Zła przeszłość - Mieczysław Gorzka - ebook + audiobook + książka
BESTSELLER

Zła przeszłość ebook i audiobook

Mieczysław Gorzka

4,7

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

53 osoby interesują się tą książką

Opis

Zabójca sprzed wielu lat, zwany Prorokiem, powraca. Zaczepia kobiety na ulicy, przepowiada im śmierć i za kilka dni je morduje. Podkomisarz Karina Buczko staje na czele grupy śledczej, jednak mimo szeroko zakrojonych działań, nie ma nawet podejrzanego.

Kiedyś bliska Marcinowi Zakrzewskiemu osoba przyjeżdża z Warszawy aby zbadać, dlaczego pierwsze śledztwo w sprawie Proroka zakończyło się fiaskiem. Przy okazji policja odkrywa, że z magazynu zniknęły ślady zabezpieczone w miejscach poprzednich zabójstw. Czy ktoś w policji chronił Proroka?

 

Rozpoczyna się dramatyczna walka z czasem. Jednak zanim pościg za Prorokiem na dobre się zacznie, każdy z bohaterów będzie musiał zmierzyć się z własnymi traumami i demonami przeszłości.

Takie śledztwa to specjalność nadkomisarza Marcina Zakrzewskiego. Tylko czy inne spojrzenie, jego podstawowa zasada, w tej sytuacji zadziała? Bo przeszłość jest zła i ma wielki wpływ na teraźniejszość.

 

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 485

Rok wydania: 2025

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 28 min

Rok wydania: 2025

Lektor: Kosior FilipFilip Kosior

Oceny
4,7 (3735 ocen)
2834
721
153
22
5
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Andzia-P-P

Nie oderwiesz się od lektury

Chciałbym, żeby seria z nadkomisarz em Marcinem Zakrzewskim trwała w nieskończoność, kocham❤️❤️❤️
ortana

Nie oderwiesz się od lektury

Jak zawsze świetna 😁👍
40
Rafanetka

Nie oderwiesz się od lektury

Rewelacja.. Czekam na kolejną z Marcinem Zakrzewskim.
40
BlackPanther271

Nie oderwiesz się od lektury

Zakrzewski w formie 😉 jak zwykle świetna lektura
30
Krzysztgrab

Całkiem niezła

Do czego tu się przyczepić? Ostatnia akcja. Antyterrorsci wpadają po jedną osobę, poszukiwania ograniczają do jednego obiektu, nie zabezpieczają terenu. Jadą sobie.Wyszkolony policjant dostaje w łeb i niepostrzeżenie porwany w bagażniku. Drugi zostaje rozjechany przez puste auto, Trzeci dostaje dwie kulki i pada. Czwarty strzela i nie trafia ( wyszkoleni policjanci ) Potem jakoś dopada przeciętnego typa który jest bandziorem-psychopata. Psychopata to nie jest nadczłowiek z który ma nadludzką siłę i szczęście. pozdrawiam Krzysztof g

Popularność




Re­dak­cjaMał­go­rzata Sta­ro­sta
Ko­rektaJo­anna Rod­kie­wicz
Skład i ła­ma­nieŁu­kasz Slo­torsz
Pro­jekt gra­ficzny okładkiPa­weł Pan­cza­kie­wicz / PAN­CZA­KIE­WICZ ART.DE­SIGN
© Co­py­ri­ght by Skarpa War­szaw­ska, War­szawa 2025 © Co­py­ri­ght by Mie­czy­sław Gorzka, War­szawa 2025
Ze­zwa­lamy na udo­stęp­nia­nie okładki książki w in­ter­ne­cie.
Wy­da­nie pierw­sze
ISBN 978-83-8329-878-8
Wy­dawca Agen­cja Wy­daw­ni­czo-Re­kla­mowa Skarpa War­szaw­ska Sp. z o.o. ul. K. K. Ba­czyń­skiego 1 lok. 2 00-036 War­szawa tel. 22 416 15 81re­dak­cja@skar­pa­war­szaw­ska.plwww.skar­pa­war­szaw­ska.pl
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.

Po­czą­tek

Chyba każdy miewa cza­sem ta­kie chwile, kiedy wy­daje mu się, że świat robi się nie­rze­czy­wi­sty. Jak z bajki. Albo jak z kosz­maru.

Do­rota Sa­ska wła­śnie zbli­żała się nie­bez­piecz­nie do ta­kiego mo­mentu. Dla niej miał to być kosz­mar, który od­ci­śnie się moc­nym pięt­nem na ostat­nich dniach jej ży­cia. Chcia­łaby, żeby to była bajka, jed­nak los, jak to los, miał wo­bec niej inne plany. Do­rota jesz­cze nic o nich nie wie­działa, i tak było zde­cy­do­wa­nie le­piej.

Wy­sia­dła z tram­waju na skrzy­żo­wa­niu Ka­zi­mie­rza Wiel­kiego i Świd­nic­kiej, po­cze­kała, aż tłum lu­dzi, spie­szą­cych do pracy w fir­mach zlo­ka­li­zo­wa­nych wo­koło wro­cław­skiego rynku, opu­ści pe­ron przy­stanku, i sta­nęła jako ostat­nia na świa­tłach. Wiał wiatr. Pa­skudny, zimny i wil­gotny. Za­drżała, kiedy do­stał się pod połę nie­za­pię­tego płasz­cza. Wtedy je­den je­dyny raz po­czuła się tak, jakby za kilka mi­nut miało zda­rzyć się coś strasz­nego. Na szczę­ście dla niej to było tylko mgnie­nie i za­raz o tym za­po­mniała. Jej uwagę zwró­cił męż­czy­zna sto­jący po dru­giej stro­nie ulicy, przy ba­rze Bar­Bara. Coś z nim było na tyle nie tak, że nie mo­gła ode­rwać od niego wzroku. Od­nio­sła wra­że­nie, że już kie­dyś go wi­działa.

Siwy fa­cet, mógł mieć około sześć­dzie­siątki, tylko czas się z nim ob­szedł dość ła­ska­wie, nie li­cząc wło­sów. Miał nie­wiele zmarsz­czek na twa­rzy, ciało prężne, był wy­pro­sto­wany jak struna. Przez głowę prze­le­ciała jej na­wet myśl, że może być dużo star­szy, niż su­ge­ro­wał jego wy­gląd. Pew­nie ni­gdy się tego nie do­wie, bo bę­dzie tylko jedną z ty­sięcy osób, które zja­wiają się w ży­ciu każ­dego z nas na jedną nie­istotną chwilę. Pa­trzy się na nich z cie­ka­wo­ścią, a po­tem mija w co­dzien­nej ży­cio­wej go­ni­twie, lecz już ni­gdy nie wra­cają, cho­wa­jąc się w mro­kach wiecz­nej nie­pa­mięci. Ubrany był w szary gar­ni­tur, na ra­miona na­rzu­cił długi pro­cho­wiec w ko­lo­rze kawy z mle­kiem, na szyi fan­ta­zyj­nie za­wi­nął sza­lik, który o dziwo na­wet nie drgnął w po­ry­wach wia­tru. Fa­cet pa­trzył w niebo nie­wi­dzą­cym wzro­kiem. Wy­glą­dał jak... No wła­śnie, jak nie z tego świata. Przy­bysz z in­nej rze­czy­wi­sto­ści, zwia­stun zbli­ża­ją­cej się szyb­kimi kro­kami przy­szło­ści.

Świa­tło zmie­niło się na zie­lone i tłum lu­dzi ru­szył pę­dem przed sie­bie. Do­rota otu­liła się szczel­niej płasz­czem i ru­szyła za nim. Tro­chę się za­ga­piła i kiedy była już w po­ło­wie przej­ścia, za­mru­gało żółte świa­tło i za­bły­sło czer­wone. Ostat­nie cztery kroki prze­bie­gła. Prze­stała ob­ser­wo­wać dziw­nego typa i sku­piła się na tym, co dzi­siaj ją czeka w biu­rze. Pra­co­wała w se­kre­ta­ria­cie kan­ce­la­rii no­ta­rial­nej i szcze­rze nie­na­wi­dziła tego za­ję­cia. Co­dzienne od roku przy­go­to­wy­wała akty no­ta­rialne do umów sprze­daży nie­ru­cho­mo­ści. To był ciąg tych sa­mych sche­ma­tów, na któ­rych trzeba było tylko zmie­niać dane sprze­daw­ców, na­byw­ców, dane nie­ru­cho­mo­ści, nu­mery ksiąg wie­czy­stych i kwoty. Nie­na­wi­dziła tego, lecz nie my­ślała o zmia­nie. Za­ra­biała dużo wię­cej, niż mo­głaby gdzie in­dziej, i to ją tu trzy­mało. Obie­cała so­bie, że sama z kan­ce­la­rii nie odej­dzie. Po­czeka, aż ją zwol­nią. Nie pa­mię­tała o dziw­nym męż­czyź­nie aż do chwili, w któ­rej usły­szała za sobą jego głos:

– Pro­szę pani!

Jęk­nęła w du­chu i po­sta­no­wiła go zi­gno­ro­wać. Wi­działa, że mówi do niej. Za­wo­łał jesz­cze dwa razy, za­nim przy­sta­nęła i się od­wró­ciła.

– Pro­szę pani!

Spoj­rzała na niego ze zło­ścią. Miał roz­bie­gany wzrok, jakby był na haju, co ją mocno za­nie­po­ko­iło. Na szczę­ście wo­koło znaj­do­wało się sporo lu­dzi. Ktoś za­re­aguje, gdyby mu­siała wzy­wać po­moc.

– Słu­cham?

– Pani umrze – oświad­czył nie­ocze­ki­wa­nie, sku­pia­jąc swoje mętne spoj­rze­nie na jej oczach.

– Wszy­scy kie­dyś umrzemy – wark­nęła i już chciała pójść da­lej, lecz on na­gle chwy­cił ją za ra­mię ko­ści­stymi pal­cami.

– Ale pani umrze nie­długo.

Po­winna się wy­rwać, na­krzy­czeć na niego, może dać temu sta­remu ca­powi w mordę. Do­tknął jej, po­gwał­cił jej pry­wat­ność, a na­wet spra­wił ból, lecz ko­lejna fala nie­po­koju na kilka se­kund ją spa­ra­li­żo­wała.

– Od­pieprz się ode mnie, dziadu! – syk­nęła, wy­ry­wa­jąc się.

Fa­cet wy­glą­dał na za­sko­czo­nego, a może na­wet za­smu­co­nego.

– Umrze pani – po­wtó­rzył. – Ja chcia­łem tylko...

– Pieprz się, de­bilu!

Ode­pchnęła go i szyb­kim kro­kiem ru­szyła da­lej, stu­ka­jąc ob­ca­sami i nie oglą­da­jąc się za sie­bie. Kilka osób spoj­rzało na nich z za­cie­ka­wie­niem, ale za­raz wró­ciły do swo­ich my­śli i do co­dzien­nej wę­drówki przez ży­cie. To zda­rze­nie ni­kogo nie za­in­te­re­so­wało.

Do­rota obej­rzała się, do­piero gdy skrę­cała na róg kom­pleksu ra­tu­szo­wego. Cią­gle tam był. Pa­trzył za nią, jakby za­sko­czony jej re­ak­cją, nie wie­dział, co ma da­lej ro­bić.

Przez cały dzień czuła nie­po­kój, który wie­czo­rem zmie­nił się w strach.

1. Prze­szłość jest zła

Młod­szy aspi­rant Ire­ne­usz Bąk prze­stał być nowy w wy­dziale kry­mi­nal­nym. Byli już młodsi sta­żem od niego. W pew­nym mo­men­cie sze­fo­stwo wy­działu kry­mi­nal­nego po­sta­no­wiło za­ła­tać wszyst­kie dziury i na­gle po­ja­wili się u nich zu­peł­nie przy­pad­kowi lu­dzie, któ­rymi trzeba było się za­jąć. Oka­zało się, że jego roczne do­świad­cze­nie w wy­dziale jest wy­star­cza­jące, żeby niań­czyć żół­to­dzio­bów. Nie po­do­bało mu się to, jed­nak nie miał wyj­ścia. Zresztą po­łowa z tych no­wych od­pa­dła po pierw­szym rzy­ga­niu na wi­dok za­krwa­wio­nego lub na wpół zgni­łego trupa.

Pa­trząc w tych ka­te­go­riach, Ire­ne­usz Bąk był już sta­rym wygą. Po­rzy­gał się tylko raz, kiedy węd­ka­rze zna­leźli w Od­rze kil­ku­ty­go­dnio­wego to­pielca, który po­sta­no­wił jed­nak wy­pły­nąć na po­wierzch­nię i po­stra­szyć tro­chę daw­nych to­wa­rzy­szy ziem­skiej nie­doli swoim no­wym wy­glą­dem i za­pa­chem. To był też jego ostatni raz. Te­raz pa­no­wał nad sobą, cho­ciaż do­le­gli­wo­ści żo­łąd­kowe w ta­kich chwi­lach cią­gle da­wały o so­bie znać. Do wi­do­ków przy­wykł, go­rzej było z za­pa­chem.

Niby prze­stał być no­wym w wy­dziale, ale ksywka po­zo­stała. Po­go­dził się z tym, że już na za­wsze zo­sta­nie No­wym. Na­dal był part­ne­rem pod­ko­mi­sarz Ka­riny Buczko, która cią­gle go tro­chę niań­czyła, lecz to też po­woli się zmie­niało. Pierw­sze mie­siące były dla niego trudne. Dla­tego tro­chę ole­wał ro­botę, a tro­chę nie po­tra­fił się w niej od­na­leźć. Te­raz okrzepł, po­czuł się pew­niej i na­gle na­brał prze­ko­na­nia, że chce to ro­bić. Chce zo­stać kry­mi­nal­nym i ba­brać się w śmierci, ludz­kich bru­dach i ści­gać po­pa­prań­ców. Tak jak jego wielki idol nad­ko­mi­sarz Mar­cin Za­krzew­ski. Bra­ko­wało go w wy­dziale, od kiedy mu­siał po­że­gnać się z ko­mendą wo­je­wódzką i tra­fił na wy­gna­nie do szkoły po­li­cyj­nej. Ale przy­naj­mniej po­zy­cja Ka­riny Buczko bar­dzo się wzmoc­niła i to ona cią­gnęła naj­trud­niej­sze sprawy. A wraz z nią młod­szy aspi­rant Bąk. Nie było źle.

Irek pa­mię­tał, że na sa­mym po­czątku Za­krzew­ski trak­to­wał go jak po­wie­trze i kry­ty­ko­wał Ka­rinę za zbyt wiel­kie za­an­ga­żo­wa­nie w pro­ces zro­bie­nia z Bąka po­rząd­nego śled­czego. Wszystko się zmie­niło po ostat­niej spra­wie. Nad­ko­mi­sarz na­gle za­czął od­no­sić się do Irka ina­czej. Wstę­pu­jąc do po­li­cji, Bąk chciał być jak Za­krzew­ski: twardy, nie­ustę­pliwy, po­rządny gli­niarz z moc­nym krę­go­słu­pem mo­ral­nym, który ni­gdy się nie skun­dli. W trak­cie szkoły stra­cił ten za­pał. Po tym, jak tra­fił do wy­działu kry­mi­nal­nego, chciał na­wet rzu­cić wszystko w dia­bły. Zo­stał dla­tego, że Za­krzew­ski za­czął go po­waż­nie trak­to­wać. Za­krzew­skim ni­gdy nie bę­dzie, nad­ko­mi­sarz jest je­dyny i nie­po­wta­rzalny. Irek chciał być po pro­stu sobą, Ire­ne­uszem Bą­kiem, w przy­szło­ści może ko­mi­sa­rzem; chciał bu­do­wać swoją markę, a nie na­śla­do­wać in­nych.

Te­raz pod­jął ważną dla niego ży­ciowo de­cy­zję. Ka­rina po­wku­rzała się tro­chę, stwier­dziła, że to gów­niany po­mysł. Na ko­niec jed­nak mach­nęła ręką. Prze­cież może ro­bić, co chce, żeby tylko nie miało to wpływu na ich bie­żącą pracę. Mimo jej bło­go­sła­wień­stwa Irek na­dal nie miał pew­no­ści, czy do­brze robi.

Dla­tego te­raz sie­dział w ba­rze Pod To­rami i cze­kał. Z za­do­wo­le­niem za­uwa­żył, że było pełno, zwłasz­cza jak na czwar­tek. Wik­to­ria za kon­tu­arem uwi­jała się jak w ukro­pie. Do­brze, może prze­sta­nie mieć de­pre­syjne my­śli i nie zde­cy­duje się rzu­cić tego baru w cho­lerę, bo nie szło tak, jak pla­no­wała. By­łoby szkoda, bo to miej­sce na stałe wpi­sało się już w pa­no­ramę wro­cław­skich knajp, no i po­li­cjanci mu­sie­liby so­bie zna­leźć nowy lo­kal do spo­tkań po służ­bie. Irek, są­cząc piwo, zer­kał na Wik­to­rię zde­cy­do­wa­nie czę­ściej niż ona na niego. Cho­lera, głu­pio wy­szło. Miał wy­rzuty su­mie­nia, że mię­dzy nimi tak szybko się skoń­czyło. Uwa­żał jed­nak, że to na­wet le­piej. Wik­to­ria za­słu­gi­wała na nor­mal­nego fa­ceta, a nie po­li­cjanta, któ­rego wiecz­nie nie było w domu, a kiedy już wra­cał, przy­no­sił ze sobą stresy i smród tru­pów z pro­sek­to­rium. Kto nor­malny by to wy­trzy­mał?

Po dwu­dzie­stej drzwi się otwo­rzyły i po­ja­wił się w nich wy­soki męż­czy­zna w skó­rza­nej kurtce, wy­tar­tych dżin­sach i skó­rza­nych bu­tach. No oko wy­glą­dał na pięć­dzie­się­cio­latka, cho­ciaż bar­dzo do­brze się trzy­mał. Znowu miał dłuż­sze blond włosy, w któ­rych z każ­dym ro­kiem po­ja­wiało się wię­cej si­wych pa­se­mek. Cią­gle był przy­stojny i miał prze­ni­kliwe spoj­rze­nie błę­kit­nych oczu. Od dłuż­szego czasu wiódł także szczę­śliwe, usta­bi­li­zo­wane ży­cie. De­cy­zja o odej­ściu z wy­działu kry­mi­nal­nego była dla jego związku bło­go­sła­wień­stwem. Za­czął wra­cać do domu o nor­mal­nych po­rach i już nie śmier­dział tru­pem.

Za­krzew­ski wszedł, ro­zej­rzał się, wy­pa­trzył Ire­ne­usza w ką­cie, ski­nął mu głową i od razu skie­ro­wał się do baru. Wik­to­ria wy­raź­nie ucie­szyła się na jego wi­dok i za­częli sym­pa­tyczną po­ga­wędkę. Irek nie sły­szał ani słowa, jed­nak po­czuł lekki dys­kom­fort. On też by chciał w taki spo­sób jesz­cze raz po­roz­ma­wiać z wła­ści­cielką tego lo­kalu. Tyle że tamci dwoje znali się od dawna. Po­dobno to Mar­cin na­mó­wił Wik­to­rię do po­zo­sta­nia, kiedy ta po dwóch dniach pracy za ba­rem chciała rzu­cić tę ro­botę. To chyba była do­bra rada, skoro te­raz była tu sze­fową i za­trud­niała pra­cow­ni­ków.

Wresz­cie nad­ko­mi­sarz Mar­cin Za­krzew­ski po­słał Wik­to­rii sze­roki uśmiech i ze szkla­neczką w dłoni ru­szył do sto­lika w ką­cie. Irek nie mu­siał spraw­dzać, co jego stra­szy ko­lega pije. Duża whi­sky z dużą ilo­ścią lodu – to wie­działy na­wet żół­to­dzioby w ich wy­dziale. Po­tra­fili także wy­kle­pać na pa­mięć kilka za­sad pro­wa­dze­nia śledz­twa we­dług Za­krzew­skiego, lecz cały wic po­le­gał na tym, żeby je ro­zu­mieć, a nie tylko za­pa­mię­tać. Ir­kowi za­jęło dużo czasu ich zro­zu­mie­nie, ale kiedy już wie­dział, w czym rzecz, oka­zały się bar­dzo przy­datne. Pew­nie Mar­cin te­raz uczył tego w szkole po­li­cyj­nej. Je­śli cho­ciaż po­łowa ka­de­tów zro­zu­mie to, co im wkłada do głów, to w przy­szło­ści może się po­ja­wić kilku na­prawdę do­brych śled­czych.

Uści­snęli so­bie dło­nie i Za­krzew­ski usiadł na­prze­ciw Bąka.

– Co tam, Nowy? – rzu­cił i zaj­rzał do jego szklanki. – Co pi­jesz?

– To co ty – mruk­nął tro­chę zmie­szany Irek.

Za­krzew­ski zer­k­nął do tyłu na bar.

– Z Wik­to­rią nie wy­szło?

– Ja­koś tak... – przy­znał nie­chęt­nie młod­szy aspi­rant. – Ty po­wi­nie­neś wie­dzieć naj­le­piej, jak wy­gląda ży­cie kry­mi­nal­nego. Późne po­wroty do domu, albo i nie. No i cią­gle śmier­dzisz tru­pem.

– J-ja­sne. – Za­krzew­ski od­po­wie­dział swoim ulu­bio­nym po­wie­dzon­kiem i dziw­nym gry­ma­sem na twa­rzy. – Tylko nie za­po­mi­naj, że wła­ści­cielka baru jest dla kry­mi­nal­nego naj­lep­szą part­nerką ży­ciową.

– Jak to? – Bąk uniósł brwi w zdzi­wie­niu.

– Ona też późno wraca, cały czas pra­cuje, łącz­nie z week­en­dami, i śmier­dzi al­ko­ho­lem. Wy­star­czy usta­lić za­sady, kiedy się wi­du­je­cie, i po­tem może być tylko le­piej.

Irek pa­trzył na Za­krzew­skiego przez mo­ment, ocze­ku­jąc, że na­gle się ro­ze­śmieje i przy­zna do żartu. Nic ta­kiego jed­nak nie na­stą­piło. Mar­cin mó­wił jak naj­bar­dziej po­waż­nie.

– Szkoda, że mi tego wcze­śniej nie po­wie­dzia­łeś – mruk­nął znad szklanki. – Te­raz już za późno.

– Bzdury ga­dasz, Nowy – ob­ru­szył się Mar­cin. – Mło­dzi je­ste­ście, ma­cie jesz­cze sporo czasu, żeby wszystko na­pra­wić.

Bąk nie od­po­wie­dział. Pa­trzył na Wik­to­rię. Cho­lera, prze­cież nie przy­szedł tu, żeby Za­krzew­ski udzie­lał mu po­rad ser­co­wych. Sprawa była o wiele po­waż­niej­sza. Mar­cin chyba od­gadł jego my­śli, bo za­py­tał:

– O co cho­dzi?

– Chciał­bym, że­byś mi coś do­ra­dził – za­czął Bąk i wi­dząc uśmiech na twa­rzy sta­rego po­li­cjanta, sam też się uśmiech­nął. – Ale nie w spra­wach uczu­cio­wych.

– No to wal. – Za­krzew­ski spo­waż­niał.

Nowy jesz­cze przez mo­ment się wa­hał, wresz­cie po­krótce na­kre­ślił Mar­ci­nowi, w czym rzecz. Za­krzew­ski chyba nie tego się spo­dzie­wał, po­nie­waż na­gle jesz­cze bar­dziej spo­waż­niał i pa­trzył na młod­szego po­li­cjanta nie­ru­cho­mym wzro­kiem.

– Coś nie tak? – za­nie­po­koił się Irek.

Nad­ko­mi­sarz nie od­po­wie­dział od razu. Po­cią­gnął łyk ze szklanki, za­krę­cił nią, aż za­brzę­czały kostki lodu, wresz­cie od­sta­wił ją na blat.

– Po­słu­chaj, Nowy – za­czął. – Je­stem chyba ostat­nią osobą, do któ­rej po­wi­nie­neś się zwró­cić o taką po­radę.

– Dla­czego?

– Mo­żesz się roz­cza­ro­wać. Cza­sem le­piej jest żyć dniem dzi­siej­szym, le­piej nie wie­dzieć, jak to było na­prawdę, bo bar­dzo czę­sto się zda­rza, że prze­szłość jest zła. Ro­zu­miesz? Kiedy za­czniesz w tym grze­bać, mo­żesz zna­leźć nie to, czego szu­kasz. Może być tak, że nie od­zy­skasz spo­koju we­wnętrz­nego, tylko jesz­cze bar­dziej po­grą­żysz się w cha­osie. Żeby zmie­rzyć się z prze­szło­ścią, trzeba być sil­nym.

– Tak jak ty? – Irek pro­wo­ka­cyj­nie po­pa­trzył mu w oczy.

Za­krzew­ski znowu po­cią­gnął ze szklanki i uśmiech­nął się pod no­sem.

– Nie je­stem tak silny, jak ci się wy­daje. Kie­dyś zmie­rzy­łem się ze swoją prze­szło­ścią i wiesz co? Po la­tach uwa­żam, że to była po­rażka. Ja i moi ro­dzice mie­li­śmy osią­gnąć wresz­cie spo­kój, kiedy się do­wiemy, co stało się z moim bra­tem. Tyle że wy­szło od­wrot­nie. Kiedy po­zna­li­śmy prawdę, było tylko go­rzej.

Irek mil­czał, cze­ka­jąc na ciąg dal­szy, i się do­cze­kał.

– Ja zo­sta­łem zmu­szony do tego, żeby sta­wić czoła temu, co zda­rzyło się przed laty. Ty masz wy­bór, Nowy. Ja ci od­ra­dzam. Prze­szłość jest zła, pa­mię­taj o tym.

– Wiesz, Mar­cin, to byli moi ro­dzice – ode­zwał się Bąk. – Zo­sta­wili mnie, były różne po­dej­rze­nia, ale pro­ku­ra­tor umo­rzył śledz­two, kiedy zo­ba­czył tamto zdję­cie z We­ne­cji. To byli moi ro­dzice, a mnie zo­sta­wili. Ro­dzice ni­gdy nie zo­sta­wiają swo­ich na­sto­let­nich dzieci i nie zry­wają z nimi kon­taktu. To nie­moż­liwe, coś się wtedy mu­siało stać. Coś złego. Mu­szę wie­dzieć co.

– Ro­zu­miem i sza­nuję. Każdy ma swoje de­mony, z któ­rymi albo wal­czy, albo się z nimi za­przy­jaź­nia. Ty je­steś jesz­cze na eta­pie walki.

– A ty? Już za­przy­jaź­ni­łeś się ze swo­imi?

Za­krzew­ski przy­mknął oczy. Były tam. Naj­gor­sze kosz­mary, z któ­rymi ze­tknął się pod­czas tych wszyst­kich lat pracy w za­bój­stwach. Cią­gle wi­dział roz­kła­da­jące się ciała za­wi­nięte w brudne ban­daże, spo­czy­wa­jące w piw­nicy sta­rej hali, mu­mia z tap­czanu uśmie­chała się do niego wy­su­szo­nymi ustami, jakby za­pra­szała go do sie­bie, męż­czy­zna przy­bity przez oczo­dół gwoź­dziem do drzewa otwie­rał nie­usz­ko­dzone oko i pa­trzył na niego prze­ra­żony, ciemna po­stać strze­lała do niego z pi­sto­letu. Czuł, jak po­ci­ski wbi­jają mu się w piersi. Je­den, drugi, trzeci, czwarty. Od­ru­chowo po­ma­cał się po pier­siach. Co z tego, że były tylko dwa, on te­raz się czuł, jakby było ich wiele i wszyst­kie celne. Szcze­gól­nie czuł to nocą. Czy cią­gle wal­czył z tymi de­mo­nami? Nie, już dawno za­pa­no­wała mię­dzy nimi kru­cha rów­no­waga. Ale też się z nimi nie za­przy­jaź­nił, bo prze­cież były złe. Po­dob­nie jak zła była prze­szłość, z któ­rej nie­ustan­nie do niego po­wra­cały.

– W su­mie to gów­niana ro­bota, Irek. – Ze­brało mu się na szcze­rość.

Po­lu­bił No­wego, kiedy już się oka­zało, że nie jest taki, ja­kim go so­bie na po­czątku wy­obra­ził.

– Ro­bota inna niż wszyst­kie, ale tak samo gów­niana jak więk­szość. I nie­stety ma w so­bie „to coś”. Kiedy już się wcią­gniesz, ni­gdy się od tego nie uwol­nisz. To taki na­łóg i we­wnętrzna sprzecz­ność. Ża­łu­jesz ofiar, prze­ży­wasz każdą śmierć, a rów­no­cze­śnie chcesz wię­cej i wię­cej. Pod­świa­do­mie cze­kasz na co­raz więk­szych psy­choli i co­raz bar­dziej skom­pli­ko­wane śledz­twa. Zwy­kłe prze­stają cię za­do­wa­lać, bo je­steś uza­leż­niony i dawki tru­ci­zny mu­szą być co­raz więk­sze, żeby spra­wić ci sa­tys­fak­cję. Czym się róż­nimy od se­ryj­nych za­bój­ców, na­sta­wio­nych na za­spo­ka­ja­nie swo­ich pier­wot­nych po­trzeb?

– Chyba cię ro­zu­miem. – Bąk po­ki­wał głową, ale Za­krzew­ski wy­chy­lił whi­sky do końca i mó­wił da­lej, jakby do sie­bie:

– A co gor­sza, ta sa­tys­fak­cja jest tylko złu­dze­niem. Chwila na haju, a po­tem zjazd do miej­sca, gdzie już na cie­bie cze­kają nowe de­mony. I za­miast rzu­cić to w dia­bły, wma­wiasz so­bie, że prze­cież ktoś to musi ro­bić, a ty je­steś naj­lep­szy.

Pod­niósł wzrok na Bąka. Ob­wódki jego oczu były czer­wone, jakby cier­piał na ja­kieś chro­niczne za­pa­le­nie.

– Wielu mo­ich ko­le­gów z daw­nych lat wal­czy te­raz z ta­kimi sa­mymi de­mo­nami. Nie­licz­nym się udało. Albo te­raz chleją na umór, albo mają ze sobą pro­blemy, albo żony i dzieci nie chcą ich znać, albo po pro­stu już gryzą piach. Oni też so­bie wma­wiali, że ktoś to musi ro­bić, że są twar­dzi i da­dzą radę.

– I to wszystko za gów­niane pie­nią­dze – za­uwa­żył Irek.

Za­krzew­ski na­gle par­sk­nął śmie­chem.

– Masz ra­cję, Nowy, za gów­niane pie­nią­dze – przy­znał i pa­trzył na top­nie­jące kostki lodu w szklance, jakby się za­sta­na­wiał, czy za­mó­wić jesz­cze jed­nego drinka, czy jed­nak nie.

Na­gle znowu pod­niósł wzrok na młod­szego ko­legę.

– Prze­szłość jest zła, Irek – po­wtó­rzył. – Ale i tak to zro­bisz, prawda?

Bąk tylko ski­nął głową.

– Wła­ści­wie ja już pod­ją­łem de­cy­zję – przy­znał. – Chcia­łem tylko się cie­bie po­ra­dzić, od czego mam za­cząć.

– Może to i le­piej. – Mar­cin wzru­szył ra­mio­nami. – Może jak już do­wiesz się prawdy, nic gor­szego cię nie spo­tka.

Młod­szy aspi­rant znowu cze­kał przez mo­ment, aż Za­krzew­ski się ro­ze­śmieje, ale ten po­zo­stał po­ważny. To nie był żart.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki