Burza - Mieczysław Gorzka - ebook + audiobook + książka

Burza ebook i audiobook

Mieczysław Gorzka

4,3

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

30 osób interesuje się tą książką

Opis

Mieczysław Gorzka – ulubieniec czytelników – powraca z nową książką, pełną nagłych zwrotów akcji i niespodziewanych wątków!

Oskar nie jest taki jak inni ludzie. Potrafi zmieniać rzeczywistość. Tylko że wtedy zjawiają się ONI i próbują go zabić. Dlatego Oskar oficjalnie nie istnieje. Kiedy w jego życiu pojawia się tajemniczy chłopiec i prosi Oskara o pomoc, mężczyzna nie ma wyboru, chociaż oznacza to dla niego początek dramatycznej walki o życie. Przebywająca na urlopie komisarz Justyna Lewicka, policjantka po przejściach, nie planuje wracać do pracy, kiedy jej były mąż namawia ją do zrobienia wyjątku dla jednej sprawy. Musi więc znaleźć mordercę nieposiadającego tożsamości chłopca, którego ciało znaleziono nad jeziorkiem w lesie. Wraz ze spotkaniem Oskara zaczyna się najbardziej niebezpieczny pościg w jej życiu. Czy uda im się odkryć kim są ONI? Czy uda się ocalić chłopca? Jak pokonać zabójcę, który jest prawdziwą bestią, jakby nie pochodził z tego świata? Mieczysław Gorzka, wielki fan Kinga i Koontza, zabiera czytelnika w pełną grozy podróż przez pozornie znany nam świat, którego jednak wszystkich tajemnic jeszcze nie zgłębiliśmy. Nadciąga Burza. Prawdziwa nawałnica.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 443

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 57 min

Lektor:

Oceny
4,3 (1004 oceny)
572
217
134
60
21
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
LenaLenka123

Z braku laku…

Panie Gorzka , po Martwym Sadzie takie coś … :(
208
Weganka_i_Tajga

Z braku laku…

Totalnie nie moja bajka. Przywykłam do genialnych kryminałów Gorzki. Gdyby nie audiobook i dobry lektor, to nie dobrnęła bym do końca. Plus za dobry warsztat pisarski. Ale sama fabuła jest dla mnie tak pokręcona i dziwna, że nie polecam. Fakt nie spojrzałam, że tym razem autor wrócił do fantastyki. Jakbym wiedziała, to pewnie bym po nią nie sięgnęła
max_xor

Nie oderwiesz się od lektury

Rewelacja mistrzostwo wszystko co kocham w jednej powieści ,przeczytane jednym tchem .Autor przeszedł sam siebie .
124
jakprzezokno

Nie oderwiesz się od lektury

Mogę jedynie napisać - to nie jest zwykły thriller z ciarkami na plecach. To coś o wiele więcej. Jest niezwykły klimat tajemnicy, wręcz paranormalnych zjawisk, które wciągają czytelnika niczym ruchome piaski. Autor zawarł bardzo wiele naprawdę fascynujących elementów, więc oprócz ciekawego, brawurowego śledztwa charyzmatycznej policjantki będziecie mogli poznać podstawy fizyki kwantowej, zbadać niezbadane, poczuć podskórny strach i niesamowity klimat. Według mnie ta książka przynosi coś ożywczego, mrocznego, innego niż dotychczas. Przygotujcie się na prawdziwą nawałnicę…
104
mgd92

Nie polecam

Jak ktoś lubi bajki o potworach... To nawet nie jest horror tylko bardzo słabe science-fiction. Nie polecam, zmarnowany czas.
73

Popularność




Re­dak­cjaMał­go­rzata Sta­ro­sta
Ko­rektaJa­nusz Si­gi­smund, Mał­go­rzata Pod­lew­ska
Skład i ła­ma­nieAgnieszka Kie­lak
Pro­jekt okładkiMa­riusz Ba­na­cho­wicz
Zdję­cie wy­ko­rzy­stane na okładce©Vla­di­mir Fe­do­tov/Unsplash
© Co­py­ri­ght by Skarpa War­szaw­ska, War­szawa 2023 © Co­py­ri­ght by Mie­czy­sław Gorzka, War­szawa 2023
Ze­zwa­lamy na udo­stęp­nia­nie okładki książki w in­ter­ne­cie
Wy­da­nie pierw­sze
ISBN 978-83-83291-40-6
Wy­dawca Agen­cja Wy­daw­ni­czo-Re­kla­mowa Skarpa War­szaw­ska Sp. z o.o. ul. Bo­row­skiego 2 lok. 24 03-475 War­szawa tel. 22 416 15 81re­dak­cja@skar­pa­war­szaw­ska.plwww.skar­pa­war­szaw­ska.pl
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.

Po­czą­tek – maj 1992

– Nie chcę je­chać do wujka!

Mama cią­gnęła ośmio­let­niego Oskara po scho­dach do wyj­ścia z bloku, przed któ­rym w czer­wo­nym fia­cie 126p cze­kali na nich tata i star­szy o dwa lata brat, Wa­cek. Sil­nik już pra­co­wał i całe auto pod­ska­ki­wało jak pa­jac na sprę­ży­no­wych no­gach, któ­rego Oskar wi­dział w kre­skówce. Za­wsze mu się to po­do­bało, jed­nak nie tym ra­zem.

– Dla­czego nie chcesz je­chać? – py­tała, po raz nie wia­domo który tego ranka, jego mama.

Oskar po raz pierw­szy od­wa­żył się po­wie­dzieć prawdę.

– Boję się psa...

Za­trzy­mali się na chod­niku przed wej­ściem. Mama przy­klę­kła przy nim i po­gła­skała go po gło­wie.

– Nie bój się psa, on jest nie­groźny – po­wie­działa uspo­ka­ja­ją­cym to­nem, uśmie­cha­jąc się cie­pło. – Wu­jek na pewno za­mknie go w dru­gim po­koju. Zresztą, może psa wcale nie bę­dzie?

Nie prze­ko­nała Oskara.

– On jest duży...

Wu­jek miał owczarka nie­miec­kiego, który Oska­rowi wy­da­wał się ol­brzy­mem. Bał się wszyst­kich psów. Kiedy owcza­rek cho­dził po po­koju wo­kół stołu, on sie­dział sku­lony na krze­śle, bo­jąc się po­ru­szyć, żeby tylko nie zwró­cić na sie­bie uwagi. Pies wy­czu­wał jego strach i cza­sem spe­cjal­nie do niego przy­cho­dził albo war­czał, kiedy się za­po­mi­nał i po­ru­szył zbyt gwał­tow­nie. Nie lu­bił go.

Mama wes­tchnęła i miała coś jesz­cze po­wie­dzieć, kiedy tata ode­zwał się przez opusz­czoną szybę, prze­krzy­ku­jąc od­głos sil­nika:

– Po­spiesz­cie się, bo bę­dziemy spóź­nieni!

– Chodź, Oskarku, po­roz­ma­wiamy w sa­mo­cho­dzie – po­wie­działa mama.

W ten spo­sób zna­lazł się na tyl­nym sie­dze­niu ma­lu­cha obok swo­jego brata, który śmiał się z niego, że boi się psa.

Ru­szyli spod bloku, wy­je­chali na ulicę Ko­le­jową, po­tem skrę­cili w prawo w Le­gnicką i zna­leźli się na głów­nej dro­dze na Le­gnicę. Na wy­so­ko­ści znaku ozna­cza­ją­cego ko­niec mia­sta Środa Ślą­ska, mi­nęli się z pę­dzą­cym z górki ka­ma­zem wio­zą­cym gruz na bu­dowę.

Oskar szybko za­po­mniał o psie. Uwiel­biał jeź­dzić au­tem. Wy­da­wało mu się, że mkną przed sie­bie z wielką pręd­ko­ścią, po­bo­cze drogi zle­wało się w li­nię, wiatr wpa­da­jący przez uchy­lone okno szu­miał i szar­pał mu włosy. Ro­dzice o czymś roz­ma­wiali, brat pró­bo­wał go za­cze­piać, lecz on, po­grą­żony w swoim świe­cie, nie zwra­cał na niego uwagi. Na­wet nie za­uwa­żył, kiedy zna­leźli się w Mal­czy­cach, gdzie na­prze­ciw dworca PKP miesz­kał młod­szy brat taty z ro­dziną. Za­par­ko­wali na chod­niku przed do­mem, we­szli na po­dwórko i tata za­dzwo­nił do drzwi.

Wtedy z wnę­trza domu roz­le­gło się gło­śne uja­da­nie psa. Oskar aż pod­sko­czył z prze­ra­że­nia i moc­niej ści­snął mamę za rękę. Przy­po­mniał so­bie o psie i w ułamku se­kundy cały strach po­wró­cił w zwie­lo­krot­nio­nej for­mie. Czuł, że za­raz się roz­pła­cze.

– Nie bój się, Oskarku – uspo­ka­jała go mama. – Wu­jek na pewno go za­raz schowa. Po­pro­szę go o to.

Chło­piec nie słu­chał, wpa­trzony sze­roko otwar­tymi oczami w drzwi. W wy­obraźni wi­dział za nimi wście­kłą be­stię z wiel­kimi kłami, ośli­nio­nym ję­zo­rem, czer­wo­nymi oczami i bi­ją­cym z py­ska śmier­dzą­cym od­de­chem.

Ale na ucieczkę nie było szans.

Już sły­szał kroki wujka, który scho­dził po scho­dach, żeby im otwo­rzyć i krzy­czał na psa, żeby się uspo­koił.

Wtedy Oskar przy­po­mniał so­bie, że jest pe­wien spo­sób. Mógł od­wlec spo­tka­nie z psem, je­śli tylko bę­dzie tego bar­dzo chciał.

Szczęk­nął za­mek w drzwiach.

Rów­no­cze­śnie on za­ci­snął mocno po­wieki i bar­dzo chciał zna­leźć się gdzie in­dziej...

– Nie chcę je­chać do wujka!

Mama cią­gnęła ośmio­let­niego Oskara po scho­dach do wyj­ścia z bloku, przed któ­rym w czer­wo­nym fia­cie 126p cze­kali na nich tata i star­szy o dwa lata brat, Wa­cek. Sil­nik już pra­co­wał.

– Dla­czego nie chcesz je­chać? – za­py­tała mama.

– Boję się psa...

Za­trzy­mali się na chod­niku przed wej­ściem. Mama przy­klę­kła przy nim i po­gła­skała go po gło­wie.

– Nie bój się psa, on jest nie­groźny – po­wie­działa uspo­ka­ja­ją­cym to­nem, uśmie­cha­jąc się cie­pło. – Wu­jek na pewno za­mknie go w dru­gim po­koju. Zresztą, może psa wcale nie bę­dzie?

– On tam na pewno bę­dzie, za tymi drzwiami – od­rzekł szybko chło­piec. – I wu­jek wcale go nie za­mknie.

Mama po­pa­trzyła na niego uważ­nie.

– Dla­czego tak są­dzisz? – za­py­tała.

– Bo już raz tam by­łem i wi­dzia­łem.

– Po­spiesz­cie się, bo bę­dziemy spóź­nieni!

Mama nie zwró­ciła uwagi na wo­ła­nie taty.

– Kiedy tam by­łeś? – py­tała mama, pa­trząc na niego z tro­ską.

– Wszy­scy tam by­li­śmy, przed chwilą – wy­ja­śnił Oskar. – On szcze­kał, wu­jek scho­dził na dół i nie za­mknął psa.

– Ale...

– Obie­ca­łaś mi, że go za­mknie, a on go nie za­mknął!

Tato za­trą­bił i znowu krzyk­nął:

– Co wy tam jesz­cze ro­bi­cie?!

Mama uspo­ko­iła go ge­stem.

– Oskar, je­steś du­żym chłop­cem. Nie bój się tego psa, on jest bar­dzo przy­ja­ciel­ski. Wiem, że jest duży, ale nie zro­bił ni­komu krzywdy. Gdy szczeka, to zna­czy, że się cie­szy.

– On mnie nie lubi i chce mnie zjeść!

Mama znowu po­gła­skała go po gło­wie.

– Czy kiedy już tam dzi­siaj by­li­śmy, on chciał cię zjeść?

Chło­piec się za­wa­hał.

– Nie wiem... Nie wi­dzia­łem go, był za drzwiami, ale strasz­nie szcze­kał, więc na pewno był głodny!

– Coś ci się mu­siało przy­śnić, ko­cha­nie. – Mama ro­ze­śmiała się ner­wowo.

– Nie śniło mi się!

Tata znowu za­trą­bił.

– No chodź­cie już!

– Chodź, Oskarku, po­roz­ma­wiamy w sa­mo­cho­dzie – po­pro­siła.

W ten spo­sób zna­lazł się na tyl­nym sie­dze­niu ma­lu­cha, obok swo­jego brata, który śmiał się z niego, że boi się psa.

Ru­szyli spod bloku, wy­je­chali na ulicę Ko­le­jową, po­tem skrę­cili w prawo w Le­gnicką i zna­leźli się na głów­nej dro­dze na Le­gnicę. Na wy­so­ko­ści znaku ozna­cza­ją­cego ko­niec mia­sta Środa Ślą­ska zde­rzyli się czo­łowo z pę­dzą­cym z górki ka­ma­zem, wio­zą­cym gruz na bu­dowę.

Gość

Naj­gor­sze, co może czło­wieka spo­tkać w so­botni po­ra­nek, to nie­pro­szony gość. Szcze­gól­nie je­śli w piąt­kowy wie­czór była do­bra im­preza, mocno za­kra­piana al­ko­ho­lem, a po­wrót do domu prze­cią­gnął się na późne go­dziny nocne. No i oczy­wi­ście je­śli tym nie­pro­szo­nym go­ściem jest twój eks.

Taki splot nie­szczę­śli­wych wy­pad­ków spo­tkał tego po­ranka Ju­stynę Le­wicką. Naj­pierw z głę­bo­kiego snu, ma­ją­cego być pierw­szym le­kar­stwem na kaca, wy­rwał ją na­trętny dzwo­nek do drzwi, a kiedy wresz­cie do nich do­tarła, obi­ja­jąc się o szafki w przed­po­koju, i spoj­rzała przez wi­zjer, jęk­nęła w du­chu. Niech to ja­sny szlag trafi, tylko nie Ka­rol – po­my­ślała. Nie te­raz, kiedy ma kaca, nie­świeży od­dech, włosy w nie­ła­dzie i jest ubrana w roz­cią­gniętą pi­żamę. Znowu bę­dzie się czuła przy nim gor­sza, wrócą dawne kom­pleksy i traumy. Szcze­gól­nie, że, do ja­snej cho­lery, on jest jak zwy­kle w tym nie­na­gan­nie skro­jo­nym czar­nym gar­ni­tu­rze i wy­gląda, jakby do­piero co wy­szedł z sa­lonu pięk­no­ści.

Nie otwo­rzę – zde­cy­do­wała. Od­wró­ciła się, żeby odejść, kiedy na­gle roz­le­gło się stu­ka­nie do drzwi.

– Wiem, że tam je­steś! – do­biegł ją głos z dru­giej strony. – Otwórz.

Nie ode­zwała się.

– Ju­styna, otwórz! Mam do cie­bie ważną sprawę.

– Nie otwo­rzę! Idź so­bie, do ja­snej cho­lery!

– Nie odejdę! Otwórz.

– Kurwa, czy ty nie mo­żesz przyjść o ja­kiejś nor­mal­nej po­rze, a nie w so­botę rano, kiedy mia­łam za­miar spać do po­łu­dnia, a po­tem spo­koj­nie, przez ni­kogo nie nie­po­ko­jona, le­czyć kaca?

– To nie jest mój po­mysł. Je­stem tu służ­bowo.

Za­wró­ciła z końca ko­ry­ta­rza i po­de­szła za­cie­ka­wiona do drzwi.

– Co ty po­wie­dzia­łeś?

– Je­stem tu służ­bowo. Mam sprawę nie­cier­piącą zwłoki. Wpu­ścisz mnie?

– Za­mknij się na chwilę. My­ślę.

Umilkł na chwilę i na­słu­chi­wał, pod­czas gdy ona się na­my­ślała. Skoro wy­słali do niej Ka­rola, coś było na rze­czy. Ju­styna za­sta­na­wiała się tylko przez mo­ment. Czego może chcieć od niej Agen­cja Bez­pie­czeń­stwa We­wnętrz­nego? Mu­siała przy­znać, że za­in­te­re­so­wał ją swo­imi sło­wami. Zresztą, pew­nie do­sko­nale zda­wał so­bie z tego sprawę. W końcu znali się jak łyse ko­nie.

– Do­brze – ode­zwała się wresz­cie. – Za­raz prze­kręcę za­mek, ale mo­żesz wejść tu­taj do­piero za mi­nutę, że­bym zdą­żyła za­mknąć się w ła­zience. Za­nim wyjdę, masz zro­bić bar­dzo do­brą kawę na kaca. Zro­zu­mia­łeś?

– Za­wsze by­łaś wal­nięta.

– Nie py­ta­łam cię o opi­nię na mój te­mat. Py­ta­łam, czy zro­zu­mia­łeś?

– Tak, zro­zu­mia­łem.

Od­cze­kała jesz­cze chwilę i prze­krę­ciła za­mek. Upew­niw­szy się, że Ka­rol do­trzyma słowa, wy­cią­gnęła z szafy szla­frok, z szu­flady w sy­pialni bie­li­znę i za­mknęła się w ła­zience. Za­nim pu­ściła wodę pod prysz­ni­cem, chwilę jesz­cze na­słu­chi­wała. Po kil­ku­na­stu se­kun­dach usły­szała szczęk­nię­cie drzwi, kroki i trzask sza­fek w kuchni. Do­piero wtedy po­szła pod prysz­nic.

Długo spłu­ki­wała z sie­bie kon­se­kwen­cje zbyt du­żej dawki al­ko­holu przy­ję­tej po­przed­niej nocy. Zmro­żona wódka do­brze wcho­dziła i długo ocze­ki­wana chwila, kiedy or­ga­nizm po­wie dość, nie na­stą­piła. I stąd te­raz ta­kie bo­le­sne kon­se­kwen­cje.

Wy­szła z ła­zienki po kilku mi­nu­tach z mo­krymi wło­sami za­cze­sa­nymi do góry, boso, za­wi­nięta w biały szla­frok. Ka­rol stał przy oknie ty­łem do niej, po kuchni roz­cho­dził się przy­jemny aro­mat kawy. Na od­głos jej kro­ków od­wró­cił się. Z za­do­wo­le­niem za­re­je­stro­wała wy­raz jego oczu, kiedy na nią pierw­szy raz spoj­rzał. Czy do­strze­gła tam błysk żalu? Miała na­dzieję, że tak wła­śnie było. Cią­gle była atrak­cyjna, ale już poza jego za­się­giem.

Zwa­liła się ciężko na ku­chenny sto­łek przy stole. Ka­rol przy­go­to­wał kawę i po­sta­wił przed nią ku­bek.

– Mocna, czarna, z cy­tryną i dużą ilo­ścią cu­kru – po­wie­dział. – Naj­lep­sza na kaca.

Kawa była jego spe­cjal­no­ścią. Nie­je­den ba­ri­sta mógłby przy nim wpaść w kom­pleksy. Upiła szybko dwa łyki i po­czuła, jak do żo­łądka wpada go­rący stru­mień. Skrzy­wiła się. Z żo­łąd­kiem też jesz­cze nie zdą­żyła się prze­pro­sić, a do tego pod czaszką za­częło się łu­pa­nie. Na­dal czuła się fa­tal­nie.

– Gdzie było tak faj­nie? – za­py­tał niby obo­jęt­nie, sia­da­jąc na­prze­ciw niej z fi­li­żanką kawy z odro­biną mleka.

To też ich za­wsze dzie­liło. Ona piła z jak naj­więk­szego kubka, on tylko z fi­li­żanki, jak an­giel­ski lord her­batę. Zresztą dzie­liło ich wtedy wszystko. Nie pa­mię­tała, żeby mieli ja­kieś wspólne za­in­te­re­so­wa­nia. No może z wy­jąt­kiem seksu. Seks i tak dziw­nie długo spa­jał ich mał­żeń­stwo, aż wresz­cie na­mięt­ność tro­chę przy­ga­sła i nie było już od­wrotu. Na­wet nie pró­bo­wali od­wle­kać nie­uchron­nej ka­ta­strofy. Z per­spek­tywy czasu Ju­styna do­cho­dziła do wnio­sku, że nie­cier­pli­wie jej wy­pa­try­wali. No i wresz­cie na­stą­piła, koń­cząc ich mał­żeń­stwo efek­tow­nym roz­wo­dem z orze­ka­niem o wi­nie i spek­ta­ku­larną bi­twą o ma­ją­tek. Od tam­tych zda­rzeń mi­nęło już osiem lat, pod­czas któ­rych mach­nęli ręką na kłót­nie i utrzy­my­wali w miarę przy­ja­ciel­skie sto­sunki. Ka­rol po­now­nie się oże­nił, za to Ju­styna po­zo­stała sin­gielką. Miała kilku fa­ce­tów, ale, tak jak w przy­padku Ka­rola, łą­czył ją z nimi tylko seks, a w ten spo­sób bu­do­wane re­la­cje nie miały szans na prze­trwa­nie. Tylko je­den fa­cet w tym cza­sie za­wró­cił jej w gło­wie i to on z nią ze­rwał, ale o tym su­kin­synu sta­rała się od dwóch lat za­po­mnieć.

– Tu i tam – od­po­wie­działa nie­chęt­nie. – Tak cię to in­te­re­suje?

– By­naj­mniej.

– Więc czego chcesz?

– Do­szłaś już tro­chę do sie­bie? Nie przy­sze­dłem tu na kawę.

– Nie chrzań, Ka­rol. Gdy­byś tu przy­szedł tylko na kawę, nie wsta­wa­ła­bym na­wet z wyra.

– Dam ci jesz­cze chwilę, aż ta­bletki prze­ciw­bó­lowe za­czną dzia­łać.

– Prze­cież wiesz, że ni­gdy nie biorę ta­ble­tek prze­ciw­bó­lo­wych.

– Do­prawdy? Za­po­mnia­łem.

Na­dal był, cho­lera, przy­stojny, oce­niła. Z tym swoim cy­nicz­nym uśmiesz­kiem na peł­nych war­gach, prze­ni­kli­wym spoj­rze­niem brą­zo­wych oczu i ostrzy­żo­nymi na jeża czar­nymi wło­sami. Tyle tylko, że już nie ro­bił na niej ta­kiego wra­że­nia jak kie­dyś. Na­wet nie mia­łaby ochoty, żeby za­cią­gnąć go do łóżka i przy­pra­wić rogi jego no­wej wy­brance. Chyba się sta­rzeję, skon­sta­to­wała, pi­jąc kawę ma­łymi ły­kami. Żo­łą­dek już prze­stał się na nią gnie­wać i za­czął współ­pra­co­wać.

– Po­wiesz wresz­cie, czego chcesz, czy bę­dziemy tak sie­dzieć do po­łu­dnia? – Ju­styna wresz­cie nie wy­trzy­mała.

Ka­rol do­pił z gra­cją kawę, od­sta­wił fi­li­żankę na sto­lik i spoj­rzał jej w oczy.

– Chciał­bym, że­byś wró­ciła do pracy – po­wie­dział.

– Tylko tyle? – prych­nęła.

– Wi­dzisz, jaki zro­bi­łem się mało wy­ma­ga­jący?

Spo­waż­niała i za­my­śliła się. Piła kawę, za­po­mi­na­jąc o pie­cze­niu w żo­łądku. Wresz­cie po­krę­ciła głową.

– Nie ma mowy – od­po­wie­działa twardo. – Do­cze­kam szczę­śli­wie do końca zwol­nie­nia le­kar­skiego i de­fi­ni­tyw­nie od­cho­dzę z po­li­cji. Kil­ka­na­ście lat uże­ra­nia się z bandą szo­wi­ni­stów i zbo­czeń­ców, któ­rych żarty kręcą się tylko wo­kół dupy, już mi wy­star­czy. Za­czy­nam nowe ży­cie, tylko jesz­cze nie mam po­my­słu ja­kie.

– Trudno mi w to uwie­rzyć. – Uśmiech­nął się iro­nicz­nie. – Sama re­zy­gnu­jesz? Gdzie się po­działa tamta twarda ko­bieta, z którą się oże­ni­łem?

– Do­cze­kała szczę­śli­wie do roz­wodu – od­gry­zła się. – W po­li­cji je­stem skoń­czona.

Ka­rol na­gle spo­sęp­niał.

– Wiem wszystko o two­ich pro­ble­mach – ode­zwał się ci­cho. – W ciągu roku stra­ci­łaś dwóch part­ne­rów, w po­li­cji na­zy­wają cię Jo­na­szem, uwa­żają, że przy­no­sisz pe­cha, i nikt nie chce z tobą pra­co­wać. Na­wet twój szef za­su­ge­ro­wał, że może le­piej by było, gdy­byś zmie­niła za­wód. Szcze­gól­nie prze­ży­łaś bez­sen­sowną śmierć swo­jego ostat­niego ko­legi, Jarka Bru­cha. Two­rzy­li­ście zgrany duet, wszystko wam wy­cho­dziło, współ­praca ukła­dała się ide­al­nie, aż do tam­tego fe­ral­nego dnia.

Ju­styna na­gle za­pa­dła się w so­bie. Na­wet nie była na niego zła, że grze­bali w jej ży­ciu i wie­dzieli wię­cej, niż mo­gła przy­pusz­czać. Pew­nie wie­dzieli też, że noc przed śmier­cią spę­dziła wła­śnie z Jar­kiem, tylko Ka­rol oka­zał się na tyle tak­towny, żeby tego nie po­wie­dzieć na głos. W końcu miała do czy­nie­nia z pro­fe­sjo­na­li­stami z ABW.

Po­my­ślała, że jej ostat­nie al­ko­ho­lowe eks­cesy mają swoje źró­dło, któ­rego do­tąd so­bie nie uświa­da­miała. Nie, wie­działa, po co pije, tylko nie do­pusz­czała do sie­bie tej my­śli. Im­pre­zo­wała, żeby po­zbyć się wspo­mnień. I na ja­kiś czas się ich po­zbyła. Nie­stety, pod wpły­wem słów Ka­rola eks­plo­do­wały jej na­gle przed oczami ze zdwo­joną siłą.

Wspo­mnie­nie

Ja­rek Bruch obu­dził ją po­ca­łun­kiem. Uśmiech­nęła się do niego i od­dała po­ca­łu­nek, na­mięt­nie wpi­ja­jąc się w jego usta.

– Było su­per – szep­nęła mu póź­niej do ucha, tu­ląc się do niego.

– Mam na­dzieję, że nie zro­bi­li­śmy żad­nej głu­poty – po­wie­dział, pa­trząc jej w oczy. Miał oczy czarne jak dwa wę­gle, a tego ranka bił z nich jesz­cze ja­kiś we­wnętrzny blask, któ­rego wcze­śniej nie wi­działa. Szczę­ście? – Pra­cu­jemy ra­zem.

– Ża­łu­jesz?

– Nie.

– No to le­piej się za­mknij i mnie po­ca­łuj, bo za­raz sie­lanka się skoń­czy i bę­dziemy mu­sieli je­chać do firmy.

Tak zro­bił.

Po­tem przez cały dzień pi­sali za­le­głe ra­porty, za­cho­wy­wali się w pracy tak jak zwy­kle, wy­mie­niali uwagi na te­mat pro­wa­dzo­nych wła­śnie po­stę­po­wań, byli na na­ra­dzie u szefa i jak zwy­kle usie­dli w róż­nych rzę­dach. Nie ga­pili się na sie­bie, nie po­sy­łali so­bie ta­jem­ni­czych uśmie­chów, na­wet nie spo­glą­dali na sie­bie bez po­trzeby. Za­cho­wy­wali się jak pro­fe­sjo­na­li­ści zda­jący so­bie sprawę, o jaką stawkę to­czy się gra. Gdyby ich ro­mans uj­rzał świa­tło dzienne, ko­le­dzy nie da­liby im spo­koju. Kie­dyś i tak na pewno wyj­dzie, lecz mo­gli dać so­bie chwilę na przy­go­to­wa­nie stra­te­gii.

Po na­ra­dzie szef ka­zał im jesz­cze chwilę zo­stać. Po­dobno je­den z in­for­ma­to­rów pu­ścił farbę, że fa­cet, któ­rego na­mie­rzali od dawna, po dwóch mie­sią­cach nie­obec­no­ści znowu po­ja­wił się w mie­ście. Ja­rek był scep­tyczny, po­nie­waż źró­dłem in­for­ma­cji był ćpun, który za nar­ko­tyki od­dałby do bur­delu swoje młod­sze sio­stry, matkę sprze­dał han­dla­rzom or­ga­nami, a resztę ro­dziny okradł i jesz­cze spa­lił ich dom.

– Sprawdź­cie to – za­koń­czył szef i mimo pro­te­stów Jarka nie mieli wyj­ścia.

Na Mier­ni­czej, na trój­ką­cie, miesz­kała dziew­czyna Si­wego, więc to było pierw­sze miej­sce, które na­le­żało spraw­dzić.

Po­je­chali tam nie­ozna­ko­wa­nym po­li­cyj­nym au­tem. Jak na ko­niec lu­tego to był piękny dzień, świe­ciło słońce, które, w miarę jak wspi­nało się co­raz wy­żej na nie­bo­skłon, co­raz przy­jem­niej prze­ła­my­wało chłód zimy. We­szli na brudne i za­nie­dbane po­dwórko mię­dzy ka­mie­ni­cami nie­re­mon­to­wa­nymi od sie­dem­dzie­się­ciu lat.

Ja­rek szedł pierw­szy. Wi­działa, jak sięga pod wia­trówkę i upew­nia się, że broń znaj­duje się na wła­ści­wym miej­scu. Być może od­piął na­wet za­bez­pie­cze­nie, żeby ła­twiej mógł ją wy­cią­gnąć z ka­bury. Ma­chi­nal­nie zro­biła to samo.

Tylne wej­ście było otwarte. Zresztą, ra­czej ni­gdy nie było za­my­kane. Za­wiasy tak za­rdze­wiały, że skrzy­dło opa­dło i te­raz nie można było go prze­su­nąć w żadną stronę. Ja­rek wszedł wolno do środka, a po­dą­ża­jąca jego śla­dem Ju­styna na­gle pod­sko­czyła ze stra­chu. Serce omal nie wy­sko­czyło jej z piersi, roz­po­czy­na­jąc dziką ga­lo­padę. Za drzwiami stał wy­soki męż­czy­zna. Jego twarz gi­nęła w pół­mroku. Przez chwilę na­wet wy­dał się jej zna­jomy. Nie, to nie­moż­liwe, to mu­siało być tylko złu­dze­nie. Ja­rek prze­szedł obok niego i nie zwró­cił na fa­ceta uwagi, więc i ona chciała go wy­mi­nąć.

– Nie idź tam! – syk­nął.

Przy­sta­nęła. Na­gle po­czuła się nie­re­al­nie.

– Co mó­wisz?

– Nie idź tam. Tam jest śmierć.

Za­drżała mi­mo­wol­nie.

– Gdzie je­steś? – Ja­rek cof­nął się kilka kro­ków w ko­ry­ta­rzu i pa­trzył na nią py­ta­jąco.

– Już idę – rzu­ciła.

Spoj­rzała jesz­cze na ta­jem­ni­czego męż­czy­znę i za­marła, co­raz bar­dziej prze­stra­szona. W tym miej­scu nie było ni­kogo. To był tylko wy­twór jej wy­obraźni. Nie mo­gło być ina­czej. Prze­cież Ja­rek na pewno też by go wi­dział i nie prze­szedłby obok tak obo­jęt­nie.

Kiedy my­ślała o tym po cza­sie, do­szła do wnio­sku, że to było ostrze­że­nie. Jej anioł stróż zma­te­ria­li­zo­wał się na kilka se­kund i pró­bo­wał ją ostrzec. A ona zlek­ce­wa­żyła to ostrze­że­nie. Zresztą być może ni­kogo tam nie było, a ta­jem­ni­czą zjawę sama so­bie po­tem wy­my­śliła, chcąc zra­cjo­na­li­zo­wać tra­ge­dię, która wy­da­rzyła się po chwili. A może w ten spo­sób chciała so­bie po­ra­dzić z po­czu­ciem winy, że nie za­re­ago­wała od­po­wied­nio? Umysł ludzki cha­dza krę­tymi ścież­kami, cza­sem na­wet tymi po­grą­żo­nymi w wiecz­nym mroku.

Na dru­gim pię­trze pod drzwiami Kre­chy, dziew­czyny Si­wego – jed­nego z więk­szych de­ale­rów we wro­cław­skim nar­ko­ty­ko­wym pod­zie­miu – za­trzy­mali się, na­słu­chu­jąc. Wy­raź­nie usły­szeli kłót­nię. Kre­cha darła się na ko­goś, że zo­sta­wił ją samą na taki długi czas, ona nie miała na pro­chy i mu­siała da­wać dupy ko­le­gom, żeby ją wspo­mo­gli. Mę­ski, za­chryp­nięty głos wy­zy­wał ją od ku­rew i ka­zał jej wy­no­sić się do tych ko­le­gów, skoro było jej tak do­brze, kiedy ją po­su­wali. Ide­alna, zgrana, ko­cha­jąca się para.

Kiedy do­szły ich wy­raźne od­głosy szar­pa­niny i rę­ko­czy­nów, Ja­rek wy­cią­gnął broń i ski­nął głową. Ju­styna moc­niej ści­snęła swo­jego wal­thera, a on de­li­kat­nie na­ci­snął na klamkę. Drzwi się uchy­liły. Po­tem była szybka ak­cja i Siwy le­żał skuty z twa­rzą wci­śniętą w po­pla­miony dy­wan. Ju­styna po­dej­rze­wała, że więk­szość z tych plam jest po­cho­dze­nia or­ga­nicz­nego, jed­nak wtedy wo­lała w to nie wni­kać. Kre­cha stała w progu kuchni i wy­zy­wała ich od naj­gor­szych. W skró­cie cho­dziło jej o to, że nie mają prawa aresz­to­wać jej uko­cha­nego na­rze­czo­nego. Ju­styna pa­mię­tała ostat­nie słowa Jarka Bru­cha. Po­pa­trzył na nią z wy­raźną kpiną w oczach:

– Kurwa, oni na­prawdę mu­szą się ko­chać.

W tej chwili oboje po­peł­nili błąd. To, co wstrzy­my­wali przez cały dzień, wy­bu­chło mię­dzy nimi. Długo pa­trzyli so­bie w oczy, nie zwra­ca­jąc uwagi na oto­cze­nie, i na­wet nie za­uwa­żyli, skąd ko­bieta wzięła nóż. Póź­niej­sze śledz­two usta­liło, że się­gnęła do zlewu, w końcu stała w kuchni przed pro­giem do po­koju.

Sko­czyła do przodu jak mo­dliszka i Ju­styna do­kład­nie wi­działa, jak długi nóż do chleba wbija się w szyję Jarka w miej­scu, gdzie znaj­do­wała się tęt­nica. Tego wi­doku miała już nie za­po­mnieć do końca ży­cia.

Po­tem było jesz­cze mnó­stwo krwi try­ska­ją­cej wo­kół, bła­galne spoj­rze­nie Jarka, a po chwili jego błysz­czące jak wę­gle oczy zga­sły i od­szedł na za­wsze w jej ra­mio­nach. Wpa­dła wtedy w hi­ste­rię.

Mie­siąc była na zwol­nie­niu le­kar­skim, szef skie­ro­wał ją do psy­cho­loga po opi­nię, czy na­daje się do pracy w po­li­cji, ale wcze­śniej wy­ko­rzy­stała za­le­gły urlop. A że miała go bar­dzo dużo, nie pra­co­wała pra­wie trzy mie­siące. Na­stęp­nie zło­żyła po­da­nie o urlop bez­płatny i nie za­mie­rzała już wra­cać. Cho­ciaż mo­głaby wró­cić. Po­stę­po­wa­nie wy­ja­śnia­jące Biura Spraw We­wnętrz­nych Po­li­cji nie wy­ka­zało żad­nych za­nie­dbań pro­ce­du­ral­nych. To był po pro­stu nie­szczę­śliwy zbieg oko­licz­no­ści. Ale ona nie za­mie­rzała wra­cać. Piła i im­pre­zo­wała, żeby za­po­mnieć.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki
.

PO­LE­CAMY RÓW­NIEŻ:

KRWAW­NICA

Wcią­ga­jący thril­ler, w któ­rym strach ma różne ob­li­cza.Na­wet te naj­mniej ludz­kie...

Ucie­ka­jąc od trud­nej prze­szło­ści, były po­li­cjant Ra­fał Dzi­kow­ski wraz z żoną We­ro­niką prze­pro­wa­dza się do świeżo wy­re­mon­to­wa­nego domu nad Je­zio­rem Cho­bie­nic­kim we wsi Ba­gni­ska.

Miesz­kańcy wsi nie wy­dają się przy­chyl­nie na­sta­wieni do no­wych przy­by­szów, a na ścia­nie domu ktoś pi­sze sprayem słowo Krwaw­nica.

Wkrótce na po­dwó­rzu wy­ko­pane zo­stają zwłoki dwóch ko­biet. Gdy w Ba­gni­skach do­cho­dzi do ko­lej­nych nie­po­ko­ją­cych zda­rzeń, które ude­rzają bez­po­śred­nio w mał­żeń­stwo, Ra­fał po­sta­na­wia wziąć sprawy w swoje ręce.

Ja­kie ta­jem­nice skry­wają miesz­kańcy wio­ski? Kim były ko­biety, któ­rych zwłoki za­ko­pano na po­dwó­rzu? Czy klucz do roz­wią­za­nia za­gadki leży w prze­szło­ści Ra­fała i We­ro­niki?

Mie­czy­sław Gorzka za­biera nas w mroczny świat kłamstw i sza­leń­stwa,w któ­rym nic nie jest tym, czym się wy­daje...

.

PO­LE­CAMY RÓW­NIEŻ:

LI­LIE

Może to ty bę­dziesz moją na­stępną Li­lijką? Chcesz?

Dok­tor Ja­kub Ber­na­to­wicz po awan­tu­rze z żoną idzie do lasu i prze­pada bez śladu. Pod­czas po­ścigu za by­łym żoł­nie­rzem, po­dej­rza­nym o za­bój­stwo na­rze­czo­nej, po­li­cja od­naj­duje zwłoki za­mor­do­wa­nych bru­tal­nie in­nych ko­biet. Po­li­cjant z jed­nej z po­wia­to­wych ko­mend bada sprawę gwałtu sprzed wielu lat, po­dej­rze­wa­jąc, że ska­zany zo­stał nie­winny czło­wiek. Tym­cza­sem ofiar jest co­raz wię­cej.

Czy w spo­łe­czeń­stwie gra­suje nowa Be­stia? Czy wszyst­kie te sprawy mogą się ze sobą łą­czyć?

W cha­osie wy­da­rzeń i związ­ków mię­dzy nimi nad­ko­mi­sarz Mar­cin Za­krzew­ski bę­dzie mu­siał od­na­leźć Be­stię, za­nim po­ja­wią się nowe ofiary. Tylko że wszyst­kie tropy wiodą do­ni­kąd, a pod­jęte przez Za­krzew­skiego de­cy­zje do­pro­wa­dzą do dra­ma­tycz­nego fi­nału.

MIE­CZY­SŁAW GORZKA PO­WRACA Z NO­WYM,MROCZ­NYM KRY­MI­NA­ŁEM, W KTÓ­RYM NA FI­NAŁJAK ZA­WSZE CZEKA SIĘ Z ZA­PAR­TYM TCHEM.