Cyberpunk. Odrodzenie - Andrzej Ziemiański - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Cyberpunk. Odrodzenie ebook i audiobook

Andrzej Ziemiański

4,2

91 osób interesuje się tą książką

Opis

Cyberpunk. Odrodzenie” pozwala zanurzyć się w otchłani gigantycznego, rozświetlonego neonami miasta, w którym rządzą zbrodnia i nauka przyszłości.

Okryte mgłą i spowite deszczem wieżowce, wąskie, zatłoczone uliczki, pulsujące neony i wielkoformatowe reklamy dają tło rzeczywistości, w której kwitną przestępczość, nielegalny handel bronią, danymi, a nawet ludzkim ciałem. To świat, w którym jednostka nic nie znaczy, a za los ogółu odpowiadają wielkie korporacje i gangi. To Zakazane Miasto.

Shey Scott – były policjant, wydalony ze służby z powodu śmiertelnej choroby oraz partnerujący mu Lou Landon usiłują namierzyć Axel Staller – bliźniaczą siostrę kobiety, która w biały dzień, mimo najwyższych środków bezpieczeństwa i drobiazgowej kontroli, pod okiem kamer, z niewiadomych przyczyn zamordowała kilkanaście osób.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 343

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 29 min

Lektor: Andrzej Ziemiański

Popularność




Projekt i ilustracja na okładce: Tomasz Majewski

Redakcja: Arkadiusz Nakoniecznik

Redakcja techniczna: Sylwia Rogowska-Kusz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Barbara Milanowska (Lingventa), Katarzyna Szajowska

© by Andrzej Ziemiański

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2020

ISBN 978-83-287-1357-4

Wydawnictwo Akurat

Wydanie I

Warszawa 2020

FRAGMENT

Pomieszczenie było idealnie wytłumione. Nie stanowiło co prawda części laboratoriów, ale jakiś projektant stwierdził, że taniej będzie wygłuszyć cały budynek niż każdą salę osobno. I dlatego Meyer musiał pracować w pokoju, gdzie słyszało się każdy oddech, bicie własnego serca, a nawet, jeśli ktoś odpowiednio się skupił, odgłos mrugających powiek. Szelest ubrania stawał się hałasem trudnym do wytrzymania, a dźwięki, które dochodziły z wnętrza głowy, jeśli miało się choćby lekki katar, potrafiły przyprawić o szaleństwo. Meyer nie miał pojęcia, jak radzili sobie z tym naukowcy pracujący obok, za grubą ścianą. No ale oni byli przynajmniej czymś zajęci, a on… On pracował jako ochroniarz, żeby nie użyć słowa „cieć”. Otwierał i zamykał drzwi prowadzące do laboratorium, kontrolował wchodzących. I tyle mniej więcej. Nie wolno mu było używać żadnych elektronicznych gadżetów, za to mógł czytać książki. Ale żeby przez cały dzień? Zwłaszcza biorąc pod uwagę szelest kartek, ogłuszający jak grzmot startującego odrzutowca.

Na szczęście wszystkie otaczające go urządzenia elektroniczne miały wyłączone sygnały dźwiękowe. O tym, że zbliża się następna grupa, poinformowały go jedynie błyskające światełka.

Podniósł się i otworzył drzwi. Pięcioro gości: trzech mężczyzn i dwie kobiety. Przeprowadzenie ich przez bramkę bezpieczeństwa zajmie ponad godzinę. I bardzo dobrze. Przynajmniej coś się będzie działo.

– Proszę państwa, proszę zostawić tutaj wszystkie przedmioty, które macie ze sobą. – Rozdał im plastikowe tacki. – Potem proszę przejść za zasłonę, gdzie należy zdjąć ubrania. Na wieszakach czekają przygotowane jednorazowe stroje antybakteryjne.

– Czy w laboratorium też będzie tak upiornie cicho? – zapytała siwowłosa, z pewnością ponadsześćdziesięcioletnia kobieta.

Z trudem powstrzymał uśmiech.

– Tam będzie trochę gorzej. Odgłos pracującego UNISAC-a sprawia, że wiele osób traci orientację.

– To znaczy?

– Następuje deprywacja sensoryczna. – Recytował to, co wyczytał w instrukcji i wykuł na pamięć, bez większego jednak zrozumienia. – Proszę się nie martwić. Przed wejściem rozdam wszystkim papierowe torebki.

– Przepraszam, ale na co nam papierowe torebki?

– Na wymioty, koleżanko – odezwała się druga, dużo młodsza kobieta. – Żebyśmy przypadkiem nie zapaskudziły im laboratorium.

Ta przynajmniej była młoda i sympatyczna. Na oko miała nie więcej niż czterdzieści lat.

– Zapraszam kolejno za zasłonę.

Wskazał im kierunek.

Zasłona miała wyłącznie znaczenie psychologiczne. Wszystko i tak było rejestrowane, a on w każdej chwili mógł włączyć podgląd na ekranie monitora. Nigdy jednak tego nie robił, a to z dwóch powodów. Po pierwsze: kobiety, które zapraszano do laboratorium, były naukowcami z dużym, wieloletnim dorobkiem, rzadko więc zdarzały się młode i atrakcyjne. Po drugie: i tak wszystkich oglądał na skanerze. Nagich, a nawet więcej: widział również wnętrza ich ciał.

– Proszę o podejście pierwszą osobę, która jest gotowa.

Na szczęście nie musiał zawracać sobie głowy dokumentami. Wcześniej ktoś inny zajął się sprawdzeniem gości, zweryfikował ich uprawnienia, sprawdził zgody i rekomendacje. Jeszcze ktoś inny odwalił całą robotę administracyjną, wypełniając puste pola ekranowych formularzy. On tylko otwierał drzwi i wpuszczał do środka. Cieć, po prostu cieć, i tyle. Nic więcej. Wszystkie poważne zadania wykonywały maszyny.

Pięć osób oznaczało godzinę, może nawet godzinę z hakiem. I bardzo dobrze. Przynajmniej jakieś urozmaicenie. Godzina mniej do końca szychty. No i perspektywa, że będzie musiał ich jeszcze wypuścić, choć to akurat trwało znacznie krócej.

Meyer powrócił do lektury przerwanej pojawieniem się gości. Nie chciało mu się nawet kląć. Książki są nudne! Dlaczego nie mógł mieć tutaj choćby najprostszej gry? A tak musiał z mozołem przedzierać się przez sążniste opisy tego wszystkiego, co na filmie można ogarnąć jednym rzutem oka.

Światełka na pulpicie zamigotały. Meyer odwrócił się na obrotowym krześle i spojrzał na monitor pokazujący obraz z wnętrza laboratorium. Cały ekran zajmowała twarz młodszej kobiety. Sądząc po minie, sprawa nie cierpiała zwłoki. Szybko wcisnął przycisk otwierający drzwi laboratorium.

– Co się stało?

Uśmiechnęła się z zażenowaniem.

– Przeliczyłam się z siłami.

– Przydała się papierowa torebka?

– Nie, to astma. Oczywiście zostawiłam lekarstwo w torebce. I oczywiście, jak tylko weszłam do środka, poczułam duszność.

– Zdarza się. Ale nie będzie pani mogła tam wrócić z aplikatorem.

– Tak, oczywiście. – Kobieta ukryła się za zasłoną, ale chyba stanęła na palcach, żeby wystawić głowę i utrzymywać kontakt wzrokowy. – Nie uwierzy mi pan, ale jak tylko wyszłam, od razu poczułam się lepiej.

Tym razem on się uśmiechnął.

– Ależ oczywiście, że uwierzę. Wielokrotnie widziałem takie objawy. Tam… – Wskazał kciukiem ścianę za swoimi plecami. – Tam naprawdę trudno wytrzymać.

– Więc pewnie myśli pan, że uciekłam z tchórzostwa? Że tylko symuluję atak astmy?

Oboje się roześmiali. Pewnie, że tak myślał. W tak doskonale wytłumionym pomieszczeniu usłyszałby najmniejszy charkot czy poświstywanie w jej płucach. Prostolinijnie przyznając się do oszustwa, pokazała, że ma do siebie dystans i że nie zadziera nosa. Dawno nie spotkał tak sympatycznej osoby. I dawno nie czuł się tak dobrze w towarzystwie kogoś, kogo dopiero co poznał.

– Podać pani torebkę?

– Dziękuję, nie trzeba. Mam do pana prośbę: proszę nikomu nie zdradzać, że od razu po wyjściu nie wzięłam lekarstwa. Skoro już ustaliliśmy, że jestem koszmarnym tchórzem, to niech to przynajmniej pozostanie między nami.

– Nie jest pani tchórzem. Ja też tu nie mogę wytrzymać, a przecież nie słyszę tego koszmarnego dźwięku z laboratorium.

Machnęła ręką.

– Gdzie mogę zaczekać na resztę? Byle bez tej upiornej ciszy…

– Bez ciszy? No to chyba musi pani wyjść na parking.

Dygnęła jak aktorka w jakimś starym filmie, którego akcja działa się na królewskim dworze. Zaskoczony zerwał się z krzesła i ukłonił tak głęboko, że mało nie wyrżnął czołem o pulpit. Kobieta parsknęła śmiechem, szybko zasłoniła usta dłonią, odwróciła się i wyszła.

Co za sympatyczna laska! Dawno nie spotkał kogoś takiego. No proszę! Okazuje się jednak, że zdarzają się nienadęci naukowcy, którym dyplomy i osiągnięcia nie przewracają w głowie.

Meyer westchnął cicho i na powrót zagłębił się w lekturze. A w książce główna bohaterka, prawniczka wplątana w kryminalną aferę, wysiadła z samochodu, wspięła się po schodkach do drzwi swojej willi, przekręciła klucz w zamku, nacisnęła klamkę, weszła do hallu, ruszyła w stronę schodów… Boże, na filmie wystarczyłyby dwa migawkowe ujęcia, żeby pokazać to wszystko! A do tego jeszcze jej przemyślenia! Serio, na filmie trwałoby to dziesięć razy krócej.

Odłożył książkę, bo otworzyły się drzwi prowadzące na korytarz.

– Co oni się tak grzebią? – Ramsey, szef zmiany, najwyraźniej nie był dzisiaj w humorze. – Rozkręcają to dziadostwo na śrubki?

Meyer nie odzywał się. Nic go nie obchodziło, co dzieje się w laboratorium, ale był prawie pewien, że UNISAC nie ma w swoim wnętrzu ani jednej śrubki.

– Plan dnia mi się sypie! – narzekał dalej Ramsey.

A co kogo obchodzi twój pieprzony plan dnia? Me­yer oczywiście nie powiedział tego głośno. Zadzieranie z szefem zmiany nie miało sensu, ale nie zamierzał podbijać mu bębenka.

– Przesłać raport? – zapytał, jakby niczego nie usłyszał.

Teoretycznie zestawienie wchodzących osób należało wysłać tuż przed końcem dyżuru, ale obaj doskonale wiedzieli, że dzisiaj nie wydarzy się już nic więcej. Pytanie pozostało jednak bez odpowiedzi. Meyer odczekał jeszcze chwilę, po czym podniósł wzrok.

Ramsey stał bez ruchu, gapiąc się wybałuszonymi oczami gdzieś za jego plecy. Przecież tam nic nie było, a duchy nie pojawiają się, przechodząc przez ściany. O co chodzi? Zaraz, zaraz… Tam był przecież ekran pokazujący obraz z wnętrza laboratorium.

Meyer odwrócił się gwałtownie i również znieruchomiał. Nie wierzył własnym oczom. Jego umysł nie mógł tego zaakceptować.

Ramsey ocknął się pierwszy. Podniósł komunikator do ust.

– Ludzie z bronią na punkt wejściowy UNISAC jeden! – wrzasnął. – Ludzie z bronią na punkt…

Ściany nie przepuszczały dźwięku alarmowych syren w korytarzu. Ich zawodzenie dobiegało wyłącznie z małego głośniczka w komunikatorze.

– Szefie?…

– Odetnij budynek! – krzyknął kierownik zmiany. – Odetnij budynek!

– Tak jest! – Głośnik przekazał okrzyk dowódcy ochrony.

– Blokada komunikacyjna na wszystkich!

– Tak jest! Odcinam.

– Nikt nie ma prawa wyjść!

Osłupiały Meyer z niedowierzaniem gapił się w ekran. Najbliżej szerokokątnej kamery leżał mężczyzna w antybakteryjnym stroju. Pocisk o wysokiej energii praktycznie odciął mu górną część czaszki, ale twarz pozostała nienaruszona. Trup patrzył na niego jakby z wyrzutem. Jak umierająca sarna na myśliwego. Nie, nie, to niemożliwe. Tuż obok leżała kobieta, którą nie tak dawno wpuścił do środka. Kula eksplodowała wewnątrz klatki piersiowej. Widać było wygięte na zewnątrz żebra. Obok leżało dwóch pracowników laboratorium. Wyciągali ku sobie ręce, jakby chcieli się objąć. Zwłok było znacznie więcej, ale kogoś tam brakowało…

Drzwi na korytarz otworzyły się gwałtownie i do pomieszczenia ochrony wpadło czterech ludzi ze szturmowymi karabinami. Zdążyli już nawet włożyć i podopinać hełmy. Widząc obraz na ekranie, stanęli jak wryci.

– Ale masakra… Co tu się stało?!

– Zaraz będą posiłki. – Ramsey albo zdążył już ochłonąć, albo doskonale udawał. – Wy wchodzicie i zabezpieczacie wejście.

– Tak jest!

– I nie posuwać się dalej, bo tam są uzbrojeni mordercy. Macie tylko przejąć kontrolę i zabezpieczyć drzwi! Zrozumiano?

– Tak jest.

– Niech nikt nie zgrywa bohatera, nie potrzebuję więcej trupów. Tam jest uzbrojony człowiek, a może nawet kilku. Nie idziecie dalej, nie szukacie żywych. Nie wejdę głębiej, dopóki nie wprowadzę do środka przynajmniej połowy plutonu! A do tego potrzebna mi kontrola nad wejściem!

– Zrozumiałem. Nasze zadanie to zabezpieczyć drzwi!

– Właśnie! Ani kroku dalej, bo tam jest uzbrojony…

– Nie ma – przerwał mu Meyer.

Powiedział to odruchowo, bo dopiero na dźwięk swojego głosu otrząsnął się i spojrzał na Ramseya.

Wszyscy wybałuszyli na niego oczy.

– Chcesz powiedzieć, że tam nie ma mordercy? – zapytał Ramsey.

Meyer skinął głową.

– Wypuściłem ją.

Tahira Ghailani przywykła do tego, że każde drzwi otwierały się przed nią bez zwłoki. Nic dziwnego. Była kapitanem policji. Te jednak, przed którymi właśnie stała, nie chciały się otworzyć. Powód był prosty: Tahira po prostu nie zapukała. Dużo bardziej skomplikowana była przyczyna, dla której tego jeszcze nie zrobiła.

Przyjechała prosić o przysługę. Mężczyzna, który mógłby ją wyświadczyć, niestety był śmiertelnie chory. Kiedyś służył pod jej rozkazami i udowadniał na każdym kroku, że można myśleć całkowicie niekonwencjonalnie w departamencie stanowiącym niemal synonim od dawna zaskorupiałej, konserwatywnej rutyny. Niestety zachorował na „marsjańską gorączkę” – śmiertelną chorobę rzekomo przywleczoną z kolonii na Marsie. Rzekomo, ponieważ jak tylko opadła pierwsza fala histerii i ktoś wpadł na pomysł, żeby przeprowadzić rzetelne badania, okazało się, że to zwykła ziemska bakteria. No, może nie do końca zwykła. Nazwano ją „superbakterią”, ponieważ okazała się odporna na wszystkie antybiotyki. Być może wydostała się z jakichś wojskowych laboratoriów, ale i to było bardzo wątpliwe. Najprawdopodobniej społeczeństwo stworzyło ją na własne życzenie. Napędzana reklamami mania aseptyki, która sprawiła, że ludzie zaczęli odkażać dosłownie WSZYSTKO, sprawiła, że w końcu pojawił się szczep na WSZYSTKO odporny. I tyle. Bez antybiotyków można było walczyć wyłącznie ze skutkami jej działania. Leki co prawda neutralizowały toksyny produkowane przez superbakterię, ale pociągało to za sobą upiorne skutki uboczne, które stopniowo upośledzały organizm, prowadząc nieuchronnie do śmierci. Ale nie w tym tkwił problem. Natychmiast po zdiagnozowaniu choroby funkcjonariusz Scott został odesłany na rentę. Niestety, ubezpieczenie nie obejmowało kuracji skutecznymi środkami antytoksycznymi. Nie obejmowało eksperymentalnych nierzadko leków, które choć z trudem, ale jednak jakoś sobie radziły ze specyficznymi toksynami. Bogaci kupowali lekarstwa za grube pieniądze albo zamienniki na czarnym rynku, ale policyjna renta na to nie wystarczała. Koledzy z pracy zrobili kilka zrzutek, no ale jak długo można…

Kapitan Ghailani już kilka razy unosiła dłoń, żeby zapukać do drzwi, lecz za każdym razem ją opuszczała. Różne myśli kłębiły się w jej głowie. Na szczęście ktoś podjął decyzję za nią. Szerokie drewniane skrzydło otworzyło się ze skrzypieniem.

– Zamierzasz tu sterczeć, żeby uzupełnić zapasy wody w organizmie?

Rzeczywiście. Siąpił wredny zimny deszcz, właściwie mżawka. Kropelki wody osiadały na jej płaszczu.

– Shey.

– Tahira. – Scott odsunął się na bok. – Wejdź.

Dobre obyczaje nakazywały, żeby wchodząc do cudzego domu, coś pochwalić. Obojętnie co: wystrój, układ pomieszczeń, kolor wykładziny. Wszystko jedno. Ale wnętrze tego domu sprawiało pewien problem. Nie było tu żadnych mebli, żadnych ozdób, nie było nawet wykładziny.

– Widzę, że lubisz ascetyczny, skandynawski wystrój – powiedziała z wymuszonym uśmiechem.

On również się uśmiechnął.

– Styl skandynawski to dla mnie barok.

Miał jakieś czterdzieści lat i choroba nawet nie za bardzo go postarzyła. Nie pojawiły się ani zmarszczki, ani siwizna. Nie znaczyło to jednak, że choroba nie odcisnęła na nim piętna. Twarz mężczyzny była kredowobiała, przez co jeszcze bardziej uwydatniały się głębokie sińce pod oczami. Trochę przypominał wampira ze starych filmów.

– Mogę zapytać o zdrowie? – zaryzykowała.

– Lepiej nie. Usiądziesz?

W ostatniej chwili powstrzymała się przed pytaniem: „Ale gdzie?”. Rozejrzała się ukradkiem. Chyba miał na myśli kuchnię, bo dopiero tam dostrzegła stół i dwa krzesła. Więcej mebli w mieszkaniu nie było, jeśli nie liczyć materaca w sąsiednim pokoju.

Weszli do kuchni.

– Napijesz się czegoś? – zapytał. – Woda prosto z kranu czy przegotowana?

Spojrzała na niego niepewnie.

– Żartujesz?

– Pewnie, że żartuję. Nie miałbym na czym jej zagotować. Przynoszę ją sobie z rzeki.

Patrzyli na siebie w milczeniu. Nagle, jak na niewidzialny sygnał, wybuchnęli śmiechem, po czym rzucili się sobie w objęcia. Tak, to ciągle był stary dobry Shey Scott. Zawsze pytał, dlaczego Tahira woli samochód zamiast wielbłąda. Na przekór swojej urodzie wcale nie była Arabką. Ani nawet Beduinką, jak chcieli złośliwcy. Pochodziła z Berberów i tylko głupie białasy nie dostrzegały różnicy.

Posadził ją na jednym z krzeseł.

– Mów, po co przyszłaś. Tak normalnie, bez owijania w bawełnę. Przecież potrafisz.

– Przyszłam zahamować wyprzedaż twoich rodowych mebli. – Znowu potoczyła wzrokiem dookoła. – Mam dla ciebie pracę.

– W związku rencistów?

– W policji.

Parsknął śmiechem, ale natychmiast umilkł i wbił w nią przenikliwe spojrzenie.

– Coście znowu wymyślili? – Zmarszczył brwi. – Albo inaczej: czy nasz kraj już kompletnie zwariował?

Odruchowo skinęła głową.

– Z powodu dramatycznych braków kadrowych w policji specjalna ustawa pozwala teraz przyjmować do służby liniowej osoby z innych pionów mundurowych. Nie do SWAT-u oczywiście. Bierzesz taką sekretarkę z administracji, która całe życie przewracała papiery, ale przecież mundur kiedyś tam dostała, przeszła szkolenie i złożyła przysięgę. Teraz może buszować w aktach i odwalać papierkową robotę, dzięki czemu odciążą funkcjonariuszy z pierwszej linii.

– To może po prostu dajcie jej spluwę i wyślijcie na ulicę?

– Do tego jeszcze nie doszło, ale w twoim przypadku tak właśnie będzie.

Z niedowierzaniem pokręcił głową.

– Jaka służba mundurowa przyjmie kogoś w takim stanie?

– Policyjne biuro tłumaczeń – powiedziała z kamienną twarzą.

– Słucham? Kobieto, ja przecież nie znam żadnego języka!

– Nie kłam. W jakimś języku przecież teraz rozmawiamy.

– Ale tam trzeba być chyba jakimś specjalistą, mieć zaliczone kursy czy egzaminy…

Tym razem to ona pokręciła głową.

– Wszystko zostanie w rodzinie. A warunkiem jest zdanie egzaminów z dwóch języków. Jeśli kogoś nie chcemy tam przyjąć, to każemy zdawać hindi i węgierski. Ty będziesz musiał zdać angielski i amerykański.

– Uprzedzam, że z angielskim mogę mieć problemy…

– To oceni komisja, której członkowie należą przecież do naszej rodziny. Tego nie analizuje żaden komputer.

– I z tego biura tłumaczeń chcecie doraźnie przenieść mnie do zwykłej służby?

– Właśnie. Z obejściem wszelkich procedur. A teraz najważniejsze…

– Zamieniam się w słuch.

– W myśl przepisów nowej ustawy mogę zrobić cię oficerem, a potem posłać na emeryturę. Z porządnym ubezpieczeniem. Z gwarancjami. Ale to przyszłość. Najpierw pogadajmy o teraźniejszości. – Pochyliła się nad stołem. – Widzę, że nie masz za co kupować lekarstw. Jak wrócisz do służby, rząd ci je zafunduje.

Opadła na oparcie krzesła. Argument był nie do odparcia. To znaczy byłby, w rozmowie z każdym innym człowiekiem. Ale też Scott był dziwakiem. Sprawy oczywiste dla innych dla niego nigdy nie były oczywistymi.

Obserwowała go spod przymrużonych powiek, usiłując ukryć napięcie. Czterdzieści lat i wyrok. No bo przecież wiadomo, jak to się skończy. Lekarstwa w tym przypadku nie leczą przecież, a tylko łagodzą skutki. Na tyle, na ile mogą. Sama nie wiedziała, czego się spodziewała, przychodząc tutaj. Widoku rozklejonego człowieka nad grobem? Czy przeciwnie, kogoś heroicznie stawiającego czoło przeciwnościom losu? Scott nie pasował do żadnej wersji. Wydawało jej się, że oderwała go od jakichś ważnych zajęć. Że zgodził się poświęcić jej trochę czasu wyłącznie ze względu na dawną znajomość, bo ma na głowie milion niecierpiących zwłoki rzeczy.

– Co to za sprawa? – zapytał wreszcie takim tonem, jakby go to wcale nie ciekawiło, ale uznał, że niegrzecznie byłoby nie okazać zainteresowania.

Tahira narysowała palcem prostokąt na blacie stołu. Kiedy wypełnił się światłem, obróciła go i przysunęła w jego stronę.

Scott zerknął na zdjęcie ładnej dziewczyny o inteligentnych oczach. Ta fotografia mogłaby się pojawić na którymś z portali randkowych, gdyby nie drobny szczegół w postaci policyjnej miarki do określania wzrostu.

– Kto to?

– Axel Staller.

– Axel to męskie imię.

Tahira rozłożyła ręce, po czym wzruszyła ramionami. Znaczyło to mniej więcej tyle: każdy może krzywdzić dzieci wedle własnego uznania.

– A Shey to kobiece – skontrowała, choć doskonale wiedziała, że „Shey” to tylko ksywka i że gospodarz naprawdę ma na imię Malcolm.

– I co ona takiego nawywijała?

W narysowanym na stole prostokącie pojawiło się zdjęcie siedziby firmy Reno Mobile. Kiedyś był to największy producent chipów wszczepianych do ciał pacjentów razem z aplikatorami. Kontrolowały one automatyczne dozowanie lekarstw, zbierały dane do badań, monitorowały stan zdrowia. Szefowie firmy szybko odkryli, że prawdziwe pieniądze przynoszą nie dozowniki, ale substancje, które są dozowane. I błyskawicznie przebranżowili firmę na produkcję lekarstw, dzięki czemu stała się jednym z kilkunastu największych koncernów chemicznych.

Obraz siedziby ustąpił miejsca zapisowi z wewnętrznego monitoringu. W idącej korytarzem grupie łatwo było rozpoznać dziewczynę z pierwszego zdjęcia.

– Nic wielkiego. Po prostu weszła do ściśle strzeżonego laboratorium, po czym zabiła całą obsługę UNISAC-a oraz swoich kolegów po fachu. Łącznie kilkanaście osób.

– Ale…

– Czekaj, najlepsze dopiero przed nami.

– Co może być jeszcze lepszego? – wymamrotał.

– Następnie jakby nigdy nic wyszła z laboratorium, wesoło pogawędziła z ochroniarzem, po czym opuściła siedzibę firmy.

Scott wyprostował nogi i odepchnął się do tyłu. Krzesło z głośnym skrzypieniem balansowało na tylnych nogach.

– Chcesz powiedzieć, że profesjonalny ochroniarz nie zorientował się, że…

Tahira stuknęła palcem w blat. Świetlisty prostokąt pokazywał teraz scenę rozmowy kobiety z ochroniarzem. Scott patrzył jak zahipnotyzowany.

– Tak się nie zachowuje ktoś, kto przed chwilą zabił kilkanaście osób!

Oczywiście miał rację.

– Nie wiem, jakim twardzielem trzeba być, żeby szczebiotać tak przekonująco, nawet po zabiciu jednego człowieka – powiedziała.

– Ona nie jest żadnym twardzielem, tylko najwyraźniej nie ma sobie niczego do zarzucenia. Nie stało się nic, co mogłoby nią wstrząsnąć albo chociaż ją zdenerwować.

– Właśnie.

– I co? Wyszła sobie i co?

– Aresztowaliśmy ją błyskawicznie, w jej mieszkaniu. Od razu przyznała się do winy, ale…

Scott ciągle miał minę, jakby nie wierzył w to, co słyszy.

– Ale?

– Po dokładniejszym zbadaniu śladów okazało się, że to nie ona.

– Siostra czy klon?

– Bliźniaczka. Leni Staller.

Roześmiał się. Tahira wręcz przeciwnie, zmarszczyła brwi i przygryzła wargi.

– Nie wydaje ci się dziwne, że…

Przerwał jej lekceważącym machnięciem ręki.

– Ani trochę. Przyznała się, bo chciała dać siostrze czas na ucieczkę. Ot co.

– Pomagała odruchowo, nie wiedząc nawet, o co chodzi? Czy może jednak jest zamieszana?

Pokręcił głową.

– Nie jest. Po pierwsze, bliźnięta są bardzo zżyte, a po drugie, istnieją przecież ludzie, którzy zawsze będą w opozycji do władzy. Do każdej władzy. Przyszła policja, więc kryjemy naszych bez względu na to, co nagrandzili.

Tahira westchnęła ciężko.

– Ja bym ją zatrzymała za składanie fałszywych zeznań. Ale zgarnęli ją komandosi…

Skinął głową ze zrozumieniem.

– …jako podejrzaną o kilkanaście morderstw – dokończył za nią. – W związku z czym biedna dziewczyna dostała i po łbie, i po całej reszcie. A ty się dziwisz, że odruchowo kryje siostrę przed policją.

– Jakby co, w każdej chwili mogę pomachać jej przed nosem tymi fałszywymi zeznaniami.

– Machaj sobie, ile chcesz. Pierwszy z brzegu podrzędny adwokat bez trudu udowodni, że była w szoku, pobita przez policję, nie miała pojęcia, co mówi, nie wiedziała, gdzie jest, a co gorsza, zapisy przesłuchania wszystko to potwierdzą. I z twojego haka na dziewczynę zrobi się hak na policję oraz sprawa o brutalne pobicie.

– Zobaczymy.

– A szanowna siostrzyczka? Zwiała?

– Właśnie w tej sprawie przychodzę.

Twarz Scotta nagle spoważniała.

– No i zacząłem się bać… – mruknął. – Mam powód?

Nie odpowiedziała. Jednym stuknięciem palca uruchomiła w prostokącie nowy film. Tym razem pochodził chyba z miejskiego monitoringu. Obraz był gorszej jakości, a w dodatku kamera nie tkwiła nieruchomo, tylko przesuwała się to w lewo, to w prawo. Leni Staller jednak można było od razu zidentyfikować. Szła chodnikiem z beztroskim wyrazem twarzy. Być może zerkała na zaparkowane przy krawężniku samochody, a może nie. Jakość nagrania nie pozwalała tego ocenić. Przystanęła przy jednym z nich. Ktoś od środka otworzył jej drzwi. Mignęła czyjaś ręka, dziewczyna wsiadła bez wahania. Nie witała się, nie uśmiechała, jej twarz w dalszym ciągu nie wyrażała żadnego konkretnego uczucia.

Scott palcem zatrzymał film. Cofnął trochę, zatrzymał i zaczął powiększać klatkę, aż ukazały się szumy. Lekkimi muśnięciami zmniejszył obraz.

– My też zwróciliśmy uwagę na ten tatuaż – powiedziała Tahira. – I dlatego przychodzę.

– Zakazane Miasto…

– Wiem, wiem. Przysiągłeś sobie, że nigdy tam nie wrócisz.

Scott wyłączył świetlisty prostokąt takim ruchem dłoni, jakby zmiatał okruchy ze stołu, po czym znowu odchylił się do tyłu razem z krzesłem.

– Co o tym sądzisz? – zapytał.

– Jak to, co? Ewidentnie morderstwo na zlecenie. Rozszerzone w dodatku.

– Rozszerzyć zabójstwo na kilkanaście osób, żeby zabić jedną? Przyznasz, że to raczej rzadkość?

– Chcieli załatwić kogoś z obsługi UNISAC-a. Nie zrobili tego na ulicy ani w domu tylko dlatego, żebyśmy nie dowiedzieli się, o kogo naprawdę chodziło. I chyba im się udało. Prześwietliliśmy wszystkich pracowników Reno Mobile pracujących w tym pomieszczeniu, ale wciąż nie mamy pojęcia, kto był celem.

– A sprawdziliście tych czterech naukowców, z którymi przyszła?

– Niby po co? Zginęli, bo musiała zlikwidować świadków.

– Jakich świadków? – żachnął się. – Jakich świadków? – powtórzył. – Wszystko nagrane, wiesz, kto strzelał, wiesz, w jakiej kolejności zabijał, znasz każdy szczegół zdarzenia i mówisz o jakichś świadkach do likwidacji?

– Zawodowy morderca mógł to zrobić odruchowo… – zaczęła Tahira, ale zaraz umilkła. Położyła obie dłonie na blacie, wyświetliła akta Leni i przesunęła je w stronę Scotta.

– Może i zawodowy, ale raczej naukowiec, nie morderca – stwierdził, rzuciwszy okiem.

Wzruszyła ramionami.

– Posłuchaj, Tahira…

Wstał, ciężkim krokiem podszedł do szafki, wyciągnął z niej butelkę wódki i dwie szklanki. A więc jednak miał w kuchni jakieś produkty spożywcze. Napełnił naczynia przezroczystym płynem i wrócił do stołu. Tahira nie protestowała, wręcz przeciwnie: z ulgą przełknęła pierwszy piekący łyk. Co prawda musiała potem wrócić samochodem, ale jak się jest kapitanem policji, to wystarczy nikogo po drodze nie zabić i nie ma tematu.

– No słucham, słucham.

On też zwilżył usta, po czym znowu zasiadł przy stole.

– Sama broni do laboratorium nie wniosła.

– Nie, bo to niemożliwe. Ale za to ją wyniosła.

– Właśnie. Ktoś ją musiał tam dla niej umieścić. I to ktoś z pracowników, bo przecież chyba nie wpuszczają do UNISAC-a ekip sprzątających, prawda?

Skinęła głową. Osoba, która to zrobiła, musiała przemycać broń w częściach, dzień po dniu. Cholera wie, mogło to trwać i miesiąc. Potem ukradkowy montaż i we właściwym czasie przekazanie broni wprost do ręki morderczyni. Tylko po to zresztą, żeby zginąć w pierwszej kolejności. Tyle policja wiedziała. I oczywiście prześwietliła ofiarę. Nic. Zwykły człowiek. Żadnych długów, żadnych nałogów, żadnych kochanek na boku. Przy takiej kontroli wewnętrznej, jaką stosowano w Reno, nic takiego nie wchodziło zresztą w grę. Co więc sprawiło, że „zwykły Smith” przemyca broń? Co sprawiło, że „zwykła Staller” morduje kilkanaście osób?

– Jeżeli chodziło o kogoś z tej czwórki gości, którzy przyszli feralnego dnia, to dlaczego nie zastrzelono go na ulicy? W parku, w domu, gdziekolwiek?

– Bo tu wszyscy zostali potraktowani zgodnie z zasadą „jego śmierć jest jego alibi”, prawda? Jeśli to miała być dwuwarstwowa zasłona dymna, to twoje pytania są odpowiedzią.

– W sensie, że się udało?

Skinął głową.

– Zrobisz to dla mnie? – zmieniła temat. – Pójdziesz do Zakazanego Miasta?

Kilkoma powolnymi łykami osuszył szklankę. Potem długo walczył o odzyskanie oddechu.

– To wasz jedyny ślad? – zapytał w końcu zduszonym głosem.

Ledwo dostrzegalnie kiwnęła głową.

Scott odstawił puste naczynie i rozpiął marynarkę. Pokazał jej ratunkowy pakiet medyczny, który nosił pod pachą na szelkach, w miejscu, gdzie policjanci z reguły trzymali broń.

– Mam to przy sobie na wypadek ataku – wyjaśnił. – Na przykład perforacji wrzodu i zrzutowego krwotoku. – Westchnął ciężko. – Nie nadaję się już chyba na komandosa, który bez strachu penetruje dzielnice bezprawia.

– Proszę…

Patrzyli na siebie bez słowa. Żadne z nich nie odwróciło wzroku. Żadne z nich chyba nie było też w stanie określić, jak długo to trwało.

– Nie nadaję się już do tej roboty – powiedział w końcu. – Ale zostaw pliki. Zerknę, zastanowię się i zadzwonię. Może…

Tahira przewidywała dwa warianty spotkania. Mógł nastąpić wybuch rozżalenia i wylew pretensji w rodzaju: „Zostawiliście mnie na lodzie!”, ale niemal równie prawdopodobny był wariant racjonalny. Porządne ubezpieczenie i kasa na lekarstwa były argumentami trudnymi do zlekceważenia.

Hm… Pierwszy wariant był kompletnie nie w jego stylu. Racjonalne argumenty też chyba go nie przekonały. Dlaczego?

Tahira w zamyśleniu podniosła szklankę do ust.

Scott wiedział na pewno, że nie dotrze do celu przed południem. To było całkowicie niemożliwe, mimo że obudził się grubo przed świtem. Najpierw jednak musiał przyjąć lekarstwa. Sama aplikacja, choć bolesna, nie zajmowała dużo czasu. Gorzej było z następującą po niej falą wymiotów. Nigdy nie liczył, jak długo trwają konwulsje, ale nauczył się brać poduszkę do toalety. Po długotrwałym klęczeniu przed sedesem ciężko było ruszyć się z miejsca.

Zaraz po ustąpieniu dokuczliwych sensacji powinien zjeść śniadanie, jednak na samą myśl o tym natychmiast znowu zrobiło mu się niedobrze. Jeść jednak musiał. No trudno. Zrobił sobie kanapkę, którą owinął w folię i wcisnął do kieszeni płaszcza. Do drugiej kieszeni powędrował termiczny kubek z kawą. To na później. Na razie zmusił się do wypicia szklanki wody. Torsje powodowały odwodnienie organizmu.

Właściwie był już gotowy do wyjścia. Znał jednak miasto. Problem tkwił w tym, że komunikacja miejska działała jako tako w pasie nadmorskim. Nie była oczywiście wzorem dla punktualnych ani natchnieniem dla tych, co nie lubili chaosu. Ale miała jedną pozytywną cechę: istniała.

Sytuacja przedstawiała się znacznie gorzej, jeśli ktoś chciał jechać w głąb lądu. Wszystkie umieszczone w sieci rozkłady jazdy należało zaliczyć do fantastyki, bynajmniej nie naukowej, a próby namierzenia lokalizatorów poszczególnych pojazdów nieodmiennie spełzały na niczym.

Scott zdał się na instynkt. Od dawna nie korzystał z samochodu i wyrobił w sobie zdolność przewidywania rzeczy, zdawałoby się, niemożliwych do przewidzenia. Początkowo szło mu całkiem nieźle. Zdołał przejechać kilka kilometrów we właściwym kierunku, i to pomimo dwóch przesiadek. Potem jednak miasto zamieniło się w komunikacyjną pustynię. No trudno. Był na to przygotowany, a orientacja w terenie nigdy nie była jego słabą stroną.

Dalej ruszył na piechotę. Miało to tę zaletę, że po przejściu jakichś dwóch kilometrów zgłodniał na tyle, żeby przysiąść na jakimś murku i zjeść kanapkę bez większych protestów ze strony swego organizmu. Wypił też ciągle gorącą kawę.

A potem ruszył dalej, zastanawiając się, co on tu właściwie robi.

Kierując się starym nawykiem, przejrzał wszystkie materiały, które zostawiła mu Tahira, i nabrał graniczącego z pewnością przekonania, że sprawa jest kompletnie nierozwojowa. Nie było żadnego punktu zaczepienia. Jacyś profesjonaliści chcieli zdmuchnąć któregoś z naukowców na świeczniku i zrobili to perfekcyjnie. Policja nie miała zielonego pojęcia nawet o tym, kto był celem ataku. Zbrodnia doskonała. Jedynym w miarę sensownym kierunkiem działań byłoby teraz prześwietlenie przeszłości Lani Staller. Krok po kroku, dosłownie minuta po minucie. Ale to wymagałoby zatrudnienia całej kompanii śledczych, a przy obecnych brakach kadrowych byłby to wyczyn porównywalny z pierwszym lotem na Księżyc. Właściwie jeśli chodziło o policję, to trudno już było mówić o brakach. To była prawdziwa katastrofa kadrowa, skoro sięgnięto po tak desperackie kroki jak ustawa pozwalająca na skierowanie ludzi z administracji do działań operacyjnych. A jeśli posunięto się nawet do tego, żeby ściągnąć z renty Malcolma „Shey” Scotta, to już nie była nawet katastrofa, tylko autentyczny koniec świata.

Super.

Tu nie ma żadnego punktu zaczepienia, powtórzył w myślach. Poza jednym jedynym, utrwalonym na materiale wideo fragmentem tatuażu. Nawet nie wiadomo, czy był autentyczny, czy może to tylko zmywalna podróbka, pamiątka po zakrapianym festynie albo pijackim wypadzie na miasto, nieudolna próba zaimponowania kumplom lub jakiejś lasce przynależnością do jednego z gangów Zakazanego Miasta. A nawet jeśli jest autentyczny, to co? Ma tam pójść i zacząć rozpytywać po ulicach? Zakazane Miasto nie było miejscem, do którego wchodzi się tylko po to, żeby wejść. Było to równie rozsądne jak włożenie sobie do ust lufy rewolweru i naciśnięcie spustu tylko po to, by sprawdzić, czy broń jest nabita.

Po co więc szedł w kierunku domu siostry morderczyni? Zachowanie Axel Staller na posterunku policji wskazywało na to, że nie ma bladego pojęcia o wyczynach siostry. A jednak bez wahania postanowiła dać jej czas na ucieczkę. Podejrzewała coś? Miała przeczucie? Bliźnięta są ze sobą mocno związane emocjonalnie. Może więc…

Dobra! Własny umysł zwodził go na manowce. Byle dalej od odpowiedzi: czemu szedł właśnie do niej? Czyżby zamierzał powrócić na łono policji? Nie. Czy chciał pomóc Tahirze? Nie.

Co więc się dzieje w jego wnętrzu? Przecież nie mogło chodzić o powrót do Zakazanego Miasta. Tego najbardziej chciałby uniknąć.

Za wszelką cenę.

Czy aby na pewno?

koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji

Wydawnictwo Akurat

imprint MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: [email protected]

Dział zamówień: +4822 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz