Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Kiedy „american dream” styka się z koszmarem.
Prowokująca satyra, postapokaliptyczne szaleństwo języka.
Witamy w świecie przyszłości. Czasach po Instagramie, sztucznej inteligencji i dietach pudełkowych. Czasach bez ludzi, jakich znamy.
Do pewnej farmy leżącej na amerykańskiej prowincji trafia najprawdziwszy człowiek. Nie widziano takiego od wieków. Ratunek miejscowych sprawia, że przybysz musi porzucić swoje wyobrażenie o własnym gatunku i o tym, kim może się stać.
Marta Kozłowska dokonała literackiego rantu na współczesności. Ta pełna gorzkiego humoru opowieść czerpie z zasobów niepohamowanej wyobraźni. Polemizuje z dzisiejszymi bolączkami i stawia pytania o jutro. Odpowiedzi nie każdemu się spodobają.
Marta Kozłowska, uzbrojona po zęby w indywidualny styl, z wyjątkowym talentem rzeźbi w słowie groteskowe i turpistyczne wizje. Jej książka to kipiący organiczny kocioł, panoptikum i gabinet taksydermisty w jednym. A do tego dochodzi humor – czarny, lepki i w bardzo złym guście, dzięki któremu świetnie się bawiłem.
Nie wiem, czy to horror, czy postapo, czy bizarro fiction, czy nie wiadomo co, ale jedno jest pewne: to straszna książka i niczego podobnego w życiu nie czytałem.
Radek Rak
Tajemnica nie wyklucza tu gęstej i logicznej narracji, a przedstawiona rzeczywistość – w całej swojej wyostrzonej obcości – rzuca się na czytelnika z pazurami i rozrywa go na strzępy, na długo zanim ten zdąży się rozejrzeć po okolicy i zorientować, co tu się, do cholery, wydarzyło.
Dawid Kujawa
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 134
Opieka redakcyjna: ANNA MICHALIK
Redakcja: MAGDALENA ŚWIERCZEK-GRYBOŚ
Korekta: ANETA TKACZYK, MARIA ROLA, ANNA POINC-CHRABĄSZCZ
Projekt okładki i stron tytułowych: KAMIL REKOSZ
Zdjęcia: Digitally enhanced by Rawpixel
Redaktor techniczny: ROBERT GĘBUŚ
© Copyright by Marta Kozłowska © Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2026
Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-08-09337-5
Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o. ul. Długa 1, 31-147 Kraków bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40 księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl e-mail: [email protected] tel. (+48 12) 619 27 70
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA).
Wydawca zakazuje eksploatacji tekstów i danych (TDM), szkolenia technologii lub systemów sztucznej inteligencji w odniesieniu do wszelkich materiałów znajdujących się w niniejszej publikacji, w całości i w częściach, niezależnie od formy jej udostępnienia (art. 26 [3] ust. 1 i 2 ustawy z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych [tj. Dz.U. z 2025 r. poz. 24 z późn. zm.]).
Ziejące pomarańczem, zawiesiste niczym ciepły wosk – trudno to w ogóle nazwać niebem, prędzej astronomicznym spięciem. Łany kukurydzy, górująca nad farmą drewniana turbina wiatrowa, zwieszone głowy słoneczników wyglądały na nim jak zgliszcza. Schnące na sznurze prześcieradło obróciło w kir, jaskółki w nietoperze. Na horyzoncie czarnym piętnem odcisnęły się krowy i rosochata wierzba. Rozładunek workowanych pasz odbywał się na czarno, czarne wymachy motyką robiły czarną robotę na jarzynowych grzędach. Czarna była narzędziowa szopa i koślawa skrzynka na listy, czarnoskóry strach na wróble. Niskie słońce wypiło z nich całe światło, przerabiając wszystko na susz.
Gdy na bitej drodze pokazał się cień z wiadrem, Diuk odkleił się od okna. Mary Lou wracała z wieczornego obrządku, wypadało wyjść jej na spotkanie. Wypiął ochraniacze z mankietów i sięgnął po zawieszoną na oparciu staroświeckiego maklerskiego krzesła marynarkę. Połyskliwy, prążkowany garnitur z kamizelką, odszyty przez najlepszego krawca z Albuquerque, leżał na Diuku jak druga skóra. Do tego najwyższej jakości trzewiki Made in Hell.
Przelotnie poprawił papiery na biurku i zakorkowawszy kałamarz, wyszedł na frontową werandę.
Za wystrój robiły tu stół, dwa wyplatane fotele, kilka pustych donic i słój z zębami, które przy dnie przechodziły w mączkę. A także obluzowana, niegdyś biała farba, poważne braki w stopniach, chwiejność balustrad i oszalowanych ścian. Weranda i cały dom nie miały się najlepiej, rozmieniały się na drobne. Sypały się powierzchownie, ale i gdzieś w głębi, na poziomie korpuskuł. Cóż, atomy, którymi się tu posłużono, liczyły – z grubsza – czternaście miliardów lat.
Diuk przysiadł na stołowym blacie i z wolna odpalał cygaro, a siwy dym wodził po jego twarzy rasowego południowca. Szalenie przystojnej, zgoda, choć wyraźnie rozciągniętej w czasie.
Nikt nie umiera brunetem, ba!, mało który kruczy włos dociąga do czterdziestki. Przypadek Diuka przeczył tej regule. Miał długie czarne brwi; długie i zadarte. Jego sięgająca ramion, ulizana brylantyną fryzura przypominała płynny asfalt. Wyglądał jak wczesny Banderas, choć tak po prawdzie: to Antonio czesał się „na Diuka”.
Wiele podróżował, sporo bywał. Światowe życie nie wypleniło jednak jego skłonności do rumuńskiego zarostu. O ile karym, pysznym wąsem ukrywał problem niebanalnego uzębienia, o tyle krecia łezka we wgłębieniu brody była całkiem do niczego.
Mary Lou prawie już zrównała się z furtką. Diuk uniósł dłoń z cygarem.
– Jak się masz, Mary Lou?
– Martw się o siebie, worku fasoli! – Cisnęła wiadro na ziemię i podtrzymując kapelusz, wpadła do domu.
Diuk usłyszał, jak trzasnęły łazienkowe drzwi na piętrze. Westchnął.
Wiadro zakończyło bieg przy zaparkowanym na przedpolu kukurydzy traktorze. Wsparty o tylne koło Walt przeżuwał monstrualny sandwicz z klopsem. Drugi, zbliżonych gabarytów, czekał na siodełku. One i tylko one władały jego uwagą.
Ciepły wiatr węszył to tu, to tam, głównie w liściach sumaku. Zawodziły rudziki, kosy. Znad pola niosły się ułamkowe nuty Swing Low, Sweet Chariot. Załoga Diuka zwykła umilać sobie robotę repertuarem niewolników z plantacji bawełny.
Zasłuchany, błądził wzrokiem po niezmąconym krajobrazie. „A cóż to, u diabła?!” – raptowny wyłom w bezruchu postawił go na nogi. Coś – lotem meteoru – śmignęło po niebie. Zbyt niekształtne jak na kosmiczne wymogi, a do tego się miota! Ki czort? Przecież nie samolot! Te już dawno wyginęły.
Gdzieś z wysokiego ukosa biło karpie światło. W jego poświacie grube, strzeliste pręty przechodziły w gęsto rozciągnięte cienie. Dookolne czernie i granaty na jasnopopielatym odblaskowym tle. Jeśli to klatka, to monstrualna. Jeśli zasadzka, strach myśleć na kogo. Jeśli azyl, strach myśleć przed czym.
W gardle lęgł się popłoch – cela ma i musi budzić lęk. Daremnie próbował się dźwignąć, ciało mu się wymykało. Policzkiem czuł pod sobą siano. Twarz mu gorzała, jakby przybył z przeciągów, w kościach tkwił zastały, grobowy ziąb. Na umyśle splątany jak po długim błądzeniu z duszą na ramieniu. Gdzie jest? I skąd, na Boga, się tu wziął?
Pachniało ciekłą żywicą. W oddali lelki drążyły ciszę. Żłobiły tunele, toczyły korytarze. Raptem u wylotu jednego z takich przejść dostrzegł źrenice – po albinosku perłowe. Jedną i drugą, zaraz trzecią, czwartą i kolejne. Rozmnażały się w parach. Czuł się jak w podwodnej jaskini wysadzanej luminescencyjnym planktonem. Czuł się obserwowany jak ryba w akwarium. Zbierało mu się na krzyk.
Wtem dwójka białych oczu oderwała się od stada, by ruszyć w jego kierunku. Z bliska przypominały odlew z ryżowego kleiku.
Miarka się przebrała.
Karol Pytanko zemdlał.
Długo się sobą nie nacieszył.
Rok 2013
Robią z siebie zdjęcie i nazywają to selfie.
Sztuka autoportretu nie jest oczywiście niczym nowym, od stuleci sięgali po nią cierpiący na spadek własnej realności. Zjawisko występowało wszak sporadycznie i tylko wśród jednostek nadużywających abstrakcji. Nie powinno dziwić, że stworzenia pokroju van Gogha czy Egona Schielego raz na jakiś czas musiały uciekać się do selfie; inna rzecz, gdy z rytualnego przywracania sobie aparycji korzystają zwykli zjadacze chleba. „25-latka – czytam w dzisiejszej prasie – ujawnia prawdę o dochodzeniu do siebie po wielogodzinnym scrollowaniu: wracam z Instagrama i szok; póki nie zrobiłam sobie zdjęć, nie mogłam uwierzyć, że to moje ciało!”
Co było marginesem, dziś staje się normą. Skalę zjawiska obrazują badania: statystyczny Ziemianin dziennie wyrządza sobie około dwudziestu pięciu zdjęć. Część naukowców widzi w tym przejaw narcyzmu, inni samoakceptacji, dla mnie to po prostu powszechny spadek pewności, że jest się z krwi i kości.
Co z lustrami?, zapytacie. Nie wystarczą, by się człowiek upewnił, że nie jest na niby? By się z sobą zobaczył jak z dawno niewidzianym krewnym? Otóż nie. Lustro to zdecydowanie za mało, bo nie ma ładowarki.
Prawda o własnej cielesności działa dziś na prąd. Dopiero przepuszczony przez urządzenie – najlepiej digitalne – człowiek czuje, że żyje naprawdę. Jak wynika z sondaży, pierwsze miejsce w kategorii wytwórców świadectw istnienia zajmuje, wspominany wyżej, aparat fotograficzny. Ten to ma kapitał zaufania! Na kolejnych miejscach uplasowały się cyfrowe wagi, laserowe wzrostomierze, elektroniczne miarki włosów i sprzęt do pomiaru poziomu tkanki tłuszczowej (fałdomierz). W tegorocznym zestawieniu zadebiutowały: analizatory składu ciała, aparat do pomiaru elastyczności skóry twarzy (kutometr), jej zabarwienia (meksametr) oraz połysku (glossymetr), a także mikrokamera trychologiczna.
Nazwy urządzeń umieszczam tu z kronikarskiego obowiązku. Dla mnie to po prostu kotwice rzeczywistości.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
