Ciąża we troje. Historia miłości, strachu i cudu - Stem Lena - ebook + książka

Ciąża we troje. Historia miłości, strachu i cudu ebook

Stem Lena

0,0

Opis

Czasem, by zostać matką, trzeba zaufać innej kobiecie

Co robić, gdy marzenie o macierzyństwie okazuje się nieosiągalne?

Autorka „Ciąży we troje”, szczęśliwa i spełniona zawodowo kobieta, musiała stanąć przed tym najtrudniejszym w życiu dylematem. Gdy kolejne próby in vitro kończyły się niepowodzeniem, zdecydowała się na wynajęcie surogatki.

Ta książka to poruszający zapis doświadczeń ze spędzonych we troje dziewięciu miesięcy. Tworzą ją zarówno opowieści autorki – gęste od buzujących w niej, skrajnych emocji – jak i fragmenty pamiętnika Amelii, kobiety, która umożliwiła jej macierzyństwo i z którą połączyła ją wyjątkowa więź.

Jak wygląda relacja z surogatką? Kim ona staje się w życiu rodziny oczekującej dziecka? I czy małego człowieka, którego nie nosiło się w łonie, można pokochać matczyną miłością?

„Ciąża we troje” odpowiada na te i wiele innych pytań. Ta osobista, przejmująca i wielogłosowa historia odczarowuje stereotypy oraz przełamuje tabu, a przez to udowadnia, że współczesne rodzicielstwo może mieć wiele twarzy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 254

Rok wydania: 2024

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



LENA STEM

Ciąża we troje

Historia miłości, strachu i cudu

Wstęp

Atlantyk oddychał już chłodem, a ten zapach, ostry i znajomy, przenikał do samej kości. Poruszaliśmy się we trójkę, zaledwie trzy drobne punkty na szerokim, piaszczystym pustkowiu Karoliny Południowej. Ja, Konrad i nasz Henry, śpiący w chuście, który dopiero od kilku miesięcy poznaje świat.

Molo zamarło, ucichł letni zgiełk. Zniknęli surferzy, którzy jeszcze kilka tygodni temu mierzyli się tu z siłą oceanu. Pozostał jedynie melancholijny szum fal i nieustający, kojący oddech oceanu, który stał się dla nas synonimem bezpieczeństwa.

To miejsce ma wiele serc. Kiedyś szukaliśmy tu ucieczki i wytchnienia. A teraz, odkąd Henry jest z nami, stało się ono obietnicą. I kocham je za to jeszcze głębiej.

Mój wzrok wędruje ku horyzontowi, malując obrazy przyszłości. Właśnie na tym piasku, mokrym od słonej wody, Henry odciśnie swój pierwszy ślad. Siedząc na tarasie i wpatrując się w nieskończony błękit, będziemy czekać, aż dorośnie do morskich podróży. Nasza prawdziwa historia, ta, na którą czekaliśmy – zaczyna się teraz, w miejscu, gdzie szum oceanu jest wieczny.

Kiedy patrzę na uśmiech syna i małe ciało, które porusza bezradnie rączkami, ogarniają mnie radość oraz smutek. Od razu wraca do mnie moja trudna i bynajmniej nie usłana różami historia. Wielokrotne próby in vitro, IUI i bolesne wspomnienia, kiedy to lekarz mówił: „Znów się nie udało, spróbujemy jeszcze raz”. Faszerowanie się stosami leków i zastrzyków w przygotowaniu do in vitro oraz stół zastawiony medykamentami. Robienie sobie zastrzyków parę razy dziennie, żeby tylko zajść w ciążę. Wieloletnie starania o dziecko zakończyły się fiaskiem. Kosztowało mnie to dużo zdrowia, nerwów, pieniędzy. Próbowałam adopcji, która także okazała się nieosiągalna.

Każde kolejne pytanie o brak dzieci odczuwałam jak uderzenie, jak dowód mojego niepowodzenia. Właśnie dlatego uważam za szczególnie nietaktowne powtarzanie w dzisiejszych czasach frazy: „Czemu nie masz dzieci?”. To zdanie, wypowiadane zarówno przez kobiety, jak i mężczyzn, rani i naznacza. Stawia w trudnym położeniu osoby, które padają ofiarą utartych stereotypów i przestarzałych schematów.

Macierzyństwo nie jest obowiązkiem. Kobieta nie musi, a nawet nie powinna, realizować się wyłącznie poprzez posiadanie potomstwa. Sukces i spełnienie można osiągnąć na różne sposoby. Znam wiele bezdzietnych koleżanek, które są całkowicie szczęśliwe same lub ze swoimi mężami czy partnerami. Za sprawą takiego pytania, świadomie lub nie, wywieramy na kobiety presję posiadania dzieci. A to jest postawa głęboko niesprawiedliwa.

Czy zastanawiasz się, co więc sprowadziło mnie – matkę z synem – na ten cichy zakątek plaży?

Umożliwiła mi to surogatka. Okazała się ona kimś więcej niż partnerem w umowie, była moją bratnią duszą i rozumiałam ją instynktownie. A co najważniejsze, podarowała mi zdrowe dziecko, które trzymam teraz w ramionach.

Po co napisałam tę książkę? Żeby ułatwić kobietom i parom podjęcie decyzji. Wskazać inne opcje, które warto wziąć pod uwagę, gdy naturalne metody zajścia w ciążę zawodzą. Surogactwo to dobra alternatywa, bo umożliwia posiadanie dzieci nawet starszym kobietom. Ta książka nie jest poradnikiem, lecz opowieścią o mojej burzliwej drodze do macierzyństwa: od walki o ciążę, przez relację z naszą surogatką Amelią, aż po narodziny syna. To historia nas trojga – mnie, Konrada i Amelii – oraz wszystkich etapów, które wspólnie przeszliśmy, od pierwszego spotkania w agencji, przez transfer i ciążę, po chwile, gdy syn był już z nami. To historia utkana z momentów smutku, bólu, niepewności, ale i wzruszeń oraz szczęścia, które było nam dozowane w małych dawkach.

Fragmenty dziennika Amelii stanowią także ciekawe urozmaicenie historii opowiadanej z mojej perspektywy – rzucają nowe światło na przebieg ciąży z punktu widzenia surogatki. Wierzę, że ta historia zainspiruje Cię do walki o swoje marzenia. Wiem już, że wychowywanie dziecka nie jest rzeczą prostą. Dla mnie jego posiadanie było prawie nieosiągalne, ale dzięki determinacji i szczęściu jestem we właściwym miejscu. Mam nadzieję, że moja droga Cię czegoś nauczy, a może i zainspiruje do rozpoczęcia podróży z surogatką.

Rozdział 1

Nowa szansa na adopcję, lipiec 2024

Pokój dzienny znajdował się w artystycznym nieładzie. Zabawki i dziecięce ubranka były porozrzucane po czterech kątach. W drugim pomieszczeniu spał Henry Antoni – mój wymarzony, długo wyczekiwany syn, który od paru miesięcy był już z nami. Zmęczona po pracy i po „drugiej zmianie” przy dziecku, ogarniałam dom, aby doprowadzić go choć trochę do porządku. Trzymając śpioszki Henry’ego w jednej ręce, podniosłam z podłogi opakowanie pieluszek. W tym samym czasie na szafce zawibrował telefon. Emily Clark. Była adwokatką, prowadziła dużo spraw rodzinnych, a w środowisku krążyła o niej opinia agresywnej, władczej i bezwzględnej pani mecenas. Potrafiła zaatakować przeciwnika w sądzie, zadawać niewygodne pytania. Z charakteru była głośną, dominującą kobietą, która skupia na sobie uwagę. W każdej sytuacji chciała skraść show: przejmowała inicjatywę w rozmowie, a głośny ton wypowiedzi od razu zdradzał, że Emily jest w budynku. Clark była nieprzewidywalna.

– Pamiętasz, jak kiedyś mówiłam ci o dziecku, któremu pomagam?

– Jasne, że pamiętam.

– Wyślę ci zaraz jego zdjęcia. Zobacz, jaki on jest podobny do twojego Henry’ego.

Wyświetliłam zdjęcie na telefonie, a moim oczom ukazał się niemowlak o niebieskich oczach i blond włosach.

– Dziękuję, to bardzo miłe z twojej strony. Czy nadal śledzisz rozwój sytuacji i losy tej rodziny? Bo wiesz, mogę ci dać dla niego trochę rzeczy. Mały tak szybko z nich wyrasta.

– Jak masz, to jasne, dawaj. Wszystko mi się teraz przyda. Nie uwierzysz, co się stało! – powiedziała Emily Clark.

– Umieram z ciekawości.

– Ten mały bardzo często u mnie bywa. Rodzice po prostu mi go podrzucają, notabene śmierdzącego, z brudną pieluchą. Mówią, że będą za dwie godziny, a wracają po czterech dniach. Biorą go na jakiś czas, po czym historia się powtarza.

– Nie gadaj… Zajmujesz się ciągle ich dzieckiem?! Jak sobie radzisz?

– Robię, co mogę. Latam po mleko do sklepu, bawię malucha, w nocy wstaję.

– Pewnie się zastanawiałaś, żeby to gdzieś zgłosić?

– Zgadza się, ale tkwię w pułapce dylematu… W końcu doskonale się orientujesz, jak zawiłe i nieubłagane bywają procedury. Jeśli teraz zdecyduję się zgłosić tę sytuację, to chłopiec zostanie natychmiast skierowany pod opiekę tymczasową. Jednak istnieje poważne prawdopodobieństwo, że biologiczna matka odzyska prawa do opieki, i ten schemat może się powtarzać wiele razy. Maluch będzie w kółko krążył między domem a opiekunami zastępczymi. Czy wyobrażasz sobie, jak głębokie piętno emocjonalne odciśnie to na delikatnej psychice tego maleństwa? Naprawdę nie wiem, co byłoby gorsze – powiedziała Emily, a jej głos zdradzał głęboki niepokój. – Poza tym, co jeśli rodzice się ode mnie odwrócą i stracę wszelką kontrolę nad losem tego chłopczyka?

– Może się jakoś ułoży, daj im czas. Może w końcu dojrzeją do tej odpowiedzialności – odpowiedziałam, starając się ją uspokoić.

– Wątpię. Ty wiesz, że to dziecko było u mnie półtora miesiąca, a ma dopiero trzy?

Na te słowa zamarłam, wgniotło mnie w fotel.

– A czy nie czujesz, że więź między wami już się zrodziła, Emily? Zastanów się. Masz stabilną sytuację finansową, bezpieczny, pełen ciepła dom. Być może to właśnie jest ta wyjątkowa szansa?

– Ja? Zapomnij. Jestem za stara na matkę. Już nie mam siły na nocne wstawanie, zmianę pieluch i tak dalej. Poza tym mój facet ma już sześćdziesiąt lat i średnio znosi obecność niemowlaka na „pół etatu”. Leno, pomyślałam o tobie, może ty mogłabyś wziąć tego maluszka? Podobny jest do Henry’ego, byłby świetnym bratem. Popatrz, jaki on jest słodki – powiedziała Clark.

– Nie chcę drugiego dziecka. Dopiero niedawno sobie wszystko poukładałam. Kocham Henry’ego ponad życie, ale ostatnie miesiące nie były łatwe. Trochę mi zajęło, zanim się odnalazłam w nowej sytuacji. Ostatnio wróciłam do pracy, znalazłam nianię, którą Henry uwielbia. Dzięki temu mogę czasem wyjść sama lub z mężem do restauracji, napić się wina, odetchnąć. Moje życie odzyskało utraconą harmonię.

– Człowiek nigdy nie jest gotowy na drugie dziecko, ale sama wiesz, jak trudno otrzymać dzidziusia z adopcji. Odrzucisz taką szansę?

– Emily, dwa lata temu to było moje największe marzenie. Wtedy odbijaliśmy się od ściany w procesie adopcji – odpowiedziałam, czując, jak łamie mi się serce.

Dokończyłam rozmowę. Jedyne, co mogłam zrobić, to pomóc dziecku w inny sposób. Wpadłam w taki szał, że w ciągu godziny spakowałam pół pokoju zabawek, ciuszków, pieluch i jedzenia. Przygotowałam biednemu chłopcu małą wyprawkę, którą niedługo później odebrał ode mnie mąż Emily.

Myśl o tym chłopczyku nie dawała mi spokoju, dlatego w pełni wczułam się w rolę. Bardzo chciałam pomóc dziecku odnaleźć nowy, szczęśliwy dom. Powiadomiłam dziesiątki znajomych o możliwości adopcji. Dbałam o absolutny brak presji – po prostu poinformowałam o takiej możliwości. Dzięki temu wiadomość o chłopcu czekającym na nowy dom rozeszła się pocztą pantoflową po ogromnej sieci kontaktów.

– Dzwonię w sprawie chłopca, o którym ci mówiłam. Czy znalazłaś chwilę, by przemyśleć tę możliwość?

– Wiesz co, Lena, to miłe, że o mnie pomyślałaś, ale czuję, że to nie jest moja droga. Moje życie singielki w pełni mi odpowiada. Po prostu nie czuję powołania, by być matką. Ta historia mnie jednak bardzo poruszyła, więc rozesłałam wiadomość do kilku koleżanek. Jedna z nich myśli o dziecku… a nuż, widelec to będzie jej szansa.

– Oczywiście, Kasiu. Rozumiem cię w stu procentach. To jest bardzo osobista decyzja i masz rację, dzieci nie są dla wszystkich. Wprowadzają rewolucję w życiu, daleką od sielanki. Wiem o tym najlepiej. Bardzo, bardzo ci dziękuję za rozmowę i za to, że podajesz dalej tę informację.

– Pa, powodzenia w poszukiwaniach!

Następnie zatelefonowałam do Iwony, która kiedyś mi napomknęła, że chce założyć rodzinę.

– Iwona, wiem, że kiedyś wspominałaś o rodzinie. Może właśnie nadszedł czas na spełnienie marzenia o dziecku? Czeka na dom chłopiec, cudowny bobas, który potrzebuje stabilnej przystani. Jego wcześniejsze losy były, niestety, skomplikowane.

– No masakra, Lena. Ta historia mnie rozwaliła. Jak zobaczyłam tego malucha, to mi się go zrobiło po ludzku strasznie żal.

– To co, myślisz, że dalibyście radę?

– Wiesz co, kusząca myśl… ale nie. Mamy teraz taki etap, że ciągle jesteśmy w biegu, same wyjazdy. Nie chcemy tego psuć, naprawdę. Dziecko to od razu koniec spania i masa roboty. Chyba muszę zrezygnować.

– Oczywiście, temat zamknięty. Wiem, że to nie jest łatwa decyzja.

– Daj znać, jak coś się wyklaruje. Trzymam kciuki za małego.

W tym właśnie momencie, stojąc w półmroku kuchni z filiżanką stygnącej herbaty w dłoni, poczułam ten ostateczny, cichy opór. Cienka, niewidzialna nić, która wciąż łączyła mnie z listą oczekujących na adopcję, nagle pękła.

Nie, nie chodziło o to, że się poddałam. Odmawiałam, ponieważ, paradoksalnie, uświadomiłam sobie, że już nią jestem – Matką. Pomyślałam o życiu, które z takim trudem zbudowałam. O spokoju, który wywalczyłam. Byłam Matką naszej wolności. I jako Matka musiałam chronić to, co już istniało.

Świadomość tego faktu uderzyła z siłą, która wprawiła w drżenie całe moje jestestwo. To była najbardziej egoistyczna, a jednocześnie najbardziej bezwzględnie matczyna decyzja, jaką kiedykolwiek podjęłam. Egoistyczna, bo zamykałam drzwi przed nieznanym dzieckiem, które czekało gdzieś na dom. Matczyna, ponieważ z całą mocą, jaką obdarzyła mnie natura, wiedziałam, że każdą cząstkę mojej uwagi, cierpliwości, miłości, muszę bez reszty oddać Jemu – mojemu synowi, który teraz cicho drzemał w fotelu obok. Nie miałam rezerw. Studnia mojej macierzyńskiej mocy miała tylko jedno źródło i jeden nurt, a ten płynął już w całości do Henry’ego.

Pochyliłam głowę, czując ciężar i ulgę płynące z tej ostatecznej rezygnacji. Zamknęłam oczy. Dawne, palące marzenie o adopcji – obraz idealnego dziecka, które miało wypełnić każdą pustą przestrzeń – ustąpiło miejsca obecnemu, kompletnemu, choć nieidealnemu, spokojnemu szczęściu. Było to jak wymiana skarbu na inny: równie cenny, ale potrzebny właśnie w tej chwili. To, co kiedyś było dla mnie absolutnie najważniejsze, ustąpiło miejsca temu, co liczyło się dziś.

Otworzyłam oczy. Napięcie puściło. Na świecie liczył się już tylko ten cichy, miarowy oddech, który unosił się w rytmie spokojnego snu w fotelu obok, i chłodna filiżanka, którą w końcu odstawiłam. Czas skupił się na tym jednym, drogim sercu.

Inseminacja

Nie można sobie „od tak” zrobić in vitro. Muszą wystąpić ku temu wskazania. „Staranie się” pary, czyli współżycie przez rok bez zabezpieczenia, które nie zakończyło się ciążą, jest wystarczającym argumentem do zastosowania sztucznego zapłodnienia. In vitro okazuje się też jedyną deską ratunku dla małżeństw, które cierpią na trwałe uszkodzenia jajowodów, upośledzenie funkcji jajowodów przy zachowanej drożności, niskiej jakości nasienie, endometriozę, zaburzenia jajeczkowania. Sztuczne zapłodnienie jest zalecane zwłaszcza dla kobiet w wieku powyżej trzydziestu pięciu lat.

Nasza historia z IUI i IVF rozpoczęła się pięć lat temu. Od razu zostałam zakwalifikowana do inseminacji. Jest to metoda pierwszego wyboru, którą proponuje się kobietom niemogącym zajść w ciążę. Zabieg polega na wprowadzeniu do jamy macicy wyselekcjonowanych i odpowiednio przygotowanych w laboratorium plemników.

Znalazłam się w nowoczesnej klinice w Chicago. Szłam wraz z Konradem świeżo wyremontowanymi korytarzami. Na ścianach wisiały plakaty z uśmiechniętymi kobietami po czterdziestce, będące dowodem na sukces inseminacji oraz in vitro.

– Boisz się? – zapytał lekko zatroskany mąż.

– Ja? Dlaczego? Przecież wiesz, że jestem w czepku urodzona. Co może pójść nie tak? Phh – prychnęłam, po czym weszłam do gabinetu.

Nim się obejrzałam, siedziałam już w białym pokoju, na skórzanym fotelu lekarskim. Byłam wyluzowana – po pierwsze w życiu zawsze wszystko mi się udawało, a po drugie zgodnie z zapowiedzią doktora zabieg miał być bezinwazyjny. Zero powodów do obaw.

Obserwowałam z fotela ściany pokryte bielą. Lekarz zbliżył się do mnie, a w jego ręku błysnęło narzędzie – kateter, strzykawka z długim końcem, za pomocą którego dokonał wprowadzenia plemników do komórki jajowej. Nie było potrzebne nawet znieczulenie. Trwało to zaledwie kilka minut. Po zakończeniu procedury medycznej przebrałam się w swoje ubranie, po czym opuściłam szpital w doskonałym nastroju. Zamierzaliśmy z Konradem świętować moje zajście w ciążę. Gdy szliśmy przez parking, w mojej torebce zawibrował telefon. Zatrzymałam się na chwilę.

– Jak było? – Usłyszałam głos zdenerwowanej siostry.

– Super. Wszystko poszło jak po maśle. Możesz już kupować ubranka dla małej, bo czuję, że za tydzień usłyszę dobre nowiny.

– Świetnie, tak się cieszę! Martwiłam się o ciebie.

– O mnie, no co ty! Przecież wiesz, że ja zawsze spadam na cztery łapy.

Tydzień później wróciliśmy do tej samej kliniki, aby odebrać wyniki.

– Pierwsza próba inseminacji zakończyła się niepowodzeniem. Ale spróbujemy jeszcze raz – dodał spokojnym tonem doświadczony lekarz z siwizną na głowie. Mężczyznę w typie nauczyciela cechowało opanowanie, które natychmiast budziło zaufanie. Emanował cichą uwagą i niemal instynktowną empatią, dzięki czemu rozmowa toczyła się bez pośpiechu.

– Co poszło nie tak? – zapytałam, zbita z tropu.

– To się zdarza w pani wieku. Na razie nie ma powodów do obaw. Przystąpimy do drugiej próby.

Po krótkiej rozmowie wyszliśmy z gabinetu. Na moje niesłabnące dotąd pokłady entuzjazmu spadł zimny prysznic. Dotknęło mnie to, lecz postanowiłam się nie przejmować. Weszłam w kolejny etap przygotowań do inseminacji. Proces trwał miesiąc, ponieważ musieliśmy cierpliwie czekać na odpowiedni moment cyklu i nastąpienie jajeczkowania. Żyłam normalnie – pracowałam, spotykałam się z przyjaciółmi. Jedynie gdzieś z tyłu głowy miałam datę, która wibrowała mi w pamięci jak dzwon w tybetańskiej świątyni.

Kolejna inseminacja odbyła się zgodnie z planem. Tydzień po zabiegu, w moim przekonaniu udanym, poszliśmy odebrać wyniki. W powietrzu czuć było to specyficzne, podwójne napięcie. Lęk przeplatał się z wiarą. Konrad nie miał wątpliwości – zarezerwował stolik w naszej ulubionej włoskiej restauracji, bo chcieliśmy świętować upragnione dobre nowiny. Niestety, rezultat okazał się brutalnie taki sam – znów porażka. Nie dochodziło do zapłodnienia. Lekarz zachęcał, żeby się nie poddawać. Wciąż wierzyłam w to, że zajdę w ciążę. Naprawdę. Zgodziłam się na wyznaczenie kolejnego terminu.

Podejmując tę walkę, szybko straciliśmy poczucie wartości pieniądza. Nasza determinacja sprawiała jednak, że finanse były dla nas najmniejszym zmartwieniem. Liczył się wyłącznie jeden cel – dziecko. Minęły całe trzy miesiące od pierwszej wizyty w klinice. Zostaliśmy wezwani na rozmowę z lekarzem prowadzącym. Ten dzień stanowił pewną symboliczną datę w naszej początkowej batalii o dziecko. Trzecia próba zakończyła się fiaskiem, co podkopało fundamenty mojej pewności siebie. Usiedliśmy naprzeciwko starszego lekarza w białym kitlu, który przeglądał moje wyniki badań. Uśmiech na jego twarzy ustąpił zatroskaniu. Czułam panujące w powietrzu napięcie, ale starałam się trzymać nerwy na wodzy.

Konrad był opanowany. Jak to on. Choć do końca nie wiem, co rozgrywało się wówczas w jego wnętrzu.

– Pani Leno, inseminacja nie przynosi rezultatów. Powiem tak, w pani przypadku, zważywszy na wiek, mamy od dwóch i pół do trzech procent szans na sukces. Nie stoimy na straconej pozycji: w naszej klinice wiele kobiet zachodzi w ciążę po czterdziestce. To daje nam margines nadziei.

Tak też po raz kolejny obudziła się we mnie nadzieja. To nie była pewność, tylko wąska szczelina nadziei, przez którą wciąż przenikało światło. Skoro inne kobiety potrafiły przez nią przejść, dlaczego ja miałabym zostać po drugiej stronie?

***

Nasz dom w Chicago otulony był letnim słońcem. Klimatyzacja dawała nam wytchnienie, a my przy zimnych napojach odpoczywaliśmy po ciężkim dniu w pracy. Opierałam się o zagłówek kanapy, a Konrad z poważną miną przeglądał wyniki finansowe swojej firmy, wpatrując się w ekran laptopa. Mąż spojrzał na mnie i bezbłędnie odczytał irytację na mojej twarzy.

– Co cię trapi? – rzucił Konrad.

– To aż tak widać?

– Znam cię przecież bardzo dobrze.

– Czytam najnowsze raporty medyczne na temat ciąży.

– I co? Jakieś nowe rewelacje?

– Mam mętlik w głowie. Z jednej strony przeczytałam, że statystycznie kobiety po trzydziestym ósmym roku życia mają zaledwie dwanaście procent szans na zajście w ciążę. Po czterdziestym trzecim roku życia szansa na zajście w ciążę maleje do pięciu procent. Z drugiej strony, nawet przy szansach na poziomie dwóch–trzech procent lekarze, mając do dyspozycji nowinki technologiczne i zaawansowaną naukę, nie mogą odmówić kobiecie nadziei na posiadanie dziecka.

– I dlatego jesteś rozdarta?

– Tak, bo z jednej strony mam czasem wrażenie, że ten biznes medyczny jest nastawiony tylko na zarabianie pieniędzy. Dwadzieścia tysięcy dolarów za kolejną procedurę. Nie udało się? To zapraszamy jeszcze raz, teraz może się uda. Z kolei inne myśli są takie, że warto ponieść wszelkie koszty, mentalne i finansowe, bo na koniec dnia i tak zyskujemy dziecko.

– Uważasz, że nie warto próbować? – zapytał Konrad, a jego wzrok przeszył mnie na wylot.

– Nie, oczywiście, że nie. Jestem zwolenniczką IUI i IVF, tylko myślę, że nie ma sensu przesadzać z liczbą prób. Musimy ustalić, kiedy nadejdzie moment, w którym po prostu powiemy „stop”.

– Słuchaj, robimy wszystko, co w naszej mocy. Nie przestaniemy próbować, dopóki będziesz tego chciała i procedury medyczne nie zaczną zagrażać twojemu zdrowiu.

– Żałuję, że w wieku dwudziestu pięciu lat nie zamroziłam sobie jajeczek. Współczesne kobiety decydują się na późne macierzyństwo, bo priorytetem jest dla nich kariera, realizacja celów i podróże. Tyle że samo in vitro nie daje stuprocentowej gwarancji. Mrożenie jajeczek zapewnia duże szanse na zajście w ciążę w późniejszym wieku. A jeśli to wszystko, co robimy, nie przyniesie rezultatu? Ta myśl zmusza mnie do rozważenia wszystkich opcji. Dlatego uważam, że zakup zamrożonych komórek jajowych to etycznie słuszne działanie.

Skończyliśmy tę trudną rozmowę, przytulając się mocno. Cieszyliśmy się chwilą: tym, że mamy ten dom, ten spokój i siebie nawzajem.

In vitro

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji

Ciąża we troje. Historia miłości, strachu i cudu

ISBN: 978-83-8423-430-3

© LENA STEM i Wydawnictwo Novae Res 2026

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody Wydawnictwa Novae Res.

REDAKCJA: Anna Kędroń

KOREKTA: Agata Ogórek

OKŁADKA: Paulina Radomska-Skierkowska

Wydawnictwo Novae Res należy do grupy wydawniczej Zaczytani.

Grupa Zaczytani sp. z o.o.

ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia

tel.: 58 716 78 59, e-mail: [email protected]

http://novaeres.pl

Publikacja dostępna jest na stronie zaczytani.pl.

Opracowanie ebooka Katarzyna Rek