Córka pustyni. Niezwykłe życie Gertrude Bell - Georgina Howell - ebook

Córka pustyni. Niezwykłe życie Gertrude Bell ebook

Georgina Howell

0,0
36,00 zł

lub
Opis

Biografia wybitnej brytyjskiej podróżniczki Gertrude Bell

 Jeśli komuś się wydaje, że eksploracja i bohaterskie wyprawy to wyłącznie przywilej mężczyzn, głęboko się myli. Potwierdza to Gertrude Bell – wybitna brytyjska podróżniczka, archeolog, pisarka, doradca polityczny, orientalistka, a przy okazji i szpieg na Bliskim Wschodzie w okresie osmańskiego zmierzchu. Funkcjonariusze administracji brytyjskiej, generałowie czy dyplomaci nie kryli irytacji i wrogości, mówiąc o niej: „maskulinizowany obieżyświat”, „ględząca, kręcąca pupą koturnowa baba” czy „mała istota z płaską piersią, którą zwą kobietą”. Jej powszechnie nieakceptowany styl życia przełamywał ówczesne kanony i ograniczenia kulturowe, przecierając szlaki dzisiejszym paniom. Nie raz pisałem, że żywię głęboki podziw dla tej dzielnej przedstawicielki płci pięknej.

Dzięki filmowi Wernera Herzoga Królowa pustyni z Nicole Kidman w roli głównej oraz biografii autorstwa Georginy Howell świat poznał szerzej niezwykle burzliwe życie tej globtroterki wyprzedzającej swoją epokę.

Jacek Pałkiewicz

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 698

Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Georgina Howell Córka pustyni Niezwykłe życie Gertrude Bell ISBN: 978-83-7785-987-2 TYTUŁ ORYGINAŁU: Queen of the Desert Copyright © Quilco Ltd, 2006 All rights reserved Copyright © for the Polish translation by Zysk i S­-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2016 Redakcja: Magdalena Wójcik Skład i łamanie wersji papierowej: Paweł Uniejewski Projekt graficzny okładki: Dariusz Pepłoński Ilustracja portretowa na okładce: Maciej Szajkowski Wydanie I Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67, faks 61 852 63 26 Dział handlowy, tel./faks 61 855 06 [email protected] Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

SŁOWO WSTĘPNE

Jeśli komuś wydaje się, że przygoda i bohaterskie wyprawy to przywilej wyłącznie mężczyzn, jest w błędzie. Potwierdza to przykład Gertrude Bell (1868‒1926), wybitnej brytyjskiej podróżniczki, archeolożki, pisarki, doradcy politycznego, a przy okazji i szpiega na Bliskim Wschodzie, w okresie osmańskiego zmierzchu.

„Maskulinizowany obieżyświat”, „ględząca, kręcąca pupą koturnowa baba”, „mała istota z płaską piersią, którą zwą kobietą” albo mniej złośliwie: „zarozumiała pannica z Oksfordu”, tak mówili, nie kryjąc irytacji i uszczypliwości, funkcjonariusze administracji brytyjskiej, generałowie, dyplomaci. Nie byli hojni w określeniach panny Gertrude Bell, eleganckiej kobiety o smukłej sylwetce, zielonych oczach i rudych włosach. Była postacią kłopotliwą dla autokratycznych i kolonialnych wojskowych, bo zmuszeni byli słuchać i trawić jej poglądy. Nie cierpieli z całego serca jejmości na usługach brytyjskich sił zbrojnych w Kairze, notabene czołowej orientalistki swoich czasów. To wszystko działo się w złotym okresie kolonializmu, kiedy Imperium Brytyjskie było największym państwem w dziejach. W chwili przyjścia Gertrude na świat królowa Wiktoria od trzydziestu lat reprezentowała „rygorystyczną moralność i konwenanse społeczne”. Idealna kobieta wiktoriańska miała być „aniołem w domu” — kobietą skromną i zaradną, przy tym strażniczką domowego ciepła — a nie włóczyć się po świecie.

Historia obdarzonej niespożytymi pokładami energii Gertrude Bell to opowieść o pasji wiedzy, historii, znajomości języków i cywilizacji Bliskiego Wschodu, ale przede wszystkim pasji swojej skrajnej niezależności. Urodzona w majętnej rodzinie brytyjskich przemysłowców, dała się poznać jako dziecko stanowcze i przy tym mało posłuszne. Spragniona szerokich horyzontów uwielbiała czytać, ale też i jeździć konno. Jako pierwsza kobieta ukończyła z wyróżnieniem studia historii nowożytnej na Oksfordzie. Dyplomu jednak nie dostała, bo uczelnia ta przyznała to prawo kobietom dopiero trzydzieści lat później.

Mając 24 lata, udała się z wizytą do swojego wuja, ambasadora Wielkiej Brytanii w Persji. „Niewiele jest bardziej radosnych chwil dla człowieka wychowanego w złożonym porządku społecznym, niż gdy stoi na progu podróży w nieznane” — pisała wiele lat później w jednej ze swoich książek podróżniczych. Wiedziona ciekawością świata, pełna fantazji i determinacji, niezrażona trudnościami dokonała niewiarygodnych jak na tamte czasy wyczynów. Gotowa do poświęcenia i wysiłku, od razu przywykła do twardego życia obozowego i do braku podstawowych wygód czy intymności. Nauczyła się pokonywać głód, upał i zimno oraz palić fajkę wodną w długie wieczory na pustyni i używać marihuany czy opium. Po trudach dnia wieczorem zasiadała przy ognisku i piła świeżo parzoną kawę ze srebrnej zastawy.

Miała skłonności do ekstrawagancji. Oprócz namiotu do spania woziła ze sobą też drugi namiot na brezentową wannę, jej bagaż zawierał modne suknie wieczorowe, szyfonowe bluzki, lniane spódnicospodnie, futra i obuwie z modnej kolekcji. Spędzała po dziesięć godzin na wielbłądzie, trzymając w ręku parasolkę lub czytając książkę. Podczas podróży w Jerozolimie dotarła do miejsc, które nigdy wcześniej nie były odwiedzane przez europejską kobietę. Na szaleństwo mogło zakrawać przemierzanie przez białą kobietę w towarzystwie kilku tragarzy terytoriów, na których regularnie walczyły zwaśnione plemiona. Ponadto w krajach o surowej ortodoksyjnej obyczajowości cudzoziemki bywają narażone na poważne problemy związane ze zwyczajami czy religią.

Nieraz ryzykowała życie, kiedyś zbiegła z rąk grupy rabusiów i przez trzy dni w samotności szukała bezpiecznego schronienia. W listopadzie 1913 roku wyruszyła z do na skraju pustyni Wielki Nefud. Od samego początku jej nieliczna grupa napotykała trudności. Zrabowano im broń, później zostali zatrzymani przez oddziały tureckie. Rząd turecki zaapelował do ambasady brytyjskiej o zakaz kontynuowania wyprawy, w konsekwencji Londyn poinformował Bell, że w przypadku jakichkolwiek trudności nie zostanie jej udzielona pomoc i będzie zdana na siebie samą. Wszystko to nie przeszkadzało jej, bo uwielbiała adrenalinę. Miała niezwykły dar do zjednywania sobie miejscowych władców, a szacunek budziła w nich jej biegła znajomość arabskiego.

Znajdowała chrześcijańskie twierdze, ruiny asyryjskich i rzymskich budowli. Została zauroczona archeologicznymi wykopaliskami w Baalbek, miejscu dawnego fenickiego kultu. „Kompleks monumentalnych świątyń i kolumn […] — komentowała — jest drugim po Akropolu zabytkiem, które robi takie wrażenie”. Z pasją poświęciła się badaniom wykopalisk, stając się uznanym archeologiem samoukiem.

Nawiązywała przyjaźnie z wodzami plemiennymi, gościła w namiotach wpływowych szejków, interesowała się ich obyczajami i kulturą koczowniczych plemion. Mężczyźni zwracali się do niej „Wasza Ekscelencjo”, prosząc, aby rekomendowała ich w Konstantynopolu, i oferowali okazałe kolacje i sypialnie, bo słowo „gość” jest święte od Jordanu po Eufrat. Politycy mówili, że nie tracąc kobiecego wdzięku, „posiada umysł mężczyzny”, co dla niewiasty epoki wiktoriańskiej musiało być wielkim komplementem. Dyskutowała ze swoimi gośćmi o poezji, zajmowała się fotografią, kopiowała inskrypcje kufickie na ścianach meczetów. I wyrażała poglądy polityczne: „Żadna wojna na pustyni — pisała o konflikcie arabskich rodów — nigdy nie zakończy się i każde zło stanie się dla młodych impulsywnych szejków pretekstem do konfliktu”. Osąd niezwykle aktualny i dzisiaj.

Jej styl życia nie był powszechnie akceptowany, ale przełamywał ówczesne kanony i ograniczenia kulturowe, otwierając drogę dzisiejszym kobietom. Nie raz pisałem, że nie skrywam podziwu dla tej dzielnej przedstawicielki płci pięknej, która wzbudzała admirację jeszcze w swojej epoce.

„Zbliża się do mnie niepokaźna karawana — pisał w 1914 roku sir William Willcocks, inżynier, budowniczy tamy w Asuanie. — Oczywiście wszyscy są Arabami, z wyjątkiem jednego wyglądającego na kobietę. To była Gertrude Bell. Nie mogłem uwierzyć własnym oczom, gdy z dala od cywilizacji, pomimo wielotygodniowych pustynnych trudów, ujrzałem strojną Brytyjkę”.

Niespełniona uczuciowo, z bagażem niefortunnego romansu, czołowa orientalistka swoich czasów, zapisała się w historii jako jedna z negocjatorek i architektów współczesnego Iraku, a także jako agent wywiadu. „Konkurowała” z legendarnym Lawrence’em z Arabii, próbując być równie jak on użyteczna dla rządu Wielkiej Brytanii. Przed wybuchem I wojny światowej brytyjski MSZ potrzebował informacji o obiektach militarnych Imperium Tureckiego oraz o penetracji niemieckiej w północnej Arabii. A Bell dobrze znała nastroje wśród arabskich poddanych Turków, ponadto pod pretekstem fotografowania zdobywała wiele informacji o znaczeniu strategicznym o oddziałach tureckich rozmieszczonych w regionie.

W 1921 roku, razem ze swoim kolegą, została delegowana przez Winstona Churchilla do udziału w konferencji w Kairze mającej na celu ustalenie granic brytyjskiego mandatu na Bliskim Wschodzie w skomplikowanej i delikatnej atmosferze między arabskimi przywódcami i dyplomatami Jego Królewskiej Mości. Z tego wydarzenia zachowała się zbiorowa fotografia na tle słynnej piramidy i Sfinksa, na której nieposkromiona kobieta — Gertrude Bell — widnieje obok Winstona Churchilla i Thomasa Edwarda Lawrence’a.

W 1925 roku, gdy wróciła do domu, zastała rodzinę w poważnych kłopotach finansowych z powodu wojny i kryzysu gospodarczego. W tym czasie ogrom pracy, połączony z chronicznym zapaleniem oskrzeli spowodowanym przez palenie papierosów, nałóg, z którego, nawet w najgorszych chwilach, nie potrafiła się wycofać, stopniowo drążył jej zdrowie. Silna i nieugięta kobieta słabła i cierpiała, także z powodu ataków malarycznych. Ale Bell nie poddawała się postępującemu załamaniu i jest niewykluczone, że „przypadkowa śmierć z przedawkowania tabletek nasennych” w rzeczywistości była samobójstwem.

Dzięki filmowi Wernera Herzoga Królowa pustyni z Nicole Kidman w roli głównej oraz biografii autorstwa Georginy Howell świat pozna szerzej niezwykle burzliwe życie kobiety wyprzedzającej swą epokę.

JACEK PAŁKIEWICZ

PRZEDMOWA

Było lato 1997 roku. Współpracownicy „The Sunday Times Magazine” zebrali się na kolację w pewnej londyńskiej restauracji na zaproszenie redaktora Robina Morgana, który miał podzielić się z nimi pomysłami na reportaże, jakie miałyby się ukazać w ciągu najbliższej zimy. Philip Norman, który w swych wielokrotnie nagradzanych wywiadach ukazywał magię i szaleństwo rock and rolla, znawca spraw watykańskich John Cornwell z Jesus College w Cambridge, Bryan Appleyard, który w cudownie prostych słowach umie objaśnić najbardziej zawiłe problemy naukowe, i inni zabierali się właśnie do kaczki en croûte, gdy dowiedzieliśmy się, że każdy z nas ma napisać reportaż do nowej serii pod tytułem „Mój bohater”. Wracałam do domu podekscytowana. Wiedziałam, kim będzie „Moja bohaterka”, której wspaniałe życie od dłuższego już czasu zasługiwało na przypomnienie. Jeszcze nigdy w ciągu trzydziestu sześciu lat pracy dziennikarskiej nie otrzymałam tylu listów będących reakcją na ten reportaż, który ukazał się w październiku tamtego roku.

Swego czasu znana bardziej niż Lawrence z Arabii, Gertrude Bell postanowiła konkurować w męskim świecie na warunkach ustalonych przez mężczyzn. Unikała reklamy. Nie przejęłaby się tym, że w początkowej scenie Angielskiego pacjenta, popularnego filmu z 1997 roku, brytyjscy żołnierze błędnie odczytują jej nazwisko w czasie studiowania mapy rozpostartej na składanym stoliku w namiocie osłoniętym siatką maskującą:

— Ale czy przedostaniemy się przez te góry?

— Na mapie Bella jest jakaś droga.

— Miejmy nadzieję, że on się nie mylił.

On!

Na początku czciłam Gertrude Bell jako jedną z heroin dzikich lądów, które wiodły pełne romantyzmu życie. Uwielbiałam sposób, w jaki się ubierała i w jaki żyła — w wielkim stylu, z pistoletem przywiązanym do łydki pod jedwabnymi halkami, sukniami z koronek i z muślinowymi zakładkami, przy stole na pustyni, nakrytym sztywnym płóciennym obrusem i srebrną zastawą; z nogami w białych pończochach i w płóciennych butach z cholewami Yapp. Nie była feministką, nie potrzebowała i nie życzyła sobie specjalnego traktowania. Podobnie jak pani Thatcher — podziwiana czy pogardzana, zależnie od sympatii — zmagała się ze światem takim, jakim go zastała. Tyle że działo się to w latach 80. XIX wieku, gdy mało która kobieta odbierała wykształcenie i miała okazję wykazania się gdziekolwiek poza domem.

Bellowie byli bardzo bogaci, ale to nie dzięki pieniądzom Gertrude skończyła z wyróżnieniem studia na Oksfordzie, wychodziła obronną ręką ze spotkań z morderczymi plemionami pustyni, została szpiegiem i majorem armii brytyjskiej, poetką, uczoną, historyczką, alpinistką, fotografką, archeolożką, ogrodniczką, kartografką, lingwistką i wybitną funkcjonariuszką państwową. W każdej z tych dziedzin okazywała się wybitna, wręcz przecierała nowe szlaki. Jej osobowość była barwna — pod tym względem można porównać ją do takich gigantów ludzkości, jak Elżbieta I czy Katarzyna Wielka. T.E. Lawrence napisał, iż Gertrude „urodziła się z nadmiarem talentów”. Ale po przodkach odziedziczyła przede wszystkim dyscyplinę i była niezmiernie dumna z pragmatyzmu swojej rodziny — rozumienia spraw ekonomii, dobrego zarządzania potężną firmą hutniczą, publicznej i prywatnej dobroczynności. W potrzebie poświęciła się monotonnej, nieciekawej pracy biurowej: tworzeniu systematycznych kartotek, które wydobyły Biuro Rannych i Zaginionych Czerwonego Krzyża czasów wojny z chaosu i zmieniły w sprawnie działający system; detalom administracyjnym i kartograficznym; setkom pomiarów na stanowiskach archeologicznych; wreszcie sporządzaniu setek oficjalnych oświadczeń w Basrze i Bagdadzie.

Po obejmującym trzy pokolenia awansie od rzemieślników do wyższych sfer klasy średniej Bellowie zaczynali wchodzić do rodów arystokratycznych. Pozostawali poza wielkimi kręgami towarzyskimi Anglii, owymi ekskluzywnymi klubami, które obdarzały dziedzicznymi przywilejami i władzą oraz określały przesądy, kontakty i znajomości swoich członków. Gertrude dana była rzadka wolność od pułapek, które zamykają nas w koleinach życia społecznego. Stykała się z wielkimi tego świata na równej stopie, ale wiedziała, co znaczy pochodzenie z klasy robotniczej, życie na krawędzi pomiędzy przetrwaniem a strąceniem w przepaść ulicy i przytułku. Jej jasne, jednoznaczne spojrzenie przenikało poprawność polityczną, zadufanie w sobie, status i sławę. Nie ustępowała z drogi przemądrzałemu biskupowi, nadętemu politykowi czy zadowolonemu z siebie profesorowi. W wieku piętnastu lat zdecydowała, że coś, czego nie można udowodnić, nie istnieje, i bez wahania oznajmiła to nauczycielowi Pisma Świętego. Stawała przed wszystkimi, nie unikając ich wzroku, czy chodziło o protekcjonalnego wykładowcę, czy o wymachującego sztyletem derwisza, skorumpowanego tureckiego urzędnika czy też zniewieściałego angielskiego arystokratę. Miała znajomych w najróżniejszych kręgach społecznych, od irackiego ogrodnika do wicekróla Indii, od korespondenta „Timesa” do noszącego bitewne blizny plemiennego wojownika, od mudżahedina do sługi z Aleppo. Gdy już zyskało się jej zaufanie, stawała się najbardziej kochającym, troskliwym i najwierniejszym z przyjaciół.

Miała rzecz jasna wrogów. Gardziła nudnymi żonami brytyjskich oficerów: „Do diabła ze wszystkimi bezrozumnymi kobietami!” — powiedziała kiedyś; rzucała się do ataku na każdego, kto jej zagrażał. Nie cofała się przed łotrami czy mordercami i demaskowała ich, siedząc z nimi przy kolacji. Na pewnym etapie swoich badań doszłam do przekonania, że zginęła z ręki któregoś z tych ostatnich, pogląd ten żywią również inni badacze jej życia i co najmniej jeden członek British Council. Jakby świadoma nieustającego zagrożenia, zawsze spała z bronią pod poduszką, nawet w rodzinnym domu w Yorkshire, gdzie wolała nocować w domku letniskowym w ogrodzie niż we własnej, wygodnej sypialni, w otoczeniu ukochanej rodziny. Czy w ten sposób chciała ich ochronić? Bez wątpienia istnieli ludzie życzący jej śmierci, ale nie napotkałam żadnych dowodów morderstwa, chociaż o fakty jest trudno. Jestem przekonana, że tak jak pchana ciekawością i podnieceniem zawsze śmiało ruszała na wyprawy w nieznane, tak samo wyruszyła na ostatnią wędrówkę.

Pragnęła wyjść za mąż i założyć rodzinę, lecz fatum raz po raz kładło kres tym tęsknotom. Była jednak mocno kochana, między innymi przez tę wielką rodzinę, której w końcu poświęciła pracę i życie: lud Arabii. A on jej nie zapomniał. Niedawno jej nazwisko i praca na rzecz Iraku z powrotem znalazły się w programach nauczania tamtejszych szkół. Lawrence wywołał arabską rewoltę, za to Gertrude wskazała Arabom, jak mogą stać się narodem. Pochlebstwami i nachalnością, wskazówkami i machinacjami doprowadziła ich wreszcie do tak często obiecywanej i niemal zdradzonej niepodległości. Stała na straży tego zadania przez lata chude i tłuste, podczas gdy Lawrence zadręczał się i wahał, by na koniec porzucić sprawę arabską i próbować ucieczki przed swą własną, niełatwą osobowością, którą zamienił na niepozorną maskę niejakiego szeregowego lotnika Shawa.

Gertrude Bell realizowała swoje arabskie ambicje z niesamowitą konsekwencją. Pokazała bystrym, ale niepewnym współpracownikom z Wydziału Wywiadu w Kairze, jak wygrać na swoim odcinku wojny; ramię w ramię z Arabami wiodła rodzącą się administrację brytyjską w Mezopotamii ku pomyślnej przyszłości, z korzyścią dla obu stron. I nie ustępowała, gdy jej zwierzchnik w aparacie kolonialnym próbował doprowadzić do jej zwolnienia, gdy Churchill żądał całkowitego wycofania Brytyjczyków z Iraku, kiedy knowania polityczne w Europie mało nie zniweczyły dzieła jej życia, wreszcie gdy postawiła wszystko na jedną kartę i odwiodła króla Fajsala od zmarnowania wszystkiego w imię supremacji Arabów.

Utworzyła bibliotekę publiczną i Muzeum Irackie w Bagdadzie, którego główne skrzydło zostało poświęcone jej pamięci w 1930 roku. Muzeum wciąż strzeże ocalałych skarbów kraju, który był kolebką pierwszych cywilizacji. Przyszłość Iraku ciągle wisi na włosku, lecz jedno nie podlega dyskusji. Umierając w 1926 roku, Gertrude Bell pozostawiała gospodarny i skuteczny rząd iracki, pozbawiony zinstytucjonalizowanej korupcji, strzegący równości i pokoju. Dziś, w czasach, kiedy „Imperium” i „kolonializm” są źle odbieranymi słowami, Anglia nie musi się wstydzić ustanowienia Iraku, będącego ostatecznym spełnieniem obietnicy niepodległości Arabów. Zgadzam się z dawną znajomą Gertrude z Oksfordu, Janet Hogarth, która napisała: „Moim zdaniem była największą kobietą naszych czasów i należy do najwybitniejszych kobiet wszech czasów”.

Za życia Fajsala Irak był miejscem, w którym ludzie mogli zajmować się swoimi sprawami bez lęku i cierpienia. Jego syn, książę Ghazi — chłopczyk, któremu Gertrude kupowała zabawki u Harrodsa — odziedziczył koronę w 1933 i rządził krajem silną, może zbyt silną ręką: stłumienie powstania asyryjskiego doprowadziło do masakry 1933 roku. Dynastia, którą Gertrude umieściła na tronie, panowała jeszcze trzydzieści dwa lata po jej śmierci, podczas gdy w Europie kolejna wojna wybuchła już po trzynastu, ogarniając resztę świata. Czego Ameryka i Anglia nie dałyby za perspektywę pokoju i praworządności w Iraku przez choćby cztery lata?

Dzięki obfitej korespondencji, dziennikom i urzędowym stanowiskom wywiadu, aż ośmiu książkom oraz magnum opus, The Review of the Civil Administration of Mesopotamia, Gertrude Bell jest kobietą, której życie należy do najlepiej opisanych w dziejach. Głos, dający się wyłowić w jej pismach, tak osobisty i wizjonerski, nasycony poczuciem humoru, krystaliczną czystością i stanowczością, towarzyszył mi przy powstawaniu tej książki. Mimo że brak żyłki narracyjnej nie pozwolił jej na osadzenie wszystkiego, co miała do powiedzenia, w kontekście własnego życia, uważam, że głosu Bell należy wysłuchać i docenić go — z tego też powodu wykorzystałam o wiele więcej jej własnych słów, niż jest to przyjęte w konwencjonalnej biografii. Opowiadają o jej życiu, zarazem pozwalając dostrzec iskry błyskotliwych myśli, dając żywy obraz jej dowcipu i charakteru.

PODZIĘKOWANIA

Kiedy myśl o tej książce dopiero się rodziła, Valerie Pakenham — niegdyś współpracowniczka, od dawna przyjaciółka — stwierdziła, że muszę się nią zająć. Słów zachęty nie szczędził Simon Trewin z agencji Peters Fraser and Dunlop. Możemy mówić o wielkim szczęściu, gdyż Georgina Morley wsparła nas z ramienia Macmillana w Londynie, także potem pomagając z niesłabnącym entuzjazmem. Ani trochę nie przeszkadzał jej dość nietypowy styl tej biografii i po mistrzowsku zredagowała ją razem z Sarah Crichton z nowojorskiego Farrar Straus and Giroux.

W początkach pisania o Gertrude Bell na łamach „The Sunday Times Magazine” miałam okazję skorzystać z pomocy Lesley Gordon, nieżyjącej już archiwistki z Biblioteki im. Robinsona Uniwersytetu w Newcastle upon Tyne, mającej pieczę nad archiwum Gertrude Bell. Poświęciła życie pamięci Gertrude, pisząc podręcznik i przekazując materiały do zorganizowanej przez British Council wystawy w 1994 roku. Pisarze i historycy winni jej są dozgonną wdzięczność za „Projekt Gertrude Bell”, dzięki któremu zdobyła fundusze na udostępnienie dziennika, listów i siedmiu tysięcy zdjęć w Internecie. Niestety, gdy napisaliśmy do niej o książce, okazało się, że nie żyje. Mimo to mogliśmy skorzystać z jej pomocy zza grobu: towarzysząca wystawie broszurka jej autorstwa, Gertrude Bell 1868‒1926, jest niezrównanym krótkim przewodnikiem.

Poszukiwanie oryginalnych dokumentów ułatwili nam cierpliwi bibliotekarze i archiwiści z Biblioteki im. Robinsona: Helen Arkwright wraz z Melanie Wood, Elaine Archbold, Frankiem Addisonem i Alanem Callenderem. Erudyta Jim Crow ze School of Historical Studies na Uniwersytecie Newcastle, jeszcze jeden entuzjasta Gertrude, pomógł nam w zrozumieniu istoty jej wkładu w rozwój archeologii i fotografii. Yvonne Sibbold z Alpine Club i alpinista Michael Westmacott byli tak dobrzy, że przejrzeli nasz rozdział o wspinaczce uprawianej przez Gertrude, której dramatyzm nie tak łatwo dostrzec w jej pismach wśród szczegółowych wyliczeń półek i kominów skalnych, tyrolek i nawisów. Wdzięczni jesteśmy Timothy’emu Dauntowi za wskazówki dotyczące kampanii pod Gallipoli oraz Patricii Daunt, idącej po śladach Gertrude przez stanowiska, które ta badała i pokochała na pustkowiach Anatolii.

Gwen Howell czytała każdy rozdział w trakcie powstawania, czyniąc błyskotliwe uwagi i dostrzegając fragmenty, które umknęły uwadze specjalistów. Tom Buhler oddał do naszej dyspozycji swą dogłębną wiedzę na temat procesu pisarskiego na wszystkich jego etapach i od samego początku czuwał nad duchem tej książki. Od początku kierowaliśmy się również rozległą wiedzą Charlotte Stafford na temat wyglądu graficznego tomu. Daniel Bailey brał udział w pierwszych rozmowach na temat koncepcji książki o Gertrude i przez dwa lata zachęcał do pracy, w dodatku odpowiadając co pewien czas na pytanie o stopnie i zwyczaje wojskowe. Alice Whittley żywo interesowała się naszą pracą, cały czas służąc pomysłami.

Krytycy zarzucają Gertrude brak demokratycznego podejścia. Mamy nadzieję, że udało nam się zbić ich zarzuty, ale jej poparcie dla kampanii przeciwko prawu kobiet do głosowania trudno pojąć po stu latach. Joanna Morritt podsuwała nam doskonale wybrane teksty dotyczące obu tych spraw.

Paul Miles umieścił plany ogrodów Gertrude w Yorkshire w kontekście postwiktoriańskich założeń ogrodowych oraz wyjaśnił mit i legendę mandragory.

W czasie przechadzki w miejscu zburzonego dworu Bellów w Rounton przypadkiem spotkaliśmy wnuka siostry Gertrude, Boba Richmonda, i jego ojca, Milesa. Tak wtedy, jak i później okazali nam znaczną pomoc. Susanna Richmond, córka siostry przyrodniej Gertrude, Elsy, mieszkała czas jakiś z rodzicami Gertrude, Hugh i Florence. Podsunęła nam wiele wartych uwagi refleksji i krytycznych pytań. Cały czas wygłasza odczyty na temat ciotki i pamięta magiczną chwilę empatii, jakiej doznała w czasie jej ostatniego przyjazdu do Anglii. Z wielką przyjemnością odwiedzaliśmy Patricię Jennings, siostrzenicę Gertrude, która wspomina ją z nabożną czcią. W znajdującym się w majątku Trevelyana w Durham domu pokazywała nam rodzinne albumy i cedr libański, którego nasiono Gertrude własnoręcznie zasadziła na trawniku.

Sir John i lady Venetia Bell, wspólnie uprawiający grunty w Yorkshire nabyte przez dziadka Gertrude, w swojej niezmiernej życzliwości pokazywali nam zdjęcia i pamiątki. Szczególnie wdzięczni jesteśmy Venetii za rekomendacje i wskazówki, fotografie i pozwolenia. Dr William Plowden w swej dobroci opowiedział nam mnóstwo anegdot i przekazał cenną, niewydaną drugiem biografię Dame Florence Bell. Dziękujemy także za kontakty uzyskane od Nicka Vestera.

Szczególne podziękowania należą się: Jane Mulvagh i Anthony’emu Bourne’owi za cudowną gościnność i listy polecające; Anne-Françoise Normand za wprowadzenie w historyczną tożsamość Iraku; Martinowi Brownowi, sekretarzowi Rady Parafialnej w Rounton, za fotografię, i Terry’emu Huckowi za pokazanie scenografii festiwalu w Rounton. Malcolm Hamlyn z firmy Edmund Carr zasłużył na naszą wdzięczność za profesjonalne rady w trakcie prac nad całym tym przedsięwzięciem. W czasie pobytu w Red Barns, domu rodzinnym czasów dzieciństwa Gertrude, dziś hotelu, właściciel, Martin Cooper, pozwolił nam powłóczyć się po strychach i piwnicach, gdzie bawiła się Gertrude. Podczas wizyty na terenie hut Bellów w Clarence w Middlesbrough Graham Bennet z Bridge Museum pokazał nam ówczesne zdjęcia sir Hugh i lady Bellów obecnych na otwarciu mostu napowietrznego na Tees.

Wdzięczni jesteśmy pani Jane Hogan z biblioteki Uniwersytetu w Durham za pomoc przy pracy nad zbiorami, w tym niezmiernej wagi korespondencją Gertrude z Valentine’em Chirolem. Gillian Robinson z Imperial War Museum pomógł w odnalezieniu ostatniego listu od podpułkownika Doughty-Wyliego na temat żony.

Serdeczne podziękowania za pomoc dla pań Abu Husainy z National Archives, Judy Hunton z Redcar Public Library, Brendy Mitchell z Tyne Tees Television, Diany Wright z Literary and Philosophical Society w Newcastle, Davida Spoonera z Cabinet Office, Julie Carrington z Królewskiego Towarzystwa Geograficznego i Helen Pugh z Czerwonego Krzyża. Jessica Stewart z Berkeley w Kalifornii oddała nam wielką przysługę, udostępniając transkrypcje wielu spośród ledwie czytelnych, ręcznie pisanych tekstów Gertrude z archiwum Tekstów Różnych Bell w Bibliotece im. Robinsona. Anita Burdett, ekspert do spraw Bliskiego Wschodu, prowadziła kwerendy w National Archives, Women’s Library, archiwach Czerwonego Krzyża i Imperial War Museum.

Za pomoc i podpowiedzi dziękujemy: redaktorce naczelnej, Georginie Difford, i Kate Harvey z wydawnictwa Macmillan; Zoe Pagnamenta z PfD, naszej agentce w Nowym Jorku; Claire Gill i Emily Sklar z PfD w Londynie. Emmie Grey za grafikę na okładce.

Spośród licznych dozgonnych przyjaciół w świecie literackim, którzy pomagali nam pomysłami i krytyką, w sposób szczególny dziękujemy Virginii Ironside, Jonathanowi Mantle’owi, Jean Moore i Nicky Hessenberg. Fiona McCarthy wyjaśniła aluzję Gertrude do gęsi Byrona. Refleksje o charakterze Gertrude stały się niewyczerpanym źródłem rozmów z Betty Woodall. Peter i Anthea Pemberton dodawali nam sił niesłabnącym zainteresowaniem, a czasem zarzutami, że nie piszemy książki na grzbiecie wielbłąda.

W lutym 1905 roku Gertrude Bell rozbiła w czasie niepogody obóz w Tneib, na wschód od Morza Martwego w pobliżu Madaby. Przyjechali do niej Beduini z plemienia Beni Sakhr. Pisała: „Bardzo zaprzyjaźniłam się z Beni Sakhrami”. „Maszallach! Bint Arab — rzekli. — Bóg tak chciał: córka pustyni”.

Jesteśmy jednym tym bardziej, że jesteśmy liczni

W miejscu naszego rozdarcia wiele jest miejsca dla miłości

Nasze niepodobieństwo ujawnia swoje piękno, błyszczące jednym wspólnym życiem

Jak górskie szczyty w promieniach poranka.

RABINDRANATH TAGORE,

Jedność w różnorodności

1. GERTRUDE I FLORENCE

Jest 22 marca 1921 roku, ostatni dzień Konferencji w Kairze i ostatnia szansa Brytyjczyków na ustalenie powojennych losów Bliskiego Wschodu. Jak wszyscy turyści, delegacja ogląda piramidy i robi sobie przed Sfinksem zdjęcia na wielbłądach. Pod głową z zatartym na poły obliczem stoi niedbale dwóch spośród najsławniejszych Anglików dwudziestego wieku: sekretarz kolonii Winston Churchill, który właśnie, ku rozbawieniu wszystkich obecnych, spadł z wielbłąda, i T.E. Lawrence w ciasnym gorsecie prążkowanego garnituru i kapeluszu trilby wyższego rangą urzędnika. Pomiędzy nimi swobodnie na grzbiecie wielbłąda siedzi Gertrude Bell, jedyna delegatka posiadająca wiedzę niezbędną dla zrealizowania celów Konferencji. Twarz, o ile można dostrzec pod rondem przybranego różami słomkowego kapelusza, promienieje radością. Jej marzenie o niepodległym narodzie arabskim ma się spełnić, zaakceptowano wybranego przez nią króla: jej Irak ma stać się krajem. Rano tuż przed wyjazdem z hotelu Semiramis Churchill nadał do Londynu ten najważniejszy z telegramów: „Syn szarifa, Fajsal, daje nadzieję na najlepsze i najtańsze rozwiązanie”1.

W wyniku jakiej ewolucji potomkini hodowców owiec z Kumbrii stała się w swoim czasie najbardziej wpływową postacią na Bliskim Wschodzie? Była Angielką z krwi i kości, wychowaną na wichrowych wzgórzach Yorkshire. Rolnicy z północy stali się rasą bardzo szczególną od jedenastego stulecia, kiedy jako jedyni wśród Anglików nie poddali się władzy Wilhelma Zdobywcy. Twardzi fizycznie i psychicznie, małomówni, wypowiadają się prosto z mostu i bez upiększeń.

Prapradziadek Gertrude Bell był kowalem z Carlisle, dziadek założył pierwszą wytwórnię alkaliów i odlewnię w Jarrow. Jej sławny i potężny dziadek, sir Isaac Lowthian Bell, urodzony w 1816 roku, był chemikiem i metalurgiem, jednym z najwybitniejszych przemysłowców w kraju. Produkował jedną trzecią stali używanej w Anglii i znaczną część metalu, który służył do budowy kolei i mostów w szybko rozrastającym się Imperium. Został członkiem Towarzystwa Królewskiego, najbardziej szacownej instytucji naukowej w kraju. Zdobył najpierw wykształcenie techniczne, potem studiował na uniwersytecie w Edynburgu i na Sorbonie, następnie w Danii i na południu Francji. Był autorem The Chemical Phenomena of Iron Smelting. Uważany za „pioniera brytyjskiej metalurgii”, jako pierwszy dostrzegł wartość fosforu, ubocznego produktu wyrobu stali, jako nawozu. Ludzie zwracali się do niego per „sir Isaac”, bliżsi znajomi nazywali „Lowthianem”. W 1854 został wybrany na burmistrza Newcastle upon Tyne, później posła Partii Liberalnej z okręgu Hartlepool i sędziego pokoju Durham. Znał Karola Darwina, Thomasa Huxleya, Williama Morrisa i Johna Ruskina, ludzi, którzy doprowadzili do przełomów w dziedzinie ewolucji, nauk ścisłych, sztuki, architektury i reform społecznych. Lowthian pełnił funkcję prezesa i wiceprezesa ośmiu krajowych instytucji technicznych i chemicznych, z których kilka sam założył. Był również dyrektorem North Eastern Railway.

Razem z dwoma braćmi, Johnem i Tomem, prowadził Bell Brothers, spółkę będącą właścicielem kopalń węgla i żelaza, kamieniołomów, fabryk i hut, w których piece płonęły dwadzieścia cztery godziny na dobę, malując nocne niebo na czerwono. Spółka i firmy z nią związane zatrudniały czterdzieści siedem tysięcy osób, a rodzina chwaliła się, że mogą zrobić wszystko „od igły do okrętu”2. Oprócz jednej huty żelaza i stali w Newcastle i drugiej w Port Clarence w Middlesbrough założył pierwszą w kraju przetwórnię chemiczną produkującą aluminium — wówczas tak samo cenne jak złoto. W dniu uruchomienia zakładu przejechał powozem przez miasto w aluminiowym kasku, który zdjął na powitanie tłumu. Zainstalował pierwszą w Anglii maszynę do wyrobu lin stalowych.

Lowthian był autorem kilku książek naukowych3, jednak najbardziej znaczące z jego osiągnięć polegało na całościowej i logicznej ocenie szans Anglii na konkurowanie ze światem w produkcji stali4. Dużo inwestował w badania nad procesem jej wytopu, zależało mu na tym, by w Anglii rozwijały się nowe branże przemysłowe. W nadziei, że cały kraj pójdzie za jego przykładem, opowiadał się za rządowym wsparciem dla badań naukowych i rozwoju technicznego. Tu jednak, mimo wieloletnich starań, nie dopiął swego. Zgodnie z jego przewidywaniami inne kraje — szczególnie Niemcy z fabrykami zbrojeniowymi Kruppa i hutami Thyssena — poprawiały swoją biegłość techniczną i wydajność, prześcigając Anglię oraz budując siłę i bogactwo, które miały szansę zaprezentować w czasie I wojny światowej.

Zwalisty pater familias, który miał się doczekać około sześćdziesięciu wnuków — dokładna liczba jest przedmiotem sporów — wraz z żoną, Margaret Pattinson, dał rodowi Bellów wzór życia wygodnego, ale nie rozrzutnego. Biorąc pod uwagę ogromną skalę jego przedsięwzięć i pozycję Billa Gatesa swych czasów, Lowthian nie pozwalał sobie na ekstrawagancje. Mogło to wynikać z wpływu Margaret, pochodzącej z rodziny sklepikarzy i naukowców. Jego pierwszy dom, Washington New Hall — cztery kilometry na południe od Newcastle upon Tyne, rzut kamieniem od domu przodków Jerzego Waszyngtona — był nie do końca dworem, dom zaś wzniesiony u szczytu potęgi, Rounton Grange, nie do końca willą. Myślał o gotyku, lecz w końcu wybrał skromniejszy styl Arts and Crafts Williama Morrisa, podkreślający rolę tradycyjnego rzemiosła jako panaceum na spustoszenie siane przez rewolucję przemysłową. Taki też będzie charakterystyczny styl prywatnych domów i gmachów użyteczności publicznej Bellów. W odróżnieniu od licznych dziedziców wielkich fortun, starszy syn Lowthiana, Hugh, ojciec Gertrude, także żył skromnie jak na przemysłowca. Widać to w jego pierwszym domu, Red Barns, w wiosce rybackiej Redcar na wybrzeżu Yorkshire, niedaleko Clarence. Po śmierci Lowthiana jego londyński dom sprzedano, przypuszczalnie dzieląc pieniądze pomiędzy Hugh i jego rodzeństwo — Charlesa, Adę, Maisie oraz Florence.

Lowthiana darzono raczej podziwem niż miłością. Wygląda na to, że w stosunku do rodziny był oschłym dyktatorem. Gertrude i jej rodzeństwo zwracali się do niego „Pater”. W ilustrowanym rodzinnym alfabecie, który przygotowały na święta 1877 roku w Rounton5, kiedy Gertrude miała dziewięć lat, można odnaleźć uczucia dzieci wobec opryskliwego dziadka.

A Aby wszyscy zjechali w święta,

Bo to jest Buzia bólem ściągnięta,

C Coraz gniewniej zmarszczony Pater…

Elsa, młodsza siostra przyrodnia Gertrude, dopisała ołówkiem „Sir Isaac Lowthian Bell”, żeby nie było wątpliwości, iż opis nie odnosi się do milszego i łagodniejszego Hugh.

Pewna rodzinna anegdota wskazuje na trwogę, z jaką Bellowie patrzyli na Patera. Lowthian bezwzględnie zakazywał korzystania ze swoich koni. Gdy jedna z wnuczek zasłabła pewnego razu przy kolacji wskutek kontuzji odniesionej w czasie jazdy konnej (złamany obojczyk), wszyscy skrzętnie ukrywali prawdę: pożyczyła jego wierzchowca i pojechała z miejscową szlachtą na polowanie. Babka, Margaret, miała podobno cięty język. Pewien gość na herbatce zauważył raz wobec gospodyni: „Pani babeczki są cudowne”. „Właśnie widzę — zareplikowała stara dama. — Od przyjazdu nie wyjmuje pani ręki z miski”6.

Niedawno dowiedzieliśmy się nieco nowych rzeczy o Lowthianie z dokumentów znalezionych w jednej z siedzib Bellów, Mount Grace Priory, ruinach średniowiecznego opactwa, gdzie ojciec i macocha Gertrude dożyli końca swoich dni. English Heritage odnawiało domostwo, które miało zostać udostępnione publiczności, i pod deskami podłogi natrafiono na dokumenty. Znaleziono w nich wzmiankę o pewnym tragicznym wydarzeniu w Washington New Hall, gdzie „w 1872 roku w przewodzie kominowym udusił się siedmioletni kominiarczyk”. Jeżeli chłopczyk zginął w kominie Lowthiana w 1872, hutnik dopuścił się naruszenia prawa. Parlament bite dwadzieścia sześć lat wcześniej zakazał wykorzystywania dzieci do czyszczenia kominów. Możliwe, iż sir Isaac dowiedział się o obecności kominiarza, gdy było już za późno. Niemniej jednak — być może z powodu głębokiego wzburzenia albo z chęci ucieczki przed kompromitującymi dowodami — pospiesznie przeniósł się do nowo zbudowanego Rounton Grange, nawet nie sprzedając pustego Washington New Hall. Dziewiętnaście lat później oddał go na dom dla sierot i opuszczonych, pod warunkiem zmiany nazwy na „Dame Margaret’s Hall”; dziś mieszczą się tu sympatyczne mieszkania. Być może jakiś związek z tą historią ma udany lobbing Hugh Bella, który wiele lat później doprowadził do uchwalenia ustawy o ochronie dzieci przed niebezpieczną pracą. (W latach 60. XIX wieku Earl of Shaftesbury donosił, że cztero- i pięcioletnie dzieci nadal pracują w niektórych fabrykach od szóstej rano do dziesiątej w nocy).

W materiałach odkrytych pod podłogą widnieje również takie zdanie: „Pewnej zimowej nocy [sir Isaac] wszedł przed Hall i zastał stangreta zamarzniętego na koźle powozu”. Okoliczności okryte są tajemnicą. Możliwe, że nieszczęsny stangret dostał ataku serca, a nie po prostu zamarzł, mimo to widać wyraźnie, że troska o bliźniego nie była raczej dominującą cechą charakteru Lowthiana.

Dokumenty, zawierające wiele dających się potwierdzić faktów z życia i działalności Lowthiana, mogą być autorstwa panny K.E.M. Cooper Abbs, krewnej Bellów i ostatniej lokatorki Mount Grace. Być może chciała zachować pamięć o życiu Lowthiana powodowana oburzeniem, że członkowie rodziny celowo lub przypadkiem spalili po jego śmierci tak wiele papierów. Do dziś nie powstała biografia człowieka swego czasu równie sławnego, co Isambard Kingdom Brunel.

Ojciec Gertrude, sir Hugh, człowiek bardziej sympatyczny, kierował firmami Bellów i odziedziczył ogromną fortunę. Podobnie jak ojciec, kształcił się w Edynburgu, na Sorbonie i w Niemczech, gdzie studiował matematykę i chemię organiczną. W wieku lat osiemnastu zaczynał pracę w hucie Bell Brothers w Newcastle, został dyrektorem rozwijającej się huty w Port Clarence, wyrastającej ponad brudne dachy Middlesbrough, by w końcu przejąć stery całego interesu. Wydobywał syderyt z wzgórz Cleveland, węgiel z Durham, sprowadzał wapień z serca Anglii, mieszkał nad Tees i zasiadał w zarządzie kolei North Eastern Railway, przywożącej surowiec dla huty. W działaniach społecznych nie miał sobie równych, zwłaszcza po ślubie z Florence Olliffe. Budował szkoły i zakładał biblioteki, wznosił świetlice i szeregowce dla robotników, utworzył dom kultury dla pracowników i parobków w Rounton i utrzymywał dom wczasowy dla zasłużonych rodzin, potrzebujących odpoczynku na wsi po życiu spędzanym w fabrykach. Zbudował także sławny most napowietrzny, do dziś służący do szybkiego i taniego przewozu pracowników i turystów przez rzekę Tees. W 1906 został Lordem Korony na North Riding, przyjmując członków rodziny królewskiej i inne ważne osobistości, które zapuściły się do wietrznego Yorkshire. Trzykrotnie obierano go burmistrzem Middlesbrough.

Jako dostawcy Imperium, Bellowie patrzyli na brytyjski przemysł z globalnej perspektywy. Sir Hugh był wytrawnym mówcą, potrafił wygłaszać przekonujące mowy na takie tematy, jak wolność handlu, za którą gorąco się opowiadał, i samorządność Irlandii, której żarliwie się sprzeciwiał. Z publikowanych wystąpień przebijają werwa i poczucie humoru, dzięki którym oddziaływał na słuchaczy. Wedle jego własnych słów:

Wolność handlu podobna jest do miłosierdzia: przynosi podwójne błogosławieństwo — temu, kto daje, i temu, kto bierze — i ja ze swej strony nie zamierzam nakładać na nią żadnych ograniczeń. Wolny rynek to najlepsza ochrona przed tyranią bogactwa, jaką mamy. Z trwogą spoglądam na wielkie fortuny gromadzone w rękach poszczególnych ludzi. […] W naszym kraju są miliony żyjące z tygodniówek, z pracy, której za tydzień może zabraknąć. To o nich się troszczę, o nich się niepokoję, nie o klasę, do której należę7.

Popierał rozwój nowych związków zawodowych, przestrzegając przy tym, iż pisma Karola Marksa mogą przyciągnąć socjalistów do ruchów rewolucyjnych, które zniszczą brytyjski przemysł i miejsca pracy w bliskim mu świecie wolnej konkurencji.

W chwili narodzin Gertrude królowa Wiktoria od trzydziestu już lat zasiadała na tronie. Przyświecała jej nieustępliwa determinacja księcia Alberta, by miejsce dwuznacznego rozpasania Anglii czasów hanowerskich Jerzych zajęły wiktoriańska pracowitość i przyzwoitość. Wielka Brytania, a zwłaszcza Anglia, przewyższała resztę świata osiągnięciami technicznymi — co zademonstrowała peanem na cześć Imperium, jakim stała się Wielka Wystawa w Crystal Palace w 1851 roku. Armia brytyjska, dysponująca oddziałami na całym świecie, stanowiła prawdopodobnie największą potęgę militarną wszech czasów. Brytyjska marynarka wojenna kontrolowała oceany i handel zamorski, strzegąc pokoju na morzach. Podczas gdy inne cesarstwa, rosyjskie i osmańskie, tkwiły w stanie feudalnego poddaństwa i korupcji na wszystkich szczeblach instytucjonalnych, model brytyjski, inspirowany przykładem Wiktorii i Alberta, przynajmniej niósł ze sobą umiar, troskę o filantropię i uczciwość. W trakcie dziewiętnastego stulecia koncepcja Imperium ewoluowała od tworu opartego na wyzysku ekonomicznym ku organizmowi zdolnemu do dumy ze sprawowania uczciwych i dobroczynnych rządów. Agresywni w swej działalności handlowej, lecz społecznie odpowiedzialni Bellowie byli wcieleniem nowego nastawienia i emanowali pewnością siebie właściwych ludzi we właściwym miejscu i czasie.

Hugh w wieku dwudziestu trzech lat ożenił się z Mary Shield, dziewczyną z okolicy, córką znacznego kupca z Newcastle upon Tyne. Ślub odbył się na szkockiej wyspie Bute w zatoce Clyde, gdzie Shieldowie posiadali letni dom. Pierwsze dziecko, Gertrude, urodziło się w 1868 roku w Washington New Hall, domu ojca Hugh. Życie rodzinne kręciło się wokół tego pełnokrwistego przemysłowca, dzięki któremu Bellowie stali się szóstą najbogatszą rodziną w Anglii. Życie z nim musiało być niełatwe, a w domu nie panowała raczej spokojna atmosfera. Mamy wiele przykładów jego żywiołowego temperamentu i jadowitego dowcipu. Mimo że Hugh, starszy syn, miał skłonności do polityki, wbito mu do głowy, że ma wiązać swą przyszłość z Middlesbrough, najszybciej rozwijającą się częścią interesu hutniczego. Lowthian, urzędujący w najstarszych zakładach w Newcastle, od czasu do czasu wizytował nową hutę w Port Clarence i niewątpliwie na każdym kroku krytykował pracę Hugh.

Hugh i Mary razem z dwuletnią córką na pewno z wielką ulgą wyprowadzali się z Washington New Hall i zaczynali spokojniejsze życie we własnym domu. Nie dane im było cieszyć się nim zbyt długo. Piękna, acz delikatna Mary przeżyła zaledwie trzy tygodnie po urodzeniu drugiego dziecka, Maurice’a, w 1871 roku.

Życie Hugh przez pewien czas zdominował smutek. Budował Red Barns w Redcar z myślą o zdrowym, szczęśliwym życiu rodziny nad morzem. Teraz wprowadziła się tam jego siostra, Ada, która zajęła się domem i opieką nad dziećmi. Hugh pracował sześć dni w tygodniu w Clarence, niedziele zaś musiał teraz spędzać z siostrą, mamką i kilkorgiem służących. Wolności zażywał na spacerach nad morzem czy wśród pól, za rękę z pełną wigoru córeczką — Maurice był jeszcze za młody na przechadzki — w rozmowach z nią i poszukiwaniu w jej szczerej twarzy śladów podobieństwa do matki. Od tych wczesnych lat dzieciństwa datuje się zażyły stosunek ojca i córki, który nie ulegnie zmianie do końca jej życia.

Hugh stał się atrakcyjną partią: uroczym, młodym wdowcem z dwójką osieroconych przez matkę dzieci. Do znalezienia kandydatek na żonę nie potrzeba było nawet znacznego majątku. Szczególnie pociągały jego ciepłe poczucie humoru i figlarny, lecz serdeczny uśmiech. Niemniej jednak córki arystokracji uważałyby małżeństwo z jakimś Bellem za mezalians, z kolei Hugh nie był bynajmniej snobem. Maisie zwalczyła opór lady Stanley of Alderley i wyszła za jej dowcipnego syna Lyulpha, późniejszego lorda Sheffield. Ta imponująca kobieta znana była ze zwyczaju odwracania się od prowadzonej z jednej strony rozmowy, by głośno oznajmić towarzyszowi znajdującemu się po jej drugiej stronie: „Głupcy są tacy nużący”. Była babką Bertranda Russella i jedną z założycielek Girton College w Cambridge. Zgodę na małżeństwo syna z Maisie lady Stanley uważała za dowód swego wielkiego liberalizmu: Bellowie byli wszak „handlarzami”. „Sir Hugh był multimilionerem, przez co nie zrobił na mnie zbyt dużego wrażenia” — jak stwierdził później Bertrand Russell.

Ada, ładna i towarzyska młoda kobieta, tęskniła za Londynem i nie uśmiechała jej się nieciekawa rola żyjącej w staropanieństwie ciotki, tak dobrze znana niezamężnym kobietom czasów wiktoriańskich. Niebawem razem z siostrą, Maisie, upatrzyły kogoś dla brata i uknuły spisek mający na celu zetknięcie tych dwojga.

Poznały dwudziestodwuletnią Florence Eveleen Eleanore Olliffe dzięki wspólnemu zainteresowaniu muzyką8. Studiowała w Royal College i śpiewała w Bach Choir. W 1870 przeniosła się do Londynu z Paryża, gdzie jej ojciec, szanowany i sympatyczny sir Joseph Olliffe, był lekarzem w ambasadzie brytyjskiej. Przerwy wielkanocne spędzała w Surrey, w domu dziadka, sir Williama Cubitta, posła i byłego burmistrza Londynu. Kiedy indziej bawiła znów u ciotecznego dziadka, Thomasa9, w jego majątku w Hampshire, Penton Lodge. Wakacje letnie spędzano w Trouville albo Deauville, nadmorskich miejscowościach modnych wśród zamożnych paryskich rodzin. Gdy ojciec nagle zmarł w początkach wojny francusko-pruskiej, rodzina musiała szybko wyjechać z Francji. Florence żegnała się z Paryżem, mając lat dziewiętnaście, i zaczynała o wiele mniej kolorowe życie na 95 Sloane Street w Londynie, w ciasnym, zatęchłym domu o wnętrzach obitych zakurzonym czerwonym aksamitem i zastawionych ciężkimi meblami, skąd nie można się było pozbyć kociego odoru. Ówczesne angielskie towarzystwo, opisywane kiedyś jako „szereg zamkniętych drzwi”, musiało stanowić bolesny kontrast wobec pogodnego, kosmopolitycznego świata, który przed chwilą porzuciła.

Florence była wysoka i smukła, miała niebieskie oczy o dość długich rzęsach i ciemne włosy. Niezwykle towarzyska, mówiła po angielsku z nieznacznym, lecz bardzo ujmującym francuskim akcentem. Maisie zadbała o obecność Florence na rodzinnych przyjęciach w Londynie, kiedy zjeżdżał tam Hugh, Ada z kolei zaprosiła ją parę razy do Red Barns. Po tych wizytach ciotka zmuszała sześcioletnią Gertrude do pisania do Florence miłych listów, podpisywanych przez „Pani serdeczną małą przyjaciółkę”.

Plan Ady i Maisie mało nie spalił na panewce. Zbyt gorliwie starały się o połączenie tych dwojga i Florence wkrótce wyczuła pismo nosem. Zapowiadała, że nigdy nie wyjdzie za Anglika, powtarzając to z coraz większym naciskiem przez całe dwa lata, w ciągu których Hugh się jej nie oświadczał. Hugh zareagował na naciski sióstr stwierdzeniem, że się nie ożeni, i zagrzebywaniem się coraz głębiej w pracy. Jednak z opisu Florence po pierwszym spotkaniu Hugh, stojącego w tunelu z róż w ogrodzie Maisie, wynika, że jej serce od razu zabiło mocniej. Jawił się jej oczom „piękny, lecz bardzo smutny […], gęste kędziory włosów i jasnokasztanowa broda”10.

Trudności Hugh brały się po części z niemożliwości wyobrażenia sobie, że kobieta wychowana w najbardziej wyrafinowanych sferach najpiękniejszego miasta na świecie pogodzi się z życiem pod Middlesbrough. Jedna biografka Gertrude opisywała swoje ówczesne wrażenia z tego miasta w czasie odwiedzin u mieszkającej tam ciotki: „Okolice Middlesbrough i Tees od strony morza okrywała warstwa brudu. […] Powietrze w promieniu trzydziestu kilometrów śmierdziało chemią, popiołem i sadzą, pękające w szwach domy cuchnęły zaś kapustą, serem i kotami. Po deszczu piwnice […] zalewało czarne, lepkie błoto”11. Określenie „ciemności za dnia” ukuto dla opisania przemysłowego smogu. Pewien współczesny komentator opisywał szczególnie Middlesbrough i Cleveland jako miejsca, do których „niemal udało się nie wpuścić dziennego światła”12.

Redcar, wioska z brukowanym gościńcem, smagana sztormami znad wybrzeża północnego Yorkshire i mająca niebawem rozrosnąć się do rozmiarów niedużego miasteczka, stawała się sypialnią, w której liczni zamożni przemysłowcy z Middlesbrough stawiali sobie nowe domy. (Na przykład wielki dom sąsiada Bellów należał do znanego metalurga). Tutaj wychowywali dzieci z dala od sadzy i zanieczyszczeń, tworząc elitarne środowisko, któremu ciągle sporo brakowało do towarzystwa, do jakiego przywykła Florence.

Perspektywa życia tutaj musiała odstręczać młodą kobietę nawykłą do hôtel particulier przy rue Florentin, z eleganckim dziedzińcem skrytym za zdobnymi, osiemnastowiecznymi bramami. Florence, urodzona w 1851, burzliwym pierwszym roku Drugiego Cesarstwa pod rządami Napoleona III, co dzień przechadzała się z opiekunką w Jardin des Tuileries, gdzie mogła jeździć eleganckimi powozami, bawić się hula-hoop albo kupować landrynki i pierniki na straganach pod markizami w pasy. Nieopodal ich domu znajdował się Place de la Concorde z „wielobarwnymi, tryskającymi wesoło kaskadami”. Dużo później pisała: „Urodzić się w Paryżu jest wielkim przywilejem. Poznawać najpierw Paryż, znać go przez cały czas, dorastać w jednej z najpiękniejszych jego części, uważać go za coś naturalnego, należeć do niego i mieć go na własność. Czy to nie wystarczy do szczęścia?”13. Mimo społecznych niepokojów miała bardzo szczęśliwe dzieciństwo, chodziła na skromny cours, coś między nauką u guwernantki i w prywatnej szkole, gdzie nie nauczyła się wiele poza dobrymi manierami i muzyką.

Wybór Ady i Maisie był jak najbardziej trafiony. Jako córka lekarza, Florence nie pochodziła ani z „handlarzy”, ani z arystokracji i miała kilka pasji ważniejszych od wszelkich wad zamieszkania w Middlesbrough: uwielbiała dzieci i domowe ognisko. Ta świeżo upieczona imigrantka żyła jak gdyby na wygnaniu, niezakorzeniona w Londynie i wciąż tęskniąca za Paryżem. Tęskniła do bezpiecznej przystani domowej, zdążyła też wyrobić sobie zdanie na temat prawidłowego wychowania dzieci i prowadzenia domu. Życie nie mogło przynieść niczego ciekawszego od własnego królestwa, gdziekolwiek by się ono miało znaleźć.

Hugh uległ w końcu intrygom sióstr, i Florence, w wieczór prywatnej inscenizacji opery jej autorstwa. Sinobrody został wykonany przez krewnych i znajomych 4 czerwca 1876 roku w domu lady Stanley przy Harley Street. Ada i Maisie śpiewały, akompaniował pianista Anton Rubinstein. Hugh zaproponował potem, że odwiezie Florence powozem do domu. Odprowadził ją do salonu przy 95 Sloane Street. „Lady Olliffe — oznajmił jej matce — przywiozłem pani córkę — i chciałem spytać, czy mógłbym znowu ją stąd zabrać”14. W odpowiedzi na tak eleganckie zagajenie lady Olliffe wybuchnęła płaczem.

Po skromnym ślubie 10 sierpnia w małym kościółku przy Sloane Street wyjechali na szykowny miesiąc miodowy do Waszyngtonu, do ukochanej siostry Florence, Mary, i jej męża, Franka Lascellesa, będącego wówczas sekretarzem w ambasadzie Wielkiej Brytanii. Florence z drżeniem, jak może każda panna młoda i macocha, oczekiwała tej naprawdę doniosłej chwili, jaką był pierwszy przyjazd do domu. Jako dziedzice dyrektora North Eastern Railway, krewni Hugh Bella rządzili transportem. Zawiadowca stacji w Middlesbrough zdjął kapelusz i zaprosił ich do pociągu do Redcar. Po latach córka Florence, lady Richmond, wspominała, jak pewnego dnia odprowadzała ojca na dworcu King’s Cross. Został na peronie, by mogli porozmawiać do chwili odjazdu pociągu. Zatłoczony pociąg nie ruszył punktualnie. Świadomi opóźnienia, nie przerywali rozmowy, aż podszedł do nich konduktor. „Gdyby zechciał pan skończyć rozmowę, sir Hugh — zasugerował, uchylając czapki — będziemy gotowi do odjazdu”15. Na linii do Redcar znajdował się własny przystanek Bella przy maleńkim peronie w ogrodzie Red Barns. Wracając z huty, Hugh mógł po prostu wysiąść z pociągu, przejść ogród różany obok fontanny i znaleźć się przy tylnym wejściu do domu. Gertrude, która zawsze tam czekała, witała go z radością. Gdy była mała, brał ją na barana i niósł do domu, a gdy trochę podrosła, chwytała jego aktówkę z dokumentami i biegła obok niego, krzycząc na cały głos.

Na powrót młodej pary z miesiąca miodowego dwoje dzieci, na pewno umytych i uczesanych, czekało na peronie Bella. Za nimi stała w szeregu służba, gotowa dygnąć lub skłonić się na powitanie. Florence, chcąc od samego początku nawiązać z nimi zażyłe stosunki, miała zamiar poprosić Gertrude i Maurice’a o oprowadzenie po wszystkich zakamarkach domu. Jakież więc było jej przerażenie, gdy w Middlesbrough dosiadł się do nich brat Hugh, Charles, który — pełen najlepszych chęci, ale zupełnie pozbawiony wrażliwości — towarzyszył im do Red Barns. Hugh, tak samo wyprany z romantyzmu, przeszedł prosto do gabinetu na parterze i zaczął wertować dokumenty. Pozostawiona w salonie z Charlesem, którego z całego serca pragnęła się pozbyć, roztargniona Florence musiała prowadzić z nim rozmowę, a świeżo upieczony szwagier tkwił w fotelu, także nie bardzo wiedząc, co powiedzieć.

Zadowolona z siebie Ada wyjechała do Londynu, a dla ośmioletniej Gertrude i pięcioletniego Maurice’a zaczęło się nowe życie. Dzieci w tym wieku nie mogą zwykle pojąć, że ich rodzice prowadzą jakieś życie niezależnie od nich, wieść o ożenku ojca z Florence musiała nimi wstrząsnąć. Gdy potem rozmawiali o macosze, Maurice domyślał się, że ma z osiemdziesiąt lat, choć siostra przypuszczała, że może być nieco młodsza. Prawdopodobnie, zaryzykowała, Florence ma lat sześćdziesiąt. Biedna Florence była tymczasem dwudziestoczterolatką, osiem lat młodszą od Hugh.

W ten sposób w życiu Gertrude pojawiła się dobra kobieta, która miała na nią wpływ większy i ukształtowała ją bardziej niż ktokolwiek inny, czasami stosując sprzeciw, lecz głównie pozytywnie i konstruktywnie. Florence miała liczne talenty. Znała się na muzyce i literaturze, była autorką książek, esejów i sztuk teatralnych; umiała porozumieć się z najróżniejszymi ludźmi i mocno interesowała się socjologią i kształceniem dzieci. Wszystko, co robiła, mieściło się w granicach ról, które uważała za najważniejsze w życiu kobiety: żony i matki. Bez reszty poświęcała się rodzinie, jednocześnie działając społecznie, co znalazło uznanie u wielu i doprowadziło w końcu do nadania jej Wielkiego Orderu Imperium Brytyjskiego. Salonowe dramaty i komedie, które pisywała, początkowo przeznaczone były do wystawiania przez dzieci w święta i przy okazji innych rodzinnych zebrań. Z czasem, dzięki staraniom znajomych w sferach teatralnych, trzy spośród jej sztuk wystawiono na West Endzie. Anonimowo, co wiele mówi o jej charakterze.

Początkowo zachowanie mieszkańców północy konfundowało Florence. Natychmiast po zawarciu znajomości z sąsiadami próbowała zaprowadzić zwyczaj „domowych wtorków”, na których zjawiałyby się małżeństwa i podawano by lekkie menu (bez alkoholu). Ze zdumieniem dowiadywała się, że mieszkańcy Yorkshire nie zwykli towarzyszyć swoim żonom na tego typu spotkaniach. Jej biografka, Kirsten Wang, pisze, że kiedy pewna dama zjawiła się u Bellów z mężem, zbiła Florence z pantałyku, szepcząc: „Udało mi się przyjechać z panem T. Tyle trudu kosztowało mnie namówienie go do przyjazdu tutaj!”. Wyraźnie przekonane, że im więcej, tym lepiej, kobiety zjeżdżały się razem i zasiadały możliwie najdalej od siebie, po czym zapadała cisza. Desperackie starania Florence, by sadzać je bliżej kominka, napotykały odpowiedź: „Dziękuję, tu jest mi bardzo dobrze”. W jednej z książek Florence pisze o bohaterce, nauczycielce, która niedawno przyjechała na północ: „Dziewczyna czuła się skrępowana w towarzystwie szczerych kobiet z Yorkshire. […] Tego rodzaju ludzie, kiedy nie mają nic do powiedzenia, nie mówią nic; w jeszcze większy popłoch wprawiały ją ich prostota i szczerość, z jaką się wypowiadały. Niemniej jednak na swój sposób nie były dla niej niemiłe”16. Świeżo upieczona pani Bell nie ustępowała i niebawem jej „rozrywki” stały się obowiązkowym punktem w życiu miasta.

Ale Florence o wiele bardziej zależało na zacieśnieniu relacji z dziećmi Hugh. Ośmiolatka przyglądała jej się z rezerwą. Ta nieznajoma, która wdarła się do ich życia rodzinnego, miała w sobie coś nieznanego dziecku: paryski polot w zachowaniu i ubiorze. Mimo że Florence była w zasadzie osobą poważną i skłonną do moralizatorstwa, nigdy nie krytykowała osób, którym zależało na wyglądzie czy ładnym ubraniu. Swoje staranne przemyślane opinie w tej i innych sprawach często wyrażała pośrednio. Była osobą bardzo dyskretną i wolała przekazywać poglądy w opowiadaniach bądź esejach. W jednym tak opisywała bohaterkę:

Ursula miała coś, co Francuzi określają słowem genre. […] Najbliższym jego odpowiednikiem jest „styl”, ale to […] sugeruje agresję i przebojowość; genre to wrodzony wdzięk, który zależy nie od ubrań, tylko od sposobu, w jaki się je nosi. Powodem braku takiego słowa w angielszczyźnie jest tak rzadkie występowanie tej cechy, że nie ma potrzeby wymyślania specjalnego terminu.

Idąc za przykładem Florence, Gertrude nabywała genre, co wywoływało u tych, którzy spotykali ją po raz pierwszy, uwagi w rodzaju „maniery z Mayfair i suknie z Paryża”. Lecz Florence nigdy nie kierowała się modą. Całe życie nosiła stroje edwardiańskie, bo dobrze się w nich czuła, nawet w latach 20. XX wieku, kiedy wszystkie kobiety nakładały krótkie spódnice. Wnuczka pamięta, jak pewnego dnia Florence poślizgnęła się i upadła na chodnik w Londynie. Dziecko ze zdumieniem spostrzegło, że pod spódnicami Florence są dwie normalne nogi. Skłonna do elegancji, przez większość czasu, na zewnątrz i w domu, nosiła szare jedwabne rękawiczki, nawet siadając do pianina.

Gertrude rosła szybko, była dzieckiem krnąbrnym, nawykłym do rywalizacji z ciotką Adą, guwernantką, bratem i liczną służbą o względy ojca. Florence z taką łatwością mogła zrobić sobie z niej wroga, tymczasem zawsze była macochą serdeczną, łagodną, dobroduszną i wyrozumiałą. Takim samym zainteresowaniem darzyła oboje dzieci, była dociekliwa i obdarzona poczuciem humoru. Sama pełna wigoru, lubiła, żeby bez przerwy czymś się zajmowały: kiedy nie były w ruchu, wolała, żeby czytały, a nie „łazikowały”. Zawsze miała pod ręką coś do poczytania najmłodszemu. Maurice, skłonny do głuchoty, nie mógł pamiętać matki, za to od razu polubił macochę.

Gertrude żywiła mieszane uczucia wobec Florence, którą miała nazywać „matką”. Ojciec z pewnością nakłaniał ją do jak najserdeczniejszego powitania Florence i spełniania wszystkich jej próśb, ale dziecko musiało boleć pojawienie się w ich ścisłym gronie kobiety, którą początkowo z pewnością uważała za intruza. Hugh i Gertrude łączyła niecodzienna więź. Byli dla siebie całym światem i tak miało już zawsze pozostać, nawet gdy przebywali na przeciwległych krańcach kuli ziemskiej. Jak pisała Florence: „Związek z ojcem od wczesnego dzieciństwa miał największy wpływ na życie Gertrude. Jej przywiązanie, bezwarunkowy podziw, łącząca ich zażyłość, wzajemne, głębokie uczucie — aż do samego dnia jej śmierci były dla obojga fundamentami istnienia”17. Słowa Florence na temat Gertrude zdradzają też szlachetne i dobre serce tej kobiety: nie powodowała się zazdrością, nie próbowała rozdzielić oddanych sobie córki i ojca.

Sir Edward Poynter, RA, namalował w 1876 roku portret podwójny. Nie przedstawia on jednak, jak można by się spodziewać, ślubnego wizerunku Hugh i Florence, lecz ośmioletnią Gertrude o rudych kędziorach opadających do ramion obszywanego koronką fartuszka, prowadzoną przez dumnie uśmiechniętego Hugh. Obraz pierwszej żony, Mary, powstał zaraz po ślubie, w związku z czym Hugh mógł wpaść na pomysł zamówienia także portretu drugiej. Sugestia zmiany tematu pasuje do troskliwej Florence.

Trudno powiedzieć, czy Gertrude doceniła ten taktowny gest. Życzliwość i dyskrecja nie pozwoliłyby Florence na zdradzenie się z trudnościami w relacjach z pasierbicą, istnieje jednak wiele wskazówek, że tak właśnie było. Angela, sztuka ogłoszona drukiem w 1926 roku — być może nieprzypadkowo dopiero po śmierci Gertrude — opowiada o drugim małżeństwie przemysłowca z Yorkshire, gdzie nowa żona próbuje dojść do ładu z wyjątkowo mocnymi więziami łączącymi ojca i pozbawioną matki córkę.

„Gertrude była dzieckiem upartym i samodzielnym” — napisała Florence we wstępie do The Letters of Gertrude Bell. Czasami do przesady:

Pomysłowa [Gertrude] urządzała młodszemu bratu, którego wiek nie był odpowiedni do pomysłów tak śmiałych, najbardziej niebezpieczne przygody. Kazała mu na przykład, ku jego przerażeniu, iść w jej ślady i zeskakiwać z dwumetrowego ogrodowego muru. Ona lądowała zwykle na nogach, jemu udawało się to z rzadka.

Pewnego razu, słysząc łoskot i niewróżący niczego dobrego brzęk, Florence wybiegła z salonu do szklarni. Gertrude poprowadziła Maurice’a na wspinaczkę szczytem dachu. Sama przeszła zręcznie i szybko, a blady ze strachu brat ruszył za nią niepewnym krokiem. Gertrude bezpiecznie zeszła na ziemię, ale Maurice przebił się nogą przez dach i poleciał w dół, lądując wśród odłamków szkła. Kiedy indziej wpuściła ogrodowy wąż do komina pralni i zagasiła ogień. Tym razem Florence puściły nerwy, na co Gertrude i Maurice zebrali z holu wszystkie czapki i kapelusze i obrzucili nimi macochę. Gertrude przestała ciskać nimi dopiero wtedy, gdy jeden z kapeluszy Florence wpadł do ognia. „Już w dzieciństwie Gertrude bardzo interesowała się ubraniami” — opowiadał mi jeden z krewniaków.

Przez większość swego ośmioletniego życia Gertrude przywykła do pomiatania służbą i patrzenia z góry na guwernantki. Nie znosiła dyscypliny i lubiła doprowadzać ludzi do szału. Panna Ogle odeszła nadąsana, ale Florence więcej nadziei wiązała z panną Klug. Ta niemiecka dama wytrzymała o wiele dłużej, lecz Florence musiała co pewien czas łagodzić gniew nowej guwernantki z powodu wybryków Gertrude.

Dom, w którym pani Bell zaprowadzała swoje nowe królestwo, był surową ceglaną budowlą w stylu Arts and Crafts, wczesnym i raczej chaotycznym eksperymentem Philipa Webba z miejscową tradycją. Webb zaprojektował sam Red House dla Williama Morrisa i do swego drugiego dzieła, Red Barns, przeniósł wiele elementów stamtąd. Morris wykonał dekoracje wnętrz i wszędzie zastosowano jego urocze tapety w roślinne wzory. Gmach był mały i ciężki w porównaniu z eleganckimi domami znanymi Florence z młodości, ale miał się rozrastać wraz z rodziną. Ganek wychodził na Kirkleathan Street, prowadzącą do dużego kwartału domów w stylu króla Jerzego wokół pustego placu. Z Red Barns było niedaleko piechotą do długiej plaży w Redcar, ciągnącej się od Coatham na południe aż do klifów w Saltburn. Wokół niczym niewyróżniającego się półksiężyca piasku, gdzie przy niewielkim przypływie pozostawiano rybackie łodzie o zakładkowym poszyciu, stały latem kabiny plażowe pod dachami w pasy oraz osły, na których jeździły dzieci. Okolica była płaska i niezbyt ładna. Lecz Florence zawsze była zdania, że dzieci powinny dorastać na wsi, i nie ulega wątpliwości, że Gertrude i Maurice kochali to miejsce.

Dzieci praktycznie wychowywały się w siodle, mając stale nowe kucyki. Wyczyny nieustraszonej Gertrude często kończyły się oczywiście tak, że Maurice wracał do domu posiniaczony po próbach naśladowania siostry. Rówieśnicy znali ją jako najbardziej odważnego z jeźdźców, a w listach do ciotek i kuzynostwa bez przerwy chwaliła się swoją sprawnością. „Kucyk zachowywał się jak zwierzę, wierzgał nieustannie. Jeśli tak samo będzie obchodził się z matką, obawiam się, że ona zaraz spadnie” — pisała do kuzyna Horace’a18.

Wałęsając się, galopując po plaży albo na polowaniu, dziewczęta jeździły na damskim siodle w odpowiednim stroju, składającym się z czarnego żakietu i zapinanej nad bryczesami spódnicy. „Wczoraj jechałam jak cyrkowiec” — pisała Gertrude, co miało oznaczać, że owego dnia jeździła na koniu okrakiem. Dzieci Bellów kłusowały po piasku pod nadzorem parobka, opiekunki lub guwernantki. W towarzystwie niespokojnej panny Klug, kiedy nie było ich już widać z domu, Gertrude poganiała kucyka kopniakami i odjeżdżała w dal, przez co zrozpaczona guwernantka musiała za nią biec i wołać ją po imieniu. Pewnego dnia po spacerze z dziećmi na plażę panna Klug wróciła sama i przerwała biblioteczne dumanie Florence, zalewając się łzami. Gdy kazała im wracać do domu na herbatkę (opowiadała), uciekły i skryły się między łodziami rybackimi, skąd nadaremnie usiłowała je wywabić przez wyczerpujące pół godziny.

Uparta i samolubna Gertrude zawsze domagała się uwagi i oczekiwała, że ojciec będzie poświęcał każdą spędzaną w domu chwilę zabawie z nią. Niezmiernie zajęty w zakładach Hugh często bywał w domu tylko jeden dzień w tygodniu. Florence rzecz jasna chciała spędzać trochę czasu sam na sam z mężem, a jej wiktoriańskie obstawanie przy ustalonym porządku w domu, choć niezbyt uciążliwe, nie mogło nie krępować wolności dzieci. Gertrude przekonała się, że woli macochy nie da się nagiąć równie łatwo jak ojcowskiej. Sposób dziecka na przeciwstawienie się dyktatom Florence polegał na odczekaniu do powrotu ojca, a potem nakłanianiu go, by stawał w jej obronie.

Niebawem przyszły na świat własne dzieci Florence — Hugo w 1878, Elsa w 1879 i Molly dwa lata później. W Red Barns dobudowano piętrowe skrzydło z sypialniami, łazienką i salą do nauki oraz stajnie. Uwielbiająca chodzenie po drzewach Gertrude uznała, że rusztowanie to świetny wynalazek. Kiedy pewnego razu się po nim wspinała, Florence zauważyła ją przez okno, wybiegła do ogrodu i kazała natychmiast schodzić. Gertrude udała, że nie słyszy, więc Florence posłała po nią Hugh. Wróciła do środka i z przerażeniem patrzyła, jak mąż wchodzi do córki po drabinie — pod każdą pachą trzymając małe dziecko.

Hugh był wspaniałym ojcem i nie obawiał się, że dzieci zrobią sobie krzywdę. Jak wspominała później Elsa, chodził z nimi na przechadzki po wydmach i „znienacka zaczepiał nas laską za kostki nóg, żebyśmy spadli w przepaść”. Pamiętała, jak „biegł po twardym piasku z dziećmi za ręce, po czym podnosił nas i zderzał z sobą”. Na pytania Gertrude udzielał wyczerpujących odpowiedzi, których uważnie wysłuchiwała, w odróżnieniu od rodzeństwa. Gdy któreś z nich zastanawiało się: „Ciekawe, skąd się bierze przypływ” albo „Co to jest bimetalizm?”, natychmiast krzyczały: „Tylko nie mów!”. Hugh śmiał się i mówił: „Niegrzeczne dzieciaki!”.

Życie Hugh stopniowo zaczynało się układać i w pewnej chwili uświadomił sobie, że znowu ma szczęśliwą rodzinę, a oświadczenie się Florence nie było pomyłką. W liście do Molly Florence opowiada o punkcie zwrotnym w początkach ich wspólnego życia w Red Barns:

Pamiętam, jakby to było wczoraj, przyjazd do Redcar, kiedy byliśmy mniej więcej w Waszym wieku — a ojciec mógł dostać się [do parlamentu] z Middlesbrough niemal walkowerem i strasznie zależało mu na tym, i na zajęciu się polityką, bo wiesz, jak bardzo dba, i zawsze dbał, o wszystkich. Myślał tylko o tym. Jego ojciec (to bardzo poufny list!!!) był temu przeciwny, kompletnie nie wykazywał zrozumienia — jak zawsze — a interesy nie szły dobrze, i chodziliśmy w tę i z powrotem po żwirowej ścieżce i rozmawialiśmy o tym, i w końcu postanowiliśmy nie decydować się na to i zadowolić samym Middlesbrough. Sama wiesz, z jakim poświęceniem się temu potem oddał. Ale było to… wyrzeczenie na całe życie i żal na resztę życia i wtedy zdawaliśmy sobie z tego sprawę. A potem poczuł, co by to było, gdyby musiał zrobić to sam — i jaką radość daje taka troska i taka bliskość drugiego człowieka. Jak ogromnie małżeństwo odmienia całe życie — że jest ktoś, komu zależy na tym, co się z tobą dzieje, tak samo, jak tobie samej!19

Z punktu widzenia Gertrude życie w Red Barns było ideałem i ona sama uświadomiła sobie z czasem, że pojawienie się Florence tylko polepszyło stosunki w rodzinie. Dzieci całe lato bawiły się na zewnątrz, miały własne rabaty w ogrodzie. Gertrude odkrywała, że kocha kwiaty i ma naturalny dar do roślin. W pewnym wczesnym zapisie w dzienniku notuje staranną kursywą: „Zakwitły żółte krokusy, śnieżyczki i pierwiosnki”20.

Ortografia, muzyka — za którą przepadała Florence — i gotowanie były trzema dziedzinami, którymi się nie interesowała i w związku z tym nie wyróżniała się w nich, mimo najlepszych starań macochy. Z drugiej strony Gertrude ciągle chodziła z książką. Czytała wszystko, co wpadło jej w ręce: ulubionymi lekturami były The Days of Bruce Aguilar i History of the English People Greena, do której zaglądała codziennie rano przed śniadaniem. „Czytam bardzo dobrą książkę pod tytułem The Tower of London […]. Roi się w niej od morderstw i tortur”.

W czasie tajemniczych „chorób” Florence — to znaczy ciąż — Gertrude i Maurice razem z licznymi kuzynami spędzali czas na łagodniejszych wybrzeżach morskich na południu albo w Szkocji, gdzie urządzali pikniki, uczyli się wspinać po skałach i łowić ryby.

Najukochańsza Mamo!

Doskonale się tutaj bawimy. Wczoraj złapaliśmy żywego piskorza. Co rano idziemy w skafandrach na skały i skaczemy do zatoki, mówimy, że skaczemy na główkę. Świetna zabawa. Przekaż pozdrowienia Papie.

Twoje kochające dziecko, Gertrude

Najbardziej upodobała sobie towarzystwo Horace’a Marshalla, brata ciotecznego i syna siostry jej matki, Mary Shield, żony Thomasa Marshalla. Byli też chłopcy państwa Lascellesów i ich siostra, Florence, nazwana na cześć jej macochy, młodsza od Gertrude, lecz zawsze należąca do jej ulubieńców. Gertrude za kieszonkowe kupowała ptasie jaja do swojej kolekcji, rywalizując z Horace’em — „5 kawek, 2 mysikróliki, 1 dzwoniec, 2 makolągwy” — pisała w dzienniku — albo trzymała tyle zwierząt i ptaków, na ile zezwalała Florence. W szopie w ogrodzie mieszkał kruk Jumbo, zawsze trzymany z dala od niespokojnego kota wabiącego się Szach. Gdy z czasem zdychały, Gertrude koiła żal urządzaniem wystawnych pogrzebów z konduktami, w których szły rodzina i świta, tekturowymi trumnami, krzyżami i kwiatami.

Za ogrodem w Red Barns i torami kolejowymi znajdował się duży, ogrodzony park (zmieniony dziś w park publiczny), gdzie dzieci mogły jeździć na kucykach i bawić się będąc widoczne z domu. Wokół stawu biegły pośród drzew ścieżki, gdzie można było jeździć albo chodzić na szczudłach do chwili, kiedy rozbrzmiewał gong na obiad albo „herbatkę”, ostatni posiłek przed pójściem spać. Czasem w niedzielę Hugh brał najstarszą dwójkę na konne przejażdżki po okolicy albo plażą, z przygotowanym przez Florence podwieczorkiem w koszu. Gertrude rozkładała kanapki na kocu w kratę i pełniła funkcję gospodyni goszczącej Hugh i Maurice’a.

Na dni deszczowe Gertrude i Maurice obmyślili zabawę w chowanego, nazwaną „Służącymi”, która wiele lat później, na pustyni, nabierze zgoła odmiennego sensu. Poczynając od piwnicy, gdzie dzieci mogły stanąć prosto, ale dorośli musieli się nachylać, trzeba było przebiec licznymi korytarzami i wąskimi, krętymi schodami do pokojów panien służących tak, by nie zostać zauważonym przez służbę. Osoba dostrzeżona krzyczała i wracała do piwnicy i wszystko zaczynało się od nowa. Punktem wyjścia mógł być też zbiornik z wodą na strychu, gdzie wchodziło się po krótkiej, przytwierdzonej do ściany drabinie, pralnia i pokój gospodyni w suterenie, zastawiony malowanymi na kremowo kredensami i wyklejony tapetą Williama Morrisa, która przedstawiała śpiewające kosy na porośniętej liśćmi i owocami pergoli na tle granatowego nieba. Jeszcze do dziś zachowały się jej fragmenty.

Gertrude szczęśliwie trafiła na macochę o czułym usposobieniu. Większa surowość mogłaby zachwiać pewnością siebie pasierbicy lub, co bardziej prawdopodobne, zmienić ją w buntowniczkę, którą jakimś sposobem nigdy nie została. Młodsza córka Florence, Molly, późniejsza lady Trevelyan, tak pisała o matce: „Nie pamiętam, żeby zwracała się do nas surowym słowem albo krzyczała na nas za jakieś występki. Była łagodna i cierpliwa, pełna czułości dla wszystkich dzieci, niesamolubna i współczująca w stopniu, jakiego nie znałam u nikogo innego. […] Jej spokojna obecność była zawsze ostoją”21.

Towarzystwo Florence było również bardzo ciekawe. Dzieci zmieniły ogrodową szopę w miejsce zabaw, przezwane „Wigwamem”. Miały stempel z nazwiskiem i wystosowywały do rodziców, ogrodnika czy guwernantki pieczętowane listy, zawierające bardzo uprzejme zaproszenia na podwieczorek lub kolację. Florence, wychodząca z domu na jedno z tych przyjęć w najlepszej wieczorowej sukni i z diamentami we włosach, zastała dzieci czekające z dwukółką, którą chciały zawieźć ją do szopy. W drodze do Wigwamu przewróciły wózek na żwir, ale Florence, choć podrapana i brudna, bohatersko dotrwała do końca popołudnia, nie tylko okazując dobroduszność, lecz również dając przykład zachowania zimnej krwi w trudnej sytuacji towarzyskiej.

Inne zaproszenie adresowano do „Państwa Bell na herbatkę w sobotę, 13 sierpnia 1892 roku o godzinie 5 po południu”, z dopiskiem „RSVP”. Florence, której francuski akcent dzieci często wyśmiewały, odpowiedziała w podobnym tonie: „Monsieur i Mesdames de Viguevamme, Red Barns, Coatham, Redcar — pisała. — Markiza de Bokozryw z przyjemnością zje dziś o wpół do ósmej kolację w towarzystwie pana Farmazona, panny Bzdurki i panny Pizzicato”, dodając — prawdopodobnie nie chcąc poświęcać kolejnej wieczorowej sukni: „Z żalem uwiadamia, iż delikatny stan zdrowia nie pozwala jej tym razem na założenie dworskiej sukni z piórami ani na pudrowanie włosów”.

Mimo całego dowcipu i tolerancji Florence miała rygorystyczne wymogi co do zachowania. Spod jej pióra ciągle wychodziły eseje pod tytułami takimi, jak Pomniejszy moralista czy Si jeunesse voulait („Czym skorupka za młodu…”). Jej zasady dotyczące dobrych manier były niezmienne i potrafiła zganić stangreta, który zamiast czekać na koźle, schował się przed deszczem, albo dziecko, które nieprawidłowo przywitało gości. Z uporem twierdziła, iż maniery są tak samo ważne dla nas, jak dla innych. Być może przytaczała jakąś rozmowę ze starszą już Gertrude, kiedy pisała: „Choćbyśmy mieli do zaproponowania najbardziej wartościowe walory intelektualne, jeśli zwrócimy na nie uwagę bliźniego tak, jakbyśmy dawali mu policzek, raczej nie pozyskamy sobie jego życzliwej przychylności dla naszych przyszłych osiągnięć”22.

Niecierpliwej Gertrude przychodziło to z pewnym trudem. Dla niej rozmowa polegała na dowiedzeniu się o czymś lub przekazaniu jakiejś informacji. Niezbyt interesowała ją ocena jej osiągnięć według bliźnich. Za to kiedy indziej Florence rozumowała podobnie jak Gertrude, skarżąc się na przykład na „tendencję, widoczną u wielu skądinąd rozsądnych ludzi, do życia w przekonaniu, że ich rasa jest szczególnie interesująca, ich cechy rodzinne zasługujące na uwagę, szkoła, do której chodzili, jedyną możliwą, dzielnica Londynu, w której mieszkają, najbardziej sympatyczna, a ich dom tam po prostu najlepszy”; było to „perfidne zagrożenie, któremu należy się przeciwstawiać”. Sama będąc z pochodzenia na poły Angielką, a na poły Irlandką, była niezwykle wyczulona na zarzuty w rodzaju tych pospolicie wyrażanych w karykaturach „Puncha” na temat Francuzów, ich nawyków, higieny, jedzenia i moralności, które częstokroć, o czym dobrze wiedziała, przewyższały cechy Brytyjczyków. To otwarcie na inne standardy i sposoby życia było najlepszym przygotowaniem do podróży, jakie Gertrude mogła odebrać w dzieciństwie. Później miała wyciągnąć zeń logiczne wnioski — bardziej dalekosiężne, niż mogłaby przewidzieć Florence.

Mimo „porządnego” wychowania, kosmopolityczne towarzystwo, z jakim zetknęła się Florence przed wyjściem za Hugh Bella, oznaczało zanurzenie się w intelektualne i artystyczne środowisko, z którym raczej nie miałaby styczności, gdyby wychowywała się w Anglii. Dopiero po wstąpieniu na tron Edwarda VII aktorki, malarze i nuworysze zyskali łatwy wstęp do kół arystokratycznych na prawach innych niż mecenat. Florence miała połączyć wielka zażyłość z aktorami, szczególnie z Coquelinem, gwiazdorem francuskiego teatru, Sybil Thorndike i amerykańską aktorką Elizabeth Robins. Florence poznała Robins, która wprowadziła na sceny angielskie sztuki Ibsena, wkrótce po swoim przyjeździe do Londynu. Mimo że aktorka była czynną działaczką ruchu sufrażystek, z którym Florence nigdy się nie zgadzała, stały się serdecznymi przyjaciółkami. Robins doprowadziła do wystawienia najsławniejszego dramatu Florence, Alan’s Wife, na West Endzie w 1893 roku, sama grając główną rolę w tej tragedii z życia klasy robotniczej. Stała się jednym z częstszych gości w domu Bellów, znacznie wzbogacając atmosferę intelektualną, w której miała dorastać Gertrude. Liza, jak ją nazywali, zabawiała dzieci, prowadząc je do swojego pokoju i pokazując teatralne „padanie plackiem” na twarz na dywanie. Kiedy Gertrude była już starsza, po odejściu Florence do sypialni obie kobiety siedziały długo w nocy i rozmawiały o wadach i zaletach prawa wyborczego dla kobiet. Florence miała tak bardzo wyrobione poglądy na ten temat i tak często sprzeciwiała się temu prawu w pismach, że nie potrafiła dyskutować o tym z Lizą. Gertrude i Liza przez całe życie prowadziły korespondencję i wieczna podróżniczka często wspominała w listach pisanych w namiocie, jak bardzo brakuje jej ich „pogawędek przy kominku”.

Florence opowiedziała Gertrude i Maurice’owi o znajomości z Karolem Dickensem, którego córka, Kitty Perugine, była jedną z jej pierwszych koleżanek. Dickens żył w bliskich stosunkach z jej rodzicami, sir Josephem i lady Olliffe, podobnie jak jego rówieśnik, Thackeray. Dickens często odwiedzał ich w Paryżu. Florence pamiętała, jak pewnego razu, gdy miał wygłosić w ambasadzie brytyjskiej odczyt w celu zebrania datków na fundusz dobroczynny założony przez jej ojca, wszedł do salonu z pytaniem: „A gdzie zasiądzie panna Florence?”. „Nigdzie — odparła stanowczo lady Olliffe. — Jest za młoda”. „Doskonale — podchwycił wesoło. — W takim razie ja też nie idę”. Skończyło się na tym, że Florence siedziała w pierwszym rzędzie i lała rzęsiste łzy z powodu smutnej śmierci Paula Dombeya. Dickens pisał potem w liście: „Florence niezwykle podniecona na odczycie”.

Przemyślenia Florence na temat oświaty wyprzedzały swoje czasy i w dużej mierze brały się z podziwu, jaki żywiła dla postępowych teorii europejskich. Kiedy miała już od dawna dorosłe dzieci, w 1911 roku pojechała do Rzymu zapoznać się z myślą reformatorki oświatowej, Marii Montessori. Opowiadała się za kształceniem dziewcząt w domach w miarę możliwości finansowych. Taką metodę obrała także dla swoich dwóch córek, Elsy i Molly. Molly pisała później:

Wedle wyobrażeń matki jej dwie córki potrzebowały wyrosnąć na dobre żony i matki oraz przygotować się do udziału w życiu społecznym swojej sfery. Musimy doskonale znać francuski i niemiecki i liznąć, o ile nie zgłębić, język włoski. Musimy umieć grać na pianinie i co nieco śpiewać, nauczyć się dobrze tańczyć i prowadzić towarzyską rozmowę. Żadne poważniejsze wykształcenie nie mieściło się w planach matki. Fizyka, matematyka, ekonomia polityczna, łacina i greka — po temu nie było najmniejszej potrzeby23.

Żadna ze znanych im dziewcząt nie miała przygotowania zawodowego, „dziewczęta z naszej klasy” po prostu nie chodziły do szkoły. Że tego rodzaju maksymy sprawdziły się w przypadku tych dwóch dziewcząt, poznać można po wrażeniu, iż ludzie świetnie czuli się w ich towarzystwie. Mniej imponujące niż Gertrude, lecz obdarzone jak ona wyprostowaną postawą i wyczuciem w doborze stroju, były ciekawą i zabawną parą, rozchwytywaną w towarzystwie. Virginia Stephen, późniejsza Virginia Woolf, wspomina o nich w pełnym refleksji liście na temat balu na zakończenie pierwszego roku swoich studiów w Cambridge: „Był to bal w Trinity […] przyszły Boo i Alice Pollock, i córki Hugh Bella (może je znasz — MAP nazywa je »najbardziej błyskotliwymi młodymi rozmówczyniami w Londynie« — i bardzo przypadły do gustu Thoby’emu [jej bratu], a on spodobał się im)”24.

Florence wyznawała powszechną wówczas teorię medyczną, że dziewczęta stają się przemęczone, gdy poddać je nadmiernemu wysiłkowi umysłowemu. Wykształcenie miało zagrażać szczególnie zdrowiu nastolatek. Jeszcze w 1895 roku, kiedy Gertrude miała dwadzieścia siedem lat, niejaki dr James Burnett, autor Delicate, Backward, Puny and Stunted Children, donosił światu, że dojrzewająca dziewczynka zawsze będzie ustępować braciom pod względem naukowym z powodu „nieuporządkowanego życia miednicowego”, i zapewniał czytelników: „Jeszcze nigdy nie spotkałem ani jednego wyjątku od tej reguły”. Elizabeth Missing Sewell zaznaczała w swej książce, Principles of Education, Drawn from Nature and Revelation, że dziewczynkę należy bezwzględnie chronić przed nauką, bowiem „jeśli pozwolić na podjęcie ryzyka, które dla chłopca jest czymś obojętnym, prawdopodobnie zapadnie na jakąś chorobę, która, o ile nie okaże się śmiertelna, co najmniej okaleczy ją na całą resztę życia”. Florence dbała o to, by wszystkie córki Bellów prowadziły życie równie aktywne, co ich bracia, lecz zaczynała sobie uświadamiać, że jej przepis na wykształcenie nie sprawdza się w odniesieniu do każdej. Jak to ujęła: „Tysiąc z nas, które mogą przejść równą drogą do samego końca, przypada na jedną, która może przepłynąć rzekę albo wspiąć się na górę zagradzającą drogę”. Dochodziła do wniosku, że Gertrude jest właśnie tym wyjątkiem.

Kiedy Maurice wyjechał do szkoły z internatem, piętnastoletnia Gertrude nie podejrzewała, że będzie za nim aż tak bardzo tęsknić. Rodzeństwo przyrodnie było o wiele młodsze i w jej życiu zrobiło się dość pusto. Już dawno wyprzedziła biedną pannę Klug, nieustannie obrażoną na stanowcze zaprzeczenia i pogardliwe zachowanie swej kłopotliwej podopiecznej. Gertrude całe życie miała trudności z usiedzeniem w fotelu i teraz można było ją zastać o najrozmaitszych porach leżącą na dywanie i niecierpliwie wertującą książkę lub tłukącą robótkę, której nie była w stanie dokończyć. Chodziła po domu z kwaśną miną, popisując się niedawno nabytymi poglądami, spierając z każdym, kto miał na to ochotę, i wchodząc pod nogi służącym. Gdy zachęcano ją do wyjścia i pobawienia się w ogrodzie, wymyśliła grę o nazwie „Rakieta”, przypominającą squasha, w którą mogła grać sama, z całych sił uderzając piłką o drzwi wozowni. Nieustanne tłuczenie i okrzyki wściekłości, kiedy nie trafiała, musiały strasznie drażnić Florence, usiłującą skupić się na przykład na jakimś opowiadaniu dla dzieci czy traktacie o hodowli roślin. Mimo protestów ojca Gertrude uparcie wrzucała do stawu psa, ponieważ „tak strasznie tego nie znosi”.

Florence, która miała na głowie troje młodszych dzieci, nie wiedziała, czym zająć nastolatkę. Nie była jedynym członkiem rodziny, który prędzej czy później uznawał Gertrude za osobę trudną. Molly Trevelyan pisała: „Gertrude staje okoniem i wkrótce czeka mnie kolejna scena z nią — zaprzecza wszystkiemu, co mówi Matka, usilnie stara się być nieprzyjemna i odpychająca”25. Florence nietrudno było dojść do wniosku, że Gertrude jest szczególnym przypadkiem i że piętnastolatce tak bardzo pewnej siebie, zdolnej i żądnej wiedzy trzeba postawić większe wymagania.

Florence nawiązała z pasierbicą najlepsze stosunki, jakie mogła, a jej wpływ na Gertrude będzie trwały. Pod tym wpływem nie zawsze będzie obierać kierunek, jakiego życzyłaby sobie macocha, lecz w sprawach najważniejszych, nawet znajdując się gdzieś bardzo daleko, Gertrude całe życie iść będzie śladami Florence. Zawsze przestrzegała konwenansów i zwyczajów wpojonych jej przez wychowanie. Przywiązana do rodziny, gdy życie prowadziło ją bardzo nawet daleko od domu, nigdy nie dystansowała się od zainteresowań krewnych i nie uważała, że są mniej ważne od jej własnych.

Gertrude ze zdumieniem dowiedziała się teraz, że rodzice posyłają ją do szkoły w Londynie.

Janet Wallach, Desert Queen, s. 297. [wróć]