Cyteen. Powtórne narodziny - C.J. Cherryh - ebook

Cyteen. Powtórne narodziny ebook

C. J. Cherryh

0,0

Opis

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 

 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Miejska Biblioteka Publiczna w Radomiu

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 396

Rok wydania: 2002

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 

C. I. CHERRYH

 

C.J. CHERRYH

CYTEEN:POWTÓRNENARODZINY

PrzełożyłaJolanta Pers

SOLARIS

Olsztyn 2002

 

„Cyteen: Powtórne narodziny”Tytuł oryginału „Cyteen: Reborn

Copyright © 1998 by C. J. CherryhAll Rights Reserved

ISBN 83-88431-24-2

Projekt graficzny serii Tomasz WencekProjekt i opracowanie graficzne okładkiDariusz Jasiczak

Redaktor serii Wojtek SedeńkoKorekta Bożena Mołdoch

Skład Tadeusz Meszko

Wydanie I

Agencja „Solaris”Małgorzata Piaseckaul. Generała Okulickiego 9/1, 10-693 Olsztyntel/fax. (0-89) 541-31-17e-mail: [email protected]

Tekst werbalny z:

ZAGADNIENIA UNII

Seria wychowania obywatelskiego Unii: Nr 3

Publikacje edukacyjne Reseune: 9799-8734-3, zatwierdzono dla przedziału powyżej 80

Unia, której początek dała Konstytucja z roku 2301, rozwijająca się poprzez przyłączanie i wchłanianie kolejnych struktur rządowych stacji i planet, od początku miała postać systemu federalnego dopuszczającego maksymalną niezależność na poziomie lokalnym. Aby zrozumieć Unię, należy zatem zacząć od założenia typowego lokalnego rządu, którym może być dowolny system aprobowany przez większość zakwalifikowanych naturalnie urodzonych mieszkańców. Prosimy zauważyć: mieszkańców, nie obywateli. Jedynymi segmentami populacji pozbawionymi prawa do głosowania są nieletni i azi, których nie zalicza się do rezydentów dla potrzeb wstępnego głosowania wyborczego, choć azi mogą potem otrzymać prawo głosu od lokalnych władz.

Wstępne głosowanie wyborcze to normalna procedura obywatelska, dzięki której dana społeczność staje się kandydatem, który będzie reprezentowany w Unii. Głosowanie pozwala na wyłonienie przedstawicieli lokalnego Kongresu Konstytucyjnego, który dokona oceny istniejącej struktury rządowej jako ciała reprezentującego wolę elektoratu albo stworzy całkowicie nową strukturę, która następnie może zostać ratyfikowana przez ogół Elektoratu Wstępnego. Drugim zadaniem Kongresu Konstytucyjnego po wyborach jest nadanie obywatelom numerów i rejestracja uprawnionych wyborców, to znaczy wszystkich wyborców, których wiek i numer obywatelski uprawniają ich do oddawania głosów na Radę Dziewięciu i Radę Generalną Unii. Trzecim i ostatnim obowiązkiem Kongresu jest przekazanie danych spisu powszechnego i list wyborców do Biura Obywatelskiego Unii.

Kolejne głosowania wyborcze oraz kolejne Kongresy mogą być powoływane na mocy większościowego głosu lokalnego elektoratu lub zarządzeniem Sądu Najwyższego Unii, zgodnie z odpowiednią procedurą prawną. Przy takim ponownym zasięgnięciu opinii lokalnego elektoratu wszyscy urodzeni w danym miejscu rezydenci, emigranci oraz imigranci otrzymują prawo głosu, to samo dotyczy azich, którzy uzyskali status Obywatela.

W Unii Rada Dziewięciu reprezentuje dziewięć elektoratów grup zawodowych Unii, ze wszystkich list uprawionych w Unii do głosowania. W obrębie tych elektoratów zawodowych głosy są przeliczane proporcjonalnie do odnotowanego poziomu umiejętności zawodowych; oznacza to, że głosy większości elektoratu Nauki są wyrażone jako jedność, ale technik laboratoryjny z pewną liczbą lat doświadczenia może uzyskać dwa, zaś naukowiec cieszący się dużym prestiżem profesjonalnym może uzyskać nawet dziesięć, w zależności od uzyskanych przywilejów - to znaczna różnica, gdyż współczynniki stanowią element określonego wzoru i każdy przyrost jest znaczący. Jednostka może zawsze wnieść wniosek o koleżeńską ocenę swojego rankingu, ale większość awansów jest raczej związana z pracą i doświadczeniem.

Jeśli zwolni się stanowisko w Radzie Dziewięciu, Sekretarz Biura podlegającego temu stanowisku obejmuje stanowisko pełnomocnika do chwili, aż elektorat wybierze następcę; odchodzący Radny może też powołać innego pełnomocnika.

Członków Dziewiątki można w dowolnej chwili wezwać do stawienia się do wyborów, przez wyłonienie kandydata opozycyjnego, przy uzyskaniu wystarczającej liczby podpisów członków Biura na petycji z wnioskiem.

Ostatnimi czasy wyłonienie rywalizujących ze sobą partii politycznych sprawiło, że każdy wakat na takim stanowisku jest okazją do sojuszniczej walki i wyzwaniem dla stanowiska. To sprawiło, że pozycja Sekretarza jest potencjalnie słabsza, zaś rośnie znaczenie wewnętrznych struktur poparcia w obrębie Biura oraz fachowców z administracji, którzy są niezbędni do sprawnego przeprowadzenia operacji zmian na górnych szczeblach administracji.

Radny określa politykę Biura. Sekretarz, będąc powołanym, nakreśla wytyczne i wydaje polecenia administracyjne. Rozmaici szefowie departamentów wprowadzają polecenia w życie, podlegając przez Sekretarza Radnemu, a poprzez niego - Radzie Dziewięciu.

Rada Dziewięciu może zgłaszać propozycje ustaw i głosować nad nimi, w szczególności w kwestiach dotyczących budżetu Biur, krajowej polityki dotyczącej przybyszy z zewnątrz, ale jednogłośna opinia delegacji dowolnej jednostki lokalnej może odrzucić prawo, które odnosi się tylko do tej jednostki z wyłączeniem innych, zaś odrzucenie takiego weta wymaga większości w postaci dwóch trzecich głosów Rady Generalnej i większości w Radzie Dziewięciu. Zasada rządów lokalnych ma zatem pierwszeństwo przed wszystkim, z wyjątkiem najbardziej jednogłośnego głosu w Unii.

Zwyczajna większość Dziewiątki wystarcza dla przegłosowania ustawy, chyba że zostanie zawetowana zwyczajną większościową uchwałą Rady Generalnej Unii, która składa się z jednego ambasadora i pewnej liczby przedstawicieli każdego świata czy stacji należących do Unii, proporcjonalnie do rozmiaru populacji.

Rada Dziewiątki przewodzi obradom Rady Generalnej: Rada Światów (czyli Rada Generalna bez Dziewiątki) może przedłożyć i przegłosować ustawę zwyczajną większością głosów, chyba że zostanie ona odrzucona głosami Dziewiątki.

Rada Światów obecnie składa się z siedemdziesięciu sześciu członków, w tym Przedstawicieli Cyteen. Kiedy obecna jest Dziewiątka, tzn. kiedy Rada obraduje jako Rada Generalna, Przedstawiciele mogą obserwować obrady. Nie mogli, aż do roku 2377, przemawiać ani głosować, co było przywilejem udzielonym Cyteen jako siedzibie rządu, obowiązującym do chwili, aż populacja Unii podwoiła populację Cyteen - liczbę tę osiągnięto podczas spisu powszechnego w tym właśnie roku.

Niektóre podmioty w obrębie Unii stanowią jednostki pozbawione reprezentacji; są to Terytoria Administracyjne Unii, które nie głosują w wyborach lokalnych i podlegając własnym wewnętrznym uregulowaniom, mają taką samą suwerenność co dowolna planeta czy stacja w obrębie przestrzeni Unii.

Terytorium Administracyjne nie podlega lokalnemu prawu, płaci podatki wyłącznie na poziomie Unii i utrzymuje własne siły policyjne, własny system prawny i zasady administracyjne, które mają moc wiążącą dla jego własnych obywateli. Terytorium Administracyjne podlega nadzorowi Biura, do którego przynależy jego podstawowa działalność; Biuro ma prawo interwencji w pewnych dokładnie określonych przypadkach, które są wymienione w statucie Terytorium i mogą być różne dla poszczególnych Terytoriów.

Omówienie elementów Unii nie byłoby pełne bez nadmienienia o szczególnym charakterze Cyteen, która ma najgętsze zaludnienie, stanowi też największą część elektoratu oraz jest siedzibą rządu Unii - nad którym oczywiście Cyteen nie ma władzy prawodawczej, jest ponadto siedzibą trzech wpływowych Terytoriów Administracyjnych.

Niektórzy twierdzą, że na Cyteen jest zbyt dużo władzy rządu Unii, co powoduje stłamszenie lokalnych praw. Inni spierają się, że to Cyteen ma zbyt duży wpływ w Unii i podkreślają, że świat ten zawsze miał więcej niż jeden mandat w Dziewiątce. Jeszcze inni, głównie mieszkańcy Cyteen, twierdzą, iż prawdopodobnie cała planeta stanie się terytorium rządowym i wpływy Cyteen w Unii są uzasadnione, jeśli wziąć pod uwagę, jakiego wsparcia Cyteen udziela całemu rządowi. Co oznacza, że Unia jest tak potężna, a wpływ Dziewiątki na tej planecie tak znaczący, że każdy obywatel Unii ma swój udział w rządzeniu Cyteen.

Kolejnym punktem zapalnym jest swobodne wykorzystanie zasobów Cyteen zarówno przez Unię jak i Terytoria Administracyjne, których nie obchodzą lokalne podatki i które nie podlegają władzy Cyteen. Terytoria podkreślają, że ich wkład ekonomiczny w gospodarkę Cyteen jest większy niż pochłaniane przez nie zasoby; a w istocie Cyteen zawdzięcza w dużym stopniu swój rozkwit potędze gospodarczej kilku Terytoriów na Cyteen...

ROZDZIAŁ 7

1.

Awionetka wylądowała na lotnisku w Planys i zaczęła kołować w stronę miniaturowego terminala. Justin rozpiął pasy i poczuł, jak powraca uczucie nierealności, które opadło nań po raz pierwszy, gdy samolot oderwał się od ziemi w Reseune.

Aż do tej chwili nie opuszczała go myśl, że ktoś go zatrzyma, bo gra polega na udzieleniu mu zezwolenia na podróż, a potem wmanewrowaniu jego lub Jordana w jakąś sytuację, która mu to uniemożliwi.

Nadal się bał. Były jeszcze inne możliwości, które przychodziły mu do głowy, gorsze niż poddanie któregoś z nich psychoprzesłuchaniu - jak doprowadzenie przez Reseune do sytuacji, którą można byłoby wykorzystać w celu zaszkodzenia Jordanowi lub pogorszenia jego warunków bytowych. Próbował odepchnąć takie myśli od siebie.

Musiał z tym żyć. Albo zwariować.

Wyjął walizki ze schowka, zaś jego eskorta przemieściła się do przodu - ten samolot kursował pomiędzy Reseune a Planys w miarę potrzeby, na ogonie i skrzydłach miał wymalowany symbol Nieskończonego Człowieka, a nie czerwono-biały emblemat linii RESEUNEAIR, które przewoziły pasażerów i ładunki w większość miejsc kontynentu, a nawet za ocean. Jego właścicielem były laboratoria Reseune, mimo że obsługiwała go załoga RESEUNEAIR; w istocie, podobnie jak RESEUNEONE, ten samolot był prywatny; ładunki i listy pasażerów nie podlegały weryfikacji Biura Transportu.

Długi lot z Reseune, nad samotnym oceanem. Samolot ze śluzą powietrzną i filtrem próżniowym w śluzie, konieczność włożenia skafandrów i masek przed wyjściem na zewnątrz. Wyjął swój sprzęt ze schowka, biały, cienki plastik, w którym człowiek czuł się jak w rozgrzanym piecu, bo skafandry ogólnego stosowania nie miały systemu obiegu powietrza, a jedynie parę taśm wokół piersi i na ramionach, które uniemożliwiały skafandrowi nadymanie się jak balon i podkradanie powietrza podawanego przez hełm.

Drugi pilot wziął go w obroty i sprawdził szwy, kołnierz, mankiety, kostki i przód skafandra, po czym poklepał go po ramieniu, wskazując śluzę powietrzną. Popularne skafandry nie miały urządzeń komunikacyjnych, trzeba więc było gestykulować albo krzyczeć.

Wziął więc swój bagaż, owinięty w plastykową torbę, i sprawdził czy ochrona ma zamiar go wypuścić.

Nie całkiem. Jeden z nich miał wyjść razem z nim. Obserwowali go uważnie.

Wszedł do śluzy powietrznej i odczekał pełny cykl, a następnie zszedł na dół po drabince, z ochroniarzem za plecami, gdzie czekała załoga naziemna w wyprodukowanych na zamówienie skafandrach.

W Planys było bardzo mało zieleni. Wieże skraplające walczyły o utrzymanie roślin przy życiu, ale wszystko było tutaj surowe i nowe, głównie czerwone skały, błękitne zarośla i wełnodrzew. Tęgoskórowce były na tym kontynencie dominującym elementem fauny, podobnie jak na drugim płaskozwierze, dzięki niczym nieprzerwanej izolacji, która zafundowała Cyteen dwa praktycznie niezależne systemy ekologiczne - jeśli nie liczyć wełnodrzewu i paru innych przenoszonych wiatrem chwastów, rozmnażających się praktycznie z najmniejszego włókienka, byle tylko znalazło pył i wilgoć.

Flora wzmocniona wchłoniętymi krzemianami, trująca z powodu zawartości metali i alkaloidów, wyrzucała w powietrze masę włókien, rakotwórczych dla ziemskich układów oddechowych nawet przy ekspozycji sięgającej minut: rośliny potrafiły zabić w ciągu minut lub lat, w zależności od tego, czy ktoś był na tyle głupi, by zjeść liść, czy tylko miał pecha i wciągnął nieoczyszczony haust powietrza. Tlenek węgla w powietrzu także wystarczał dla załatwienia człowieka. Wszakże jedynym sposobem, by zostać zabitym przez miejscową faunę, było stanięcie jej na drodze, a stary żart głosił, że jedyne przypadki śmierci odnotowywano, gdy zbliżone rozmiarami sztuki spotykały się ze sobą łeb w łeb i zagłodziły się na śmierć.

Łatwo było zapomnieć, czym była Cyteen, dopóki nie dotarło się na niezamieszkane tereny.

Uczucie izolacji było wszechogarniające. Wystarczyło odwrócić wzrok od lotniska i budynków, a już widziało się Cyteen, surową i śmiertelnie groźną.

W takim miejscu żył Jordan.

♦♦♦

Nie można było zdjąć skafandrów, dopóki nie dotarło się do Aneksu Planys, garażu i kolejnej śluzy powietrznej, gdzie wszyscy brutalnie szczotkowali się nawzajem, a potężne wentylatory sprawiały, że kiepskiej jakości skafandry zaczynały łopotać i szumieć. Należało podnieść i odciągnąć elastyczne paski, żeby usunąć spod nich włókna, następnie poddać się opłukiwaniu specjalnym detergentem za pomocą węża, rozpiąć skafandry, zdjąć je i stanąć na kratownicy, nie dotykając zewnętrznych powierzchni - zespół odkażający zajmował się wtedy bagażem.

Do licha, pomyślał, niespokojny do chwili, aż zamknęły się drzwi i wraz z eskortą znalazł się w korytarzu, który wyglądał jak tunele burzowe w domu w Reseune-szary beton, zupełnie szary.

Na wyższym poziomie było nieco lepiej: beton pomalowany na zielono, przyzwoite oświetlenie. Brak okien... pewnie w Planys nie było ich w ogóle. Małe ustępstwo na rzecz estetyki: kilka pnączy plastikowych roślin i tanie ilustracje w ramkach na ścianach.

Budynek A, głosiły co kawałek brązowe litery wysokie na metr, gdzieniegdzie zasłonięte przez wiszące tam obrazki. Drzwi zrobiono z pomalowanego na brązowo metalu. Było też, co niezwykłe, biuro z zasłoniętymi firankami oknami wychodzącymi na korytarz. Na małej tabliczce z rytego plastiku widniały słowa: Dr Jordan Warrick, Administrator, Sekcja Edukacyjna.

Strażnik otworzył przed nim drzwi. Wszedł, zobaczył Paula przy biurku, Paula, który wyglądał jak... Paul, tylko że zaczął farbować włosy - wstał, uścisnął mu rękę i objął go.

Wtedy dotarło do niego, że to się dzieje naprawdę.

- Wchodź - powiedział mu do ucha Paul, klepiąc go po ramieniu. - Wie, że już jesteś.

Podszedł do drzwi, otworzył je i wszedł. Jordan czekał na niego, z otwartymi ramionami. Przez długą, długą chwilę stali obejmując się i nie mówiąc ani słowa. Szlochał. Jordan także.

- Jak dobrze cię widzieć - rzekł wreszcie Jordan. - Do licha, ależ urosłeś.
- Dobrze wyglądasz - oświadczył Justin, próbując nie dostrzegać zmarszczek wokół oczu i ust ojca. Jordan robił wrażenie szczuplejszego, ale nadal był wysportowany i twardy - być może, rozmyślał Justin, robił to samo co ja, od dnia, gdy Denys wezwał go do biura i oznajmił, że dostaje zezwolenie na podróż - odbywał w sali gimnastycznej jedno okrążenie za drugim, żeby tylko ojciec nie zobaczył, że stracił formę.
- Szkoda, że Grant nie mógł przylecieć.
- On też żałuje. - Trudno mu było zachować spokój. Z trudem go odzyskał. I nie powiedział już, że Grant bardzo bał się puszczać go samego w tę podróż, bał się zostawać sam - azi, we władzy Reseune. - Może następnym razem.

Ta podróż musiała się udać. Musieli przebrnąć przez to wszystko gładko i łatwo, żeby w przyszłości były możliwe następne wizyty. Wiedział, że każdy kawałek papieru w jego teczce zostanie zbadany przez Służby Bezpieczeństwa na wszystkie sposoby, jakimi tylko dysponowali; kiedy wróci na Reseune, ta sama procedura się powtórzy; podobnie rewizja osobista, której poddano go przed wpuszczeniem na pokład samolotu, bardzo skrupulatnej. Ale był tu. Miał do dyspozycji resztę dzisiejszego dnia i jutro aż do południa. W każdej minucie, jaką spędzi z Jordanem, będzie towarzyszyć im dwóch wysokiej rangi agentów Ochrony, siedząc w tym samym pokoju; ale nie było w tym nic złego, podobnie jak w kamerach i mikrofonach, które wkradały się w każdy moment jego życia, nie zostawiając żadnej prywatności.

Podszedł z Jordanem do stołu konferencyjnego i usiadł, Paul dołączył do nich. Justin odezwał się:

- Przywiozłem trochę moich prac. Zaraz przyniosą moją teczkę. Bardzo bym chciał, żebyś na niektóre z nich rzucił okiem.

To strata czasu, oświadczył Yanni, w swój niepowtarzalny sposób, kiedy go błagał o pozwolenie na pokazanie swojego ostatniego projektu. Ale uzyskał je w tamto popołudnie. To cię będzie kosztowało sporo nadgodzin, informowała notka, którą Yanni mu przesłał.

- Co u ciebie? - spytał zwyczajnie Jordan, ale więcej można było wydedukować z niepokoju w jego oczach, co Justin, jako jego syn i student psychologii mógł łatwo odczytać, choć było to niedostępne dla Ochrony i analizatorów głosu.

Czy jest coś, o czym nie wiem?

- Cholera - rzekł i roześmiał się, czując, jak napięcie go opuszcza - diabelnie dobrze. Zbyt dobrze, chociaż poprzedni rok to było piekło. Na pewno się domyślałeś. Nie mogłem nic zrobić jak trzeba, wszystko rozpadało mi się w rękach... - A o wielu problemach nie mogę nawet wspomnieć. - …ale teraz jest tak, jakby nagle wszystko wróciło do normy. Po pierwsze, zwolnili mnie z pracy przy Projekcie. Czułem się z tego powodu winny - co pewnie dużo mówi o tym, jak było kiepsko. Zajmowało mi to wiele czasu, byłem zbyt zmęczony, żeby normalnie myśleć, nic z tego nie wychodziło. Yanni uważał, że w ten sposób pozbędę się paru moich problemów, no wiesz, a potem włączył mnie do produkcji. Aż znowu z jakiegoś powodu mu się odmieniło i wpakował mnie z powrotem do prac badawczo-rozwojowych, na bardzo długi okres realizacji całego Projektu. I jakoś sobie radzę, dzięki Bogu.

Tak długo rozmawiali z poślizgiem czasowym przez telefon, że przyłapał się na tym, iż dalej w ten sposób mówi, kondensując wszystko w pakiety, nie martwiąc się, że Służba Bezpieczeństwa przyczepi się do pojedynczego zdania. Tu jednak cieszył się większą swobodą. Obiecano mu to. Nie było na zewnątrz nikogo, kto mógłby podsłuchiwać i mogli rozmawiać o wszystkim - oczywiście z wyjątkiem wzmianek o planach ucieczki czy tajnych wiadomościach, na temat Reseune.

Jordan wiedział o obu Projektach, o Ari i Rubinie.

- Cieszę się - rzekł Jordan. - Bardzo się cieszę. Jak tam prace Granta?
- Nigdy nie miał kłopotów, znasz go. - I wtedy zdał sobie sprawę z tego, jak daleko wstecz sięgało to pytanie.

Te wszystkie minione lata. Grant w szpitalu, on sam w rękach Służby Bezpieczeństwa. Jordan przerzucony na przesłuchanie w Nowgorodzie przed odesłaniem go do Planys.

Leżąca przed nim na stole ręka drżała, podniósł ją do ust i próbował się uspokoić.

- Grant... wyszedł z tego bez szwanku. Stabilny jak zawsze. Nic mu nie jest. Serio. Nie wiem, co bym bez niego zrobił. A u ciebie w porządku?
- Na początku było kiepsko. Ale to mały personel, bliska grupa. Mogą tu przyjeżdżać i odjeżdżać, rzecz jasna, i wiedzą, jaka jest moja sytuacja, ale...

O Boże, uważaj. Mogą wykorzystać wszystko, co powiesz, wszystko do czego się przyznasz. Uważaj, co mówisz.

- ... Dbamy o siebie nawzajem. Jakoś pomagamy sobie nieść ten ciężar. Myślę, że to wszystko przez tę pustynię na zewnątrz. Albo wariujesz i cię stąd odsyłają, albo ta pustka cię uspokaja. Nawet Ochrona jest tu sensowna. - Prawda, Jim?

Jeden z ochroniarzy siedział na krześle w kącie. Teraz zaśmiał się i oparł wygodnie, ze skrzyżowanymi w kostkach nogami.

Nie azi. Obywatel.

- W większości przypadków - rzekł strażnik Jim.
- To już dom - rzekł Jordan. - To miejsce stało się domem. Musisz zrozumieć tutejszą mentalność. Wszystkie wiadomości i większość muzyki przechodzi przez stację. Jest nieźle, jeśli chodzi o bieżące wiadomości. Nasze ubrania, książki, taśmy rozrywkowe - przylatują tu przy okazji, a książki i taśmy nie pojawią się w bibliotece, dopóki Ochrona nie zbada świeżego transportu. Więc załoga często wariuje - jakoś trzeba się zabawiać; a najmodniejszą ostatnio taśmą rozrywkową są Echa. Co powinno ci dużo powiedzieć na temat opóźnień.

Tę taśmę wydano trzy lata temu.

- Do licha, mogłem ci przywieźć choćby tuzin.
- Słuchaj, wszystko, co możesz dostarczyć do biblioteki, będzie cenne. Już się poskarżyłem. Wszyscy w zespole się skarżyli, bo garnizon kładzie łapę na wszystkim. Priorytety wojskowe. I to przeszukiwanie bagażu. Nie mogłem cię ostrzec. Mam nadzieję, że w podręcznym bagażu nie masz niczego, na co istnieje tu duże zapotrzebowanie, bo oni tu trzymają żołnierzy, którzy desperacko pożądają ocenzurowano, ocenzurowano i ocenzurowano. Nie wspominając o papierze toaletowym. Nie jesteśmy więc jedyni.

Zaśmiał się, bo śmiał się i Jordan, Paul, a nawet Jim, bo taka myśl była rozpaczliwie, ponuro zabawna. I choć było tyle rzeczy, które nie wydawały się śmieszne na tym pustkowiu, było ulgą wreszcie się przekonać, że Planys jest nie tylko położoną na pustkowiu samotnią, ale miejscem, gdzie ceni się bycie człowiekiem i humor.

Rozmawiali i dyskutowali o teorii, aż ochrypli. Poszli do laboratorium i Jordan przedstawił go członkom załogi, których dotąd nie spotkał, zawsze z Jimem i jego partnerem, azim Ennym. Wypił drinka z Lelem Schwartzem i Milosem Carnath-Morleyem, których nie widział od czasu, gdy miał siedemnaście lat, i zjadł obiad z ojcem i Paulem - oraz Jimem i Ennym.

Nie miał zamiaru spać. Jordan i Paul też nie. Pozwolili mu zostać przez określoną liczbę godzin, a wyspać się mógł w samolocie.

Jim i Enny o 2.00 przekazali służbę innej parze. Do tej chwili Jordan i Paul wykłócali się z Justinem o jego pomysły, krytykowali jego struktury, mówili mu, gdzie się pomylił i nauczyli go o socjologicznych integracjach psychologicznych więcej, niż kiedykolwiek nauczył się z książek Yanniego.

- O Boże - odezwał się o 4.00 rano, podczas przerwy, bo wszyscy byli już zupełni ochrypnięci, a mimo to nadal gadali - gdybym mógł się z wam konsultować...
- W dużym stopniu badasz już poznany obszar - powiedział Jordan - ale nie nazwałbym tego ślepym zaułkiem. Nie wiem, a często tych słów nie wypowiadam - mam nadzieję, że wybaczysz mi arogancję. Sądzę, że warto się tym zająć - nie dlatego bym sądził, że cię to doprowadzi tam, gdzie myślisz, ale po prostu jestem ciekaw.
- Jesteś moim ojcem. Yanni mówi, że jestem stuknięty.
- To Ariane też była.

Spojrzał nagle na Jordana. I poczuł niepokój słysząc, jak Jordan wymawia imię zmarłej bez goryczy.

- Powiedziała mi - rzekł Jordan - kiedy jej zasugerowałem, że sfałszowała wyniki testów - uprzejmie, rzecz jasna - że to właśnie twój esej ją do tego przekonał. Pomyślałem wtedy, że to jej normalna, pogardliwa odpowiedź. Teraz nie jestem już taki pewien widząc, dokąd to doprowadziłeś. Pomagała ci przy tym?
- Przy tym nie. Przy pierwszym... - przy paru, o mało nie powiedział. Aż została zabita. Zamordowana. Strząsnął z siebie to wspomnienie. - Nie traktowałeś mnie wtedy poważnie.
- Synu, to było dość sprytne jak na nastolatka. Ariane niewątpliwie widziała tam coś, czego ja nie dostrzegłem. A teraz Yanni to dostrzega.
- Yanni?
- Napisał do mnie długi list. Naprawdę długi. Opisał mi, nad czym pracujesz. Oznajmił, że jesteś stuknięty, ale gdzieś zajdziesz. Że udaje ci się uzyskać integrację w zbiorach głębokich i on to dostrzega, bo przepuścił to przez komputery Socjologii, ale niczego nie uzyskał - same nieokreślone wyniki, za mało danych, za szeroka dziedzina. Coś takiego. Socjologowie nienawidzą, jak ich komputery udzielają takich odpowiedzi: chyba sobie wyobrażasz, jacy się robią wtedy nerwowi.

Jordan wrócił do stolika, na którym stała herbata i usiadł. Justin opadł na krzesło, drżąc z powodu braku snu, zbyt późnej pory. Oparł się na złożonych dłoniach i słuchał, nic więcej.

- Ariane Emory pomagała w nakreślaniu programów dla Socjologii - rzekł Jordan. - Ja także. Podobnie, jak Olga Emory, James Carnath i kilkunastu innych. Przynajmniej dostarczyłeś im czegoś, co wykracza poza ich zasięg przewidywania, czego nie może ująć uśrednianie przez komputer. Tak właśnie powiedziałem. Nie wiem, to projekcja zakłócająca - kiedy pochodzi od maszyn przechowujących cały paradygmat społeczny. Socjologia, jak sądzę, jest w mniejszym stopniu zainteresowana twoimi dokonaniami niż faktem, że twoje projekty nie dają się rzutować: komputery socjologów są bardzo wrażliwe na wartości ujemne. Zaprogramowano je, żeby to wyłapywały.

Wiedział o tym.

- Zatem w serii albo nie ma wartości ujemnych, albo nie potrafią ich znaleźć. Prześledziły je na trzydziestu pokoleniach i dostały odpowiedź: Nie wiem. Być może dlatego Administracja cię tu przysłała. Reseune jest nagle zainteresowane. Ja też. Muszą się zastanawiać, czy skłamałbym - czy też okłamałbym samego siebie - bo jestem twoim ojcem...

Justin otworzył usta, ale nie powiedział ani słowa. Jordan także zamilkł, czekając na to, co powie; byli też strażnicy i prawdopodobieństwo, że wszystko jest nagrywane do dalszego badania przez Służbę Bezpieczeństwa. A może Administrację.

Nie powiedział więc: Nie pozwolą, żeby mi się udało. Nie chcą, żebym kwestionował ich Projekt własnym sukcesem. Zamknął usta.

Jordan chyba wyczuł niebezpieczeństwo. Mówił więc cicho dalej:

- I oczywiście bym skłamał. Mam mnóstwo motywów, ale moi koledzy w Reseune nie: oni wiedzą, że coś w tym jest, Yanni tak twierdzi, komputery Socjologii potwierdzają, a one na pewno nie mają ukrytych motywów.

Mogliby zamknąć mnie gdzieś daleko jak ciebie, prawda? Jeśli coś się nie wydostanie i nie spowoduje pogwałcenia zasad bezpieczeństwa. Bez względu na to, czemu zaprzecza.

Z jednym wyjątkiem - tego, co powiedział Denysowi - jeśli zniknę z Reseune, pojawią się pytania.

- Nie wiem, czy jest jakaś szansa na to, żeby cię przenieśli do Planys - rzekł Jordan. - Ale najpierw powinienem spytać: czy chciałbyś się przenieść?

Zastygł, przypomniawszy sobie krajobraz za oknem, pustkę, wywołującą głębokie uczucie paniki.

Nienawidził jej. Mimo wszystkich zalet i perspektywy uwolnienia się od nacisków Reseune, Planys wywoływała w nim uczucie przerażenia.

Dostrzegł rozczarowanie na twarzy Jordana.

- Już mi odpowiedziałeś - rzekł Jordan.
- Nie, to nie tak. Posłuchaj, mam problem z obcością tego miejsca. Ale potrafiłbym to pokonać. Tobie się udało.
- Powiedzmy, że nie miałem dużego wyboru. Twój wybór jest realny. Tego właśnie nie możesz pokonać. Rozumiem to. Twoje uczucia mogą z czasem ulec zmianie. Ale nie przysparzajmy sobie dodatkowych problemów. Na pewno będziemy mieli w tej pętli Yanniego. Nie ma szans, żeby pozwolili nam coś przesyłać bez dokładnego sprawdzenia zawartości. Popracujemy nad tym - jeśli będziemy mogli. Teraz są zaciekawieni, w to nie wątpię. Nie są aż tak zajęci swoim Projektem, żeby nie dostrzegali potencjału na innym obszarze. A to, synu, jest zarówno plusem jak i minusem. Widzisz, jak się troszczą o moje samopoczucie.
- Ser - odezwał się strażnik.
- Przykro mi - rzekł Jordan i westchnął, patrząc na Justina przez długą chwilę, a na jego twarzy malowały się trzeźwe emocje.

Nie jest tu wolny, jak mogłoby się na pierwszy rzut oka wydawać. Udało mu się i pozyskał ochronę, ale ta stała się więzieniem.

Poczuł ucisk w gardle, częściowo żal, częściowo panikę. Przez jeden straszny moment chciał wyjść, natychmiast, jeszcze przed świtem. To jednak byłoby głupie. On i Jordan mieli tak mało czasu. Dlatego pozostali całą noc na nogach i doprowadzili się do skraju wytrzymałości, pozwalając sobie na zbytnią uczciwość.

Do licha, odszedł, kiedy byłem dzieckiem, a teraz nie jestem pewien, jak mnie postrzega. Jako mężczyznę? Czy jako kogoś dorosłego? Może nawet kogoś trochę obcego. Ja go znam, a on tak mało wie o tym, kim teraz jestem.

Żeby ich wszystkich szlag trafił.

Nie ma sposobu, żeby to nadrobić. Nie możemy nawet mówić sobie rzeczy, które pozwoliłyby nam lepiej się poznać. Nie wolno okazywać emocji przed naszymi prześladowcami.

Odwrócił wzrok, spojrzał na Paula, siedzącego przy stole w milczeniu, i pomyślał, że ich życie musi przypominać jego życie z Grantem - tłumiona frustracja z powodu słów, jakich nie mogą wypowiedzieć.

Tu nie jest inaczej niż w Reseune - pomyślał. Nie dla Jordana. Tak naprawdę to nie, bez względu na to, jakich pozorów by temu nie nadali. Nie może mówić, nie ośmieli się.

Dla Warricków wszędzie jest jak w Reseune.

2.

- Pracujemy do późna? - spytał strażnik, zatrzymując się w drzwiach, a serce Granta podskoczyło i zaczęło mocno bić; podniósł wzrok znad biurka.

- Tak - odparł.

- Ser Warricka nie ma?

- Nie ma.

- Chory?

- Nie.

Miejsce pobytu Justina widniało na liście niezbędnych informacji wymaganych przez Administrację. To był jeden z warunków. Były pewne sprawy, których nie mógł powiedzieć, a cisza była dla biologicznego trudna do zniesienia. Człowiek popatrzył na niego przez chwilę, mruknął coś, zmarszczył brwi i ruszył w dalszy obchód.

Grant wypuścił powietrze, ale napięcie nie ustępowało, gdzieś w głębi płynął strumień adrenaliny, strach, który rósł od chwili, gdy Justin powiedział mu o podróży do Planys.

Justin poleciał tam sam, bo taki był jeden z warunków narzuconych przez Administrację. Odsunął od siebie troskę Justina o niego samego i nie chciał na ten temat rozmawiać, bo wiedział, że Justin poleciałby do ojca na każdych warunkach, musiał lecieć: Grant nie miał w tej sprawie nic do powiedzenia.

Bał się jednak, a strach stał się silniejszy, gdy zobaczył odrywający się od ziemi samolot, oraz gdy samotnie wracał do Reseune.

Tłumaczył sobie, że po części jest to zwykły niepokój: polegał na Justinie, nie rozstawali się ze sobą od afery związanej ze śmiercią Ariane, a rozstanie w naturalny sposób wywołało złe wspomnienia.

Z prawnego punktu widzenia nie pozostawał pod opieką Justina. Jego Opiekunem było Reseune. Kiedy więc Justina tu nie było i nie mógł zrobić niczego, by przeciwstawić się Administracji czy wykorzystać wpływy Jordana w celu zapewnienia mu ochrony, nie miał żadnych praw. Justin podejmował ryzyko, gdyż podróżując musiał oddać się całkowicie w ręce Służby Bezpieczeństwa Reseune - która mogła zaaranżować wypadek. W przypadku Granta było prawdopodobne, że zabiorą go do laboratoriów, gdzie przesłuchają lub - co gorsza - poddadzą działaniu głębokiej hipnotaśmy.

Powtarzał sobie, że panikowanie nie ma sensu, bo i tak nie mógł niczemu przeciwdziałać, nie mógł się ukryć ani niczego zrobić, by ich powstrzymać. Gdyby rzeczywiście mieli wobec niego plany.

Pierwszej samotnej nocy, kiedy towarzyszyły mu tylko ciche odgłosy wielkiego, pustego apartamentu i nie miał pojęcia, co się dzieje po drugiej stronie planety, wstrzyknął sobie jedną z dawek adrenaliny, jakie trzymali w mieszkaniu, wraz z powalającą dawką narkotyku, a do tego jeszcze wziął kat.

Siedział po turecku po swojej stronie łóżka i nurkował w najgłębszych czeluściach, jakie sam dla siebie otworzył, zmieniając wszystko krok po kroku, w skupieniu, które sprawiało, że skóra pokrywała mu się potem, a on czuł się rozkojarzony i słaby.

Nie wiedział, jak podziała kombinacja adrenaliny z narkotykiem działającym nasennie; nie wiedział, co może zrobić, czy wyszedł już z mgły narkotyku i zakończył wysiłek, ale serce waliło mu jak młotem i nie był w stanie zrobić nic, poza padnięciem twarzą na łóżko i liczeniem uderzeń serca w nadziei, że to go nie zabije.

Projektant, który dobrał się do własnych zbiorów i zaczął je przemieszczać, to po prostu dureń.

Nie różniło się to jednak bardzo od tego, co robił moduł testowy dla azich, organizując ich podziały mentalne i sterując stopniem zintegrowania nowej taśmy. Była to kwestia gruntownej znajomości własnej mapy mentalnej.

Wyłączył komputer, zgasił światło i wychodząc zamknął na klucz drzwi do biura, po czym szedł opustoszałym korytarzem do pustego mieszkania i czekał w nim na kolejną noc.

Reakcje aziego, niejasne i pierwotne, sugerowały udanie się do innego Opiekuna. Szukanie pomocy. Wzięcie pigułki. Odrzucanie stresu na poziomach głębokich.

Oczywiście wybór pierwszego wariantu byłby głupi; wcale go to nie kusiło. Jednak wzięcie pigułki i przespanie całej nocy mocnym snem było niezmiernie kuszące. Jeśli zaaplikuje sobie wystarczająco mocną dawkę, prześpi noc i rano odbierze Justina z lotniska: było to rozsądne, a nawet zalecane, bo środek uspokajający byłby poważnym problemem dla każdego, kto przyszedłby po niego. Więc gdyby w ostatnim momencie podjęli jakieś próby...

Nie, spowodowanie opóźnienia samolotu było proste. Zawsze mieli więcej czasu do dyspozycji, gdyby zdecydowali, że go potrzebują.

Zdecydował, że nie będzie sobie aplikował środków uspokajających dlatego, że dostrzegał pewne korzyści w poradzeniu sobie bez nich; ta myśl najwyraźniej nie pochodziła z logicznych głębin jego umysłu - choć dostrzegał pewne korzyści w hormonalnym uczeniu się, którego nie dopuszczał jednostajnie rozsądny, chroniony sposób weź-taśmę-i-wszystko-będzie-dobrze. Gdyby istniał świat azich, wszystko byłoby czarne albo białe i bardzo, ale to bardzo wyraźne. To szarości myślenia strumieniowego tworzyły naturalnie poczętych ludzi. Szare reakcje w szarych wartościach, nabyte dzięki hormonalnej niestabilności.

Ból nie sprawiał mu przyjemności. Ale dostrzegał wartość produktu ubocznego.

Dostrzegał także korzyści płynące ze środka nasennego w kieszeni, podwójnej dawki w ciśnieniowej strzykawce, bo jeśli mają zamiar go gdziekolwiek zabrać, zafunduje im poważny problem medyczny.

3.

Nelly dalej miała problemy, zauważyła Ari.

- Musimy z nią bardzo uważać - rzekła Ari do Floriana i Catlin, podczas narady w pokoju azich, kiedy Nelly była w jadalni i pomagała Seely’emu w sprzątaniu.
- Tak, Sera - odparł poważnie Florian; Catlin nie odezwała się, co było normalne: ona zawsze pozwalała Florianowi mówić, jeśli się na coś zgadzała. Co wcale nie oznaczało, że była nieśmiała. Po prostu taka już była.

Nelly ostro zbeształa Catlin, która w salonie pokazywała Ari, jak wykonać rzut znad ramienia.

- Zrobisz sobie krzywdę! - wrzasnęła Nelly. - Florian, Catlin, powinniście mieć więcej rozsądku!

W istocie skarga powinna zostać skierowana do Floriana, bo to on był na podłodze. Udawał Wroga. Florian był w tym dobry: potrafił wylądować i błyskawicznie stanąć na nogi, ale Catlin nie uczyła jej, co się robi potem, tylko najpierw, więc Florian leżał spokojnie, a Catlin pokazywała Ari, co zrobić, żeby już więcej nie wstał.

Nelly usłyszała łomot, po którym zapadła cisza i wpadła tuż po tym, jak Florian wylądował na środku dywanu. Catlin pokazywała, jak skręcić komuś kark, a robiła to naprawdę powoli. Jeśli Catlin robiła to w rzeczywistym tempie, była tak szybka, że prawie nie dało się spostrzec ruchów. Catlin i Florian pokazywali jej, jak upadać i błyskawicznie wstawać. Umieli robić naprawdę niesamowite rzeczy.

Czasem bawili się w Zasadzkę, kiedy zostawali sami w apartamencie. Gasiło się światło i trzeba było się wydostać.

Zawsze to ją Załatwiali. Ale tak miało być. Coraz trudniej było ją Załatwić i cały czas się czegoś uczyła. Było to o wiele zabawniejsze niż Amy Carnath.

Florian pokazał jej masę rzeczy związanych z komputerami, jak zastawiać Pułapki i jak robić różne paskudne rzeczy za pomocą Majordomusa, na przykład wysadzać kogoś w powietrze, jeśli miało się bombę, ale takie trzymali tylko w sekcji wojskowej. Wiedziała o identyfikacji głosu i o tym, skąd Majordomus wie, gdzie kto jest, oraz jak zamki na odciski dłoni były podłączone do komputera Domu, razem ze skanem siatkówki i innymi takimi rzeczami; a nawet jak otwierać elektryczne zamki bez karty.

Florian bardzo szybko uczył się nowych rzeczy. Powiedział, że zamki rezydencji Domu były specjalne i bardzo trudno było je obejść. Powiedział, że w apartamencie wujka Denysa były naprawdę ciekawe rzeczy, na przykład specjalne zamki podłączone do jakiegoś miejsca, którego Florian nie umiał wytropić, ale sądził, że to Służba Bezpieczeństwa. Powiedział, że może spróbować się dowiedzieć, ale grozi to kłopotami ze Starszakami, ale zrobi to, jeśli ona będzie chciała.

Nie powiedział jej o tym, dopóki nie znaleźli się na zewnątrz, bo z Catlin odkryli jeszcze inne rzeczy.

Na przykład to, że Majordomus może ich podsłuchiwać.

Był to specjalny typ, powiedział jej Florian: mógł wszystko słyszeć i widzieć, ale robił to po cichu, więc się o tym nie wiedziało; był też specjalnie ekranowany, z funkcją nagrywania, zlokalizowaną gdzieś poza apartamentem. Obiektywy i czujniki były malutkie, jak główka szpilki, obiektywy to mogło być tzw. rybie oko, a czujniki mogły być wszelakie, wykrywacze ruchu i mikrofony.

- Mogą je umieszczać w ścianach - mówił Florian - są takie malutkie i niewidoczne, że ich nie zobaczysz, dopóki nie obejrzysz wszystkich ścian z mocną latarką i świecąc pod kątem, albo jeśli masz specjalny sprzęt. Tak jest najlepiej, ale one mają bardzo dobrą ostrość. Potem się to przetwarza na postać cyfrową i można uzyskać o wiele wyraźniejszy obraz. To samo z dźwiękiem. Mogą poddać cię testowi wykrywającemu stres w głosie. Jeśli będą czegoś chcieli, dostaną to. Ale jeśli będą naprawdę chcieli, bo to wymaga mnóstwa pracy. Większość Majordomusów jest naprawdę prosta i można się do nich dobrać. Te w Domu są raczej skomplikowane, wszystko od Służby Bezpieczeństwa, dobrze ukryte i naprawdę trudno jest zauważyć wszystkie czujniki, jeśli zostały umieszczone w betonie zanim nałożono kamienie i boazerie.

To ją naprawdę zaniepokoiło.

- Nawet w łazience? - spytała.

Florian skinął głową.

- Zwłaszcza tam, bo jeśli się poddaje kogoś nadzorowi, to się próbuje dostać do miejsc, w których - jak ludzie sądzą - nie ma pluskwy.

Poszła wtedy do wujka Denysa i spytała, zmartwiona:

- Wujku, czy w mojej łazience jest pluskwa?

A wujek Denys odparł:

- Kto ci to powiedział?

- Jest?

- To od Służb Bezpieczeństwa - oświadczył wujek. - Nie przejmuj się. Nie włączają ich, chyba że muszą.

- Nie chcę czegoś takiego w mojej łazience!

- Cóż, moja droga, przecież nie jesteś złodziejem, prawda? Gdybyś była, włączyłby się alarm na posterunku Służby Bezpieczeństwa i Majordomus zacząłby patrzeć i słuchać. Nie martw się.
- Tak, Ser - odparła i kazała Florianowi przeszukać całą łazienkę, aż znalazł obiektywy i mikrofony i nałożył na nie grudki gliny. Z wyjątkiem tego w głośniku na ścianie. Zawiesiła tam ręcznik i Nelly ciągle go zdejmowała, ale Ari zawsze umieszczała go tam z powrotem.

Florian znalazł też pluskwy w jej sypialni, ale wujek Denys ją wezwał i powiedział, że Służba Bezpieczeństwa podczas rutynowego testu odkryła wyłączone pluskwy w jej łazience i że będzie mogła zakryć te w łazience, ale reszta to zabezpieczenia apartamentu i lepiej, żeby ich nie ruszała.

Więc ich nie ruszali.

Ale nie chodziło tylko o Służbę Bezpieczeństwa. Catlin powiedziała, że Seely należał do Służby. Także Abban, azi Girauda. Umiała to rozpoznać. Florian powiedział, że też tak uważa.

Catlin również nauczyła ją wielu rzeczy: jak stać nieruchomo, żeby nikt cię nie słyszał i gdzie były punkty, w które należało uderzać, gdyby ktoś cię zaatakował.

Wujek Denys nie musiał więc cały czas martwić się tak bardzo o jej bezpieczeństwo, i nie musiał się martwić tym, że chodziła po korytarzach. A kiedy przyjdzie list od maman - a na pewno wkrótce przyjdzie - będzie mogła zatroszczyć się o siebie, odlatując na Fargone.

Bardziej bała się chodzić tam, gdzie przebywali obcy niż tego, że tam chodziła. Zaczęła rozumieć, że poza Reseune było mnóstwo ludzi, którzy chcieli się włamać w różne miejsca i coś ukraść, albo chcieli cię zabić, porwać czy okraść. Przy całym tym strachu zaczynała orientować się, jak wypatrzyć kogoś dziwnie się zachowującego i jak sobie poradzić z paskudnymi ludźmi nie tylko Załatwiając, ale - co gorsze - Wrabiając.

Naprawdę chciałaby to zrobić Amy Carnath.

Ale jak się kogoś Załatwiło, to nie można było go już Wrobić. O wiele więcej można było uzyskać Wrabiając ludzi, jeśli był na to czas.

Pokazała to Florianowi i Catlin. Ale tylko trochę. Po pierwsze, to byli azi, nie można ich było do niczego zmuszać i trudno im było pokazać coś inaczej, niż robiąc to. A po drugie, nie chciała, żeby nauczyli się, jak to zrobić jej.

Z jednego powodu musiała być w tym lepsza od nich. Była ich Opiekunem.

Drugi był taki, że czasem ją przerażali; czasem naprawdę się z nich cieszyła, czasem żałowała, że ich ma, bo doprowadzali ją do szału, raz ją rozbawiali, a raz sprawiali, że w środku nocy zaczynała myśleć, że powinna przestać ich lubić, bo maman nie pozwoli im pojechać na Fargone.

Nie wiedziała, skąd ta myśl, ale bardzo ją to bolało, a ona nienawidziła, kiedy ludzie ją przerażali i nienawidziła, kiedy sprawiali jej ból.

- Nie powinniśmy pakować się w kłopoty - powiedziała do azich, kiedy szli do pokoju po tym, jak Nelly na nich nakrzyczała. Przyszło jej do głowy, że wreszcie powie im to, co już od dawna chciała im powiedzieć, ale trudno jej było ubrać to w słowa i zaczynał ją od tego boleć brzuch. - Wiem o różnych ludziach, których już tu nie ma. Pakujesz się w kłopoty, a oni Znikają.

- Co to znaczy? - spytał Florian.
- Po prostu już ich nie ma.
- Umierają? - spytała Catlin.

Serce jej podskoczyło. Potrząsnęła mocno głową.

- Po prostu Znikli. Na Fargone albo gdzieś indziej. - Mówienie o następnej rzeczy przychodziło jej z trudnością. Jej wyraz twarzy ostrzegł ich, żeby byli naprawdę cicho, bo w przeciwnym razie naprawdę się rozzłości, gdyż to nie o Nelly chciała mówić. - Moja maman i jej azi zostali Zniknięci. Ona nie chciała. Wujek Denys powiedział, że ona ma naprawdę ważne sprawy na Fargone. Może tak, a może nie. Może tak ci tylko mówią, jak jesteś dzieckiem. Dużo dzieci też zostało Znikniętych. Dlatego jestem naprawdę ostrożna. Musimy być ostrożni.
- Jeśli ktoś nas Zniknie - oświadczyła Catlin - to wrócimy.

To była cała Catlin. Catlin tak by zrobiła, pomyślała Ari, a przynajmniej ona i Florian narobiliby dużo szkody.

- Moja maman jest naprawdę sprytna - rzekła - a Ollie bardzo silny, i nie wydaje mi się, żeby po prostu łapali ludzi. Może ich jakoś Wrabiają, no wiecie, pranie mózgu.
- Kto jest naszym Wrogiem? - spytał Florian.

Oni właśnie tak rozumowali. Serce biło jej mocno. Nigdy dotąd z nikim na ten temat nie rozmawiała. Zastanawiała się nad tym, jak myślą azi, nie tkwiąc w samym środku wydarzeń. Wszystko nagle zaczynało składać się w całość, kiedy zaczynało się myśleć tak jak oni, bezpośrednio i prosto, bez zamartwiania się. A kiedy się pomyślało: a co, jeśli mamy jakiegoś Wroga? Usiadła, próbując pomyśleć o tym, kto może robić takie paskudne rzeczy, jak łapanie ludzi, robienie im prania mózgu i Znikanie silnych, dorosłych ludzi.

Przyciągnęła Floriana blisko do siebie i zaczęła mu szeptać do ucha, między złożonymi dłońmi, w taki sposób, w jaki chciało się przekazać komuś prawdziwą tajemnicę, z powodu Majordomusa - a kiedy mówiło się o Wrogu, nie wiadomo było, czy są bezpieczni.

- Sądzę, że to może być Giraud. Ale on nie jest zwykłym Wrogiem. Może wydawać nam rozkazy. Może wydawać rozkazy Służbie Bezpieczeństwa.

Florian wyglądał na szczerze zaniepokojonego. Catlin szturchnęła go łokciem, a on pochylił się i wyszeptał jej do ucha to, co usłyszał.

Catlin przybrała wystraszony wyraz twarzy, a to jej się nie zdarzało.

Ari przyciągnęła Catlin do siebie i wyszeptała:

- Nie znam nikogo innego, kto mógłby Załatwić moją maman.

Catlin szepnęła jej do ucha:

- Więc musimy Załatwić najpierw jego.
- A jeśli to nie on? - odszepnęła.

Siedziała i rozmyślała, a Catlin przekazywała wszystko Florianowi. Azi coś odpowiedział, po czym pochylił się i rzekł:

- Nie powinniśmy teraz o tym rozmawiać.

Spojrzała na niego zaniepokojona.

- Starszacy są naprawdę niebezpieczni - rzekł. Po czym wyszeptał najciszej jak potrafił: - Proszę, Sera. Jutro. Na zewnątrz.

Zrozumieli ją więc. Uwierzyli jej, nie tylko dlatego, że byli azimi. To, co powiedziała, miało dla nich sens. Objęła kolana ramionami, czuła, jak drży, myślała, że jest głupia i była na siebie wściekła; a równocześnie pomyślała, że dotąd nie poskładała wielu spraw w jedną całość, bo nie miała żadnego sposobu, żeby tego dokonać. Sądziła, że różne rzeczy dzieją się po prostu dlatego, że zawsze się działy, a świat jest, jaki jest. Tylko że to było głupie. Nie było tak, że rzeczy działy się same, stali za tym ludzie, a Florian i Catlin wiedzieli o tym, a ona również by doszła już do tego wniosku, gdyby zawsze nie było tak samo, przez cały czas.

Co się zmieniło? - to była gra, w którą grali. Florian i Catlin mówili: co się zmieniło w salonie? I mierzyli czas, dopóki tego nie znalazła. Raz czy dwa udało jej się pokonać Catlin, a raz pobiła w szukaniu Floriana; a parę razy tak poprzestawiała rzeczy, że nie mogli tego znaleźć. Nie była głupia, ale tak się czuła.

Głupota polegała na myśleniu, że wszystko było zawsze niezmienne.

Głupota polegała na myśleniu, że maman odleciała, bo ktoś ją zmusił. Poskładała potem wszystko w całość i doszła do wniosku, że jeśli maman musiała polecieć bez niej, to pewnie dlatego, że była za mała, a podróż była niebezpieczna. Głupotą było nie przemyśleć tego gruntownie.

Pamiętała zeszłoroczną kłótnię z wujkiem Denysem na temat przyjęcia. I jak nie chciała, żeby Giraud przychodził; a wujek Denys powiedział: To nieładnie, Ari. On jest moim bratem.

To także było przerażające, bo wujek Giraud mógł zmusić wujka Denysa do robienia różnych rzeczy. Giraud miał Służby Bezpieczeństwa, a oni mogli dobrać się do jej listów. Mogli w ogóle zatrzymać listy do maman.

A to rozwalało wszystko.

Głupia. Głupia.

Czuła się chora. I nie mogła zapytać wujka Denysa, czy to prawda. Denys odpowiedziałby: On jest moim bratem.

4.

Giraud dolał wody i zaczął pić, przyglądając się raportom, znudzony kłótnią nauczycieli o relatywne pożytki z dwóch esejów, jednego wyciągniętego z archiwów, a drugiego współczesnego.

Denys, Peterson, Edwards, Ivanov i Morley: wszyscy zebrani wokół stołu, omawiający implikacje wyboru słownictwa u ośmiolatków. To nie była działka Girauda. To dziedzina Petersona, niech go Bóg ma w swojej opiece.

- Rozwój werbalny - rzekł Peterson tym swoim ośmieszającym mruczandem, które było dla niego tak charakterystyczne - odbiega od normy o zero przecinek siedem, anomalia znacząca w zmiennych rozwojowych Gonnera...
- Nie wydaje mi się, żeby był jakiś powód do zmartwienia - rzekł Denys. - Różnica wiąże się z Jane i Olgą, nie z Ariane i Ari.

- Oczywiście, istnieją pewne argumenty świadczące o tym, że zespół Gonnera odbiega nieco od tej koncepcji. Hermann Polling utrzymywał w swoim artykule, że...

Spotkanie trwało. Giraud rysował kwadraciki w notesie. Peterson wykonał dobrą robotę. Wystarczyło zadać mu pytanie, dostawało się gotowy wykład. Choroba belferska. Koledzy i nieznajomi otrzymywali to samo, co jego młodociani uczniowie.

- Podsumowując - rzekł wreszcie Giraud, kiedy jego szklanka była w połowie pusta, a papier zapełnił się kwadracikami - podsumowując, w skrócie, sądzicie, że o różnicy stanowi Olga.

- Artykuł Pollinga...

- Tak. Oczywiście. I nie sądzicie, żeby konieczna była hipnotaśma korekcyjna.

- Inne wskaźniki punktowe sugerują bardzo wyraźny związek...

- John chce powiedzieć - wtrącił Edwards - że ona wszystko rozumie, zna słowa, ale znacząca część jej rozwoju była przedwczesna i wypracowała sobie wewnętrzny słownik, którego używa jako czegoś w rodzaju stenografii.

- Jeśli będziemy nalegać na zmianę słownictwa, spadek może być większy od zakładanego - oświadczył Denys. - Może to nie opisuje tego, co ona widzi. Ona po prostu woli slang i własny wewnętrzny żargon, a ja nie próbowałem jej do niego zniechęcać. Ona zna właściwe słowa, testy to wykazały. Nie wiem także, czy mamy pełny obraz. Powiedziałbym, że ona opiera się pewnym testom.

- Dlaczego?

- Jane - odparł Denys. - Mała nie zapomniała. Miałem nadzieję, że z czasem będzie coraz mniej listów. Miałem nadzieję, że dzięki azim będzie tu różnica.

- Nie sądzisz chyba - rzekł Edwards - że sposób postępowania spowodował, że ona pozostała w tym stadium; to znaczy, podświadomy nacisk na ten etap w jej życiu, uczepienie się tych wspomnień, jakby odmowa wyjścia z tego etapu, coś w rodzaju oczekiwania.

- To ciekawa teoria - rzekł Giraud, opierając się na ramionach. - Czy jest jakiś szczególny powód?

-To, ile razy powtarza „Moja maman powiedziała...”, ton jej głosu.

- Zróbmy analizę stresu w głosie - zaproponował Denys.
- Nie ma sprawy - zgodził się Giraud. - To na pewno warto zbadać. Czy ona wymienia innych ludzi?
- Nie - odparł Edwards.

- Nie będących członkami rodziny, przyjaciółmi czy azimi.

- “Nelly mówi”. Kiedy dotyczy to czegoś w domu. Czasem „mój wujek Denys nie ma nic przeciwko” czemuś tam; ona nie szanuje opinii Nelly, nie ma dużego mniemania o tym, co Nelly mówi, ale wyraźnie widać, że nie chce jej zdenerwować. „Wujek Denys” to odniesienie wykazujące o wiele większy szacunek, ale ona używa tego imienia jako czegoś w rodzaju waluty. Chętnie ci przypomni, że „mój wujek Denys” interesuje się różnymi rzeczami. - Edwards odchrząknął. - Dość celnie potrafi wspomnieć, że jej układy z „wujkiem Denysem” pozwolą załatwić mi lepsze biuro.

Denys wciągnął gwałtownie powietrze, zaskoczony i zaśmiał się, ku wielkiej uldze Edwardsa.

- Jak z tym zaproszeniem na przyjęcie?
- Coś w tym stylu.
- A co z Olliem?
- Dość rzadko. Prawie nigdy. Wyrażam się teraz precyzyjnie. Powiedziałbym, że kiedyś wspominała Olliego, zaraz po odlocie Jane. Teraz... wydaje mi się, że od dawna tego imienia nie słyszałem. Może raz w roku.
- Ciekawe. Justin Warrick?
- Nigdy o nim nie wspomina. Już to zrobiłem, jeśli pamiętacie. Ochoczo zmieniła temat. To imię nigdy się nie pojawia.
- Warto przeznaczyć trochę czasu komputerów na wyszukiwanie imion - rzekł Denys.

Na wszystkich taśmach, z tych wszystkich minionych lat. Giraud wypuścił powietrze z płuc i skinął głową. Więcej ludzi, mnóstwo czasu obliczeniowego.

Do licha, były naciski z zewnątrz. Silne naciski. Byli przygotowani na to, żeby wreszcie całą sprawę ujawnić, a oto mieli anomalię, dziecko znacznie mniej poważne niż pierwowzór, o wiele bardziej kapryśne i o bardziej powściągliwym temperamencie. Azi nie pomogli. Ostatnio dziecko robiło wrażenie bardziej poważnego, rozwinęło też trochę słownictwo: Florian i Catlin pisali wypracowania lepiej niż ona, ale przełom nie nastąpił, maman była nadal z Ari w sensie trwałym, a afera z Warrickiem, nagłe odkrycie Yanniego, że młody Justin dostarczył im czegoś, co spowodowało zator w komputerach Socjologii...

Przekażcie to Jordanowi, zasugerował Denys. Wyślijcie go do ojca. Prawdopodobieństwo, że Warrickowie będą sprawiali problemy przy Projekcie będzie o wiele mniejsze, kiedy będą zajęci, a wiecie, że Jordan będzie pracował nad tym paskudztwem, bez względu na zawartość, jeśli dzięki temu będzie miał szansę zobaczyć syna.

I tu pojawiał się problem z Obroną: byli zazdrośni o czas Warricka. Istniała szansa, że Obrona oficjalnie zainteresuje się Justinem Warrickiem: nie było szans, żeby przeciągnąć go tuż pod ich nosem tak, żeby tego nie zauważyli. Obrona po prostu domagała się wszystkiego, co mogło być ważne, użyteczne czy nieoczekiwanie niezwykłe.

Żeby to diabli wzięli.

Ari go chciała, powiedział Yanni. I do licha, w tym coś jest.

W Projekcie tkwił paradoks: jak szeroka musi być replikacja? Ile osób, które są dla siebie najważniejsze? Dzięki Bogu, środowisko pierwszej Ari było niezmiernie ograniczone, jeśli chodzi o kontakty osobiste - szybko jednak stało się bardziej otwarte pod względem usług informacyjnych i kontaktów publicznych, już od najwcześniejszych lat.

- Musimy brnąć dalej - oświadczył Giraud. - Do licha, musimy ogłosić to publicznie, z wielu powodów, Lu już traci cierpliwość, a nam kończy się czas! Nie możemy się mylić, nie możemy pozwolić sobie na pomyłkę.

Nikt nie odezwał się ani słowem. Wszyscy znali stawkę.

- Wszystkie bodźce są obecne - rzekł Petros. - Ale nie wszystkie zostały dotąd wzbudzone. Myślę, że przydałby się trochę większy nacisk. Szkoła wystarczy. Sfrustrujcie ją. Dajcie jej coś, z czym sobie nie poradzi. Przyśpieszcie program.

To najwyraźniej była rada Petrosa.

- Ona jeszcze nie doznała frustracji intelektualnej - przypomniał Petros.

- Nie chcemy jej też doprowadzić do śmiertelnego znudzenia szkołą - warknął Giraud. - Może to jest jakiś pomysł. Co ostatnio mówią komputery, kiedy nie pracują nad szkolnymi projektami Warricka?

- Przeprowadzimy to jeszcze raz? - spytał Peterson. - Nie sądzę, żeby pojawiła się jakaś znacząca zmiana. Po prostu nie wierzę, że możemy jakoś zdyskontować te wyniki. Przyspieszanie Programu, kiedy w grę wchodzi anomalia...

Petros pochylił się, wysuwając szczękę.

- Dopuszczanie do stagnacji w Programie, kiedy anomalia rozkwita, taka jest twoja odpowiedź?
- Doktorze Ivanov, proszę mi pozwolić wyrazić moje zdanie...
- Wiem, jakie jest pana cholerne zdanie, doskonale wiem, doktorze.

Giraud nalał sobie kolejną szklankę wody.

- Dość już na ten temat - oświadczył. - Dość. Przeprowadzimy te pieprzone testy. Wykorzystamy czas komputerów. Otrzymamy odpowiedzi. Wprowadźmy zapytanie jutro, damy radę to zrobić?

Najlepszym śladem, sądził, będzie analiza stresu w głosie. Trzeba przeszukać te wszystkie sesje lekcyjne.

Projekty zżerały czas komputerów w nieprawdopodobnym tempie. A odchylenia rosły.

♦♦♦

Podobnie jak żądania komitetu badawczego, który chciał uzyskać dostęp do dokumentów podających coraz więcej szczegółów dotyczących zaangażowania Biura Nauki w projekt na Gehennie, gdyż Sojusz zadawał niezręczne pytania, domagając się coraz więcej informacji na temat kolonistów na tym świecie, co wiązano z poprawą stosunków na linii Sojusz-Unia.

Centryści i Abolicjoniści domagali się pełnego otwarcia archiwów. Wywiad Girauda doniósł, że Michaił Corain zbiera dowody, planując wnieść projekt ustawy nakazującej otwarcie wszystkich archiwów związanych z Emory, wysuwając oskarżenie, że istnieją inne ukryte projekty, kolejne bomby z opóźnionym zapłonem i twierdząc, że bezpieczeństwo narodowe powinno mieć pierwszeństwo przed suwerennością Reseune. Laboratoria nie mają żadnego prawa do notatek i dokumentów, jakie zebrała Ariane Emory podczas swojej służby na stanowisku Radnej Biura Nauki, a z dniem jej śmierci stały się własnością Unii. Ustawa o Jawności jest niezbędna, by stwierdzić, które z dokumentów należą do Reseune, a które przynależą archiwom Unii.

Niewątpliwie istniały jakieś bomby z opóźnionym zapłonem. Najważniejsza miała już osiem lat i narażenie jej na całą niechęć i nieprzyjazne uczucia Nowgorodu, uczynienie jej ośrodkiem sporu...

Wszystko sprowadzało się do tego punktu krytycznego. Musieli się ujawnić.

Zanim dojdzie do uchwalenia Ustawy o Jawności pozwalającej na wyciągnięcie na światło dzienne wszystkich sekretów Ariane, przez co nadmiernie rozwinięta ośmiolatka mogła przedwcześnie uzyskać do nich dostęp.

5.

Rano zawsze odbywały się lekcje, które w przypadku Ari prowadził doktor Edwards w swoim gabinecie lub w laboratorium, teraz jednak nie odbywały się tylko rano, po lunchu doszły jeszcze zajęcia w bibliotece albo sesja z hipnotaśmą, było więc potem dużo do zrobienia i doktor Edwards zadawał jej pytania i przeprowadzał na niej testy.

Catlin i Florian też mieli lekcje codziennie, specjalne dla nich, w Mieście, w miejscu, które nazywali Zielonymi Koszarami; raz w tygodniu musieli zostać w nich na noc. Działo się tak wtedy, gdy odbywali zajęcia w Pokoju albo jakieś specjalne ćwiczenia. W większości przypadków jednak spotykali się z nią w bibliotece lub w laboratorium i razem szli do Domu.

Tak też zrobili tego dnia, oboje bardzo poważni i uroczyści w swoich mundurach, a nawet bardziej uroczyści niż zazwyczaj, podeszli do drzwi i skierowali się do przejścia dla pieszych.

- To najbezpieczniejsze miejsce, gdzie możemy porozmawiać - odezwała się Catlin.
- Ale tego nie wiesz na pewno - rzekł Florian. - Istnieje sprzęt pozwalający podsłuchiwać na taką odległość, jeśli tylko będą chcieli. Nie możesz mówić, że to niemożliwe, możesz tylko przemieszczać się z miejsca na miejsce, więc jeśli nie podejrzewają cię o mówienie czegoś, to nie będą zadawali sobie trudu. Konfiguracja sprzętu wymaga bardzo wiele pracy, jeśli obiekt ciągle się porusza.
- Jeśli więc nie podsłuchali nas wczoraj wieczorem, chyba nie mają nas na celowniku - rzekła Ari. Wiedziała, jak się zachować wystarczająco uprzejmie, żeby nie wpakować się w kłopoty, zarazem nie będąc przesadnie uprzejmą, żeby ktoś sobie nie pomyślał, że coś knuje. Nie powiedziała tego jednak. Szła z nimi do sadzawki z rybami. W kieszeni miała karmę. - Co chcieliście mi powiedzieć?
- Chodzi o to - rzekła Catlin - że jeśli można, to należy pierwszemu zaatakować Wroga. Ale przede wszystkim należy się upewnić, kto to jest. Potem: ilu ich jest, gdzie są, co mają. To jest kolejna rzecz, którą trzeba sprawdzić.
- Jeśli twój Wróg jest Starszakiem - wtrącił Florian - naprawdę trudno to stwierdzić, bo oni wiedzą o wiele więcej.
- Każdego można załatwić - oświadczyła Catlin - jeśli się tego nie spodziewa.
- Ale jak spróbujemy i spudłujemy - przypomniał Florian - będą próbowali nas Zniknąć. Więc nie mamy pewności, Sera. Myślę, że możemy ich załatwić. Naprawdę. Mógłbym ukraść trochę potrzebnego wyposażenia. Trzymają je w Zaopatrzeniu i są bardzo nieostrożni. Powinni coś z tym zrobić. Ale mogę się do niego dobrać. I moglibyśmy zabić Wroga, tylko że to jest naprawdę niebezpieczne. Ze Starszakami ma się zwykle tylko jedną szansę.
- Ale jeśli nie wiesz, gdzie są jego wspólnicy - powiedziała Catlin - oni cię załatwią. Zależy, ile to wszystko jest warte.

Dzięki temu wiele rzeczy, o których rozmyślała, nagle wskoczyło na właściwe miejsce. Klik! Szła obok nich z rękami w kieszeniach i odezwała się:

- Tylko jeśli się nie wie o tych wszystkich rzeczach, to coś więcej niż zostać złapanym; nie wiemy, kogo należy Załatwić potem. Czyli trzeba się dowiedzieć, co się dzieje w Reseune, co zrobią jego partnerzy, kto jest jego przyjacielem, a kto nie, a tego nie potrafimy zrobić.
- Nie wiem - rzekł Florian. - Ty musiałabyś o tym wszystkim się dowiedzieć, Sera, my nie możemy. Wiem, że potrafilibyśmy któregoś załatwić, może nawet dwóch, jeśli się rozdzielimy, albo jeśli razem trafimy w cel. To są ci główni Wrogowie. Ale to nas nawet nie zbliża do tych, którzy będą potem ścigali nas.

Dotarli do sadzawki z rybami. Ari przyklękła na brzegu i wyjęła z kieszeni torebkę z karmą dla ryb. Catlin i Florian przykucnęli koło niej.