Czerwona Seria. Soldat. Refleksje niemieckiego żołnierza - Siegfried Knappe - ebook

Czerwona Seria. Soldat. Refleksje niemieckiego żołnierza ebook

Knappe Siegfried

0,0
49,00 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Unikalne wspomnienia niemieckiego żołnierza, który pokazuje całą drogę szkolenia i przebiegu walk oficera artylerii podczas drugiej wojny światowej. Knappe, walcząc na frontach we Francji, Włoszech i Rosji, robi błyskawiczną karierę, pod koniec wojny trafiając do ekskluzywnej grupy oficerów Sztabu Generalnego. Podczas pobytu w niewoli rosyjskiej spotyka niemieckiego żołnierza, którego Rosjanie użyli w Norymberdze jako świadka „niemieckiej zbrodni katyńskiej”. Knappe opisuje dokładnie sposób oddziaływania Rosjan na fałszywego świadka historii.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
PDF

Liczba stron: 534

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Wstęp

My, słu­żący w sze­re­gach nie­miec­kiej armii pod­czas II wojny świa­to­wej, byli­śmy mło­dymi ludźmi wal­czą­cymi dla swo­jego kraju. Nie byli­śmy „nazi­stami”, byli­śmy po pro­stu nie­miec­kimi żoł­nie­rzami. To jest histo­ria jed­nego z nich.

Sieg­fried Knappe, Xenia, Ohio, wrze­sień 1991

Zacho­wa­nie bogac­twa szcze­gó­łów tej opo­wie­ści umoż­li­wił dzien­nik, który Sieg­fried Knappe pro­wa­dził od wieku nasto­let­niego do dnia, kiedy tra­fił do nie­woli rosyj­skiej w dniu 2 maja 1945 roku. Dodat­kową pomocą były także liczne foto­gra­fie z lat wojny, które prze­szmu­glo­wał z domu swej matki we wschod­nich Niem­czech. Pod­stę­pem prze­ko­nał wła­dze, aby pozwo­liły mu udać się do zachod­nich Nie­miec po zwol­nie­niu go z rosyj­skiej nie­woli w grud­niu 1949 roku. W cza­sie około czte­ry­stu pięć­dzie­się­ciu godzin roz­mów uży­wa­li­śmy tych foto­gra­fii, aby odświe­żyć pamięć autora, gdy po wie­lo­kroć odtwa­rza­li­śmy każdy epi­zod jego wojen­nej kariery.

Sieg­fried był także w posia­da­niu rela­cji gene­rała Weidlinga, doty­czą­cej dzia­łań 56 Kor­pusu Pan­cer­nego z walk nad Odrą i pod­czas obrony Ber­lina, którą Weidling napi­sał dla Rosjan bez­po­śred­nio po dosta­niu się do nie­woli. Gdy Sieg­fried został zwol­niony z rosyj­skiej nie­woli w grud­niu 1949 roku, natych­miast zapi­sał wła­sną wer­sję wyda­rzeń doty­czą­cych tego samego okresu, obej­mu­jącą rów­nież czas spę­dzony w obo­zach jeniec­kich.

I wresz­cie, Sieg­fried dys­po­no­wał także rapor­tami swego dowódcy bate­rii arty­le­rii, doty­czą­cymi dzia­łań jed­nostki pod­czas inwa­zji Fran­cji w 1940 roku.

Żaden pisarz nie mógłby marzyć o lep­szym mate­riale źró­dło­wym.

Ted Bru­saw, Day­ton, Ohio, wrze­sień 1991

Część I. Kocioł czarownic (1945)

Część I Kocioł cza­row­nic (1945)

Rozdział 1

Kapi­tan Kafurke, mój adiu­tant, obu­dził mnie puka­jąc w szybę mojego samo­chodu.

– Panie majo­rze, naczel­nik sta­cji ma dla pana wia­do­mość – powie­dział.

Zmu­si­łem roze­spany umysł i ciało do prze­bu­dze­nia i rozej­rza­łem się wokół. Mój samo­chód umo­co­wany był do wagonu-plat­formy, sta­no­wią­cego część składu, któ­rym przez całą noc podró­żo­wa­li­śmy w Góry Harz celem dołą­cze­nia do for­mu­ją­cej się tam wła­śnie 12 Armii gene­rała Wencka. Spa­łem w samo­cho­dzie, gdyż było to wygod­niej­sze niż cokol­wiek innego, co mie­li­śmy do dys­po­zy­cji.

Sądząc, iż nad ranem dotrzemy w oko­lice Lip­ska, poin­stru­owa­łem mojego ordy­nansa żeby obu­dził mnie w Eilen­burgu, abym mógł wsiąść na moto­cykl i odwie­dzić tam moją żonę Lilo i naszego małego syna, Klausa, a następ­nie dogo­nić wolno jadący pociąg gdzieś w innym mie­ście. Nie byli­śmy jed­nak w Eilen­burgu, lecz w Budzi­szy­nie. Prze­cią­gną­łem się, wysia­dłem z samo­chodu, zsze­dłem z plat­formy i uda­łem się na sta­cję.

– Ma pan jakąś wia­do­mość? – zapy­ta­łem naczel­nika.

– Tak jest, panie majo­rze – odpo­wie­dział. – Otrzy­ma­łem pole­ce­nie, aby skie­ro­wać pana pociąg na pół­noc, w kie­runku Ber­lina.

Jego infor­ma­cja zasko­czyła mnie.

– Czy linia kole­jowa na zachód jest odcięta? – zapy­ta­łem, pró­bu­jąc zna­leźć wytłu­ma­cze­nie dla faktu, iż zmie­niają naszą mar­szrutę na pół­noc.

– Nie. Ruch odbywa się powoli, ale bez prze­szkód.

Podzię­ko­wa­łem mu i wró­ci­łem do pociągu. Praw­do­po­dob­nie po pro­stu skie­rują nas do Ber­lina, a następ­nie wyślą inną drogą w Góry Harz, ale zabiło to moje nadzieje na zoba­cze­nie Lilo i Klausa. Odwie­dze­nie ich i tak było wbrew wszel­kim prze­pi­som, ale zde­cy­do­wa­łem, że nie prze­pusz­czę szansy, o ile tylko będzie to moż­liwe. Cóż, teraz i tak nie było na to nadziei.

Około godziny jede­na­stej dotar­li­śmy do połu­dnio­wej czę­ści pętli kole­jo­wej wokół Ber­lina. Zdą­ży­li­śmy wto­czyć się na sta­cję metra w Neukölln, gdy gło­śno zawyły syreny alarmu prze­ciw­lot­ni­czego. Skon­sul­to­wa­łem się z naczel­ni­kiem sta­cji i dowie­dzia­łem się, że nie będziemy mogli jechać dalej, dopóki nie odwo­łają alarmu. Roz­sta­wi­łem poste­runki wzdłuż składu i ode­sła­łem resztę naszych ludzi do oko­licz­nych schro­nów prze­ciw­lot­ni­czych.

Jako ofi­cer ope­ra­cyjny 56 Kor­pusu Pan­cer­nego nad­zo­ro­wa­łem prze­miesz­cze­nie sztabu ze Ślą­ska, gdzie dopiero co wal­czy­li­śmy z Rosja­nami, w Góry Harz. Pod­puł­kow­nik The­odor von Dufving, szef sztabu 56 Kor­pusu Pan­cer­nego i mój bez­po­średni prze­ło­żony, udał się w Góry Harz przed nami wraz z nie­wielką czo­łówką.

Kapi­tan Kafurke, major Wolff (ofi­cer kadrowy 56 Kor­pusu) oraz ja uda­li­śmy się do schronu prze­ciw­lot­ni­czego, który w więk­szo­ści zaj­mo­wali cywile. Nastroje wśród nich były smutne, ale jed­no­cze­śnie spo­kojne. Nikt nie był w nastroju do żar­tów, lecz nie oka­zy­wano wobec nas nie­chęci za to, że wciąż wal­czymy, choć prze­jawy tego typu zacho­wań można było już wcze­śniej zauwa­żyć wśród nie­któ­rych cywi­lów.

Alarm trwał na­dal, ale ponie­waż nie sły­chać było żad­nych eks­plo­zji, zde­cy­do­wa­łem się wyjść na zewnątrz, aby się rozej­rzeć. Ulice były oczy­wi­ście puste, a gdzieś wysoko na głową sły­sza­łem prze­la­tu­jące alianc­kie samo­loty bom­bowe. Nie było widać oznak nie­miec­kiego prze­ciw­dzia­ła­nia. Patrzy­łem na bom­bowce i jak zawsze zasta­na­wia­łem się, czy Micha­elis – mój żydow­ski przy­ja­ciel, z któ­rym ukoń­czy­łem gim­na­zjum Petri i który wraz z rodziną prze­pro­wa­dził się do Anglii w 1938 roku – mógłby być w któ­rymś z nich. Wresz­cie, około godziny szes­na­stej, nastą­pił odbój alarmu prze­ciw­lot­ni­czego i wszy­scy wró­cili do pociągu. Ruszy­li­śmy powoli, ale ku mojemu zde­ner­wo­wa­niu, w kie­runku wschod­nim! Gdy otrzy­ma­łem roz­kazy, aby wyła­do­wy­wać się w Müncheberg, około pięć­dzie­się­ciu kilo­me­trów od linii frontu, stało się jasne, że wra­camy do walki z Rosja­nami i serce mi się ści­snęło. Roz­ła­do­wa­li­śmy skład w Müncheberg i poje­cha­łem do Wald­sie­vers­dorf, gdzie, jak mi powie­dziano, miał znaj­do­wać się nasz sztab. Na miej­scu wraz z naszą wysu­niętą grupą był już pod­puł­kow­nik von Dufving. Był raczej nie­wy­so­kim czło­wie­kiem żyla­stej budowy o ciem­nych oczach.

– Mam wra­że­nie, że ktoś tu nad­użył sta­no­wi­ska – powie­dział z cie­niem zło­ści i gory­czy w gło­sie. – Naj­wi­docz­niej zamie­niamy się miej­scami ze szta­bem innego kor­pusu, na któ­rego czele stoi gene­rał.

Nasz stary gene­rał został prze­nie­siony na inne sta­no­wi­sko, a nowy jesz­cze nie przy­był.

W Wald­sie­vers­dorf dowie­dzie­li­śmy się, że mamy zlu­zo­wać sztab kor­pusu pan­cer­nego, który zawia­dy­wał tam dwoma dywi­zjami z rezerwy armii – w miej­scu, które zgod­nie z ocze­ki­wa­niami miało stać się cen­trum rosyj­skiej ofen­sywy! Zakła­da­li­śmy, że dowo­dzący luzo­wa­nym kor­pu­sem miał konek­sje w naczel­nym dowódz­twie i zdo­łał zała­twić swo­jemu szta­bowi nasze miej­sce w Górach Harz, pod­czas gdy nas wysłano zamiast nich do 9 Armii. Sztab kor­pusu, który mie­li­śmy zastą­pić, znał oko­licę, znał dywi­zje i orien­to­wał się w sytu­acji bojo­wej, jak rów­nież posia­dał wszel­kie nie­zbędne środki łącz­no­ści. My zaś przy­by­li­śmy w zupeł­nie nowy rejon, nie zna­li­śmy nikogo w przy­dzie­lo­nych nam dywi­zjach czy też w ich szta­bach lub szta­bie kor­pusu i mie­li­śmy na wypo­sa­że­niu tylko około połowy naszych tele­fo­nów i led­wie trzy­dzie­ści pięć pro­cent urzą­dzeń łącz­no­ści bez­prze­wo­do­wej – wszystko dla­tego, że dopiero co wyco­fano nas z walk na Ślą­sku.

I przy wszyst­kich tych utrud­nie­niach mie­li­śmy teraz zająć się bar­dzo trud­nym zada­niem kie­ro­wa­nia ruchomą obroną w walce prze­ciwko nie­przy­ja­cie­lowi posia­da­ją­cemu miaż­dżącą prze­wagę zarówno w sile żywej, jak i wypo­sa­że­niu! Nasz nowy dowódca, gene­rał arty­le­rii Hel­mut Weidling, był już w dro­dze, lecz jesz­cze nie przy­był na miej­sce. Cóż, nie­wiele mogli­śmy na to pora­dzić. Von Dufving i ja prze­ję­li­śmy dowo­dze­nie odcin­kiem obrony kor­pusu od naszych poprzed­ni­ków, któ­rzy szybko się ulot­nili. Gene­rał Weidling przy­był następ­nego ranka, 13 kwiet­nia 1945 roku. Von Dufving, który znał Weidlinga, udzie­lił mi porad odno­śnie upodo­bań i awer­sji gene­rała, z któ­rych sko­rzy­sta­łem, gdy zamel­do­wa­łem się u Weidlinga, skła­da­jąc zwię­zły mel­du­nek będący pod­su­mo­wa­niem bie­żą­cej sytu­acji. Gene­rał był bar­dzo miły i mia­łem prze­czu­cie, iż wywar­łem na nim dobre wra­że­nie. Ponie­waż miał zwy­czaj wyra­bia­nia sobie sta­łej opi­nii o pod­ko­mend­nych na bazie pierw­szego wra­że­nia, dla naszej przy­szłej współ­pracy było bar­dzo istotne, abym jako jego ofi­cer ope­ra­cyjny wywarł wła­śnie takie wra­że­nie.

Po połu­dniu Weidling zabrał mnie i Wolfa w teren celem nawią­za­nia kon­taktu z naszymi wła­snymi dywi­zjami oraz z sąsied­nimi jed­nost­kami. Po dro­dze Weidling wyma­glo­wał nas zdrowo, sta­ra­jąc się dowie­dzieć, jak wygląda nasze doświad­cze­nie bojowe, co miało pomóc mu w oce­nie, czy będziemy w sta­nie zapew­nić mu realne wspar­cie. Wyda­wało się, że był zado­wo­lony z tego, co usły­szał. Sytu­acja na pierw­szej linii dowo­dziła, iż Rosja­nie pro­wa­dzą bez­u­stanne przy­go­to­wa­nia do ofen­sywy na całym fron­cie. Nie­przy­ja­ciel uchwy­cił trzy przy­czółki na zachod­nim brzegu Odry, my zaś wciąż utrzy­my­wa­li­śmy skrawki terenu na wschod­nim brzegu w rejo­nie Kostrzy­nia i Frank­furtu.

Zdję­cia lot­ni­cze wska­zy­wały, iż na każde dzie­sięć metrów linii frontu przy­pa­dało jedno rosyj­skie działo! Duże bate­rie arty­le­rii, liczące po dwa­na­ście sztuk dział każda, roz­miesz­czono w pro­stych liniach wzdłuż dróg i linii kole­jo­wych, nie bawiąc się nawet w jakie­kol­wiek masko­wa­nie. Rosyj­ska arty­le­ria sta­no­wi­łaby ide­alny cel dla Luft­waffe z poprzed­nich lat, ale do tej pory nasze lot­nic­two jako siła bojowa prze­stało już ist­nieć, tak więc Rosja­nom nic nie zagra­żało. Rosja­nie posia­dali także nie­skoń­czone ilo­ści czoł­gów, jak rów­nież wszyst­kiego innego. Było oczy­wi­ste, że nie ma żad­nej nadziei na to, byśmy zdo­łali ich zatrzy­mać. W naj­lep­szym wypadku będziemy w sta­nie ich opóź­nić. Wyli­czy­li­śmy, że Rosja­nie prze­wa­żają nad nami w sto­sunku sześć do jed­nego w pie­cho­cie, dzie­sięć do jed­nego w arty­le­rii, dwa­dzie­ścia do jed­nego w czoł­gach i trzy­dzie­ści do jed­nego w samo­lo­tach bojo­wych.

Gene­rał Weidling, major Wolff i ja poje­cha­li­śmy na wzgó­rza na pół­noc od Seelow, skąd roz­cią­gał się sze­roki widok na cały front odrzań­ski po obu stro­nach Kostrzy­nia. Owe pasmo wzgórz odda­lone od Odry o około sie­dem­na­ście kilo­me­trów, znane jako Wzgó­rza Seelow, uwa­żane było za naszą drugą linię obrony, tyle, że nie było oddzia­łów do jej obsa­dze­nia. Była to po pro­stu linia, na którą mogli­by­śmy się cof­nąć. Przy oka­zji odwie­dzi­li­śmy także gene­rała Mum­merta, dowo­dzą­cego nowo sfor­mo­waną dywi­zją pan­cerną „Müncheberg”, która pod­le­gała nam w ramach nad­cho­dzą­cej ope­ra­cji. Zorien­to­wa­li­śmy się, że wypo­sa­że­nie dywi­zji było dobre, lecz nie­kom­pletne, zaś jej skład oso­bowy posia­dał odpo­wied­nie wyszko­le­nie i był doświad­czony, jed­nak żoł­nie­rze byli ze sobą dopiero od kilku dni. Dywi­zja Pan­cerna „Müncheberg” była tak naprawdę impro­wi­zo­waną jed­nostką. Naczelne dowódz­two od jakie­goś czasu zda­wało sobie sprawę, że osta­teczne ude­rze­nie Rosjan wyj­dzie wła­śnie tutaj, na dro­dze do Ber­lina i każdy żoł­nierz był wysy­łany do mia­steczka Müncheberg. Dywi­zja Pan­cerna „Müncheberg” została naprędce zor­ga­ni­zo­wana z tych wła­śnie ludzi. W taki to spo­sób czę­sto for­mo­wano jed­nostki w koń­co­wym okre­sie wojny.

Po obie­dzie w sto­łówce ofi­cer­skiej dywi­zji „Müncheberg” uda­li­śmy się do 20 Dywi­zji Pan­cer­nej SS, dru­giej z naszych dywi­zji mają­cej pod­le­gać nam w nad­cho­dzą­cych bojach. Także i ta jed­nostka nie była w pełni ukom­ple­to­wana i wypo­sa­żona, ponie­waż jesz­cze nie­dawno brała z nami udział w wal­kach o Śląsk (wszyst­kie jed­nostki tzw. Waf­fen SS skła­dały się z żoł­nie­rzy fron­to­wych, w prze­ci­wień­stwie do upo­li­tycz­nio­nych jed­no­stek SS zarzą­dza­ją­cych obo­zami kon­cen­tra­cyj­nymi).

Po powro­cie pró­bo­wa­łem zadzwo­nić do Lilo, ale nie byłem w sta­nie uzy­skać połą­cze­nia. Dodzwo­ni­łem się za to do mojej matki i dowie­dzia­łem się, że ame­ry­kań­ska armia stoi na przed­mie­ściach Lip­ska!

– Sieg­fried, co ja mam robić? – zapy­tała płacz­li­wym tonem.

– Zostań w domu i nic nie rób – powie­dzia­łem jej. – Jeśli zacznie się strze­la­nina, zejdź do piw­nicy i prze­cze­kaj. Jeśli będziesz pró­bo­wać opu­ścić dom, sta­niesz się tylko kolej­nym uchodźcą. Nie podej­muj takiego ryzyka, mamo. To, co dzieje się z uchodź­cami, jest straszne.

Roz­mowa była na pod­słu­chu (linii nie można było uży­wać do celów pry­wat­nych) i kobiecy głos prze­rwał mi, pyta­jąc o cel roz­mowy, tak więc musia­łem szybko ją prze­rwać. Mogłem mieć tylko nadzieję, że moja matka będzie bez­pieczna, i że Lilo i Klaus wciąż mają się dobrze. Strzą­sną­łem owła­da­jące mną poczu­cie bez­sil­no­ści i zbli­ża­ją­cego się nie­szczę­ścia i zmu­si­łem się do skon­cen­tro­wa­nia się na pracy.

Nasz 56 Kor­pus Pan­cerny sta­no­wił obec­nie rezerwę 9 Armii dowo­dzo­nej przez gene­rała Busse. Dwa pozo­stałe kor­pusy wcho­dzące w skład 9 Armii stały na pozy­cjach nad Odrą i wokół rosyj­skich przy­czół­ków. Zosta­li­śmy roz­miesz­czeni w tyle za tymi kor­pu­sami i byli­śmy trzy­mani w pogo­to­wiu na wypa­dek prze­rwa­nia się nie­przy­ja­ciela lub zaist­nie­nia sytu­acji, w któ­rej nie­zbędne byłoby uży­cie rezerw.

Rosyj­ska ofen­sywa mar­szałka Żukowa roz­po­częła się 14 kwiet­nia o godzi­nie pią­tej rano, kiedy to na naszym fron­cie otwo­rzyło ogień czter­dzie­ści tysięcy dział arty­le­ryj­skich – naj­więk­sza kon­cen­tra­cja arty­le­rii w histo­rii wojen. Jako rezerwa sta­li­śmy za linią frontu. Mie­li­śmy dobry widok na całą oko­licę, choć i tak nie mogli­śmy widzieć wię­cej, niż to, gdzie szedł bój. Gene­rał Busse pra­wi­dłowo prze­wi­dział moment roz­po­czę­cia rosyj­skiej ofen­sywy i w ostat­niej chwili wyco­fał naszą pie­chotę z pozy­cji, które ostrze­li­wała arty­le­ria prze­ciw­nika. Widzie­li­śmy samo­loty zrzu­ca­jące bomby, jak rów­nież eks­plo­du­jące poci­ski, ale nie­wiele ponadto. Jed­nak ze względu na nasze doświad­cze­nie mogli­śmy posta­wić roz­sądną hipo­tezę odno­śnie zacho­dzą­cych wyda­rzeń. Sły­sze­li­śmy huk roz­ry­wa­ją­cych się poci­sków arty­le­ryj­skich, rakiet i bomb, widzie­li­śmy głę­bo­kość pola walki i mogli­śmy oce­nić, jak efek­tywna może być obrona. Sto­pień zma­so­wa­nia arty­le­rii był nie­sa­mo­wity i jej dzia­ła­niu towa­rzy­szyła także zwięk­szona aktyw­ność sił lot­ni­czych. Wzgó­rza Seelow były odda­lone od linii frontu o około dzie­sięć kilo­me­trów, zaś teren mię­dzy wznie­sie­niami i Odrą był otwarty, pła­ski i nie­za­le­siony.

Cho­ciaż oko­lica była rów­ninna i pozba­wiona drzew, więk­szość terenu była pod­mo­kła i zaba­gniona, nie­od­po­wied­nia dla czoł­gów, tak więc Rosja­nie mieli w pew­nym stop­niu ogra­ni­czoną moż­li­wość dzia­ła­nia. Pierw­sze godziny ofen­sywy spę­dzi­li­śmy na przy­go­to­wa­niach do pro­wa­dze­nia obrony manew­ro­wej w ocze­ki­wa­niu, że wkrótce zosta­niemy skie­ro­wani do boju. Mel­dunki napły­wa­jące od dywi­zji wal­czą­cych na pierw­szej linii świad­czyły o tym, iż nie­przy­ja­ciel skie­ro­wał do walki nie­wy­obra­żalne siły. Pierw­szego dnia nasze jed­nostki były w sta­nie powstrzy­mać napór Rosjan, mimo, iż w naszej linii two­rzyły się głę­bo­kie wła­ma­nia. Jako kor­pus pozo­sta­jący w rezer­wie byli­śmy w cią­głym pogo­to­wiu, w każ­dej chwili ocze­ku­jąc roz­kazu o przy­stą­pie­niu do walki, jed­nak gene­rał Busse wahał się przed pod­ję­ciem takiej decy­zji, ponie­waż sta­no­wi­li­śmy jego jedyny odwód.

Rosja­nie kon­ty­nu­owali natar­cie w ciągu nocy, a nad ranem wręcz nasi­lili ataki. Ich nie­prze­rwany ostrzał arty­le­ryj­ski i bom­bar­do­wa­nie z powie­trza zaczy­nały teraz ruj­no­wać nasze sta­no­wi­ska. Zda­wa­li­śmy sobie sprawę, że nie będziemy mogli zatrzy­mać ich na podej­ściach do Seelow, ale wie­dzie­li­śmy, że wzgó­rza zapew­niały nam dobrą pozy­cję do odwrotu.

Mimo, że byli­śmy świa­domi faktu, iż jest to osta­teczna bitwa o Ber­lin, wie­dzie­li­śmy także – i było to przy­tła­cza­jące uczu­cie – że nie będziemy w sta­nie zatrzy­mać Rosjan, choć despe­racko sta­ra­li­śmy się utrzy­mać na tyle długo, by umoż­li­wić zachod­nim alian­tom podej­ście do Ber­lina i tym samym oszczę­dzić mia­stu per­spek­tywy oku­pa­cji przez siły sowiec­kie.

W momen­cie gdy wej­dziemy do walki, nie będzie już żad­nych rezerw, a bez odwo­dów sytu­acja będzie bez­na­dziejna. Jakieś sie­dem­dzie­sięt kilo­me­trów terenu mię­dzy Ber­li­nem i Odrą było sto­sun­kowo pła­skie i poprze­ci­nane tylko kil­koma pasmami wznie­sień. Teren na zachód od wzgórz Seelow to liczne jeziora i lasy, jed­nak w tym masy­wie ist­niały drogi ser­wi­sowe dla służb leśnych, które z powo­dze­niem mogłyby być wyko­rzy­stane przez rosyj­skie czołgi i jed­nostki zme­cha­ni­zo­wane. Pomię­dzy nami i Ber­li­nem jedyną poważną prze­szkodę dla rosyj­skich czoł­gów sta­no­wiły jeziora.

Gdy pra­co­wa­li­śmy nad naszymi pla­nami, korzy­sta­jąc z map i szki­ców pozo­sta­wio­nych przez naszych poprzed­ni­ków, zorien­to­wa­li­śmy się, że nie posia­damy infor­ma­cji o pozy­cjach obron­nych w rejo­nie bliż­szym sto­licy. Ponie­waż mie­li­śmy wal­czyć w tam­tym rejo­nie, zwró­ci­li­śmy się do 9 Armii z prośbą o udo­step­nie­nie nam sto­sow­nych infor­ma­cji. W odpo­wie­dzi otrzy­ma­li­śmy tro­chę bar­dzo ogól­nych i pobież­nych map pozy­cji, na któ­rych nie było żad­nych sta­no­wisk wokół Ber­lina. Kiedy popro­si­łem o bar­dziej szcze­gó­łowe dane, ofi­cer ope­ra­cyjny 9 Armii wpadł w złość i powie­dział mi, że nie dys­po­nuje bar­dziej dokład­nymi infor­ma­cjami oraz, że nie jest to mój inte­res!

Być może fak­tycz­nie nie wie­dzieli wię­cej, niż nam powie­dzieli, lub też do ostat­niej chwili nie chcieli dzie­lić się infor­ma­cjami w oba­wie, że wyco­famy się zbyt szybko. Mnó­stwo ludzi po cichu pytało, dla­czego rząd nie nego­cjuje zakoń­cze­nia tej bez­na­dziej­nie prze­gra­nej wojny, nawet, gdyby ozna­czało to bez­wa­run­kową kapi­tu­la­cję. Być może sztab 9 Armii po pro­stu nam nie dowie­rzał.

Dotar­cie do Seelow zajęło Rosja­nom trzy dni, nawet przy całej ich ogrom­nej prze­wa­dze w ludziach i arty­le­rii. Dys­po­no­wali także samo­lo­tami zwia­dow­czymi, któ­rych my nie mie­li­śmy i to także sta­wiało ich na uprzy­wi­le­jo­wa­nej pozy­cji. Jed­nakże pagór­ko­waty teren po obu stro­nach Seelow spra­wiał, że ich ruch do przodu odby­wał się z tru­dem. Wie­czo­rem dru­giego dnia nasza linia frontu wciąż była nie­na­ru­szona, nie­mniej nie mogli­śmy tole­ro­wać głę­bo­kich wła­mań, które mogły dopro­wa­dzić do zała­ma­nia obrony.

Kwa­tera główna naszego kor­pusu znaj­do­wała się w piw­nicy willi w Wald­sie­vers­dorf. Cały czas w pogo­to­wiu pozo­sta­wali łącz­nicy na moto­cy­klach, w każ­dej chwili gotowi do odjazdu. Zawsze wie­dzieli gdzie znaj­dują się dywi­zje i za każ­dym razem, gdy Weidling gdzie­kol­wiek się uda­wał, zabie­rał ze sobą jed­nego czy dwóch moto­cy­kli­stów. Ni­gdy nie mógł być pewien, że Rosja­nie nie pod­słu­chują na linii, więc czę­sto zamiast dzwo­nić, wysy­łał z wia­do­mo­ścią łącz­nika.

W końcu, 16 kwiet­nia o godzi­nie szó­stej rano, aktyw­nie włą­czy­li­śmy się do boju o wzgó­rza Seelow, obej­mu­jąc dowo­dze­nie dwoma już tam wal­czą­cymi dywi­zjami, jak rów­nież naszymi dwoma odwo­do­wymi jed­nost­kami kor­pusu. Od tam­tej chwili pra­co­wa­li­śmy dwa­dzie­ścia cztery godziny na dobę, łapiąc jedną lub dwie godziny snu, gdy tylko pozwa­lały na to warunki. Nasz sztab pozo­stał tam, gdzie był, ale Weidling jeź­dził do dywi­zji, aby na miej­scu zapo­znać się z sytu­acją i dowo­dzić walką bez­po­śred­nio. W takich wypad­kach zabie­rał mnie ze sobą. Jecha­li­śmy wtedy do szta­bów naszych dwóch dywi­zji, żeby na miej­scu oma­wiać sytu­ację z ich dowód­cami. Sie­dziba sztabu 9 Dywi­zji Spa­do­chro­no­wej była pod ostrza­łem arty­le­rii i moź­dzie­rzy. W ich kwa­te­rze wpa­dłem wprost na mojego dobrego przy­ja­ciela i kolegę z cza­sów Aka­de­mii Sztabu Gene­ral­nego, majora Engela, ale nie­stety nie było czasu na poga­duszki. Dowódcą 9 Dywi­zji Spa­do­chro­no­wej był gene­rał lot­nic­twa, który był zbyt stary i naj­wi­docz­niej został wyzna­czony na to sta­no­wi­sko po roz­dź­wię­kach z Göringiem. Weidling natych­miast wystą­pił o jego zwol­nie­nie i następ­nego dnia młody spa­do­chro­niarz, puł­kow­nik Her­mann, objął dowo­dze­nie dywi­zją. Naszym sąsia­dem z pra­wej strony był 101 Kor­pus 9 Armii, zaś z lewej strony stał 3 Kor­pus Pan­cerny.

Następny dzień, 17 kwiet­nia, przy­niósł kolejne ataki nie­przy­ja­ciela. Rosja­nie rzu­cali do boju coraz wię­cej i wię­cej czoł­gów. 9 Dywi­zja Spa­do­chro­nowa w jed­nym star­ciu znisz­czyła czter­dzie­ści czoł­gów, jed­nak Rosja­nie nie prze­sta­wali naci­skać, doko­nu­jąc coraz głęb­szych wyło­mów w naszej linii obrony. W nie­któ­rych miej­scach docho­dzili już do samych wzgórz Seelow. Dywi­zja Pan­cerna „Müncheberg” nie weszła jed­nak jesz­cze do boju. Stała w pogo­to­wiu na zachód od Seelow, przy­szy­ko­wana do natych­mia­sto­wego wymar­szu, gdyby nastą­piło decy­du­jące wła­ma­nie. Na odcinku naszego kor­pusu naj­groź­niej­sza sytu­acja zaist­niała na naj­bar­dziej wysu­nię­tych flan­kach, gdzie tra­ci­li­śmy kon­takt z naszymi sąsia­dami, jed­nak raz za razem uda­wało nam się zała­tać front. W nocy Weidling pod­jął decy­zję o cof­nię­ciu się na wzgó­rza po obu stro­nach Seelow, co miało uchro­nić nasze grupy bojowe przed zdzie­siąt­ko­wa­niem ich jedna po dru­giej, gdyby rosyj­skie wła­ma­nia zostały pogłę­bione. Tym samym odtwo­rzy­li­śmy cią­głą linię obrony na przy­go­to­wa­nych pozy­cjach.

W cza­sie bitwy Seelow kil­ka­krot­nie prze­cho­dziło z rąk do rąk. Naj­pierw prze­rwało się kilka rosyj­skich czoł­gów, potem dołą­czyła pie­chota. Zro­biła się mała wyrwa, ale linia obrony trzy­mała się po pra­wej i po lewej, więc Rosja­nie byli zmu­szeni cze­kać na posiłki. W cza­sie tej prze­rwy dowo­dzący nie­miecką obroną rzu­cił do kontr­ataku swój rezer­wowy bata­lion i ponow­nie wypchnął Rosjan z Seelow. Następ­nie Rosja­nie docze­kali się wspar­cia i znowu wzięli mia­sto. Wal­cząca na tym odcinku dywi­zja posłała do walki ostat­nie rezerwy i odbiła Seelow. To wza­jemne wypy­cha­nie się trwało przez jakiś czas. Opis na papie­rze zawsze wygląda sucho i nie­mal kli­nicz­nie czy­sto, ale każda taka zmiana poło­że­nia ozna­czała dla rosyj­skich i nie­miec­kich żoł­nie­rzy strach i śmierć.

Zacie­kła nie­miecka obrona trwała na­dal, cho­ciaż wróg prze­wa­żał w sto­sunku dzie­sięć do jed­nego i nasze dywi­zje szybko się wykrwa­wiały. Każ­dego dnia pono­si­li­śmy straty, któ­rych nie można było uzu­peł­nić i w końcu Rosja­nie zaczęli się prze­bi­jać. Trzy­ma­li­śmy śro­dek linii frontu, jed­nak prze­ciw­nik zaczął się prze­le­wać z obu stron, pró­bu­jąc obejść Ber­lin z pół­nocy i od połu­dnia. Mógł nas okrą­żyć, wsze­lako z jakiejś przy­czyny tego nie uczy­nił. Praw­do­po­dob­nie sądził, iż na wschód od Ber­lina ist­nieją silne linie obronne i sta­rał się unik­nąć walk na tej rubieży poprzez obej­ście mia­sta od pół­nocy i połu­dnia. Gdyby Rosja­nie wie­dzieli, że sto­lica bro­niona jest wyłącz­nie przez oddziały Hitler­ju­gend i Volks­sturmu, odcię­liby nas od mia­sta i Ber­lin byłby ich. Teraz zaś, gdy głę­boko obe­szli nas z flanki, trzeba było się cofać.

Za Wzgó­rzami Seelow znaj­do­wały się liczne jeziora i tro­chę wznie­sień, tak więc zde­cy­do­wa­li­śmy, że oprzemy o nie naszą kolejną rubież obrony.

Rozdział 2

18 KWIET­NIA o godzi­nie siód­mej rano cięż­kie bomby spa­dły w pobliżu naszej kwa­tery głów­nej w willi w Wald­sie­vers­dorf, więc zaczę­li­śmy przy­go­to­wy­wać punkt dowo­dze­nia w lesie w pew­nej odle­gło­ści od wsi. Tego samego dnia Rosja­nie ponow­nie prze­rwali się na pół­noc i na połu­dnie od nas. Weidling skie­ro­wał teraz do walki na pra­wym skrzy­dle kor­pusu Dywi­zję Pan­cerną „Müncheberg”, gdyż rosyj­skie czołgi prze­rwały się w rejo­nie mia­sta. Po dru­giej stro­nie naszego frontu, na odcinku zaj­mo­wa­nym przez lewe skrzy­dło 9 Dywi­zji Spa­do­chro­no­wej, sytu­acja robiła się coraz bar­dziej dra­ma­tyczna. Zary­so­wała się groźba prze­ła­ma­nia na lewej flance i poja­wiło się nie­bez­pie­czeń­stwo okrą­że­nia naszego kor­pusu w oko­li­cach jezior. Nie­malże z godziny na godzinę sytu­acja sta­wała się coraz bar­dziej roz­pacz­liwa i coraz trud­niej było utrzy­mać duch bojowy. 9 Armia obie­cała, iż z dniem 19 kwiet­nia prze­każe pod roz­kazy naszego kor­pusu 18 Dywi­zję Pan­cerną.

Ran­kiem 19 kwiet­nia prze­nio­słem się do lasu wraz z naj­bar­dziej nie­zbędną czę­ścią per­so­nelu. Goto­wych było tylko kilka schro­nów, ale chcia­łem być gotów do pracy na miej­scu, gdy okaże się, że nie będzie już można pozo­sta­wać w willi. Począt­kowo wciąż było jesz­cze bar­dzo zimno, lecz wkrótce wstało słońce i mogłem zdjąć swój pod­bity futrem szy­nel.

Wtedy przy­był do nas gene­rał Hein­rici, dowódca Grupy Armii Wisła, w któ­rej skład wcho­dzi­li­śmy. Zaak­cep­to­wał decy­zje pod­jęte przez Weidlinga i ostrzegł przed nie­bez­pie­czeń­stwem prze­ła­ma­nia frontu na styku 9 Armii i 3 Armii. Ocze­ki­wa­li­śmy, że 18 Dywi­zja Pan­cerna w ciągu dnia przy­bę­dzie z oko­lic Szcze­cina i znaj­dzie się pod naszym dowódz­twem.

Wkrótce po odjeź­dzie gene­rała Hein­rici przy­je­chał gene­rał Busse. On rów­nież zaapro­bo­wał spo­sób, w jaki pro­wa­dzi­li­śmy dzia­ła­nia bojowe i powie­dział nam, że możemy otrzy­mać także Dywi­zję Gre­na­die­rów Pan­cer­nych SS „Nor­dland”. Dywi­zja, za wyjąt­kiem nie­licz­nych nie­miec­kich ofi­ce­rów, skła­dała się z nor­we­skich, szwedz­kich i duń­skich ochot­ni­ków. (W wielu oku­po­wa­nych kra­jach do spe­cjal­nych jed­no­stek rekru­to­wano ochot­ni­ków spo­śród mło­dych ludzi popie­ra­ją­cych filo­zo­fię Hitlera. Rekru­ta­cja była szcze­gól­nie sku­teczna w kra­jach skan­dy­naw­skich, gdyż poglądy Hitlera odno­śnie wyż­szo­ści rasy nor­dyc­kiej brzmiały prze­ko­nu­jąco dla wielu Skan­dy­na­wów.)

W dniu 19 kwiet­nia, w cza­sie krót­kiej prze­rwy w wal­kach, do sztabu naszego kor­pusu przy­był Artur Axmann – Dowódca Mło­dzieży Rze­szy. Axmann, który był nieco po trzy­dzie­stce, w 1941 roku stra­cił rękę w bojach z Rosja­nami. Na jego prośbę nakre­śli­li­śmy mu obraz sytu­acji, a wtedy on zapro­po­no­wał nam wspar­cie w postaci bata­lionu zło­żo­nego z człon­ków Hitler­ju­gend. Weidling począt­kowo nie zaak­cep­to­wał pro­po­zy­cji, gdyż nie chciał wysy­łać do walki dzieci, ale osta­tecz­nie, nie­chęt­nie i nie­malże ze smut­kiem, zgo­dził się obsa­dzić chłop­cami pozy­cję ryglową na tyłach frontu w celu zabez­pie­cze­nia pół­noc­nego skrzy­dła kor­pusu przed pene­tra­cją ze strony prze­ry­wa­ją­cych się tam sił nie­przy­ja­ciela. Także Goeb­bels przy­słał nam na miej­sce kilka bata­lio­nów obrony cywil­nej Volks­sturmu, czego nie powi­nien był robić (winien był naj­pierw skon­tak­to­wać się z nami i spraw­dzić, czy w ogóle chcemy, aby je do nas skie­ro­wał). Następ­nie odwie­dził nas kolejny wysoki rangą cywil. W piw­ni­cach willi w Wald­sie­vers­dorf poja­wił się mini­ster spraw zagra­nicz­nych Rze­szy, von Rib­ben­trop. Po zapo­zna­niu się z sytu­acją von Rib­ben­trop popro­sił o zgodę na odwie­dze­nie jed­nej z naszych dywi­zji i Weidling skie­ro­wał go do Dywi­zji Pan­cer­nej „Müncheberg”. Von Rib­ben­trop spra­wiał wra­że­nie przy­gnę­bio­nego i w pew­nym sen­sie zdez­o­rien­to­wa­nego. Ubrany był w skó­rzany płaszcz ofi­cer­ski bez oznak stop­nia woj­sko­wego i czapkę z dużym orłem kor­pusu dyplo­ma­tycz­nego.

Jego poja­wie­nie się na fron­cie było zupeł­nie nie na miej­scu. Nie powi­nien nawet wypy­ty­wać nas o sytu­ację bojową. Nie wcho­dziło to w zakres jego obo­wiąz­ków i nie miało nic wspól­nego z jego pracą. Jeśli chciał zazna­jo­mić się z poło­że­niem na fron­cie, wystar­czyło zwró­cić się do szefa sztabu gene­ral­nego w kwa­te­rze Hitlera i tam powie­dziano by mu, czego może się spo­dzie­wać, jak długo możemy się utrzy­mać, itd. Ale nie jego sprawą było prze­by­wa­nie w szta­bie kor­pusu aktyw­nie bio­rą­cego udział w wal­kach. Jakiś czas po jego odjeź­dzie zadzwo­niono do mnie z Dywi­zji Pan­cer­nej „Müncheberg” z infor­ma­cją, iż von Rib­ben­trop zażą­dał, aby umoż­li­wiono mu towa­rzy­sze­nie gru­pie roz­po­znaw­czej w patrolu bojo­wym. Powia­do­mi­łem o tym Weidlinga, który nie zgo­dził się na prośbę mini­stra, logicz­nie tłu­ma­cząc odmowę wie­kiem Rib­ben­tropa, bra­kiem sto­sow­nego wyszko­le­nia i doświad­cze­nia oraz fak­tem, że w swoim mun­du­rze sta­no­wiłby bar­dzo łakomy cel, co z pew­no­ścią dopro­wa­dzi­łoby do jego śmierci w cza­sie patrolu. Na tym sprawa się zakoń­czyła i von Rib­ben­trop opu­ścił sta­no­wi­ska dywi­zji nie wra­ca­jąc już do nas.

W mię­dzy­cza­sie ataki Rosjan nie usta­wały i zaczę­li­śmy mieć kło­poty w utrzy­ma­niu łącz­no­ści pomię­dzy 3 Armią i 9 Armią, dokład­nie tak, jak prze­wi­dział Hein­rici. Nasza 9 Dywi­zja Spa­do­chro­nowa zamel­do­wała o osta­tecz­nym utra­ce­niu kon­taktu ze 101 Kor­pu­sem 3 Armii na pół­nocy. Następ­nie, rosyj­ska 2 Armia Pan­cerna zdo­łała prze­ła­mać nasz front, zagra­ża­jąc tym samym naszej lewej flance. Zaczęły napły­wać pod­od­działy 18 Dywi­zji Pan­cer­nej. W despe­ra­cji rzu­ca­li­śmy je do walki oddziel­nie, gdy tylko do nas dołą­czały. Dzięki temu zdo­ła­li­śmy zatrzy­mać postępy Rosjan na naszym lewym skrzy­dle.

Na naszej pra­wej flance Dywi­zja Pan­cerna „Müncheberg” uwi­kłana była w zażarte walki z rosyj­skimi siłami pan­cer­nymi i wie­czo­rem utra­ci­li­śmy kon­takt z naszym sąsied­nim kor­pu­sem po pra­wej stro­nie. Aby zapo­biec obu­stron­nemu oskrzy­dle­niu oraz by unie­moż­li­wić Rosja­nom swo­bodny dostęp do Ber­lina, Weidling zade­cy­do­wał o cof­nię­ciu się na rubież Müncheberg – Wald­sie­vers­dorf, którą obra­li­śmy za naszą kolejną, główną pozy­cję obronną.

Jed­nak w nie­któ­rych miej­scach Rosja­nie zdo­łali już prze­kro­czyć linię Müncheberg – Wald­sie­vers­dorf. O godzi­nie osiem­na­stej sły­sze­li­śmy już w pobliżu odgłosy wybu­cha­ją­cych poci­sków moź­dzie­rzo­wych i ter­kot kara­bi­nów maszy­no­wych. Z tego względu prze­nie­śli­śmy sie­dzibę sztabu do Kolo­nie Her­ren­horst, małej osady na poro­śnię­tym sosno­wym lasem wzgó­rzu na połu­dnie od Straus­berga. Do godziny dwu­dzie­stej byli­śmy gotowi do dal­szej walki. Nocą pode­szła Dywi­zja SS „Nor­dland”. Dodat­kowo pod naszą komendę prze­szły pod­od­działy cięż­kiej arty­le­rii prze­ciw­lot­ni­czej ze Straus­berga. Nie­stety, miały one na wypo­sa­że­niu wyłącz­nie działa kali­bru 88 mm, ale mogły one przy­naj­mniej zapo­biec nie­spo­dzie­wa­nemu ata­kowi czoł­gów na naszą głę­boką flankę.

Nakre­śli­łem roz­kazy dla arty­le­rzy­stów prze­ciw­lot­ni­czych i prze­ka­za­łem je Weidlin­gowi do pod­pisu, a następ­nie zapo­zna­łem prze­ciw­lot­ni­ków z aktu­alną sytu­acją bojową.

Nasz kor­pus miał teraz prze­ciwko sobie całą rosyj­ską grupę armii, którą Rosja­nie okre­ślali mia­nem „frontu”. O ile nie grupą armii, to powin­ni­śmy być przy­naj­mniej armią, a nie poje­dyn­czym kor­pusem. Rzecz jasna, nie było szans na to, byśmy mogli się tu utrzy­mać lepiej niż gdzie­kol­wiek indziej i oczy­wi­ste było, że będziemy zmu­szeni do wyco­fa­nia się do samego Ber­lina. Rosja­nie już ostrze­li­wali mia­sto.

Nad ranem 20 kwiet­nia wresz­cie mogłem zamknąć oczy choć na kilka godzin. Gdy zapa­da­łem w sen, myśla­łem o pory­wa­ją­cym prze­mó­wie­niu radio­wym Goeb­belsa, w któ­rym opo­wia­dał o cudow­nej broni, mają­cej jesz­cze umoż­li­wić nam zwy­cię­stwo. Nie­koń­cząca się kako­fo­nia slo­ga­nów i pro­pa­gandy w wyko­na­niu rządu w Ber­li­nie brzmiała na pierw­szej linii frontu jak zwy­kła dzie­ci­nada. Nasz sztab mie­ścił się wtedy w domku pra­cow­nika kolei, który słu­cha­jąc Goeb­belsa wie­rzył świę­cie w każde jego słowo. Cho­ciaż nie mogłem powie­dzieć im, że Rosja­nie praw­do­po­dob­nie wpadną do ich domu w ciągu naj­bliż­szych trzy­dzie­stu sze­ściu godzin, pora­dzi­łem im przy­naj­mniej, aby ode­słali gdzieś swoją szes­na­sto­let­nią córkę.

Obu­dziły mnie eks­plo­zje poci­sków małego kali­bru, które spa­dały wszę­dzie wokół. Dosze­dłem do wnio­sku, że ostrzał muszą pro­wa­dzić czołgi, znaj­du­jące się jesz­cze o jakieś pół­tora kilo­me­tra na pół­noc od nas. Nasza główna pozy­cja obronna była już w nie­któ­rych miej­scach opa­no­wana przez Rosjan. Rosyj­skie czołgi i pie­chota prze­rwały się na prawo od nas i znaj­do­wały się już na połu­dniowy zachód od sie­dziby sztabu kor­pusu. Rzu­ci­li­śmy prze­ciwko nim Dywi­zję Gre­na­die­rów Pan­cer­nych SS „Nor­dland” z zada­niem zabez­pie­cze­nia połu­dnio­wej flanki kor­pusu.

Spraw­dzi­li­śmy teren na połu­dniu, w pokry­tym jezio­rami rejo­nie Straus­berga z myślą o nowej linii oporu. Jeśli przed nadej­ściem Rosjan zdo­ła­li­by­śmy zabez­pie­czyć cały rejon pomię­dzy jezio­rami, byłaby szansa na sta­wie­nie oporu w tam­tym miej­scu. Gdyby tylko Goeb­bels skie­ro­wał tam bata­liony obrony cywil­nej zamiast wysy­łać je tam, gdzie je wysłał! Po dro­dze do Kolo­nie Her­ren­horst dowie­dzia­łem się, że więk­szość pod­od­dzia­łów Volks­sturmu została już roz­pro­szona ata­kami z powie­trza. Do pomocy w obsa­dze­niu nowych sta­no­wisk obron­nych w oko­li­cach jezior pod Straus­ber­giem można było wysłać tylko resztki dwóch bata­lio­nów.

W ciągu dnia fron­talne ataki Rosjan osła­bły, gdyż prze­ciw­nik skie­ro­wał wszyst­kie pozo­sta­jące w jego dys­po­zy­cji siły w luki po obu stro­nach naszego kor­pusu celem wyko­rzy­sta­nia osią­gnię­tego tam suk­cesu. Bata­lion zło­żony z człon­ków Hitler­ju­gend, któ­rego tak nie­chęt­nie użył Weidling, poprzed­niej nocy prze­szedł swój chrzest bojowy na swo­ich pozy­cjach na pół­noc od Wald­sie­vers­dorf. W cza­sie ataku rosyj­skich czoł­gów, sto­jący na czele bata­lionu dzie­więt­na­sto­letni dowódca Hitler­ju­gend cał­ko­wi­cie utra­cił kon­trolę już na samym początku boju. Krzyki jego ran­nych chłop­ców zupeł­nie wytrą­ciły go z rów­no­wagi. Krzy­cząc na równi z nimi, naka­zał porzu­ce­nie zaj­mo­wa­nych sta­no­wisk, nie mel­du­jąc o tym nikomu w kor­pu­sie lub gdzie­kol­wiek indziej! Chłopcy roz­bie­gli się na wszyst­kie strony.

Z powodu tej decy­zji na naszym lewym skrzy­dle zary­so­wała się bar­dzo nie­bez­pieczna sytu­acja. Na szczę­ście wysłani tam nisz­czy­ciele czoł­gów z 18 Dywi­zji Gre­na­die­rów Pan­cer­nych zdo­łali zała­tać powstałą lukę.

Po połu­dniu, w odle­gło­ści około trzech kilo­me­trów od sie­dziby sztabu naszego kor­pusu, roz­go­rzały zacięte boje mię­dzy sta­cjo­nar­nymi bate­riami arty­le­rii prze­ciw­lot­ni­czej i rosyj­skimi czoł­gami posu­wa­ją­cymi się w kie­runku Straus­berga. Pomimo dziel­nego oporu i znisz­cze­nia wielu nie­przy­ja­ciel­skich maszyn, prze­ciw­lot­nicy nie byli w sta­nie zatrzy­mać wroga na długo, szcze­gól­nie, gdy do walki z nimi skie­ro­wano pie­chotę. Z tego powodu, ponow­nie sta­jąc w obli­czu zagro­że­nia okrą­że­niem, roz­ka­za­li­śmy cof­nię­cie obrony na linie jezior w oko­licy Straus­berga. O godzi­nie dwu­dzie­stej prze­nie­śli­śmy punkt dowo­dze­nia do Eli­sen­hof, około trzy kilo­me­try na połu­dnie od Altlands­berg.

Po dro­dze na miej­sce wszę­dzie mogli­śmy zaob­ser­wo­wać wzmo­żoną aktyw­ność nie­przy­ja­ciel­skiego lot­nic­twa. Jadąc z Altlans­bergu widzia­łem pło­nące domy, jak rów­nież spa­lone rosyj­skie czołgi, znisz­czone ogniem naszych dział prze­ciw­lot­ni­czych w momen­cie, gdy zbli­żały się do naszych sta­no­wisk z tego samego kie­runku. Sama wieś była już w rękach Rosjan, a Eli­sen­hof znaj­do­wało się tylko około trzech kilo­me­trów stam­tąd – pomię­dzy nami i Rosja­nami nie było żad­nych oddzia­łów! Major Wolff natych­miast zajął się orga­ni­zo­wa­niem lokal­nej obrony z pisa­rzy i kie­row­ców w miarę, gdy tylko nad­jeż­dżali. Poło­ży­łem się wtedy na moment aby zła­pać chwilę odpo­czynku, gdyż linie tele­fo­niczne nie zostały jesz­cze prze­cią­gnięte i jak na razie nie mogłem nic zro­bić. Poza tym było jasne, że sztab i tak nie może pozo­stać w tym miej­scu, gdyż wraz z utratą Altlands­bergu pozy­cja kor­pusu na prze­wę­że­niu mię­dzy jezio­rami została po raz kolejny oskrzy­dlona.

20 kwiet­nia przed pół­nocą Weidling i von Dufving przy­byli z Kolo­nie-Her­ren­horst. Pod­jęli decy­zję o ponow­nej relo­ka­cji sztabu do miej­sca, gdzie mogli­by­śmy korzy­stać z ochrony naszych dywi­zji; nowy punkt dowo­dze­nia miał znaj­do­wać się w połu­dniowo-wschod­niej czę­ści Peter­sha­gen.

Polnymi dro­gami, lawi­ru­jąc na połu­dnie z powodu nowych donie­sień o ruchach nie­przy­ja­ciela, dotar­łem do Peter­sha­gen. Więk­szość miesz­kań­ców ucie­kła, w piw­ni­cach pozo­stała tylko garstka osób w star­szym wieku. Zlo­ka­li­zo­wa­łem kilka domostw, które nada­wały się na sie­dzibę sztabu i łącz­no­ściowcy szybko prze­cią­gnęli linie tele­fo­niczne do naszych dywi­zji. Jed­nakże ogień rosyj­skiej arty­le­rii bez prze­rwy rwał kable i przez kilka godzin byli­śmy pozba­wieni prze­wo­do­wej łącz­no­ści z dowódz­twem 9 Armii.

21 kwiet­nia o godzi­nie siód­mej rano, gdy jadłem aku­rat jakąś jajecz­nicę, nade­szła wia­do­mość radiowa ze sztabu 9 Armii: „Od teraz ocze­kuję zde­cy­do­wa­nej postawy w walce. Sztab kor­pusu ma natych­miast prze­mie­ścić się na wschod­nie przed­mie­ście Ber­lina. Busse.” Naj­wi­docz­niej dowódz­two 9 Armii było prze­ko­nane, iż sie­dzimy w samym środku Ber­lina! Prze­ka­za­łem infor­ma­cję Weidlin­gowi, który wpadł w złość i naka­zał prze­sła­nie drogą radiową do 9 Armii nastę­pu­ją­cej infor­ma­cji: „Sztab kor­pusu wal­czy z pie­chotą nie­przy­ja­ciela pięć kilo­me­trów na wschód od przed­mieść Ber­lina. Weidling.”

Mel­dunki nad­sy­łane przez nasze dywi­zje świad­czyły o nasi­la­ją­cych się fron­tal­nych ata­kach Rosjan, co zmu­siło nas do wysła­nia do boju ostat­nich rezerw.

W nie­któ­rych miej­scach nie­przy­ja­ciel prze­rwał się już przez prze­wę­że­nia mię­dzy jezio­rami lub for­so­wał prze­szkody wodne na łodziach. Ozna­czało to, że nie mamy innego wyboru, jak rzu­ce­nie wszyst­kich zdol­nych do walki pod­od­dzia­łów do bez­po­śred­niej obrony Ber­lina, cho­ciaż także i tam, w oko­li­cach Altlands­bergu, zdą­żyły się już poja­wić wła­ma­nia od strony pół­noc­nej.

Tego samego dnia w Köpenick byłem świad­kiem, jak wyła­do­wana chle­bem cię­ża­rówka, która musiała się zatrzy­mać w korku, została ogo­ło­cona z ładunku przez kobiety, dzieci i star­sze osoby. Kie­rowca stał obok i nie będąc w sta­nie nic zro­bić, zasła­niał tylko pojazd rękoma. Jego cię­ża­rówkę opróż­niono w ciągu kilku minut.

Wschod­nie przed­mie­ścia Ber­lina, takie jak Frie­drichs­felde, Kauls­dorf-Süd i Karl­shorst były już pod nie­prze­rwa­nym ostrza­łem lek­kiej arty­le­rii, naj­praw­do­po­dob­niej z kie­runku Altlands­berg. W mię­dzy­cza­sie na sie­dzibę sztabu kor­pusu wybrano kilka willi na połu­dnio­wym skraju Kauls­dorf-Süd. Z pra­wym skrzy­dłem opar­tym o jezioro Müggelsee pla­no­wa­li­śmy utrzy­mać rubież na odcinku Hop­pe­gar­ten – Kauls­dorf – Marzahn, gdzie mie­li­śmy łączyć się z linią obrony Ber­lina. Ozna­cza­łoby to jed­nak, że na pra­wym skrzy­dle nie mie­li­by­śmy stycz­no­ści z 11 Kor­pu­sem Pan­cer­nym SS. Popro­si­li­śmy dowódz­two 9 Armii o zgodę na zamknię­cie tej luki. W odpo­wie­dzi otrzy­ma­li­śmy instruk­cje, aby zosta­wić pół­nocny brzeg Szprewy, połą­czyć się z linią obrony Ber­lina w Parku Trep­to­wer i wycią­gnąć nasze prawe skrzy­dło na połu­dniowy wschód wzdłuż Szprewy celem ponow­nego nawią­za­nia stycz­no­ści z 9 Armią.

Dzi­siaj było już zbyt późno na pod­ję­cie takich ruchów. Dywi­zjom wydano roz­kazy, aby doko­nać prze­miesz­cze­nia następ­nej nocy. Ja nato­miast przez resztę nocy mia­łem moż­li­wość prze­spa­nia się na łóżku przez całe trzy godziny. Gdzieś po pół­nocy, 22 kwiet­nia, obu­dził mnie odgłos wybu­cha­ją­cych poci­sków lek­kiej arty­le­rii i moź­dzie­rzy, które rwały się w oko­licy. Zsze­dłem do schronu prze­ciw­lot­ni­czego w szpi­talu dla dzieci i senio­rów, który znaj­do­wał się po sąsiedzku i gdzie w mię­dzy­cza­sie zdą­żono już przy­go­to­wać sie­dzibę naszego sztabu. Opróż­niono tam dla nas trzy czy cztery pokoje. W pozo­sta­łych, więk­szych pomiesz­cze­niach, znaj­do­wało się czter­dzie­ścioro lub pięć­dzie­się­cioro dzieci w towa­rzy­stwie pięt­na­stu lub dwu­dzie­stu pie­lę­gnia­rek.

Na zewnątrz robiło się coraz bar­dziej nie­bez­piecz­nie, gdyż w Köpenick prze­rwały się rosyj­skie czołgi i teraz krą­żyły w nie­da­le­kiej oko­licy. Polo­wały na nie grupki nie­miec­kich nisz­czy­cieli czoł­gów wypo­sa­żone w pan­cer­fau­sty i czołgi ostrze­li­wały się sza­leń­czo na wszyst­kie strony. Ze wszyst­kich dywi­zji napły­wały mel­dunki o nowych rosyj­skich ata­kach przy wspar­ciu broni pan­cer­nej. Nacisk Rosjan był szcze­gól­nie silny na pra­wym skrzy­dle, gdzie ich marsz został jed­nak zasto­po­wany na linii Szprewy. Na pół­nocy Rosja­nie weszli w sze­roką lukę wio­dącą na zachód, jaka utwo­rzyła się w Wer­neu­chen.

Ran­kiem 22 kwiet­nia prze­nie­śli­śmy nasz punkt dowo­dze­nia do Rudow, sie­dem kilo­me­trów na połu­dniowy zachód od Köpenick. Moim zada­niem było pozo­sta­nie w dotych­cza­so­wej sie­dzi­bie do godziny dwu­dzie­stej pierw­szej, a następ­nie dołą­cze­nie do sztabu po tym, jak zamel­dują się wszyst­kie nasze dywi­zje.

W ciągu dnia docie­rały do mnie przy­bli­ża­jące się odgłosy broni ręcz­nej – znak, że pie­chota wal­czy coraz bli­żej. Wyglą­dało na to, że schro­nie­nie dla dzieci będzie w rękach Rosjan do czasu, gdy zgod­nie z roz­ka­zem mia­łem opu­ścić to miej­sce. Wysta­wi­łem czujki, aby z wyprze­dze­niem dowie­dzieć się o nadej­ściu nie­przy­ja­ciela i unik­nąć nie­woli.

Jeden po dru­gim sztaby naszych dywi­zji mel­do­wały o opusz­cze­niu dotych­cza­so­wych miejsc dys­lo­ka­cji. Około godziny dwu­dzie­stej przy­był ofi­cer ope­ra­cyjny 9 Dywi­zji Spa­do­chro­no­wej w towa­rzy­stwie mojego kolegi z Aka­de­mii Sztabu Gene­ral­nego, majora Engela, który był moim naj­bliż­szym przy­ja­cie­lem z okresu szko­le­nia na uczelni. Omó­wi­li­śmy sytu­ację, o któ­rej mi rapor­to­wał, a ja prze­ka­za­łem infor­ma­cję do dowódz­twa 9 Armii.

Walka nie miała oczy­wi­ście żad­nego sensu i nie byli­śmy w sta­nie pojąć, dla­czego nasz rząd nie prosi o pokój, aby unik­nąć bez­ro­zum­nej rzezi. Pro­pa­ganda i slo­gany nie wyrzucą prze­cież Rosjan z Nie­miec! W naj­bar­dziej opty­mi­stycz­nych zało­że­niach mogli­by­śmy sta­wiać opór jesz­cze przez kilka tygo­dni. Przez całą wojnę nie dys­po­no­wa­li­śmy taką siłą ognia, jaką teraz Rosja­nie obra­cali prze­ciwko nam na tym jed­nym wąskim odcinku frontu. To, co działo się z naszymi oddzia­łami, było po pro­stu nie­ludz­kie. Ludzie wal­czyli teraz wyłącz­nie dzięki deter­mi­na­cji, despe­ra­cji i dzi­kiej odwa­dze. Przy­po­mniało mi się prze­zwi­sko, jakiego wielu uży­wało teraz w odnie­sie­niu do Hitlera: Gröfaz (Größter Fel­dherr aller Zeiten – Naj­więk­szy Gene­rał Wszech­cza­sów).

Engel i ja omó­wi­li­śmy bie­żącą sytu­ację raczej jak bli­scy przy­ja­ciele, a nie ofi­ce­ro­wie ope­ra­cyjni kor­pusu i dywi­zji. Nakre­śli­łem mu obraz ogól­nej sytu­acji na tyle, na ile pozwa­lały posia­dane przeze mnie infor­ma­cje. Na zacho­dzie alianci stali nad Łabą uchwy­ciw­szy kilka nie­du­żych przy­czół­ków na wschod­nim brzegu rzeki, ale nie podej­mo­wali dal­szych ata­ków w kie­runku wschod­nim. Zadzi­wiało nas to, ponie­waż wal­czy­li­śmy tak zacie­kle prze­ciwko Rosja­nom w nadziei, iż zdo­łamy ich powstrzy­mać do czasu, gdy nadejdą siły zachod­nich alian­tów, aby wziąć Ber­lin. Teraz sta­wało się oczy­wi­ste, że alianci nie są zain­te­re­so­wani Ber­linem i utrzy­ma­niem Rosjan poza mia­stem.

W pobliżu Guben i Forst Rosja­nie roze­rwali front 4 Armii Pan­cer­nej z Grupy Armii Schörnera i masze­ro­wali nam za ple­cami. Byli­śmy zmu­szeni zająć się pro­ble­mem prze­ła­ma­nia linii frontu na styku 9 i 3 Armii, gdzie w lukę wle­wała się rosyj­ska pie­chota zmo­to­ry­zo­wana, która bez napo­ty­ka­nia oporu kie­ro­wała się na zachód i omi­jała Ber­lin. Ozna­czało to, że nie­za­kłó­cony ruch z Ber­lina w kie­runku zachod­nim praw­do­po­dob­nie moż­liwy będzie tylko przez krótki czas.

Przez chwilę oma­wia­li­śmy z Enge­lem pomysł wsko­cze­nia do mojego samo­chodu i wyrwa­nia się z kotła cza­row­nic. Koniec musiał nadejść wraz z okrą­że­niem Ber­lina przez Rosjan. Pozo­sta­nie na miej­scu ozna­czało rosyj­ską nie­wolę lub śmierć. Jeśli ucie­kli­by­śmy na zachód, ozna­czałoby to wol­ność, lub w naj­gor­szym przy­padku bry­tyj­ską lub ame­ry­kań­ską nie­wolę, co nie było zbyt nie­po­ko­jące. Ale takie dzia­ła­nie było jed­no­cze­śnie rów­no­znaczne z porzu­ce­niem wszyst­kich tych, któ­rzy wciąż tak despe­racko wal­czyli i żaden z nas nie mógł znieść myśli o pozo­sta­wie­niu tych odważ­nych żoł­nie­rzy. Zde­cy­do­wa­li­śmy, że zosta­niemy i speł­nimy swój obo­wią­zek do końca. Nie ulega wąt­pli­wo­ści, że z naszymi czer­wo­nymi lam­pa­sami i cho­rą­giewką sztabu kor­pusu na moim samo­cho­dzie prze­je­cha­li­by­śmy przez wszyst­kie poste­runki i blo­kady. Nikt w naszych szta­bach nie kwe­stio­no­wałby naszego znik­nię­cia; po pro­stu zało­żo­noby, że nie byli­śmy w sta­nie wydo­stać się z naszej poprzed­niej sie­dziby, i że praw­do­po­dob­nie zosta­li­śmy zabici lub wzięci do nie­woli. Lecz nasza duma i poczu­cie obo­wiązku nie pozwa­lały nam na taki krok.

Rozdział 3

O GODZI­NIE dwu­dzie­stej pierw­szej, po ode­bra­niu raportu od naszej ostat­niej dywi­zji, wsia­dłem do swo­jego Kübelwagena. Strze­la­nina tro­chę przy­ci­chła. Pie­lę­gniarki despe­racko sta­rały się zabrać ze mną (wiele z nich wraz z nie­któ­rymi dziećmi wyje­chało wcze­śniej innymi naszymi samo­cho­dami). Biedne, nie­szczę­sne kobiety nasłu­chały się wielu rela­cji o gwał­tach i niczym nie­uza­sad­nio­nym okru­cień­stwie, które były powszechne przy nadej­ściu Rosjan i były prze­ra­żone na myśl o spo­tka­niu z rosyj­skimi żoł­nie­rzami. Mogłem jed­nak zabrać tylko jedną z nich, gdyż wraz ze mną musiało jechać jesz­cze kilku człon­ków sztabu i w samo­cho­dzie pozo­sta­wało miej­sce tylko dla jed­nej osoby. Z cięż­kim ser­cem, wszyst­kie, poza jedną kobietą, musia­łem pozo­sta­wić ich wła­snemu losowi. Pozo­sta­wi­łem pie­lę­gniar­kom decy­zję w kwe­stii wyboru osoby, która ze mną odje­dzie. Nie mam poję­cia, w jaki spo­sób o tym zade­cy­do­wały, ale o wyzna­czo­nym cza­sie poja­wiła się jedna z nich.

W Oberschöneweide musie­li­śmy jechać pod cią­głym ostrza­łem, do któ­rego teraz dołą­czyła także ciężka arty­le­ria. Ogar­niało nas uczu­cie bli­skie prze­ra­że­niu, gdy wszę­dzie roz­ry­wały się cięż­kie poci­ski, a dachówki, ramy okienne i płyty chod­ni­kowe fru­wały wokół. Odno­siło się wra­że­nie, że dookoła nas eks­plo­duje cały świat. Ostrzał arty­le­ryj­ski w mie­ście jest dużo bar­dziej prze­ra­ża­jący niż w otwar­tym tere­nie. Za każ­dym razem, gdy pocisk tra­fiał w coś ponad naszymi gło­wami i roz­ry­wał się tam, zasy­py­wał nas deszcz odłam­ków i kawał­ków tego, co zostało tra­fione. Byłem rad, gdy zosta­wi­li­śmy za sobą most na Szpre­wie, który był praw­do­po­dob­nie celem całej arty­le­rii rosyj­skiej. Na dokładkę, za godzinę po tym moście prze­cho­dzić miały dwie nasze dywi­zje.

Kiedy przy­by­łem do Rudow, w piw­nicy dużego budynku szkol­nego, w któ­rym ulo­ko­wana była nasza kwa­tera główna, pano­wało wiel­kie poru­sze­nie. W kilku wsiach na połu­dnie i na zachód od Rudow poka­zały się rosyj­skie trans­por­tery opan­ce­rzone i pie­chota zmo­to­ry­zo­wana. Major Wolff ponow­nie musiał orga­ni­zo­wać straże dla obsta­wie­nia naj­bliż­szej oko­licy sztabu kor­pusu.

Cho­ciaż te nie­przy­ja­ciel­skie pod­od­działy były naj­pew­niej jed­nost­kami roz­po­znaw­czymi, które wyco­fa­łyby się po napo­tka­niu naj­mniej­szego oporu, z pew­no­ścią nie byłoby dla nas wielką przy­jem­no­ścią, gdyby na dzie­dzińcu naszej szkoły nagle poja­wiły się trzy samo­chody pan­cerne.

Wyco­fy­wa­nie naszych dywi­zji z dotych­cza­so­wych pozy­cji już się roz­po­częło. Dzięki dobremu zgra­niu kolumn mar­szo­wych i spraw­nym dzia­ła­niom służb kon­troli ruchu, ode­rwa­nie się czte­rech dywi­zji od nie­przy­ja­ciela i prze­marsz po dwóch mostach, zapo­cząt­ko­wany nocą 22 kwiet­nia, roz­po­czął się cał­kiem dobrze. Dywi­zja SS „Nor­dland”, która obec­nie stała na lewym skrzy­dle i jako pierw­sza została zwol­niona, miała utwo­rzyć ogra­ni­czony przy­czó­łek wokół Oberschöneweide celem zabez­pie­cze­nia odwrotu pozo­sta­łych jed­no­stek.

Dowódca dywi­zji, Brigadeführer SS Zie­gler, zgło­sił swój sprze­ciw wobec otrzy­ma­nego roz­kazu, gdyż sądził, iż Weidling zamie­rza poświę­cić jego dywi­zję w imię rato­wa­nia innych jed­no­stek. Do przy­ję­cia roz­kazu zmu­sił go wyłącz­nie wybuch wście­kło­ści Weidlinga. Incy­dent ten był oznaką zała­my­wa­nia się dys­cy­pliny woj­sko­wej. Wcze­śniej, Zie­gler ni­gdy nie kwe­stio­no­wałby roz­kazu.

Po krót­kim odpo­czynku zaczą­łem odbie­rać pierw­sze mel­dunki. Ode­rwa­nie się od nie­przy­ja­ciela, i to bez więk­szych strat, zakoń­czyło się suk­ce­sem. Był 23 kwiet­nia 1945 roku. Przy­czó­łek Oberschöneweide był wciąż w naszych rękach!

W Köpenick coś jed­nak poszło tra­gicz­nie źle. Zada­niem naszej 20 Dywi­zji było utrzy­ma­nie Köpenick tak, aby­śmy mogli dys­po­no­wać sta­bil­nym fron­tem od tej dziel­nicy do połu­dnio­wej strony Szprewy, ale dywi­zja nie była w sta­nie wytrwać i Köpenick zostało opa­no­wane przez nie­przy­ja­ciela. Rzecz jasna, na wypa­dek odwrotu dywi­zja powinna była wysa­dzić most na Szpre­wie, jed­nak Rosja­nie ude­rzyli tak wiel­kimi siłami, że most nie został cał­ko­wi­cie znisz­czony i wciąż nada­wał się do użytku.

Umoż­li­wiało to Rosja­nom uży­cie mostu do prze­rzu­ce­nia czoł­gów na drugą stronę rzeki, więc Weidling wydał dowódcy dywi­zji roz­kaz odbi­cia mostu i osta­tecz­nego jego znisz­cze­nia. Dowo­dzący 20 Dywi­zją puł­kow­nik Scholze zaszo­ko­wał wszyst­kich odpo­wia­da­jąc, iż jego dywi­zja jest wyczer­pana i zdzie­siąt­ko­wana i nie jest w sta­nie prze­pro­wa­dzić naka­za­nego kontr­ataku.

Oczy­wi­ście Weidling, na wieść, iż jego dowódca dywi­zji odma­wia wyko­na­nia roz­kazu, wybuch­nął. Wie­dział, że w Aka­de­mii Sztabu Gene­ral­nego zosta­łem prze­szko­lony do pro­wa­dze­nia dywi­zji w boju, naka­zał mi więc uda­nie się do Köpenick, obję­cie dowódz­twa dywi­zji i prze­pro­wa­dze­nie kontr­ataku. Pomysł, aby major dowo­dził dywi­zją był gro­te­skowy, ale nie było nikogo innego, kogo mógłby posłać. Nie mógł zre­zy­gno­wać z von Dufvinga, który zastę­po­wał go w szta­bie kor­pusu pod­czas jego nie­obec­no­ści, a poza tym zda­wał sobie sprawę, że jestem w sta­nie wypeł­nić posta­wione zada­nie, i że to zro­bię. W wieku dwu­dzie­stu ośmiu lat uczy­ni­łoby mnie to naj­młod­szym i naj­niż­szym stop­niem dowódcą dywi­zji w histo­rii nie­miec­kiej armii!

W pro­stej linii Köpenick leżało w odle­gło­ści około sze­ściu kilo­me­trów, ale musia­łem uży­wać objaz­dów, aby unik­nąć miejsc, gdzie toczyły się walki. W gło­wie mia­łem zamęt, ponie­waż wie­dzia­łem, że dowódca, któ­rego mam zmie­nić, był dobrym żoł­nie­rzem o nie­na­gan­nym prze­biegu służby woj­sko­wej, którą teraz znisz­czy sąd polowy. Zna­łem Weidlinga i wie­dzia­łem, że potrafi wybuch­nąć w taki spo­sób. Oczy­wi­stym jest, że nie mógł tole­ro­wać odmowy wyko­na­nia roz­kazu przez dowódcę dywi­zji, a tym bar­dziej roz­kazu, który po pro­stu musiał być wyko­nany. Utrzy­ma­nie przez Rosjan mostu i prze­rzu­ce­nie czoł­gów na drugi brzeg Szprewy stwa­rzało dla 9 Armii fatalne per­spek­tywy.

Gdy przy­by­łem na miej­sce, roz­ma­wia­łem naj­pierw z ofi­ce­rem ope­ra­cyj­nym w stop­niu pod­puł­kow­nika. Dowie­dzia­łem się, że puł­kow­nik Scholze na krótko przed otrzy­ma­niem roz­kazu Weidlinga dowie­dział się, iż jego żona i dzieci zgi­nęły w nalo­cie bom­bo­wym. Chwi­lowo stra­cił pano­wa­nie nad sobą, co było dla mnie zro­zu­miałe. Ale Weidling nie tole­ro­wał tego typu sła­bo­ści. Jestem pewien, że gdyby przy­tra­fiło się to jemu, dotknę­łoby go tak samo sil­nie, ale nie pozwo­liłby, żeby prze­szko­dziło mu to w wypeł­nia­niu obo­wiąz­ków. Ofi­cer ope­ra­cyjny powie­dział mi także, że Scholze opa­no­wał się jed­nak i naka­zał odbi­cie mostu. W takiej sytu­acji wyco­fa­łem się dys­kret­nie i powró­ci­łem do sztabu kor­pusu, gdzie poin­for­mo­wa­łem gene­rała Weidlinga o zaist­nia­łych oko­licz­no­ściach. Wra­ca­jąc, pod­ją­łem pewne ryzyko, gdyż powrót ozna­czał, że nie wyko­na­łem jego roz­kazu. Ponie­waż atak był jed­nak w toku, Weidling był usa­tys­fak­cjo­no­wany. Most odbito i wysa­dzono w powie­trze, jed­nak za cenę znacz­nych strat z naszej strony.

Tym­cza­sem nade­szły alar­mu­jące wie­ści od 18 Dywi­zji Pan­cer­nej, doty­czące sil­nego naporu nie­przy­ja­ciela na odcinku Szprewy. Wraz z Weidlin­giem poje­cha­łem do Alt­glie­nicke do sztabu 18 Dywi­zji Pan­cer­nej. Gene­rał chciał oso­bi­ście oce­nić sytu­ację. Dziel­nica było pod bez­u­stan­nym ostrza­łem arty­le­rii. Nie­przy­ja­ciel­ska pie­chota ata­ko­wała od strony Köpenick i od wschodu, gdzie Rosja­nie, któ­rych do tej pory zdo­łano powstrzy­my­wać, prze­pra­wiali się już przez rzekę na pro­mach. Mie­li­śmy tam działa prze­ciw­lot­ni­cze – nie­stety sta­cjo­narne – które można było wyko­rzy­stać w walce z rosyj­skimi czoł­gami. Dowódca dywi­zji, gene­rał Rauch, sądził, że będzie w sta­nie utrzy­mać się do wie­czora. Od połu­dnia, skąd Rosja­nie jesz­cze nie ata­ko­wali, miał tylko słabą pozy­cję osło­nową wzdłuż brze­gów Szprewy.

Nie­za­leż­nie od oko­licz­no­ści musie­li­śmy prze­mie­ścić sie­dzibę sztabu na przed­mie­ścia Ber­lina, więc uda­łem się na poszu­ki­wa­nie odpo­wied­niego miej­sca. Pomimo naszych wysił­ków wciąż nie mogli­śmy się dowie­dzieć niczego o loka­li­za­cji linii obrony mia­sta. Z tego względu musia­łem jak naj­szyb­ciej nawią­zać kon­takt z jakimś lokal­nym punk­tem dowo­dze­nia. Naj­pierw jed­nak nale­żało zna­leźć nowe miej­sce dla sztabu, gdyż ogień pie­choty sta­wał się coraz bar­dziej inten­sywny. Około godziny dzie­wią­tej rano, jadąc Kübelwagenem pod ogniem moź­dzie­rzy, doje­cha­łem auto­stradą do Ber­lina. Gdy dotar­łem do Schöneiche, przed­mie­ścia Ber­lina, które wstęp­nie wybra­li­śmy na umiej­sco­wie­nie sztabu, stało się jasne, że także i tutaj nasz per­so­nel nie będzie w sta­nie nor­mal­nie pra­co­wać – rosyj­ska pie­chota posu­wała się już wzdłuż torów kolei miej­skiej od strony Erk­ner i Köpenick.

Zde­cy­do­wa­łem, że naj­lep­szym miej­scem będzie sta­cja kolejki w Rahns­dorf i zadzwo­ni­łem do von Dufvinga, aby tam przy­je­chał. Po przy­by­ciu zaak­cep­to­wał mój wybór i zaczął nad­zo­ro­wać roz­wi­ja­nie sztabu kor­pusu. Teraz mogłem wresz­cie udać się na poszu­ki­wa­nia tych, któ­rzy odpo­wia­dali za obronę mia­sta. Musia­łem odszu­kać tych ludzi i pod­jąć próbę koor­dy­na­cji ich dzia­łań z naszymi. Wie­dzie­li­śmy, że coś tam zostało przy­go­to­wane, cho­ciaż domy­śla­li­śmy się, że cokol­wiek by to nie było, będzie raczej obsa­dzone Volks­stur­mem i oddzia­łami Hitler­ju­gend, niż praw­dzi­wym woj­skiem.

Gdy zna­la­złem sta­no­wi­ska obronne przy­szy­ko­wane pier­ście­niem wokół Ber­lina, dozna­łem szoku. Skła­dały się z abso­lut­nie nie­ob­sa­dzo­nych, pustych doł­ków strze­lec­kich i blo­kad na dro­gach!

Z obu­rze­niem stwier­dzi­łem, że pozy­cje obronne były wyłącz­nie kre­ską na mapie. Do obo­wiąz­ków Goeb­belsa, jako cywil­nego komi­sa­rza obrony sto­licy, nale­żało przy­go­to­wa­nie tych sta­no­wisk, ale teraz bole­sna prawda była taka, że nie miał poję­cia, jak się za to zabrać. Tyle tylko można powie­dzieć w kwe­stii zdol­no­ści Goeb­belsa do przy­ję­cia jakiej­kol­wiek odpo­wie­dzial­no­ści woj­sko­wej. Zdo­ła­łem zdo­być mapy tego, co miało sta­no­wić pas umoc­nień wokół Ber­lina, żeby cho­ciaż móc zapla­no­wać roz­lo­ko­wa­nie tam naszych dywi­zji, gdy już do tego doj­dzie. Wszystko, co poza tym zna­la­złem, spro­wa­dzało się do punktu dowo­dze­nia i per­so­nelu szta­bo­wego, skła­da­ją­cego się z kilku ofi­ce­rów-inwa­li­dów. Nie dowo­dzili żad­nymi oddzia­łami, a nie­któ­rzy z nich nie wie­dzieli nawet, gdzie znaj­dują się sta­no­wiska obronne.

Naj­wy­raź­niej nie­kom­pe­ten­cja była w Ber­li­nie na porządku dzien­nym.

Tak więc Ber­lin nie miał żad­nych umoc­nień, a lek­kie i szyb­kie pod­od­działy Rosjan prze­są­czały się mię­dzy naszym kor­pu­sem (naj­bar­dziej na pół­noc wysu­niętą czę­ścią skła­dową 9 Armii) i kor­pu­sem 3 Armii, znaj­du­ją­cym się na jego skraj­nej, połu­dnio­wej flance. Gdyby któ­ry­kol­wiek z tych kor­pu­sów posia­dał odwody, mogłyby one ura­to­wać sytu­ację, jed­nak nikt z nas nie miał już żad­nych rezerw i wszystko, na co mogli­śmy liczyć, to opóź­nie­nie postę­pów Rosjan o kolejny dzień lub dwa.

Gdy wró­ci­łem do sztabu, nad­szedł wła­śnie radiowy roz­kaz gene­rała Busse (nie mie­li­śmy już łącz­no­ści tele­fo­nicz­nej), który naka­zy­wał nam zabez­pie­cze­nie lewego skrzy­dła 9 Armii na linii od Königs Wuster­hau­sen do Rangs­dorf, około dwu­dzie­stu kilo­me­trów na połu­dnie od Ber­lina, z fron­tem skie­ro­wa­nym na pół­noc. Ozna­czało to odda­nie Ber­lina! Tak więc mie­li­śmy pozo­sta­wić mia­sto wła­snemu losowi, co przy braku odpo­wied­nich sił do obrony Ber­lina ozna­czało koniec sto­licy w ciągu kilku dni. Roz­kaz ten dowo­dził, iż gene­rał Busse myślał w tym momen­cie wyłącz­nie o 9 Armii i naj­praw­do­po­dob­niej zamie­rzał pod­jąć próbę prze­bi­cia się na zachód w celu kapi­tu­lo­wa­nia wła­śnie tam. Jego decy­zja była logiczna, ponie­waż pod­ję­cie obrony mia­sta, w któ­rym wciąż znaj­do­wało się ponad milion jego cywil­nych miesz­kań­ców, ozna­czałoby bez­sen­sowną rzeź. Dla nas rów­nież była to lep­sza per­spek­tywa, niż pro­wa­dze­nie bez­na­dziej­nej walki w mie­ście będą­cym już tylko kupą gru­zów.

Zosta­li­śmy rzu­ceni do Ber­lina w spo­sób nie­ocze­ki­wany i bez moż­li­wo­ści przy­go­to­wa­nia się do walk w mie­ście, po tym, jak w cza­sie krót­szym niż tydzień ode­pchnęła nas od linii Odry naj­bar­dziej roz­rzutna ofen­sywa w histo­rii wojny. W cza­sie swych zma­so­wa­nych ata­ków, Rosja­nie bez prze­rwy prze­ry­wali się na naszych skrzy­dłach, my zaś musie­li­śmy cofać się, aby unik­nąć okrą­że­nia. Bez­u­stanne próby oto­cze­nia nas osta­tecz­nie odcięły nasz kor­pus od gene­rała Busse i 9 Armii na połu­dniu. Na koniec stra­ci­li­śmy z nimi wszelki kon­takt i nie wie­dzie­li­śmy, jaka jest sytu­acja. Widzie­li­śmy rosyj­skie lek­kie czołgi i cię­ża­rówki na połu­dnie od nas, mię­dzy nami i 9 Armią. Weidling pod­jął sto­sowne kroki, aby wypeł­nić roz­kaz gene­rała Busse i utwo­rzyć front na osi wschód-zachód, zwró­cony na pół­noc. Następ­nie zwró­cił się do mnie.

– Knappe, zna pan Ber­lin jesz­cze z cza­sów Aka­de­mii Woj­sko­wej w Pocz­da­mie – powie­dział. – Jedźmy do gene­rała Krebsa (szefa sztabu Naczel­nego Dowódz­twa Wojsk Lądo­wych) w kwa­te­rze Führera i spró­bujmy zorien­to­wać się, jak wygląda ogólne poło­że­nie i czy możemy stam­tąd nawią­zać łącz­ność z 9 Armią.

Von Dufving, któ­rego pierw­szym obo­wiąz­kiem jako szefa sztabu było dyżu­ro­wa­nie na miej­scu i zastę­po­wa­nie Weidlinga w cza­sie jego nie­obec­no­ści, pozo­stał w Rahns­dorf, zaś gene­rał i ja uda­li­śmy się do Kan­ce­la­rii Rze­szy. Wzię­li­śmy ze sobą kie­rowcę z samo­cho­dem i dwóch łącz­ni­ków na moto­cy­klach. Mia­sto było pod ostrza­łem cięż­kiej arty­le­rii, praw­do­po­dob­nie pro­wa­dzą­cej ogień z plat­form kole­jo­wych sto­ją­cych gdzieś dalej w odle­gło­ści trzy­dzie­stu lub wię­cej kilo­me­trów. Sto­licę bom­bar­do­wały także rosyj­skie samo­loty.

Na szczę­ście ogień arty­le­rii nie był skon­cen­tro­wany; działa strze­lały po całym Ber­li­nie, a naj­cięż­sze poci­ski lądo­wały co kilka minut gdzieś w mie­ście to tu, to tam.

Mia­sto było zasnute dymem i kurzem. Znisz­czone tram­waje stały na uli­cach pod żało­śnie zwi­sa­ją­cymi dru­tami trak­cji elek­trycz­nej. Na wschod­nich przed­mie­ściach pło­nęło wiele budyn­ków, a cywile tło­czyli się w dłu­gich kolej­kach po chleb oraz wodę przy tych uję­ciach, które jesz­cze były sprawne. Cywile byli wszę­dzie; prze­my­kali z ukry­cia do ukry­cia pod bom­bami i poci­skami arty­le­rii. Aby nie powo­do­wać paniki, Goeb­bels odmó­wił wyda­nia roz­kazu ewa­ku­acji lud­no­ści z mia­sta. Doty­czyło to nawet kobiet i dzieci. Teraz zaś kolejne tysięce ludzi ucie­kało do Ber­lina ze wschodu. Obrona mia­sta z pew­no­ścią będzie maka­brycz­nym zaję­ciem, które pocią­gnie za sobą śmierć wielu cywi­lów.

W oko­lice Kan­ce­la­rii Rze­szy dotar­li­śmy około godziny osiem­na­stej. Pozo­sta­wi­li­śmy samo­chód i kie­rowcę i dalej uda­li­śmy się pie­szo, zabie­ra­jąc ze sobą oby­dwu łącz­ni­ków.

Teren wokół kan­ce­la­rii był upstrzony głę­bo­kimi kra­te­rami. Powa­lone drzewa roz­rzu­cone były wokół niczym wyka­łaczki, a tro­tu­ary zasy­pały hałdy gruzu. Sama Kan­ce­la­ria Rze­szy była poważ­nie znisz­czona, w nie­któ­rych miej­scach ster­czały tylko szkie­lety ścian. Hol wej­ściowy od strony Wil­helm­strasse był cał­ko­wi­cie zruj­no­wany. Jedyną czę­ścią kan­ce­la­rii, która wciąż nada­wała się do użytku był sys­tem pod­ziem­nych schro­nów. W pod­ziem­nym garażu zauwa­ży­li­śmy kilka Mer­ce­de­sów, któ­rych Hitler uży­wał w cza­sie defi­lad i wie­ców poli­tycz­nych.

Wej­ście do kory­ta­rza, wio­dą­cego do kwa­tery Führera ulo­ko­wa­nej w pod­ziem­nym bun­krze, znaj­do­wało się w garażu. War­tow­nicy SS przy wej­ściu oddali honory woj­skowe Weidlin­gowi, który miał na sobie Krzyż Rycer­ski z Mie­czami. Pierwsi z nich byli pod­ofi­ce­rami, ale im głę­biej zapusz­cza­li­śmy się do bun­kra, tym wyż­sze były stop­nie tych, któ­rzy stali na war­cie.

Sys­tem schro­nów pod Kan­ce­la­rią Rze­szy był swo­istym pod­ziem­nym mia­stem, w któ­rym miesz­kały setki ludzi, w tym cywile. Wielu z nich było praw­do­po­dob­nie cywil­nymi pra­cow­ni­kami kan­ce­la­rii, któ­rzy mieli tam swoje stałe miej­sce pracy i któ­rzy nie pró­bo­wali już wró­cić do domów na noc. Inni zapewne pra­co­wali w oko­licz­nych budyn­kach rzą­do­wych, teraz zaś uznali pod­zie­mia za naj­bez­piecz­niej­sze miej­sce. Liczba miesz­kań­ców bun­kra była rzecz jasna kon­tro­lo­wana, nie­mniej stał się on schro­nie­niem dla bar­dzo wielu ludzi. Wszę­dzie pano­wał straszny tłok, gdyż bun­kier został pomy­ślany jako schron prze­ciw­lot­ni­czy, a nie miej­sce, w któ­rym mogą miesz­kać i żyć setki ludzi. Było tam także wielu ran­nych żoł­nie­rzy, naj­wi­docz­niej człon­ków oddziału gene­rała SS Mohnke, któ­rego zada­niem była ochrona bun­kra. Niektó­rzy z nich leżeli na mate­ra­cach na pod­ło­dze, inni po pro­stu sie­dzieli wokół.

Sama kwa­tera Hitlera znaj­do­wała się trzy pię­tra pod zie­mią, licząc od garażu. Zatrzy­my­wały nas liczne poste­runki pomimo faktu, iż Weidling był gene­ra­łem z wie­loma robią­cymi wra­że­nie odzna­cze­niami. Przed wej­ściem do wła­ści­wego bun­kra Führera pod­dano nas rewi­zji. Straż­nicy z SS zacho­wy­wali się z peł­nym sza­cun­kiem, nie­mniej dokład­nie spraw­dzono, kim jeste­śmy, skąd przy­by­wamy i jaką sprawę mamy do zała­twie­nia. Musie­li­śmy oka­zać doku­menty i oddać naszą broń oso­bi­stą.

W końcu weszli­śmy do pocze­kalni biura szefa sztabu Naczel­nego Dowódz­twa Wojsk Lądo­wych, gene­rała Krebsa, i szefa oddziału kadr OKH, gene­rała Burg­dorfa. Zapo­wie­dziano nas, a wtedy pod­puł­kow­nik Weiss, adiu­tant Burg­dorfa, wyszedł, aby nas przy­wi­tać. Zapro­wa­dził nas do sąsied­niego pomiesz­cze­nia, gdzie ocze­ki­wali Krebs i Burg­dorf.

Przy­ję­cie, z jakim spo­tkał się gene­rał Weidling ze strony Krebsa i Burg­dorfa wyda­wało się dość powścią­gliwe, co było dość dziwne, jeśli wziąć pod uwagę fakt, iż znał ich oby­dwu od lat, a wraz z Kreb­sem uczęsz­czał do Aka­de­mii Sztabu Gene­ral­nego. Popro­szono nas, byśmy usie­dli i przy­nie­siono nam kanapki z szynką oraz butelkę koniaku Hen­nessy (w wyso­kich szta­bach tego typu pro­ce­dura była stan­dar­dem przy przyj­mo­wa­niu gości z frontu). Zamie­niono z nami tylko kilka słów, po czym Krebs poin­for­mo­wał, iż zamel­duje Hitle­rowi o obec­no­ści Weidlinga i spraw­dzi, czy Hitler zechce z nim pomó­wić.

Było to pew­nym zasko­cze­niem, gdyż Weidling nie przy­był tu, aby ujrzeć Hitlera i nie wie­dzie­li­śmy o żad­nych powo­dach, dla któ­rych Hitler mógłby chcieć z nim roz­ma­wiać.

Gdy Krebs i Burg­dorf wyszli z pokoju, Weidling zwró­cił się do mnie przy­ci­szo­nym gło­sem:

– Coś jest nie tak. Obaj zacho­wują się dziw­nie.

Po około dzie­się­ciu minu­tach Burg­dorf ponow­nie się poja­wił i powie­dział Weidlin­gowi, że Hitler chce go widzieć. Ja oczy­wi­ście zosta­łem z tyłu i wda­łem się w kon­wer­sa­cję z Weis­sem, Frey­tag-Lorin­gho­ve­nem i Bold­tem, adiu­tan­tami Burg­dorfa i Krebsa. Chcieli wie­dzieć, co dzieje się tam, gdzie znaj­do­wał się nasz sztab. (Weidling tylko ogól­nie nakre­ślił sytu­ację Kreb­sowi, ale poin­for­mo­wał go też o otrzy­ma­nym przez nas roz­ka­zie gene­rała Busse doty­czą­cym sfor­mo­wa­nia frontu na osi wschód-zachód dwa­dzie­ścia kilo­me­trów na połu­dnie od Ber­lina.) Oni zaś ze swo­jej strony przed­sta­wili mi sytu­ację z szer­szej per­spek­tywy, co było wła­śnie tym, po co się tutaj poja­wi­li­śmy. Powie­dzieli mi, że zachodni alianci zatrzy­mali się na linii Łaby, i że 12 Armia gene­rała Wencka przy­go­to­wuje się do odblo­ko­wa­nia Ber­lina. Byli pełni opty­mi­zmu i nie pró­bo­wa­łem ich znie­chę­cać, cho­ciaż byłem pewien, że Wenck nie będzie w sta­nie przyjść sto­licy z pomocą.

Weidlinga, Krebsa i Burg­dorfa nie było przez jakieś dwa­dzie­ścia minut, w mię­dzy­cza­sie do pokoju powró­cili Burg­dorf i Krebs. Zapro­po­no­wali mi koniak i Krebs zaczął wypy­ty­wać mnie o naszą sytu­ację na fron­cie.

Po kolej­nych dwu­dzie­stu minu­tach przy­szedł Weidling i powie­dział mi, że Hitler roz­ka­zał nam obsa­dzić wschod­nią i połu­dniową część Ber­lina, co ozna­cza, iż musimy skon­tak­to­wać się z von Dufvin­giem, aby zasto­po­wać przy­go­to­wa­nia do wypeł­nie­nia roz­kazu gene­rała Busse. Korzy­sta­jąc z tele­fonu Krebsa poroz­ma­wia­łem z cywil­nym ope­ra­to­rem, który połą­czył nas z sie­dzibą naszego sztabu. Zwięźle obja­śni­łem von Dufvin­gowi co się dzieje, a następ­nie Weidling wydał mu pole­ce­nie prze­rwa­nia prze­miesz­cza­nia jed­no­stek z pół­nocy na połu­dnie i pod­ję­cie dzia­łań celem skie­ro­wa­nia naszych dywi­zji do mia­sta. Nasz nowy punkt dowo­dze­nia pla­no­wa­li­śmy zain­sta­lo­wać na lot­ni­sku Tem­pel­hof.

Gdy Weidling i ja byli­śmy sami, gene­rał wybuch­nął:

– Co za sukin­syny z tego Krebsa i Burg­dorfa! Nie uprze­dzili mnie, że Hitler gro­ził roz­strze­la­niem mnie z powodu donie­sień o rze­ko­mym porzu­ce­niu przez nas Ber­lina i ucieczce na zachód! Powi­tał mnie sło­wami: „Weidling, każę pana roz­strze­lać!”.

Poza nie­praw­dzi­wym rapor­tem, do Hitlera dotarły wie­ści o tym, że obra­camy nasz front na oś wschód-zachód i zosta­wiamy drogę na Ber­lin otwartą dla Rosjan – nie wie­dział jed­nak, że Weidling dzia­łał zgod­nie z roz­ka­zami gene­rała Busse. Kiedy Hitler wresz­cie się wykrzy­czał i Weidling mógł dojść do słowa, udało mu się spro­sto­wać fał­szywe infor­ma­cje. Po wysłu­cha­niu peł­nego raportu Hitler uspo­koił się i zaczął zacho­wy­wać się przy­jaź­nie, a w końcu wydał roz­kaz kie­ru­jący nas do Ber­lina w celu obsa­dze­nia wschod­niej i pół­noc­nej flanki. Jak wielka była róż­nica mię­dzy obecną przy­pad­ko­wo­ścią decy­zji a pro­fe­sjo­nal­nym spo­so­bem podej­mo­wa­nia dzia­łań w 1940 i 1941 roku!

Pod­czas gdy ja przez tele­fon oma­wia­łem z von Dufvin­giem szcze­góły naszego prze­su­nię­cia do Ber­lina, Weidling spłu­ki­wał swoją złość konia­kiem. Wypi­łem jesz­cze dwa kie­liszki, aby pomóc mu osu­szyć butelkę, cho­ciaż Weidling był naj­wy­raź­niej zde­ter­mi­no­wany, aby zro­bić to sam. Był wręcz wście­kły, że Krebs i Burg­dorf nie ostrze­gli go o całej sytu­acji.

Osta­tecz­nie pano­wie roz­stali się w zło­ści i koniak nie pomógł w roz­ła­do­wa­niu napię­cia. Pomi­ja­jąc całą resztę, Weidling był rów­nież zły z tego powodu, że obec­nie byli­śmy uwię­zieni w Ber­li­nie, co zamiast per­spek­tywy ucieczki na zachód wraz z 9 Armią, sta­no­wiło gwa­ran­cję dosta­nia się do rosyj­skiej nie­woli.

Na koniec o godzi­nie dwu­dzie­stej pierw­szej udało mi się wycią­gnąć Weidlinga z kwa­tery Führera. Tej nocy cze­kało nas mnó­stwo pracy. Weidling miał zamiar poin­for­mo­wać dowód­ców poszcze­gól­nych odcin­ków obrony we wschod­niej i połu­dnio­wej czę­ści Ber­lina o prze­ję­ciu sta­no­wisk przez nasze dywi­zje oraz zako­mu­ni­ko­wać im, iż mają prze­ka­zać dowód­com naszych jed­no­stek wszelką wie­dzę o zaj­mo­wa­nych pozy­cjach i naj­bliż­szej oko­licy. Kiedy uda­li­śmy się z wizytą do dowo­dzą­cych sek­to­rami obrony, gene­rał tylko z naj­więk­szym wysił­kiem mógł ukryć fakt, że jest pijany. Naszym pierw­szym przy­stan­kiem był Tem­pel­hof (sek­tor D). Dowódz­two spra­wo­wał tam stary, „eks­hu­mo­wany” gene­rał lot­nic­twa nazwi­skiem Schröder. Nie miał poję­cia o kon­cep­cji walki pie­choty, co spra­wiło, iż upo­jony alko­ho­lem Weidling nie­ludzko go obje­chał. Schröder, aby udo­bru­chać Weidlinga, zapro­po­no­wał nam wyko­rzy­sta­nie piw­nic jego budynku, jako miej­sca na sie­dzibę naszego sztabu.

Sko­rzy­sta­łem z jego tele­fonu i wyda­łem roz­kazy naszej czo­łówce, aby przy­była do Tem­pel­hof celem zain­sta­lo­wa­nia sztabu kor­pusu. Następ­nie Weidling i ja uda­li­śmy się do Hasen­he­ide. Sze­fo­wał tam puł­kow­nik pie­choty bez jed­nej ręki.

Gdy nad­je­cha­li­śmy, ofi­cer aku­rat spał i musie­li­śmy pocze­kać, aż się ubie­rze. Weidling, wciąż wzbu­rzony przy­go­dami w kwa­te­rze Hitlera, któ­rego cier­pli­wość roz­pu­ściła się w koniaku, zaczął gro­mić nie­szczę­śnika za to, że ten nie ubrał się dosta­tecz­nie szybko, czym zmu­sił nas do cze­ka­nia. Trak­to­wał bied­nego puł­kow­nika w spo­sób zupeł­nie nie­roz­sądny, ten zaś także wpadł w złość, ponie­waż nie zro­bił niczego złego, miał tylko jedną rękę, którą mógł się ubrać i oczy­wi­ście zda­wał sobie sprawę, że Weidling był pijany.

Wtrą­ci­łem się do kłótni i osta­tecz­nie zdo­ła­łem ich jakoś uspo­koić. Następ­nie zasu­ge­ro­wa­łem Weidlin­gowi, żeby pozo­stał w naszej nowej sie­dzi­bie w Tem­pel­hof i tro­chę się prze­spał. Pozo­sta­łych dowód­ców sek­to­rów mogłem odwie­dzić sam. Gene­rał zgo­dził się i dalej wyru­szy­łem w poje­dynkę. Pomimo faktu, iż sek­tory nie były od sie­bie zbyt odda­lone, podróż w ciem­no­ści, ze wszyst­kimi prze­szko­dami po dro­dze, była straszna (świa­tło naszych reflek­to­rów prze­są­czało się tylko przez wąskie szcze­liny w ściem­nia­czach).

Na wszyst­kich odcin­kach sytu­acja była daleka od fron­to­wej. Wszę­dzie aż pro­siło się o mnó­stwo pracy, jeśli naprawdę chcie­li­śmy sta­wić opór Rosja­nom. Mie­li­śmy do dys­po­zy­cji pięć zahar­to­wa­nych dywi­zyj­nych zespo­łów szta­bo­wych i musie­li­śmy uczy­nić z nich krę­go­słup siły bojo­wej, którą będziemy uzu­peł­niać nie­do­świad­czo­nym per­so­ne­lem.

24 kwiet­nia, w nocy, apo­ka­lip­tyczna bitwa o Ber­lin zaczęła się na dobre. Następ­nego dnia rosyj­skie oddziały sztur­mowe prze­biły się w walce na przed­mie­ściach sto­licy. Przez następne osiem dni sto­lica Nie­miec miała stać się wiel­kim, miej­skim polem śmierci.

Rozdział 4

Gdy wra­ca­łem do naszej nowej kwa­tery głów­nej na lot­ni­sku Tem­pel­hof, podróż przez pło­nące mia­sto odsło­niła spek­ta­ku­larne widoki dra­matu w całej swej maka­brze. Ośle­pia­jący blask ogar­nię­tych pło­mie­niami budyn­ków kre­ślił zarysy wypa­lo­nych szkie­le­tów sto­ją­cych dalej gma­chów. W piw­nicz­nym przej­ściu wio­dą­cym do nowej sie­dziby naszego sztabu zna­la­złem skra­wek miej­sca pomię­dzy śpią­cymi tam cywi­lami i uło­ży­łem się, aby choć na kilka godzin zamknąć oczy.

Nad ranem przy­był nasz per­so­nel i roz­po­częła się praca nad roz­ka­zami dla dowód­ców dywi­zji i poszcze­gól­nych sek­to­rów obrony. Przy­go­to­wa­li­śmy kwa­terę i nawią­za­li­śmy łącz­ność z dywi­zjami przy uży­ciu cywil­nej sieci tele­fo­nicz­nej. Nasza sie­dziba mie­ściła się w pięk­nie ume­blo­wa­nym byłym punk­cie dowo­dze­nia jed­nostki obrony prze­ciw­lot­ni­czej. Nie bra­ko­wało tu mebli biu­ro­wych, radio­od­bior­ni­ków i innych luk­su­so­wych ele­men­tów wypo­sa­że­nia.

Gdy ujrza­łem wszyst­kie te luk­susy, które armia tu zacho­mi­ko­wała, przy­po­mniał mi się ponury widok cywili sza­bru­ją­cych cię­ża­rówkę z chle­bem.

Dywi­zje prze­su­nęły się w naka­zane rejony. Wtedy, o godzi­nie jede­na­stej, ode­bra­li­śmy tele­fon z kwa­tery Führera z infor­ma­cją, iż Hitler pra­gnie ponow­nie widzieć Weidlinga. Chciał wie­dzieć, czy nasze prze­miesz­cze­nie zakoń­czyło się powo­dze­niem. Tym razem nie towa­rzy­szy­łem Weidlin­gowi, gdyż byłem zajęty pracą z dywi­zjami. Oka­zało się, że Hitler naka­zał Weidlin­gowi obję­cie dowódz­twa nad całą obroną sto­licy, a nie tylko nad wschod­nią i połu­dniową strefą, co ozna­czało, że pod jego komendą będą nie tylko nasze dywi­zje, ale i wszyst­kie jed­nostki ze składu gar­ni­zonu ber­liń­skiego. Na tym sta­no­wi­sku Weidling zastą­pił puł­kow­nika Kathera, który dzień wcze­śniej został awan­so­wany do stop­nia gene­ral­skiego. Weidling był pią­tym z kolei ofi­ce­rem na tym sta­no­wi­sku w ciągu ostat­nich kilku mie­sięcy, gdyż poprzed­nicy mieli cią­głe tar­cia z Goeb­bel­sem. Z tego powodu Weidling zręcz­nie posta­wił jeden pod­sta­wowy waru­nek, iż musi być jedy­nym dowódcą odpo­wie­dzial­nym za obronę Ber­lina, nie­pod­le­ga­ją­cym żad­nym naci­skom ze strony Goeb­belsa, który był gau­le­ite­rem i cywil­nym komi­sa­rzem obrony mia­sta nie­ma­ją­cym jed­nak żad­nego poję­cia o obro­nie terenu zabu­do­wa­nego w warun­kach bojo­wych. Ze strony Weidlinga było to odważne posu­nię­cie, gdyż gene­ra­ło­wie nie narzu­cali tak po pro­stu swo­ich wymo­gów, sły­sząc roz­kazy Hitlera. Jed­nakże Hitler praw­do­po­dob­nie zorien­to­wał się, iż Goeb­bels może zwy­czaj­nie sta­no­wić pro­blem dla Weidlinga i zaak­cep­to­wał waru­nek. Przy oka­zji Weidling zade­cy­do­wał o zain­sta­lo­wa­niu naszej nowej kwa­tery głów­nej w sie­dzi­bie Dowódz­twa Obrony Ber­lina.

W cza­sie podróży do jed­nego z sek­to­rów w połu­dnio­wow­schod­niej czę­ści mia­sta byłem świad­kiem sceny, która świad­czyła o sta­nie, do jakiego zostały zre­du­ko­wane Niemcy. Linie wodo­cią­gowe w sto­licy zostały znisz­czone bom­bar­do­wa­niami i ogniem arty­le­rii, więc ludzie musieli godzi­nami stać w dłu­gich kolej­kach po wodę tam, gdzie była jesz­cze moż­li­wość jej zdo­by­cia. Pro­blem z wyży­wie­niem był jesz­cze gor­szy; nie­które maga­zyny zostały zruj­no­wane ostrza­łem, zaś inne zostały ogra­bione przez lud­ność cywilną. Jecha­łem aku­rat Kübelwagenem, a część mia­sta, po któ­rej się prze­miesz­cza­łem była pod nie­prze­rwa­nym ogniem arty­le­rii. Pomimo ostrzału cywile – w więk­szo­ści kobiety – tło­czyli się przed skle­pami z żyw­no­ścią i przy hydran­tach. W momen­cie, gdy mija­li­śmy jedną z takich kole­jek, pocisk arty­le­ryj­ski eks­plo­do­wał tuż za sznu­rem kobiet. Gdy roz­wiał się dym, dostrze­głem, że wiele kobiet zostało tra­fio­nych. Te, które nie ucier­piały, zno­siły trupy, ran­nych i umie­ra­ją­cych do sieni w pobli­skich budyn­kach, a potem cier­pli­wie usta­wiały się ponow­nie w ogonku, aby nie stra­cić swo­jego miej­sca w kolejce.

Dowódca sek­tora obrony, któ­rego wizy­to­wa­łem w cza­sie tego wyjazdu, miał swoją kwa­terę w piw­nicy bro­waru. Cały jego zespół skła­dał się z osób po róż­nych ampu­ta­cjach, ale to przy­naj­mniej ozna­czało, że mieli jakieś doświad­cze­nie bojowe. Wszy­scy byli bar­dzo pewni sie­bie i wciąż dawali wiarę prze­mo­wom Goeb­belsa, co było zadzi­wia­jące, bio­rąc pod uwagę oko­licz­no­ści. Fakt, iż przej­mo­wa­li­śmy ich punkt dowo­dze­nia zin­ter­pre­to­wali wręcz jako pozy­tywną oznakę!

Popro­si­łem adiu­tanta dowódcy sek­tora o stresz­cze­nie sytu­acji na ich odcinku i dowie­dzia­łem się, że pomimo doświad­cze­nia jakie wynie­śli z frontu, nikt z nich nie orien­to­wał się nawet w naj­bar­dziej oczy­wi­stych spra­wach doty­czą­cych ich wła­snego sek­tora obrony. Powinni zda­wać sobie sprawę z faktu, iż nie­liczne pod­od­działy obrony cywil­nej (zło­żone ze star­szych ludzi i mło­dych chłop­ców) nie będą w sta­nie zatrzy­mać rosyj­skich czoł­gów, a jeśli okaże się, że owe czołgi zawrócą przy pierw­szych ozna­kach oporu, nie będzie to rów­no­znaczne ze „zwy­cię­stwem”, lecz będzie sta­no­wić dowód na to, iż były to tylko grupy roz­po­znaw­cze mające za zada­nie usta­lić, kogo mają przed sobą.

Otrzy­ma­li­śmy infor­ma­cję, że Grupa Armii Ste­iner, któ­rej miała prze­rwać się do Ber­lina od strony Ora­nien­burga, została odparta i zepchnięta na pozy­cje wyj­ściowe. Ofen­sywa 12 Armii Wencka mająca wyjść z rejonu Wit­ten­bergi jesz­cze się nie zaczęła, a przy­naj­mniej nie na tyle, by dać jakieś efekty.

Wcze­snym ran­kiem 25 kwiet­nia, Weidling i ja poje­cha­li­śmy do Dowódz­twa Obrony Ber­lina na Hohen­zol­lern­damm, w Wil­mers­dorf, połu­dnio­wow­schod­nim przed­mie­ściu Ber­lina, poło­żo­nym około pię­ciu kilo­me­trów od Kan­ce­la­rii Rze­szy. Dowódz­two Obrony Ber­lina wyglą­dało po pro­stu jak sztab kor­pusu. Była to duża jed­nostka orga­ni­za­cyjna, któ­rej per­so­nel w cza­sie pokoju liczył około trzy­sta osób, w tym wielu ope­ra­to­rów łącz tele­fo­nicz­nych (obec­nie w więk­szo­ści kobiet). Kiedy więc prze­ję­li­śmy pałeczkę, wszyst­kie sta­no­wi­ska były zdu­pli­ko­wane. Sze­fem sztabu był tam pod­puł­kow­nik Refior, stary zna­jomy gene­rała Weidlinga. Mój dowódca zde­cy­do­wał o pozo­sta­wie­niu na sta­no­wi­skach dwóch sze­fów sztabu; von Dufvinga do spraw bojo­wych i tak­tycz­nych oraz Refiora do spraw poli­tycz­nych, gdyż ten znał wszyst­kich w struk­tu­rach woj­sko­wych i poli­tycz­nych Ber­lina i dobrze orien­to­wał się, jak należy zała­twiać różne sprawy.

Ofi­cer ope­ra­cyjny Dowódz­twa Obrony Ber­lina, major Sprotte, zro­bił od razu złe wra­że­nie na Weidlingu, który ode­słał go do Pocz­damu.

Sprotte, zupeł­nie tym nie­znie­chę­cony, i tak śpie­szył się, by jak naj­szyb­ciej opu­ścić Ber­lin. Prze­ka­za­nie mi wszel­kich spraw w nor­mal­nym toku zaję­łoby kilka dni, tak wiec zama­szy­stym ruchem ręki wska­zał mi swoje mapy i rysunki, po czym szybko się ulot­nił. Po tym wstę­pie zasia­dłem sam w pokoju, w któ­rym bez­u­stan­nie dzwo­niły trzy tele­fony na raz. Gdy zorien­to­wa­łem się, że wszyst­kie tele­fony pocho­dzą od urzę­dów mia­sta, sie­dzib par­tii lub urzęd­ni­ków mini­ste­rial­nych, któ­rzy dzwo­nią, aby dowie­dzieć się cze­goś o sytu­acji na fron­cie, zdją­łem wszyst­kie trzy słu­chawki z wide­łek, żeby móc nor­mal­nie wyko­ny­wać moją pracę.

Teraz nale­żało szybko roz­dy­spo­no­wać pięć naszych szta­bów dywi­zyj­nych tak, aby każ­demu pod­le­gały dwa do czte­rech sek­to­rów obrony mia­sta. W ten spo­sób wokół Ber­lina mie­li­by­śmy szkie­let doświad­czo­nych w walce ofi­ce­rów, któ­rych zna­li­śmy i któ­rzy znali nas. Następ­nie, jak naj­szyb­ciej trzeba było zor­ga­ni­zo­wać bez­pieczny sys­tem łącz­no­ści – nie można było wciąż dowo­dzić jed­nost­kami woj­sko­wymi, korzy­sta­jąc z publicz­nej sieci tele­fo­nicz­nej!

Życie nabrało teraz zwy­cza­jo­wego kolo­rytu zwią­za­nego z typo­wym dniem wypeł­nio­nym walką: cią­głe kry­zysy. Byłem szczę­ścia­rzem, gdy mogłem prze­spać się dwie godziny pod rząd. Poza wszyst­kimi kom­pli­ka­cjami, musia­łem koor­dy­no­wać wszel­kie raporty napły­wa­jące z pola walki. Infor­ma­cje nad­cho­dziły drogą tele­fo­niczną i w nocy musia­łem przy­go­to­wać pod­su­mo­wa­nie wszyst­kich mel­dun­ków, które napły­nęły w ciągu całego dnia.

Ponie­waż ostrzał arty­le­ryj­ski i bom­bar­do­wa­nia lot­ni­cze były coraz częst­sze, wkrótce po wpro­wa­dze­niu się do budynku musie­li­śmy prze­nieść się do piw­nic. I znowu natra­fi­li­śmy na pokoje wypeł­nione żyw­no­ścią, kawą, napo­jami alko­ho­lo­wymi i nawet zegar­kami ręcz­nymi.

Cały per­so­nel woj­skowy Ber­lina, poza jed­nostką SS gene­rała Mohnke zapew­nia­jącą ochronę kwa­tery Hitlera, był teraz pod dowódz­twem Weidlinga – armia, Hitler­ju­gend, Volks­sturm, jed­nostki obrony prze­ciw­lot­ni­czej, bata­liony rekon­wa­le­scen­tów ze szpi­tali, itd. Mie­li­śmy nasze cztery wła­sne dywi­zje (piąta, 20 Dywi­zja Gre­na­die­rów Pan­cer­nych SS, znik­nęła gdzieś w kie­runku zachod­nim, naj­wy­raź­niej, aby tam kapi­tu­lo­wać).

W każ­dym sek­to­rze dowódca dywi­zji przej­mo­wał komendę nad pod­od­dzia­łami Volks­sturmu czy Hitler­ju­gend, które aku­rat się tam znaj­do­wały. Po jed­nym czy dwóch dniach stwo­rzy­li­śmy obronę, która dawała nadzieję na sta­wie­nie oporu Rosja­nom przy­naj­mniej przez jakiś czas. Nie musie­li­śmy długo cze­kać. Znik­nię­cie 20 Dywi­zji Gre­na­die­rów Pan­cer­nych SS wytwo­rzyło lukę, w którą Rosja­nie wkrótce nie omiesz­kali wbić klina.

Teraz z okien naszego budynku mogli­śmy już widzieć bój pie­choty. Wie­czo­rem wsze­dłem do pokoju, w któ­rym Weidling nara­dzał się z von Dufvin­giem i Refio­rem. Zasta­na­wiali się, czy posłusz­nie bro­nić Ber­lina, czy też lepiej może zostać na miej­scu i pozwo­lić Rosja­nom na obej­ście nas z dwóch stron, a następ­nie pod­jąć próbę wyła­ma­nia się przez Gru­ne­wald (las na zachód od mia­sta) celem ucieczki w kie­runku zachod­nim i pod­da­nia się alian­tom. Jeśli zosta­niemy w Ber­li­nie, trzeba będzie prze­nieść kwa­terę główną do cen­trum mia­sta, gdyż naj­póź­niej w ciągu dwóch dni Rosja­nie zajmą nasz budy­nek. Weidling pod­jął decy­zję o pozo­sta­niu i obro­nie Ber­lina.

Noc była nad­zwy­czaj nie­spo­kojna. Na zewnątrz sły­sze­li­śmy pobli­skie odgłosy walki. Major Wolff i jego odpo­wied­nik w Dowódz­twie Obrony Ber­lina, kapi­tan Bärenbeck, zor­ga­ni­zo­wali bez­po­śred­nią obronę budynku. Ran­kiem 26 kwiet­nia powró­ci­łem do pomiesz­cze­nia biu­ro­wego na dru­gim pię­trze, które zaj­mo­wa­łem zanim prze­nio­słem się do piw­nicy.

Wokół cały czas wybu­chały poci­ski arty­le­ryj­skie, zaś w ogród­kach od strony połu­dnio­wej można było zaob­ser­wo­wać walkę wręcz. Z pew­no­ścią nasze poło­że­nie robiło się bar­dzo poważne.

Weidling zde­cy­do­wał się prze­nieść sztab kor­pusu do wiel­kiego bun­kra prze­ciw­lot­ni­czego poło­żo­nego w pobliżu ber­liń­skiego zoo. Byłem cał­kiem rad, kiedy wraz z majo­rem Wolf­fem otrzy­ma­łem roz­kaz uda­nia się do tego schronu w celu przy­go­to­wa­nia nowego miej­sca pracy. Ja i major Wolff wybra­li­śmy się tam dwoma róż­nymi dro­gami, aby mieć pew­ność, że przy­naj­mniej jeden z nas dotrze na miej­sce.

Bun­kier obok zoo, potężna for­ty­fi­ka­cja z cięż­kimi dzia­łami prze­ciw­lot­ni­czymi umiesz­czo­nymi na dachu, zapew­niał bez­pie­czeń­stwo przed bom­bami i arty­le­rią.

Towa­rzy­szył mi kie­rowca i łącz­nik na moto­cy­klu. Opusz­cza­jąc naszą sie­dzibę musie­li­śmy zacho­wać szcze­gólną ostroż­ność, albo­wiem nasyp kole­jowy za budyn­kiem sztabu był pod ostrza­łem, a my musie­li­śmy go prze­kro­czyć, aby dostać się do moto­cy­kla i Kübelwagena. Prze­sko­czy­li­śmy nasyp, ska­cząc z ukry­cia w ukry­cie i w końcu dotar­li­śmy bez­piecz­nie do naszych pojaz­dów. Gdy jecha­li­śmy przez mia­sto, zie­mia koły­sała nam się pod nogami przy każ­dej eks­plo­zji poci­sku, a wiel­kie gej­zery ziemi wyrwa­nej wybu­chami wyska­ki­wały w powie­trze.

Huk był ogłu­sza­jący, zaś uczu­cie koły­sa­nia powo­do­wało trau­ma­tyczne odczu­cia. W końcu kawa­łek szrap­nela z wybu­cha­ją­cego poci­sku arty­le­ryj­skiego prze­bił jedną z opon w moim samo­cho­dzie.

Pod­czas gdy kie­rowca zmie­niał koło, kobieta obser­wu­jąca nas z pobli­skiego domu zapro­po­no­wała mi fili­żankę her­baty. Miła około czter­dzie­stu pię­ciu lat, była kor­pu­lentna, ubrana w zno­szoną odzież, a roz­rzu­cone w nie­ła­dzie, mokre włosy oka­lały miłą twarz. Była żoną sier­żanta i matką star­szego sze­re­go­wego i nie miała poję­cia, co stało się z każ­dym z nich. Naj­wi­docz­niej mój brak tro­ski o wygląd zewnętrzny rzu­cał się w oczy, gdyż zapy­tała mnie, czy może chciał­bym się umyć. Tak więc po kilku dniach mia­łem moż­li­wość zaznać luk­susu umy­cia się. Byłem bar­dzo wdzięczny za jej uprzej­mość, szcze­gól­nie, że wielu cywi­lów, z cał­ko­wi­cie zro­zu­mia­łych powo­dów, zaczy­nało zwra­cać się prze­ciwko armii za to, że bro­nimy mia­sta zamiast je pod­dać. Jej miesz­ka­nie było zruj­no­wane wybu­chami poci­sków arty­le­ryj­skich. Małe bibe­loty, kawałki jej życia, leżały roz­rzu­cone na pod­ło­dze.

– Kiedy przyjdą Rosja­nie, panie majo­rze? – zapy­tała.

– To kwe­stia kil­ku­na­stu godzin – odpo­wie­dzia­łem szcze­rze. – Może jed­nego dnia. Naj­bez­piecz­niej będzie, jeśli pozo­sta­nie pani w piw­nicy.

Całe poła­cie Ber­lina były teraz swo­istym cmen­ta­rzy­skiem roz­bi­tego sprzętu woj­sko­wego i wszystko wokół prze­sy­cone było zapa­chem śmierci. Poza ludz­kimi zwło­kami leżały też trupy zwie­rząt – wiele z nich ucie­kło z ber­liń­skiego zoo i teraz zostało zabite.

Do bun­kra dotar­łem koło połu­dnia i zorien­to­wa­łem się, że Wolff był już na miej­scu. W zoo stała ogromna wieża prze­ciw­lot­ni­cza, wysoka na sie­dem czy osiem pię­ter, z sze­ścioma dużymi dzia­łami kali­bru 128 mm i sze­ścioma dział­kami 20 mm na dachu. W bun­krze mogło pomie­ścić się sześć­set osób. Każde pomiesz­cze­nie było zajęte, wybra­li­śmy więc te, które będą nam potrzebne i poin­for­mo­wa­li­śmy miesz­kań­ców, że będą musieli je opu­ścić, albo­wiem przej­muje je gene­rał sto­jący na czele Dowódz­twa Obrony Ber­lina.

Kilka z pomiesz­czeń było zare­zer­wo­wa­nych dla Goeb­belsa, jako jego oso­bi­ste schro­nie­nie. Wszystko ze względu na fakt, iż było to miej­sce tak dobrze zabez­pie­czone przed ata­kami. Rzecz jasna, nie podej­mo­wa­łem prób eks­mi­to­wa­nia Goeb­belsa, jed­nak prze­ją­łem biura zbęd­nego już per­so­nelu.

Ode­sła­łem majora Wolffa z powro­tem z infor­ma­cją, iż pomiesz­cze­nia zostały przy­dzie­lone i z prośbą o przy­by­cie ofi­cera łącz­no­ści celem zabez­pie­cze­nia odpo­wied­nich połą­czeń tele­fo­nicz­nych. Po odjeź­dzie Wolffa zawie­si­łem tabliczki kie­ru­jące różne sek­cje sztabu kor­pusu do wła­ści­wych pomiesz­czeń.