49,00 zł
Unikalne wspomnienia niemieckiego żołnierza, który pokazuje całą drogę szkolenia i przebiegu walk oficera artylerii podczas drugiej wojny światowej. Knappe, walcząc na frontach we Francji, Włoszech i Rosji, robi błyskawiczną karierę, pod koniec wojny trafiając do ekskluzywnej grupy oficerów Sztabu Generalnego. Podczas pobytu w niewoli rosyjskiej spotyka niemieckiego żołnierza, którego Rosjanie użyli w Norymberdze jako świadka „niemieckiej zbrodni katyńskiej”. Knappe opisuje dokładnie sposób oddziaływania Rosjan na fałszywego świadka historii.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 534
My, służący w szeregach niemieckiej armii podczas II wojny światowej, byliśmy młodymi ludźmi walczącymi dla swojego kraju. Nie byliśmy „nazistami”, byliśmy po prostu niemieckimi żołnierzami. To jest historia jednego z nich.
Siegfried Knappe, Xenia, Ohio, wrzesień 1991
Zachowanie bogactwa szczegółów tej opowieści umożliwił dziennik, który Siegfried Knappe prowadził od wieku nastoletniego do dnia, kiedy trafił do niewoli rosyjskiej w dniu 2 maja 1945 roku. Dodatkową pomocą były także liczne fotografie z lat wojny, które przeszmuglował z domu swej matki we wschodnich Niemczech. Podstępem przekonał władze, aby pozwoliły mu udać się do zachodnich Niemiec po zwolnieniu go z rosyjskiej niewoli w grudniu 1949 roku. W czasie około czterystu pięćdziesięciu godzin rozmów używaliśmy tych fotografii, aby odświeżyć pamięć autora, gdy po wielokroć odtwarzaliśmy każdy epizod jego wojennej kariery.
Siegfried był także w posiadaniu relacji generała Weidlinga, dotyczącej działań 56 Korpusu Pancernego z walk nad Odrą i podczas obrony Berlina, którą Weidling napisał dla Rosjan bezpośrednio po dostaniu się do niewoli. Gdy Siegfried został zwolniony z rosyjskiej niewoli w grudniu 1949 roku, natychmiast zapisał własną wersję wydarzeń dotyczących tego samego okresu, obejmującą również czas spędzony w obozach jenieckich.
I wreszcie, Siegfried dysponował także raportami swego dowódcy baterii artylerii, dotyczącymi działań jednostki podczas inwazji Francji w 1940 roku.
Żaden pisarz nie mógłby marzyć o lepszym materiale źródłowym.
Ted Brusaw, Dayton, Ohio, wrzesień 1991
Część I Kocioł czarownic (1945)
Kapitan Kafurke, mój adiutant, obudził mnie pukając w szybę mojego samochodu.
– Panie majorze, naczelnik stacji ma dla pana wiadomość – powiedział.
Zmusiłem rozespany umysł i ciało do przebudzenia i rozejrzałem się wokół. Mój samochód umocowany był do wagonu-platformy, stanowiącego część składu, którym przez całą noc podróżowaliśmy w Góry Harz celem dołączenia do formującej się tam właśnie 12 Armii generała Wencka. Spałem w samochodzie, gdyż było to wygodniejsze niż cokolwiek innego, co mieliśmy do dyspozycji.
Sądząc, iż nad ranem dotrzemy w okolice Lipska, poinstruowałem mojego ordynansa żeby obudził mnie w Eilenburgu, abym mógł wsiąść na motocykl i odwiedzić tam moją żonę Lilo i naszego małego syna, Klausa, a następnie dogonić wolno jadący pociąg gdzieś w innym mieście. Nie byliśmy jednak w Eilenburgu, lecz w Budziszynie. Przeciągnąłem się, wysiadłem z samochodu, zszedłem z platformy i udałem się na stację.
– Ma pan jakąś wiadomość? – zapytałem naczelnika.
– Tak jest, panie majorze – odpowiedział. – Otrzymałem polecenie, aby skierować pana pociąg na północ, w kierunku Berlina.
Jego informacja zaskoczyła mnie.
– Czy linia kolejowa na zachód jest odcięta? – zapytałem, próbując znaleźć wytłumaczenie dla faktu, iż zmieniają naszą marszrutę na północ.
– Nie. Ruch odbywa się powoli, ale bez przeszkód.
Podziękowałem mu i wróciłem do pociągu. Prawdopodobnie po prostu skierują nas do Berlina, a następnie wyślą inną drogą w Góry Harz, ale zabiło to moje nadzieje na zobaczenie Lilo i Klausa. Odwiedzenie ich i tak było wbrew wszelkim przepisom, ale zdecydowałem, że nie przepuszczę szansy, o ile tylko będzie to możliwe. Cóż, teraz i tak nie było na to nadziei.
Około godziny jedenastej dotarliśmy do południowej części pętli kolejowej wokół Berlina. Zdążyliśmy wtoczyć się na stację metra w Neukölln, gdy głośno zawyły syreny alarmu przeciwlotniczego. Skonsultowałem się z naczelnikiem stacji i dowiedziałem się, że nie będziemy mogli jechać dalej, dopóki nie odwołają alarmu. Rozstawiłem posterunki wzdłuż składu i odesłałem resztę naszych ludzi do okolicznych schronów przeciwlotniczych.
Jako oficer operacyjny 56 Korpusu Pancernego nadzorowałem przemieszczenie sztabu ze Śląska, gdzie dopiero co walczyliśmy z Rosjanami, w Góry Harz. Podpułkownik Theodor von Dufving, szef sztabu 56 Korpusu Pancernego i mój bezpośredni przełożony, udał się w Góry Harz przed nami wraz z niewielką czołówką.
Kapitan Kafurke, major Wolff (oficer kadrowy 56 Korpusu) oraz ja udaliśmy się do schronu przeciwlotniczego, który w większości zajmowali cywile. Nastroje wśród nich były smutne, ale jednocześnie spokojne. Nikt nie był w nastroju do żartów, lecz nie okazywano wobec nas niechęci za to, że wciąż walczymy, choć przejawy tego typu zachowań można było już wcześniej zauważyć wśród niektórych cywilów.
Alarm trwał nadal, ale ponieważ nie słychać było żadnych eksplozji, zdecydowałem się wyjść na zewnątrz, aby się rozejrzeć. Ulice były oczywiście puste, a gdzieś wysoko na głową słyszałem przelatujące alianckie samoloty bombowe. Nie było widać oznak niemieckiego przeciwdziałania. Patrzyłem na bombowce i jak zawsze zastanawiałem się, czy Michaelis – mój żydowski przyjaciel, z którym ukończyłem gimnazjum Petri i który wraz z rodziną przeprowadził się do Anglii w 1938 roku – mógłby być w którymś z nich. Wreszcie, około godziny szesnastej, nastąpił odbój alarmu przeciwlotniczego i wszyscy wrócili do pociągu. Ruszyliśmy powoli, ale ku mojemu zdenerwowaniu, w kierunku wschodnim! Gdy otrzymałem rozkazy, aby wyładowywać się w Müncheberg, około pięćdziesięciu kilometrów od linii frontu, stało się jasne, że wracamy do walki z Rosjanami i serce mi się ścisnęło. Rozładowaliśmy skład w Müncheberg i pojechałem do Waldsieversdorf, gdzie, jak mi powiedziano, miał znajdować się nasz sztab. Na miejscu wraz z naszą wysuniętą grupą był już podpułkownik von Dufving. Był raczej niewysokim człowiekiem żylastej budowy o ciemnych oczach.
– Mam wrażenie, że ktoś tu nadużył stanowiska – powiedział z cieniem złości i goryczy w głosie. – Najwidoczniej zamieniamy się miejscami ze sztabem innego korpusu, na którego czele stoi generał.
Nasz stary generał został przeniesiony na inne stanowisko, a nowy jeszcze nie przybył.
W Waldsieversdorf dowiedzieliśmy się, że mamy zluzować sztab korpusu pancernego, który zawiadywał tam dwoma dywizjami z rezerwy armii – w miejscu, które zgodnie z oczekiwaniami miało stać się centrum rosyjskiej ofensywy! Zakładaliśmy, że dowodzący luzowanym korpusem miał koneksje w naczelnym dowództwie i zdołał załatwić swojemu sztabowi nasze miejsce w Górach Harz, podczas gdy nas wysłano zamiast nich do 9 Armii. Sztab korpusu, który mieliśmy zastąpić, znał okolicę, znał dywizje i orientował się w sytuacji bojowej, jak również posiadał wszelkie niezbędne środki łączności. My zaś przybyliśmy w zupełnie nowy rejon, nie znaliśmy nikogo w przydzielonych nam dywizjach czy też w ich sztabach lub sztabie korpusu i mieliśmy na wyposażeniu tylko około połowy naszych telefonów i ledwie trzydzieści pięć procent urządzeń łączności bezprzewodowej – wszystko dlatego, że dopiero co wycofano nas z walk na Śląsku.
I przy wszystkich tych utrudnieniach mieliśmy teraz zająć się bardzo trudnym zadaniem kierowania ruchomą obroną w walce przeciwko nieprzyjacielowi posiadającemu miażdżącą przewagę zarówno w sile żywej, jak i wyposażeniu! Nasz nowy dowódca, generał artylerii Helmut Weidling, był już w drodze, lecz jeszcze nie przybył na miejsce. Cóż, niewiele mogliśmy na to poradzić. Von Dufving i ja przejęliśmy dowodzenie odcinkiem obrony korpusu od naszych poprzedników, którzy szybko się ulotnili. Generał Weidling przybył następnego ranka, 13 kwietnia 1945 roku. Von Dufving, który znał Weidlinga, udzielił mi porad odnośnie upodobań i awersji generała, z których skorzystałem, gdy zameldowałem się u Weidlinga, składając zwięzły meldunek będący podsumowaniem bieżącej sytuacji. Generał był bardzo miły i miałem przeczucie, iż wywarłem na nim dobre wrażenie. Ponieważ miał zwyczaj wyrabiania sobie stałej opinii o podkomendnych na bazie pierwszego wrażenia, dla naszej przyszłej współpracy było bardzo istotne, abym jako jego oficer operacyjny wywarł właśnie takie wrażenie.
Po południu Weidling zabrał mnie i Wolfa w teren celem nawiązania kontaktu z naszymi własnymi dywizjami oraz z sąsiednimi jednostkami. Po drodze Weidling wymaglował nas zdrowo, starając się dowiedzieć, jak wygląda nasze doświadczenie bojowe, co miało pomóc mu w ocenie, czy będziemy w stanie zapewnić mu realne wsparcie. Wydawało się, że był zadowolony z tego, co usłyszał. Sytuacja na pierwszej linii dowodziła, iż Rosjanie prowadzą bezustanne przygotowania do ofensywy na całym froncie. Nieprzyjaciel uchwycił trzy przyczółki na zachodnim brzegu Odry, my zaś wciąż utrzymywaliśmy skrawki terenu na wschodnim brzegu w rejonie Kostrzynia i Frankfurtu.
Zdjęcia lotnicze wskazywały, iż na każde dziesięć metrów linii frontu przypadało jedno rosyjskie działo! Duże baterie artylerii, liczące po dwanaście sztuk dział każda, rozmieszczono w prostych liniach wzdłuż dróg i linii kolejowych, nie bawiąc się nawet w jakiekolwiek maskowanie. Rosyjska artyleria stanowiłaby idealny cel dla Luftwaffe z poprzednich lat, ale do tej pory nasze lotnictwo jako siła bojowa przestało już istnieć, tak więc Rosjanom nic nie zagrażało. Rosjanie posiadali także nieskończone ilości czołgów, jak również wszystkiego innego. Było oczywiste, że nie ma żadnej nadziei na to, byśmy zdołali ich zatrzymać. W najlepszym wypadku będziemy w stanie ich opóźnić. Wyliczyliśmy, że Rosjanie przeważają nad nami w stosunku sześć do jednego w piechocie, dziesięć do jednego w artylerii, dwadzieścia do jednego w czołgach i trzydzieści do jednego w samolotach bojowych.
Generał Weidling, major Wolff i ja pojechaliśmy na wzgórza na północ od Seelow, skąd rozciągał się szeroki widok na cały front odrzański po obu stronach Kostrzynia. Owe pasmo wzgórz oddalone od Odry o około siedemnaście kilometrów, znane jako Wzgórza Seelow, uważane było za naszą drugą linię obrony, tyle, że nie było oddziałów do jej obsadzenia. Była to po prostu linia, na którą moglibyśmy się cofnąć. Przy okazji odwiedziliśmy także generała Mummerta, dowodzącego nowo sformowaną dywizją pancerną „Müncheberg”, która podlegała nam w ramach nadchodzącej operacji. Zorientowaliśmy się, że wyposażenie dywizji było dobre, lecz niekompletne, zaś jej skład osobowy posiadał odpowiednie wyszkolenie i był doświadczony, jednak żołnierze byli ze sobą dopiero od kilku dni. Dywizja Pancerna „Müncheberg” była tak naprawdę improwizowaną jednostką. Naczelne dowództwo od jakiegoś czasu zdawało sobie sprawę, że ostateczne uderzenie Rosjan wyjdzie właśnie tutaj, na drodze do Berlina i każdy żołnierz był wysyłany do miasteczka Müncheberg. Dywizja Pancerna „Müncheberg” została naprędce zorganizowana z tych właśnie ludzi. W taki to sposób często formowano jednostki w końcowym okresie wojny.
Po obiedzie w stołówce oficerskiej dywizji „Müncheberg” udaliśmy się do 20 Dywizji Pancernej SS, drugiej z naszych dywizji mającej podlegać nam w nadchodzących bojach. Także i ta jednostka nie była w pełni ukompletowana i wyposażona, ponieważ jeszcze niedawno brała z nami udział w walkach o Śląsk (wszystkie jednostki tzw. Waffen SS składały się z żołnierzy frontowych, w przeciwieństwie do upolitycznionych jednostek SS zarządzających obozami koncentracyjnymi).
Po powrocie próbowałem zadzwonić do Lilo, ale nie byłem w stanie uzyskać połączenia. Dodzwoniłem się za to do mojej matki i dowiedziałem się, że amerykańska armia stoi na przedmieściach Lipska!
– Siegfried, co ja mam robić? – zapytała płaczliwym tonem.
– Zostań w domu i nic nie rób – powiedziałem jej. – Jeśli zacznie się strzelanina, zejdź do piwnicy i przeczekaj. Jeśli będziesz próbować opuścić dom, staniesz się tylko kolejnym uchodźcą. Nie podejmuj takiego ryzyka, mamo. To, co dzieje się z uchodźcami, jest straszne.
Rozmowa była na podsłuchu (linii nie można było używać do celów prywatnych) i kobiecy głos przerwał mi, pytając o cel rozmowy, tak więc musiałem szybko ją przerwać. Mogłem mieć tylko nadzieję, że moja matka będzie bezpieczna, i że Lilo i Klaus wciąż mają się dobrze. Strząsnąłem owładające mną poczucie bezsilności i zbliżającego się nieszczęścia i zmusiłem się do skoncentrowania się na pracy.
Nasz 56 Korpus Pancerny stanowił obecnie rezerwę 9 Armii dowodzonej przez generała Busse. Dwa pozostałe korpusy wchodzące w skład 9 Armii stały na pozycjach nad Odrą i wokół rosyjskich przyczółków. Zostaliśmy rozmieszczeni w tyle za tymi korpusami i byliśmy trzymani w pogotowiu na wypadek przerwania się nieprzyjaciela lub zaistnienia sytuacji, w której niezbędne byłoby użycie rezerw.
Rosyjska ofensywa marszałka Żukowa rozpoczęła się 14 kwietnia o godzinie piątej rano, kiedy to na naszym froncie otworzyło ogień czterdzieści tysięcy dział artyleryjskich – największa koncentracja artylerii w historii wojen. Jako rezerwa staliśmy za linią frontu. Mieliśmy dobry widok na całą okolicę, choć i tak nie mogliśmy widzieć więcej, niż to, gdzie szedł bój. Generał Busse prawidłowo przewidział moment rozpoczęcia rosyjskiej ofensywy i w ostatniej chwili wycofał naszą piechotę z pozycji, które ostrzeliwała artyleria przeciwnika. Widzieliśmy samoloty zrzucające bomby, jak również eksplodujące pociski, ale niewiele ponadto. Jednak ze względu na nasze doświadczenie mogliśmy postawić rozsądną hipotezę odnośnie zachodzących wydarzeń. Słyszeliśmy huk rozrywających się pocisków artyleryjskich, rakiet i bomb, widzieliśmy głębokość pola walki i mogliśmy ocenić, jak efektywna może być obrona. Stopień zmasowania artylerii był niesamowity i jej działaniu towarzyszyła także zwiększona aktywność sił lotniczych. Wzgórza Seelow były oddalone od linii frontu o około dziesięć kilometrów, zaś teren między wzniesieniami i Odrą był otwarty, płaski i niezalesiony.
Chociaż okolica była równinna i pozbawiona drzew, większość terenu była podmokła i zabagniona, nieodpowiednia dla czołgów, tak więc Rosjanie mieli w pewnym stopniu ograniczoną możliwość działania. Pierwsze godziny ofensywy spędziliśmy na przygotowaniach do prowadzenia obrony manewrowej w oczekiwaniu, że wkrótce zostaniemy skierowani do boju. Meldunki napływające od dywizji walczących na pierwszej linii świadczyły o tym, iż nieprzyjaciel skierował do walki niewyobrażalne siły. Pierwszego dnia nasze jednostki były w stanie powstrzymać napór Rosjan, mimo, iż w naszej linii tworzyły się głębokie włamania. Jako korpus pozostający w rezerwie byliśmy w ciągłym pogotowiu, w każdej chwili oczekując rozkazu o przystąpieniu do walki, jednak generał Busse wahał się przed podjęciem takiej decyzji, ponieważ stanowiliśmy jego jedyny odwód.
Rosjanie kontynuowali natarcie w ciągu nocy, a nad ranem wręcz nasilili ataki. Ich nieprzerwany ostrzał artyleryjski i bombardowanie z powietrza zaczynały teraz rujnować nasze stanowiska. Zdawaliśmy sobie sprawę, że nie będziemy mogli zatrzymać ich na podejściach do Seelow, ale wiedzieliśmy, że wzgórza zapewniały nam dobrą pozycję do odwrotu.
Mimo, że byliśmy świadomi faktu, iż jest to ostateczna bitwa o Berlin, wiedzieliśmy także – i było to przytłaczające uczucie – że nie będziemy w stanie zatrzymać Rosjan, choć desperacko staraliśmy się utrzymać na tyle długo, by umożliwić zachodnim aliantom podejście do Berlina i tym samym oszczędzić miastu perspektywy okupacji przez siły sowieckie.
W momencie gdy wejdziemy do walki, nie będzie już żadnych rezerw, a bez odwodów sytuacja będzie beznadziejna. Jakieś siedemdziesięt kilometrów terenu między Berlinem i Odrą było stosunkowo płaskie i poprzecinane tylko kilkoma pasmami wzniesień. Teren na zachód od wzgórz Seelow to liczne jeziora i lasy, jednak w tym masywie istniały drogi serwisowe dla służb leśnych, które z powodzeniem mogłyby być wykorzystane przez rosyjskie czołgi i jednostki zmechanizowane. Pomiędzy nami i Berlinem jedyną poważną przeszkodę dla rosyjskich czołgów stanowiły jeziora.
Gdy pracowaliśmy nad naszymi planami, korzystając z map i szkiców pozostawionych przez naszych poprzedników, zorientowaliśmy się, że nie posiadamy informacji o pozycjach obronnych w rejonie bliższym stolicy. Ponieważ mieliśmy walczyć w tamtym rejonie, zwróciliśmy się do 9 Armii z prośbą o udostepnienie nam stosownych informacji. W odpowiedzi otrzymaliśmy trochę bardzo ogólnych i pobieżnych map pozycji, na których nie było żadnych stanowisk wokół Berlina. Kiedy poprosiłem o bardziej szczegółowe dane, oficer operacyjny 9 Armii wpadł w złość i powiedział mi, że nie dysponuje bardziej dokładnymi informacjami oraz, że nie jest to mój interes!
Być może faktycznie nie wiedzieli więcej, niż nam powiedzieli, lub też do ostatniej chwili nie chcieli dzielić się informacjami w obawie, że wycofamy się zbyt szybko. Mnóstwo ludzi po cichu pytało, dlaczego rząd nie negocjuje zakończenia tej beznadziejnie przegranej wojny, nawet, gdyby oznaczało to bezwarunkową kapitulację. Być może sztab 9 Armii po prostu nam nie dowierzał.
Dotarcie do Seelow zajęło Rosjanom trzy dni, nawet przy całej ich ogromnej przewadze w ludziach i artylerii. Dysponowali także samolotami zwiadowczymi, których my nie mieliśmy i to także stawiało ich na uprzywilejowanej pozycji. Jednakże pagórkowaty teren po obu stronach Seelow sprawiał, że ich ruch do przodu odbywał się z trudem. Wieczorem drugiego dnia nasza linia frontu wciąż była nienaruszona, niemniej nie mogliśmy tolerować głębokich włamań, które mogły doprowadzić do załamania obrony.
Kwatera główna naszego korpusu znajdowała się w piwnicy willi w Waldsieversdorf. Cały czas w pogotowiu pozostawali łącznicy na motocyklach, w każdej chwili gotowi do odjazdu. Zawsze wiedzieli gdzie znajdują się dywizje i za każdym razem, gdy Weidling gdziekolwiek się udawał, zabierał ze sobą jednego czy dwóch motocyklistów. Nigdy nie mógł być pewien, że Rosjanie nie podsłuchują na linii, więc często zamiast dzwonić, wysyłał z wiadomością łącznika.
W końcu, 16 kwietnia o godzinie szóstej rano, aktywnie włączyliśmy się do boju o wzgórza Seelow, obejmując dowodzenie dwoma już tam walczącymi dywizjami, jak również naszymi dwoma odwodowymi jednostkami korpusu. Od tamtej chwili pracowaliśmy dwadzieścia cztery godziny na dobę, łapiąc jedną lub dwie godziny snu, gdy tylko pozwalały na to warunki. Nasz sztab pozostał tam, gdzie był, ale Weidling jeździł do dywizji, aby na miejscu zapoznać się z sytuacją i dowodzić walką bezpośrednio. W takich wypadkach zabierał mnie ze sobą. Jechaliśmy wtedy do sztabów naszych dwóch dywizji, żeby na miejscu omawiać sytuację z ich dowódcami. Siedziba sztabu 9 Dywizji Spadochronowej była pod ostrzałem artylerii i moździerzy. W ich kwaterze wpadłem wprost na mojego dobrego przyjaciela i kolegę z czasów Akademii Sztabu Generalnego, majora Engela, ale niestety nie było czasu na pogaduszki. Dowódcą 9 Dywizji Spadochronowej był generał lotnictwa, który był zbyt stary i najwidoczniej został wyznaczony na to stanowisko po rozdźwiękach z Göringiem. Weidling natychmiast wystąpił o jego zwolnienie i następnego dnia młody spadochroniarz, pułkownik Hermann, objął dowodzenie dywizją. Naszym sąsiadem z prawej strony był 101 Korpus 9 Armii, zaś z lewej strony stał 3 Korpus Pancerny.
Następny dzień, 17 kwietnia, przyniósł kolejne ataki nieprzyjaciela. Rosjanie rzucali do boju coraz więcej i więcej czołgów. 9 Dywizja Spadochronowa w jednym starciu zniszczyła czterdzieści czołgów, jednak Rosjanie nie przestawali naciskać, dokonując coraz głębszych wyłomów w naszej linii obrony. W niektórych miejscach dochodzili już do samych wzgórz Seelow. Dywizja Pancerna „Müncheberg” nie weszła jednak jeszcze do boju. Stała w pogotowiu na zachód od Seelow, przyszykowana do natychmiastowego wymarszu, gdyby nastąpiło decydujące włamanie. Na odcinku naszego korpusu najgroźniejsza sytuacja zaistniała na najbardziej wysuniętych flankach, gdzie traciliśmy kontakt z naszymi sąsiadami, jednak raz za razem udawało nam się załatać front. W nocy Weidling podjął decyzję o cofnięciu się na wzgórza po obu stronach Seelow, co miało uchronić nasze grupy bojowe przed zdziesiątkowaniem ich jedna po drugiej, gdyby rosyjskie włamania zostały pogłębione. Tym samym odtworzyliśmy ciągłą linię obrony na przygotowanych pozycjach.
W czasie bitwy Seelow kilkakrotnie przechodziło z rąk do rąk. Najpierw przerwało się kilka rosyjskich czołgów, potem dołączyła piechota. Zrobiła się mała wyrwa, ale linia obrony trzymała się po prawej i po lewej, więc Rosjanie byli zmuszeni czekać na posiłki. W czasie tej przerwy dowodzący niemiecką obroną rzucił do kontrataku swój rezerwowy batalion i ponownie wypchnął Rosjan z Seelow. Następnie Rosjanie doczekali się wsparcia i znowu wzięli miasto. Walcząca na tym odcinku dywizja posłała do walki ostatnie rezerwy i odbiła Seelow. To wzajemne wypychanie się trwało przez jakiś czas. Opis na papierze zawsze wygląda sucho i niemal klinicznie czysto, ale każda taka zmiana położenia oznaczała dla rosyjskich i niemieckich żołnierzy strach i śmierć.
Zaciekła niemiecka obrona trwała nadal, chociaż wróg przeważał w stosunku dziesięć do jednego i nasze dywizje szybko się wykrwawiały. Każdego dnia ponosiliśmy straty, których nie można było uzupełnić i w końcu Rosjanie zaczęli się przebijać. Trzymaliśmy środek linii frontu, jednak przeciwnik zaczął się przelewać z obu stron, próbując obejść Berlin z północy i od południa. Mógł nas okrążyć, wszelako z jakiejś przyczyny tego nie uczynił. Prawdopodobnie sądził, iż na wschód od Berlina istnieją silne linie obronne i starał się uniknąć walk na tej rubieży poprzez obejście miasta od północy i południa. Gdyby Rosjanie wiedzieli, że stolica broniona jest wyłącznie przez oddziały Hitlerjugend i Volkssturmu, odcięliby nas od miasta i Berlin byłby ich. Teraz zaś, gdy głęboko obeszli nas z flanki, trzeba było się cofać.
Za Wzgórzami Seelow znajdowały się liczne jeziora i trochę wzniesień, tak więc zdecydowaliśmy, że oprzemy o nie naszą kolejną rubież obrony.
18 KWIETNIA o godzinie siódmej rano ciężkie bomby spadły w pobliżu naszej kwatery głównej w willi w Waldsieversdorf, więc zaczęliśmy przygotowywać punkt dowodzenia w lesie w pewnej odległości od wsi. Tego samego dnia Rosjanie ponownie przerwali się na północ i na południe od nas. Weidling skierował teraz do walki na prawym skrzydle korpusu Dywizję Pancerną „Müncheberg”, gdyż rosyjskie czołgi przerwały się w rejonie miasta. Po drugiej stronie naszego frontu, na odcinku zajmowanym przez lewe skrzydło 9 Dywizji Spadochronowej, sytuacja robiła się coraz bardziej dramatyczna. Zarysowała się groźba przełamania na lewej flance i pojawiło się niebezpieczeństwo okrążenia naszego korpusu w okolicach jezior. Niemalże z godziny na godzinę sytuacja stawała się coraz bardziej rozpaczliwa i coraz trudniej było utrzymać duch bojowy. 9 Armia obiecała, iż z dniem 19 kwietnia przekaże pod rozkazy naszego korpusu 18 Dywizję Pancerną.
Rankiem 19 kwietnia przeniosłem się do lasu wraz z najbardziej niezbędną częścią personelu. Gotowych było tylko kilka schronów, ale chciałem być gotów do pracy na miejscu, gdy okaże się, że nie będzie już można pozostawać w willi. Początkowo wciąż było jeszcze bardzo zimno, lecz wkrótce wstało słońce i mogłem zdjąć swój podbity futrem szynel.
Wtedy przybył do nas generał Heinrici, dowódca Grupy Armii Wisła, w której skład wchodziliśmy. Zaakceptował decyzje podjęte przez Weidlinga i ostrzegł przed niebezpieczeństwem przełamania frontu na styku 9 Armii i 3 Armii. Oczekiwaliśmy, że 18 Dywizja Pancerna w ciągu dnia przybędzie z okolic Szczecina i znajdzie się pod naszym dowództwem.
Wkrótce po odjeździe generała Heinrici przyjechał generał Busse. On również zaaprobował sposób, w jaki prowadziliśmy działania bojowe i powiedział nam, że możemy otrzymać także Dywizję Grenadierów Pancernych SS „Nordland”. Dywizja, za wyjątkiem nielicznych niemieckich oficerów, składała się z norweskich, szwedzkich i duńskich ochotników. (W wielu okupowanych krajach do specjalnych jednostek rekrutowano ochotników spośród młodych ludzi popierających filozofię Hitlera. Rekrutacja była szczególnie skuteczna w krajach skandynawskich, gdyż poglądy Hitlera odnośnie wyższości rasy nordyckiej brzmiały przekonująco dla wielu Skandynawów.)
W dniu 19 kwietnia, w czasie krótkiej przerwy w walkach, do sztabu naszego korpusu przybył Artur Axmann – Dowódca Młodzieży Rzeszy. Axmann, który był nieco po trzydziestce, w 1941 roku stracił rękę w bojach z Rosjanami. Na jego prośbę nakreśliliśmy mu obraz sytuacji, a wtedy on zaproponował nam wsparcie w postaci batalionu złożonego z członków Hitlerjugend. Weidling początkowo nie zaakceptował propozycji, gdyż nie chciał wysyłać do walki dzieci, ale ostatecznie, niechętnie i niemalże ze smutkiem, zgodził się obsadzić chłopcami pozycję ryglową na tyłach frontu w celu zabezpieczenia północnego skrzydła korpusu przed penetracją ze strony przerywających się tam sił nieprzyjaciela. Także Goebbels przysłał nam na miejsce kilka batalionów obrony cywilnej Volkssturmu, czego nie powinien był robić (winien był najpierw skontaktować się z nami i sprawdzić, czy w ogóle chcemy, aby je do nas skierował). Następnie odwiedził nas kolejny wysoki rangą cywil. W piwnicach willi w Waldsieversdorf pojawił się minister spraw zagranicznych Rzeszy, von Ribbentrop. Po zapoznaniu się z sytuacją von Ribbentrop poprosił o zgodę na odwiedzenie jednej z naszych dywizji i Weidling skierował go do Dywizji Pancernej „Müncheberg”. Von Ribbentrop sprawiał wrażenie przygnębionego i w pewnym sensie zdezorientowanego. Ubrany był w skórzany płaszcz oficerski bez oznak stopnia wojskowego i czapkę z dużym orłem korpusu dyplomatycznego.
Jego pojawienie się na froncie było zupełnie nie na miejscu. Nie powinien nawet wypytywać nas o sytuację bojową. Nie wchodziło to w zakres jego obowiązków i nie miało nic wspólnego z jego pracą. Jeśli chciał zaznajomić się z położeniem na froncie, wystarczyło zwrócić się do szefa sztabu generalnego w kwaterze Hitlera i tam powiedziano by mu, czego może się spodziewać, jak długo możemy się utrzymać, itd. Ale nie jego sprawą było przebywanie w sztabie korpusu aktywnie biorącego udział w walkach. Jakiś czas po jego odjeździe zadzwoniono do mnie z Dywizji Pancernej „Müncheberg” z informacją, iż von Ribbentrop zażądał, aby umożliwiono mu towarzyszenie grupie rozpoznawczej w patrolu bojowym. Powiadomiłem o tym Weidlinga, który nie zgodził się na prośbę ministra, logicznie tłumacząc odmowę wiekiem Ribbentropa, brakiem stosownego wyszkolenia i doświadczenia oraz faktem, że w swoim mundurze stanowiłby bardzo łakomy cel, co z pewnością doprowadziłoby do jego śmierci w czasie patrolu. Na tym sprawa się zakończyła i von Ribbentrop opuścił stanowiska dywizji nie wracając już do nas.
W międzyczasie ataki Rosjan nie ustawały i zaczęliśmy mieć kłopoty w utrzymaniu łączności pomiędzy 3 Armią i 9 Armią, dokładnie tak, jak przewidział Heinrici. Nasza 9 Dywizja Spadochronowa zameldowała o ostatecznym utraceniu kontaktu ze 101 Korpusem 3 Armii na północy. Następnie, rosyjska 2 Armia Pancerna zdołała przełamać nasz front, zagrażając tym samym naszej lewej flance. Zaczęły napływać pododdziały 18 Dywizji Pancernej. W desperacji rzucaliśmy je do walki oddzielnie, gdy tylko do nas dołączały. Dzięki temu zdołaliśmy zatrzymać postępy Rosjan na naszym lewym skrzydle.
Na naszej prawej flance Dywizja Pancerna „Müncheberg” uwikłana była w zażarte walki z rosyjskimi siłami pancernymi i wieczorem utraciliśmy kontakt z naszym sąsiednim korpusem po prawej stronie. Aby zapobiec obustronnemu oskrzydleniu oraz by uniemożliwić Rosjanom swobodny dostęp do Berlina, Weidling zadecydował o cofnięciu się na rubież Müncheberg – Waldsieversdorf, którą obraliśmy za naszą kolejną, główną pozycję obronną.
Jednak w niektórych miejscach Rosjanie zdołali już przekroczyć linię Müncheberg – Waldsieversdorf. O godzinie osiemnastej słyszeliśmy już w pobliżu odgłosy wybuchających pocisków moździerzowych i terkot karabinów maszynowych. Z tego względu przenieśliśmy siedzibę sztabu do Kolonie Herrenhorst, małej osady na porośniętym sosnowym lasem wzgórzu na południe od Strausberga. Do godziny dwudziestej byliśmy gotowi do dalszej walki. Nocą podeszła Dywizja SS „Nordland”. Dodatkowo pod naszą komendę przeszły pododdziały ciężkiej artylerii przeciwlotniczej ze Strausberga. Niestety, miały one na wyposażeniu wyłącznie działa kalibru 88 mm, ale mogły one przynajmniej zapobiec niespodziewanemu atakowi czołgów na naszą głęboką flankę.
Nakreśliłem rozkazy dla artylerzystów przeciwlotniczych i przekazałem je Weidlingowi do podpisu, a następnie zapoznałem przeciwlotników z aktualną sytuacją bojową.
Nasz korpus miał teraz przeciwko sobie całą rosyjską grupę armii, którą Rosjanie określali mianem „frontu”. O ile nie grupą armii, to powinniśmy być przynajmniej armią, a nie pojedynczym korpusem. Rzecz jasna, nie było szans na to, byśmy mogli się tu utrzymać lepiej niż gdziekolwiek indziej i oczywiste było, że będziemy zmuszeni do wycofania się do samego Berlina. Rosjanie już ostrzeliwali miasto.
Nad ranem 20 kwietnia wreszcie mogłem zamknąć oczy choć na kilka godzin. Gdy zapadałem w sen, myślałem o porywającym przemówieniu radiowym Goebbelsa, w którym opowiadał o cudownej broni, mającej jeszcze umożliwić nam zwycięstwo. Niekończąca się kakofonia sloganów i propagandy w wykonaniu rządu w Berlinie brzmiała na pierwszej linii frontu jak zwykła dziecinada. Nasz sztab mieścił się wtedy w domku pracownika kolei, który słuchając Goebbelsa wierzył święcie w każde jego słowo. Chociaż nie mogłem powiedzieć im, że Rosjanie prawdopodobnie wpadną do ich domu w ciągu najbliższych trzydziestu sześciu godzin, poradziłem im przynajmniej, aby odesłali gdzieś swoją szesnastoletnią córkę.
Obudziły mnie eksplozje pocisków małego kalibru, które spadały wszędzie wokół. Doszedłem do wniosku, że ostrzał muszą prowadzić czołgi, znajdujące się jeszcze o jakieś półtora kilometra na północ od nas. Nasza główna pozycja obronna była już w niektórych miejscach opanowana przez Rosjan. Rosyjskie czołgi i piechota przerwały się na prawo od nas i znajdowały się już na południowy zachód od siedziby sztabu korpusu. Rzuciliśmy przeciwko nim Dywizję Grenadierów Pancernych SS „Nordland” z zadaniem zabezpieczenia południowej flanki korpusu.
Sprawdziliśmy teren na południu, w pokrytym jeziorami rejonie Strausberga z myślą o nowej linii oporu. Jeśli przed nadejściem Rosjan zdołalibyśmy zabezpieczyć cały rejon pomiędzy jeziorami, byłaby szansa na stawienie oporu w tamtym miejscu. Gdyby tylko Goebbels skierował tam bataliony obrony cywilnej zamiast wysyłać je tam, gdzie je wysłał! Po drodze do Kolonie Herrenhorst dowiedziałem się, że większość pododdziałów Volkssturmu została już rozproszona atakami z powietrza. Do pomocy w obsadzeniu nowych stanowisk obronnych w okolicach jezior pod Strausbergiem można było wysłać tylko resztki dwóch batalionów.
W ciągu dnia frontalne ataki Rosjan osłabły, gdyż przeciwnik skierował wszystkie pozostające w jego dyspozycji siły w luki po obu stronach naszego korpusu celem wykorzystania osiągniętego tam sukcesu. Batalion złożony z członków Hitlerjugend, którego tak niechętnie użył Weidling, poprzedniej nocy przeszedł swój chrzest bojowy na swoich pozycjach na północ od Waldsieversdorf. W czasie ataku rosyjskich czołgów, stojący na czele batalionu dziewiętnastoletni dowódca Hitlerjugend całkowicie utracił kontrolę już na samym początku boju. Krzyki jego rannych chłopców zupełnie wytrąciły go z równowagi. Krzycząc na równi z nimi, nakazał porzucenie zajmowanych stanowisk, nie meldując o tym nikomu w korpusie lub gdziekolwiek indziej! Chłopcy rozbiegli się na wszystkie strony.
Z powodu tej decyzji na naszym lewym skrzydle zarysowała się bardzo niebezpieczna sytuacja. Na szczęście wysłani tam niszczyciele czołgów z 18 Dywizji Grenadierów Pancernych zdołali załatać powstałą lukę.
Po południu, w odległości około trzech kilometrów od siedziby sztabu naszego korpusu, rozgorzały zacięte boje między stacjonarnymi bateriami artylerii przeciwlotniczej i rosyjskimi czołgami posuwającymi się w kierunku Strausberga. Pomimo dzielnego oporu i zniszczenia wielu nieprzyjacielskich maszyn, przeciwlotnicy nie byli w stanie zatrzymać wroga na długo, szczególnie, gdy do walki z nimi skierowano piechotę. Z tego powodu, ponownie stając w obliczu zagrożenia okrążeniem, rozkazaliśmy cofnięcie obrony na linie jezior w okolicy Strausberga. O godzinie dwudziestej przenieśliśmy punkt dowodzenia do Elisenhof, około trzy kilometry na południe od Altlandsberg.
Po drodze na miejsce wszędzie mogliśmy zaobserwować wzmożoną aktywność nieprzyjacielskiego lotnictwa. Jadąc z Altlansbergu widziałem płonące domy, jak również spalone rosyjskie czołgi, zniszczone ogniem naszych dział przeciwlotniczych w momencie, gdy zbliżały się do naszych stanowisk z tego samego kierunku. Sama wieś była już w rękach Rosjan, a Elisenhof znajdowało się tylko około trzech kilometrów stamtąd – pomiędzy nami i Rosjanami nie było żadnych oddziałów! Major Wolff natychmiast zajął się organizowaniem lokalnej obrony z pisarzy i kierowców w miarę, gdy tylko nadjeżdżali. Położyłem się wtedy na moment aby złapać chwilę odpoczynku, gdyż linie telefoniczne nie zostały jeszcze przeciągnięte i jak na razie nie mogłem nic zrobić. Poza tym było jasne, że sztab i tak nie może pozostać w tym miejscu, gdyż wraz z utratą Altlandsbergu pozycja korpusu na przewężeniu między jeziorami została po raz kolejny oskrzydlona.
20 kwietnia przed północą Weidling i von Dufving przybyli z Kolonie-Herrenhorst. Podjęli decyzję o ponownej relokacji sztabu do miejsca, gdzie moglibyśmy korzystać z ochrony naszych dywizji; nowy punkt dowodzenia miał znajdować się w południowo-wschodniej części Petershagen.
Polnymi drogami, lawirując na południe z powodu nowych doniesień o ruchach nieprzyjaciela, dotarłem do Petershagen. Większość mieszkańców uciekła, w piwnicach pozostała tylko garstka osób w starszym wieku. Zlokalizowałem kilka domostw, które nadawały się na siedzibę sztabu i łącznościowcy szybko przeciągnęli linie telefoniczne do naszych dywizji. Jednakże ogień rosyjskiej artylerii bez przerwy rwał kable i przez kilka godzin byliśmy pozbawieni przewodowej łączności z dowództwem 9 Armii.
21 kwietnia o godzinie siódmej rano, gdy jadłem akurat jakąś jajecznicę, nadeszła wiadomość radiowa ze sztabu 9 Armii: „Od teraz oczekuję zdecydowanej postawy w walce. Sztab korpusu ma natychmiast przemieścić się na wschodnie przedmieście Berlina. Busse.” Najwidoczniej dowództwo 9 Armii było przekonane, iż siedzimy w samym środku Berlina! Przekazałem informację Weidlingowi, który wpadł w złość i nakazał przesłanie drogą radiową do 9 Armii następującej informacji: „Sztab korpusu walczy z piechotą nieprzyjaciela pięć kilometrów na wschód od przedmieść Berlina. Weidling.”
Meldunki nadsyłane przez nasze dywizje świadczyły o nasilających się frontalnych atakach Rosjan, co zmusiło nas do wysłania do boju ostatnich rezerw.
W niektórych miejscach nieprzyjaciel przerwał się już przez przewężenia między jeziorami lub forsował przeszkody wodne na łodziach. Oznaczało to, że nie mamy innego wyboru, jak rzucenie wszystkich zdolnych do walki pododdziałów do bezpośredniej obrony Berlina, chociaż także i tam, w okolicach Altlandsbergu, zdążyły się już pojawić włamania od strony północnej.
Tego samego dnia w Köpenick byłem świadkiem, jak wyładowana chlebem ciężarówka, która musiała się zatrzymać w korku, została ogołocona z ładunku przez kobiety, dzieci i starsze osoby. Kierowca stał obok i nie będąc w stanie nic zrobić, zasłaniał tylko pojazd rękoma. Jego ciężarówkę opróżniono w ciągu kilku minut.
Wschodnie przedmieścia Berlina, takie jak Friedrichsfelde, Kaulsdorf-Süd i Karlshorst były już pod nieprzerwanym ostrzałem lekkiej artylerii, najprawdopodobniej z kierunku Altlandsberg. W międzyczasie na siedzibę sztabu korpusu wybrano kilka willi na południowym skraju Kaulsdorf-Süd. Z prawym skrzydłem opartym o jezioro Müggelsee planowaliśmy utrzymać rubież na odcinku Hoppegarten – Kaulsdorf – Marzahn, gdzie mieliśmy łączyć się z linią obrony Berlina. Oznaczałoby to jednak, że na prawym skrzydle nie mielibyśmy styczności z 11 Korpusem Pancernym SS. Poprosiliśmy dowództwo 9 Armii o zgodę na zamknięcie tej luki. W odpowiedzi otrzymaliśmy instrukcje, aby zostawić północny brzeg Szprewy, połączyć się z linią obrony Berlina w Parku Treptower i wyciągnąć nasze prawe skrzydło na południowy wschód wzdłuż Szprewy celem ponownego nawiązania styczności z 9 Armią.
Dzisiaj było już zbyt późno na podjęcie takich ruchów. Dywizjom wydano rozkazy, aby dokonać przemieszczenia następnej nocy. Ja natomiast przez resztę nocy miałem możliwość przespania się na łóżku przez całe trzy godziny. Gdzieś po północy, 22 kwietnia, obudził mnie odgłos wybuchających pocisków lekkiej artylerii i moździerzy, które rwały się w okolicy. Zszedłem do schronu przeciwlotniczego w szpitalu dla dzieci i seniorów, który znajdował się po sąsiedzku i gdzie w międzyczasie zdążono już przygotować siedzibę naszego sztabu. Opróżniono tam dla nas trzy czy cztery pokoje. W pozostałych, większych pomieszczeniach, znajdowało się czterdzieścioro lub pięćdziesięcioro dzieci w towarzystwie piętnastu lub dwudziestu pielęgniarek.
Na zewnątrz robiło się coraz bardziej niebezpiecznie, gdyż w Köpenick przerwały się rosyjskie czołgi i teraz krążyły w niedalekiej okolicy. Polowały na nie grupki niemieckich niszczycieli czołgów wyposażone w pancerfausty i czołgi ostrzeliwały się szaleńczo na wszystkie strony. Ze wszystkich dywizji napływały meldunki o nowych rosyjskich atakach przy wsparciu broni pancernej. Nacisk Rosjan był szczególnie silny na prawym skrzydle, gdzie ich marsz został jednak zastopowany na linii Szprewy. Na północy Rosjanie weszli w szeroką lukę wiodącą na zachód, jaka utworzyła się w Werneuchen.
Rankiem 22 kwietnia przenieśliśmy nasz punkt dowodzenia do Rudow, siedem kilometrów na południowy zachód od Köpenick. Moim zadaniem było pozostanie w dotychczasowej siedzibie do godziny dwudziestej pierwszej, a następnie dołączenie do sztabu po tym, jak zameldują się wszystkie nasze dywizje.
W ciągu dnia docierały do mnie przybliżające się odgłosy broni ręcznej – znak, że piechota walczy coraz bliżej. Wyglądało na to, że schronienie dla dzieci będzie w rękach Rosjan do czasu, gdy zgodnie z rozkazem miałem opuścić to miejsce. Wystawiłem czujki, aby z wyprzedzeniem dowiedzieć się o nadejściu nieprzyjaciela i uniknąć niewoli.
Jeden po drugim sztaby naszych dywizji meldowały o opuszczeniu dotychczasowych miejsc dyslokacji. Około godziny dwudziestej przybył oficer operacyjny 9 Dywizji Spadochronowej w towarzystwie mojego kolegi z Akademii Sztabu Generalnego, majora Engela, który był moim najbliższym przyjacielem z okresu szkolenia na uczelni. Omówiliśmy sytuację, o której mi raportował, a ja przekazałem informację do dowództwa 9 Armii.
Walka nie miała oczywiście żadnego sensu i nie byliśmy w stanie pojąć, dlaczego nasz rząd nie prosi o pokój, aby uniknąć bezrozumnej rzezi. Propaganda i slogany nie wyrzucą przecież Rosjan z Niemiec! W najbardziej optymistycznych założeniach moglibyśmy stawiać opór jeszcze przez kilka tygodni. Przez całą wojnę nie dysponowaliśmy taką siłą ognia, jaką teraz Rosjanie obracali przeciwko nam na tym jednym wąskim odcinku frontu. To, co działo się z naszymi oddziałami, było po prostu nieludzkie. Ludzie walczyli teraz wyłącznie dzięki determinacji, desperacji i dzikiej odwadze. Przypomniało mi się przezwisko, jakiego wielu używało teraz w odniesieniu do Hitlera: Gröfaz (Größter Feldherr aller Zeiten – Największy Generał Wszechczasów).
Engel i ja omówiliśmy bieżącą sytuację raczej jak bliscy przyjaciele, a nie oficerowie operacyjni korpusu i dywizji. Nakreśliłem mu obraz ogólnej sytuacji na tyle, na ile pozwalały posiadane przeze mnie informacje. Na zachodzie alianci stali nad Łabą uchwyciwszy kilka niedużych przyczółków na wschodnim brzegu rzeki, ale nie podejmowali dalszych ataków w kierunku wschodnim. Zadziwiało nas to, ponieważ walczyliśmy tak zaciekle przeciwko Rosjanom w nadziei, iż zdołamy ich powstrzymać do czasu, gdy nadejdą siły zachodnich aliantów, aby wziąć Berlin. Teraz stawało się oczywiste, że alianci nie są zainteresowani Berlinem i utrzymaniem Rosjan poza miastem.
W pobliżu Guben i Forst Rosjanie rozerwali front 4 Armii Pancernej z Grupy Armii Schörnera i maszerowali nam za plecami. Byliśmy zmuszeni zająć się problemem przełamania linii frontu na styku 9 i 3 Armii, gdzie w lukę wlewała się rosyjska piechota zmotoryzowana, która bez napotykania oporu kierowała się na zachód i omijała Berlin. Oznaczało to, że niezakłócony ruch z Berlina w kierunku zachodnim prawdopodobnie możliwy będzie tylko przez krótki czas.
Przez chwilę omawialiśmy z Engelem pomysł wskoczenia do mojego samochodu i wyrwania się z kotła czarownic. Koniec musiał nadejść wraz z okrążeniem Berlina przez Rosjan. Pozostanie na miejscu oznaczało rosyjską niewolę lub śmierć. Jeśli ucieklibyśmy na zachód, oznaczałoby to wolność, lub w najgorszym przypadku brytyjską lub amerykańską niewolę, co nie było zbyt niepokojące. Ale takie działanie było jednocześnie równoznaczne z porzuceniem wszystkich tych, którzy wciąż tak desperacko walczyli i żaden z nas nie mógł znieść myśli o pozostawieniu tych odważnych żołnierzy. Zdecydowaliśmy, że zostaniemy i spełnimy swój obowiązek do końca. Nie ulega wątpliwości, że z naszymi czerwonymi lampasami i chorągiewką sztabu korpusu na moim samochodzie przejechalibyśmy przez wszystkie posterunki i blokady. Nikt w naszych sztabach nie kwestionowałby naszego zniknięcia; po prostu założonoby, że nie byliśmy w stanie wydostać się z naszej poprzedniej siedziby, i że prawdopodobnie zostaliśmy zabici lub wzięci do niewoli. Lecz nasza duma i poczucie obowiązku nie pozwalały nam na taki krok.
O GODZINIE dwudziestej pierwszej, po odebraniu raportu od naszej ostatniej dywizji, wsiadłem do swojego Kübelwagena. Strzelanina trochę przycichła. Pielęgniarki desperacko starały się zabrać ze mną (wiele z nich wraz z niektórymi dziećmi wyjechało wcześniej innymi naszymi samochodami). Biedne, nieszczęsne kobiety nasłuchały się wielu relacji o gwałtach i niczym nieuzasadnionym okrucieństwie, które były powszechne przy nadejściu Rosjan i były przerażone na myśl o spotkaniu z rosyjskimi żołnierzami. Mogłem jednak zabrać tylko jedną z nich, gdyż wraz ze mną musiało jechać jeszcze kilku członków sztabu i w samochodzie pozostawało miejsce tylko dla jednej osoby. Z ciężkim sercem, wszystkie, poza jedną kobietą, musiałem pozostawić ich własnemu losowi. Pozostawiłem pielęgniarkom decyzję w kwestii wyboru osoby, która ze mną odjedzie. Nie mam pojęcia, w jaki sposób o tym zadecydowały, ale o wyznaczonym czasie pojawiła się jedna z nich.
W Oberschöneweide musieliśmy jechać pod ciągłym ostrzałem, do którego teraz dołączyła także ciężka artyleria. Ogarniało nas uczucie bliskie przerażeniu, gdy wszędzie rozrywały się ciężkie pociski, a dachówki, ramy okienne i płyty chodnikowe fruwały wokół. Odnosiło się wrażenie, że dookoła nas eksploduje cały świat. Ostrzał artyleryjski w mieście jest dużo bardziej przerażający niż w otwartym terenie. Za każdym razem, gdy pocisk trafiał w coś ponad naszymi głowami i rozrywał się tam, zasypywał nas deszcz odłamków i kawałków tego, co zostało trafione. Byłem rad, gdy zostawiliśmy za sobą most na Szprewie, który był prawdopodobnie celem całej artylerii rosyjskiej. Na dokładkę, za godzinę po tym moście przechodzić miały dwie nasze dywizje.
Kiedy przybyłem do Rudow, w piwnicy dużego budynku szkolnego, w którym ulokowana była nasza kwatera główna, panowało wielkie poruszenie. W kilku wsiach na południe i na zachód od Rudow pokazały się rosyjskie transportery opancerzone i piechota zmotoryzowana. Major Wolff ponownie musiał organizować straże dla obstawienia najbliższej okolicy sztabu korpusu.
Chociaż te nieprzyjacielskie pododdziały były najpewniej jednostkami rozpoznawczymi, które wycofałyby się po napotkaniu najmniejszego oporu, z pewnością nie byłoby dla nas wielką przyjemnością, gdyby na dziedzińcu naszej szkoły nagle pojawiły się trzy samochody pancerne.
Wycofywanie naszych dywizji z dotychczasowych pozycji już się rozpoczęło. Dzięki dobremu zgraniu kolumn marszowych i sprawnym działaniom służb kontroli ruchu, oderwanie się czterech dywizji od nieprzyjaciela i przemarsz po dwóch mostach, zapoczątkowany nocą 22 kwietnia, rozpoczął się całkiem dobrze. Dywizja SS „Nordland”, która obecnie stała na lewym skrzydle i jako pierwsza została zwolniona, miała utworzyć ograniczony przyczółek wokół Oberschöneweide celem zabezpieczenia odwrotu pozostałych jednostek.
Dowódca dywizji, Brigadeführer SS Ziegler, zgłosił swój sprzeciw wobec otrzymanego rozkazu, gdyż sądził, iż Weidling zamierza poświęcić jego dywizję w imię ratowania innych jednostek. Do przyjęcia rozkazu zmusił go wyłącznie wybuch wściekłości Weidlinga. Incydent ten był oznaką załamywania się dyscypliny wojskowej. Wcześniej, Ziegler nigdy nie kwestionowałby rozkazu.
Po krótkim odpoczynku zacząłem odbierać pierwsze meldunki. Oderwanie się od nieprzyjaciela, i to bez większych strat, zakończyło się sukcesem. Był 23 kwietnia 1945 roku. Przyczółek Oberschöneweide był wciąż w naszych rękach!
W Köpenick coś jednak poszło tragicznie źle. Zadaniem naszej 20 Dywizji było utrzymanie Köpenick tak, abyśmy mogli dysponować stabilnym frontem od tej dzielnicy do południowej strony Szprewy, ale dywizja nie była w stanie wytrwać i Köpenick zostało opanowane przez nieprzyjaciela. Rzecz jasna, na wypadek odwrotu dywizja powinna była wysadzić most na Szprewie, jednak Rosjanie uderzyli tak wielkimi siłami, że most nie został całkowicie zniszczony i wciąż nadawał się do użytku.
Umożliwiało to Rosjanom użycie mostu do przerzucenia czołgów na drugą stronę rzeki, więc Weidling wydał dowódcy dywizji rozkaz odbicia mostu i ostatecznego jego zniszczenia. Dowodzący 20 Dywizją pułkownik Scholze zaszokował wszystkich odpowiadając, iż jego dywizja jest wyczerpana i zdziesiątkowana i nie jest w stanie przeprowadzić nakazanego kontrataku.
Oczywiście Weidling, na wieść, iż jego dowódca dywizji odmawia wykonania rozkazu, wybuchnął. Wiedział, że w Akademii Sztabu Generalnego zostałem przeszkolony do prowadzenia dywizji w boju, nakazał mi więc udanie się do Köpenick, objęcie dowództwa dywizji i przeprowadzenie kontrataku. Pomysł, aby major dowodził dywizją był groteskowy, ale nie było nikogo innego, kogo mógłby posłać. Nie mógł zrezygnować z von Dufvinga, który zastępował go w sztabie korpusu podczas jego nieobecności, a poza tym zdawał sobie sprawę, że jestem w stanie wypełnić postawione zadanie, i że to zrobię. W wieku dwudziestu ośmiu lat uczyniłoby mnie to najmłodszym i najniższym stopniem dowódcą dywizji w historii niemieckiej armii!
W prostej linii Köpenick leżało w odległości około sześciu kilometrów, ale musiałem używać objazdów, aby uniknąć miejsc, gdzie toczyły się walki. W głowie miałem zamęt, ponieważ wiedziałem, że dowódca, którego mam zmienić, był dobrym żołnierzem o nienagannym przebiegu służby wojskowej, którą teraz zniszczy sąd polowy. Znałem Weidlinga i wiedziałem, że potrafi wybuchnąć w taki sposób. Oczywistym jest, że nie mógł tolerować odmowy wykonania rozkazu przez dowódcę dywizji, a tym bardziej rozkazu, który po prostu musiał być wykonany. Utrzymanie przez Rosjan mostu i przerzucenie czołgów na drugi brzeg Szprewy stwarzało dla 9 Armii fatalne perspektywy.
Gdy przybyłem na miejsce, rozmawiałem najpierw z oficerem operacyjnym w stopniu podpułkownika. Dowiedziałem się, że pułkownik Scholze na krótko przed otrzymaniem rozkazu Weidlinga dowiedział się, iż jego żona i dzieci zginęły w nalocie bombowym. Chwilowo stracił panowanie nad sobą, co było dla mnie zrozumiałe. Ale Weidling nie tolerował tego typu słabości. Jestem pewien, że gdyby przytrafiło się to jemu, dotknęłoby go tak samo silnie, ale nie pozwoliłby, żeby przeszkodziło mu to w wypełnianiu obowiązków. Oficer operacyjny powiedział mi także, że Scholze opanował się jednak i nakazał odbicie mostu. W takiej sytuacji wycofałem się dyskretnie i powróciłem do sztabu korpusu, gdzie poinformowałem generała Weidlinga o zaistniałych okolicznościach. Wracając, podjąłem pewne ryzyko, gdyż powrót oznaczał, że nie wykonałem jego rozkazu. Ponieważ atak był jednak w toku, Weidling był usatysfakcjonowany. Most odbito i wysadzono w powietrze, jednak za cenę znacznych strat z naszej strony.
Tymczasem nadeszły alarmujące wieści od 18 Dywizji Pancernej, dotyczące silnego naporu nieprzyjaciela na odcinku Szprewy. Wraz z Weidlingiem pojechałem do Altglienicke do sztabu 18 Dywizji Pancernej. Generał chciał osobiście ocenić sytuację. Dzielnica było pod bezustannym ostrzałem artylerii. Nieprzyjacielska piechota atakowała od strony Köpenick i od wschodu, gdzie Rosjanie, których do tej pory zdołano powstrzymywać, przeprawiali się już przez rzekę na promach. Mieliśmy tam działa przeciwlotnicze – niestety stacjonarne – które można było wykorzystać w walce z rosyjskimi czołgami. Dowódca dywizji, generał Rauch, sądził, że będzie w stanie utrzymać się do wieczora. Od południa, skąd Rosjanie jeszcze nie atakowali, miał tylko słabą pozycję osłonową wzdłuż brzegów Szprewy.
Niezależnie od okoliczności musieliśmy przemieścić siedzibę sztabu na przedmieścia Berlina, więc udałem się na poszukiwanie odpowiedniego miejsca. Pomimo naszych wysiłków wciąż nie mogliśmy się dowiedzieć niczego o lokalizacji linii obrony miasta. Z tego względu musiałem jak najszybciej nawiązać kontakt z jakimś lokalnym punktem dowodzenia. Najpierw jednak należało znaleźć nowe miejsce dla sztabu, gdyż ogień piechoty stawał się coraz bardziej intensywny. Około godziny dziewiątej rano, jadąc Kübelwagenem pod ogniem moździerzy, dojechałem autostradą do Berlina. Gdy dotarłem do Schöneiche, przedmieścia Berlina, które wstępnie wybraliśmy na umiejscowienie sztabu, stało się jasne, że także i tutaj nasz personel nie będzie w stanie normalnie pracować – rosyjska piechota posuwała się już wzdłuż torów kolei miejskiej od strony Erkner i Köpenick.
Zdecydowałem, że najlepszym miejscem będzie stacja kolejki w Rahnsdorf i zadzwoniłem do von Dufvinga, aby tam przyjechał. Po przybyciu zaakceptował mój wybór i zaczął nadzorować rozwijanie sztabu korpusu. Teraz mogłem wreszcie udać się na poszukiwania tych, którzy odpowiadali za obronę miasta. Musiałem odszukać tych ludzi i podjąć próbę koordynacji ich działań z naszymi. Wiedzieliśmy, że coś tam zostało przygotowane, chociaż domyślaliśmy się, że cokolwiek by to nie było, będzie raczej obsadzone Volkssturmem i oddziałami Hitlerjugend, niż prawdziwym wojskiem.
Gdy znalazłem stanowiska obronne przyszykowane pierścieniem wokół Berlina, doznałem szoku. Składały się z absolutnie nieobsadzonych, pustych dołków strzeleckich i blokad na drogach!
Z oburzeniem stwierdziłem, że pozycje obronne były wyłącznie kreską na mapie. Do obowiązków Goebbelsa, jako cywilnego komisarza obrony stolicy, należało przygotowanie tych stanowisk, ale teraz bolesna prawda była taka, że nie miał pojęcia, jak się za to zabrać. Tyle tylko można powiedzieć w kwestii zdolności Goebbelsa do przyjęcia jakiejkolwiek odpowiedzialności wojskowej. Zdołałem zdobyć mapy tego, co miało stanowić pas umocnień wokół Berlina, żeby chociaż móc zaplanować rozlokowanie tam naszych dywizji, gdy już do tego dojdzie. Wszystko, co poza tym znalazłem, sprowadzało się do punktu dowodzenia i personelu sztabowego, składającego się z kilku oficerów-inwalidów. Nie dowodzili żadnymi oddziałami, a niektórzy z nich nie wiedzieli nawet, gdzie znajdują się stanowiska obronne.
Najwyraźniej niekompetencja była w Berlinie na porządku dziennym.
Tak więc Berlin nie miał żadnych umocnień, a lekkie i szybkie pododdziały Rosjan przesączały się między naszym korpusem (najbardziej na północ wysuniętą częścią składową 9 Armii) i korpusem 3 Armii, znajdującym się na jego skrajnej, południowej flance. Gdyby którykolwiek z tych korpusów posiadał odwody, mogłyby one uratować sytuację, jednak nikt z nas nie miał już żadnych rezerw i wszystko, na co mogliśmy liczyć, to opóźnienie postępów Rosjan o kolejny dzień lub dwa.
Gdy wróciłem do sztabu, nadszedł właśnie radiowy rozkaz generała Busse (nie mieliśmy już łączności telefonicznej), który nakazywał nam zabezpieczenie lewego skrzydła 9 Armii na linii od Königs Wusterhausen do Rangsdorf, około dwudziestu kilometrów na południe od Berlina, z frontem skierowanym na północ. Oznaczało to oddanie Berlina! Tak więc mieliśmy pozostawić miasto własnemu losowi, co przy braku odpowiednich sił do obrony Berlina oznaczało koniec stolicy w ciągu kilku dni. Rozkaz ten dowodził, iż generał Busse myślał w tym momencie wyłącznie o 9 Armii i najprawdopodobniej zamierzał podjąć próbę przebicia się na zachód w celu kapitulowania właśnie tam. Jego decyzja była logiczna, ponieważ podjęcie obrony miasta, w którym wciąż znajdowało się ponad milion jego cywilnych mieszkańców, oznaczałoby bezsensowną rzeź. Dla nas również była to lepsza perspektywa, niż prowadzenie beznadziejnej walki w mieście będącym już tylko kupą gruzów.
Zostaliśmy rzuceni do Berlina w sposób nieoczekiwany i bez możliwości przygotowania się do walk w mieście, po tym, jak w czasie krótszym niż tydzień odepchnęła nas od linii Odry najbardziej rozrzutna ofensywa w historii wojny. W czasie swych zmasowanych ataków, Rosjanie bez przerwy przerywali się na naszych skrzydłach, my zaś musieliśmy cofać się, aby uniknąć okrążenia. Bezustanne próby otoczenia nas ostatecznie odcięły nasz korpus od generała Busse i 9 Armii na południu. Na koniec straciliśmy z nimi wszelki kontakt i nie wiedzieliśmy, jaka jest sytuacja. Widzieliśmy rosyjskie lekkie czołgi i ciężarówki na południe od nas, między nami i 9 Armią. Weidling podjął stosowne kroki, aby wypełnić rozkaz generała Busse i utworzyć front na osi wschód-zachód, zwrócony na północ. Następnie zwrócił się do mnie.
– Knappe, zna pan Berlin jeszcze z czasów Akademii Wojskowej w Poczdamie – powiedział. – Jedźmy do generała Krebsa (szefa sztabu Naczelnego Dowództwa Wojsk Lądowych) w kwaterze Führera i spróbujmy zorientować się, jak wygląda ogólne położenie i czy możemy stamtąd nawiązać łączność z 9 Armią.
Von Dufving, którego pierwszym obowiązkiem jako szefa sztabu było dyżurowanie na miejscu i zastępowanie Weidlinga w czasie jego nieobecności, pozostał w Rahnsdorf, zaś generał i ja udaliśmy się do Kancelarii Rzeszy. Wzięliśmy ze sobą kierowcę z samochodem i dwóch łączników na motocyklach. Miasto było pod ostrzałem ciężkiej artylerii, prawdopodobnie prowadzącej ogień z platform kolejowych stojących gdzieś dalej w odległości trzydziestu lub więcej kilometrów. Stolicę bombardowały także rosyjskie samoloty.
Na szczęście ogień artylerii nie był skoncentrowany; działa strzelały po całym Berlinie, a najcięższe pociski lądowały co kilka minut gdzieś w mieście to tu, to tam.
Miasto było zasnute dymem i kurzem. Zniszczone tramwaje stały na ulicach pod żałośnie zwisającymi drutami trakcji elektrycznej. Na wschodnich przedmieściach płonęło wiele budynków, a cywile tłoczyli się w długich kolejkach po chleb oraz wodę przy tych ujęciach, które jeszcze były sprawne. Cywile byli wszędzie; przemykali z ukrycia do ukrycia pod bombami i pociskami artylerii. Aby nie powodować paniki, Goebbels odmówił wydania rozkazu ewakuacji ludności z miasta. Dotyczyło to nawet kobiet i dzieci. Teraz zaś kolejne tysięce ludzi uciekało do Berlina ze wschodu. Obrona miasta z pewnością będzie makabrycznym zajęciem, które pociągnie za sobą śmierć wielu cywilów.
W okolice Kancelarii Rzeszy dotarliśmy około godziny osiemnastej. Pozostawiliśmy samochód i kierowcę i dalej udaliśmy się pieszo, zabierając ze sobą obydwu łączników.
Teren wokół kancelarii był upstrzony głębokimi kraterami. Powalone drzewa rozrzucone były wokół niczym wykałaczki, a trotuary zasypały hałdy gruzu. Sama Kancelaria Rzeszy była poważnie zniszczona, w niektórych miejscach sterczały tylko szkielety ścian. Hol wejściowy od strony Wilhelmstrasse był całkowicie zrujnowany. Jedyną częścią kancelarii, która wciąż nadawała się do użytku był system podziemnych schronów. W podziemnym garażu zauważyliśmy kilka Mercedesów, których Hitler używał w czasie defilad i wieców politycznych.
Wejście do korytarza, wiodącego do kwatery Führera ulokowanej w podziemnym bunkrze, znajdowało się w garażu. Wartownicy SS przy wejściu oddali honory wojskowe Weidlingowi, który miał na sobie Krzyż Rycerski z Mieczami. Pierwsi z nich byli podoficerami, ale im głębiej zapuszczaliśmy się do bunkra, tym wyższe były stopnie tych, którzy stali na warcie.
System schronów pod Kancelarią Rzeszy był swoistym podziemnym miastem, w którym mieszkały setki ludzi, w tym cywile. Wielu z nich było prawdopodobnie cywilnymi pracownikami kancelarii, którzy mieli tam swoje stałe miejsce pracy i którzy nie próbowali już wrócić do domów na noc. Inni zapewne pracowali w okolicznych budynkach rządowych, teraz zaś uznali podziemia za najbezpieczniejsze miejsce. Liczba mieszkańców bunkra była rzecz jasna kontrolowana, niemniej stał się on schronieniem dla bardzo wielu ludzi. Wszędzie panował straszny tłok, gdyż bunkier został pomyślany jako schron przeciwlotniczy, a nie miejsce, w którym mogą mieszkać i żyć setki ludzi. Było tam także wielu rannych żołnierzy, najwidoczniej członków oddziału generała SS Mohnke, którego zadaniem była ochrona bunkra. Niektórzy z nich leżeli na materacach na podłodze, inni po prostu siedzieli wokół.
Sama kwatera Hitlera znajdowała się trzy piętra pod ziemią, licząc od garażu. Zatrzymywały nas liczne posterunki pomimo faktu, iż Weidling był generałem z wieloma robiącymi wrażenie odznaczeniami. Przed wejściem do właściwego bunkra Führera poddano nas rewizji. Strażnicy z SS zachowywali się z pełnym szacunkiem, niemniej dokładnie sprawdzono, kim jesteśmy, skąd przybywamy i jaką sprawę mamy do załatwienia. Musieliśmy okazać dokumenty i oddać naszą broń osobistą.
W końcu weszliśmy do poczekalni biura szefa sztabu Naczelnego Dowództwa Wojsk Lądowych, generała Krebsa, i szefa oddziału kadr OKH, generała Burgdorfa. Zapowiedziano nas, a wtedy podpułkownik Weiss, adiutant Burgdorfa, wyszedł, aby nas przywitać. Zaprowadził nas do sąsiedniego pomieszczenia, gdzie oczekiwali Krebs i Burgdorf.
Przyjęcie, z jakim spotkał się generał Weidling ze strony Krebsa i Burgdorfa wydawało się dość powściągliwe, co było dość dziwne, jeśli wziąć pod uwagę fakt, iż znał ich obydwu od lat, a wraz z Krebsem uczęszczał do Akademii Sztabu Generalnego. Poproszono nas, byśmy usiedli i przyniesiono nam kanapki z szynką oraz butelkę koniaku Hennessy (w wysokich sztabach tego typu procedura była standardem przy przyjmowaniu gości z frontu). Zamieniono z nami tylko kilka słów, po czym Krebs poinformował, iż zamelduje Hitlerowi o obecności Weidlinga i sprawdzi, czy Hitler zechce z nim pomówić.
Było to pewnym zaskoczeniem, gdyż Weidling nie przybył tu, aby ujrzeć Hitlera i nie wiedzieliśmy o żadnych powodach, dla których Hitler mógłby chcieć z nim rozmawiać.
Gdy Krebs i Burgdorf wyszli z pokoju, Weidling zwrócił się do mnie przyciszonym głosem:
– Coś jest nie tak. Obaj zachowują się dziwnie.
Po około dziesięciu minutach Burgdorf ponownie się pojawił i powiedział Weidlingowi, że Hitler chce go widzieć. Ja oczywiście zostałem z tyłu i wdałem się w konwersację z Weissem, Freytag-Loringhovenem i Boldtem, adiutantami Burgdorfa i Krebsa. Chcieli wiedzieć, co dzieje się tam, gdzie znajdował się nasz sztab. (Weidling tylko ogólnie nakreślił sytuację Krebsowi, ale poinformował go też o otrzymanym przez nas rozkazie generała Busse dotyczącym sformowania frontu na osi wschód-zachód dwadzieścia kilometrów na południe od Berlina.) Oni zaś ze swojej strony przedstawili mi sytuację z szerszej perspektywy, co było właśnie tym, po co się tutaj pojawiliśmy. Powiedzieli mi, że zachodni alianci zatrzymali się na linii Łaby, i że 12 Armia generała Wencka przygotowuje się do odblokowania Berlina. Byli pełni optymizmu i nie próbowałem ich zniechęcać, chociaż byłem pewien, że Wenck nie będzie w stanie przyjść stolicy z pomocą.
Weidlinga, Krebsa i Burgdorfa nie było przez jakieś dwadzieścia minut, w międzyczasie do pokoju powrócili Burgdorf i Krebs. Zaproponowali mi koniak i Krebs zaczął wypytywać mnie o naszą sytuację na froncie.
Po kolejnych dwudziestu minutach przyszedł Weidling i powiedział mi, że Hitler rozkazał nam obsadzić wschodnią i południową część Berlina, co oznacza, iż musimy skontaktować się z von Dufvingiem, aby zastopować przygotowania do wypełnienia rozkazu generała Busse. Korzystając z telefonu Krebsa porozmawiałem z cywilnym operatorem, który połączył nas z siedzibą naszego sztabu. Zwięźle objaśniłem von Dufvingowi co się dzieje, a następnie Weidling wydał mu polecenie przerwania przemieszczania jednostek z północy na południe i podjęcie działań celem skierowania naszych dywizji do miasta. Nasz nowy punkt dowodzenia planowaliśmy zainstalować na lotnisku Tempelhof.
Gdy Weidling i ja byliśmy sami, generał wybuchnął:
– Co za sukinsyny z tego Krebsa i Burgdorfa! Nie uprzedzili mnie, że Hitler groził rozstrzelaniem mnie z powodu doniesień o rzekomym porzuceniu przez nas Berlina i ucieczce na zachód! Powitał mnie słowami: „Weidling, każę pana rozstrzelać!”.
Poza nieprawdziwym raportem, do Hitlera dotarły wieści o tym, że obracamy nasz front na oś wschód-zachód i zostawiamy drogę na Berlin otwartą dla Rosjan – nie wiedział jednak, że Weidling działał zgodnie z rozkazami generała Busse. Kiedy Hitler wreszcie się wykrzyczał i Weidling mógł dojść do słowa, udało mu się sprostować fałszywe informacje. Po wysłuchaniu pełnego raportu Hitler uspokoił się i zaczął zachowywać się przyjaźnie, a w końcu wydał rozkaz kierujący nas do Berlina w celu obsadzenia wschodniej i północnej flanki. Jak wielka była różnica między obecną przypadkowością decyzji a profesjonalnym sposobem podejmowania działań w 1940 i 1941 roku!
Podczas gdy ja przez telefon omawiałem z von Dufvingiem szczegóły naszego przesunięcia do Berlina, Weidling spłukiwał swoją złość koniakiem. Wypiłem jeszcze dwa kieliszki, aby pomóc mu osuszyć butelkę, chociaż Weidling był najwyraźniej zdeterminowany, aby zrobić to sam. Był wręcz wściekły, że Krebs i Burgdorf nie ostrzegli go o całej sytuacji.
Ostatecznie panowie rozstali się w złości i koniak nie pomógł w rozładowaniu napięcia. Pomijając całą resztę, Weidling był również zły z tego powodu, że obecnie byliśmy uwięzieni w Berlinie, co zamiast perspektywy ucieczki na zachód wraz z 9 Armią, stanowiło gwarancję dostania się do rosyjskiej niewoli.
Na koniec o godzinie dwudziestej pierwszej udało mi się wyciągnąć Weidlinga z kwatery Führera. Tej nocy czekało nas mnóstwo pracy. Weidling miał zamiar poinformować dowódców poszczególnych odcinków obrony we wschodniej i południowej części Berlina o przejęciu stanowisk przez nasze dywizje oraz zakomunikować im, iż mają przekazać dowódcom naszych jednostek wszelką wiedzę o zajmowanych pozycjach i najbliższej okolicy. Kiedy udaliśmy się z wizytą do dowodzących sektorami obrony, generał tylko z największym wysiłkiem mógł ukryć fakt, że jest pijany. Naszym pierwszym przystankiem był Tempelhof (sektor D). Dowództwo sprawował tam stary, „ekshumowany” generał lotnictwa nazwiskiem Schröder. Nie miał pojęcia o koncepcji walki piechoty, co sprawiło, iż upojony alkoholem Weidling nieludzko go objechał. Schröder, aby udobruchać Weidlinga, zaproponował nam wykorzystanie piwnic jego budynku, jako miejsca na siedzibę naszego sztabu.
Skorzystałem z jego telefonu i wydałem rozkazy naszej czołówce, aby przybyła do Tempelhof celem zainstalowania sztabu korpusu. Następnie Weidling i ja udaliśmy się do Hasenheide. Szefował tam pułkownik piechoty bez jednej ręki.
Gdy nadjechaliśmy, oficer akurat spał i musieliśmy poczekać, aż się ubierze. Weidling, wciąż wzburzony przygodami w kwaterze Hitlera, którego cierpliwość rozpuściła się w koniaku, zaczął gromić nieszczęśnika za to, że ten nie ubrał się dostatecznie szybko, czym zmusił nas do czekania. Traktował biednego pułkownika w sposób zupełnie nierozsądny, ten zaś także wpadł w złość, ponieważ nie zrobił niczego złego, miał tylko jedną rękę, którą mógł się ubrać i oczywiście zdawał sobie sprawę, że Weidling był pijany.
Wtrąciłem się do kłótni i ostatecznie zdołałem ich jakoś uspokoić. Następnie zasugerowałem Weidlingowi, żeby pozostał w naszej nowej siedzibie w Tempelhof i trochę się przespał. Pozostałych dowódców sektorów mogłem odwiedzić sam. Generał zgodził się i dalej wyruszyłem w pojedynkę. Pomimo faktu, iż sektory nie były od siebie zbyt oddalone, podróż w ciemności, ze wszystkimi przeszkodami po drodze, była straszna (światło naszych reflektorów przesączało się tylko przez wąskie szczeliny w ściemniaczach).
Na wszystkich odcinkach sytuacja była daleka od frontowej. Wszędzie aż prosiło się o mnóstwo pracy, jeśli naprawdę chcieliśmy stawić opór Rosjanom. Mieliśmy do dyspozycji pięć zahartowanych dywizyjnych zespołów sztabowych i musieliśmy uczynić z nich kręgosłup siły bojowej, którą będziemy uzupełniać niedoświadczonym personelem.
24 kwietnia, w nocy, apokaliptyczna bitwa o Berlin zaczęła się na dobre. Następnego dnia rosyjskie oddziały szturmowe przebiły się w walce na przedmieściach stolicy. Przez następne osiem dni stolica Niemiec miała stać się wielkim, miejskim polem śmierci.
Gdy wracałem do naszej nowej kwatery głównej na lotnisku Tempelhof, podróż przez płonące miasto odsłoniła spektakularne widoki dramatu w całej swej makabrze. Oślepiający blask ogarniętych płomieniami budynków kreślił zarysy wypalonych szkieletów stojących dalej gmachów. W piwnicznym przejściu wiodącym do nowej siedziby naszego sztabu znalazłem skrawek miejsca pomiędzy śpiącymi tam cywilami i ułożyłem się, aby choć na kilka godzin zamknąć oczy.
Nad ranem przybył nasz personel i rozpoczęła się praca nad rozkazami dla dowódców dywizji i poszczególnych sektorów obrony. Przygotowaliśmy kwaterę i nawiązaliśmy łączność z dywizjami przy użyciu cywilnej sieci telefonicznej. Nasza siedziba mieściła się w pięknie umeblowanym byłym punkcie dowodzenia jednostki obrony przeciwlotniczej. Nie brakowało tu mebli biurowych, radioodbiorników i innych luksusowych elementów wyposażenia.
Gdy ujrzałem wszystkie te luksusy, które armia tu zachomikowała, przypomniał mi się ponury widok cywili szabrujących ciężarówkę z chlebem.
Dywizje przesunęły się w nakazane rejony. Wtedy, o godzinie jedenastej, odebraliśmy telefon z kwatery Führera z informacją, iż Hitler pragnie ponownie widzieć Weidlinga. Chciał wiedzieć, czy nasze przemieszczenie zakończyło się powodzeniem. Tym razem nie towarzyszyłem Weidlingowi, gdyż byłem zajęty pracą z dywizjami. Okazało się, że Hitler nakazał Weidlingowi objęcie dowództwa nad całą obroną stolicy, a nie tylko nad wschodnią i południową strefą, co oznaczało, że pod jego komendą będą nie tylko nasze dywizje, ale i wszystkie jednostki ze składu garnizonu berlińskiego. Na tym stanowisku Weidling zastąpił pułkownika Kathera, który dzień wcześniej został awansowany do stopnia generalskiego. Weidling był piątym z kolei oficerem na tym stanowisku w ciągu ostatnich kilku miesięcy, gdyż poprzednicy mieli ciągłe tarcia z Goebbelsem. Z tego powodu Weidling zręcznie postawił jeden podstawowy warunek, iż musi być jedynym dowódcą odpowiedzialnym za obronę Berlina, niepodlegającym żadnym naciskom ze strony Goebbelsa, który był gauleiterem i cywilnym komisarzem obrony miasta niemającym jednak żadnego pojęcia o obronie terenu zabudowanego w warunkach bojowych. Ze strony Weidlinga było to odważne posunięcie, gdyż generałowie nie narzucali tak po prostu swoich wymogów, słysząc rozkazy Hitlera. Jednakże Hitler prawdopodobnie zorientował się, iż Goebbels może zwyczajnie stanowić problem dla Weidlinga i zaakceptował warunek. Przy okazji Weidling zadecydował o zainstalowaniu naszej nowej kwatery głównej w siedzibie Dowództwa Obrony Berlina.
W czasie podróży do jednego z sektorów w południowowschodniej części miasta byłem świadkiem sceny, która świadczyła o stanie, do jakiego zostały zredukowane Niemcy. Linie wodociągowe w stolicy zostały zniszczone bombardowaniami i ogniem artylerii, więc ludzie musieli godzinami stać w długich kolejkach po wodę tam, gdzie była jeszcze możliwość jej zdobycia. Problem z wyżywieniem był jeszcze gorszy; niektóre magazyny zostały zrujnowane ostrzałem, zaś inne zostały ograbione przez ludność cywilną. Jechałem akurat Kübelwagenem, a część miasta, po której się przemieszczałem była pod nieprzerwanym ogniem artylerii. Pomimo ostrzału cywile – w większości kobiety – tłoczyli się przed sklepami z żywnością i przy hydrantach. W momencie, gdy mijaliśmy jedną z takich kolejek, pocisk artyleryjski eksplodował tuż za sznurem kobiet. Gdy rozwiał się dym, dostrzegłem, że wiele kobiet zostało trafionych. Te, które nie ucierpiały, znosiły trupy, rannych i umierających do sieni w pobliskich budynkach, a potem cierpliwie ustawiały się ponownie w ogonku, aby nie stracić swojego miejsca w kolejce.
Dowódca sektora obrony, którego wizytowałem w czasie tego wyjazdu, miał swoją kwaterę w piwnicy browaru. Cały jego zespół składał się z osób po różnych amputacjach, ale to przynajmniej oznaczało, że mieli jakieś doświadczenie bojowe. Wszyscy byli bardzo pewni siebie i wciąż dawali wiarę przemowom Goebbelsa, co było zadziwiające, biorąc pod uwagę okoliczności. Fakt, iż przejmowaliśmy ich punkt dowodzenia zinterpretowali wręcz jako pozytywną oznakę!
Poprosiłem adiutanta dowódcy sektora o streszczenie sytuacji na ich odcinku i dowiedziałem się, że pomimo doświadczenia jakie wynieśli z frontu, nikt z nich nie orientował się nawet w najbardziej oczywistych sprawach dotyczących ich własnego sektora obrony. Powinni zdawać sobie sprawę z faktu, iż nieliczne pododdziały obrony cywilnej (złożone ze starszych ludzi i młodych chłopców) nie będą w stanie zatrzymać rosyjskich czołgów, a jeśli okaże się, że owe czołgi zawrócą przy pierwszych oznakach oporu, nie będzie to równoznaczne ze „zwycięstwem”, lecz będzie stanowić dowód na to, iż były to tylko grupy rozpoznawcze mające za zadanie ustalić, kogo mają przed sobą.
Otrzymaliśmy informację, że Grupa Armii Steiner, której miała przerwać się do Berlina od strony Oranienburga, została odparta i zepchnięta na pozycje wyjściowe. Ofensywa 12 Armii Wencka mająca wyjść z rejonu Wittenbergi jeszcze się nie zaczęła, a przynajmniej nie na tyle, by dać jakieś efekty.
Wczesnym rankiem 25 kwietnia, Weidling i ja pojechaliśmy do Dowództwa Obrony Berlina na Hohenzollerndamm, w Wilmersdorf, południowowschodnim przedmieściu Berlina, położonym około pięciu kilometrów od Kancelarii Rzeszy. Dowództwo Obrony Berlina wyglądało po prostu jak sztab korpusu. Była to duża jednostka organizacyjna, której personel w czasie pokoju liczył około trzysta osób, w tym wielu operatorów łącz telefonicznych (obecnie w większości kobiet). Kiedy więc przejęliśmy pałeczkę, wszystkie stanowiska były zduplikowane. Szefem sztabu był tam podpułkownik Refior, stary znajomy generała Weidlinga. Mój dowódca zdecydował o pozostawieniu na stanowiskach dwóch szefów sztabu; von Dufvinga do spraw bojowych i taktycznych oraz Refiora do spraw politycznych, gdyż ten znał wszystkich w strukturach wojskowych i politycznych Berlina i dobrze orientował się, jak należy załatwiać różne sprawy.
Oficer operacyjny Dowództwa Obrony Berlina, major Sprotte, zrobił od razu złe wrażenie na Weidlingu, który odesłał go do Poczdamu.
Sprotte, zupełnie tym niezniechęcony, i tak śpieszył się, by jak najszybciej opuścić Berlin. Przekazanie mi wszelkich spraw w normalnym toku zajęłoby kilka dni, tak wiec zamaszystym ruchem ręki wskazał mi swoje mapy i rysunki, po czym szybko się ulotnił. Po tym wstępie zasiadłem sam w pokoju, w którym bezustannie dzwoniły trzy telefony na raz. Gdy zorientowałem się, że wszystkie telefony pochodzą od urzędów miasta, siedzib partii lub urzędników ministerialnych, którzy dzwonią, aby dowiedzieć się czegoś o sytuacji na froncie, zdjąłem wszystkie trzy słuchawki z widełek, żeby móc normalnie wykonywać moją pracę.
Teraz należało szybko rozdysponować pięć naszych sztabów dywizyjnych tak, aby każdemu podlegały dwa do czterech sektorów obrony miasta. W ten sposób wokół Berlina mielibyśmy szkielet doświadczonych w walce oficerów, których znaliśmy i którzy znali nas. Następnie, jak najszybciej trzeba było zorganizować bezpieczny system łączności – nie można było wciąż dowodzić jednostkami wojskowymi, korzystając z publicznej sieci telefonicznej!
Życie nabrało teraz zwyczajowego kolorytu związanego z typowym dniem wypełnionym walką: ciągłe kryzysy. Byłem szczęściarzem, gdy mogłem przespać się dwie godziny pod rząd. Poza wszystkimi komplikacjami, musiałem koordynować wszelkie raporty napływające z pola walki. Informacje nadchodziły drogą telefoniczną i w nocy musiałem przygotować podsumowanie wszystkich meldunków, które napłynęły w ciągu całego dnia.
Ponieważ ostrzał artyleryjski i bombardowania lotnicze były coraz częstsze, wkrótce po wprowadzeniu się do budynku musieliśmy przenieść się do piwnic. I znowu natrafiliśmy na pokoje wypełnione żywnością, kawą, napojami alkoholowymi i nawet zegarkami ręcznymi.
Cały personel wojskowy Berlina, poza jednostką SS generała Mohnke zapewniającą ochronę kwatery Hitlera, był teraz pod dowództwem Weidlinga – armia, Hitlerjugend, Volkssturm, jednostki obrony przeciwlotniczej, bataliony rekonwalescentów ze szpitali, itd. Mieliśmy nasze cztery własne dywizje (piąta, 20 Dywizja Grenadierów Pancernych SS, zniknęła gdzieś w kierunku zachodnim, najwyraźniej, aby tam kapitulować).
W każdym sektorze dowódca dywizji przejmował komendę nad pododdziałami Volkssturmu czy Hitlerjugend, które akurat się tam znajdowały. Po jednym czy dwóch dniach stworzyliśmy obronę, która dawała nadzieję na stawienie oporu Rosjanom przynajmniej przez jakiś czas. Nie musieliśmy długo czekać. Zniknięcie 20 Dywizji Grenadierów Pancernych SS wytworzyło lukę, w którą Rosjanie wkrótce nie omieszkali wbić klina.
Teraz z okien naszego budynku mogliśmy już widzieć bój piechoty. Wieczorem wszedłem do pokoju, w którym Weidling naradzał się z von Dufvingiem i Refiorem. Zastanawiali się, czy posłusznie bronić Berlina, czy też lepiej może zostać na miejscu i pozwolić Rosjanom na obejście nas z dwóch stron, a następnie podjąć próbę wyłamania się przez Grunewald (las na zachód od miasta) celem ucieczki w kierunku zachodnim i poddania się aliantom. Jeśli zostaniemy w Berlinie, trzeba będzie przenieść kwaterę główną do centrum miasta, gdyż najpóźniej w ciągu dwóch dni Rosjanie zajmą nasz budynek. Weidling podjął decyzję o pozostaniu i obronie Berlina.
Noc była nadzwyczaj niespokojna. Na zewnątrz słyszeliśmy pobliskie odgłosy walki. Major Wolff i jego odpowiednik w Dowództwie Obrony Berlina, kapitan Bärenbeck, zorganizowali bezpośrednią obronę budynku. Rankiem 26 kwietnia powróciłem do pomieszczenia biurowego na drugim piętrze, które zajmowałem zanim przeniosłem się do piwnicy.
Wokół cały czas wybuchały pociski artyleryjskie, zaś w ogródkach od strony południowej można było zaobserwować walkę wręcz. Z pewnością nasze położenie robiło się bardzo poważne.
Weidling zdecydował się przenieść sztab korpusu do wielkiego bunkra przeciwlotniczego położonego w pobliżu berlińskiego zoo. Byłem całkiem rad, kiedy wraz z majorem Wolffem otrzymałem rozkaz udania się do tego schronu w celu przygotowania nowego miejsca pracy. Ja i major Wolff wybraliśmy się tam dwoma różnymi drogami, aby mieć pewność, że przynajmniej jeden z nas dotrze na miejsce.
Bunkier obok zoo, potężna fortyfikacja z ciężkimi działami przeciwlotniczymi umieszczonymi na dachu, zapewniał bezpieczeństwo przed bombami i artylerią.
Towarzyszył mi kierowca i łącznik na motocyklu. Opuszczając naszą siedzibę musieliśmy zachować szczególną ostrożność, albowiem nasyp kolejowy za budynkiem sztabu był pod ostrzałem, a my musieliśmy go przekroczyć, aby dostać się do motocykla i Kübelwagena. Przeskoczyliśmy nasyp, skacząc z ukrycia w ukrycie i w końcu dotarliśmy bezpiecznie do naszych pojazdów. Gdy jechaliśmy przez miasto, ziemia kołysała nam się pod nogami przy każdej eksplozji pocisku, a wielkie gejzery ziemi wyrwanej wybuchami wyskakiwały w powietrze.
Huk był ogłuszający, zaś uczucie kołysania powodowało traumatyczne odczucia. W końcu kawałek szrapnela z wybuchającego pocisku artyleryjskiego przebił jedną z opon w moim samochodzie.
Podczas gdy kierowca zmieniał koło, kobieta obserwująca nas z pobliskiego domu zaproponowała mi filiżankę herbaty. Miła około czterdziestu pięciu lat, była korpulentna, ubrana w znoszoną odzież, a rozrzucone w nieładzie, mokre włosy okalały miłą twarz. Była żoną sierżanta i matką starszego szeregowego i nie miała pojęcia, co stało się z każdym z nich. Najwidoczniej mój brak troski o wygląd zewnętrzny rzucał się w oczy, gdyż zapytała mnie, czy może chciałbym się umyć. Tak więc po kilku dniach miałem możliwość zaznać luksusu umycia się. Byłem bardzo wdzięczny za jej uprzejmość, szczególnie, że wielu cywilów, z całkowicie zrozumiałych powodów, zaczynało zwracać się przeciwko armii za to, że bronimy miasta zamiast je poddać. Jej mieszkanie było zrujnowane wybuchami pocisków artyleryjskich. Małe bibeloty, kawałki jej życia, leżały rozrzucone na podłodze.
– Kiedy przyjdą Rosjanie, panie majorze? – zapytała.
– To kwestia kilkunastu godzin – odpowiedziałem szczerze. – Może jednego dnia. Najbezpieczniej będzie, jeśli pozostanie pani w piwnicy.
Całe połacie Berlina były teraz swoistym cmentarzyskiem rozbitego sprzętu wojskowego i wszystko wokół przesycone było zapachem śmierci. Poza ludzkimi zwłokami leżały też trupy zwierząt – wiele z nich uciekło z berlińskiego zoo i teraz zostało zabite.
Do bunkra dotarłem koło południa i zorientowałem się, że Wolff był już na miejscu. W zoo stała ogromna wieża przeciwlotnicza, wysoka na siedem czy osiem pięter, z sześcioma dużymi działami kalibru 128 mm i sześcioma działkami 20 mm na dachu. W bunkrze mogło pomieścić się sześćset osób. Każde pomieszczenie było zajęte, wybraliśmy więc te, które będą nam potrzebne i poinformowaliśmy mieszkańców, że będą musieli je opuścić, albowiem przejmuje je generał stojący na czele Dowództwa Obrony Berlina.
Kilka z pomieszczeń było zarezerwowanych dla Goebbelsa, jako jego osobiste schronienie. Wszystko ze względu na fakt, iż było to miejsce tak dobrze zabezpieczone przed atakami. Rzecz jasna, nie podejmowałem prób eksmitowania Goebbelsa, jednak przejąłem biura zbędnego już personelu.
Odesłałem majora Wolffa z powrotem z informacją, iż pomieszczenia zostały przydzielone i z prośbą o przybycie oficera łączności celem zabezpieczenia odpowiednich połączeń telefonicznych. Po odjeździe Wolffa zawiesiłem tabliczki kierujące różne sekcje sztabu korpusu do właściwych pomieszczeń.
