad­nych potwo­rów. Kilka dni spę­dzo­nych samot­nie w domu i zacho­wuję się jak roz­hi­ste­ry­zo­wana pię­cio­latka.

Godzinę póź­niej sie­działa po turecku w zaska­ku­jąco przy­tul­nym pomiesz­cze­niu, prze­glą­da­jąc pudło ze sta­rymi winy­lami. Było tam dużo śmieci – mnó­stwo zespo­łów i pio­sen­ka­rzy w dziw­nych gar­ni­tu­rach, któ­rych nie roz­po­zna­wała – ale też garstka obie­cu­ją­cych nagrań: Led Zep­pe­lin, Sio­uxie Sioux, David Bowie. Bez wąt­pie­nia nale­żały do ojca. Mówił jej kie­dyś, że gdy on i jej matka zaczęli się uma­wiać, chciał zało­żyć wła­sny zespół; uczył się grać na gita­rze baso­wej, ale ni­gdy tak naprawdę go to nie wcią­gnęło. Uśmie­cha­jąc się blado, Heather odło­żyła płyty na bok, posta­na­wia­jąc, że albo je zatrzyma, albo wystawi na eBayu. Kiedy znowu zaj­rzała do pudła, zoba­czyła, że na jego dnie ukryta jest stara, poobi­jana, bla­szana puszka po cia­stecz­kach. Pod­wa­żyła i ponio­sła wieczko, marsz­cząc nos od uno­szą­cego się w powie­trzu kurzu. Wewnątrz, cia­sno upa­ko­wane, leżały dwa grube pliki listów owi­nię­tych gumką.

Wszyst­kie były zaadre­so­wane do jej matki. Te z pierw­szego pakietu wyglą­dały na bar­dzo stare: ich koperty były popla­mione i wymięte, a tusz nie­mal cał­ko­wi­cie wyblakł. Te z wierz­chu dru­giej kupki wyda­wały się za to zupeł­nie świeże – Heather roz­po­znała nawet nie­dawno wypusz­czoną serię znacz­ków ze zło­czyń­cami z Dok­tora Who. Nie mogąc się oprzeć, Heather wycią­gnęła jeden z listów z now­szej paczki i zaczęła czy­tać. Nadawca miał nie­po­rządny, roz­wle­kły cha­rak­ter pisma: czarne, pisane atra­men­tem bazgroły roz­cią­gały się od jed­nego brzegu kartki po drugi. Pisał ze strasz­nymi błę­dami.

Droga Col­leen,

dziś było cicho. Bar­dzo spo­koj­nie. Nie mam tu nic do robie­nia, a kiedy zro­bię to, czego ode mnie chcom, czuję, jak póstka zamyka się nade mną ze wszyst­kich stron. Jest w rzół­tym świe­tle i czy­styh pod­ło­gach, póstka, która jest czymś wię­cej niż tylko póst­kom – jest nico­ścią. Miej­sce, które jest kwa­śne od żeczy stwo­żo­nych przez czło­wieka, nie ma w sobie praw­dzi­wego życia, wra­cam więc myślą do cza­sów, które spę­dzi­li­śmy razem. Na tra­wie i w polah, tam było nam naj­le­piej. Stąd nie widzę trawy ani żad­nych drzew.

Heather zamru­gała. Nie czy­ta­jąc dalej, wyszar­pała z koperty kolejny, star­szy list. Natych­miast roz­po­znała to samo nie­chlujne pismo.

Tak pięk­nie opi­su­jesz te miej­sca. Sam fakt, że po tych wszyst­kich latach wciąsz robisz to dla mnie, potwier­dza że nie myli­łem się co do cie­bie. Twoje dołą­cze­nie do komóny zmie­niło moje życie.

– Komuny?

Kolejny, podobny. Wszyst­kie listy napi­sała ta sama osoba. A matka naj­wy­raź­niej na nie odpo­wia­dała. Pismo nie nale­żało do ojca, wie­działa to od razu; on ze względu na pracę na budo­wie i koniecz­ność czy­tel­nego wypi­sy­wa­nia fak­tur pisał wyłącz­nie schlud­nymi, dru­ko­wa­nymi lite­rami. Kim był czło­wiek, który żywił tak silne uczu­cia w sto­sunku do jej matki?

– Ni­gdy nie wspo­mi­na­łaś o żad­nym kore­spon­den­cyj­nym zna­jo­mym, mamo. – W cie­płym powie­trzu stry­chu jej słowa zabrzmiały dziw­nie i pła­sko, jakby je także pokry­wał kurz. Pod war­stwą zasko­cze­nia czy nawet lek­kiego roz­ba­wie­nia Heather poczuła gdzieś w środku nara­sta­jące zimno. – Chyba w ogóle ni­gdy nie wspo­mi­na­łaś o pisa­niu listów.

W nocy jest tu tak gło­śno. Pamię­tasz, jak cicho było na polach, pod gwiaz­dami? Kiedy hodzi­li­śmy do lasu. Jak byśmy byli jedy­nymi ludźmi na świe­cie, cho­ciaż psze­ciesz nie byli­śmy. Inni, któ­rzy przy­szli miesz­kać pod gwiaz­dami, nie czuli tego, co my, Col­leen.

Heather zer­k­nęła na dół kartki i rzu­ciła okiem na skre­ślone tam imię. Michael? Naba­zgra­nemu byle jak pod­pi­sowi towa­rzy­szyła masywna zie­lona pie­częć, obok niej zaś innym tuszem i cha­rak­te­rem pisma dopi­sano Reave oraz Zatwier­dzono. Reave, pomy­ślała Heather. Michael Reave.

Zmarsz­czyła brwi. Nazwi­sko to brzmiało dziw­nie zna­jomo, choć nie umia­łaby powie­dzieć dla­czego. Heather wstała, wło­żyła listy z powro­tem do puszki po ciast­kach i zeszła po dra­bince, zabie­ra­jąc je ze sobą. Chwilę spę­dziła w kuchni, robiąc sobie kanapkę i dzba­nek bar­dzo moc­nej kawy.

Zdjęła gumki z obu pli­ków i przez następną godzinę prze­czy­tała około dwu­dzie­stu listów. Pod koniec zaschło jej w gar­dle, a w gło­wie huczało mia­rowo. Kanapka wciąż leżała nie­tknięta na sto­liku obok. Nieco drżącą ręką odło­żyła listy do puszki i pomy­ślała o wszyst­kim, co wie­działa o swo­jej matce, oraz o wszyst­kim, czego o niej nie wie­działa.

Spo­kojna, dobrze sytu­owana, darzona sza­cun­kiem Col­leen Evans kore­spon­do­wała z męż­czy­zną sie­dzą­cym w wię­zie­niu. Robiła to, kiedy jesz­cze żył ojciec Heather, przez wszyst­kie lata swo­jego mał­żeń­stwa. Ponadto w latach sie­dem­dzie­sią­tych jej matka naj­wy­raź­niej nale­żała do jakiejś hipi­sow­skiej komuny, gdzieś na pół­nocy.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki