Poszukiwacz Zwłok - Mieczysław Gorzka - ebook + audiobook + książka
BESTSELLER

Poszukiwacz Zwłok ebook i audiobook

Mieczysław Gorzka

4,6

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

52 osoby interesują się tą książką

Opis

Nowy kryminał mistrza gatunku.

Komisarz Laura Wilk staje na czele grupy śledczej poszukującej brutalnego zabójcy nastolatek. To nie podoba się jej kolegom z wydziału kryminalnego. Mimo początkowych sukcesów, brak współpracy między policjantami komplikuje sytuację. Kiedy jeden ze śledczych zostaje zamordowany, komisarz Wilk uświadamia sobie, że problem jest o wiele poważniejszy, niż jej się początkowo wydawało.

Maciej Lesiecki, psycholog współpracujący z policją, jest tak uwikłany w walkę z traumami z dzieciństwa, że nie dostrzega niepokojących zdarzeń, które nagle pojawiają się w jego życiu. Powoli traci kontrolę i jest coraz bardziej zagubiony. Nieoczekiwanie otrzymuje propozycję od nieznajomej kobiety. Ma znaleźć zwłoki zaginionej przed wielu laty młodej dziewczyny. Przyjmuje to zlecenie wierząc, że dzięki temu rozwiąże wszystkie swoje problemy. A sprawa ta nie jest prosta i niesie ze sobą wiele zagrożeń.

Pomimo własnych problemów komisarz Wilk próbuje pomóc Lesieckiemu. Oboje wpadają w pułapkę. Muszą walczyć o życie w świecie, gdzie wrogowie pozostają wrogami, na przyjaciół nie można liczyć, a za rogiem czai się nieuchwytny zabójca.

Mieczysław Gorzka urodził się w 1969 roku w Środzie Śląskiej, od trzydziestu lat mieszka we Wrocławiu. Z wykształcenia ekonomista, ale od zawsze jego największą pasją jest pisanie. Realizuje się w różnych gatunkach, największe jednak uznanie czytelników przyniosły mu powieści kryminalne.

Twórca postaci komisarza Marcina Zakrzewskiego, pojawiającego się w dwóch cyklach Cienie przeszłości i Wściekłe psy. Na pierwszy składają się: Martwy sad (2019), Iluzja (2019) i Totentanz (2020). W drugim ukazały się w roku 2021 dwie powieści: Polowanie na psy i Dziewięć. Poza seriami opublikowano dotąd utwory: Krwawnica (2022), Lilie (2022) i Burza (2023).

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 524

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 12 godz. 5 min

Lektor: Filip Kosior
Oceny
4,6 (3086 ocen)
2159
679
187
47
14
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
tmcichocki

Z braku laku…

„Ból znowu eks­plo­do­wał jak fajer­werki Wiel­kiej Orkie­stry Świą­tecz­nej Po­mo­cy.” Masakra…
152
IwonaMarch

Nie oderwiesz się od lektury

„Nie błagaj o litość, ponieważ nie ma żadnego Boga. Nie okazuj słabości, bo stracisz szacunek u innych. Pomóc możesz sobie tylko sam… Nie zwracaj uwagi na innych, nikt nie jest ważniejszy od ciebie. Nie rozmawiaj z nieznajomymi, tylko oni mogą cię zasmucić” Przyznam szczerze, że rzadko sięgam po polskie kryminały, ale pierwszego spotkania z Mieczysławem Gorzką nie będę żałować. Na pewno sięgnę po wcześniejsze pozycje autora, ponieważ lektura tej książki nie była stratą czasu. Laura i Maciej to główni bohaterowie książki „Poszukiwacza zwłok”. Ona jest komisarzem i zajmuje się sprawą seryjnego zabójcy Poltergeista. To jej pierwsza sprawa jako osoby dowodzącej, niestety współpraca z kolegami nie przebiega najlepiej. On to psycholog, który często współpracuje z policją. Pewnego dnia dostaje propozycję odnalezienia zwłok córki pewnego polityka. Okazuje się, że sprawa nie jest taka prosta, jak się wydaje. Nie dość, że musi zmierzyć się z traumami z przeszłości to teraz los stawia mu po drod...
112
Patrycja_Szlachta1

Nie polecam

Pierwszy raz książka Autora mnie rozczarowała. Nic mnie nie porwało w tej książce. Wkurzający bohater, antypatyczna główna bohaterka. Jeżeli będzie kontynuacja to sobie już odpuszczę
72
beataksiazkoholiczka

Całkiem niezła

Mam mieszane uczucia. Zaciekawiła mnie, fajnie się czytało, pochłonęłam ją w jeden dzień, ale... Coś mi nie gra. Trochę się gubiłam. Niemniej bardzo podobał mi się wątek "rozdwojenia jaźni". Jest to książka dla twardzieli. Dużo mordobicia, akcji, przekrętów, brudnej polityki i skorumpowanych policjantów. Dużo zła i agresji. Laura to twarda babka jednak trochę pogubiona. Pasowałaby jej rodzina :) nie mogę się doczekać kolejnej części. Bo na pewno taka będzie. Zwróciłam uwagę kto dał Laurze pieniądze, u kogo leżały deski. Myślę, że ten wątek się rozwinie. Aczkolwiek u Ariela nie wszystko było logiczne i spójne. Nie było wow, ale było napięcie. Brakuje mi jednak stylu Gorzki z "Martwego Sądu". Tam wszystko grało. Tutaj... Potrzebowałbym kilku słów wyjaśnienia.
1970Joanna

Dobrze spędzony czas

aż strach jechać do Wrocławia tam sami skorumpowani policjanci co to każdego chcą zabic
20

Popularność




Część pierw­sza

POLTERGEIST

Część I. POLTERGEIST

Począ­tek – wiele lat wcze­śniej

Gdzie jest ten Poszu­ki­wacz Zwłok?

Śled­czy z Jele­niej Góry popa­trzył na mun­du­ro­wego. Wydął przy tym usta i skrzy­wił się, jakby pytał o paskud­nego insekta, który wlazł mu wła­śnie za koł­nierz kurtki. Trudno było przy­znać się do tego, że cywil, zwy­kły stu­dent, odwa­lił część roboty ope­ra­cyj­nej nale­żą­cej do poli­cji. Tę część, w któ­rej zbla­zo­wa­nym śled­czym nie chciało się grze­bać. Bo szkoda czasu, bo sta­ty­styki, bo są pil­niej­sze sprawy, a dziew­czyna i tak się znaj­dzie. No i się zna­la­zła, do tego w sta­nie i w miej­scu naj­gor­szym z moż­li­wych.

Sosnowy las z wolna się prze­rze­dzał, poja­wiały się coraz więk­sze głazy i skały, a po kolej­nych kil­ku­dzie­się­ciu metrach koń­czył się pio­no­wym urwi­skiem, z któ­rego roz­cią­gał się cudowny widok na pod­gó­rze Kar­ko­no­szy. Można było tu sta­nąć i cie­szyć się pano­ramą. Można, gdyby nie skaza, blady kleks odcią­ga­jący uwagę od piękna natury. Nagie mar­twe ciało dziew­czyny kil­ka­na­ście metrów poni­żej.

– Tam sie­dzi. – Funk­cjo­na­riusz wska­zał do tyłu.

Męż­czy­zna mógł mieć góra dwa­dzie­ścia dwa lata. Oparł się poślad­kami o jeden z gła­zów, splótł ręce na pier­siach i wysta­wił twarz na pro­mie­nie słońca prze­ni­ka­jące przez rzad­kie korony drzew. Wyglą­dał, jakby był na relak­su­ją­cej gór­skiej eska­pa­dzie, a nie jak czło­wiek, który zna­lazł przed chwilą zwłoki zagi­nio­nej przed kil­koma dniami kole­żanki.

– On jest jakiś dziwny – dodał poli­cjant.

Śled­czy jesz­cze raz zmie­rzył faceta wzro­kiem. Nie podo­bała mu się jego postawa: roz­luź­niona, jakby bez­tro­ska, i ten dziwny uśmie­szek błą­ka­jący się po jego war­gach. Z czego on się, cho­lera, cie­szy? Tak zazwy­czaj nie wygląda ktoś, kto zna­lazł zakrwa­wione zwłoki. Do tego kogoś sobie zna­nego, z kim jesz­cze trzy dni temu szla­jał się po gór­skich szla­kach, pił wino i kto wie, co jesz­cze robił? Już on przy­ci­śnie tego pie­przo­nego detek­tywa ama­tora i miło­śnika poszu­ki­wań na wła­sną rękę.

W tym momen­cie od strony drogi nade­szli tech­nicy kry­mi­na­li­styczni ze sprzę­tem. Śled­czy mimo­wol­nie obrzu­cił spoj­rze­niem zacho­wu­ją­cego się dziw­nie mło­dego czło­wieka i przez głowę prze­le­ciała mu jesz­cze jedna myśl.

Chyba mieli pierw­szego podej­rza­nego.

Ariel – wiele lat wcze­śniej

Niena­wi­dził liczby trzy­na­ście. Przy­no­siła pecha, spro­wa­dzała nie­szczę­ścia, pako­wała w kło­poty. Ariel miał trzy­na­ście lat i nic nie mógł na to pora­dzić. Mógł tylko prze­cze­kać. Do tego miesz­kał pod nume­rem trzy­na­stym, przy­pi­saną do jego nazwi­ska liczbą porząd­kową w dzien­niku była paskudna i zło­wiesz­cza trzy­nastka. Na to też nie mógł nic pora­dzić. Był prze­ko­nany, że to wła­śnie ta prze­klęta liczba cią­gle zło­śli­wie spro­wa­dzała na niego kło­poty. Tak jak teraz.

Odgłosy pogoni zosta­wiał na chwilę z tyłu. Zatrzy­mał się na moment, żeby zła­pać oddech. Stał ukryty za pniem dużego drzewa, gdzieś w środku zanie­dba­nego i zaro­śnię­tego krza­kami parku. Dał się tu zapę­dzić, bo nie miał już dokąd uciec.

Gonili go we czte­rech. Znie­na­wi­dzeni kole­dzy z klasy, któ­rzy cią­gle go prze­śla­do­wali i wyśmie­wali się z jego imie­nia. No bo „jak można mieć na imię Ariel?”. Jak pro­szek do pra­nia. Tylko tym tuma­nom nie przy­szło nawet do głowy, że imię Ariel nosił duszek powietrzny z dzieła wiel­kiego zagra­nicz­nego dra­ma­turga, poma­ga­jący szla­chet­nemu Pro­spe­rowi doko­nać zemsty na złych ludziach. Ariel wszyst­kim to tłu­ma­czył, ale nikt go nie słu­chał. Dla więk­szo­ści był tylko prosz­kiem do pra­nia. I cza­sem tak się czuł. Był nie­istotny, banalny, nie­do­strze­galny, igno­ro­wany. Tak, jakby był niczym, nikim, prosz­kiem albo po pro­stu pro­chem. Cza­sami zasta­na­wiał się przed snem, czy gdyby kie­dyś roz­wiał się na wie­trze, ktoś by to w ogóle zauwa­żył. Pew­nie nikt.

Kole­dzy ze szkoły prze­śla­do­wali go nie tylko za imię, ale także za to, że był inny. Inte­li­gentny, deli­katny, wraż­liwy. Ale chyba głów­nie z tego powodu, że był od nich mądrzej­szy. Dosko­nale się uczył, dużo czy­tał, pięk­nie się wysła­wiał, był grzeczny, sza­no­wał star­szych, nie spra­wiał kło­po­tów, nie pił taniego wina i nie palił papie­ro­sów za szkołą. Pew­nie nie­któ­rzy z tych ści­ga­ją­cych go teraz tuma­nów ni­gdy w życiu nie dosię­gną swoją inte­li­gen­cją pozio­mów, na któ­rych on był już od dawna. Był total­nie inny, nie paso­wał do tego miej­sca. Mała wieś nie­opo­dal wiel­kiego mia­sta nie tole­ro­wała takich odmień­ców. Wybryki natury odsta­jące od mocno zani­żo­nej śred­niej zawsze były prze­śla­do­wane. Tak naprawdę polo­wa­nia na cza­row­nice ni­gdy się nie skoń­czyły, przy­brały tylko inną formę, bo gdyby żył w tam­tych cza­sach, pew­nie nie­chyb­nie spło­nąłby na sto­sie.

Gdzieś nie­da­leko usły­szał trzask łama­nych gałęzi. Zerwał się do biegu.

– Tu jest! – roz­legł się za nim rado­sny okrzyk jed­nego z prze­śla­dow­ców.

Ucie­kał na oślep, czu­jąc, jak rani sobie ramiona i nogi o ostre krzaki, uchy­la­jąc się przed gałę­ziami zło­śli­wie sma­ga­ją­cymi go po twa­rzy. Nawet one były prze­ciw niemu. Bo prze­cież wszy­scy są prze­ciw słab­szym i „innym”. Nawet Bóg.

Wybiegł nagle na małą łączkę i już wie­dział, gdzie jest. Około stu metrów dalej zoba­czył zruj­no­wany pałac nale­żący nie­gdyś do wła­ści­ciela ziem­skiego, posia­da­ją­cego też kilka poło­żo­nych bli­sko wio­sek. Jed­nak każda potęga prze­mija, histo­ryczne zawie­ru­chy wywra­cają i nisz­czą wszystko. W taki spo­sób pałac popadł w ruinę, ota­cza­jący go park przy­po­mi­nał teraz raczej pusz­czę niż miej­sce do spa­ce­rów i spę­dza­nia miłych chwil w upalne dni. Staw przed pała­cem też zmie­nił się w bagno poro­śnięte wodną roślin­no­ścią.

Ariel biegł reszt­kami sił, grzę­znąc w wyso­kiej tra­wie. Pogoń się zbli­żała. Na łączkę z czte­rech stron wypa­dło czte­rech napast­ni­ków, wyda­jąc rado­sne okrzyki na jego widok. Ruiny były dla niego ostat­nim ratun­kiem. Tylko czy zdoła dobiec do nich przed tam­tymi? Oni porzu­cili gdzieś swoje ple­caki. On swój, na doda­tek pełen ksią­żek wypo­ży­czo­nych dzi­siaj z biblio­teki, miał na ramie­niu.

Udało się. Pod­cią­gnął się i wsko­czył do środka przez pozba­wione okien­nic boczne okno znaj­du­jące się tuż nad samą zie­mią. Od razu pobiegł w kie­runku scho­dów, wbiegł na górę po dziu­ra­wych kamien­nych stop­niach, prze­biegł przez jedno pomiesz­cze­nie, potem dru­gie, aż wresz­cie zna­lazł schro­nie­nie we wnęce w murze jed­nego z kory­ta­rzy. Przy­kuc­nął, ciężko dysząc, zlany potem. Serce tłu­kło mu się w pier­siach jak prze­stra­szony ptak w klatce. Bał się. Cho­ler­nie się bał. Zakrył dło­nią usta, żeby tamci nie usły­szeli jego chra­pli­wego odde­chu. Po chwili się uspo­koił i nasłu­chi­wał.

Na dole roz­le­gły się głosy. Znowu się roz­dzie­lili, żeby go szyb­ciej odszu­kać. Sły­szał kroki na scho­dach, potem chrzęst gruzu i śmieci pod ich butami, kiedy go szu­kali. Jeden bli­sko, inny dalej, jeden na górze, kolejny na dole. Nikogo nie było na jego pię­trze. Oddy­chał głę­boko i zaczął w myślach powta­rzać te kilka wer­sów man­try, którą stwo­rzył któ­re­goś wie­czoru po powro­cie do domu z pod­bi­tym okiem. Słowa przy­no­siły mu otu­chę, mobi­li­zo­wały do dzia­ła­nia, doda­wały odwagi. Bo prze­cież nie ma sytu­acji bez wyj­ścia.

– Nie bła­gaj o litość, ponie­waż nie ma żad­nego Boga. Nie oka­zuj sła­bo­ści, bo stra­cisz sza­cu­nek u innych…

Usły­szał ciche kroki na scho­dach. Któ­ryś z nich się zbli­żał. Zaci­snął mocno powieki, zbie­ra­jąc się w sobie. Moc­niej chwy­cił ciężki ple­cak wypchany książ­kami.

– Pomóc możesz sobie tylko sam…

Tak, musi to zro­bić sam. Nie­ważne, ilu ich jest. Liczą się deter­mi­na­cja, hart ducha i spryt. Ich prze­waga liczebna jest nie­istotna. Prze­cież on jest od nich cztery razy inte­li­gent­niej­szy. Może nawet szes­na­ście razy.

– Nie zwra­caj uwagi na innych, nikt nie jest waż­niej­szy od cie­bie…

Kroki na kory­ta­rzu się zbli­żyły. Napast­nik był już tylko kilka metrów od jego kry­jówki. Zebrał się w sobie.

– Nie roz­ma­wiaj z nie­zna­jo­mymi, tylko oni mogą cię zasmu­cić…

Zamach­nął się teczką, kiedy jeden z chłop­ców był już o krok. To był Michał, ten o cią­gle zło­śli­wym uśmie­chu, naj­więk­szy waze­li­niarz, który na każde słowo szefa bandy, Romka, reago­wał grom­kim śmie­chem, nawet jeśli ten mówił rze­czy – obiek­tyw­nie patrząc – nie­śmieszne.

Chło­pak dostał w twarz. Zachwiał się i z jękiem gruch­nął na plecy, wznie­ca­jąc obło­czek kurzu. Był tak zasko­czony, że nawet nie zare­ago­wał. Przez chwilę nie wie­dział, co się stało, a potem zła­pał się rękami za roz­bity i krwa­wiący nos. Już nie był boha­te­rem ocho­czo biją­cym słab­szych. Teraz po pro­stu się roz­pła­kał, pró­bu­jąc zata­mo­wać krwa­wie­nie. Ariel pod­biegł do niego i kop­nął go w bok.

Potem od razu ruszył w kie­runku, z któ­rego docho­dziły odgłosy kro­ków innego z napast­ni­ków. Poczuł się cudow­nie lekko. Już się nie bał. Teraz on był myśli­wym.

– Nie bła­gaj o litość, ponie­waż nie ma żad­nego Boga – szep­tał do sie­bie bez­gło­śnie. – Nie oka­zuj sła­bo­ści, bo stra­cisz sza­cu­nek u innych.

Zosta­wił ple­cak na kory­ta­rzu i zbiegł szybko na dół.

– Pomóc możesz sobie tylko sam – powta­rzał, bo to mu doda­wało odwagi.

Dru­giego dopadł w kącie jed­nego z pomiesz­czeń. Zasy­pał go gra­dem cio­sów i kop­nięć, tak że tam­ten nie zdą­żył nawet zare­ago­wać. Upadł na kolana i zasło­nił głowę ramio­nami. Mimo to Ariel kop­nął go jesz­cze dwa razy, po czym znik­nął tak szybko, jak się poja­wił. Zosta­wił jęczą­cego chło­paka, plu­ją­cego krwią roz­bi­tych warg. To był Janusz, kolejny przy­du­pas Romka.

– Nie zwra­caj uwagi na innych, nikt nie jest waż­niej­szy od cie­bie. Nie roz­ma­wiaj z nie­zna­jo­mymi, tylko oni mogą cię zasmu­cić.

Spo­tkał ich na par­te­rze. Jarek pro­wa­dził uty­ka­ją­cego Michała. Krew na­dal obfi­cie pły­nęła mu z nosa. Na jego widok Jarek stra­cił chęć do walki, puścił kolegę i po pro­stu zwiał bez słowa. Michał, mimo opła­ka­nego stanu, też rzu­cił się do ucieczki w ślad za kolegą. Już nie byli tacy mocni, jak im się to na początku wyda­wało.

– Pomóc możesz sobie tylko sam – powie­dział gło­śniej, rozej­rzał się po pod­ło­dze i pod­niósł ciężką połówkę czer­wo­nej cegły.

– Gdzie wy jeste­ście?! – dobiegł go z góry głos Romka. – Macie zasrańca?!

Odpo­wie­działa mu cisza, więc zawo­łał jesz­cze raz gło­śniej i z wyraź­nym nie­po­ko­jem w gło­sie:

– Michał, Jarek?! Co z wami? Gdzie wy poleź­li­ście?!

Ariel ruszył scho­dami na górę, z cegłówką w dłoni. Szedł cicho jak zło­śliwy duch, a przy­naj­mniej na tyle bez­sze­lest­nie, żeby Romek go nie usły­szał. Przy­wódca bandy cho­dził po pod­da­szu i pomsto­wał gło­śno na nie­obec­nych kole­gów, coraz bar­dziej zły i znie­cier­pli­wiony. Wresz­cie szarp­nął za zabite płytą pil­śniową drzwi bal­ko­nowe. Stare gwoź­dzie tkwiące w zbu­twia­łych futry­nach puściły i wyszedł na czę­ściowo znisz­czony przez czas bal­kon. Barierka z jed­nej strony była zerwana i nie­roz­sąd­nie było tam wcho­dzić. Romek jed­nak poszedł, omi­ja­jąc ten frag­ment bal­konu. Pewne chciał się rozej­rzeć po oko­licy, podej­rze­wa­jąc, że jego kole­dzy dostrze­gli gdzieś ucie­ka­ją­cego Ariela i pobie­gli za nim. Stąd był dosko­nały widok na łąkę, zaro­śnięty staw i część parku. Romek wychy­lił się odro­binę przez barierę z desek, którą ktoś przed laty tu posta­wił dla bez­pie­czeń­stwa. Tylko nie wia­domo czy­jego, bo nikt prze­cież tu nie wcho­dził.

– Pomóc możesz sobie tylko sam.

To dobrze, że Romek tam stał. Nie sły­szał, jak w jego kie­runku idzie Ariel. Usły­szał dopiero wtedy, kiedy ten sta­nął na progu drzwi na bal­kon.

Romek odwró­cił się gwał­tow­nie. W posta­wie Ariela musiało być coś takiego, że na jego twa­rzy poja­wił się prze­strach. Tak wła­śnie dzia­łali nie­letni szkolni ban­dyci. Tra­cili cały rezon, kiedy bra­ko­wało hordy poplecz­ni­ków i trzeba było samemu spoj­rzeć oso­bie prze­śla­do­wa­nej w twarz. A to wyma­gało szcze­gól­nej odwagi, jeśli osoba gnę­biona miała w ręku cegłówkę. Romek zbladł i nie potra­fił nic powie­dzieć. To dobrze; i tak nic mądrego nie popły­nę­łoby z jego ust. W środku był pusty jak dzban. Nie miał nic do zaofe­ro­wa­nia światu prócz psu­cia i nisz­cze­nia. Był jed­nostką zbędną. To on był teraz prosz­kiem, a Ariel zmie­nił się w głaz.

Jeśli są sytu­acje, w któ­rych w ludziach budzi się uśpiona bestia, to wła­śnie była jedna z nich.

– Nie zwra­caj uwagi na innych, nikt nie jest waż­niej­szy od cie­bie. Nie roz­ma­wiaj z nie­zna­jo­mymi, tylko oni mogą cię zasmu­cić – powie­dział Ariel i postą­pił krok w kie­runku Romka.

1

Dziew­czyna miała około szes­na­stu lat, dłu­gie ciemne włosy po matce, które zawsze nosiła roz­pusz­czone, jakby chciała się nimi pochwa­lić całemu światu. Ubie­rała się jak więk­szość nasto­la­tek – mod­nie, cza­sem wyzy­wa­jąco, cza­sem bez­wstyd­nie. Jezu, dla­czego w cza­sach, kiedy on był nasto­lat­kiem, jego rówie­śnice tak się nie ubie­rały? Wtedy wszy­scy byli zakuci w szkolne mun­durki, tylko dys­ko­teki albo pry­watki dawały pewną odmianę, no ale dziew­czyny nie były tak odważne, jak obecne poko­le­nie, nie poka­zy­wały na ulicy pępka w za krót­kiej koszulce. No, cóż, musiał się z tym pogo­dzić.

I oczy­wi­ście tele­fon komór­kowy w zaci­śnię­tej dłoni, z bia­łymi kabel­kami pro­wa­dzą­cymi do słu­cha­wek w uszach. Czy dzi­siaj jaki­kol­wiek nasto­la­tek, idąc do szkoły, zwraca uwagę na ota­cza­jącą go rze­czy­wi­stość? Nie, bo idzie jak luna­tyk, z nosem w ekra­nie, i nawet gdyby przez noc życie na Ziemi się skoń­czyło, a wytwory cywi­li­za­cji obró­ciły się w perzynę, pew­nie nie dostrzegłby tego od razu. No chyba że nie byłoby połą­cze­nia z netem. Zresztą czy teraz są jesz­cze nor­malne tele­fony? Prze­cież oni nawet do sie­bie nie tele­fonują, tylko piszą na komu­ni­ka­to­rach. Jaka przy­szłość czeka ludz­kość, kiedy dzi­siej­sze dzieci przejmą jej stery? Marna.

Pogrą­żony w nie­we­so­łych myślach, sie­dział w samo­cho­dzie zapar­ko­wa­nym przy chod­niku, któ­rym nasto­latka szła do szkoły, i obser­wo­wał, jak się zbliża. Mimo wszyst­kich gorz­kich reflek­sji, jakie go nawie­dziły, czuł dziwne cie­pło pod ser­cem, gdy na nią patrzył. Była wysoka, szczu­pła i bar­dzo ładna. Kiedy pod­no­siła wzrok znad ekranu, żeby nie wpaść na żywo­płot, słup albo zapar­ko­wany kołami na chod­niku samo­chód, dostrze­gał to bar­dzo wyraź­nie. I te ciemne oczy patrzące spod ciem­nych brwi. Cudowne!

Tak, zde­cy­do­wa­nie była podobna do matki, która kie­dyś z powo­dze­niem brała udział w kon­kur­sach pięk­no­ści. Przez jakiś czas była nawet pre­zen­terką pogody w jed­nej z lokal­nych sta­cji tele­wi­zyj­nych, zanim nie zako­chała się jak idiotka w tym wyta­tu­owa­nym kre­ty­nie. Pew­nie w życiu nie prze­czy­tał żad­nej książki z wyjąt­kiem książki ser­wi­so­wej bar­dzo dro­giego auta, któ­rym aktu­al­nie roz­bi­jał się po mie­ście. A i to nie­ko­niecz­nie. Prze­cież syn wła­ści­ciela ogól­no­kra­jo­wej sieci mar­ke­tów spo­żyw­czych nie mógł jeź­dzić byle czym. Miał też inną wadę. Musiał mieć cią­gle nowe i coraz młod­sze dziew­czyny, więc była pre­zen­terka pogody szybko stra­ciła miej­sce na pie­de­stale i ode­szła w zapo­mnie­nie. Ni­gdy się z tego upadku nie pod­nio­sła. Z tego, co się dowie­dział, od lat samot­nie wycho­wy­wała córkę i pra­co­wała w butiku w cen­trum. Kariera modelki cza­sem koń­czy się dość bole­śnie. I tak mogło być gorzej.

Nasto­latka minęła go, nie odry­wa­jąc wzroku od tele­fonu. Patrzył, jak się oddala. Miała dłu­gie nogi, skry­wane teraz przez czarne pod­ko­la­nówki, krótka spód­niczka falo­wała na boki przy każ­dym kroku, na odkry­tych ple­cach z dumą pre­zen­to­wał się tatuaż w kształ­cie roz­ło­żo­nych skrzy­deł. Jezu, kto nasto­latce pozwo­lił na taki tatuaż? Cho­ciaż z dru­giej strony podo­bał mu się. Był nawet pod­nie­ca­jący. Pobu­dzał wyobraź­nię. Pro­wo­ko­wał do roz­wa­żań, czy cza­sem inne takie nie­spo­dzianki nie czają się w miej­scach intym­nych, przez więk­szość czasu ukryte przed świa­tem i odsła­niane tylko tym naj­bar­dziej zaufa­nym. Cie­kawa myśl, ale chyba nie­od­po­wied­nia w tej chwili i w tym kon­tek­ście. Przy­wo­łał się do porządku.

Zasta­na­wiał się, czy ją kochał. Prze­cież w ogóle jej nie znał. Chyba tak, takie uczu­cie jest sil­niej­sze niż wszystko inne. Trwa mimo czasu i odle­gło­ści, na prze­kór wszyst­kiemu, nawet abso­lut­nemu bra­kowi kon­taktu, nawet wśród nie­zna­jo­mych. Jezu, świat jest zbyt skom­pli­ko­wany. Wolałby, żeby był mniej zło­żony, może wtedy można by zapa­no­wać nad nara­sta­ją­cymi gdzieś w środku pier­wot­nymi, prze­ra­ża­ją­cymi, zwie­rzę­cymi żądzami. Naj­gor­sze było to, że on nie potra­fił nad nimi zapa­no­wać. Teraz nawet nie pró­bo­wał. Po pro­stu kie­dyś eks­plo­duje z nisz­czy­ciel­ską siłą. Znowu w jego życiu nastą­pią gwał­towne i bar­dzo emo­cjo­nu­jące zmiany i na jakiś czas będzie spo­kój. Jezu, czy to się kie­dyś skoń­czy?

Dziew­czyna odda­liła się i znik­nęła za rogiem budynku. Wes­tchnął, prze­krę­cił klu­czyk w sta­cyjce i kiedy tylko sil­nik zawar­czał, włą­czył się do ruchu. Po chwili waha­nia też skrę­cił za róg, w ślad za nasto­latką. Popa­trzył na nią jesz­cze, zanim doszła do budynku szkoły.

Potem, rusza­jąc wolno, myślał. Jezu, jaki ona ma cha­rak­ter? To, że fizycz­nie była podobna do matki, nie budziło żad­nych wąt­pli­wo­ści. I bar­dzo dobrze. Mia­łaby w życiu o wiele trud­niej, gdyby odzie­dzi­czyła urodę po ojcu. Ale jaka naprawdę jest? Może jest lek­ko­myślna, poryw­cza, łatwo się zako­chuje i pod wpły­wem bli­żej nie­okre­ślo­nych impul­sów podej­muje zazwy­czaj błędne decy­zje, jak matka? A może jest taka jak ojciec? Jezu, jeśli zmaga się z tyloma oso­bi­stymi pro­ble­mami co ojciec, to jej przy­szłość jawi się dość ponuro.

Zamy­ślony nie zauwa­żył męż­czy­zny na pasach przed szkołą. W ostat­niej chwili naci­snął na pedał hamulca, opony jęk­nęły na asfal­cie, auto zatrzy­mało się, a prze­cią­że­nie rzu­ciło nim o kie­row­nicę. Jezu, o mało nie prze­je­chał prze­chod­nia. Kie­dyś mia­sto zatrud­niało bez­ro­bot­nych, żeby poma­gali prze­cho­dzić dzie­cia­kom przez ulice przed szko­łami. Ubrani w odbla­skowe kami­zelki, z wiel­kimi trans­pa­ren­tami w dło­niach byli widoczni z daleka. Teraz chyba ten zwy­czaj już znik­nął, bo przed tą szkołą nikogo takiego nie było i wła­śnie doszłoby do nie­przy­jem­nego zda­rze­nia. Co prawda jechał wolno, ale jed­nak.

Męż­czy­zna postał chwilę przed maską jego auta, patrząc mu pro­sto w oczy. Był wysoki, miał krót­kie zafar­bo­wane na czarno włosy i coś takiego w oczach, że aż czło­wieka prze­cho­dziły ciarki, kiedy tam­ten świ­dro­wał go spoj­rze­niem. Bar­dzo nie­przy­jemny typ, spe­cy­ficzny i dość mroczny. Na szczę­ście poka­zał tylko środ­kowy palec i poszedł dalej, zni­ka­jąc mu z oczu.

2

Pieprzone ponie­działki! Czy ktoś w ogóle lubił ponie­dzia­łek? We krwi krą­żyły pew­nie jesz­cze jakieś ostat­nie pro­mile z sobot­niej popi­jawy i z lecze­nia kaca piwem w dzień święty. Trzeba było jesz­cze kilku godzin, żeby dojść do sie­bie i zacząć w miarę nor­mal­nie myśleć i funk­cjo­no­wać. W związku z tym wyprawa autem za mia­sto do jakiejś pipi­dówy w ten prze­klęty pierw­szy dzień tygo­dnia była naj­więk­szą katorgą, jakiej czło­wiek mógł doświad­czyć. Cho­ciaż z dru­giej strony cios pałką w głowę na początku tygo­dnia mógł zwia­sto­wać, że potem będzie już tylko lepiej. Jedy­nie oko­licz­no­ści, dla jakich trzeba było się tele­pać w to odludne miej­sce, nie zapo­wia­dały na póź­niej łatwej i przy­jem­nej pracy. Raczej były pre­lu­dium do praw­dzi­wego trzę­sie­nia ziemi, połą­czo­nego z gra­do­bi­ciem i powo­dzią.

Takie było przy­naj­mniej zda­nie komi­sa­rza Pio­tra Żoł­nie­rza, kiedy jego służ­bowe auto pod­ska­ki­wało na wybo­jach polnej drogi mię­dzy polami. Na każdy taki pod­skok kac odpo­wia­dał tępym łupa­niem w czaszce. Dobrze, że przy­naj­mniej już widział cel wyprawy – małą kępę drzew przy auto­stra­dzie A4 w kie­runku na Opole. Pro­mie­nie poran­nego słońca odbi­jały się w szy­bach kilku sto­ją­cych tam poli­cyj­nych radio­wo­zów.

Że też ten skur­wy­syn wybie­rał takie miej­sca na swoje zbo­czone zabawy – prze­mknęło mu przez zbo­lałą głowę. Pod­miot tej uwagi spe­cjal­nie dzia­łał w taki spo­sób. Dla­tego od pię­ciu lat pozo­sta­wał nie­uchwytny. Zabójca nasto­la­tek, który zawsze ude­rza znie­nacka, mal­tre­tuje, gwałci, zabija i znika. Jak zło­śliwy duch z samego pie­kła. Taki cho­lerny polter­ge­ist. I tak wła­śnie ochrzciła go prasa, kiedy jakiś poli­cyjny gno­jek puścił farbę i do mediów dotarło, że w oko­li­cach Wro­cła­wia od lat gra­suje seryjny zabójca. Żoł­nierz pamię­tał chryję, jaka się zro­biła, kiedy opu­bli­ko­wano arty­kuł, w któ­rym zna­la­zło się wyjąt­kowo dużo szcze­gó­łów z dotych­cza­so­wych zabójstw, zna­nych tylko pro­ku­ra­to­rom i poli­cjan­tom zaj­mu­ją­cym się ści­ga­niem Polter­ge­ista. Komen­dant woje­wódzki wpadł wtedy we wście­kłość i koniecz­nie chciał dopaść kreta. To był jakiś gno­jek, nie­po­tra­fiący po pijaku trzy­mać gęby na kłódkę, albo sprze­dajna menda, albo jesz­cze więk­szy skur­wy­syn, któ­remu zale­żało wyłącz­nie na udu­pie­niu kole­gów. I oczy­wi­ście nie zna­leźli wtedy kreta. Dla komen­danta sprawa była jasna. Jeśli śled­czy nie potra­fią wytro­pić źró­dła prze­cieku we wła­snych sze­re­gach, to z nich są gów­niani śled­czy i na pewno nie znajdą zabójcy.

Poszła w ruch gilo­tyna i pole­ciały głowy, jak w pew­nym kraju, pod­czas trój­ko­lo­ro­wej rewo­lu­cji. Pole­ciał pro­ku­ra­tor, mimo że był jed­nym z naj­lep­szych, odwo­łany został szef grupy śled­czej, a jego miej­sce zajął komi­sarz Piotr Żoł­nierz.

Wtedy się cie­szył, bo mógł wresz­cie poka­zać, ile jest wart. Tylko że od tam­tego czasu minęły dwa lata i nie poka­zał wiele, a ciało kolej­nej nasto­latki, do któ­rego wła­śnie się zbli­żał, spo­wo­duje, że i on w naj­bliż­szym cza­sie zosta­nie usu­nięty ze sta­no­wi­ska szefa grupy docho­dze­niowo-śled­czej. No i dobrze. Na tej spra­wie wszy­scy łamią sobie zęby, więc chyba nie ma już wielu chęt­nych. Niech komen­dant woje­wódzki sam sta­nie na czele śled­czych, zoba­czy, co mu się wydaje, że można, a co jest naprawdę wyko­nalne..

Nie chciał oglą­dać wido­ków, które na niego cze­kały przy tej kępie drzew. Jesz­cze bar­dziej zwol­nił, otwo­rzył sze­rzej okna w aucie i zapa­lił, mimo że ni­gdy tego nie robił wewnątrz wozu.

Wsta­wał kolejny upalny dzień, jaki natura fun­do­wała ludziom w dru­giej poło­wie maja. Tem­pe­ra­tury były nie­nor­malne jak na tę porę roku, więc można było przy­pusz­czać, że robiła to raczej spe­cjal­nie, aby ich pognę­bić, a nie spra­wić przy­jem­ność. Zresztą czy miała za co ludziom spra­wić przy­jem­ność? Raczej nie.

Żoł­nierz wyrzu­cił papie­rosa po kilku pocią­gnię­ciach i już za moment par­ko­wał za ostat­nim poli­cyj­nym radio­wo­zem w sze­regu. Wysiadł z ocią­ga­niem i poszedł wolno przez wyso­kie trawy w kie­runku drzew. Zatrzy­mał się na moment, nie zwra­ca­jąc uwagi na innych. Miej­sce zbrodni było już ogro­dzone taśmami z napi­sem „poli­cja”, mun­du­rowi stali na zewnątrz kręgu, w środku krę­ciło się tylko dwóch tech­ni­ków w bia­łych uni­for­mach, zasła­nia­ją­cych nawet twarz, obok nich tak samo ubrany foto­graf na prze­mian robił zdję­cia i fil­mo­wał zabez­pie­czone przez nich ślady. Ulżyło mu na chwilę, gdy zoba­czył, że na razie przy­sła­niają mu maka­bryczny widok na zwłoki.

Pomy­ślał, że zdąży jesz­cze wypa­lić papie­rosa, zanim zoba­czy go komi­sarz Góral­ski, który jako jedyny, poza tech­ni­kami, znaj­do­wał się na tere­nie odgro­dzo­nym taśmami. Nagle papie­ros zemdlił Żoł­nie­rza. Co z tego, że był sko­rum­po­wa­nym sta­rym gli­nia­rzem, co z tego, że za pie­nią­dze krył prze­stęp­ców, co z tego, że na zle­ce­nie zaufa­nych adwo­ka­tów i pro­ku­ra­to­rów – tak samo umo­czo­nych w kon­takty z pół­świat­kiem jak on – usu­wał lub pod­mie­niał dowody w maga­zy­nie albo wymu­szał na świad­kach zmianę zeznań. Teraz zupeł­nie się nie liczyło, że miał na sumie­niu jesz­cze gor­sze czyny, dzięki któ­rym było go stać na wszystko, czego sobie tylko zaży­czył, i jak mało kto potra­fił uży­wać życia. Teraz, przez te kilka minut, znowu stał się takim poli­cjan­tem, jakim był zaraz na początku służby. Peł­nym ide­ałów, wie­rzą­cym w sens walki ze złem i ści­ga­nia prze­stęp­ców.

Gdyby teraz dorwał skur­wy­syna, który w taki spo­sób oka­le­cza, gwałci i mor­duje nasto­latki od kilku lat i wciąż pozo­staje na wol­no­ści, pew­nie mógłby go nawet zabić. Na pewno by go nie zastrze­lił. Biłby gołymi rękami, powoli, meto­dycz­nie, zła­małby mu palce, jeden po dru­gim, żeby ten wrzód na zdro­wym spo­łe­czeń­stwie czuł, że umiera. Sko­pałby go po jajach, żeby już ni­gdy nie miał czego wycią­gnąć z roz­porka. Dopiero gdyby uznał, że cier­pie­nie, jakie mu zadał, w nie­wiel­kiej czę­ści wyna­gro­dziło krzywdę, którą wyrzą­dził, prze­strze­liłby mu kolana i zadzwo­nił po karetkę. Nie obcho­dzi­łoby go, co by z nim póź­niej zro­bili. Mogliby go nawet oskar­żyć i zamknąć w pier­dlu. Choć raczej by tego nie zro­bili. Dla­czego? Bo każdy by mu zazdro­ścił, że się odwa­żył i sam wymie­rzył spra­wie­dli­wość, nie licząc się z sądami, które nie­raz już swo­imi łagod­nymi wyro­kami niwe­czyły pracę śled­czych i pozwa­lały sady­stom wró­cić do nor­mal­nego życia albo decy­do­wały o umiesz­cze­niu ich w zakła­dach psy­chia­trycz­nych, na lecze­nie. A prze­cież, do jasnej cho­lery, wszy­scy wie­dzieli, że nie można zre­so­cja­li­zo­wać takiego psy­cho­paty jak ten, ani tym bar­dziej go wyle­czyć. Bestia już na zawsze pozo­sta­nie bestią i w nor­mal­nych warun­kach nale­żałby się jej stry­czek. Tylko że żyjemy w jakichś dziw­nych cza­sach, kiedy zamiast karać z pełną suro­wo­ścią, kie­ru­jemy się źle poj­mo­wa­nym huma­ni­ta­ry­zmem. Czy ten psy­chol, mor­du­jąc nie­winne nasto­latki, wyka­zy­wał się jaki­miś ludz­kimi uczu­ciami? Nie, dla­tego nie był czło­wie­kiem; był agre­syw­nym i śmier­tel­nie nie­bez­piecz­nym zwie­rzę­ciem, a do takich po pro­stu się strzela. I nie ma wtedy mowy o huma­ni­ta­ry­zmie.

Tak, był za karą śmierci dla takich potwo­rów.

– Piotr!

Woła­nie Górala dobie­gło do jego uszu dopiero po dłuż­szej chwili. Kolega jed­nak go wypa­trzył. Żoł­nierz nie­chęt­nie zdu­sił peta pod butem i prze­kro­czył magiczny krąg wyzna­czany przez taśmę. Uści­snęli sobie dło­nie. Komi­sarz Góral­ski, nie­zbyt odkryw­czo nazy­wany w wydziale Góra­lem, był jego cał­ko­wi­tym prze­ci­wień­stwem. Niż­szy o głowę, zamiast po robo­cie cho­dzić na siłow­nię i rzeź­bić syl­wetkę, wolał sko­czyć na kebab i zatrosz­czyć się o krą­gło­ści na brzu­chu, nie golił głowy na zero, tylko sta­ran­nie pie­lę­gno­wał swoje czarne, krę­cone włosy, odwie­dza­jąc fry­zjera co naj­mniej raz w tygo­dniu. Cho­dził do bar­bera, który pie­lę­gno­wał jego krótką, czarną brodę, pod­czas gdy Piotr golił się sam, a że tego nie lubił, jego gole­nie też wypa­dało raz w tygo­dniu. W tym przynaj­mniej była zgod­ność. No i jesz­cze w jed­nym: obaj tak samo lubili przy­tu­lać brudną kasę i bawili się rów­nie dobrze, wyda­jąc ją na dziwki. Kiedy szli w sobotę do klubu, Góral potra­fił wyrwać rów­nie ładną dupę jak Piotr, mimo że nie mógł poszczy­cić się wiel­kimi bicep­sami, rzeź­bioną klatą, sze­ścio­pa­kiem na brzu­chu i syl­wetką w kształ­cie litery V. Za to jego port­fel był tak samo wypchany pie­niędzmi, co w tym wypadku miało decy­du­jące zna­cze­nie.

– Mamy kolejną ofiarę. – Po minie Górala można było wywnio­sko­wać, że i on tego poranka wró­cił do poglą­dów ide­al­nego stróża prawa.

– Coś już wia­domo?

– Nasto­latka, ten sam sche­mat, podobne obra­że­nia. Nie ma wąt­pli­wo­ści.

– Kurwa mać!

Zapy­tał naj­bliż­szego tech­nika, czy może zbli­żyć się do zwłok. Ten na migi poka­zał mu, któ­rędy ma iść. Poszedł, ale zaraz sta­nął, prze­ły­ka­jąc gło­śno ślinę. Widział nie­jedno, nic go nie ruszało, żołą­dek miał zawsze sta­lowy. Czę­ściej rzy­gał po wódce niż na widok zma­sa­kro­wa­nych czy roz­kła­da­ją­cych się zwłok. Tylko że tym razem było ina­czej. Może to świa­do­mość total­nej porażki jako szefa grupy śled­czej spo­wo­do­wała u niego aż tak daleko idący dys­kom­fort.

Ode­tchnął głę­boko i pod­szedł tak bli­sko, jak pozwo­lił mu tech­nik. Z tyłu jed­no­staj­nie szu­miała auto­strada, po któ­rej w obie strony pędziły auta. To go tro­chę roz­pra­szało i musiało minąć nieco czasu, zanim odgo­nił od sie­bie wszyst­kie zbędne myśli i dźwięki. Sku­pił się jedy­nie na zwło­kach i miej­scu zbrodni. Tylko czy to było miej­sce zbrodni, czy jedy­nie miej­sce porzu­ce­nia ciała?

Rozej­rzał się. Kil­ka­na­ście sta­rych drzew z opa­da­ją­cymi ciężko gałę­ziami rosło jak wysepka na skraju pól upraw­nych, nale­żą­cych do jakie­goś rol­nika. Jak okiem się­gnąć cią­gnęły się łany mło­dego zboża, poprze­ci­nane śla­dami maszyn rol­ni­czych doko­nu­ją­cych opry­sków i dziu­rawą polną drogą, którą tu przy­je­chali.

Spoj­rzał pod nogi i rozej­rzał się po naj­bliż­szej oko­licy. Tu kie­dyś musiało być jakieś bajoro i pew­nie drzewa rosły na jego skraju, skoro teren nie został ni­gdy zago­spo­da­ro­wany pod uprawy. Tyle że ostat­nie lata były suche i woda, a potem błoto, wyschły, roślin­ność wodną z wolna zastę­po­wała ta pora­sta­jąca zwy­kłe łąki. Na razie jed­nak była niska i rachi­tyczna.

Zwłoki leżały na brzu­chu, w miej­scu, gdzie wyraź­nie ryso­wał się pra­wie zupeł­nie pozba­wiony roślin­no­ści łach zaschnię­tej gliny. Jasne, dłu­gie włosy, poskle­jane krwią, oka­lały szczel­nie głowę, jak weł­niana czapka w zimę. Twa­rzy nie było widać, z czego komi­sarz Żoł­nierz aku­rat był zado­wo­lony. Ręce ofiary roz­rzu­cone na boki – zda­niem poli­cjanta tro­chę nie­na­tu­ral­nie, lecz nie potra­fił z całą pew­no­ścią stwier­dzić, czy są poła­mane, czy powy­krę­cane w sta­wach bar­ko­wych. Plecy podra­pane ze struż­kami zaschnię­tej krwi, pośladki posi­nia­czone, zakrze­pła krew mię­dzy nogami, dłu­gie nogi pocięte, jedna stopa na pewno zła­mana i posi­niała. Nie patrzył dłu­żej, tylko ostroż­nie się wyco­fał do Górala.

– I co o tym myślisz? – zapy­tał go kolega.

– Nasz zło­śliwy duch wró­cił.

Żoł­nierz sta­rał się, żeby jego głos zabrzmiał w miarę natu­ral­nie, cho­ciaż nie do końca mu się to udało. Może na sku­tek ostat­nich obra­zów, a może był to jed­nak wyrzut sumie­nia, że się nie spraw­dził jako szef grupy śled­czej. Gdyby mu się udało, ta dziew­czyna na pewno by żyła. Ale się nie udało. Trudno jest zła­pać ducha, kiedy nie ma się poję­cia, kim jest i gdzie stra­szy. Z tym seryj­nia­kiem tak wła­śnie było. Cze­kał, aż zamie­sza­nie minie, a potem mor­do­wał, ude­rza­jąc znie­nacka, prak­tycz­nie zawsze tak samo. Nasto­latka zni­kała z ulicy po zmroku i po jakimś cza­sie poli­cja odnaj­dy­wała jej oka­le­czone ciało. Mor­do­wana była gdzie indziej, więc śla­dów w miej­scu porzu­ce­nia ciała było bar­dzo nie­wiele. Do tego zabójca za każ­dym razem sta­ran­nie to miej­sce wybie­rał. Totalne odlu­dzia, twardy grunt, trudny dojazd – taki był stan­dard.

– Już wiesz o decy­zji szefa? – zapy­tał Góral, nie patrząc na Pio­tra.

– Jakiej decy­zji?

– Nie jesteś już sze­fem grupy śled­czej.

Mimo że Żoł­nierz się tego spo­dzie­wał, poczuł się zra­niony do żywego. Nikt do niego nie zate­le­fo­no­wał, nikt go nie ostrzegł; dowie­dział się przy­pad­kiem od jed­nego ze śled­czych. Tak się nie postę­puje z gli­nia­rzem, który na tej robo­cie zjadł zęby. To było uwła­cza­jące jego god­no­ści. Wście­kłość zapa­liła się i zga­sła jak siarka w zapałce. No i po co mu te nerwy?

– Jak to się stało? – zapy­tał przez zaci­śnięte szczęki.

– Ja tam nie wiem. – Góral­ski wzru­szył ramio­nami, śle­dząc ptaki gnież­dżące się w koro­nach drzew. – Patryk dowie­dział się na poran­nej nara­dzie u naczel­nika i prze­ka­zał mi w tajem­nicy. To jesz­cze nic ofi­cjal­nego.

– No ja myślę – rzu­cił Żoł­nierz.

– Nie mów, że się nie spo­dzie­wa­łeś.

– Coś wisiało w powie­trzu, ale żeby, cho­lera, tak od rana w ponie­dzia­łek i z taj­niaka? Tego aku­rat się nie spo­dzie­wa­łem. Nie pozwo­lili mi nawet obej­rzeć trupa w spo­koju.

– Nie prze­sa­dzaj. – Góral zapa­lił papie­rosa, nie czę­stu­jąc kolegi. – Zwłoki obej­rza­łeś w spo­koju, może tro­chę na kacu, ale wie­rzę, że twój poli­cyjny nos nie jest aż tak zamro­czony, żeby cze­goś nie zwą­chać.

Komi­sarz Żoł­nierz spoj­rzał na niego ze zło­ścią, ale nic nie odpo­wie­dział. Cho­lera, niby sami kole­dzy, po tych samych pie­nią­dzach, a tylko się odwróć do nich ple­cami i zaraz któ­ryś zmieni się w Bru­tusa z nożem. Do tego nie spo­sób prze­wi­dzieć który.

Może już powi­nien zmie­nić śro­do­wi­sko i zająć się czymś innym? Tylko czym? Nie chciał skoń­czyć jako jeden ze współ­pra­cow­ni­ków gang­ste­rów w bia­łych koł­nie­rzy­kach. Prze­cież oni tylko cze­kali, aż odej­dzie z poli­cji. Mieli na niego tyle haków, że nawet przez myśl by mu nie prze­szło, żeby odrzu­cić pro­po­zy­cję nie do odrzu­ce­nia, którą by mu przed­sta­wili następ­nego dnia. Kie­dyś myślał, że odłoży sporą sumkę w zie­lo­nych, wyje­dzie na kra­niec świata i stam­tąd pokaże im cztery litery. Nie­stety, pie­nią­dze prze­pie­przył i teraz sam znaj­duje się w czte­rech lite­rach. Niech to szlag trafi!

– Wia­domo już, kto przej­mie kie­ro­wa­nie grupą? – zapy­tał, rezy­gnu­jąc z zapa­le­nia papie­rosa. W mię­dzy­cza­sie go zemdliło.

– Pro­ku­ra­tor też będzie nowy. – Góral miał nie­od­gad­niony wyraz twa­rzy.

– Kto?

– Sobo­ciń­ski.

– No i co?

– Co ty, kurwa, masz dzi­siaj kło­poty z myśle­niem? Czyim przy­du­pa­sem jest Sobo­ciń­ski?

Piotr prze­klął gło­śno i jed­nak zapa­lił.

– Wil­czyca nad­cho­dzi i będzie kąsać – pod­su­mo­wał z krzy­wym uśmie­chem komi­sarz Góral­ski.

3

Komi­sarz Laura Wilk, przez kole­gów zło­śli­wie zwana Wil­czycą, skrę­cała wła­śnie z głów­nej drogi i wolno toczyła auto po wer­te­pach mię­dzy polami obsia­nymi zbo­żem, jadąc w kie­runku kępy drzew znaj­du­ją­cej się nie­da­leko auto­strady. Kie­dyś wku­rzało ją to, że kole­dzy z Wydziału Kry­mi­nal­nego Komendy Woje­wódz­kiej Poli­cji we Wro­cła­wiu nazy­wają ją Wil­czycą. Szybko jed­nak prze­szła nad tym do porządku dzien­nego. Potem nawet zaczęło jej to spra­wiać przy­jem­ność. Męski szo­wi­nizm w poli­cji miał się dobrze i jako młoda poli­cjantka wie­lo­krot­nie spo­ty­kała się z nie­wy­bred­nymi komen­ta­rzami albo pro­po­zy­cjami, za które chęt­nie dałaby roz­mówcy w mordę. I raz czy dwa nawet dała, z szyb­kim i bar­dzo dobrym skut­kiem.

Chyba wła­śnie dla­tego zaczęli ją nazy­wać Wil­czycą. Od tego momentu wszel­kie sek­su­alne alu­zje się skoń­czyły. Wil­czyca – to brzmiało mocno, dum­nie i nie­bez­piecz­nie. Kole­dzy sami wpa­dli w swoją pułapkę, nadali jej groźną ksywkę i dzięki niej zaczęli ją naresz­cie trak­to­wać z sza­cun­kiem, jak part­nera, a nie jak twar­do­głową femi­nistkę, która posta­no­wiła zre­ali­zo­wać się w super­mę­skim zawo­dzie, cho­ciaż kom­plet­nie się do tego nie nadaje. Tylko że Laura się nada­wała. Nada­wała jak jasna cho­lera, co nie­jed­no­krot­nie udo­wod­niła, posy­ła­jąc za kraty psy­choli. Więk­szość śled­czych z wydziału kry­mi­nal­nego o wiele mniej nada­wała się do bycia funk­cjo­na­riu­szem niż ona. Co chwilę im to poka­zy­wała i pono­siła kon­se­kwen­cje w postaci złych spoj­rzeń, zło­śli­wych uwag za ple­cami, a cza­sem kopa­nia zdra­dli­wych doł­ków na ścieżce jej kariery.

Zresztą było już tego coraz mniej. Zostało jesz­cze tylko paru sko­rum­po­wa­nych drani, któ­rzy cią­gle patrzyli na nią, jakby nada­wała się tylko do garów, dawa­nia dupy i zara­bia­nia coraz więk­szej kasy na zasił­kach poro­do­wych i pięć­set plu­sach. Ale z nimi też sobie w końcu pora­dzi. Nie zno­siła zdraj­ców w fabryce i na pewno już dawno spro­wa­dzi­łaby ich do par­teru, gdyby miała twarde dowody. Było trudno, ale to tylko kwe­stia czasu. Pora­dzi sobie i z nimi.

Jed­nym z takich zatwar­dzia­łych ofi­ce­rów, nie­usta­ją­cych w pod­ko­py­wa­niu jej na wszyst­kie spo­soby, był komi­sarz Żoł­nierz. Teraz, kiedy wresz­cie ma zająć jego miej­sce na czele grupy śled­czej ści­ga­ją­cej Polter­ge­ista, liczyła się z wybu­chem wojny total­nej. I miała to w dupie.

Laura Wilk miała trzy­dzie­ści sześć lat i aler­gię na dzieci, stałe związki, miłość i inne cho­lerne klą­twy, które mogą czło­wie­kowi zamą­cić w gło­wie. Ona była odporna. W całym jej życiu poja­wił się tylko jeden facet, do któ­rego czuła sła­bość, jed­nak nie aż tak wielką, żeby pla­no­wać z nim wspólne życie. Nie wyobra­żała sobie, jak mogłaby dzie­lić miesz­ka­nie z przed­sta­wi­cie­lem płci prze­ciw­nej, cho­dzić do tej samej toa­lety, uży­wać tej samej wanny, wresz­cie spać w tym samym łóżku. Po co ludzie robią sobie taką krzywdę? Poza tym związki ogra­ni­czają wol­ność. Zamiast robić to, na co aku­rat ma ochotę, musia­łaby liczyć się ze zda­niem kogoś innego, kto miałby w tym cza­sie zupeł­nie inne pomy­sły. O sek­sie nie wspo­mi­na­jąc. Pre­fe­ro­wała niczym nie­skrę­po­waną wol­ność w tym zakre­sie i cho­dziła do łóżka, z kim chciała i wtedy, kiedy miała ochotę. Wbrew plot­kom, które na jej temat krą­żyły po komen­dzie, była jak naj­bar­dziej hete­ro­sek­su­alna. Kobiety jej nie inte­re­so­wały, nie miały do zaofe­ro­wa­nia tego cze­goś, co ją naj­bar­dziej w sek­sie krę­ciło, a wszel­kie imi­ta­cje budziły tylko wstręt.

Nosiła się jak męż­czy­zna już od wcze­snych lat szkol­nych. Zna­jomi zawsze jej powta­rzali, że w boskim sys­te­mie dys­try­bu­cji ciała i ducha musiał nastą­pić błąd i Laura powinna była uro­dzić się chło­pa­kiem, a nie dziew­czyną. Nie zga­dzała się z takim twier­dze­niem. Była stu­pro­cen­tową kobietą, a to, że ni­gdy nie ubie­rała się jak kobieta, niczego nie zmie­niało. Nawet jasne włosy ścięła na krótko, ponie­waż zbyt dłu­gie loki ją dener­wo­wały. Na zło­śliwe uwagi, że zamiast do kosme­tyczki cho­dzi do goli­brody, reago­wała peł­nymi poli­to­wa­nia uśmiesz­kami.

Nie miała poję­cia, kim by została, gdyby na bar­dzo wcze­snym eta­pie swo­jego życia nie zde­cy­do­wała się na pracę w poli­cji. Zresztą takie roz­wa­ża­nia nie miały naj­mniej­szego sensu. Ona uro­dziła się po to, żeby ści­gać popa­prań­ców, zbo­czeń­ców i zabój­ców. I to tych naj­gor­szych. To był jej główny życiowy cel.

Zawsze uwa­żała, że jest jedyną osobą w wydziale, która jest w sta­nie zła­pać Polter­ge­ista, jed­nak szansę dostała dopiero teraz, kiedy zna­le­ziono już ósme zwłoki w ciągu pię­ciu lat. Szef wresz­cie poszedł po rozum do głowy, prze­stał ule­gać naci­skom kole­gów i pod­jął jedyną słuszną, męską decy­zję i zle­cił kobie­cie audyt dotych­cza­so­wego śledz­twa. Doga­dał się przy tym z pro­ku­ra­turą i pro­ku­ra­tor też się zmie­nił. Sobo­ciń­ski był jej przy­ja­cie­lem, pra­co­wali razem od zawsze i świet­nie się doga­dy­wali. Mimo że w powszech­nej opi­nii uwa­żany był za mięk­kiego, miał otwarty umysł i nie bał się podej­mo­wa­nia wyzwań. Razem z Laurą zawsze odno­sili suk­cesy.

Tak się zło­żyło, że dzień wcze­śniej spo­tkała się nie­for­mal­nie z naczel­ni­kiem wydziału i komen­dan­tem woje­wódz­kim, przed­sta­wia­jąc im wyniki audytu. Po pół­go­dzi­nie zapa­dła decy­zja o odwo­ła­niu Żoł­nie­rza i mia­no­wa­niu jej na sze­fową grupy. Na nie­szczę­ście o poranku przy­szła wia­do­mość o zna­le­zie­niu kolej­nych zwłok. Polter­ge­ist wró­cił.

Zapar­ko­wała na końcu sze­regu aut, wysia­dła i zlu­stro­wała oto­cze­nie. Słońce zaczy­nało przy­pie­kać, auto­strada szu­miała, tak samo jak korony drzew w pory­wach wia­tru. Popa­trzyła, co robią tech­nicy, a potem skie­ro­wała się bez­po­śred­nio do sto­ją­cych w pew­nym odda­le­niu Góral­skiego i Żoł­nie­rza. Nie miała zamiaru niczego im odpusz­czać. Spier­do­lili, więc powinni dostać po łbie.

Góral patrzył na nią z lek­kim uśmie­chem, kiedy się zbli­żała, za to ta wielka, łysa, zaro­śnięta i nie­sym­pa­tyczna góra mię­śni, w cen­tral­nej ewi­den­cji lud­no­ści zare­je­stro­wana jako Piotr Żoł­nierz, nawet na nią nie spoj­rzała. W ostat­nim momen­cie, ku zdu­mie­niu Górala, Laura skrę­ciła i wdała się w roz­mowę z tech­ni­kami. Po chwili mun­du­rowi zabez­pie­czali taśmami cały teren od drogi do miej­sca poło­że­nia ciała i prze­sta­wiali samo­chody tro­chę dalej, żeby nie stały w miej­scu, gdzie poten­cjal­nie mógł się zatrzy­mać zabójca, przy­wo­żąc tu zwłoki. Takie zmiany trwały kil­ka­na­ście minut, które spę­dziła na roz­mo­wach z tech­ni­kami i na spraw­dze­niu terenu od strony lasu. Wkrótce i tam roz­cią­gane były taśmy.

Kiedy wró­ciła do dwóch kole­gów z wydziału, Góral­ski już się nie uśmie­chał, a jego kolega wyglą­dał, jakby łado­wał aku­mu­la­tory w lase­rach zamon­to­wa­nych w oczach, żeby zwięk­szyć ich moc i spa­lić ją pierw­szym spoj­rze­niem.

– Przy­je­cha­li­ście tu, kurwa, na wycieczkę czy leczyć kaca? – wark­nęła, kiedy sta­nęła przed nimi z rękami w kie­sze­niach dżin­sów.

Na szczę­ście Żoł­nierz nie dys­po­no­wał żad­nymi ukry­tymi super­mo­cami, ponie­waż prze­żyła jego pierw­sze spoj­rze­nie. Pew­nie był bar­dzo zawie­dziony.

– O co ci cho­dzi? – mruk­nął.

– Nie zabez­pie­czy­li­ście w nale­żyty spo­sób miej­sca zna­le­zie­nia zwłok – powie­działa twardo.

– Daj spo­kój. – Góral chciał zba­ga­te­li­zo­wać jej zarzut. – Nie padało od mie­siąca, droga jest twarda jak skała, żad­nych śla­dów.

– Spraw­dzi­li­ście, któ­rędy prze­niósł tu ciało? Na pewno zostały odci­ski w tra­wie, jeśli już ktoś ich nie zadep­tał.

– Na tych łachach zaschnię­tej gliny z suchą trawą i tak nic nie zoba­czysz…

– Gówno mnie to obcho­dzi! – wark­nęła, pod­no­sząc głos, aż sto­jący nie­opo­dal mun­du­rowi spoj­rzeli w ich kie­runku z cie­ko­wo­ścią. – Chcę mieć ten teren prze­szu­kany i obfo­to­gra­fo­wany. On nie zja­wił się na środku tego wyschnię­tego bajora zni­kąd. Był obcią­żony cia­łem dziew­czyny, musiał zosta­wić głęb­sze ślady.

– Tech­nicy tam patrzyli. – Żoł­nierz mie­rzył ją coraz bar­dziej wście­kłym spoj­rze­niem.

– Nie wiesz, gdzie patrzyli, bo cię tu jesz­cze nie było – odpo­wie­działa. – Góral, widzia­łeś tę ścieżkę od strony drzew? Kto ją wydep­tał?

– Zwie­rzęta.

– A jesteś tego pewien? Może on przy­szedł stam­tąd i coś znaj­dziemy?

Nikt nie lubi, kiedy zarzuca mu się nie­kom­pe­ten­cję.

– Odczep się, Laura! – rzu­cił ostrzej. – Dzia­ła­łem tak, jak uzna­łem za sto­sowne w tej sytu­acji. W ten spo­sób do każ­dego można się przy­cze­pić.

– Zaję­łaś moje miej­sce i dla­tego teraz będziesz po nas jeź­dzić? – ode­zwał się dziw­nie spo­koj­nym gło­sem komi­sarz Żoł­nierz.

Laura zer­k­nęła na niego zasko­czona. Spo­dzie­wała się eska­la­cji tej awan­tury, tym­cza­sem on zacho­wy­wał się wyjąt­kowo spo­koj­nie.

– Nie zamie­rzam, cho­ciaż mam prawo być wku­rzona – odpo­wie­działa. – Przez ostat­nie dwa tygo­dnie prze­glą­da­łam akta ze śledz­twa…

Spe­cjal­nie zawie­siła głos, żeby zare­je­stro­wać ich reak­cje. Z zado­wo­le­niem zauwa­żyła zanie­po­ko­je­nie. Wcale im się nie dzi­wiła. Jeśli szef w tajem­nicy zleca komuś audyt pro­wa­dzo­nego przez cie­bie śledz­twa, świad­czy to co naj­mniej o nad­szarp­nię­tym zaufa­niu.

– Pamię­ta­cie, że przy dru­gich i trze­cich zwło­kach zna­le­ziono wióry? – zapy­tała.

Komi­sarz Góral­ski się tro­chę roz­luź­nił.

– W pierw­szym przy­padku piw­nica była zanie­czysz­czona, więc trudno było trak­to­wać te wióry jako ważny ślad – powie­dział. – W dru­gim zacho­dziło poważne podej­rze­nie zanie­czysz­cze­nia miej­sca zna­le­zie­nia ciała przez jed­nego z poli­cjan­tów. Miał te wióry na spodniach.

Laura popa­trzyła mu w oczy i poki­wała głową.

– Tylko nikt wtedy nie spraw­dził, że wióry zna­le­zione na miej­scu pocho­dziły z drzewa sosno­wego, a te na spodniach poli­cjanta to były pozo­sta­ło­ści po wier­ce­niu w pły­cie wió­ro­wej.

Góral zagryzł wargi i spoj­rzał na Pio­tra. Ten wzru­szył ramio­nami.

– Wtedy nie byłem jesz­cze sze­fem grupy – powie­dział.

– Ale mia­łeś obo­wią­zek jesz­cze raz prze­ana­li­zo­wać wszystko, co zostało zgro­ma­dzane w aktach.

– I to zro­bi­łem – odpo­wie­dział twardo. – Nie uzna­łem tych wió­rów za istotny szcze­gół. Nie przy­pniesz mi tego.

Laura mil­czała przez moment.

– Nie mam zamiaru – powie­działa wresz­cie. – Nie jesteś w tej chwili na dywa­niku u szefa, więc odpu­ści­łam ci te wióry. Chcia­łam tylko zako­mu­ni­ko­wać, że od teraz ja dowo­dzę i u mnie nie będzie pobła­ża­nia za zbyt­nią rutynę i byle­ja­kość. Każde miej­sce zna­le­zie­nia zwłok ma być spraw­dzone tak, jak was uczyli w szkole i na szko­le­niach. – Spu­ściła wzrok na leżące pod ich nogami nie­do­pałki papie­ro­sów. – Jeśli ktoś coś zanie­dba, zgło­szę to naczel­ni­kowi i gówno mnie będzie obcho­dziło, kto ile lat pra­cuje już w psiarni. Jak się znu­dziło, można zmie­nić zawód i nie dener­wo­wać tych, któ­rzy naprawdę chcą coś zro­bić.

Ich spoj­rze­nia były jak stu­ki­lo­gra­mowe odważ­niki, ale ona nie dała się przy­gnieść. Tro­chę spu­ściła z tonu.

– Musimy zna­leźć psy­chola, zanim zgi­nie kolejna nasto­latka. Może gdyby ktoś zwró­cił wcze­śniej uwagę na te wióry, już byśmy go mieli.

Obró­ciła się na pię­cie i ode­szła do tech­ni­ków.

Żoł­nierz splu­nął za nią i wykrzy­wił twarz w złym gry­ma­sie.

– Jesz­cze kie­dyś ją zała­twię – szep­nął tak, żeby tylko Góral mógł go usły­szeć. – Wyjąt­kowo mi, larwa, działa na nerwy.

– Tylko nie mów, że taka ostra babka nie działa na twoją wyobraź­nię – zakpił kolega.

– Odpieprz się ode mnie. Ona nie jest w moim typie. To słabi faceci znaj­dują sobie ostre laski. Praw­dziwi męż­czyźni nie potrze­bują takich eks­tre­mal­nych pod­niet. To oni rzą­dzą.

– Filo­zof się, kurwa, zna­lazł.

Kilka minut póź­niej tech­nik przy dro­dze zawo­łał komi­sarz Laurę Wilk. Pode­szła i przy­kuc­nęła przy nim. Wska­zy­wał na dro­binki w tra­wie.

– Co to jest? – zapy­tała, czu­jąc miły dreszcz eks­cy­ta­cji na ple­cach.

– Wygląda na wióry – powie­dział ostroż­nie.

Dreszcz zmie­nił się w falę przy­jem­nego gorąca na policz­kach. Miała prze­czu­cie. Po raz kolejny jej wil­czy nos nie zawiódł. Przy­jem­nie było znowu się prze­ko­nać, że wśród raso­wych poli­cyj­nych psów suki mają o wiele lep­szy węch i instynkt.

– Skąd mogły się tu wziąć? – rzu­ciła szybko.

– Być może miał je na butach – wyra­ził swoje przy­pusz­cze­nie tech­nik. – Są tylko tu, dalej ich nie ma.

– Zabez­piecz mi to.

– Oczy­wi­ste.

Komi­sarz Wilk ode­szła kilka kro­ków w bok i ode­tchnęła głę­boko. Gro­mada pta­ków zato­czyła nad jej głową łuk i wylą­do­wała w koro­nach drzew. Było coraz cie­plej. Jak w dzie­cię­cej zaba­wie w poszu­ki­wa­nie ukry­tych przed­mio­tów. Mróz, zimno, cie­pło, gorąco.

4

Wykład dobie­gał końca. Maciej Lesiecki z zado­wo­le­niem spoj­rzał na zega­rek i skre­ślił ostatni punkt z planu wykładu. Zostały mu jesz­cze cztery minuty do regu­la­mi­no­wego końca. Będzie czas na pyta­nia z sali. Pomy­ślał o nich nie­chęt­nie. Znowu będą pytać go o głu­poty, jakby w ogóle nie zro­zu­mieli, o czym mówił do nich przez ostat­nie osiem­dzie­siąt sześć minut. Wie­lo­krot­nie czy­tał, że poli­cja coraz bar­dziej obniża kry­te­ria pod­czas naboru. Jak dotąd takie donie­sie­nia trak­to­wał z przy­mru­że­niem oka. W ostat­nich latach utwier­dzał się jed­nak w prze­ko­na­niu, że coś musi być na rze­czy. Mię­dzy nim a mło­dymi poli­cjantami rosła coraz więk­sza bariera nie­zro­zu­mie­nia. A może po pro­stu on był coraz star­szy i coraz trud­niej było mu nawią­zać kon­takt z mło­dymi funk­cjo­na­riu­szami? Dopusz­czał taką moż­li­wość, ale ją igno­ro­wał.

Zamknął notes z pla­nem wykładu, wyłą­czył rzut­nik i obrzu­cił wzro­kiem audy­to­rium. Ponad dwa­dzie­ścia osób na sali wykła­do­wej i tylko kilka spoj­rzeń utkwio­nych w wykła­dowcy. Czy to ozna­czało, że jego wykład był nudny? Nie­moż­liwe, ostat­nio był w wyjąt­kowo dobrej for­mie.

– Czy mają pań­stwo jakieś pyta­nia? – powie­dział, spo­glą­da­jąc zna­cząco na zega­rek.

Nie lubił pytań, ponie­waż zawsze były takie same. Dla­tego zosta­wiał nie­wiele czasu na koniec. Nawet gdyby komuś przy­szło jakieś pyta­nie do głowy, nie zdą­żyłby na nie odpo­wie­dzieć. Do końca wykładu zostały trzy minuty i trzy­dzie­ści sekund. I wtedy padło pyta­nie, któ­rego nie chciał usły­szeć. Co prawda na początku umó­wił się z uczest­ni­kami, że mogą o to zapy­tać, lecz w grun­cie rze­czy miał nadzieję, że zapo­mną. Może nawet inni już zapo­mnieli, ale nie bru­netka o bystrym spoj­rze­niu ciem­nych oczu, sie­dząca w pierw­szym rzę­dzie.

– Panie Macieju, obie­cał nam pan ocenę nie­któ­rych osób z naszej grupy po wykła­dzie – powie­działa i uśmiech­nęła się sym­pa­tycz­nie.

Takiemu uśmie­chowi nie spo­sób było odmó­wić. Przy­naj­mniej Maciej takim uśmie­chom ni­gdy nie odma­wiał.

– Jeste­ście pewni?

Po raz pierw­szy rów­no­cze­śnie patrzyła na niego więk­szość słu­cha­czy.

– Tak – roz­le­gło się uni­sono z sali.

– No dobrze. – Posta­no­wił zro­bić to szybko i bez owi­ja­nia w bawełnę. Miał nie­wiele czasu. – Pan w trze­cim rzę­dzie pod oknem.

Wszyst­kie spoj­rze­nia skie­ro­wały się na chu­dego blon­dyna, który teraz dopiero zain­te­re­so­wał się wykła­dem.

– Pana mój wykład nudził. Podej­rze­wam, że nawet nie potrafi pan bez błę­dów powtó­rzyć tytułu wykładu. Przez cały czas zaglą­dał pan do tele­fonu. Sta­wiam, że kore­spon­do­wał pan z dziew­czyną. Poznał ją pan nie­dawno, przez inter­net, i wiele pan sobie obie­cuje po tej zna­jo­mo­ści.

Po minie blon­dyna od razu można było poznać, że Lesiecki się nie pomy­lił. Po sali prze­mknęły ciche śmie­chy i zaraz umil­kły, ponie­waż psy­cho­log mówił bez prze­rwy i był już przy kolej­nym uczest­niku.

– Pani z war­ko­czem, w ostat­nim rzę­dzie. Sądząc po ilo­ści nota­tek, które pani spo­rzą­dziła, można by było wywieść wnio­sek, że była pani naj­pil­niej­szym słu­cha­czem w tym gro­nie. Nie­stety notatki nie doty­czyły wykładu. Pew­nie zale­głe raporty, prawda?

Kobieta z war­ko­czem zaru­mie­niła się i posłała mu prze­pra­sza­jące spoj­rze­nie.

– Pani w środku. Kilka razy chciała mi pani zadać pyta­nie doty­czące syn­dromu sztok­holm­skiego i za każ­dym razem pani rezy­gno­wała.

– To prawda – potwier­dziła natych­miast.

– Na drugi raz wię­cej odwagi – pora­dził Maciej i kon­ty­nu­ował: – Pan na końcu obok pani z notat­kami. Pro­szę mi powie­dzieć: o któ­rej skoń­czyła się ta impreza? Sta­wiam na oko­lice trze­ciej nad ranem.

– Trze­cia pięt­na­ście – przy­znał tam­ten, uśmie­cha­jąc się blado.

Tym razem śmiech był gło­śniej­szy i trwał dłu­żej.

– Pan przy drzwiach. Warto teraz kupić forda? – Maciej udał zain­te­re­so­wa­nie.

Męż­czy­zna, zdzi­wiony, wytrzesz­czył na niego oczy.

– Chyba tak… – wyją­kał zawsty­dzony, cho­wa­jąc do kie­szeni klu­czyki do auta, któ­rymi bawił się przez cały wykład.

– Pan dawno kupił?

– W sobotę.

– No wła­śnie. – Lesiecki poki­wał głową, pod­czas gdy jedna część uczest­ni­ków wykładu śmiała się coraz gło­śniej, druga otwie­rała sze­roko usta, zasko­czona jego spo­strze­że­niami. Wresz­cie wszy­scy aktyw­nie uczest­ni­czyli.

– Pan obok szczę­śli­wego wła­ści­ciela nowego auta ma pew­nie jakieś inne doświad­cze­nia zawo­dowe, jeśli cho­dzi o ogólną teo­rię syn­dromu ofiary, ponie­waż nie zga­dza się pan z moimi spo­strze­że­niami.

– Tak.

– Pani w ostat­nim rzę­dzie. – Zmie­rzył uważ­nym spoj­rze­niem kobietę z krót­kimi brą­zo­wymi wło­sami wyglą­da­jącą na dużo star­szą niż reszta audy­to­rium. – Pani jest tu przy­pad­kowo, nie pra­cuje pani w poli­cji. Być może pisze pani arty­kuł do prasy.

W odpo­wie­dzi kobieta wyszcze­rzyła do niego białe równe zęby i pod­nio­sła kciuk na znak, że wykła­dowca się nie myli.

– A pani o ciem­nych wło­sach w pierw­szym rzę­dzie koniecz­nie chcia­łaby mnie jesz­cze o coś zapy­tać.

Zanim bru­netka zdą­żyła otwo­rzyć usta, roz­legł się sygnał jego tele­fonu komór­ko­wego.

– Nie­stety, czas wykładu dobiegł końca – powie­dział, wsta­jąc, i spa­ko­wał notatki do torby. – Dzię­kuję i do widze­nia.

Jako pierw­szy wyszedł na kory­tarz i ruszył szybko w kie­runku toa­lety na jego końcu. Wszedł do środka, sta­nął przed naj­bliż­szą umy­walką, odkrę­cił zimną wodę i wło­żył dło­nie pod silny stru­mień. Poczuł ulgę, jesz­cze chwila i by nie wytrzy­mał. Przez cały wykład widział prze­cież te wszyst­kie bak­te­rie i wirusy, które z wolna wpeł­zały mu na dło­nie z blatu biurka. Dopóki mówił, nie myślał o tym i mógł wytrzy­mać. Kiedy jed­nak skoń­czył wykład, czuł nie­przy­jemne mro­wie­nie i dra­pa­nie na skó­rze. Zimna woda przy­nio­sła ulgę.

Stał tak kil­ka­na­ście sekund, roz­ko­szu­jąc się poczu­ciem ulgi, a potem chło­dem. Wresz­cie wytarł dło­nie w papie­rowy ręcz­nik, z teczki wycią­gnął płyn dezyn­fe­ku­jący i dokład­nie spry­skał sobie ręce aż do nad­garst­ków. Ulga była pełna. Wresz­cie mógł pomy­śleć o czymś innym. Znowu roz­legł się sygnał w jego tele­fo­nie. Czas na wyj­ście z budynku komendy poli­cji upły­nął. Za kil­ka­na­ście minut miał zapla­no­wany obiad w cen­trum i nie mógł się spóź­nić. Spoj­rzał jesz­cze kry­tycz­nie na sie­bie w lustrze, zmierz­wił dło­nią czarne włosy ster­czące mu we wszyst­kie strony, przy­gła­dził brwi i wyszedł na kory­tarz.

Bru­netka cze­kała na niego przy wej­ściu.

– Zro­bił to pan spe­cjal­nie. – Obda­rzyła go ślicz­nym uśmie­chem.

Praw­do­po­dob­nie mógłby skła­mać bez żad­nych nega­tyw­nych kon­se­kwen­cji, jed­nak kłam­stwo nie leżało w jego natu­rze. Uwa­żał, że do kłam­stwa ucie­kają się tylko ludzie słabi, któ­rzy boją się sta­wić czoła praw­dzi­wemu życiu, lub ludzie per­fidni, za wszelką cenę dążący do osią­gnię­cia wła­snych korzy­ści.

– To prawda – przy­znał, nie zatrzy­mu­jąc się.

I tak stra­cił już pra­wie dwie minuty w łazience. Nie chciał znowu zawa­lić usta­lo­nego przez sie­bie szcze­gó­ło­wego planu dnia. Nie­stety poszła za nim.

– Pró­bo­wa­łam o to zapy­tać już kilka razy, ale pan wciąż wykrę­cał się bra­kiem czasu – nie dawała za wygraną.

– To prawda – potak­nął, mając nadzieję, że sama się domy­śli.

Nie miał czasu ani ochoty na nie­za­pla­no­wane roz­mowy. Nie zro­zu­miała albo nie chciała zro­zu­mieć.

– Dla­czego nazy­wają pana Poszu­ki­wa­czem Zwłok? Jeśli nie chce pan powie­dzieć przy wszyst­kich, pro­szę powie­dzieć tylko mnie – nale­gała.

Zatrzy­mał się z ręką na klamce drzwi wyj­ścio­wych.

– Droga pani. – Ziry­to­wała go jej cie­ka­wość, dla­tego zabrzmiał szorstko i odpy­cha­jąco. – A nie przy­szło pani do głowy, że skoro nie mówię tego publicz­nie, to zna­czy, że wiąże się to dla mnie z czymś przy­krym, do czego nie lubię wra­cać?

Już otwie­rała usta, żeby coś odpo­wie­dzieć, lecz on w tej chwili pchnął drzwi.

– Do widze­nia – rzu­cił jesz­cze i wyszedł na zalaną słoń­cem ulicę Soł­ty­so­wicką przed budy­nek komendy.

Kiedy wsia­dał do roz­grza­nego auta, pomy­ślał, że zyskuje coraz wię­cej dowo­dów na to, że młode poko­le­nie jest jakieś inne. Nie dość, że więk­szość życia spę­dzają z nosem w tele­fo­nie, to jesz­cze nie chwy­tają pew­nych deli­kat­nych niu­an­sów istot­nych dla rela­cji mię­dzy­ludz­kich. Gdy tylko prze­krę­cił klu­czyk w sta­cyjce, przy­szła kolejna reflek­sja. Może nie jest jed­nak tak źle? Może to tak wygląda wyłącz­nie z jego per­spek­tywy, bo on sam ma pro­blemy z rela­cjami i pod­sta­wową komu­ni­ka­cją. Prze­cież od dzie­ciń­stwa ucie­kał przed real­nym świa­tem w świat wyobraźni. I tak miał lepiej niż ci teraz. Nie było smart­fo­nów, więc jego wewnętrzny świat był o wiele bogat­szy od tego, do któ­rego ucieka się dzi­siaj.

Sygnał tele­fonu oznaj­mił mu, że już dawno powi­nien ruszyć, a on jak dotąd tylko uru­cho­mił sil­nik. Zapiął pasy, umie­ścił komórkę w uchwy­cie pod wstecz­nym luster­kiem, wyco­fał i ruszył z piskiem opon. Ner­wowo zer­kał na zegar, kon­tro­lu­jąc upły­wa­jący czas. Szybko poli­czył, że zała­pał jakieś trzy minuty spóź­nie­nia w sto­sunku do planu. Prze­klął pod nosem. O tej porze będą korki i nie zdoła nad­ro­bić. Pew­nie zgubi jesz­cze kilka minut.

Przez naj­bliż­sze chwile roz­my­ślał nad zmia­nami w spo­so­bie pla­no­wa­nia dnia. Gdzie, do jasnej cho­lery, popeł­nia błąd? Prze­cież od wielu lat na pla­no­wa­niu następ­nego dnia spę­dza pra­wie godzinę przed snem. I wciąż nie potrafi prze­wi­dzieć wszyst­kich oko­licz­no­ści nega­tyw­nie wpły­wa­ją­cych na reali­za­cję planu? Kie­dyś chyba nie miał aż tak wiel­kich pro­ble­mów z pośli­zgami w cza­sie. Doszedł do wnio­sku, że poprzed­niego wie­czoru wypił o jedną szkla­neczkę wood­smana za dużo, co wpły­nęło na zwięk­sze­nie poziomu jego opty­mi­zmu. Zapla­no­wał następny dzień, jakby nie miało zda­rzyć się nic nie­zwy­kłego. Musi nad tym popra­co­wać, uznał, kiedy roz­legł się sygnał tele­fonu. Natę­żony przez zestaw gło­śno­mó­wiący, zabrzmiał jak sygnał alarmu prze­ciw­po­ża­ro­wego.

Spoj­rzał na panel auta. Dzwo­niła Joanna, jego eks. Wes­tchnął. Ta kobieta zatru­wała mu życie nawet długo po roz­wo­dzie. Pew­nie znowu dzwoni z jaki­miś pre­ten­sjami i już do końca dnia będą go gnę­bić wyrzuty sumie­nia, że znowu coś zanie­dbał albo zapo­mniał o czymś waż­nym.

Zaraz się jed­nak zre­flek­to­wał. Prze­cież to już nie jest jego żona, nie może cią­gle wpie­przać się w jego życie. Wła­ści­wie był tylko jeden dopusz­czalny jesz­cze temat, z jakim mogła do niego zate­le­fo­no­wać. I wła­śnie o to cho­dziło.

– Kiedy ostat­nio kon­tak­to­wa­łeś się ze swoim synem? – zapy­tała pro­sto z mostu po chłod­nym przy­wi­ta­niu.

Maciej Lesiecki się stra­pił. No tak, już dawno nie dzwo­nił do Kuby, a jesz­cze daw­niej go widział. Musi to szybko nad­ro­bić. Zawsze był złym ojcem, co jego eks wyty­kała mu przez całe mał­żeń­stwo i długo po jego zakoń­cze­niu, ale nie chciał, żeby tak było. Sta­rał się, ale mu nie wycho­dziło. Pro­blemy z samym sobą wszystko nisz­czyły. Zawsze był dla sie­bie na pierw­szym miej­scu. Prze­cież musiał jakoś nor­mal­nie funk­cjo­no­wać. To pochła­niało całą jego ener­gię i dla innych nie było już miej­sca. Jego była żona ni­gdy nie potra­fiła tego zro­zu­mieć.

– Dawno – rzu­cił zdaw­kowo i dla świę­tego spo­koju dodał: – Zaraz do niego zadzwo­nię, dzięki za przy­po­mnie­nie.

Roz­łą­czył się, zanim zdą­żyła cokol­wiek odpo­wie­dzieć. Nie musiał już wysłu­chi­wać jej przy­dłu­gich oskar­ży­ciel­skich mono­lo­gów. Szybko wybrał numer do syna. Kuba ode­zwał się po kilku sygna­łach.

– Cześć, syn! – przy­wi­tał go, uda­jąc bez­tro­skę. – Co u cie­bie?

– Cześć, tato! Mama kazała ci zadzwo­nić?

No tak, Kuba miał dwa­dzie­ścia jeden lat, pra­co­wał, stu­dio­wał, miesz­kał z dziew­czyną w wyna­ję­tym miesz­ka­niu i znał ojca na wylot.

– Tak jakby – przy­znał nie­chęt­nie. – Ale i tak bym zate­le­fo­no­wał. Zbie­ra­łem się od kilku dni, tylko wiesz: praca, brak czasu.

Przy­ha­mo­wał tro­chę przed kor­kiem na Mostach War­szaw­skich. Kuba roze­śmiał się wesoło.

– Prze­cież cię znam, tato – powie­dział. – Nie musisz mnie baje­ro­wać.

– No tak. – Cmok­nął i zamilkł zakło­po­tany.

– Posłu­chaj, ojciec – zaczął Kuba. – Wiem, że mnie kochasz, wiem, że się o mnie mar­twisz, i wiem, jak ciężko ci jest do mnie zate­le­fo­no­wać. Mama nie ma racji. Nie mam do cie­bie o to żalu. Prze­cież rów­nie dobrze ja też mogę się do cie­bie ode­zwać. Skoro się nie odzy­wam, to zna­czy, że wszystko u mnie w porządku. Skoro ty nie dzwo­nisz, wiem, że z tobą też jest wszystko okej.

Maciej Lesiecki uśmiech­nął się pod nosem z roz­rzew­nie­niem. Miał mądrego syna, który do tego był inny niż on. I za to dzię­ko­wał Bogu, jeśli ten ist­niał w nie­bio­sach. Zawsze drżał, czy Kuba nie przej­mie w genach jego naj­gor­szych cech. Wtedy byłoby mu bar­dzo ciężko w życiu. Tak jak jemu teraz i od zawsze. Prak­tycz­nie od dzie­ciń­stwa, kiedy poszedł do szkoły i musiał wal­czyć nie tylko z wła­snymi demo­nami.

– Tak czy ina­czej, może wysko­czymy nie­długo na pizzę? – zapy­tał.

– Chęt­nie – ucie­szył się Kuba. – Ale ja to zor­ga­ni­zuję, ty możesz jak zwy­kle zapo­mnieć.

– Dzięki! Może weź­miesz ze sobą Karo­linę?

– O nie! – roze­śmiał się Lesiecki junior. – Znam twoją sła­bość do mło­dych dziew­czyn, a Karo­linka jest ide­al­nie w twoim typie.

– Nie zro­bił­bym ci tego – zapro­te­sto­wał Maciej i razem śmiali się przez chwilę z dow­cipu.

Wresz­cie poże­gnali się i roz­łą­czyli. Może i był kiep­skim ojcem, ale potra­fił utrzy­mać dobre sto­sunki z synem i rozu­mieli się pra­wie bez słów.

W mię­dzy­cza­sie prze­je­chał mosty i toczył się w sznu­rze aut ulicą Jed­no­ści Naro­do­wej. Tele­fon pik­nął, oznaj­mia­jąc mu, że według planu już powi­nien być na miej­scu, a miał jesz­cze kawał. Jak zwy­kle w takich sytu­acjach zaczy­nał się dener­wo­wać. W skraj­nych przy­pad­kach zda­rzały mu się nawet ataki paniki.

Ode­tchnął głę­boko. Tylko spo­koj­nie, sam sobie tak zapla­no­wał dzień, więc po co się dener­wo­wać? Niby tak, ale nerwy były. On po pro­stu musiał mieć wszystko zapla­no­wane, ina­czej nie potra­fił funk­cjo­no­wać i się roz­pa­dał.

5

Komi­sarz Piotr Żoł­nierz stał oparty o maskę służ­bo­wego auta i palił ner­wowo papie­rosa. Ze zdzi­wie­niem obser­wo­wał, jak działa nie­na­wiść. Na pewno była pod­stępna i zabor­cza. Kilka minut roz­mowy z Laurą Wilk na miej­scu zna­le­zie­nia ciała kolej­nej zamor­do­wa­nej dziew­czyny spo­wo­do­wało, że nagle jego nie­chęć do niej eks­plo­do­wała z siłą bomby ato­mo­wej zrzu­co­nej na Hiro­szimę. Szybko poczy­niła straszne spu­sto­sze­nia w jego spo­so­bie myśle­nia, prze­war­to­ścio­wała prio­ry­tety i doko­nała zmian w jego funk­cjo­no­wa­niu. Przez chwilę znowu stał się praw­dzi­wym gli­nia­rzem, dla któ­rego jedy­nym celem było zła­pa­nie zabójcy, ale nie­na­wiść wszystko zmie­niła. Zadzia­łała jak tok­syna i zabiła w nim wszyst­kie dobre myśli i ludz­kie uczu­cia. Zastą­piła ją fala złych myśli.

Już się nie zasta­na­wiał, co by zro­bił zwy­rod­nial­cowi mor­du­ją­cemu dziew­czyny, to nagle stało się nie­istotne. W zamian zaczął myśleć, co zro­biłby Wil­czycy, gdyby mógł dorwać ją w swoje ręce. Tra­ge­dia zamor­do­wa­nych też stała się nie­istotna i daleka. Nie­ocze­ki­wa­nie zabójca był mu w tym momen­cie bliż­szy. Pra­gnął, żeby jak naj­dłu­żej był nie­uchwytny, żeby dalej mor­do­wał. Nie było istotne, ile jesz­cze będzie ofiar, krwi i cier­pie­nia. Liczyło się tylko to, żeby Wil­czyca też się prze­je­chała na tej spra­wie, żeby ją też w naj­bliż­szej przy­szło­ści zdy­mi­sjo­no­wali i żeby cho­ciaż przez chwilę poczuła to samo co komi­sarz Żoł­nierz, kiedy nagle dowie­dział się o decy­zji naczel­nika. Powinna cier­pieć, suka. Powinna bole­śnie odczuć swoją porażkę.

Tym­cza­sem było zupeł­nie ina­czej. Zazgrzy­tał zębami z bez­sil­nej wście­kło­ści. Trop z wió­rami był bar­dzo dobry. Jesz­cze tego samego dnia spraw­dzili wszyst­kie zakłady sto­lar­skie w mie­ście, które zaj­mo­wały się obróbką drzewa sosno­wego. Wbrew pozo­rom takich firm nie było zbyt wiele. Trud­niej było póź­niej. Z każ­dego zakładu brali listę obec­nych i byłych pra­cow­ni­ków, każ­dego trzeba było prze­świe­tlić. Skoro wióry poja­wiły się na butach mor­dercy przy naj­now­szym zabój­stwie, cią­gle musiał pra­co­wać przy drze­wie albo pro­wa­dzić wła­sną dzia­łal­ność gospo­dar­czą. I na tym wła­śnie się sku­pili. Cały wydział śled­czy zbie­rał dane. W jeden dzień wie­dzieli wszystko. Szybko wyty­po­wali pię­ciu podej­rza­nych, potem lista zawę­ziła się do trzech. Ni­gdy wcze­śniej nie byli tak bli­sko Polter­ge­ista. Dzięki spo­strze­gaw­czo­ści Wil­czycy. I to naj­bar­dziej bolało.

Decy­zję o wej­ściu siłą do sto­larni auto­ry­zo­wał naczel­nik wydziału kry­mi­nal­nego, gdy tylko lista podej­rza­nych skur­czyła się do jed­nego nazwi­ska. Miłosz Sob­czak, lat czter­dzie­ści trzy, samotny, nie­ka­rany, nie­utrzy­mu­jący kon­tak­tów z rodziną, stro­niący od zna­jo­mych, do bólu poukła­dany pedant, który całe swoje życie odmie­rzał z zegar­kiem w ręku. Ide­alny kan­dy­dat na psy­cho­patę i seryj­nego zabójcę. Im dłu­żej go obser­wo­wali, tym więk­szą mieli pew­ność. Facet nie uży­wał tele­fo­nów komór­ko­wych i nie było po nim śladu w sieci. Miał tylko tele­fon sta­cjo­narny. We współ­cze­snym popier­do­lo­nym świe­cie trudno jest zna­leźć teraz taką zjawę, która ni­gdzie nie zosta­wia śla­dów. No chyba że przez nie­do­pa­trze­nie albo zbyt­nią non­sza­lan­cję przy­nosi wióry w miej­sce, gdzie porzuca zwłoki.

Zadzwo­niła komórka.

– Słu­cham – powie­dział do słu­chawki i nie poznał swo­jego głosu.

– Góral z tej strony – roz­legł się głos kolegi. – Gdzie ty jesteś? Szy­ku­jemy się na akcję.

– Utkną­łem na mie­ście – skła­mał. – Jesz­cze coś spraw­dzam.

– Co spraw­dzasz? – W gło­sie Górala poja­wiły się nuty zasko­cze­nia.

– Na pewno chcesz wie­dzieć? – rzu­cił opry­skli­wie Żoł­nierz.

– Może nie chcę.

– Będę na czas, bez obaw.

Piotr scho­wał tele­fon do kie­szeni i zapa­trzył się w budy­nek po dru­giej stro­nie ulicy. Par­te­rowy, tro­chę zanie­dbany, brudne szyby w oknach pew­nie nie wzbu­dzały zaufa­nia poten­cjal­nych klien­tów, ponie­waż od godziny nie zawi­tał tu pies z kulawą nogą. Nawet szyld nad sze­ro­kim wej­ściem oznaj­mia­jący światu, że oto w tym miej­scu znaj­duje się zakład sto­lar­ski, nie speł­niał swo­jej funk­cji w naga­nia­niu klien­tów. Brama na pose­sję była otwarta, po obu stro­nach podwó­rza leżały deski i płyty uło­żone w stosy zabez­pie­czone plan­de­kami przed desz­czem. Gdzie­nie­gdzie walały się resztki wyglą­da­jące jak odpady z pro­duk­cji albo efekty nie­udol­no­ści sto­la­rza.

Poli­cjant zapar­ko­wał auto z dala od drogi, na małym par­kingu przy skle­pie spo­żyw­czym. Nie chciał, żeby namie­rzyli go kole­dzy, bo prze­cież zakład od co naj­mniej dwóch dni był pod stałą obser­wa­cją. Czy­tał raporty. Wła­ści­ciel cza­sem wyjeż­dżał busem do hur­towni po mate­riały, jed­nak ni­gdy na długo. Jeden z poli­cyj­nych wywia­dow­ców twier­dził, że mieszka w zakła­dzie.

Samo­chód taj­nia­ków namie­rzył po dłuż­szej chwili. Nie­źle się zaka­mu­flo­wali na skrzy­żo­wa­niu z boczną uliczką za zde­ze­lo­wa­nym oplem vec­trą, który musiał tu stać już kilka lat i ocze­ki­wał na ostat­nią prze­jażdżkę na szrot. Nie mógł wejść od frontu, ponie­waż zaraz go zauważą. Nie mógł także udać klienta o tak wcze­snej porze, ponie­waż wzbu­dziłby ich cie­ka­wość. Musiał wejść od tyłu. Już wcze­śniej spraw­dził, że zakład sto­lar­ski gra­ni­czy z pry­wat­nym domem. Wysoki żywo­płot wysta­jący sporo ponad siatkę ogro­dze­niową dobrze strzegł pry­wat­no­ści miesz­kań­ców domu i pew­nie po czę­ści tłu­mił odgłosy maszyn.

Ostatni raz spraw­dził pisto­let, wysiadł, wypa­lił w pośpie­chu papie­rosa, obser­wu­jąc teren, wresz­cie wyszedł na chod­nik. Odda­lał się od taj­nia­ków przy zardze­wia­łym gru­cho­cie. Miał na gło­wie czapkę z dasz­kiem, zało­żył ciemne oku­lary, tro­chę się zgar­bił i zaczął lekko uty­kać na prawą nogę. Nawet jeśli go zoba­czą – co było mało praw­do­po­dobne – taki kamu­flaż oddali od niego wszel­kie podej­rze­nia. Naj­prost­sze metody są naj­bar­dziej sku­teczne.

Prze­szedł do naj­bliż­szego przej­ścia dla pie­szych. Przy­sta­nął, cze­ka­jąc, aż któ­reś z aut go prze­pu­ści. Nie trwało to długo. Świa­do­mość, że pie­szy ma na pasach abso­lutne pierw­szeń­stwo, powoli zado­ma­wiała się w gło­wach kie­row­ców. Poza tym to była kie­dyś wio­ska, która na sku­tek miej­skiej eks­pan­sji tra­fiła w gra­nice Wro­cła­wia. Ruch był nie­wielki, oko­lica cicha i senna. Obszedł kilka ulic i zna­lazł się na tyłach par­te­ro­wego budynku wynaj­mo­wa­nego na zakład.

Dookoła pano­wała cisza, jakby nikogo nie było w środku, co suge­ro­wały też opusz­czone żalu­zje we wszyst­kich oknach. Tylko uchy­lone tylne drzwi świad­czyły, że jest ina­czej.

Żoł­nierz stał chwilę przy ogro­dze­niu, nasłu­chu­jąc i roz­glą­da­jąc się. Tyły domu też powinny być obsta­wione przez poli­cję. Fuszerka – pomy­ślał zło­śli­wie o Wil­czycy. Ona też nie panuje nad tym całym bała­ga­nem. Pew­nie ope­ra­cyjni się nie doga­dali i tył pozo­stał bez zabez­pie­cze­nia. Będzie z tego potem nie­zła chryja, ale jego to teraz nie obcho­dziło. Taka wpadka kole­gów była mu wyjąt­kowo na rękę.

O ile w zasięgu wzroku nie dostrzegł nikogo, o tyle z budynku dobie­gły go nagle odgłosy. Wkrę­tarka, mło­tek, prze­su­wa­nie cze­goś po pod­ło­dze i po chwili podobny zestaw dźwię­ków. Czyli podej­rzany był w środku.

Poli­cjant już się nie wahał. Jed­nym sko­kiem prze­sa­dził ogro­dze­nie, wyszarp­nął z kabury pisto­let i zatrzy­mał się przy drzwiach. Znowu nasłu­chi­wał. Odgłosy dobie­gały z głębi pomiesz­czeń. Pchnął lufą drzwi i wśli­zgnął się do zakładu. Zna­lazł się w krót­kim kory­ta­rzu. Po pra­wej stro­nie dostrzegł pomiesz­cze­nie biu­rowe, w któ­rym znaj­do­wały się biurko, krze­sło, kom­pu­ter, szafa z opi­sa­nymi równo czar­nymi segre­ga­to­rami, umy­walka i naczy­nia na półce. Pano­wał tu ide­alny porzą­dek. Nikt nie jest w sta­nie zacho­wać takiego ładu w miej­scu, gdzie prze­cież cią­gle unosi się kurz i lecą wióry. Jakby ktoś, kto dbał o ten porzą­dek, cier­piał na zabu­rze­nia psy­chiczne pcha­jące go do kom­pul­syw­nego sprzą­ta­nia i ście­ra­nia kurzu.

Żoł­nierz poszedł dalej w kie­runku dźwię­ków. Tu też było coś nie tak. W miej­scu, gdzie tnie się drewno wiel­kimi piłami, a następ­nie z wycię­tych ele­men­tów składa meble, powinno być dużo świa­tła. Tym­cza­sem w pomiesz­cze­niu pano­wał pół­mrok. Zacią­gnięte żalu­zje nie wpusz­czały pro­mieni sło­necz­nych, lampy na sufi­cie były wyłą­czone. Na tle lampki oświe­tla­ją­cej usta­wiony w głębi stół widział tylko zarys męż­czy­zny odwró­co­nego do niego tyłem. Żoł­nierz postą­pił dwa kroki do przodu i wycią­gnął przed sie­bie broń.

– Poli­cja! Nie ruszaj się! – powie­dział ostro.

Męż­czy­zna znie­ru­cho­miał.

– Odłóż narzę­dzia i wyżej ręce! – zako­men­de­ro­wał poli­cjant.

Bez reak­cji.

– Liczę do pię­ciu i strze­lam!

Tam­ten wolno odło­żył wkrę­tarkę i wypro­sto­wał się. Był wysoki i postawny, choć nie tak wysoki jak Piotr i nieco mniej masywny.

– Ręce do góry! Chcę widzieć twoje ręce!

Facet w cie­niu speł­nił jego pole­ce­nie. Ręce płyn­nym ruchem powę­dro­wały do góry.

– A teraz się odwróć!

Przez długą chwilę patrzyli na sie­bie w mil­cze­niu. To była dziwna sytu­acja. Żoł­nierz nie mógł dostrzec wyraź­nie jego twa­rzy. Tylko oczy błysz­czały, jak dwa dia­menty jarzące się zim­nym bla­skiem.

– Co mnie zdra­dziło?

Miał zaska­ku­jąco przy­jemny tembr głosu; nie wyka­zy­wał nawet cie­nia zde­ner­wo­wa­nia. Pew­nie liczył się z tym, że kie­dyś poli­cja wpad­nie na jego trop i zosta­nie zła­pany. Mimo to jego opa­no­wa­nie zasko­czyło poli­cjanta.

– Wióry – rzu­cił w odpo­wie­dzi.

Polter­ge­ist ana­li­zo­wał coś w mil­cze­niu, wresz­cie pokrę­cił głową i Pio­trowi wydało się, że przez jego twarz prze­mknęło coś na kształt uśmie­chu.

– Wióry – wes­tchnął. – No tak, to moż­liwe.

Znowu zapa­dła prze­dłu­ża­jąca się cisza.

– I co teraz? – Zda­wał się naprawdę zacie­ka­wiony tym, co go czeka. – Jestem aresz­to­wany? Sku­jesz mnie?

Jed­nak Żoł­nierz miał w sto­sunku do niego inne plany.

– Za kilka minut oko­lica zaroi się od poli­cjan­tów – powie­dział. – Obser­wu­jemy cię od kil­ku­na­stu godzin. Zbie­raj się, masz mało czasu.

Znowu minęła chwila, zanim zabójca zro­zu­miał sens tych słów. Komi­sarz go zasko­czył, dla­tego cisza trwała tak długo.

– Nie rozu­miem – powie­dział wresz­cie. – Chcesz mnie zastrze­lić przy pró­bie ucieczki?

– Nie, chcę cię wypuść.

– Nie wie­rzę ci. – Pokrę­cił głową. – Strzał w plecy? Naprawdę aż tak się mnie boisz?

Poli­cjant poczuł nara­sta­jącą wście­kłość.

– Nie boję się cie­bie. Spier­da­laj, bo zaraz będą tu gliny.

Zabójca wciąż stał bez ruchu. Atmos­fera gęst­niała coraz bar­dziej.

Żoł­nierz poczuł nie­przy­jemny dreszcz na ple­cach, który spły­nął w dół krę­go­słupa wraz z kro­plą potu z karku. Polter­ge­ist samą swoją obec­no­ścią roz­ta­czał wokół atmos­ferę lęku i nie­pew­no­ści. Może gdyby widział jego twarz, mógłby roz­szy­fro­wać uczu­cia, jakie nim tar­gają, i odgad­nąć, co mu w tej chwili cho­dzi po gło­wie. Jed­nak mimo upływu czasu jego oczy wciąż nie mogły prze­nik­nąć mroku. Uniósł broń wyżej.

– Spier­da­laj! – powtó­rzył.

– Naprawdę mnie pusz­czasz? Dla­czego?

– Powiedzmy, że mam ważny powód.

Polter­ge­ist zasta­na­wiał się jesz­cze przez moment, aż wresz­cie zary­zy­ko­wał. Postą­pił dwa kroki do przodu i nagle sta­nął, jakby się roz­my­ślił.

– Ale wiesz, że będę dalej zabi­jał? – zapy­tał.

Żoł­nierz sta­rał się, aby jego głos zabrzmiał poważ­nie i zde­cy­do­wa­nie, lecz w męż­czyź­nie przed nim było coś takiego, co odbie­rało pew­ność sie­bie i wysy­sało ener­gię. Dla­tego musiał odchrząk­nąć, zanim zdo­łał coś powie­dzieć.

– Nie zdą­żysz. Następ­nym razem cię zabiję.

– Nie będzie żad­nego następ­nego razu. – Znowu to lek­ce­wa­że­nie w tonie głosu.

Mimo trud­nej sytu­acji, w jakiej się zna­lazł, zabójca był bar­dzo pewny sie­bie.

– Nie boisz się, że to ja kie­dyś przyjdę do cie­bie?

Słowa nie­ocze­ki­wa­nie zmro­ziły Żoł­nie­rza. Przez chwilę się zawa­hał. Czy na pewno aż tak nie­na­wi­dził komi­sarz Laury Wilk? Aż tak, żeby teraz wypu­ścić seryj­nego mor­dercę? Tylko po to, aby jej zaszko­dzić? Kor­ciło go, by naci­snąć na spust i zakoń­czyć tę sprawę tu i teraz. Tylko że gdyby zabił zabójcę, poważ­nie by sobie zaszko­dził. Kto wie, czy to nie byłby jego koniec w poli­cji. Prze­cież wszy­scy by zro­zu­mieli, że zro­bił to tylko z nie­na­wi­ści do Wil­czycy, chcąc jej zaszko­dzić. Czy jest w sta­nie aż tyle zary­zy­ko­wać? Nie. Teraz nie było już odwrotu.

– To by było głu­pie. – Z tru­dem przy­wo­łał uśmiech na twarz. – Jeśli będziesz pró­bo­wał, to cię zabiję.

– Zro­zu­mia­łem ostrze­że­nie.

– Ja twoje też – rzu­cił komi­sarz. – Tra­cisz czas. Oni zaraz tu będą.

Polter­ge­ist ruszył w kie­runku drzwi. Nie obej­rzał się, nic nie powie­dział, jakby nagle się zde­ma­te­ria­li­zo­wał. Zostały po nim tylko jakiś nie­na­tu­ralny mrok oraz lęk i nie­pew­ność wiszące w powie­trzu, jak po wizy­cie demona z samego dna pie­kła.

Komi­sarz Żoł­nierz opu­ścił broń, ode­tchnął głę­boko i wytarł wierz­chem dłoni pokrytą potem łysą czaszkę. Kurwa mać, to chyba naprawdę była zjawa. Nagle poczuł, że jest cały roz­trzę­siony. Z tru­dem zapa­no­wał nad drże­niem rąk, nogi miał dziw­nie słabe, jakby godzinę spę­dził na siłowni, dźwi­ga­jąc cię­żary. Kim naprawdę był ten facet? Czło­wie­kiem czy złym duchem, jak go nazy­wali?

Szybko wziął się w garść. Jego też już dawno nie powinno tu być. Poszedł w kie­runku drzwi, szu­ra­jąc nogami, żeby tech­nicy nie mogli zna­leźć jego śla­dów na pokry­tej wió­rami pod­ło­dze. Przy drzwiach wyda­wało mu się, że z pra­wej strony dobiegł go jakiś odgłos. Zmar­twiał. Czyżby zabójca jed­nak nie uciekł? Jeśli tak jest i da się tu zła­pać eki­pie Wil­czycy, on też będzie udu­piony. Może nawet bar­dziej, niż gdyby go zastrze­lił. Musiał dzia­łać.

Na końcu krót­kiego kory­ta­rzyka dostrzegł uchy­lone drzwi. Poszedł tam z pisto­le­tem wycią­gnię­tym przed sie­bie. Kro­ple potu znowu zgro­ma­dziły mu się na gło­wie, ale teraz nie miał już czasu, żeby je wytrzeć. Pchnął lufą wal­thera drzwi, pocze­kał, aż otwo­rzą się z lek­kim skrzy­pie­niem. Tak, to był ten dźwięk, który go zanie­po­koił. To skrzyp­nię­cie. Zaj­rzał szybko do środka i natych­miast się wyco­fał. To był rzut okiem, jak flesz migawki apa­ratu foto­gra­ficz­nego.

Zana­li­zo­wał obraz, jaki został mu przed oczami. Małe pomiesz­cze­nie bez mebli, okno zasło­nięte dyktą i coś dziw­nego na ścia­nie naprze­ciw drzwi. Jakiś kształt przy­po­mi­na­jący… no wła­śnie, co? Jesz­cze raz wyj­rzał i znowu nie potra­fił powie­dzieć, co widzi.

Wśli­zgnął się do środka i przy­klęk­nął przy bocz­nej ścia­nie, omia­ta­jąc bro­nią nie­wielką prze­strzeń. Pusto. Spoj­rzał na ścianę i nagle jego palec sam zaczął napie­rać na spust broni w obron­nym odru­chu.

Ariel – wiele lat wcze­śniej

Kościół był pełen ludzi. Ksiądz prze­ma­wiał takim tonem jak wszy­scy kapłani. Tro­chę ści­szo­nym, udu­cho­wio­nym, uda­ją­cym żal i cier­pie­nie.

– Kochani! Spo­tka­li­śmy się dzi­siaj, żeby poże­gnać świę­tej pamięci Romana Ksią­żyka. – Zro­bił pauzę, cze­ka­jąc, aż echo jego głosu pły­ną­cego z gło­śni­ków wybrzmi w całej świą­tyni. – Kiedy odcho­dzi ktoś tak młody i pełen życia jak Romek, to straszny cios dla rodzi­ców, rodziny, przy­ja­ciół, zna­jo­mych i nas wszyst­kich. Kochani, nie rozu­miemy, dla­czego Pan Bóg przy­zwał do sie­bie chłopca, który miał prze­cież całe życie przed sobą. W takiej chwili może poja­wić się nawet bunt prze­ciw Naj­wyż­szemu, może się poja­wić bluź­nier­stwo, zło­rze­cze­nie, a nawet obraza i odej­ście od Boga. I ja was teraz przed tym prze­strze­gam! Powta­rzam: ostrze­gam was przed takim rozu­mie­niem tego tra­gicz­nego zda­rze­nia! Nie nam, malucz­kim, wtrą­cać się w boskie plany, potę­piać je i kry­ty­ko­wać. Każde dzia­ła­nie Boga ma swój ukryty cel. Krót­kie życie Romka, a potem jego tra­giczna śmierć, miały swój cel! – Zamilkł wymow­nie i omiótł wzro­kiem kilka rzę­dów ławek. – Pan Bóg nas wszyst­kich kocha i chce dla nas jak naj­le­piej. Bar­dzo zależy mu na tym, żeby­śmy byli silni i odporni na dzia­ła­nia Sza­tana. Dla­tego pod­daje nas pró­bom, które mają nas wzmoc­nić, mają nas do niego przy­bli­żyć, a wresz­cie mają nas ostrzec przed grze­chem. Bo, jak powiada Pismo, „nie znasz dnia ani godziny”, dla­tego musisz być przy­go­to­wany na spo­tka­nie z Panem w każ­dej chwili. I o tym nam wła­śnie mówi śmierć Romka!