75,00 zł
Gabriel de León stracił rodzinę, wiarę i ostatnią nadzieję na położenie kresu nieskończonej nocy – Świętego Graala, Dior. Kiedy jego jedyną motywacją pozostaje zemsta, wyprawia się z drużyną wiernych towarzyszy do serca rozdzieranego wojną Augustin, by pozbawić życia Wiecznotrwałego Króla.
Ostatni Srebroświęty nie wie jednak, że Graal żyje – i spieszy do oblężonej stolicy cesarstwa, wiedziona wątłą nadzieją na zakończenie bezdnia. W dworskich salach czai się jednak zdrada, a legiony Wiecznotrwałego Króla z każdym dniem są coraz bliżej. Gabriel i Dior zostają wciągnięci w ostateczną bitwę, która zadecyduje o przyszłych losach cesarstwa. Kiedy słońce zachodzi po raz – być może – ostatni, nikomu nie mogą już ufać.
Nawet sobie nawzajem.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 1150
Czas nie jest przyjacielem śmiertelników, drogi Czytelniku, i kto wie, ile pór roku upłynęło, odkąd ostatni raz rozmawialiśmy. Pamięć w najlepszym razie jest niewiarygodnym narratorem, a w najgorszym kłamliwym przyjacielem. Jako że twój historyk do żadnego z nich nie pała afektem, proponuję Ci przypomnienie głównych aktorów tego dramatu:
Gabriel de León – Ostatni Srebroświęty, Czarny Lew z Lorson i Miecz Cesarstwa. Gabriel jest bladokrwistym – synem śmiertelnej kobiety i ojca-wampira – który odziedziczył moc swojego stwórcy i jego żądzę krwi. Urodził się dziewięć lat przed nadejściem bezdnia, kiedy słońce zostało przesłonięte na niebie cesarstwa Elidaenu, a w wieku lat piętnastu zwerbowano go do Srebrnego Zakonu San Michon. Stał się wzorem w tym świętym bractwie, sama cesarzowa pasowała go na rycerza, zanim popadł w niełaskę z powodu miłości.
A ja tu siedzę i nie mam słodkich dźwięków skrzypiec pod ręką.
Ponad dziesięć lat po ekskomunice Gabriel stał się wrakiem człowieka, myślącym jedynie o pomszczeniu famille zamordowanej przez Wiecznotrwałego Króla, Fabiéna Vossa. Jednak kiedy spotkał Dior Lachance, poświęcił swoje życie ochronie dziewczyny i pokochał ją szczerze jak własną córkę, Patience.
Kiedy próbował dowiedzieć się, w jaki sposób Dior mogłaby zakończyć bezdzień, został zdradzony przez swoją siostrę Celene i rozdzielony ze swą świętą podopieczną. Zwerbował armię tancerzy zmierzchu z Pogórza Osswayskiego, aby wyrwać Dior z rąk demonów, które ją pojmały. Jednakże – jak to często bywa w przypadku tego tak zwanego bohatera – tragedia już czekała na końcu jego drogi.
Czyż to nie rozkoszne, że zawsze można na niego liczyć?
Dior Lachance – w wieku jedenastu lat osierocona przez matkę prostytutkę. Jej życie drobnej złodziejki zostało niespodziewanie przerwane, gdy okazało się, że jej krew leczy wszelkie rany. Uciekła Inkwizycji, która chciała ją stracić za czary, i odkryła, że jej moc nie jest darem Upadłego, ale pochodzi z samych niebios. Dior jest potomkinią Esan, córki śmiertelnego syna samego Boga, Odkupiciela.
Zdecydowana wypełnić swoje przeznaczenie i zakończyć bezdzień, Dior trafiła pod opiekę Gabriela de León i jego wampirzej siostry, Celene. Ścigana przez dzieci Wiecznotrwałego Króla została pojmana przez Nikitę i Lilidh, najstarsze wampiry rodu Dyvok. Uwięziona w ufortyfikowanym mieście Maergenn odkryła, że jej krew jest w stanie wyrwać każdego człowieka z wampirzego zniewolenia – fałszywej miłości wywołanej przez trzykrotne picie z tego samego wampira przez trzy kolejne noce.
Zawiązawszy spisek z innymi śmiertelnikami na dworze Dyvoków, Dior pomogła obalić ich przeklęte królestwo wampirów. Na koniec jednak została zabita przez ancien Dyvoków, Lilidh, która skręciła jej kark, zanim Gabriel zdążył ją uratować.
Trzy dni po swojej śmierci Dior otworzyła oczy w mauzoleum w podziemiach Maergenn.
Celene Castia – przyrodnia siostra Gabriela. W wieku lat piętnastu została okaleczona i zamordowana przez Laure, najmłodszą córkę Wiecznotrwałego Króla, w zemście za działania brata. Szesnaście lat później powróciła do życia Gabriela, przedstawiając się jako liathe i tropiąc Dior.
Chociaż stworzył ją Voss, twierdziła, że należy do tajemniczego rodu Esani, tego samego, którego członkiem był ojciec Gabriela. Mimo wzajemnej nieufności rodzeństwo przez pewien czas współpracowało, poszukując starodawnych wampirów Esani i sekretnej wiedzy o tym, jak Dior może zakończyć bezdzień. Obawiając się jednak, że przez swoją narastającą żądzę krwi Gabriel stanowi zagrożenie dla Dior, Celene ostatecznie zdradziła go i próbowała zamordować.
Rodzeństwo połączyło ponownie siły, żeby uratować Dior z rąk Dyvoków. Kiedy Gabriel odkrył, że Celene nie tylko była uczennicą jego ojca, ale także go zamordowała, jego nieufność powróciła. Gdy zaś dowiedział się, że sam Odkupiciel odpowiada za stworzenie pierwszych wampirów, wpadł w szał, który pozwolił Lilidh zamordować Dior.
Trzy dni później Dior zmartwychwstała, ale we wnętrznościach krypt pod miastem Celene była świadkiem jeszcze jednego przebudzenia: starodawnej wampirzycy z rodu Esani imieniem Maryn, która może mieć klucz do zakończenia bezdnia raz na zawsze.
Phoebe á Dúnnsair – Phoebe miesiącami podróżowała z Dior pod postacią pumy, zanim ujawniła swoją prawdziwą naturę: tancerki zmierzchu, zdolnej przybierać ludzką lub zwierzęcą postać o zachodzie słońca.
Oddzielona od Dior przez podstęp Celene, Phoebe szukała dziewczyny razem z Gabrielem. Podczas podróży odkryli, że łączy ich tragedia, jakiej oboje doświadczyli: mąż Phoebe zginął podczas wojny, a ona, podobnie jak Gabriel, straciła córkę. Tancerka zmierzchu i srebroświęty zostali kochankami, a ich śmiało opisane ze wszystkimi szczegółami miłosne uniesienia rozwiązały zagadkę, która pozwoliła zjednoczyć Pogórze w misji ratunkowej.
Podczas finałowej walki z Nieposkromionymi Phoebe odnalazła swojego męża, Connora, który okazał się niewolnym Lilidh Dyvok uwięzionym na stałe w ciele wilka.
Jednakże ich ponowne spotkanie okazało się rozkosznie krótkie.
Connor á Lachlainn – tancerz zmierzchu z Pogórza Osswayskiego, potomek najpotężniejszej tamtejszej królowej, Ailidh Siewczyni Burzy. Connor latami wędrował po cesarstwie Elidaenu, zanim wrócił na Pogórze i poślubił młodszą Phoebe. Chociaż miał rzekomo zginąć podczas wojny z rywalizującymi klanami, w rzeczywistości został schwytany przez Lilidh Dyvok, a jego mistyczna krew dała jej rodowi moc potrzebną do podboju Osswayu.
Connor żył pod postacią wielkiego białego wilka, kiedy służył na dworze Dyvoków, ale gdy jego więź z Lilidh została zerwana, zażarcie bronił Graala i księżniczki Reyne á Maergenn przed pazurami wampirzycy.
Jak na złość hrabina zabiła go, zanim mógł wyjaśnić swoje powody.
Reyne á Maergenn – piąta córka legendarnej Niamh Dziewięć Mieczy, księżnej Osswayu. Ojciec Reyne był nieznanym wędrowcem, którego Niamh wzięła sobie na kochanka po śmierci męża. Narodziny Reyne z nieprawego łoża były źródłem wstydu dla Niamh, zatem dziewczynę wychowywała starsza siostra, Yvaine, w Elidaenie, z dala od dworu Dziewięciu Mieczy.
Kiedy wiele lat później Reyne wróciła, żeby bronić ojczyzny, wpadła w ręce Dyvoków, gdy ci zdobyli Maergenn. Dior przełamała jej zniewolenie i we dwie pomogły uwolnić resztę niewolnych, pokonać armie Dyvoków i zabić najstarsze wampiry.
Jak znalazły w tym wszystkim czas na miłostki, to mi się w głowie nie mieści.
Nastolatki, oui?
Astrid Rennier – była nieślubną córką cesarza Alexandre’a III, którą zamknięto w klasztorze San Michon, kiedy jej istnienie stało się krępujące dla nowej żony cesarza, Isabelli. Po tym, jak jej przyjaźń z Gabrielem rozkwitła w odwzajemnioną miłość, została ekskomunikowana razem z nim, gdy wyszło na jaw, że jest w ciąży.
Po narodzinach córki i ślubie osiedli razem na południowych rubieżach cesarstwa, by wieść cichy, spokojny, szczęśliwy żywot.
Wiecie, co było potem.
Patience de León – córka Gabriela i Astrid. Kiedy przyszła na świat, jej ojciec, dawny srebroświęty, wytatuował sobie jej imię srebrem na knykciach, żeby nigdy nie zapomnieć, co jest naprawdę ważne. Była jego radością i dumą, prawdziwym słońcem na nieboskłonie jego życia.
Miała jedenaście lat, kiedy została zamordowana przez Wiecznotrwałego Króla, Fabiéna Vossa.
A to mnie ludzie nazywają potworem.
Pożeraczka Popiołów – zaczarowany miecz Gabriela, który telepatycznie porozumiewa się z właścicielem. Chociaż nie została wykuta ze srebra, jest śmiertelnie niebezpieczna dla zimnokrwistych i w czasach swojej największej chwały we dwoje z Gabrielem wyrąbywali sobie drogę przez szeregi Umarłych.
Zdarzają jej się krótkie przebłyski przytomności umysłu, najczęściej jednak nie bardzo wie, gdzie – a nawet kiedy – przebywa. Zmieniła się na zawsze po tym, jak jej ostrze zostało złamane na skórze Wiecznotrwałego Króla. Sposób, w jaki Gabriel wszedł w jej posiadanie, pozostaje przedmiotem licznych spekulacji pośród minstreli, truwerów i knajpianych proroków z całego cesarstwa.
Jeśli o mnie chodzi, to chciałbym wreszcie usłyszeć jakieś odpowiedzi!
Aaron de Coste – był synem baronowej i wampira z Krwi Ilon. Terminował w Srebrnym Zakonie razem z Gabrielem, a ich początkowa zaciekła rywalizacja z czasem przerodziła się w prawdziwą przyjaźń. Odszedł z zakonu po tym, jak odkryto jego związek z kowalem Baptiste’em Sa-Ismaelem.
Osiadł ze swoim ukochanym w château Aveléne, gdzie wiedli sielankowy żywot, dopóki ponad dziesięć lat później Gabriel nie pojawił się ponownie w ich życiu. W efekcie ich dom został zniszczony przez Dyvoków, zaś Aaron zginął z ręki Kiary, córki Nikity, i powrócił jako szlachetnokrwisty wampir. Trafił na dwór Nikity, gdzie został zniewolony przez ancien Dyvoków i został jego kochankiem, biorąc udział we wszelkich deprawacjach w krwawym buduarze Czarnosercego.
Jego umysł został ostatecznie wyzwolony od wpływu Nikity przez ukochanego Baptiste’a.
Kto jednak wie, co kryje się w jego sercu?
Baptiste Sa-Ismael – dawny czarnoręki ze Srebrnego Zakonu, przyjaciel Gabriela i geniusz kuźni. Opuścił zakon razem z Aaronem, kiedy wyszedł na jaw ich związek, i został pojmany, gdy wiele lat później ich siedzibę zniszczyli Dyvokowie.
Został zniewolony przez Kiarę i uwolniony przez Dior. Chwycił za broń i stanął do walki z Dyvokami; w bitwie o Dún Maergenn walczył dzielnie ramię w ramię z Gabrielem i swoimi byłymi braćmi ze Srebrnego Zakonu. Zadał ostateczny cios Nikicie, uwalniając ukochanego Aarona z niewoli i dowodząc, że nawet w najzimniejszych klimatach i najmroczniejszych czasach miłość doprawdy wszystko zwycięża.
Tak, drogi Czytelniku. To był sarkazm.
Chloe Sauvage – siostra Ordo Argent, przyjaciółka Astrid i Gabriela z dzieciństwa. Spotkawszy ponownie przyjaciela wiele lat po jego ekskomunice, zwerbowała go do pomocy w ochronie Dior Lachance. Kierując się starożytnym proroctwem, zamierzała sprowadzić Dior do opactwa San Michon, wierzyła bowiem, że tam uda się zakończyć bezdzień za pomocą rytuału, którego opis odnalazła w bibliotece. Gdy Gabriel odkrył, że rytuał sprowadza się do złożenia Dior w ofierze, zamordował Chloe i pół tuzina innych srebroświętych, stając w obronie dziewczyny.
Sœur Sauvage niewątpliwie była fanatyczką, ale może nie całkiem zwariowała. Po bitwie o Dún Maergenn w grobie pod miastem odkryto drugą połowę jej proroctwa, która może skrywać tajemnicę zakończenia bezdnia na zawsze.
Lachlan á Craeg – pierwszy i ostatni uczeń Gabriela w Srebrnym Zakonie. Lachlan był bladokrwistym synem Tolyeva, priori Dyvoków. Całe dzieciństwo spędził w poddaństwie krwi, służył swojemu potwornemu ojcu. Pojmany w wieku lat piętnastu przejrzał na oczy, dostrzegł okrucieństwo swojej rodziny i został zwerbowany przez Gabriela do Srebrnego Zakonu. Stali się serdecznymi przyjaciółmi i nawet kiedy wyszedł na jaw romans Gabriela z Astrid, Lachlan nie chciał wyrzec się mentora.
Wiele lat później młody srebroświęty dowiedział się o ataku Gabriela na katedrę San Michon w obronie Dior. Omyłkowo uznał, że dziewczyna opętała Gabriela czarami, i z tego powodu tropił swojego dawnego mistrza w całym cesarstwie. Ostatecznie uwierzył w boskie pochodzenie Dior. Zebrał grupę srebroświętych, żeby wesprzeć Gabriela podczas bitwy o Maergenn, i pomógł Sa-Ismaelowi zabić swojego przyrodniego brata, Nikitę.
Jednakże wierność Lachlana miała wysoką cenę – jako jedyny srebroświęty przeżył walkę.
Joaquin Marenn – psiarczyk z Aveléne, który został niewolnym Kiary Dyvok po zniszczeniu jego domu. Uwolniony przez Dior, został w Maergenn, zdecydowany uratować swoją ukochaną: osswayską dziewczynę imieniem Isla á Cuinn.
Chociaż Isla okazała się zdrajczynią, Joaquin wykazał się w ostatecznej bitwie, pomógł Dior uwolnić ludzi zniewolonych przez Dyvoków i skrzyknął ich do walki w obronie Graala.
Brynne á Killaech – tancerka zmierzchu z Pogórza z rodzaju zwanego úrfuil – niedźwiedzi lud. Podobnie jak większość jej rodzaju, Brynne uległa nieodwracalnej zmianie spowodowanej przez Czas Skalanej Krwi i w ludzkiej postaci zachowuje wiele zwierzęcych cech.
Jest zaciekłą wojowniczką i dzielnie walczyła podczas bitwy o Dún Maergenn.
Fabién Voss – Wiecznotrwały Król, priori Krwi Voss. Fabién jako pierwszy ancien wykorzystał nieszczęśników (bezrozumną odmianę wampirów, której liczebność ogromnie wzrosła podczas bezdnia) do walki: stworzył z nich armię znaną jako Bezkresny Legion. Fabién od tego czasu podbił większość cesarstwa i zamierza teraz zdobyć jego stolicę, Augustin.
Wymordował famille Gabriela, a odkąd dowiedział się o istnieniu Dior, obsesyjnie wysyłał swoje dzieci, żeby ją pojmały – w nieznanym celu. Gabriel odkrył, że Fabién był kiedyś jednym z Rycerzy Krwi – wampirzych wojowników, którzy zniszczyli ród Esani podczas bitwy o Charbourg kilka stuleci wcześniej. Jednak w grobie pod Maergenn czekało na Ostatniego Srebroświętego o wiele bardziej mrożące w żyłach odkrycie na temat jego śmiertelnego wroga: Fabién był jednym z pięciu śmiertelnych kapłanów odpowiedzialnych za zabicie Odkupiciela, których przekleństwo syna bożego zmusiło do trwania pod postacią nieumarłych.
Jest jednym z pięciu pierwszych wampirów na świecie.
Danton Voss – Bestia z Vellene, najmłodszy syn Fabiéna, jeden z siedmiorga Książąt Wieczności. Zginął z ręki Dior, która zadała mu cios Pożeraczką Popiołów, uprzednio namaściwszy miecz własną świętą krwią.
Laure Voss – Upiór w Czerwieni, najmłodsza córka Fabiéna, stwórczyni Celene Castii. Zginęła z ręki Gabriela w bitwie pod Bliźniakami.
Alba i Aléne Voss – Zgrozy – najstarsze dzieci Fabiéna, posłane do Dún Maergenn, żeby odebrały Dyvokom Dior. Zamiast tego jednak same zginęły – Albę zabił Gabriel w pojedynku, a Celene wypiła swoją cioteczkę Aléne, aż zostały z niej same popioły.
Nikita Dyvok – Czarnosercy, priori Krwi Dyvok. Posłużył się splugawioną krwią tancerzy zmierzchu, żeby wzmocnić i tak już przerażającą siłę swojego rodu. W ten sposób podsycił inwazję na Ossway i zmienił niegdyś potężny kraj w kostnicę. Zniewolił Aarona de Coste i prowadził właśnie negocjacje w związku z przekazaniem Dior swojemu dawnemu kochankowi, Fabiénowi, kiedy zginął w bitwie o Maergenn z ręki Baptiste’a Sa-Ismaela.
Lilidh Dyvok – Bezserdeczna, Zimowa Oblubienica, najstarsza z rodu Dyvok. Bardziej przebiegła od swojego wojowniczego brata, odkryła magyę krwi tancerzy zmierzchu i zakwestionowała prawdziwy powód, dla którego Fabién poszukiwał Dior. Zginęła podczas bitwy o Dún Maergenn, ale wcześniej zdążyła złamać kark Dior i zabić męża Phoebe, Connora. Zostawiła po sobie potomka, Żmija, który teraz jest nestorem Krwi Dyvok.
Jakże nisko upadają potężni.
Illia – była priori Krwi Esani, założycielką ich religii. Krążą wieści, że za życia była czarownicą, ale kiedy stała się wampirzycą, znalazła religię w postaci Jednej Wiary i poświęciła nie-życie na podtrzymywanie rodu wywodzącego się od Odkupiciela.
Została zamordowana podczas kataklizmu, jakim była bitwa o Charbourg, w której dowodził jej wielki wróg, Fabién Voss.
Maryn – Matka Potworów i obecna priori Krwi Esani. Ród Esani praktycznie przestał istnieć w Charbourgu, ocalały z niego tylko cztery osoby. By zapewnić sobie przetrwanie, ostatni Esani rozproszyli się po całym cesarstwie i wypatrywali w tajemnicy oznak obecności potomków Odkupiciela, którzy mogli przeżyć tamtą potworną noc.
Chociaż wygląda jak dziecko, Maryn jest najstarszą przedstawicielką Niewiernych, którzy przetrwali. Pogrążona w stanie zwanym pomroką została pogrzebana w Dún Maergenn, gdzie czekała ponad stulecie na swoją kolej, żeby wypatrywać narodzin Graala. W swoim ciele przechowuje mnóstwo dusz, skradzionych w kanibalistycznym akcie, który Niewierni nazywają komunią.
Kto wie, co jej szepczą w ciemnościach?
Jènoah – jeden z czterech członków rodu Esani, jacy przetrwali. Był panem ponurej twierdzy zwanej Cairnhaem, ukrytej głęboko w Nocnych Turniach. Gabriel, Celene i Dior udali się do niej, licząc na mądrość Jènoah, ale odkryli jedynie, że ancien odebrał sobie życie. W kaplicy w cichym château trójka odnalazła jego ostatnie słowa wypisane własną krwią na podłodze.
„To oczekiwanie: zbyt długie. To brzemię: zbyt ciężkie. Ojcze, wybacz mi”.
Wulfric – ojciec Gabriela i wojownik z rodu Esani. Niewiele wiadomo na jego temat, poza tym, że mieszkał przez pewien czas w León, gdzie został kochankiem matki Gabriela, Auriél. Dziewczyna porzuciła kochanka, gdy zaszła w ciążę, więc Wulfric nie miał wpływu na wychowanie Gabriela. Powrócił jednakże na krótko wezwany przez Auriél, gdy jego syn zachorował.
Po swojej Przemianie Celene odnalazła Wulfrica w jego domu w San Yves. Tam została jego uczennicą, zanim go pożarła, przejmując jego moc i wszystkie dusze, które w sobie nosił.
Dlaczego? Oto jest pytanie, do diaska.
Alexandre de Augustin III – jako cesarz Elidaenu, Obrońca Jednej Wiary i Protektor Królestwa władał ze Złotych Sal w Augustin od siedemnastego roku życia. Teraz dobiega siedemdziesiątki i wieść niesie, że brzemię korony spada głównie na czoło jego ukochanej (i znacznie młodszej) małżonki.
Isabella Augustin – żona Alexandre’a III, cesarzowa Elidaenu. Była patronką Ordo Argent i po bitwie pod Bliźniakami pasowała Gabriela na rycerza. Pozostał jej prawą ręką przez wiele lat, okrywając się pod jej patronatem wielką chwałą.
Maximille de Augustin – król-wojownik, który przed z górą sześciuset laty rozpoczął proces jednoczenia pięciu wojujących państw w wielkie cesarstwo elidaeńskie. Zginął, zanim jego marzenie mogło się urzeczywistnić, ale jego potomkowie po dziś dzień zasiadają na Pięciorakim Tronie. W uznaniu jego doczesnych zasług Kościół Jednej Wiary ogłosił go swoim siódmym Świętym Męczennikiem.
Michon – Pierwsza Męczenniczka, prosta łowczyni, która została uczennicą Odkupiciela, a po zgładzeniu go na kole poniosła jego świętą wojnę w świat. Mało kto wie, że była również jego kochanką i że z ich związku narodziła się córka imieniem Esan, co w języku starotalhoskim znaczy „wiara”.
Esan – córka Michon i Odkupiciela. Cztery stulecia temu jej potomkowie wzniecili bunt przeciw dynastii Augustinów. Powstanie, które później nazwano herezją aavsencką, zostało stłumione przez świętych rycerzy Jednej Wiary. Ich stolicę, Charbourg, splądrowano, a większość buntowników zginęła.
Dior Lachance jest ostatnią przedstawicielką tego rodu.
Krew Voss – ród wampirzy wywodzący się od Fabiéna, który nazywa siebie Żelaznosercymi. Odznaczają się nadludzką odpornością na fizyczny ból, a ich nestorzy potrafią czytać w myślach i przemawiać wprost do umysłów.
Krew Dyvok – potomstwo straszliwego Tolyeva, zwane także Nieposkromionymi. Wszystkie wampiry są nadzwyczaj silne, ale nawet najmłodszy Dyvok jest w stanie zawstydzić nestorów z innych rodów. Ancien Dyvoków potrafią zapanować nad ludźmi siłą swojego głosu, a zdolność tę nazywa się Biczem.
Krew Ilon – Szepty, latorośle wielkiego Ilona. O wiele subtelniejsi od Dyvoków, umieją manipulować emocjami za pomocą jednego słowa, a ich nestorzy potrafią jednym spojrzeniem sprawić, że całe sale wypełni zgroza lub zachwyt. Zdolność tę nazywa się Naciskiem.
Krew Chastain – potomkowie cesarzowej Margot, zwani także Pasterzami. Chastainowie panują nad stworzeniami ziemi i nieba i potrafią przybierać ich rozliczne formy; im są starsi, tym więcej postaci mogą przyjąć. Pasterze są także upiornie szybcy, a ich nestorzy wydają się zdolni iść z wiatrem w zawody.
Krew Esani – Niewierni. Heretycki kult kanibali i czarowników, którzy potrafią manipulować krwią za pomocą mrocznej sztuki zwanej sangwimancją. Im mniej będziemy o nich mówić, tym lepiej.
Bladokrwiści – półludzie, dzieci zrodzone z wampirzych ojców. Posiadają słabszą wersję nadnaturalnych darów swoich ojców, dziedziczą jednak po nich także żądzę krwi, przekleństwo zwane sangirè, czerwone pragnienie. Na długie lata można zapanować nad tą przypadłością za pomocą narkotyku zwanego sanctusem, ostatecznie jednak sprowadza ona wszystkich bladokrwistych do żądnych krwi zwierząt.
A teraz, mes amis, czas kończyć.
Ze świętego kielicha blask święty się sączy.
Ład na świecie wyjdzie spod wiernego ręki,
a przed obliczem męczeńskiej siódemki
szary człowiek noc bezkresną zakończy.
Gdzie pięcioro przy jednym się zgromadziło,
święte weź ostrze, pod słońcem dziewiczym
krew świętą przelej – lub odejdź z niczym.
Niech sczezną ciemności, jakby ich nie było.
autor nieznany
Był dwudziesty siódmy rok bezdnia w państwie Wiecznotrwałego Króla, a jego zabójca wciąż czekał na śmierć.
Znowu stał przy wąskim oknie, patrząc, jak nadciąga jego koniec. Wytatuowane dłonie splótł za plecami, poplamione krwią zarówno świeżą, jak i taką, którą ledwie pamiętał. Pomieszczenie, w którym się znajdował, mieściło się na wysokiej kondygnacji samotnej wieży szturmowanej przez burzę tak samo jak on trapioną bezsennością. Drzwi wciąż były zamknięte solidnie jak wrota skarbca. Wrota do jego serca były zatrzaśnięte jeszcze mocniej.
Z wysokości zabójca studiował sunący w dole pochód, jego oczy miały kolor szary jak burza na niebie. Postaci kluczące ku przedbramiu były nieliczne, podobne do mrówek; maleńkie czarne kropki pełznące po zamarzniętej równinie. Jednakże ich nadejście było ważną zapowiedzią, wstrząsało kamieniami pod nim, jak żaden ziemski grom nie byłby w stanie, ich przybycie mówiło mu, że jego odejście jest rychłe. Że jego gra, jak wszystko, co dobre, musi dobiec końca.
Château przebudził się już i bezśmiertni, którzy nazywali go domem, zebrali się w całej swojej chwale, by zaimponować przybyłym. Niewolni żołnierze zakuci w ciemną stal rozstawili się na blankowanych murach, ich czarne peleryny zdobił symbol dwóch wilków i dwóch księżyców. Wszędzie wzdłuż kolistych szańców płonące koksowniki lizały lodowate powietrze, ozory płomieni były jaśniejsze od nędznego zachodu słońca. Na najbardziej wewnętrznym dziedzińcu Cesarzowa Wilków i Ludzi czekała na gości w otoczeniu swojego bezkrwistego dworu. Czaił się obok niej blady historyk, którego czekoladowe oczy co rusz spozierały na zabójcę w oknie wieży.
Niebo było czarne jak grzech.
Horyzont – czerwony jak usta damy jego serca, kiedy ostatni raz ją całował.
Zabójca powiódł kciukiem po wierzchu palców i po literach wytatuowanych poniżej knykci.
– Patience, chevalier – wyszeptał.
Brama Sul Adair otworzyła się przy wtórze pieśni kruszącego się lodu i jęku zamarzniętych zawiasów.
Markiz Jean-François, historyk Krwi Chastain, stał po prawicy swojej cesarzowej i patrzył, jak ogromna krata unosi się niczym katowski miecz. Trzy inne kraty podniosły się wcześniej jedna po drugiej, otwierając drogę przez cztery dziedzińce otoczone potężnymi szańcami z czarnego żelazokamienia. Oblodzone koła zębate trzeszczały i jęczały, wiatry ostre jak brzytwa wzbijały kurzawę szarego śniegu na długiej brukowanej drodze prowadzącej poza zewnętrzne mury. Patrząc na drobne postaci zbliżające się z jej końca, markiz przyłapał się na tym, że się krzywi.
Szron przywarł mu do rzęs, złote włosy chłostały go po twarzy, targane przenikliwą wichurą. Denerwowały go – kazałby swojej ochmistrzyni Meline związać je należycie, gdyby miał czas, ale został obudzony przed zmierzchem przez jednego ze sługusów matki, który dobijał się do drzwi jego sypialni, jakby samo piekło przybyło. Jean-François podniósł głowę znad krwawej uczty między udami Meline i warknął zirytowany tym najściem, ale prawie nie siląc się na przeprosiny, niewolny chłopak w liberii cesarzowej poinformował go, że oczekuje się jego natychmiastowej obecności na dziedzińcu. Jean-François ledwie zdążył otrzeć podbródek, zanim rozbrzmiały dzwony sygnalizujące pojawienie się nadzwyczaj szacownych gości. Narzucił jakiś odświętny strój z ciemnego jedwabiu i haftowany surdut z etolą z jastrzębich piór i zbiegł pospiesznie, przeklinając nieobyczajność całej tej sytuacji.
Ci padlinożercy nie powinni przekroczyć ich progu przez jeszcze dwie noce, ale na szczęście ich przedwczesne nadejście nie wywołało zbyt wielkiego zamętu na dworze Margot. Zanim goście dotarli do zewnętrznych murów, mała armia dworzan zgromadziła się na wielkich schodach château, tworząc wokół swojej nestorki mur szkarłatnych jedwabi, czarnego futra i jasnego brokatu. Sama cesarzowa Margot prezentowała się, jak przystało władczyni: nosiła olśniewającą suknię ze złotego aksamitu z czarną koronką, siwe włosy miała związane z tyłu w zdobione klejnotami warkocze, cztery ogromne czarne wilki siedziały przed nią w rzędzie. Była drobną kobietą w średnim wieku, kiedy przeszła Przemianę, ale długie stulecia obdarzyły Margot Chastain majestatem przyćmiewającym wszystkich wokół. Jej skóra była jak najczystszy marmur, twarz niczym bezkrwawa maska, oczy czarne jak piekło obserwowały nieruchomiejącą wreszcie kratę.
Stojąc posłusznie u jej boku w śnieżycy, markiz przyglądał się tuzinowi postaci jadących pod łukami przedbramia na zbieraninie niewolnych koni. Nawiązywanie kontaktu ze zwierzętami było darem jego krwi, wyczuwał więc wyczerpanie wierzchowców, poganianych przez siedem dni i nocy bez chwili snu, żeby tu dotrzeć.
Zerkając z ukosa na swoją stwórczynię, Jean-François zastanawiał się od niechcenia, czy rano jego cesarzowa kazała sługom umyć sobie stopy.
W końcu za chwilę będą je całować członkowie królewskiego rodu.
Przywódca jeźdźców zatrzymał wierzchowca, którego boki aż buchały parą, i zsiadł. Śnieg zachrzęścił pod jego butami, gdy wylądował na bruku. Do siodła miał przymocowany dwuręczny miecz prawie dwa razy dłuższy niż wzrost człowieka, z rękojeścią ozdobioną ryczącymi niedźwiedziami. Jego towarzysze zsiedli z koni, a przywódca zsunął kaptur i chłodnym wzrokiem powiódł po niewolnych na ośnieżonych murach w szalejącej zawiei. Był wysoki i w żadnym razie nie zwalisty, ale widząc straszliwą klingę, Jean-François nie miał złudzeń co do siły ukrytej w tym żylastym ciele. Przybysz miał długie i szare jak śnieg włosy, taka sama była jego broda, oszroniona i targana wiatrem. Jasna jak lód skóra sprawiała wrażenie stwardniałej jak u człowieka, który przez długie lata żeglował pod prażącym słońcem, zanim przeszedł Przemianę. Z boku jego szyi wił się wyblakły tatuaż dziewicy o nagich piersiach i rybim ogonie. Kiedy się odezwał, Jean-François spostrzegł błysk złotych kłów w górnych dziąsłach przybysza.
– Margot Chastain z Krwi Chastain, najstarsza w swoim rodzie, priori Pasterzy. – Wampir skłonił lekko głowę. – Pozdrawiam cię, kuzynko.
– Żmiju Dyvok z Krwi Dyvok, pierworodny bezśmiertny synu Lilidh i obecny priori Nieposkromionych. – Margot uśmiechnęła się niemal niedostrzegalnie. – Witamy cię, kuzynie.
– Uprzejmie dziękujemy za twe zaproszenie, lady Chastain, i za…
– Cesarzowo.
Wampir zwany Żmijem zająknął się, kiedy Margot się odezwała.
– Cesarzowo Chastain – poprawiła go, uśmiechając się odrobinę cieplej.
Grzmot przewalił się po niebie. Żmij zerknął na Krewnych, z którymi przybył. Mała grupka była w równie opłakanym stanie jak wierzchowce, na których przyjechali. Był tam młody drab odziany w wybrudzoną w podróży pelerynę z dziecięcej skóry – na podstawie opowieści srebroświętego i jego siostry Jean-François wiedział, że nazywa się Rémille. Ładna kobieta w szatach świątobliwej siostry; przysadzisty zbir z wąsami dostatecznie długimi, żeby dało się go na nich powiesić; zasuszona starucha, bezzębna, jeśli pominąć kły, które błyszczały w jej poczerniałych dziąsłach; oraz garstka innych. Herb przedstawiający wspiętego niedźwiedzia na strzaskanej tarczy zdobił ich ubiór i broń: a to klamrę pasa, a to głowicę miecza. To były niedobitki po ataku na Dún Maergenn, pozostałości zniszczonego dworu, ostatki niegdyś potężnego rodu.
Żałosny widok, pomyślał Jean-François.
Żmij spojrzał na Margot.
– Wiele o tobie słyszałem, kuzynko, i zdaję sobie sprawę, że jesteśmy gośćmi w twoim domu, więc ostrożnie będę dobierał słowa, lecz nawet jeśli Margot jest cesarzową wilków i ludzi, to ja i moi podkomendni nie należymy do żadnej z tych grup. Wywodzimy się z krwi potężnego Tolyeva. Jesteśmy z Krwi Dyvok. Jesteśmy Nieposkromieni, lady Chastain. I przed nikim nie klękamy.
Wśród dworzan rozeszła się fala niezadowolenia; zgromadzeni mrużyli oczy, szeptem poniosły się pogróżki. Margot jednak tylko uśmiechnęła się łagodniej.
– Czas pokaże.
Wyciągnęła rękę do bliższego wilka, zwalistego samca imieniem Wierny. Podniósł łeb, ciesząc się z dotyku cesarzowej muskającej pazurami jego futro. Margot ani na chwilę nie spuściła wzroku ze Żmija.
– Serce nam pękło na wieść o zamordowaniu twej matki. Wielką czułość żywiliśmy dla hrabiny Lilidh. – Uśmiech cesarzowej przygasł odrobinę. – Mniejszą dla jej brata, Nikity. Niemniej śmierć priori to nie jest błaha kwestia. Składamy nasze kondolencje, kuzynie, z powodu utraty nestora, upadku stolicy i zniszczenia twego rodu.
Dyvoków zabolały jej słowa, ale żaden nie był na tyle głupi, żeby złapać się na tę przynętę.
– Dziękujemy za twoją dobroć, kuzynko. – Żmij zacisnął zęby. – I za szansę wymierzenia sprawiedliwości temu, który splamił się krwią Dyvoków.
Margot zamrugała. Jej czarne oczy zabłysły.
– Sprawiedliwości?
– W swoim zaproszeniu… wspomniałaś, że pojmałaś psa, który zabił potężnego Tolyeva na Szkarłatnej Polanie. Który poprowadził atak na Dún Maergenn. Który zamordował dziesiątki moich pobratymców, wśród nich moją rodzicielkę. – Żmij rozejrzał się po bezśmiertnych dworzanach, a w jego tonie pojawiła się ostra nuta, gdy błysnął złotymi kłami. – Czy przetrzymujesz Gabriela de León? Czy też wyprawiliśmy się do tej parszywej nory na darmo?
– Zapominasz się, Dyvok.
Jean-François spojrzał na tę, która się odezwała. Stała wśród Krewnych na lewo od Margot: wysoka, piersiasta kobieta, która długie włosy w kolorze blond nosiła splecione w przetykaną złotem koronę nad czołem, a na to spotkanie włożyła aksamitną suknię rozlewającą się powodzią szkarłatu na ziemi. Pod pachą trzymała maleńki kłębek jasnego puchu – psa ledwie godnego tego miana.
– Ta parszywa nora to najbardziej niezwyciężona forteca w całym Elidaenie – oznajmiła. – A cesarzowa, przed którą nie chcesz uklęknąć, to obecnie najstarsza Krewna na świecie. Jeśli nie wierność, to jesteś winien wielkiej Margot przynajmniej szacu…
– Wicehrabino.
Margot nie oderwała wzroku od Dyvoków, ale jej chłodny ton natychmiast uciął wykład młodszej wampirzycy. Jean-François uśmiechnął się, kiedy wicehrabina ukłoniła się i pogrążyła w grobowym milczeniu.
– Istotnie mamy w swojej pieczy Czarnego Lwa – potwierdziła cesarzowa Margot, ponownie uśmiechając się do Żmija. – Dzięki pomysłowości naszej rozmownej wnuczki, Nicolette. Jednakże nie dla kiczowatych pokazów sprawiedliwości śmiertelników zaprosiliśmy was do swego domostwa.
Żmij skrzywił się, lecz trzymał język za zębami.
– Te wojny między naszym rodzajem a owcami wykrwawiły cesarstwo tak, że pobielało niczym śniegi z dawnych dni – ciągnęła Margot. – Parweniuszowscy krwawi panowie wycinają sobie maleńkie lenna i toczą spory o to, co jeszcze się ostało. Brudnokrwiści grasują niekontrolowani, z każdą nocą ich gnijące zastępy rosną w siłę. A ten, który tytułował się naszym Wiecznotrwałym Królem, został zabity. Jeśli nasze wielkie rody nie dojdą do porozumienia, wszyscy dołączymy wkrótce do Fabiéna na brzegach piekła. A jeżeli o mnie chodzi, to nie płonę z niecierpliwości, by odpokutować za swoje winy w Domach Upadłych.
Żmij zacisnął zęby.
– Ani ja, lady Chastain.
– Zatem nie frasuj się, kuzynie. Raptem stulecie albo dwa przemierzasz te ziemie na bezśmiertnych stopach, ale twa rodzicielka była prawdziwą ancien i dobrze wiesz, jak święta jest Uprzejmość oferowana przez nestorów. Ty i twoi pobratymcy jesteście mile widziani w Sul Adair. Wszyscy co do jednego jesteście naszymi honorowymi gośćmi. Wiatr przynosi nam wieści, że Kariim Pająk się zbliża, a Żelazna Dziewica powinna przybyć przed Świętem Pani. Kiedy już priorem Ilonów i Vossów zasiądą obok ciebie przy moim stole, zdecydujemy, jak będziemy władać tą nową nocą. – Uśmiech Margot był lodowaty jak pocałunek zimy. – I kto przed kim uklęknie.
Żmij zacisnął usta niknące w zamarzniętej brodzie, zerknął jednak przelotnie na zbieraninę swoich dworzan i skinął głową, jak przystało na króla-żebraka.
– Prawdę powiadasz, kuzynko. Nie ma fałszu w słowach o mądrości priori Krwi Chastain. Niestety w jednej kwestii muszę z żalem zaprotestować.
– Proszę, zachowaj zimną krew, priori. Zaspokoisz swą żądzę zemsty, nie wątp w to. Czarny Lew zabawi nas jeszcze odrobinę, ale wkrótce jego kielich wyschnie. Pozwolimy ci patrzeć, jak jego gardło ostatecznie zostanie poderżnięte.
– Dziękuję, pani. – Żmij przy tych słowach ukłonił się, jak należy, a dworzanie poszli w jego ślady. – I będziemy rozkoszować się należytą karą. Jednak to nie kwestia de Leóna budzi mój sprzeciw, ale ocena pory przybycia twoich pozostałych gości.
– Doprawdy? – zdumiała się cesarzowa.
– Być może śnieżyce uziemiły twoich szpiegów, kuzynko, ale nie spowolniły Żelaznosercych. Jeśli spodziewasz się ich nadejścia przed końcem tygodnia, to nie doceniasz determinacji, z jaką pragną pomścić swojego stwórcę. Dostrzegliśmy ich po drodze i powiadam ci: Kestrel i jej dwór zapukają do twoich drzwi przed Świętem Pani.
Margot zachowała beznamiętną twarz i tylko raz skinęła głową, jakby nowina o rychłym przybyciu Żelaznosercych miała taką wagę jak piórko. Jednakże zerkający z nienawiścią na szalejącą zawieję Jean-François doskonale zdawał sobie sprawę z powagi tych wieści.
– Chodźcie – powiedziała Margot, wskazując okute żelazem drzwi do wspaniałej fortecy. – Musicie być spragnieni po tak długiej podróży. Wejdźcie i czujcie się jak u siebie, dzieci Krwi Dyvok. Nie obawiajcie się niczego. Krew Chastain zadba, by wasze pragnienie zostało stosownie zaspokojone.
Gromada Nieposkromionych raz jeszcze się ukłoniła, dworzanie Margot rozstąpili się jak czarne wody, a niewolni wybiegli na śnieżycę, żeby zająć się wierzchowcami. Sami Dyvokowie czekali jednak uprzejmie – synowie i córki Lilidh nie byli niezdyscyplinowanym motłochem. Żmij pochylił głowę, wskazując twierdzę.
– Pani przodem.
– Jakże rzadko widuje się dżentelmenów w tych bezsłonecznych dniach… Musisz jednak nam wybaczyć, priori. Sprawy wagi państwowej domagają się naszej uwagi. Jesteśmy przekonani, że znasz brzemię, jakie musi dźwigać nestor. Nawet mając tak imponujące ramiona jak twoje.
Żmij skinął głową.
– Zatem w twierdzy poczekam na rozkosz twego towarzystwa, pani.
Uśmiech cesarzowej był mroczny jak trucizna.
– Niezbyt długo. – Margot zerknęła na dopiero co gadatliwą wicehrabinę stojącą na lewo od niej. – Wskaż naszym gościom drogę do jadalni, Nicolette. Wkrótce do was dołączymy.
Z oschłym skinieniem głową i szelestem czerwonego aksamitu Nicolette wspięła się po ośnieżonych schodach, prowadząc Dyvoków przez ogromne drzwi ozdobione okuciami w kształcie walczących aniołów. Za nimi ruszyli dworzanie Margot, procesja jadowitych szeptów i spojrzeń jak sztylety. Jean-François został z cesarzową, przyglądając się fasadzie twierdzy. Wspaniałe, wysokie jak drzewa okna z witrażami, przypory, iglice przeszywające wieczorne niebo.
Chociaż mieszkał tu od dekady, wciąż pozostawał pod wrażeniem skali tej budowli. Wicehrabina powiedziała prawdę: Sul Adair – w języku sūdhaemskim „Czarna Wieża” – była najpotężniejszą twierdzą w królestwie, odkąd Augustin upadło. Co najmniej tuzin różnych armii rozbił się jak tanie gliniane dzbanki na tych murach w ciągu stuleci, a potężne wzniesienie, na którym zbudowano fortecę, zasłynęło jako Akhiv Dha Th’oth – Góra, Która Wypija Żołnierzy. Niegdyś zamek chronił kopalnie złotoszkła w Lashaame i Raa, wielkie miasto portowe Asheve, teraz jednak…
– Na co czekasz, dziecię?
Jean-François zamrugał zaskoczony i odwrócił się do cesarzowej. Margot stała pośród śniegu, o całą głowę niższa od niego, a mimo to górowała nad nim. Krewni nie mogli wybierać, która z ich ofiar otrzyma Dar, i Jean-François wiedział, że wielu mieszkańców Sul Adair szepcze, iż mroczna matka rozpieszcza swojego najmłodszego syna. Jednak teraz, gdy na niego patrzyła, wydawała się zimniejsza od wszelkiej zawiei, a jej oczy były równie ciemne jak lochy pod twierdzą. Ognie płonące na murach na przekór zawiei rzucały długie cienie na ziemię, a kiedy Margot spojrzała na Jean-François, wydawało się, że cienie te pociemniały i wykrzywiły się, jakby ciemność między nimi falowała i zniekształcała się, podczas gdy jej wzrok wypijał go, jak pustynia wypija deszcz.
– Matko? Co…
– Ta burza nas oślepia, jeśli jednak ten głupiec powiedział prawdę, zaledwie kilka obrotów księżyców może dzielić Kestrel Voss od progu naszego domu. Chociaż ten Żmij to żebrak przebrany za króla, Żelazna Dziewica nie jest ubogą sierotą. Kestrel jest najstarsza spośród Żelaznosercych, zaprawiona w walce, prawdziwa Księżna Wieczności. I zbliża się, synu.
Jean-François zerknął w okno na wieży, zaciskając zęby. Wyczuwał na sobie spojrzenie szarych jak burza oczu, wspomniał palce zaciśnięte na gardle, sięgnął dłonią do fularu, muskając wciąż gojące się pod nim rany. W górze przetoczył się grzmot.
– De León – powiedział.
– I jego siostra. Coś więcej kryje się w ich opowieści, markizie. Armia Księżycowych Tronów, upadek Dún Maergenn, odkrycie straszliwej Maryn w podziemiach miasta, bitwa pod Charbourgiem, los Graala…
– To kłamcy, matko – warknął markiz. – Od pierwszej nocy naszej rozmowy de León powtarzał zawzięcie: „Kielich został zniszczony. Graala nie ma”. Płakał, relacjonując śmierć Lachance z rąk Lilidh. A godzinę później jego siostra wyznała, że Graal przebudził się w grobie, gdzie go pochowano, cały i zdrowy.
– Zatem jej koniec jeszcze nie pojawił się w jego opowieści. – Margot opuściła podbródek, świdrując markiza wzrokiem. – A ja poznam ją do końca.
– Ostatni Srebroświęty i Ostatnia Liathe to żmije wypełnione tą samą ohydną trucizną. Ich umiłowaniu do fałszu dorównuje tylko ich wzajemna dla siebie nienawiść.
– Więc to wykorzystaj.
Cienie wykrzywiły się jeszcze bardziej, ponad wyciem wiatru poniósł się słaby krzyk, kiedy cesarzowa Chastain zrobiła krok w stronę swojego najmłodszego potomka.
– Żelazna Dziewica i Pająk zbliżają się. Ich pośpiech wiele mówi o sile ich pragnienia. Wciąż jednak potrzebujemy przewagi, jeśli oczekujemy, że ugną przed nami kolano, a de León i jego przeklęta siostra mogą nam ją zapewnić. W jakim celu Wiecznotrwały Król pragnął zdobyć Dior Lachance? Dlaczego chciał jej żywej? Jeśli rzeczywiście była kluczem do zakończenia bezdnia, to jakim cudem słońce wciąż jest obleczone w szary całun, a jutrzenka nadal przywdziewa koronę zmierzchu?
Margot zamilkła, napierając spojrzeniem na swojego historyka; niewiele brakowało, żeby pod tym wzrokiem padł na kolana. Kiedy jednak grom rozdarł niebo, wyciągnęła rękę, zbyt szybko, by nadążył za tym ruchem wzrok śmiertelnika, i położyła dłoń na jego nieskazitelnym policzku.
– De Leóna wciąż łączy z tobą więź, mój bladolicy adonisie. Jego duma i nienawiść do siostry załatwią resztę. Posłuż się nim, Jeanie-François, obiecaj mu świat. Zdobądź tylko to, czego potrzebuję. Prawdę leżącą u korzeni upadku Graala, klęski Niewiernych, złamania nieszczęsnego serca naszego Lwa.
Delikatnie przycisnęła dłoń do jego skóry. Przebiegł mu dreszcz po kręgosłupie, kiedy jej palce przesunęły się ku zranionemu gardłu.
– I nie ociągaj się, dziecię.
Jean-François przełknął ślinę, powoli kiwając głową.
– Wedle rozkazu mojej cesarzowej.
Dłoń Margot opadła jak suche liście. Cesarzowa weszła po schodach przy akompaniamencie grzmotu, a wilki ruszyły za nią. Markiz został sam pośród śnieżycy.
Dotknął szyi.
Spojrzał w górę na obserwującą go postać.
Zacisnął zęby i wszedł do środka.
Pokonał połowę schodów w wieży, kiedy uderzyła go woń krwi.
Rzecz jasna nie był to rzadki aromat w twierdzy pełnej potworów, a zmysły Jeana-François były tak wyczulone, że wychwytywał zapach uczty trwającej w jadalni. Mimo gromów na zewnątrz i chóru Margot wewnątrz budynku dało się usłyszeć pomruk jedwabistych głosów i wtórujących im urywków śmiechu w oddali. Historyk wspinał się po schodach, ale miedziano-słodki bukiet świeżej krwi ciągnął go w dół. Jean-François obejrzał się przez ramię na Meline, która jak zawsze szła trzy kroki za nim. Dostrzegł, że krzywi się na wspomnienie przerwanej wcześniej tego popołudnia jego własnej uczty. Mimo że towarzyszył im oddział niewolnych, markiz rozważał myśl, czy nie zedrzeć sukni ze swojej ochmistrzyni tu i teraz, na schodach, i nie skończyć tego, co zaczął, kiedy nagle poczuł zapach napływający z wyższych pięter wieży.
Żelaziście jasny. Ciężki jak ołów.
– Dario – dotarło do niego.
Meline zjeżyła się na dźwięk tego imienia i zacisnęła usta w grymasie nadąsania. Jean-François nadal pamiętał jej zazdrość, kiedy wicehrabina Nicolette podarowała mu chłopca. Oczywiście nie był to dar płynący z dobrego serca – cesarzowa Margot była niezadowolona z zachowania wicehrabiny podczas jej ostatniej wyprawy do Talhostu i Nicolette liczyła na dobre słowo wyszeptane do ucha Margot w zamian za chłopca. Była jego siostrzenicą krwi, a Dario był tak piękny, że markiz nie znalazł w sobie dość siły woli, by odmówić. Teraz jednak zastanawiał się, ile zostało z jego najnowszego niewolnego.
Lwy rzadko obchodzą się łagodnie ze zwierzyną.
Bezgłośnie jak kot historyk pokonał ostatnie schody i otworzył drzwi celi. Przy oknie stała postać z rękami złożonymi za plecami i umazanymi świeżą krwią. Spojrzawszy na kominek, Jean-François dostrzegł źródło tej krwi – leżało przy ogniu jak zmięta szmata: przystojny młodzian, ledwie dwudziestoletni, ciemne włosy rozsypane na ziemistych policzkach. Krew krzepła w dwóch bliźniaczych dziurkach w jego gardle.
Jean-François podszedł do kominka i stanął nad leżącym niewolnym. Chłopak wyglądał jak trup, ale dzięki ledwie wyczuwalnemu biciu jego serca wampir zorientował się, że…
– Nie zabiłeś go.
Postać zesztywniała na dźwięk głosu markiza, ale nie raczyła się odwrócić.
– Oczywiście, że go nie zabiłem.
– Nie miałbym nic przeciwko temu.
Postać spiorunowała go wtedy wzrokiem, oglądając się przez ramię.
– Oczywiście, że nie miałbyś.
Jean-François złapał się na tym, że uśmiech wykrzywia mu usta na widok rozwścieczonego Lwa. Ciemne skóry otulały potężną sylwetkę, włosy opadały na plecy ciemnymi jak atrament falami, szeroką i ostrą jak szpadel szczękę przyprószył zarost. Dwie blizny znaczyły mu prawy policzek jak identyczne łzy. Oczy miał szare jak ocean przed sztormem, skórę w odcieniu popiołów cesarstwa, a nad przepysznym łukiem ust malowała się ciemna i rozkoszna smuga grzechu.
Gabriel de León.
Ostatni Srebroświęty.
Słodka Matko-Dziewico, czego Jean-François by nie oddał…
– Wezwać pomoc, markizie?
Jean-François obejrzał się na drzwi, gdzie dowódca jego oddziału niewolnych stał w progu obok Meline. Kapitan Delphine był ogromnym mężczyzną, ciemną brodę nosił przyciętą w szpic, wąskie pasmo włosów między głębokimi zakolami zaczesywał gładko do tyłu. Wbijał wzrok w srebroświętego, nie zdejmując dłoni z rękojeści miecza. Jednak de León już odwrócił się z powrotem do okna.
– Chwileczkę, capitaine – odpowiedział markiz. – Merci.
Uniósł nadgarstek do ust i zagryzł mocno. Popłynęła krew, kleista i powolna; namiętność rozpalona w łożu już stygła w jego żyłach. Kiedy jednak przyklęknął i przycisnął nadgarstek do ust leżącego niewolnego, chłopiec natychmiast otworzył oczy. Źrenice skurczyły mu się do punkcików, kiedy chwycił rękę i zaczął pić łapczywie, zachłannie i moc krwi markiza wywlekła go z powrotem z zimnej ciemności, w którą się osunął.
A dokładniej – ciemności, w której go porzucono, kiedy srebroświęty zrobił już swoje.
Jean-François spojrzał na Gabriela. Żelazisty zapach krwi zawisł między nimi. Markiz czuł, jak puls Dario dudni, gdy chłopak pije, i rozkoszował się tą słodką uległością – zarówno młodzieńca leżącego pod nim, jak i starszego mężczyzny, który uporczywie wyglądał przez okno, udając, że nie nasłuchuje.
– Spokojnie, mój miły – szepnął Jean-François, odgarniając Dario włosy. – Wysuszysz mnie do cna. Mam pracę do wykonania tej nocy.
Niewolny udał, że nie słyszy. Chciwie pił i pojękiwał.
– Dość! – syknął Jean-François, zabierając rękę.
Dario zamrugał zdumiony jak noworodek wybudzony ze snu. Kiedy jego zaspany wzrok padł na srebroświętego przy oknie, musiał stłumić drżenie. Jednak patrząc w oczy markiza, rozciągnął mokre od krwi usta w rozmiłowanym uśmiechu.
– Mój panie – szepnął.
– Cicho już, słodkie stworzenie. Twój pan tu jest i wszystko będzie dobrze. – Jean-François zerknął na niewolnego capitaine. – Zabierz go do mojej sypialni, Delphine. Dopilnuj, żeby go napojono i nakarmiono. Żadnych obowiązków dzisiaj. Mój dzielny młody piękniś zasłużył na odpoczynek.
Capitaine skinął głową na swoich ludzi, którzy podeszli do kominka i pomogli Dario wstać. Chłopiec nadal sprawiał wrażenie słabego jak nowo narodzony źrebak. Głód Gabriela może i go nie zabił, ale wyglądało na to, że niebezpiecznie blisko zbliżył się do tej granicy.
Meline patrzyła, jak Dario jest wyprowadzany z pokoju. Z grymasem postawiła na okrągłym stoliku świeże kielichy, nową butelkę monéta i jarzącą się kulę chymijną między nimi. Kładąc wielką, oprawną w skórę księgę na jednym ze zbytkownych foteli, odwróciła się do Jeana-François, splatając przed sobą palce jak przeorysza do modlitwy.
– Czy pragniesz jeszcze czegoś, panie?
– Nie jestem pewien. – Jean-François spuścił koronkowy mankiet na zakrwawiony nadgarstek, nie odrywając oczu od postaci przy oknie. – A ty pragniesz czegoś jeszcze, Gabrielu?
– Niech cię diabli wezmą – warknął srebroświęty. – Niech cię porwą prosto do piekła.
– Myślę, że to życzenie może się spełnić. Jeśli kiedykolwiek będę na tyle głupi, żeby umrzeć. – Jean-François zerknął na Meline i uśmiechnął się blado. – Dopilnuj, żeby Dario niczego nie zabrakło, moja droga, ale potem wróć szybko. Będę cię potrzebował przed końcem tej nocy. – Spojrzał na postać przy oknie, krzywiąc rubinowe usta. – Obaj możemy cię potrzebować.
Oddech Meline przyspieszył, podobnie jak puls pod bladą powierzchnią gardła. Dygnąwszy nisko i zerknąwszy przelotnie na splamione krwią ręce srebroświętego, wymknęła się z pokoju. Jean-François usłyszał szczęk zamka i ciche tętno żołnierzy Delphine’a czających się za drzwiami. W okamgnieniu, z nienaturalną szybkością zajął miejsce w jednym z zabytkowych foteli i położył na kolanach oprawny w skórę tom.
– Usiądziesz? – Wyjął zza pazuchy drewniany piórnik, a z niego gęsie pióro zakończone złotem. – Czy też za bardzo dręczy cię sumienie, żebyś pozwolił sobie na chwilę wytchnienia?
Gabriel de León nie odpowiedział, nadal patrząc przez szybę.
– Nie wstydź się swojego głodu, Gabrielu. Jak wszystko co w niebie i na ziemi, i on istnieje z woli Boga. – Jean-François wyjął buteleczkę atramentu z kieszeni surduta i ją odkorkował. – A że stworzył cię na swoje podobieństwo, twoja choroba jest ledwie cieniem jego własnej, mon ami. Bowiem żaden z nas nie jest równie żądny krwi jak sam władca nieba.
– W tej kwestii, wampirze, jesteśmy całkowicie zgodni.
– Siadaj zatem. Moja cesarzowa pragnie poznać finał. Usiądź i porozmawiaj ze mną. Nie folguj poczuciu winy z powodu cierpienia, jakie zadałeś chłopcu. Jestem pewien, że ta mała flądra doskonale się bawiła. – Jean-François uśmiechnął się jadowicie. – Niewątpliwie rozkoszuje się bólem, jaki ja mu sprawiam.
– Pierdolone potwory. Wy wszyscy.
– Oui. Jednak potwory nie mogą zmienić swojej natury, tak samo jak nie może zmienić jej człowiek.
Spojrzeli wtedy sobie w oczy, szarość burzy napotkała ciemny brąz czekolady.
– Płacisz bestii, co jej się należy. – Jean-François uśmiechnął się.
– Albo sama to z ciebie wyrwie. – Gabriel westchnął.
Jean-François patrzył spod ciężkich powiek oczami rozżarzonymi niczym węgielki na Ostatniego Srebroświętego, jak odwraca się od okna i siada. Nie dało się zaprzeczyć gracji Gabriela de León; nie była równie odwieczna jak gracja Margot, przepełniała ją drapieżność i żywotność, dudniła życiem i żarem. Miał ręce wojownika i oczy myśliwego. Wpatrywał się nimi w twarz markiza, gdy sięgnął po butelkę monéta i wytatuowanymi palcami wyjął korek.
– Dyvokowie przyjechali.
Jean-François otworzył księgę i wygładził świeżą stronę.
– I co w związku z tym?
– I w związku z tym twojej cesarzowej kończy się czas.
– Czas nic nie znaczy dla żyjących poza czasem.
– Słyszałem plotki. Margot zwołała konwokację jeszcze przed bitwą pod Augustin. Zgromadzenie priorem, żeby zdecydować o losie cesarstwa. – Srebroświęty napełnił kielich po brzegi, plamiąc powietrze mrocznym aromatem wina. – Czy to Żmija dostrzegłem z góry? Nieposkromieni ostatnimi czasy nie mają już spośród kogo wybierać. Jak twoja cesarzowa go tu ściągnęła? Obietnicą zemsty za Maergenn? Zrobi się bałagan, kiedy Vossowie zaczną domagać się tego samego.
– To nie twoje zmartwienie, mon ami.
– Oui, to twoje zmartwienie. Bo jeśli wszystkie pijawki, które wkurzyłem przez lata, zaczną ustawiać się w kolejce przed drzwiami twojej cesarzowej, oczekując przyjemności zakończenia mojego życia, w jej klepsydrze może zabraknąć piasku. Margot chce poznać historię Graala. Ty zaś skłoniłeś mnie do tej długiej rozmowy, grożąc mi głodem. A teraz nie masz już na to czasu.
Grzmot wstrząsnął murami. Jean-François przesunął piórem po uśmiechniętych ustach.
– Możemy obmyślić inne tortury, srebroświęty. O wiele szybsze w wymierzaniu i o wiele bardziej raniące. Jednak obietnice, jakimi moja cesarzowa ściągnęła te muchy do swojej pajęczyny, nie są istotne. To cię może zszokować, Gabrielu, ale Margot zdarzało się czasem kłamać. Jeśli twoja opowieść ją zadowoli, nie ma powodu, żebyś nie dożył swych dni jako jej honorowy gość. – Obrzucił srebroświętego mrocznym spojrzeniem od stóp do głów. – Pomyśl o tym. Żyć tu, w Sul Adair, składając rozkoszny hołd najmroczniejszym bogom, zaznać błogiej…
– Przestań pieprzyć, wampirze. Obaj wiemy, że już jest po mnie. Nawet gdyby Margot raczyła darować mi życie, ono już mnie ma. Już mnie posiadło.
Ostatni Srebroświęty pochylił się ku światłu i za burzową szarością jego oczu Jean-François dostrzegł błysk – dług, który trzeba spłacić za wszystkie lata krwi i grzechu w ramionach oblubienicy. Przekleństwo. Szaleństwo, jakie czeka na każdego bladokrwistego.
– Sangirè – mruknął Jean-François.
– Czerwone pragnienie. – Srebroświęty skierował udręczone spojrzenie przed kominek, gdzie wcześniej porzucił Dario, i załamał drżące ręce. – Ten chłopiec… Na Siedmioro Męczenników, ledwie się powstrzymałem. Sangirè zawładnie moim umysłem, głód będzie władał moim sercem. Nie zostanie nic poza bestią. Na końcu tej drogi nie czeka mnie rozkoszne życie, tylko szaleństwo. Zepsucie. Od zawsze zabijałem potwory. I niech mnie diabli wezmą, jeśli pozwolę sobie stać się jednym z nich. – Porwał kielich i opróżnił go jednym haustem. – Wolę już, żebyś nakarmił mną Dyvoków.
– Szkoda by było. – Markiz popatrzył na wytatuowane ręce, splamione krwią usta i wreszcie w oczy srebroświętego. – Ktoś inny mógłby ci dać o wiele piękniejszy koniec.
– Nie zawsze dostajemy to, czego chcemy, historyku.
– Ty wciąż jeszcze możesz. Jeśli powiesz mi, czego pragniesz.
Ostatni Srebroświęty wbił wzrok w ziemię i wydawało się, że trwa tak całą wieczność. Hymn odległego grzmotu dźwięczał za oknem, światło chymijnej kuli zabłysło w jego oczach, gdy odstawił puchar. Kalejdoskop martwych motyli poderwał się do lotu w brzuchu Jeana-François, kiedy Gabriel pochylił się tak blisko, że czuć było zapach wina w tchnieniu jego szeptu:
– Celene.
Markiz zamrugał zaskoczony.
– Ale co, Celene?
– Chcę patrzeć, jak światło gaśnie w jej oczach – warknął Gabriel. – Chcę widzieć jej przerażenie, kiedy wpadnie do piekła, które na nią czeka. Chcę zobaczyć, jak ta zdradliwa maciora umiera, Chastain.
Jean-François zacmokał z niesmakiem.
– Ejże, ejże, ileż w tym urazy.
Gabriel odchylił się. W jego gorzkim uśmiechu zalśniły kły, kiedy napełniał kielich.
– To wymagało wielkiej miłości, żeby znienawidzić ją tak bardzo jak ja.
– Aż się człowiek zastanawia, czym Ostatnia Liathe zasłużyła sobie na taką nienawiść.
– Nie wątpię. A ta opowieść będzie miała swoją cenę. Reszta mojej historii. Mojej i Dior. Bitwa pod Augustin. Masakra w Charbourgu. Ostateczna zdrada. Dam ci twoją przeklętą historię, Jeanie-François, ale ty dasz mi gardło mojej siostry.
Potwór i mężczyzna spojrzeli sobie w oczy ponad napełnionym złotym pucharem.
– Myślę, że to da się załatwić, Gabrielu.
Ostatni Srebroświęty skinął powoli głową. Spojrzał znowu na chymijną kulę. Blada ćma wynurzyła się z jakiegoś mrocznego kąta jego celi i zaczęła uderzać skrzydłami w szkło. Powiódł za nią wzrokiem, gdy tłukła się bezsilnie o zakrzywioną, lśniącą powierzchnię, zatracona w blasku fałszywej gwiazdy.
– Nie jesteś spragniony, zimnokrwisty? Obawiam się, że czeka nas bardzo długa noc.
Jean-François zanurzył pióro w kałamarzu.
– Nie brak mi cierpliwości.
Srebroświęty zaśmiał się, ale zaraz jego uśmiech zgasł.
– Kiedyś i ja ją miałem. – Westchnął i przesunął kciukiem po palcach poniżej knykci. – I ja ją miałem.
I oto, moje dzieci, słowo jego Ojca stało się ciałem – Synem – i wszystkie chóry empirejskie wypełniły się niezmierzoną radością. Jego Matce-Dziewicy zastępy aniołów złożyły hołd, a jej świętemu dziecięciu każdy podarował skarb uczyniony własnymi rękami. Od Evangeline otrzymał Umiarkowanie, od Eirene Nadzieję, wielki Raphael obdarzył go Mądrością, aby Odkupiciel mógł sprawiedliwie władać królestwami tego świata. Zaś by jego wrogowie drżeli przed nim, ponury Mahné podarował dzieciątku władzę nad Śmiercią, Sanael – tajemnice krwi, Gabriel zaś Ogień, który wypali mu drogę do tronu.
I spodobało się to Królowi Niebios.
Księga Odkupiciela, 2:39
– Celene powiedziała ci, że nie zostałem na pogrzebie Dior.
– Oui. – Jean-François uniósł smukłą dłoń w ostrzegawczym geście. – Zanim jednak znowu pogrążysz się w ckliwych lamentach, myślę, że uczciwie byłoby ostrzec cię, że wspomniała także, iż Lachance nie zginęła w bitwie o Dún Maergenn. Trzy dni później, po tym, jak ciało pochowano w grobowcu Matki-Dziewicy, Święty Graal otworzył ponownie swe niebieściutkie oczęta. Oszczędź więc swoje łzy dla trubadurów.
– Trzy dni. – Gabriel pokręcił głową. – Równie dobrze mogło upłynąć całe życie.
– Rozumiem, że nie dowiedziałeś się zbyt rychło o tym powrocie do życia?
– Już dawno mnie tam wtedy nie było.
– Jakie to wygodne.
Srebroświęty posłał markizowi ostre spojrzenie, zatrzeszczał ściśnięty podłokietnik.
– Nie było w tym niczego wygodnego, ty bezduszny kutasie. Myślałem, że ona nie żyje! Rozumiesz to? Du kurwy nędzy, na Boga Wszechmogącego, kiedy myślę o piekle, jakie przeszedłem, o cierpieniu na myśl, że ta dziewczyna odeszła, bo zawiodłem ją jak moją córkę, jak moją żonę, jak każdą inną duszę na tym zapomnianym przez Boga padole łez, jaką KIEDYKOLWIEK KOCHAŁEM…
– Spokojnie, Gabrielu.
Srebroświęty stał, zaciskając pięści. Jean-François słyszał serce walące mu w piersi, zapach krwi i żelaza wypełniał powietrze. Siedział z nogą założoną na nogę, starając się sprawiać wrażenie pogodnego. Jednakże cień ataku Gabriela z pierwszej nocy ich rozmowy zawisł nagle między nimi, a Jean-François nadal miał blizny na ciele.
– Delphine czeka za drzwiami wraz z oddziałem uzbrojonych niewolnych. – Wampir skinął piórem. – I jeśli dasz mi powód, żeby go wezwać, obawiam się, że nie obejdzie się z tobą łagodnie. – Pochylił się i szepnął konspiracyjnie: – Niebiosa jedne wiedzą, czemu dobry capitaine za tobą nie przepada.
Gabriel zapanował nad gniewem, odetchnął głęboko i zapadł się ponownie w fotelu. Upił łyk wina i skrzywił się.
– Serce mi pęka, kiedy to słyszę.
– Nie potrafię nawet wyobrazić sobie twojego cierpienia. – Jean-François odpowiedział takim samym uśmiechem, przewracając oczami. – Ale skoro już mowa o pękniętym sercu, to jak to możliwe, że wieść o cudownym zmartwychwstaniu Graala nie dotarła do ciebie? Jak daleko mogłeś się oddalić, zanim szelmowski mały trupek wywlekł się ze swojego grobu?
– Powiedziałbym ci, żebyś zapytał Celene i przekonał się, czy kłamstwa, którymi cię karmi, pasują do tych, jakie mi wysyczała. Jednak nigdy nie pozwól, żeby dwa razy ukąsił cię ten sam wąż, wampirze. – Gabriel wzruszył ramionami. – Pewnie ostatecznie nie ma to znaczenia. W tamtym czasie wiedziałem tylko, że dziewczyna, którą przysiągłem chronić, została zamordowana na moich oczach. W dodatku z mojej winy. Tak samo jak moja Patience.
Srebroświęty przesunął kciukiem po wytatuowanym na palcach imieniu.
– Wiesz, zawieść ukochaną to jedno, ale zawieść własne dziecko to coś całkiem innego. Nie pojmujesz głębi tego uczucia, będąc tym, kim jesteś. Kiedy jednak decydujesz się sprowadzić na ten świat życie, idzie za tym obietnica. Sięgająca szpiku kości. Poczułem ją w sobie, kiedy tylko wziąłem Patience na ręce.
Pokręcił głową ze zdumieniem i szeptał dalej:
– Boże, była taka maleńka. Bałem się, że zrobię jej krzywdę. Nie chciałem jej wziąć na ręce, kiedy Astrid próbowała mi ją podać. Zrozumiała jednak. Znała mnie lepiej, niż znałem sam siebie. I kiedy wepchnęła mi to małe ciepłe zawiniątko na ręce, poczułem, jak zgroza we mnie… topnieje. Stopiła się, zagotowała i stwardniała w stal takiej determinacji, że rozcięłaby ziemię na dwoje. Łatwiej jest, gdy nienawidzisz tego, z czym walczysz, ale o wiele lepiej jest kochać to, czego bronisz. Patrząc w oczy mojego dziecka, wiedziałem, że zrobiłbym wszystko, żeby zapewnić mu bezpieczeństwo. Wszystko. To samo obiecałem Dior. Powiedziałem, że wywalczę sobie drogę powrotną z otchłani, żeby stanąć u jej boku. Nie rozumiałem, jak bardzo wtedy tego potrzebowałem. Nie dostrzegałem pustki w sobie, którą ta dziewczyna powoli wypełniała. Ale po wielu wspólnych milach i przejściach Dior Lachance zaczęła znaczyć dla mnie tyle samo co córka, którą kiedyś trzymałem na rękach. – Pokręcił głową i odetchnął głęboko. – I zawiodłem je obie. Pożegnałem się z nią. Zakradłem się do zimnej komnaty, gdzie położono ją na noc przed pogrzebem. Dawno już minęła godzina duchów, wygłodniałe wiatry wyły pośród ruin Maergenn, a chaos bitwy zastąpiła gorzka świadomość, jaką cenę przyszło nam wszystkim zapłacić. Aaron odjechał z Baptiste’em, żeby spróbować odszukać iskrę miłości pośród popiołów. Lachlan zbliżał się do dna butelki i szukał pociechy w mętach; przeżył jako jedyny ze srebrnego oddziału, który sprowadził na pomoc Dior. Phoebe została ze swoimi, płacząc nad trupem męża, którego straciła, odnalazła i znowu straciła.
– A Celene?
– Pieprzyć Celene – warknął Gabriel, przesuwając wytatuowanymi knykciami po ustach. – Wiedziała od samego początku. O Odkupicielu. Jego klątwie. Syn Boga, którego czciła, ściągnął to piekło na nas wszystkich, a ona nadal chciała przed nim klękać. Wbiła mi nóż w plecy. Kłamała mi prosto w twarz. Na temat mojego ojca. Esani. I ostatecznie to przez nią straciłem Dior. Moja siostra mogła spłonąć w piekle, jeśli o mnie chodzi.
Stałem w tym zimnym pomieszczeniu i patrzyłem na biedne dziecko. Rany, które wyorała mi w policzku, płonęły od moich łez. Długie, jasne włosy ułożono wokół jej głowy jak aureolę, ubrano ją w piękną zbroję płytową, lśniącą w słabym świetle. Jednak lewą rękę celowo zostawiono odsłoniętą, wciąż poranioną i poszarpaną – straciła wszystkie palce poza kciukiem i palcem wskazującym w bitwie, którą ostatecznie przypłaciła życiem. Cały świat pogrążył się w burzy, a ja bez niej straciłem grunt pod nogami. Przepadła nadzieja na sprowadzenie słońca z powrotem. Myśl o lepszym jutrze. Zostałem w końcu z jedyną rzeczą, jaka pozostała mi po nocy, kiedy on zapukał do mych drzwi. Z zemstą.
Płonąłem pragnieniem zemsty; to był jedyny ogień, jaki mnie jeszcze rozgrzewał. Zdjąwszy szynel z martwego srebrnego brata, dosiadłem konia i pogalopowałem w wichurę. Przysiągłem tej biednej dziewczynie, że nawet jeśli niczego więcej nie dokonam, zanim trafię do piekła, na które naprawdę zasłużyłem, dopilnuję, żeby Fabién Voss zmarł na moich oczach. Pomszczę świat, który on zniszczył. Z tą obietnicą i prezentami pożegnalnymi od Dior pojechałem zabić Wiecznotrwałego Króla.
Jean-François zmarszczył brwi.
– Prezenty pożegnalne?
Gabriel pokręcił głową, oczy mu się zaszkliły. Popatrzył w chymijną kulę – duchy przeszłości migotały w jej blasku.
– Przez niekończącą się noc jechałem na północny wschód z biegiem Òrd i powoli plan formował się w mojej głowie. Wkrótce miał minąć najcięższy okres zimy, co było błogosławieństwem i przekleństwem zarazem. Odkąd nastał bezdzień, wiosna, lato i jesień trwały razem raptem trzy miesiące, ale żaden wampir nie może przekroczyć płynącej wody inaczej niż po moście lub w trumnie. Nadejście odwilży znaczyło, że wkrótce będę podróżował wolniej, ale z drugiej strony Bezkresny Legion będzie musiał zakończyć marsz. Armia Fabiéna znajdowała się gdzieś we wschodnim Elidaenie, bo on jak zawsze kierował wzrok na Augustin, ale przy odrobinie szczęścia potężne châteaux broniące stolicy od północy wytrzymały kolejną zimę i Wiecznotrwały Król będzie musiał się wycofać i poczekać na kolejną porę mrozów.
Poczekać na mnie.
Znajdowałem w drodze tylko dwie pociechy, a obie rozgrzewały mnie bardziej niż myśl o nadchodzącej wiośnie. Pierwszą był mój wierzchowiec, dzielny Argent, podarunek od mojej starej przyjaciółki Fionny z Czerwonej Strażnicy. Wielki wałach przeprowadził mnie bezpiecznie przez przeklętą Uroczną Puszczę i zamarznięte Pogórze aż pod mury Maergenn. To była szlachetna osswayska rasa zwana tarreun, znana z siły i wytrzymałości. Był zasadniczo myszatej maści o lekkim połysku przywodzącym na myśl metal – pewnie stąd wzięło się jego imię – miał jednak białe skarpetki na przednich nogach i białe plamy na głowie, układające się niemal w kształt czaszki. Biegł niezmordowany, pokonywał całe mile śniegu bez wytchnienia, tak niezawodny, jak tylko można sobie życzyć.
Druga moja pociecha jechała przymocowana do siodła Argenta, połyskując srebrem w bezgranicznej ciemności: moja wierna klinga, Pożeraczka Popiołów. Trzymałem ją, kiedy wycinałem sobie krwawą drogę przez Maergenn, zabijając jednakowo nieszczęśników i szlachetnokrwistych. Schowałem ją jednak do pochwy, gdy zszedłem chwiejnie do grobu, gdzie zobaczyłem koniec Dior, i od tamtej pory nie miałem odwagi jej dobyć. Wiedziałem, że Popi szczerze mnie kocha, ale kochała też Dior, w końcu razem zabiły Dantona Vossa. Chociaż mogła przemawiać tylko wtedy, gdy dzierżyło się ją w dłoni, musiała widzieć wszystko, co wydarzyło się między Celene a mną w ostatnich chwilach, zanim Lilidh…
Gabriel z trudem przełknął ślinę i pokręcił głową.
– Już ci wspomniałem: najlepszy przyjaciel to szczery przyjaciel, zimnokrwisty, ale prawda to najostrzejszy nóż. I bałem się tego, jak głęboko może zranić mnie Popi, kiedy wreszcie znowu jej dobędę. Potrzebowałem dwóch nocy, żeby zebrać się na odwagę. Moje dni były mroczne jak zmierzch, a zmierzchy ciemne jak środek nocy; zdławione słońce kuśtykało po niebie, kiedy jechałem nieustannie na północ. Przemierzałem ten kraj lata temu, kiedy walczyłem w kampaniach osswayskich, mimo to wstrząsnęło mną, jak głęboko wżarło się w niego zepsucie. Połacie martwych drzew, grubych od lodu i zdławionych grzybem. Lodowate wiatry wyły nad martwymi ziemiami uprawnymi. Szary śnieg cuchnął siarką i ciągnął się jak okiem sięgnąć. Nigdzie śpiewu ptaków. Ani śladu ciepła. Ani śladu nadziei.
Nocowałem w zniszczonej wieży strażniczej. To był ledwie krąg walącego się kamienia z próchniejącym drewnianym dachem zatrzymującym śnieg. Dopaliłem poobiednią fajkę sanctusu, sakrament osadzał się w moich żyłach i uspokajał szalejący we mnie głód. Siedząc przy ogniu, położyłem Pożeraczkę na kolanach. Przyglądałem się damie na rękojeści, włosom wyrzeźbionym w długie, srebrne fale i rękom wyciągniętym na jelcu. Wziąłem głęboki wdech i powoli wyciągnąłem miecz z pochwy. Jednak w głowie usłyszałem tylko ciszę.
– Popi…? – szepnąłem.
Ostrze było długie i zakrzywione w starotalhoskim stylu, tajemnicze znaki lśniły na klindze w świetle ognia i urywały się sześć cali od miejsca, gdzie powinien być koniec. Przyjrzałem się srebrzystej damie na rękojeści o twarzy zamrożonej w wiecznym uśmiechu, anielskiej i pogodnej.
– Pożeraczko Popiołów?
PUUUUUŚĆ MNIE, Z-Z-Z-ZŁOCZYŃCO!
Głos w mojej głowie mniej przypominał pieśń, a bardziej wrzask, który uderzył tak nagle i głośno, że prawie wypuściłem ją z ręki. Zamykając dłonie na gładkiej skórze rękojeści, skrzywiłem się i czekałem, aż echo krzyku wygaśnie w mojej czaszce.
– Jak pragnę wygrzmocić słodką Matkę-Dziewicę, Popi, nie ma potrzeby, żeby…
OBMIERZŁY NĘDZNIKU! N-N-N-NIEWIERNY KUNDLU! NIE PLAM M-M-MOJEJ RĘKOJEŚCI SWOIM GRZESZNYM D-D-DOTYKIEM ANI MOICH USZU SWYMI BEZBOŻNYMI ZNIEWAGAMI! WSTYDŹ SIĘ, TY OSPOWATA GNIDO, WYPOWIADAJĄC TAK OBRZYDLIWE B-B-BLUŹNIERSTWA!
– Myślałem, że do tej pory już się przyzwyczaiłaś.
WYPUŚĆ MNIE, SKURWYSYNU!
– Posłuchaj, Popi, przepraszam, ale…
MYDŁEK! CH-CHAM! PODŁEGO POCHODZENIA BĘKART PUSZCZALSKIEJ…
– Słuchaj no, przestań na mnie WRESZCIE WRZESZCZEĆ, DOBRZE?
Argent parsknął i uniósł wzrok, kiedy mój ryk rozbrzmiał wśród walących się ścian. Moja klinga zamilkła, dama na rękojeści wciąż się uśmiechała, chociaż jakimś cudem jednocześnie zdołała spiorunować mnie wzrokiem.
Westchnąłem wtedy, przesunąłem dłonią po twarzy i aż syknąłem, gdy kciukiem podrażniłem rany. Zmrużyłem oczy, patrząc na ciemną stal ostrza Popi, i zobaczyłem ich mętne odbicie: dwa wyżłobienia wyrwane przez kości biednej, pogruchotanej ręki Dior. Minęło kilka dni, a one wciąż się nie goiły, ciało pod prawym okiem i na policzku zostało głęboko rozorane. Wyglądały prawie jak łzy uronione nad dziewczyną, która mi je podarowała.
– Nadal są widoczne.
Srebroświęty podniósł wzrok na Jeana-François, który popukał się piórem w gładki policzek. Gabriel odruchowo podniósł rękę, musnął blizny pod prawym okiem.
– Bladokrwiści leczą się ze wszystkich ran oprócz tych najbardziej śmiercionośnych, de León. Tak samo jak Krewni. Bardzo niewiele rzeczy zostawia nam blizny. Nie uznałeś tego za dziwne, że rany zadane przez Lachance się nie goją?
– Oui. – Gabriel wzruszył ramionami. – Widziałem jednak już wcześniej, jak jej krew spopiela wampiry. A w końcu sam byłem w połowie wampirem. Prawdę mówiąc, byłem zbyt zbolały z powodu jej śmierci, żeby dużo o tym myśleć. Patrząc tamtej nocy na swoje odbicie w klindze Pożeraczki, uznałem, że zasłużyłem na odrobinę bólu.
– Masz wszelkie prawo być na mnie zła, Pożeraczko Popiołów – powiedziałem jej wtedy. – Wiem, że cię zawiodłem. Że zawiodłem ją. Jednakże od dnia, kiedy pierwszy raz wziąłem cię do ręki, pozostałem wierny…
N-n-nie mów mi o wierze! Kalasz moją rękojeść swoimi rękami z-z-z-złodzieja!
– Nie jestem złodziejem.
Ty w gnoju toczony kozojebco, jakim cudem m-m-m-mnie dzierżysz? Gdzie mój p-p-prawowity pan? O, nieszczęsny głupcze, jeśli go skrzywdziłeś, zastępy niebieskie odwrócą wzrok od piekła, jakie c-c-c-ci urządzę!
– Popi, to ja jestem twoim panem. Twoim przyjacielem.
Diabła tam, powiadam! Co za perfidia i podłość, wyrwać mnie z rąk, którym mnie powierzono! N-n-n-n-niego-go-godnyś mnie, ty świniolubny worze kłaków!
Serce zacisnęło mi się w piersi, gdy dotarła do mnie prawda. Od nocy, kiedy pękła na skórze Wiecznotrwałego Króla, Pożeraczka Popiołów nigdy do końca się nie otrząsnęła. Jej umysł błądził, zacinała się, mówiąc, czasem traciła orientację, gdzie, a nawet kiedy się znajduje, ale nigdy dotąd nie doszła do tego, żeby…
Nie kalaj mnie więcej swoimi l-l-l-lepkimi łapskami i zwróć mnie m-m-mojemu panu! Będę POTRZEBNA w n-nadchodzącej bitwie! ZWRÓĆ MNIE, POWIADAM!
Jej głos ucichł, kiedy wsunąłem ją z powrotem do pochwy i puściłem rękojeść. Chyba nigdy dotąd nie czułem się bardziej samotny niż w tamtej chwili. Bez względu na moje porażki nawet najciemniejsze godziny mojego życia rozświetlał ciężar tego ostrza w ręce. A teraz…
Słodka Matko-Dziewico, ona nawet nie pamiętała, kim jestem.
Zastanawiałem się nad powodem tego stanu rzeczy. Nad tym, co się zmieniło między nami. Jednak w minionych czasach, kiedy Popi traciła poczucie czasu, zawsze odnajdywała drogę powrotną do teraźniejszości. Do mnie. Mając nadzieję, że wspomnienia wrócą do niej wraz z wątłym światłem jutrzenki, odłożyłem ją na bok i ucałowałem srebrne czoło. Zwinąłem się powoli obok ognia i ruszyłem na poszukiwanie snu.
Jean-François zanurzył pióro w atramencie.
– To dość niemądre, co? Pomijając nienawiść do siebie? Wędrówka po pustkowiach Elidaenu bez nikogo, kto czuwałby nad tobą, to proszenie się o kłopoty, oui?
– Nie miałem dużego wyboru. – Gabriel wzruszył ramionami. – Jednak według mojej oceny byłem względnie bezpieczny. Kampania Nikity w Osswayu nie pozostawiła za sobą niczego żywego, a zorientowałbym się, gdyby jakiś Umarły się zbliżał, zanimby do mnie dotarł.
– W jaki sposób?
Gabriel przesunął palcem po srebrnym wzorze na dłoniach: girlandzie czaszek na prawej, plecionce z róż na lewej. Historyk wiedział, że takie tatuaże pokrywają większość jego ciała, a przynajmniej te części, które Gabriel był uprzejmy mu pokazać.
– Egida srebroświętego – mruknął Jean-François.
– Tusz zacząłby płonąć w obecności zła, i to tak jasno, żeby je oślepić. Dar, któremu nie dorówna żadna doczesna zbroja. – Gabriel wzruszył ramionami. – A poza tym Argent robił za pochodnię płonącą niemal równie jasno jak srebro na mojej skórze. Stworzenia ziemi i nieba nienawidzą twojego rodzaju, wampirze. Wasz zapach, sama wasza obecność wyprowadza je z równowagi. Uznawszy więc, że jestem dostatecznie bezpieczny, zasnąłem, mając nadzieję, że nie będę pamiętał snów. – Gabriel upił łyk wina i się skrzywił. – Mimo to wciąż prześladowała mnie w snach. Więź między nami została spisana czerwienią w moich żyłach. Dwa razy już piłem jej krew, raz w San Michon, kiedy uratowała mi życie, i potem znowu w Cairnhaem, kiedy próbowała mi je odebrać. Przekonałem się, że Celene czeka na mnie za murem snu: postać w falującym szkarłacie. Stała przede mną na murach Dún Maergenn z Aléne Voss więdnącą w jej objęciach. A kiedy podniosła okrwawione usta znad gardła Księżnej Wieczności, uśmiechnęła się, ukazując nagą szczękę pełną ostrych jak brzytwa zębów.
– Przesss tę krew będziemy mieć życie wieczne.
Obudziłem się od tego syku i sięgnąłem po miecz, ale, mrugając pośród zimnej ciemności, przypomniałem sobie, gdzie jestem. Ogień zgasł, burza ucichła, zapach siarki spadał wraz ze świeżym śniegiem. Zerknąłem przez okno mojej walącej się wieży, słuchałem szeptu wiatru i pośród niego usłyszałem delikatne jak oddech dziecka skrzypienie mrozu pod szybko biegnącymi stopami.
Argent prychnął, uderzając kopytami w zimną, kamienną podłogę. Oprzytomniałem całkowicie, brzuch wypełnił mi się lodem, gdy pojąłem, że nie jestem sam. Chociaż wierzchowiec się denerwował, moja egida wciąż nie płonęła, byłem więc przekonany, że cokolwiek zbliża się nocą, nie jest to wampir.
Ostatni Srebroświęty zaśmiał się, obracając kielich w zręcznych palcach.
– Możesz wyobrazić sobie moje zdziwienie, kiedy skurwiel wpadł przez okno i spróbował urwać mi głowę.
– Skurwiel? – Jean-François podniósł wzrok znad tomu. – To tytuł czy zawód?
– Ani jedno, ani drugie. To był brudnokrwisty. Kobieta. Umarła po czterdziestce, rozkładała się ze cztery dni, zanim stała się wampirem. Ciało miała wzdęte, zgnilizna objęła już mózg i usta, w których ukazały się dwa ostre kły, gdy je rozwarła. Ryknąłem, kiedy wpadła przez okno i wylądowała mi na piersi. Upadając, wyciągnąłem Pożeraczkę z pochwy i wrzasnąłem, kiedy w mojej głowie rozległ się niemal ogłuszający srebrny krzyk:
PUŚĆ MNIE, TY NĘDZNY ŁOJOŻERNY DUPOJEBNY…
Padłem na podłogę, całe powietrze uszło mi z płuc, a pod wpływem szoku wywołanego krzykiem Pożeraczki wypuściłem ją z ręki. Wypadła mi z palców, kiedy nieszczęśnica rzuciła mi się do gardła. Syknęła i od jej wypełnionego zgnilizną oddechu łzawiły mi oczy. Uderzyłem ją w twarz. Wrzasnęła z powodu srebra na mojej skórze, które przypaliło jej ciało. Wbiła mi palce w gardło, w nadgarstek i zaatakowała jak żmija, zanurzając te obmierzłe kły w moje przedramię i gryząc naprawdę mocno.
Wyrwałem się z rykiem, krew rozbłysła, tryskając na wszystkie strony. Argent szarpnął się, kiedy obryzgała mu bok, i spróbował zerwać się z postronka. Przeturlałem się po zimnych kamiennych płytach, a martwa kreatura sięgała łapami, młóciła nimi, syczała, wariowała, byle tylko posmakować mojej krwi. I chociaż straciłem Popi, nie byłem bezbronny: zacisnąłem palce na gardle nieszczęśnicy i sięgnąłem w głąb siebie.
Wszyscy bladokrwiści zostają pobłogosławieni i przeklęci przez swoich ojców, wampirze. Dręczy ich głód, który ostatecznie doprowadza ich do szaleństwa, ale otrzymują także dary: siłę, szybkość i ślad talentu, jaki ma krew ich rodu. Panowanie nad zwierzętami otrzymują synowie Chastainów. Bezbożną siłę chłopcy zrodzeni z Dyvoków. Zdolność wypaczania uczuć – Ilonowie. A dla mnie błogosławieństwem od ojca, którego nigdy nie poznałem, była plugawa sztuka Niewiernych.
– Sangwimancja – powiedział Jean-François.
Gabriel pokiwał głową.
– Władza nad samą krwią. Moja moc była ledwie cieniem zdolności ojca, zaledwie kroplą zrodzoną z oceanu, ale kiedy wbiłem palce w gardło tego stwora, przyzwałem tę bezbożną potęgę. Wezbrała we mnie, wypłynęła przez opuszki palców i zagotowała krew w gnijących żyłach tej jebanej bestii.
Wrzasnęła; zostało jej dość umysłu, żeby zarejestrować straszliwy ból. Uderzyłem jej głową w kamień, chcąc zakończyć to szybko. I tak by się stało, gdyby przez drzwi do wieży nie wpadła następna dwójka.
Chłopiec i dziewczyna niewiele starsi od Dior, dostatecznie podobni, by wyglądać na krewniaków, wpadli na mnie i oderwali moje ręce od szyi wrzeszczącej kobiety. Krew trysnęła, kość pękła. Odkopnąłem chłopaka na bok, a wtedy dziewczyna rzuciła mi się do gardła. I gdy zimny strach wypełnił mój brzuch, złapałem się na tym, że patrzę Aniołowi Śmierci w oczy.
– Walcząc z brudnokrwistymi? – Historyk prychnął pogardliwie. – Błagam, de León, doceniam fakt, że od początku silisz się na dramatyzm, ale chyba nie oczekujesz, że uwierzę, że bałeś się o swoje życie.
– Mówisz jak ktoś, kto nigdy nie walczył o własne życie. Gnijący czy nie, nieszczęśnicy to wampiry. Szybsze od najbardziej rączej łani, silne jak tuzin zwykłych ludzi. Oui, ja też nie byłem zwyczajny. Minęło jednak wiele godzin od wypalonego przeze mnie po kolacji sakramentu i chociaż minstrele w każdej podłej knajpie wyśpiewują, że byłem największym szermierzem w dziejach, mój miecz leżał na kamieniu tam, gdzie upadł. Byłem głodny, bez broni i walczyłem z trójką przeciwników. – Gabriel pokręcił głową. – Jak już ci powiedziałem, cmentarze świata pełne są głupców, którzy nie uważali strachu za przyjaciela. Zaręczam ci, Chastain, że się bałem.
To Argent zapewnił mi przestrzeń do walki, kiedy wreszcie zerwał się z postronka i kopnął stwora podobnego do chłopaka. Zimnokrwisty uderzył w mur, a ja z krzykiem złapałem dziewczynę za nadgarstek i cisnąłem nią w ślad za nim. Zderzyła się z kamieniem, osłabiona zaprawa i cegły posypały się w noc, oboje napastników przeleciało przez ścianę. Jednakże moje zwycięstwo było krótkotrwałe. Wiekowa wieża drżała wokół mnie, mur falował jak morze podczas sztormu, aż w końcu budowla się poddała i zawaliła mi się na głowę.
Argent był dostatecznie szybki, żeby uciec, a ja zdołałem uniknąć najgorszego, wyskakując przez mur, kiedy dach z hukiem runął. Cegły jednak posypały mi się na plecy, na mój durny łeb, bezgłośna eksplozja buchnęła mi za oczami i w fontannie krwi wpadłem w śnieg.
