Pułapka Tesli - Andrzej Ziemiański - ebook
Opis

Ziemiański jak trójkąt bermudzki po raz kolejny wciąga czytelnika w swoje historie. Bawi się jego wiedzą i niewiedzą o świecie. Dużo w tym wszystkim Wrocławia, miasta, które zdawałoby się dobrze znamy, a jednak poznajemy na nowo trzymając się śladów Autora. Tutaj czas nie ma granic i ram. Gdzieś w tle przechadza się Amy Winehouse. Lars Ericsson poszukuje partnerów w dalekiej Japonii, a Nikola Tesla próbuje walczyć o swoje patenty z Bellem i Edisonem. Prawdziwe testosteron story z intrygującą pułapką w tle.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 270

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


ogoda była koszmarna. Mżawka, wiatr i temperatura bliska zeru. Stali w jakiejś wiosce na przystanku autobusowym, ale żaden autobus nie nadjeżdżał. I chyba nie przyjedzie. Według rozkładu powinien przyjechać pół godziny temu, ale to były pobożne życzenia. Ewentualnie rozkład pochodził jeszcze z czasów socjalizmu. Krystyna usiłowała osłonić dzieci, ich córeczki. Kasię i Anię. Kasia była bardzo chora. Leciało jej z nosa i kaszlała bez przerwy. Cholerny wiatr. Dodupne przyjęcie u znajomych, na które się skusili. No ale teraz trzeba wrócić do miasta.

Po nocy, na wsi. Jedna córka kaszlała, a druga trzęsła się z zimna. Ktoś dowcipnie rozwalił wiatrochron na przystanku. Co prawda można było dzięki temu podziwiać piękno pól wokół, ale było ciemno, więc niewiele widzieli. Było za to zimno, mokro i nieprzyjemnie. Dziewczynki chore. Jacek nie wiedział, co zrobić. Taksówki przecież nie wezwie. Nawet nie bardzo wiedział, gdzie jest, bo ktoś zerwał tablicę z nazwą przystanku.

– Mówiłam, żeby nie jechać tą okazją – powiedziała Krystyna. – Szlag nas trafi na tym mrozie!

– Co mogę zrobić? – odparł Jacek.

– Zrób cokolwiek. Kaśka zaraz dostanie zapalenia płuc.

Zdjął własną kurtkę i okrył dziewczynki. Dygotał na wietrze. Coraz bardziej mokry, bo mżawka zamieniła się w deszcz ze śniegiem. Krystyna jednak nie była złą kobietą. Podeszła i okryła go połą własnej kurtki, sama marznąc.

Punkt bez wyjścia. Przystanek nie wiadomo gdzie, głucha noc, pogoda jak na Antarktydzie, rozkład jazdy autobusów pisany chyba za Stalina. Nic nie jechało po wiejskiej drodze. A dziewczynki zamarzały. Rodzice zresztą również.

Co mógł zrobić? Rozpalić ognisko? Niby jak w mokrym, przemarzniętym lesie? Leźć kilometrami do najbliższej wsi i prosić o nocleg? Jego młodsza córka potrzebowała lekarza. Natychmiast.

Z ciemności wyłonił się mężczyzna z wielkim parasolem.

– Przepraszam najmocniej. – Ukłonił się uprzejmie. – Hrabia Bartowski – przedstawił się. – Widzę państwa konfuzję z okna mojego dworku i wiem, że żaden autobus już się dzisiaj nie pojawi. Chciałbym w związku z tym w gości prosić. Państwa córka może się poważnie rozchorować na mrozie.

Osłonił parasolem dziewczynki, sam wystawiając się na deszcz. Mniejszą otulił dodatkowo kocem, który przyniósł.

– Proszę pana – powiedział Jacek – ale my, mówiąc delikatnie, jesteśmy w kiepskiej sytuacji finansowej.

– Ależ, drogi panie! Ja zapraszam do domu. Nie do hotelu.

– Błagam cię, przyjmij zaproszenie – mruknęła Krystyna mężowi do ucha. – Dziewczynki nam umrą na tej drodze w nocy.

– Proszę w gości. Jak to mówią: gość w dom, Bóg w dom. – Bartowski uśmiechnął się sympatycznie. – No chodźcie państwo. Tędy, przez aleję topól. Zapraszam!

Dziewczynki szły przodem, pod osłoną parasola, oni z tyłu.

– Proszę państwa, tutaj nic nie jeździ poza pociągiem, ale stacja jest dość daleko. U mnie będzie wygodniej.

Po chwili zobaczyli dworek. A właściwie nie dworek, tylko wielki dwór. Szofer na ogromnym podjeździe pucował rolls-royce’a, mimo deszczu. Dwóch lokajów wybiegło z dodatkowymi parasolami. Podświetlone gazony, wielki park, w którym gdzieniegdzie migały światła, i sam pałac z polskim portykiem ozdobionym kolumnami tej wielkości, że te greckie, podtrzymujące tympanony, mogły im tylko zazdrościć.

– Proszę, proszę – powtarzał gospodarz.

O Boże! Nowobogaccy! – pomyślał Jacek. Pałac jak przed wojną, staroświecki rolls, stadnina koni, park, jezioro... Nie wypłacimy się do końca życia. Już oni znają sądowe sposoby...

Bartowski przepuszczał ich kolejno przez drzwi tak wielkie, że mogliby przez nie przejść tyralierą.

– Ludwik! – wołał. – Ludwik! Natychmiast jedź po lekarza! Jedna z dziewczynek jest chora!

– Tak, proszę pana.

– Weź samochód. Stangret opiekuje się moją żoną w podróży.

– Tak, proszę pana.

– Przywieź go natychmiast. Ona ma wysoką gorączkę i leci jej z nosa.

Krystyna postanowiła się włączyć.

– Nie chcielibyśmy sprawiać aż takiego kłopotu. Gdybyśmy mogli tylko przeczekać gdzieś do rana...

– Ależ, proszę pani. To polski dom! Proszę się rozgościć. Gość w dom, Bóg w dom – powtórzył. I krzyknął: – Sara! Sara! Przynieś ręczniki, żeby goście mogli się osuszyć. Klaudyna! Zajmij się dziećmi. Do gorącej kąpieli i do łóżek. I podajcie kolację.

– Naprawdę nie chcielibyśmy sprawiać tylu problemów.

Przerwał Krystynie:

– Żaden kłopot. To dla mnie zaszczyt móc gościć tu państwa.

Nawet Jacek przygiął głowę w ukłonie. To żadni nowobogaccy. Raczej jakaś szlachta, która uchowała się, chyba cudem, od zeszłego stulecia.

– Przepraszam najmocniej – sumitował się gospodarz. – Nie ma mojej żony. Jest w podróży do Anglii. Ale stangret się nią opiekuje. Jest bezpieczna.

Zaordynował lekką kolację i koniak dla rozgrzewki. Dla Krystyny polecił podać grzane wino. Przerwało mu łomotanie do drzwi. Któryś ze służących skoczył otworzyć.

Na progu stał zupełnie przemoczony ksiądz.

– Co się stało? Ktoś umiera?

– A skąd to przypuszczenie, proszę księdza?

– No bo Ludwik jechał koło plebanii tak szybko, że prawie okna mi ochlapał. I zatrzymał się pod domem lekarza. No to pomyślałem sobie, czy przypadkiem nie będę potrzebny?

– Ależ będzie ksiądz potrzebny. Oczywiście! Najpierw kolacja, a potem partyjka preferansa – powiedział Bartnicki. – Jak zwykle.

Proboszcz roześmiał się serdecznie.

– Naprawdę nikt nie umiera?

– Niestety, dzisiaj ksiądz nie znajdzie zatrudnienia. Jedna dziewczynka jest silnie przeziębiona. Wyleczymy do rana.

– A ja tu biegłem, buty gubiąc.

– W wista sobie zagramy. Najpierw kolacyjka. Podać koniaczek dla rozgrzania?

– Ja tylko wino. Tylko wino. – Proboszcz przysiadł w jednym z przepastnych foteli. – Ale w preferansa odegram dzisiaj wszystkie trzy pudełka zapałek, które wcześniej przegrałem. Wszystkie trzy! – zapowiedział buńczucznie.

– Ha, ha, ha! – Bartnicki spojrzał z politowaniem. – Widać, że to osoba duchowna. Wierzy w cuda!

– Odegram!

– Zobaczymy, jak się zacznie licytacja.

Przerwało im wejście lekarza. Starszy, siwy pan w garniturze. Na szyi, przy kołnierzu, miał ogromną muszkę zamiast krawata. Po krótkiej prezentacji gości spytał od razu:

– Gdzie chora?

– Na górze w sypialni już chyba. Dzieciaki się nią zajęły.

Szybkim krokiem wszedł na schody.

Czekali na niego z kolacją, ale nie trwało to długo. Wrócił już po piętnastu minutach.

– Proszę państwa, nie ma powodów do niepokoju. Podałem aspirynę i laudanum. Niech się dziecko wyśpi i wypoci w nocy.

– Co to jest laudanum? – przerwał mu Jacek.

– Och, dzięki niemu zasnęła błyskawicznie. To jej było potrzebne.

– Nie lepiej podać od razu antybiotyki? – wtrąciła Krystyna.

– A co to są antybiotyki? – zdziwił się doktor.

Roześmiała się.

– Ma pan rację. Rodzice są tak przewrażliwieni, że przy zwykłym katarze zaordynowaliby od razu chemioterapię.

– A co to jest chemioterapia?

Tym razem śmiechem parsknął Jacek.

– Wiem, wiem, wiem... Rodzice mają się nie wtrącać w zarządzenia specjalisty.

– No tak. – Lekarz uśmiechnął się lekko, a potem nachylił do Bartowskiego. – Przyjacielu, posłuchaj: co to są antybiotyki i chemioterapia?

– Nie mam zielonego pojęcia! – Hrabia zapraszał do zastawionego już przez służbę stołu. – Prosimy, prosimy! Lekka kolacyjka, a potem partyjka preferansa. Nie odmówią państwo, prawda?

– Nie potrafię w to grać – powiedział Jacek.

– Zasady są proste. W pięć minut nauczymy.

Bawili się do późnych godzin w nocy. Mimo ociężałości po „lekkiej” kolacyjce, która składała się z pięciu dań, z czego trzy na ciepło, Jacek wygrał prawie dwa pudełka zapałek. I to nie dzięki uprzejmości gospodarzy. Ksiądz i doktor licytowali zaciekle. On był jednak programistą komputerowym i w mig pojął zasady gry. A poza tym był dobry w swoim fachu.

Krystyna chichotała, gdy proboszcz, rzucając karty, wstawał i mówił:

– Ojcze nasz, któryś jest w niebie...

Bartowski uspokajał:

– On tak zawsze. Odmawia sobie wieczorne pacierze podczas gry, ale jak mu karta podejdzie, to w podnieceniu mówi na głos.

Potem była kąpiel w kapiącej od złota wannie. Wielkie, pachnące i mięciutkie łóżko. Kochali się szczęśliwi, choć ze wstydem, bo łóżko lekko skrzypiało. Ale to był naprawdę fajny seks.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Andrzej Ziemiański

Porzucił prestiżową karierę naukową i zajął się pisaniem książek. Już po kilku latach zdobył uznanie pół miliona Polaków czytających „Achaję” z wypiekami na twarzach.

Z wykształcenia jest architektem. Widzi i myśli obrazami. Podgląda, słucha i rozmawia dla przyjemności. Lubi fotografować puste miejsca. Sam jest dla siebie pracownikiem, szefem i przewodniczącym komitetu strajkowego. Nieustannie prowokuje czytelników i recenzentów swoim podejściem do sztuki pisania. Mówi, że cierpi na przymus tworzenia.

Jego bohaterowie żyją własnym życiem – sami wybierają gatunek i formę opowieści, dzięki czemu z niezrozumiałego dla siebie powodu autor otrzymał wór nagród od czytelników. Pierwsze dwa tomy „Achai” nominowane były do Nagrody im. Janusza A. Zajdla. Drugi tom otrzymał w 2004 roku Nagrodę Nautilus.

Cykl „Achaja” to także jedna z najbardziej kasowych serii w polskiej literaturze. To dzięki tym książkom pisarz może realizować swoje najśmielsze marzenia o egzotycznych podróżach i otaczać się ulubionymi gadżetami.

Ziemiański w swoich książkach ceni kobiecość. Nawet w filigranowej postaci dostrzega siłę, która go pasjonuje. Ale to nie oznacza, że ma dla niej litość. Pisarz ma w sobie coś z hazardzisty – ale uwaga – jeśli zaczyna grę, to żeby wygrać.

Copyright © by Andrzej Ziemiański Copyright © by Fabryka Słów sp. z o.o., Lublin 2013

Wydanie II

ISBN 978-83-7574-769-0

Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Projekt i adiustacja autorska wydaniaEryk Górski Robert Łakuta

Ilustracja na okładce Piotr Cieśliński

Redakcja Karolina Kacprzak

Korekta Magdalena Byrska

Skład oraz projekt okładki Konrad Kućmiński | Grafficon

Skład wersji elektronicznej [email protected]

Sprzedaż internetowa

Zamówienia hurtowe Dressler Dublin sp. z o.o. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 tel. (+ 48 22) 733 50 31/32 [email protected] www.dressler.com.pl

WydawnictwoFabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91www.fabrykaslow.com.pl e-mail: [email protected]/fabrykainstagram.com/fabrykaslow/