Cesarstwo świtu. Cykl Wampirze cesarstwo. Księga 3 - Jay Kristoff - ebook + książka

Cesarstwo świtu. Cykl Wampirze cesarstwo. Księga 3 ebook

Jay Kristoff

4,9
75,00 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Gabriel de León stracił rodzinę, wiarę i ostatnią nadzieję na położenie kresu nieskończonej nocy – Świętego Graala, Dior. Kiedy jego jedyną motywacją pozostaje zemsta, wyprawia się z drużyną wiernych towarzyszy do serca rozdzieranego wojną Augustin, by pozbawić życia Wiecznotrwałego Króla.

Ostatni Srebroświęty nie wie jednak, że Graal żyje – i spieszy do oblężonej stolicy cesarstwa, wiedziona wątłą nadzieją na zakończenie bezdnia. W dworskich salach czai się jednak zdrada, a legiony Wiecznotrwałego Króla z każdym dniem są coraz bliżej. Gabriel i Dior zostają wciągnięci w ostateczną bitwę, która zadecyduje o przyszłych losach cesarstwa. Kiedy słońce zachodzi po raz – być może – ostatni, nikomu nie mogą już ufać.

Nawet sobie nawzajem.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 1150

Oceny
4,9 (26 ocen)
23
3
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Iwona_Maciejewska

Nie oderwiesz się od lektury

szkoda że to już koniec
00
Mario8181

Nie oderwiesz się od lektury

Cudna, zaskakująca...zal tylko że to koniec
00
MagdaPlacha

Nie oderwiesz się od lektury

🥰
00
McEcik

Nie oderwiesz się od lektury

Uczta
00
Anna19790

Nie oderwiesz się od lektury

Żadna historia nie dorówna tej
00

Popularność




Tytuł ory­gi­nału: Empire of the Dawn

Copy­ri­ght © Neve­ra­fter PTY LTD 2025 Copy­ri­ght for the Polish trans­la­tion © 2026 by Wydaw­nic­two MAG

Redak­cja: Urszula Okrzeja Korekta: Mag­da­lena Gór­nicka, Bar­tosz Szpojda Mapy: © Vir­gi­nia Allyn 2024 Ilu­stra­cje: © Gon­zalo Men­di­verry 2025 Dodat­kowe pro­jekty: © Bon Orth­wick 2025 Sied­mio­ra­mienna gwiazda: © James Orr 2021 Ilu­stra­cja na okładce: Kerby Rosa­nes Pro­jekt okładki: Mica­ela Alca­ino Opra­co­wa­nie gra­ficzne okładki: Piotr Chy­liń­ski

ISBN 978-83-68591-90-3 Numer: wyda­nie III/D0

Pro­du­cent/wydawca: MAG Jacek Rodek Pl. Kon­sty­tu­cji 5/10, 00-657 War­szawa www.mag.com.pl han­[email protected]

Dys­try­bu­cja Dres­sler Dublin sp. z o.o. ul. Poznań­ska 91, 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki tel. (+ 48 22) 733 50 31/32 e-mail: dys­try­bu­cja@dres­sler.com.pl www.dres­sler.com.pl

Wer­sję elek­tro­niczną w sys­te­mie Zecer przy­go­to­wała Róża Rozaxa

Oto jestem,

Zabierz mnie do per­ło­wych bram,

Bym mógł patrzeć ci w oczy,

gdy splunę ci w twarz.

Noah Seba­stian

Mapy

Dramatis Personae

Czas nie jest przy­ja­cie­lem śmier­tel­ni­ków, drogi Czy­tel­niku, i kto wie, ile pór roku upły­nęło, odkąd ostatni raz roz­ma­wia­li­śmy. Pamięć w naj­lep­szym razie jest nie­wia­ry­god­nym nar­ra­to­rem, a w naj­gor­szym kłam­li­wym przy­ja­cie­lem. Jako że twój histo­ryk do żad­nego z nich nie pała afek­tem, pro­po­nuję Ci przy­po­mnie­nie głów­nych akto­rów tego dra­matu:

Gabriel de León – Ostatni Sre­bro­święty, Czarny Lew z Lor­son i Miecz Cesar­stwa. Gabriel jest bla­do­kr­wi­stym – synem śmier­tel­nej kobiety i ojca-wam­pira – który odzie­dzi­czył moc swo­jego stwórcy i jego żądzę krwi. Uro­dził się dzie­więć lat przed nadej­ściem bez­d­nia, kiedy słońce zostało prze­sło­nięte na nie­bie cesar­stwa Eli­da­enu, a w wieku lat pięt­na­stu zwer­bo­wano go do Srebr­nego Zakonu San Michon. Stał się wzo­rem w tym świę­tym brac­twie, sama cesa­rzowa paso­wała go na ryce­rza, zanim popadł w nie­ła­skę z powodu miło­ści.

A ja tu sie­dzę i nie mam słod­kich dźwię­ków skrzy­piec pod ręką.

Ponad dzie­sięć lat po eks­ko­mu­nice Gabriel stał się wra­kiem czło­wieka, myślą­cym jedy­nie o pomsz­cze­niu famille zamor­do­wa­nej przez Wiecz­no­tr­wa­łego Króla, Fabiéna Vossa. Jed­nak kiedy spo­tkał Dior Lachance, poświę­cił swoje życie ochro­nie dziew­czyny i poko­chał ją szcze­rze jak wła­sną córkę, Patience.

Kiedy pró­bo­wał dowie­dzieć się, w jaki spo­sób Dior mogłaby zakoń­czyć bez­dzień, został zdra­dzony przez swoją sio­strę Celene i roz­dzie­lony ze swą świętą pod­opieczną. Zwer­bo­wał armię tan­ce­rzy zmierz­chu z Pogó­rza Ossway­skiego, aby wyrwać Dior z rąk demo­nów, które ją poj­mały. Jed­nakże – jak to czę­sto bywa w przy­padku tego tak zwa­nego boha­tera – tra­ge­dia już cze­kała na końcu jego drogi.

Czyż to nie roz­koszne, że zawsze można na niego liczyć?

Dior Lachance – w wieku jede­na­stu lat osie­ro­cona przez matkę pro­sty­tutkę. Jej życie drob­nej zło­dziejki zostało nie­spo­dzie­wa­nie prze­rwane, gdy oka­zało się, że jej krew leczy wszel­kie rany. Ucie­kła Inkwi­zy­cji, która chciała ją stra­cić za czary, i odkryła, że jej moc nie jest darem Upa­dłego, ale pocho­dzi z samych nie­bios. Dior jest potom­ki­nią Esan, córki śmier­tel­nego syna samego Boga, Odku­pi­ciela.

Zde­cy­do­wana wypeł­nić swoje prze­zna­cze­nie i zakoń­czyć bez­dzień, Dior tra­fiła pod opiekę Gabriela de León i jego wam­pi­rzej sio­stry, Celene. Ści­gana przez dzieci Wiecz­no­tr­wa­łego Króla została poj­mana przez Nikitę i Lilidh, naj­star­sze wam­piry rodu Dyvok. Uwię­ziona w ufor­ty­fi­ko­wa­nym mie­ście Maer­genn odkryła, że jej krew jest w sta­nie wyrwać każ­dego czło­wieka z wam­pi­rzego znie­wo­le­nia – fał­szy­wej miło­ści wywo­ła­nej przez trzy­krotne picie z tego samego wam­pira przez trzy kolejne noce.

Zawią­zaw­szy spi­sek z innymi śmier­tel­ni­kami na dwo­rze Dyvo­ków, Dior pomo­gła oba­lić ich prze­klęte kró­le­stwo wam­pi­rów. Na koniec jed­nak została zabita przez ancien Dyvo­ków, Lilidh, która skrę­ciła jej kark, zanim Gabriel zdą­żył ją ura­to­wać.

Trzy dni po swo­jej śmierci Dior otwo­rzyła oczy w mau­zo­leum w pod­zie­miach Maer­genn.

Celene Castia – przy­rod­nia sio­stra Gabriela. W wieku lat pięt­na­stu została oka­le­czona i zamor­do­wana przez Laure, naj­młod­szą córkę Wiecz­no­tr­wa­łego Króla, w zemście za dzia­ła­nia brata. Szes­na­ście lat póź­niej powró­ciła do życia Gabriela, przed­sta­wia­jąc się jako lia­the i tro­piąc Dior.

Cho­ciaż stwo­rzył ją Voss, twier­dziła, że należy do tajem­ni­czego rodu Esani, tego samego, któ­rego człon­kiem był ojciec Gabriela. Mimo wza­jem­nej nie­uf­no­ści rodzeń­stwo przez pewien czas współ­pra­co­wało, poszu­ku­jąc sta­ro­daw­nych wam­pi­rów Esani i sekret­nej wie­dzy o tym, jak Dior może zakoń­czyć bez­dzień. Oba­wia­jąc się jed­nak, że przez swoją nara­sta­jącą żądzę krwi Gabriel sta­nowi zagro­że­nie dla Dior, Celene osta­tecz­nie zdra­dziła go i pró­bo­wała zamor­do­wać.

Rodzeń­stwo połą­czyło ponow­nie siły, żeby ura­to­wać Dior z rąk Dyvo­ków. Kiedy Gabriel odkrył, że Celene nie tylko była uczen­nicą jego ojca, ale także go zamor­do­wała, jego nie­uf­ność powró­ciła. Gdy zaś dowie­dział się, że sam Odku­pi­ciel odpo­wiada za stwo­rze­nie pierw­szych wam­pi­rów, wpadł w szał, który pozwo­lił Lilidh zamor­do­wać Dior.

Trzy dni póź­niej Dior zmar­twych­wstała, ale we wnętrz­no­ściach krypt pod mia­stem Celene była świad­kiem jesz­cze jed­nego prze­bu­dze­nia: sta­ro­daw­nej wam­pi­rzycy z rodu Esani imie­niem Maryn, która może mieć klucz do zakoń­cze­nia bez­d­nia raz na zawsze.

Pho­ebe á Dúnnsair – Pho­ebe mie­sią­cami podró­żo­wała z Dior pod posta­cią pumy, zanim ujaw­niła swoją praw­dziwą naturę: tan­cerki zmierz­chu, zdol­nej przy­bie­rać ludzką lub zwie­rzęcą postać o zacho­dzie słońca.

Oddzie­lona od Dior przez pod­stęp Celene, Pho­ebe szu­kała dziew­czyny razem z Gabrie­lem. Pod­czas podróży odkryli, że łączy ich tra­ge­dia, jakiej oboje doświad­czyli: mąż Pho­ebe zgi­nął pod­czas wojny, a ona, podob­nie jak Gabriel, stra­ciła córkę. Tan­cerka zmierz­chu i sre­bro­święty zostali kochan­kami, a ich śmiało opi­sane ze wszyst­kimi szcze­gó­łami miło­sne unie­sie­nia roz­wią­zały zagadkę, która pozwo­liła zjed­no­czyć Pogó­rze w misji ratun­ko­wej.

Pod­czas fina­ło­wej walki z Nie­po­skro­mio­nymi Pho­ebe odna­la­zła swo­jego męża, Con­nora, który oka­zał się nie­wol­nym Lilidh Dyvok uwię­zio­nym na stałe w ciele wilka.

Jed­nakże ich ponowne spo­tka­nie oka­zało się roz­kosz­nie krót­kie.

Con­nor á Lachla­inn – tan­cerz zmierz­chu z Pogó­rza Ossway­skiego, poto­mek naj­po­tęż­niej­szej tam­tej­szej kró­lo­wej, Ailidh Siew­czyni Burzy. Con­nor latami wędro­wał po cesar­stwie Eli­da­enu, zanim wró­cił na Pogó­rze i poślu­bił młod­szą Pho­ebe. Cho­ciaż miał rze­komo zgi­nąć pod­czas wojny z rywa­li­zu­ją­cymi kla­nami, w rze­czy­wi­sto­ści został schwy­tany przez Lilidh Dyvok, a jego mistyczna krew dała jej rodowi moc potrzebną do pod­boju Osswayu.

Con­nor żył pod posta­cią wiel­kiego bia­łego wilka, kiedy słu­żył na dwo­rze Dyvo­ków, ale gdy jego więź z Lilidh została zerwana, zażar­cie bro­nił Gra­ala i księż­niczki Reyne á Maer­genn przed pazu­rami wam­pi­rzycy.

Jak na złość hra­bina zabiła go, zanim mógł wyja­śnić swoje powody.

Reyne á Maer­genn – piąta córka legen­dar­nej Niamh Dzie­więć Mie­czy, księż­nej Osswayu. Ojciec Reyne był nie­zna­nym wędrow­cem, któ­rego Niamh wzięła sobie na kochanka po śmierci męża. Naro­dziny Reyne z nie­pra­wego łoża były źró­dłem wstydu dla Niamh, zatem dziew­czynę wycho­wy­wała star­sza sio­stra, Yva­ine, w Eli­da­enie, z dala od dworu Dzie­wię­ciu Mie­czy.

Kiedy wiele lat póź­niej Reyne wró­ciła, żeby bro­nić ojczy­zny, wpa­dła w ręce Dyvo­ków, gdy ci zdo­byli Maer­genn. Dior prze­ła­mała jej znie­wo­le­nie i we dwie pomo­gły uwol­nić resztę nie­wol­nych, poko­nać armie Dyvo­ków i zabić naj­star­sze wam­piry.

Jak zna­la­zły w tym wszyst­kim czas na miłostki, to mi się w gło­wie nie mie­ści.

Nasto­latki, oui?

Astrid Ren­nier – była nie­ślubną córką cesa­rza Ale­xan­dre’a III, którą zamknięto w klasz­to­rze San Michon, kiedy jej ist­nie­nie stało się krę­pu­jące dla nowej żony cesa­rza, Isa­belli. Po tym, jak jej przy­jaźń z Gabrie­lem roz­kwi­tła w odwza­jem­nioną miłość, została eks­ko­mu­ni­ko­wana razem z nim, gdy wyszło na jaw, że jest w ciąży.

Po naro­dzi­nach córki i ślu­bie osie­dli razem na połu­dnio­wych rubie­żach cesar­stwa, by wieść cichy, spo­kojny, szczę­śliwy żywot.

Wie­cie, co było potem.

Patience de León – córka Gabriela i Astrid. Kiedy przy­szła na świat, jej ojciec, dawny sre­bro­święty, wyta­tu­ował sobie jej imię sre­brem na knyk­ciach, żeby ni­gdy nie zapo­mnieć, co jest naprawdę ważne. Była jego rado­ścią i dumą, praw­dzi­wym słoń­cem na nie­bo­skło­nie jego życia.

Miała jede­na­ście lat, kiedy została zamor­do­wana przez Wiecz­no­tr­wa­łego Króla, Fabiéna Vossa.

A to mnie ludzie nazy­wają potwo­rem.

Poże­raczka Popio­łów – zacza­ro­wany miecz Gabriela, który tele­pa­tycz­nie poro­zu­miewa się z wła­ści­cie­lem. Cho­ciaż nie została wykuta ze sre­bra, jest śmier­tel­nie nie­bez­pieczna dla zim­no­krwi­stych i w cza­sach swo­jej naj­więk­szej chwały we dwoje z Gabrie­lem wyrą­by­wali sobie drogę przez sze­regi Umar­łych.

Zda­rzają jej się krót­kie prze­bły­ski przy­tom­no­ści umy­słu, naj­czę­ściej jed­nak nie bar­dzo wie, gdzie – a nawet kiedy – prze­bywa. Zmie­niła się na zawsze po tym, jak jej ostrze zostało zła­mane na skó­rze Wiecz­no­tr­wa­łego Króla. Spo­sób, w jaki Gabriel wszedł w jej posia­da­nie, pozo­staje przed­mio­tem licz­nych spe­ku­la­cji pośród min­streli, tru­we­rów i knaj­pia­nych pro­ro­ków z całego cesar­stwa.

Jeśli o mnie cho­dzi, to chciał­bym wresz­cie usły­szeć jakieś odpo­wie­dzi!

Aaron de Coste – był synem baro­no­wej i wam­pira z Krwi Ilon. Ter­mi­no­wał w Srebr­nym Zako­nie razem z Gabrie­lem, a ich począt­kowa zacie­kła rywa­li­za­cja z cza­sem prze­ro­dziła się w praw­dziwą przy­jaźń. Odszedł z zakonu po tym, jak odkryto jego zwią­zek z kowa­lem Bap­ti­ste’em Sa-Isma­elem.

Osiadł ze swoim uko­cha­nym w château Aveléne, gdzie wie­dli sie­lan­kowy żywot, dopóki ponad dzie­sięć lat póź­niej Gabriel nie poja­wił się ponow­nie w ich życiu. W efek­cie ich dom został znisz­czony przez Dyvo­ków, zaś Aaron zgi­nął z ręki Kiary, córki Nikity, i powró­cił jako szla­chet­no­kr­wi­sty wam­pir. Tra­fił na dwór Nikity, gdzie został znie­wo­lony przez ancien Dyvo­ków i został jego kochan­kiem, bio­rąc udział we wszel­kich depra­wa­cjach w krwa­wym budu­arze Czar­no­ser­cego.

Jego umysł został osta­tecz­nie wyzwo­lony od wpływu Nikity przez uko­cha­nego Bap­ti­ste’a.

Kto jed­nak wie, co kryje się w jego sercu?

Bap­ti­ste Sa-Ismael – dawny czar­no­ręki ze Srebr­nego Zakonu, przy­ja­ciel Gabriela i geniusz kuźni. Opu­ścił zakon razem z Aaro­nem, kiedy wyszedł na jaw ich zwią­zek, i został poj­many, gdy wiele lat póź­niej ich sie­dzibę znisz­czyli Dyvo­ko­wie.

Został znie­wo­lony przez Kiarę i uwol­niony przez Dior. Chwy­cił za broń i sta­nął do walki z Dyvo­kami; w bitwie o Dún Maer­genn wal­czył dziel­nie ramię w ramię z Gabrie­lem i swo­imi byłymi braćmi ze Srebr­nego Zakonu. Zadał osta­teczny cios Niki­cie, uwal­nia­jąc uko­cha­nego Aarona z nie­woli i dowo­dząc, że nawet w naj­zim­niej­szych kli­ma­tach i naj­mrocz­niej­szych cza­sach miłość doprawdy wszystko zwy­cięża.

Tak, drogi Czy­tel­niku. To był sar­kazm.

Chloe Sau­vage – sio­stra Ordo Argent, przy­ja­ciółka Astrid i Gabriela z dzie­ciń­stwa. Spo­tkaw­szy ponow­nie przy­ja­ciela wiele lat po jego eks­ko­mu­nice, zwer­bo­wała go do pomocy w ochro­nie Dior Lachance. Kie­ru­jąc się sta­ro­żyt­nym pro­roc­twem, zamie­rzała spro­wa­dzić Dior do opac­twa San Michon, wie­rzyła bowiem, że tam uda się zakoń­czyć bez­dzień za pomocą rytu­ału, któ­rego opis odna­la­zła w biblio­tece. Gdy Gabriel odkrył, że rytuał spro­wa­dza się do zło­że­nia Dior w ofie­rze, zamor­do­wał Chloe i pół tuzina innych sre­bro­świę­tych, sta­jąc w obro­nie dziew­czyny.

Sœur Sau­vage nie­wąt­pli­wie była fana­tyczką, ale może nie cał­kiem zwa­rio­wała. Po bitwie o Dún Maer­genn w gro­bie pod mia­stem odkryto drugą połowę jej pro­roc­twa, która może skry­wać tajem­nicę zakoń­cze­nia bez­d­nia na zawsze.

Lachlan á Craeg – pierw­szy i ostatni uczeń Gabriela w Srebr­nym Zako­nie. Lachlan był bla­do­kr­wi­stym synem Toly­eva, priori Dyvo­ków. Całe dzie­ciń­stwo spę­dził w pod­dań­stwie krwi, słu­żył swo­jemu potwor­nemu ojcu. Poj­many w wieku lat pięt­na­stu przej­rzał na oczy, dostrzegł okru­cień­stwo swo­jej rodziny i został zwer­bo­wany przez Gabriela do Srebr­nego Zakonu. Stali się ser­decz­nymi przy­ja­ciółmi i nawet kiedy wyszedł na jaw romans Gabriela z Astrid, Lachlan nie chciał wyrzec się men­tora.

Wiele lat póź­niej młody sre­bro­święty dowie­dział się o ataku Gabriela na kate­drę San Michon w obro­nie Dior. Omył­kowo uznał, że dziew­czyna opę­tała Gabriela cza­rami, i z tego powodu tro­pił swo­jego daw­nego mistrza w całym cesar­stwie. Osta­tecz­nie uwie­rzył w boskie pocho­dze­nie Dior. Zebrał grupę sre­bro­świętych, żeby wes­przeć Gabriela pod­czas bitwy o Maer­genn, i pomógł Sa-Isma­elowi zabić swo­jego przy­rod­niego brata, Nikitę.

Jed­nakże wier­ność Lachlana miała wysoką cenę – jako jedyny sre­bro­święty prze­żył walkę.

Joaquin Marenn – psiar­czyk z Aveléne, który został nie­wol­nym Kiary Dyvok po znisz­cze­niu jego domu. Uwol­niony przez Dior, został w Maer­genn, zde­cy­do­wany ura­to­wać swoją uko­chaną: ossway­ską dziew­czynę imie­niem Isla á Cuinn.

Cho­ciaż Isla oka­zała się zdraj­czy­nią, Joaquin wyka­zał się w osta­tecz­nej bitwie, pomógł Dior uwol­nić ludzi znie­wo­lo­nych przez Dyvo­ków i skrzyk­nął ich do walki w obro­nie Gra­ala.

Brynne á Kil­la­ech – tan­cerka zmierz­chu z Pogó­rza z rodzaju zwa­nego úrfuil – niedź­wie­dzi lud. Podob­nie jak więk­szość jej rodzaju, Brynne ule­gła nie­od­wra­cal­nej zmia­nie spo­wo­do­wa­nej przez Czas Ska­la­nej Krwi i w ludz­kiej postaci zacho­wuje wiele zwie­rzę­cych cech.

Jest zacie­kłą wojow­niczką i dziel­nie wal­czyła pod­czas bitwy o Dún Maer­genn.

Fabién Voss – Wiecz­no­tr­wały Król, priori Krwi Voss. Fabién jako pierw­szy ancien wyko­rzy­stał nie­szczę­śni­ków (bez­ro­zumną odmianę wam­pi­rów, któ­rej liczeb­ność ogrom­nie wzro­sła pod­czas bez­d­nia) do walki: stwo­rzył z nich armię znaną jako Bez­kre­sny Legion. Fabién od tego czasu pod­bił więk­szość cesar­stwa i zamie­rza teraz zdo­być jego sto­licę, Augu­stin.

Wymor­do­wał famille Gabriela, a odkąd dowie­dział się o ist­nie­niu Dior, obse­syj­nie wysy­łał swoje dzieci, żeby ją poj­mały – w nie­zna­nym celu. Gabriel odkrył, że Fabién był kie­dyś jed­nym z Ryce­rzy Krwi – wam­pi­rzych wojow­ni­ków, któ­rzy znisz­czyli ród Esani pod­czas bitwy o Char­bo­urg kilka stu­leci wcze­śniej. Jed­nak w gro­bie pod Maer­genn cze­kało na Ostat­niego Sre­bro­świę­tego o wiele bar­dziej mro­żące w żyłach odkry­cie na temat jego śmier­tel­nego wroga: Fabién był jed­nym z pię­ciu śmier­tel­nych kapła­nów odpo­wie­dzial­nych za zabi­cie Odku­pi­ciela, któ­rych prze­kleń­stwo syna bożego zmu­siło do trwa­nia pod posta­cią nie­umar­łych.

Jest jed­nym z pię­ciu pierw­szych wam­pi­rów na świe­cie.

Dan­ton Voss – Bestia z Vel­lene, naj­młod­szy syn Fabiéna, jeden z sied­miorga Ksią­żąt Wiecz­no­ści. Zgi­nął z ręki Dior, która zadała mu cios Poże­raczką Popio­łów, uprzed­nio nama­ściw­szy miecz wła­sną świętą krwią.

Laure Voss – Upiór w Czer­wieni, naj­młod­sza córka Fabiéna, stwór­czyni Celene Castii. Zgi­nęła z ręki Gabriela w bitwie pod Bliź­nia­kami.

Alba i Aléne Voss – Zgrozy – naj­star­sze dzieci Fabiéna, posłane do Dún Maer­genn, żeby ode­brały Dyvo­kom Dior. Zamiast tego jed­nak same zgi­nęły – Albę zabił Gabriel w poje­dynku, a Celene wypiła swoją cio­teczkę Aléne, aż zostały z niej same popioły.

Nikita Dyvok – Czar­no­sercy, priori Krwi Dyvok. Posłu­żył się splu­ga­wioną krwią tan­ce­rzy zmierz­chu, żeby wzmoc­nić i tak już prze­ra­ża­jącą siłę swo­jego rodu. W ten spo­sób pod­sy­cił inwa­zję na Ossway i zmie­nił nie­gdyś potężny kraj w kost­nicę. Znie­wo­lił Aarona de Coste i pro­wa­dził wła­śnie nego­cja­cje w związku z prze­ka­za­niem Dior swo­jemu daw­nemu kochan­kowi, Fabiénowi, kiedy zgi­nął w bitwie o Maer­genn z ręki Bap­ti­ste’a Sa-Isma­ela.

Lilidh Dyvok – Bez­ser­deczna, Zimowa Oblu­bie­nica, naj­star­sza z rodu Dyvok. Bar­dziej prze­bie­gła od swo­jego wojow­ni­czego brata, odkryła magyę krwi tan­ce­rzy zmierz­chu i zakwe­stio­no­wała praw­dziwy powód, dla któ­rego Fabién poszu­ki­wał Dior. Zgi­nęła pod­czas bitwy o Dún Maer­genn, ale wcze­śniej zdą­żyła zła­mać kark Dior i zabić męża Pho­ebe, Con­nora. Zosta­wiła po sobie potomka, Żmija, który teraz jest nesto­rem Krwi Dyvok.

Jakże nisko upa­dają potężni.

Illia – była priori Krwi Esani, zało­ży­cielką ich reli­gii. Krążą wie­ści, że za życia była cza­row­nicą, ale kiedy stała się wam­pi­rzycą, zna­la­zła reli­gię w postaci Jed­nej Wiary i poświę­ciła nie-życie na pod­trzy­my­wa­nie rodu wywo­dzą­cego się od Odku­pi­ciela.

Została zamor­do­wana pod­czas kata­kli­zmu, jakim była bitwa o Char­bo­urg, w któ­rej dowo­dził jej wielki wróg, Fabién Voss.

Maryn – Matka Potwo­rów i obecna priori Krwi Esani. Ród Esani prak­tycz­nie prze­stał ist­nieć w Char­bo­urgu, oca­lały z niego tylko cztery osoby. By zapew­nić sobie prze­trwa­nie, ostatni Esani roz­pro­szyli się po całym cesar­stwie i wypa­try­wali w tajem­nicy oznak obec­no­ści potom­ków Odku­pi­ciela, któ­rzy mogli prze­żyć tamtą potworną noc.

Cho­ciaż wygląda jak dziecko, Maryn jest naj­star­szą przed­sta­wi­cielką Nie­wier­nych, któ­rzy prze­trwali. Pogrą­żona w sta­nie zwa­nym pomroką została pogrze­bana w Dún Maer­genn, gdzie cze­kała ponad stu­le­cie na swoją kolej, żeby wypa­try­wać naro­dzin Gra­ala. W swoim ciele prze­cho­wuje mnó­stwo dusz, skra­dzio­nych w kani­ba­li­stycz­nym akcie, który Nie­wierni nazy­wają komu­nią.

Kto wie, co jej szep­czą w ciem­no­ściach?

Jènoah – jeden z czte­rech człon­ków rodu Esani, jacy prze­trwali. Był panem ponu­rej twier­dzy zwa­nej Cairn­haem, ukry­tej głę­boko w Noc­nych Tur­niach. Gabriel, Celene i Dior udali się do niej, licząc na mądrość Jènoah, ale odkryli jedy­nie, że ancien ode­brał sobie życie. W kaplicy w cichym château trójka odna­la­zła jego ostat­nie słowa wypi­sane wła­sną krwią na pod­ło­dze.

„To ocze­ki­wa­nie: zbyt dłu­gie. To brze­mię: zbyt cięż­kie. Ojcze, wybacz mi”.

Wul­fric – ojciec Gabriela i wojow­nik z rodu Esani. Nie­wiele wia­domo na jego temat, poza tym, że miesz­kał przez pewien czas w León, gdzie został kochan­kiem matki Gabriela, Auriél. Dziew­czyna porzu­ciła kochanka, gdy zaszła w ciążę, więc Wul­fric nie miał wpływu na wycho­wa­nie Gabriela. Powró­cił jed­nakże na krótko wezwany przez Auriél, gdy jego syn zacho­ro­wał.

Po swo­jej Prze­mia­nie Celene odna­la­zła Wul­frica w jego domu w San Yves. Tam została jego uczen­nicą, zanim go pożarła, przej­mu­jąc jego moc i wszyst­kie dusze, które w sobie nosił.

Dla­czego? Oto jest pyta­nie, do dia­ska.

Ale­xan­dre de Augu­stin III – jako cesarz Eli­da­enu, Obrońca Jed­nej Wiary i Pro­tek­tor Kró­le­stwa wła­dał ze Zło­tych Sal w Augu­stin od sie­dem­na­stego roku życia. Teraz dobiega sie­dem­dzie­siątki i wieść nie­sie, że brze­mię korony spada głów­nie na czoło jego uko­cha­nej (i znacz­nie młod­szej) mał­żonki.

Isa­bella Augu­stin – żona Ale­xan­dre’a III, cesa­rzowa Eli­da­enu. Była patronką Ordo Argent i po bitwie pod Bliź­nia­kami paso­wała Gabriela na ryce­rza. Pozo­stał jej prawą ręką przez wiele lat, okry­wa­jąc się pod jej patro­na­tem wielką chwałą.

Maxi­mille de Augu­stin – król-wojow­nik, który przed z górą sze­ściu­set laty roz­po­czął pro­ces jed­no­cze­nia pię­ciu woju­ją­cych państw w wiel­kie cesar­stwo eli­da­eń­skie. Zgi­nął, zanim jego marze­nie mogło się urze­czy­wist­nić, ale jego potom­ko­wie po dziś dzień zasia­dają na Pię­cio­ra­kim Tro­nie. W uzna­niu jego docze­snych zasług Kościół Jed­nej Wiary ogło­sił go swoim siód­mym Świę­tym Męczen­ni­kiem.

Michon – Pierw­sza Męczen­niczka, pro­sta łow­czyni, która została uczen­nicą Odku­pi­ciela, a po zgła­dze­niu go na kole ponio­sła jego świętą wojnę w świat. Mało kto wie, że była rów­nież jego kochanką i że z ich związku naro­dziła się córka imie­niem Esan, co w języku sta­ro­tal­ho­skim zna­czy „wiara”.

Esan – córka Michon i Odku­pi­ciela. Cztery stu­le­cia temu jej potom­ko­wie wznie­cili bunt prze­ciw dyna­stii Augu­sti­nów. Powsta­nie, które póź­niej nazwano here­zją aavsencką, zostało stłu­mione przez świę­tych ryce­rzy Jed­nej Wiary. Ich sto­licę, Char­bo­urg, splą­dro­wano, a więk­szość bun­tow­ni­ków zgi­nęła.

Dior Lachance jest ostat­nią przed­sta­wi­cielką tego rodu.

Krew Voss – ród wam­pi­rzy wywo­dzący się od Fabiéna, który nazywa sie­bie Żela­zno­ser­cymi. Odzna­czają się nad­ludzką odpor­no­ścią na fizyczny ból, a ich nesto­rzy potra­fią czy­tać w myślach i prze­ma­wiać wprost do umy­słów.

Krew Dyvok – potom­stwo strasz­li­wego Toly­eva, zwane także Nie­po­skro­mio­nymi. Wszyst­kie wam­piry są nad­zwy­czaj silne, ale nawet naj­młod­szy Dyvok jest w sta­nie zawsty­dzić nesto­rów z innych rodów. Ancien Dyvo­ków potra­fią zapa­no­wać nad ludźmi siłą swo­jego głosu, a zdol­ność tę nazywa się Biczem.

Krew Ilon – Szepty, lato­ro­śle wiel­kiego Ilona. O wiele sub­tel­niejsi od Dyvo­ków, umieją mani­pu­lo­wać emo­cjami za pomocą jed­nego słowa, a ich nesto­rzy potra­fią jed­nym spoj­rze­niem spra­wić, że całe sale wypełni zgroza lub zachwyt. Zdol­ność tę nazywa się Naci­skiem.

Krew Cha­stain – potom­ko­wie cesa­rzo­wej Mar­got, zwani także Paste­rzami. Cha­stainowie panują nad stwo­rze­niami ziemi i nieba i potra­fią przy­bie­rać ich roz­liczne formy; im są starsi, tym wię­cej postaci mogą przy­jąć. Paste­rze są także upior­nie szybcy, a ich nesto­rzy wydają się zdolni iść z wia­trem w zawody.

Krew Esani – Nie­wierni. Here­tycki kult kani­bali i cza­row­ni­ków, któ­rzy potra­fią mani­pu­lo­wać krwią za pomocą mrocz­nej sztuki zwa­nej san­gwi­man­cją. Im mniej będziemy o nich mówić, tym lepiej.

Bla­do­kr­wi­ści – pół­lu­dzie, dzieci zro­dzone z wam­pi­rzych ojców. Posia­dają słab­szą wer­sję nad­na­tu­ral­nych darów swo­ich ojców, dzie­dzi­czą jed­nak po nich także żądzę krwi, prze­kleń­stwo zwane sangirè, czer­wone pra­gnie­nie. Na dłu­gie lata można zapa­no­wać nad tą przy­pa­dło­ścią za pomocą nar­ko­tyku zwa­nego sanc­tu­sem, osta­tecz­nie jed­nak spro­wa­dza ona wszyst­kich bla­do­kr­wi­stych do żąd­nych krwi zwie­rząt.

A teraz, mes amis, czas koń­czyć.

Ze świę­tego kie­li­cha blask święty się sączy.

Ład na świe­cie wyj­dzie spod wier­nego ręki,

a przed obli­czem męczeń­skiej sió­demki

szary czło­wiek noc bez­kre­sną zakoń­czy.

Gdzie pię­cioro przy jed­nym się zgro­ma­dziło,

święte weź ostrze, pod słoń­cem dzie­wi­czym

krew świętą prze­lej – lub odejdź z niczym.

Niech scze­zną ciem­no­ści, jakby ich nie było.

autor nie­znany

Zmierzch.

I

Był dwu­dzie­sty siódmy rok bez­d­nia w pań­stwie Wiecz­no­tr­wa­łego Króla, a jego zabójca wciąż cze­kał na śmierć.

Znowu stał przy wąskim oknie, patrząc, jak nad­ciąga jego koniec. Wyta­tu­owane dło­nie splótł za ple­cami, popla­mione krwią zarówno świeżą, jak i taką, którą led­wie pamię­tał. Pomiesz­cze­nie, w któ­rym się znaj­do­wał, mie­ściło się na wyso­kiej kon­dy­gna­cji samot­nej wieży sztur­mo­wa­nej przez burzę tak samo jak on tra­pioną bez­sen­no­ścią. Drzwi wciąż były zamknięte solid­nie jak wrota skarbca. Wrota do jego serca były zatrza­śnięte jesz­cze moc­niej.

Z wyso­ko­ści zabójca stu­dio­wał sunący w dole pochód, jego oczy miały kolor szary jak burza na nie­bie. Postaci klu­czące ku przed­bra­miu były nie­liczne, podobne do mró­wek; maleń­kie czarne kropki peł­znące po zamar­z­nię­tej rów­ni­nie. Jed­nakże ich nadej­ście było ważną zapo­wie­dzią, wstrzą­sało kamie­niami pod nim, jak żaden ziem­ski grom nie byłby w sta­nie, ich przy­by­cie mówiło mu, że jego odej­ście jest rychłe. Że jego gra, jak wszystko, co dobre, musi dobiec końca.

Château prze­bu­dził się już i bez­śmiertni, któ­rzy nazy­wali go domem, zebrali się w całej swo­jej chwale, by zaim­po­no­wać przy­by­łym. Nie­wolni żoł­nie­rze zakuci w ciemną stal roz­sta­wili się na blan­ko­wa­nych murach, ich czarne pele­ryny zdo­bił sym­bol dwóch wil­ków i dwóch księ­ży­ców. Wszę­dzie wzdłuż koli­stych szań­ców pło­nące kok­sow­niki lizały lodo­wate powie­trze, ozory pło­mieni były jaśniej­sze od nędz­nego zachodu słońca. Na naj­bar­dziej wewnętrz­nym dzie­dzińcu Cesa­rzowa Wil­ków i Ludzi cze­kała na gości w oto­cze­niu swo­jego bez­kr­wi­stego dworu. Czaił się obok niej blady histo­ryk, któ­rego cze­ko­la­dowe oczy co rusz spo­zie­rały na zabójcę w oknie wieży.

Niebo było czarne jak grzech.

Hory­zont – czer­wony jak usta damy jego serca, kiedy ostatni raz ją cało­wał.

Zabójca powiódł kciu­kiem po wierz­chu pal­ców i po lite­rach wyta­tu­owa­nych poni­żej knykci.

– Patience, che­va­lier – wyszep­tał.

II

Brama Sul Adair otwo­rzyła się przy wtó­rze pie­śni kru­szą­cego się lodu i jęku zamar­z­nię­tych zawia­sów.

Mar­kiz Jean-François, histo­ryk Krwi Cha­stain, stał po pra­wicy swo­jej cesa­rzo­wej i patrzył, jak ogromna krata unosi się niczym katow­ski miecz. Trzy inne kraty pod­nio­sły się wcze­śniej jedna po dru­giej, otwie­ra­jąc drogę przez cztery dzie­dzińce oto­czone potęż­nymi szań­cami z czar­nego żela­zo­ka­mie­nia. Oblo­dzone koła zębate trzesz­czały i jęczały, wia­try ostre jak brzy­twa wzbi­jały kurzawę sza­rego śniegu na dłu­giej bru­ko­wa­nej dro­dze pro­wa­dzą­cej poza zewnętrzne mury. Patrząc na drobne postaci zbli­ża­jące się z jej końca, mar­kiz przy­ła­pał się na tym, że się krzywi.

Szron przy­warł mu do rzęs, złote włosy chło­stały go po twa­rzy, tar­gane prze­ni­kliwą wichurą. Dener­wo­wały go – kazałby swo­jej och­mi­strzyni Meline zwią­zać je nale­ży­cie, gdyby miał czas, ale został obu­dzony przed zmierz­chem przez jed­nego ze słu­gu­sów matki, który dobi­jał się do drzwi jego sypialni, jakby samo pie­kło przy­było. Jean-François pod­niósł głowę znad krwa­wej uczty mię­dzy udami Meline i wark­nął ziry­to­wany tym naj­ściem, ale pra­wie nie siląc się na prze­pro­siny, nie­wolny chło­pak w libe­rii cesa­rzo­wej poin­for­mo­wał go, że ocze­kuje się jego natych­mia­sto­wej obec­no­ści na dzie­dzińcu. Jean-François led­wie zdą­żył otrzeć pod­bró­dek, zanim roz­brzmiały dzwony sygna­li­zu­jące poja­wie­nie się nad­zwy­czaj sza­cow­nych gości. Narzu­cił jakiś odświętny strój z ciem­nego jedwa­biu i hafto­wany sur­dut z etolą z jastrzę­bich piór i zbiegł pospiesz­nie, prze­kli­na­jąc nie­oby­czaj­ność całej tej sytu­acji.

Ci padli­no­żercy nie powinni prze­kro­czyć ich progu przez jesz­cze dwie noce, ale na szczę­ście ich przed­wcze­sne nadej­ście nie wywo­łało zbyt wiel­kiego zamętu na dwo­rze Mar­got. Zanim goście dotarli do zewnętrz­nych murów, mała armia dwo­rzan zgro­ma­dziła się na wiel­kich scho­dach château, two­rząc wokół swo­jej nestorki mur szkar­łat­nych jedwabi, czar­nego futra i jasnego bro­katu. Sama cesa­rzowa Mar­got pre­zen­to­wała się, jak przy­stało wład­czyni: nosiła olśnie­wa­jącą suk­nię ze zło­tego aksa­mitu z czarną koronką, siwe włosy miała zwią­zane z tyłu w zdo­bione klej­no­tami war­ko­cze, cztery ogromne czarne wilki sie­działy przed nią w rzę­dzie. Była drobną kobietą w śred­nim wieku, kiedy prze­szła Prze­mianę, ale dłu­gie stu­le­cia obda­rzyły Mar­got Cha­stain maje­sta­tem przy­ćmie­wa­ją­cym wszyst­kich wokół. Jej skóra była jak naj­czyst­szy mar­mur, twarz niczym bez­kr­wawa maska, oczy czarne jak pie­kło obser­wo­wały nie­ru­cho­mie­jącą wresz­cie kratę.

Sto­jąc posłusz­nie u jej boku w śnie­życy, mar­kiz przy­glą­dał się tuzi­nowi postaci jadą­cych pod łukami przed­bra­mia na zbie­ra­ni­nie nie­wol­nych koni. Nawią­zy­wa­nie kon­taktu ze zwie­rzę­tami było darem jego krwi, wyczu­wał więc wyczer­pa­nie wierz­chow­ców, poga­nia­nych przez sie­dem dni i nocy bez chwili snu, żeby tu dotrzeć.

Zer­ka­jąc z ukosa na swoją stwór­czy­nię, Jean-François zasta­na­wiał się od nie­chce­nia, czy rano jego cesa­rzowa kazała słu­gom umyć sobie stopy.

W końcu za chwilę będą je cało­wać człon­ko­wie kró­lew­skiego rodu.

Przy­wódca jeźdź­ców zatrzy­mał wierz­chowca, któ­rego boki aż buchały parą, i zsiadł. Śnieg zachrzę­ścił pod jego butami, gdy wylą­do­wał na bruku. Do sio­dła miał przy­mo­co­wany dwu­ręczny miecz pra­wie dwa razy dłuż­szy niż wzrost czło­wieka, z ręko­je­ścią ozdo­bioną ryczą­cymi niedź­wie­dziami. Jego towa­rzy­sze zsie­dli z koni, a przy­wódca zsu­nął kap­tur i chłod­nym wzro­kiem powiódł po nie­wol­nych na ośnie­żo­nych murach w sza­le­ją­cej zawiei. Był wysoki i w żad­nym razie nie zwa­li­sty, ale widząc strasz­liwą klingę, Jean-François nie miał złu­dzeń co do siły ukry­tej w tym żyla­stym ciele. Przy­bysz miał dłu­gie i szare jak śnieg włosy, taka sama była jego broda, oszro­niona i tar­gana wia­trem. Jasna jak lód skóra spra­wiała wra­że­nie stward­nia­łej jak u czło­wieka, który przez dłu­gie lata żeglo­wał pod pra­żą­cym słoń­cem, zanim prze­szedł Prze­mianę. Z boku jego szyi wił się wybla­kły tatuaż dzie­wicy o nagich pier­siach i rybim ogo­nie. Kiedy się ode­zwał, Jean-François spo­strzegł błysk zło­tych kłów w gór­nych dzią­słach przy­by­sza.

– Mar­got Cha­stain z Krwi Cha­stain, naj­star­sza w swoim rodzie, priori Paste­rzy. – Wam­pir skło­nił lekko głowę. – Pozdra­wiam cię, kuzynko.

– Żmiju Dyvok z Krwi Dyvok, pier­wo­rodny bez­śmiertny synu Lilidh i obecny priori Nie­po­skro­mio­nych. – Mar­got uśmiech­nęła się nie­mal nie­do­strze­gal­nie. – Witamy cię, kuzy­nie.

– Uprzej­mie dzię­ku­jemy za twe zapro­sze­nie, lady Cha­stain, i za…

– Cesa­rzowo.

Wam­pir zwany Żmi­jem zająk­nął się, kiedy Mar­got się ode­zwała.

– Cesa­rzowo Cha­stain – popra­wiła go, uśmie­cha­jąc się odro­binę cie­plej.

Grzmot prze­wa­lił się po nie­bie. Żmij zer­k­nął na Krew­nych, z któ­rymi przy­był. Mała grupka była w rów­nie opła­ka­nym sta­nie jak wierz­chowce, na któ­rych przy­je­chali. Był tam młody drab odziany w wybru­dzoną w podróży pele­rynę z dzie­cię­cej skóry – na pod­sta­wie opo­wie­ści sre­bro­świę­tego i jego sio­stry Jean-François wie­dział, że nazywa się Rémille. Ładna kobieta w sza­tach świą­to­bli­wej sio­stry; przy­sa­dzi­sty zbir z wąsami dosta­tecz­nie dłu­gimi, żeby dało się go na nich powie­sić; zasu­szona sta­ru­cha, bez­zębna, jeśli pomi­nąć kły, które błysz­czały w jej poczer­nia­łych dzią­słach; oraz garstka innych. Herb przed­sta­wia­jący wspię­tego niedź­wie­dzia na strza­ska­nej tar­czy zdo­bił ich ubiór i broń: a to klamrę pasa, a to gło­wicę mie­cza. To były nie­do­bitki po ataku na Dún Maer­genn, pozo­sta­ło­ści znisz­czo­nego dworu, ostatki nie­gdyś potęż­nego rodu.

Żało­sny widok, pomy­ślał Jean-François.

Żmij spoj­rzał na Mar­got.

– Wiele o tobie sły­sza­łem, kuzynko, i zdaję sobie sprawę, że jeste­śmy gośćmi w twoim domu, więc ostroż­nie będę dobie­rał słowa, lecz nawet jeśli Mar­got jest cesa­rzową wil­ków i ludzi, to ja i moi pod­ko­mendni nie nale­żymy do żad­nej z tych grup. Wywo­dzimy się z krwi potęż­nego Toly­eva. Jeste­śmy z Krwi Dyvok. Jeste­śmy Nie­po­skro­mieni, lady Cha­stain. I przed nikim nie klę­kamy.

Wśród dwo­rzan roze­szła się fala nie­za­do­wo­le­nia; zgro­ma­dzeni mru­żyli oczy, szep­tem ponio­sły się pogróżki. Mar­got jed­nak tylko uśmiech­nęła się łagod­niej.

– Czas pokaże.

Wycią­gnęła rękę do bliż­szego wilka, zwa­li­stego samca imie­niem Wierny. Pod­niósł łeb, cie­sząc się z dotyku cesa­rzo­wej muska­ją­cej pazu­rami jego futro. Mar­got ani na chwilę nie spu­ściła wzroku ze Żmija.

– Serce nam pękło na wieść o zamor­do­wa­niu twej matki. Wielką czu­łość żywi­li­śmy dla hra­biny Lilidh. – Uśmiech cesa­rzo­wej przy­gasł odro­binę. – Mniej­szą dla jej brata, Nikity. Nie­mniej śmierć priori to nie jest błaha kwe­stia. Skła­damy nasze kon­do­len­cje, kuzy­nie, z powodu utraty nestora, upadku sto­licy i znisz­cze­nia twego rodu.

Dyvo­ków zabo­lały jej słowa, ale żaden nie był na tyle głupi, żeby zła­pać się na tę przy­nętę.

– Dzię­ku­jemy za twoją dobroć, kuzynko. – Żmij zaci­snął zęby. – I za szansę wymie­rze­nia spra­wie­dli­wo­ści temu, który spla­mił się krwią Dyvo­ków.

Mar­got zamru­gała. Jej czarne oczy zabły­sły.

– Spra­wie­dli­wo­ści?

– W swoim zapro­sze­niu… wspo­mnia­łaś, że poj­ma­łaś psa, który zabił potęż­nego Toly­eva na Szkar­łat­nej Pola­nie. Który popro­wa­dził atak na Dún Maer­genn. Który zamor­do­wał dzie­siątki moich pobra­tym­ców, wśród nich moją rodzi­cielkę. – Żmij rozej­rzał się po bez­śmiert­nych dwo­rza­nach, a w jego tonie poja­wiła się ostra nuta, gdy bły­snął zło­tymi kłami. – Czy prze­trzy­mu­jesz Gabriela de León? Czy też wypra­wi­li­śmy się do tej par­szy­wej nory na darmo?

– Zapo­mi­nasz się, Dyvok.

Jean-François spoj­rzał na tę, która się ode­zwała. Stała wśród Krew­nych na lewo od Mar­got: wysoka, pier­sia­sta kobieta, która dłu­gie włosy w kolo­rze blond nosiła sple­cione w prze­ty­kaną zło­tem koronę nad czo­łem, a na to spo­tka­nie wło­żyła aksa­mitną suk­nię roz­le­wa­jącą się powo­dzią szkar­łatu na ziemi. Pod pachą trzy­mała maleńki kłę­bek jasnego puchu – psa led­wie god­nego tego miana.

– Ta par­szywa nora to naj­bar­dziej nie­zwy­cię­żona for­teca w całym Eli­da­enie – oznaj­miła. – A cesa­rzowa, przed którą nie chcesz uklęk­nąć, to obec­nie naj­star­sza Krewna na świe­cie. Jeśli nie wier­ność, to jesteś winien wiel­kiej Mar­got przy­naj­mniej szacu…

– Wiceh­ra­bino.

Mar­got nie ode­rwała wzroku od Dyvo­ków, ale jej chłodny ton natych­miast uciął wykład młod­szej wam­pi­rzycy. Jean-François uśmiech­nął się, kiedy wiceh­ra­bina ukło­niła się i pogrą­żyła w gro­bo­wym mil­cze­niu.

– Istot­nie mamy w swo­jej pie­czy Czar­nego Lwa – potwier­dziła cesa­rzowa Mar­got, ponow­nie uśmie­cha­jąc się do Żmija. – Dzięki pomy­sło­wo­ści naszej roz­mow­nej wnuczki, Nico­lette. Jed­nakże nie dla kiczo­wa­tych poka­zów spra­wie­dli­wo­ści śmier­tel­ni­ków zapro­si­li­śmy was do swego domo­stwa.

Żmij skrzy­wił się, lecz trzy­mał język za zębami.

– Te wojny mię­dzy naszym rodza­jem a owcami wykrwa­wiły cesar­stwo tak, że pobie­lało niczym śniegi z daw­nych dni – cią­gnęła Mar­got. – Par­we­niu­szow­scy krwawi pano­wie wyci­nają sobie maleń­kie lenna i toczą spory o to, co jesz­cze się ostało. Brud­no­kr­wi­ści gra­sują nie­kon­tro­lo­wani, z każdą nocą ich gni­jące zastępy rosną w siłę. A ten, który tytu­ło­wał się naszym Wiecz­no­tr­wa­łym Kró­lem, został zabity. Jeśli nasze wiel­kie rody nie dojdą do poro­zu­mie­nia, wszy­scy dołą­czymy wkrótce do Fabiéna na brze­gach pie­kła. A jeżeli o mnie cho­dzi, to nie płonę z nie­cier­pli­wo­ści, by odpo­ku­to­wać za swoje winy w Domach Upa­dłych.

Żmij zaci­snął zęby.

– Ani ja, lady Cha­stain.

– Zatem nie fra­suj się, kuzy­nie. Rap­tem stu­le­cie albo dwa prze­mie­rzasz te zie­mie na bez­śmiert­nych sto­pach, ale twa rodzi­cielka była praw­dziwą ancien i dobrze wiesz, jak święta jest Uprzej­mość ofe­ro­wana przez nesto­rów. Ty i twoi pobra­tymcy jeste­ście mile widziani w Sul Adair. Wszy­scy co do jed­nego jeste­ście naszymi hono­ro­wymi gośćmi. Wiatr przy­nosi nam wie­ści, że Kariim Pająk się zbliża, a Żela­zna Dzie­wica powinna przy­być przed Świę­tem Pani. Kiedy już prio­rem Ilo­nów i Vos­sów zasiądą obok cie­bie przy moim stole, zde­cy­du­jemy, jak będziemy wła­dać tą nową nocą. – Uśmiech Mar­got był lodo­waty jak poca­łu­nek zimy. – I kto przed kim uklęk­nie.

Żmij zaci­snął usta nik­nące w zamar­z­nię­tej bro­dzie, zer­k­nął jed­nak prze­lot­nie na zbie­ra­ninę swo­ich dwo­rzan i ski­nął głową, jak przy­stało na króla-żebraka.

– Prawdę powia­dasz, kuzynko. Nie ma fał­szu w sło­wach o mądro­ści priori Krwi Cha­stain. Nie­stety w jed­nej kwe­stii muszę z żalem zapro­te­sto­wać.

– Pro­szę, zacho­waj zimną krew, priori. Zaspo­ko­isz swą żądzę zemsty, nie wątp w to. Czarny Lew zabawi nas jesz­cze odro­binę, ale wkrótce jego kie­lich wyschnie. Pozwo­limy ci patrzeć, jak jego gar­dło osta­tecz­nie zosta­nie pode­rżnięte.

– Dzię­kuję, pani. – Żmij przy tych sło­wach ukło­nił się, jak należy, a dwo­rza­nie poszli w jego ślady. – I będziemy roz­ko­szo­wać się nale­żytą karą. Jed­nak to nie kwe­stia de Leóna budzi mój sprze­ciw, ale ocena pory przy­by­cia two­ich pozo­sta­łych gości.

– Doprawdy? – zdu­miała się cesa­rzowa.

– Być może śnie­życe uzie­miły two­ich szpie­gów, kuzynko, ale nie spo­wol­niły Żela­zno­ser­cych. Jeśli spo­dzie­wasz się ich nadej­ścia przed koń­cem tygo­dnia, to nie doce­niasz deter­mi­na­cji, z jaką pra­gną pomścić swo­jego stwórcę. Dostrze­gli­śmy ich po dro­dze i powia­dam ci: Kestrel i jej dwór zapu­kają do two­ich drzwi przed Świę­tem Pani.

Mar­got zacho­wała bez­na­miętną twarz i tylko raz ski­nęła głową, jakby nowina o rychłym przy­by­ciu Żela­zno­ser­cych miała taką wagę jak piórko. Jed­nakże zer­ka­jący z nie­na­wi­ścią na sza­le­jącą zawieję Jean-François dosko­nale zda­wał sobie sprawę z powagi tych wie­ści.

– Chodź­cie – powie­działa Mar­got, wska­zu­jąc okute żela­zem drzwi do wspa­nia­łej for­tecy. – Musi­cie być spra­gnieni po tak dłu­giej podróży. Wejdź­cie i czuj­cie się jak u sie­bie, dzieci Krwi Dyvok. Nie oba­wiaj­cie się niczego. Krew Cha­stain zadba, by wasze pra­gnie­nie zostało sto­sow­nie zaspo­ko­jone.

Gro­mada Nie­po­skro­mio­nych raz jesz­cze się ukło­niła, dwo­rza­nie Mar­got roz­stą­pili się jak czarne wody, a nie­wolni wybie­gli na śnie­życę, żeby zająć się wierz­chow­cami. Sami Dyvo­ko­wie cze­kali jed­nak uprzej­mie – syno­wie i córki Lilidh nie byli nie­zdy­scy­pli­no­wa­nym motło­chem. Żmij pochy­lił głowę, wska­zu­jąc twier­dzę.

– Pani przo­dem.

– Jakże rzadko widuje się dżen­tel­me­nów w tych bez­sło­necz­nych dniach… Musisz jed­nak nam wyba­czyć, priori. Sprawy wagi pań­stwo­wej doma­gają się naszej uwagi. Jeste­śmy prze­ko­nani, że znasz brze­mię, jakie musi dźwi­gać nestor. Nawet mając tak impo­nu­jące ramiona jak twoje.

Żmij ski­nął głową.

– Zatem w twier­dzy pocze­kam na roz­kosz twego towa­rzy­stwa, pani.

Uśmiech cesa­rzo­wej był mroczny jak tru­ci­zna.

– Nie­zbyt długo. – Mar­got zer­k­nęła na dopiero co gada­tliwą wiceh­ra­binę sto­jącą na lewo od niej. – Wskaż naszym gościom drogę do jadalni, Nico­lette. Wkrótce do was dołą­czymy.

Z oschłym ski­nie­niem głową i sze­le­stem czer­wo­nego aksa­mitu Nico­lette wspięła się po ośnie­żo­nych scho­dach, pro­wa­dząc Dyvo­ków przez ogromne drzwi ozdo­bione oku­ciami w kształ­cie wal­czą­cych anio­łów. Za nimi ruszyli dwo­rza­nie Mar­got, pro­ce­sja jado­wi­tych szep­tów i spoj­rzeń jak szty­lety. Jean-François został z cesa­rzową, przy­glą­da­jąc się fasa­dzie twier­dzy. Wspa­niałe, wyso­kie jak drzewa okna z witra­żami, przy­pory, iglice prze­szy­wa­jące wie­czorne niebo.

Cho­ciaż miesz­kał tu od dekady, wciąż pozo­sta­wał pod wra­że­niem skali tej budowli. Wiceh­ra­bina powie­działa prawdę: Sul Adair – w języku sūdhaemskim „Czarna Wieża” – była naj­po­tęż­niej­szą twier­dzą w kró­le­stwie, odkąd Augu­stin upa­dło. Co naj­mniej tuzin róż­nych armii roz­bił się jak tanie gli­niane dzbanki na tych murach w ciągu stu­leci, a potężne wznie­sie­nie, na któ­rym zbu­do­wano for­tecę, zasły­nęło jako Akhiv Dha Th’oth – Góra, Która Wypija Żoł­nie­rzy. Nie­gdyś zamek chro­nił kopal­nie zło­tosz­kła w Lasha­ame i Raa, wiel­kie mia­sto por­towe Asheve, teraz jed­nak…

– Na co cze­kasz, dzie­cię?

Jean-François zamru­gał zasko­czony i odwró­cił się do cesa­rzo­wej. Mar­got stała pośród śniegu, o całą głowę niż­sza od niego, a mimo to góro­wała nad nim. Krewni nie mogli wybie­rać, która z ich ofiar otrzyma Dar, i Jean-François wie­dział, że wielu miesz­kań­ców Sul Adair szep­cze, iż mroczna matka roz­piesz­cza swo­jego naj­młod­szego syna. Jed­nak teraz, gdy na niego patrzyła, wyda­wała się zim­niej­sza od wszel­kiej zawiei, a jej oczy były rów­nie ciemne jak lochy pod twier­dzą. Ognie pło­nące na murach na prze­kór zawiei rzu­cały dłu­gie cie­nie na zie­mię, a kiedy Mar­got spoj­rzała na Jean-François, wyda­wało się, że cie­nie te pociem­niały i wykrzy­wiły się, jakby ciem­ność mię­dzy nimi falo­wała i znie­kształ­cała się, pod­czas gdy jej wzrok wypi­jał go, jak pusty­nia wypija deszcz.

– Matko? Co…

– Ta burza nas ośle­pia, jeśli jed­nak ten głu­piec powie­dział prawdę, zale­d­wie kilka obro­tów księ­ży­ców może dzie­lić Kestrel Voss od progu naszego domu. Cho­ciaż ten Żmij to żebrak prze­brany za króla, Żela­zna Dzie­wica nie jest ubogą sie­rotą. Kestrel jest naj­star­sza spo­śród Żela­zno­ser­cych, zapra­wiona w walce, praw­dziwa Księżna Wiecz­no­ści. I zbliża się, synu.

Jean-François zer­k­nął w okno na wieży, zaci­ska­jąc zęby. Wyczu­wał na sobie spoj­rze­nie sza­rych jak burza oczu, wspo­mniał palce zaci­śnięte na gar­dle, się­gnął dło­nią do fularu, muska­jąc wciąż gojące się pod nim rany. W górze prze­to­czył się grzmot.

– De León – powie­dział.

– I jego sio­stra. Coś wię­cej kryje się w ich opo­wie­ści, mar­ki­zie. Armia Księ­ży­co­wych Tro­nów, upa­dek Dún Maer­genn, odkry­cie strasz­li­wej Maryn w pod­zie­miach mia­sta, bitwa pod Char­bo­ur­giem, los Gra­ala…

– To kłamcy, matko – wark­nął mar­kiz. – Od pierw­szej nocy naszej roz­mowy de León powta­rzał zawzię­cie: „Kie­lich został znisz­czony. Gra­ala nie ma”. Pła­kał, rela­cjo­nu­jąc śmierć Lachance z rąk Lilidh. A godzinę póź­niej jego sio­stra wyznała, że Graal prze­bu­dził się w gro­bie, gdzie go pocho­wano, cały i zdrowy.

– Zatem jej koniec jesz­cze nie poja­wił się w jego opo­wie­ści. – Mar­got opu­ściła pod­bró­dek, świ­dru­jąc mar­kiza wzro­kiem. – A ja poznam ją do końca.

– Ostatni Sre­bro­święty i Ostat­nia Lia­the to żmije wypeł­nione tą samą ohydną tru­ci­zną. Ich umi­ło­wa­niu do fał­szu dorów­nuje tylko ich wza­jemna dla sie­bie nie­na­wiść.

– Więc to wyko­rzy­staj.

Cie­nie wykrzy­wiły się jesz­cze bar­dziej, ponad wyciem wia­tru poniósł się słaby krzyk, kiedy cesa­rzowa Cha­stain zro­biła krok w stronę swo­jego naj­młod­szego potomka.

– Żela­zna Dzie­wica i Pająk zbli­żają się. Ich pośpiech wiele mówi o sile ich pra­gnie­nia. Wciąż jed­nak potrze­bu­jemy prze­wagi, jeśli ocze­ku­jemy, że ugną przed nami kolano, a de León i jego prze­klęta sio­stra mogą nam ją zapew­nić. W jakim celu Wiecz­no­tr­wały Król pra­gnął zdo­być Dior Lachance? Dla­czego chciał jej żywej? Jeśli rze­czy­wi­ście była klu­czem do zakoń­cze­nia bez­d­nia, to jakim cudem słońce wciąż jest oble­czone w szary całun, a jutrzenka na­dal przy­wdziewa koronę zmierz­chu?

Mar­got zamil­kła, napie­ra­jąc spoj­rze­niem na swo­jego histo­ryka; nie­wiele bra­ko­wało, żeby pod tym wzro­kiem padł na kolana. Kiedy jed­nak grom roz­darł niebo, wycią­gnęła rękę, zbyt szybko, by nadą­żył za tym ruchem wzrok śmier­tel­nika, i poło­żyła dłoń na jego nie­ska­zi­tel­nym policzku.

– De Leóna wciąż łączy z tobą więź, mój bla­do­licy ado­ni­sie. Jego duma i nie­na­wiść do sio­stry zała­twią resztę. Posłuż się nim, Jeanie-François, obie­caj mu świat. Zdo­bądź tylko to, czego potrze­buję. Prawdę leżącą u korzeni upadku Gra­ala, klę­ski Nie­wier­nych, zła­ma­nia nie­szczę­snego serca naszego Lwa.

Deli­kat­nie przy­ci­snęła dłoń do jego skóry. Prze­biegł mu dreszcz po krę­go­słu­pie, kiedy jej palce prze­su­nęły się ku zra­nio­nemu gar­dłu.

– I nie ocią­gaj się, dzie­cię.

Jean-François prze­łknął ślinę, powoli kiwa­jąc głową.

– Wedle roz­kazu mojej cesa­rzo­wej.

Dłoń Mar­got opa­dła jak suche liście. Cesa­rzowa weszła po scho­dach przy akom­pa­nia­men­cie grzmotu, a wilki ruszyły za nią. Mar­kiz został sam pośród śnie­życy.

Dotknął szyi.

Spoj­rzał w górę na obser­wu­jącą go postać.

Zaci­snął zęby i wszedł do środka.

III

Poko­nał połowę scho­dów w wieży, kiedy ude­rzyła go woń krwi.

Rzecz jasna nie był to rzadki aro­mat w twier­dzy peł­nej potwo­rów, a zmy­sły Jeana-François były tak wyczu­lone, że wychwy­ty­wał zapach uczty trwa­ją­cej w jadalni. Mimo gro­mów na zewnątrz i chóru Mar­got wewnątrz budynku dało się usły­szeć pomruk jedwa­bi­stych gło­sów i wtó­ru­ją­cych im uryw­ków śmie­chu w oddali. Histo­ryk wspi­nał się po scho­dach, ale mie­dziano-słodki bukiet świe­żej krwi cią­gnął go w dół. Jean-François obej­rzał się przez ramię na Meline, która jak zawsze szła trzy kroki za nim. Dostrzegł, że krzywi się na wspo­mnie­nie prze­rwa­nej wcze­śniej tego popo­łu­dnia jego wła­snej uczty. Mimo że towa­rzy­szył im oddział nie­wol­nych, mar­kiz roz­wa­żał myśl, czy nie zedrzeć sukni ze swo­jej och­mi­strzyni tu i teraz, na scho­dach, i nie skoń­czyć tego, co zaczął, kiedy nagle poczuł zapach napły­wa­jący z wyż­szych pię­ter wieży.

Żela­zi­ście jasny. Ciężki jak ołów.

– Dario – dotarło do niego.

Meline zje­żyła się na dźwięk tego imie­nia i zaci­snęła usta w gry­ma­sie nadą­sa­nia. Jean-François na­dal pamię­tał jej zazdrość, kiedy wiceh­ra­bina Nico­lette poda­ro­wała mu chłopca. Oczy­wi­ście nie był to dar pły­nący z dobrego serca – cesa­rzowa Mar­got była nie­za­do­wo­lona z zacho­wa­nia wiceh­ra­biny pod­czas jej ostat­niej wyprawy do Tal­ho­stu i Nico­lette liczyła na dobre słowo wyszep­tane do ucha Mar­got w zamian za chłopca. Była jego sio­strze­nicą krwi, a Dario był tak piękny, że mar­kiz nie zna­lazł w sobie dość siły woli, by odmó­wić. Teraz jed­nak zasta­na­wiał się, ile zostało z jego naj­now­szego nie­wol­nego.

Lwy rzadko obcho­dzą się łagod­nie ze zwie­rzyną.

Bez­gło­śnie jak kot histo­ryk poko­nał ostat­nie schody i otwo­rzył drzwi celi. Przy oknie stała postać z rękami zło­żo­nymi za ple­cami i uma­za­nymi świeżą krwią. Spoj­rzaw­szy na komi­nek, Jean-François dostrzegł źró­dło tej krwi – leżało przy ogniu jak zmięta szmata: przy­stojny mło­dzian, led­wie dwu­dzie­sto­letni, ciemne włosy roz­sy­pane na zie­mi­stych policz­kach. Krew krze­pła w dwóch bliź­nia­czych dziur­kach w jego gar­dle.

Jean-François pod­szedł do kominka i sta­nął nad leżą­cym nie­wol­nym. Chło­pak wyglą­dał jak trup, ale dzięki led­wie wyczu­wal­nemu biciu jego serca wam­pir zorien­to­wał się, że…

– Nie zabi­łeś go.

Postać zesztyw­niała na dźwięk głosu mar­kiza, ale nie raczyła się odwró­cić.

– Oczy­wi­ście, że go nie zabi­łem.

– Nie miał­bym nic prze­ciwko temu.

Postać spio­ru­no­wała go wtedy wzro­kiem, oglą­da­jąc się przez ramię.

– Oczy­wi­ście, że nie miał­byś.

Jean-François zła­pał się na tym, że uśmiech wykrzy­wia mu usta na widok roz­wście­czo­nego Lwa. Ciemne skóry otu­lały potężną syl­wetkę, włosy opa­dały na plecy ciem­nymi jak atra­ment falami, sze­roką i ostrą jak szpa­del szczękę przy­pró­szył zarost. Dwie bli­zny zna­czyły mu prawy poli­czek jak iden­tyczne łzy. Oczy miał szare jak ocean przed sztor­mem, skórę w odcie­niu popio­łów cesar­stwa, a nad prze­pysz­nym łukiem ust malo­wała się ciemna i roz­koszna smuga grze­chu.

Gabriel de León.

Ostatni Sre­bro­święty.

Słodka Matko-Dzie­wico, czego Jean-François by nie oddał…

– Wezwać pomoc, mar­ki­zie?

Jean-François obej­rzał się na drzwi, gdzie dowódca jego oddziału nie­wol­nych stał w progu obok Meline. Kapi­tan Del­phine był ogrom­nym męż­czy­zną, ciemną brodę nosił przy­ciętą w szpic, wąskie pasmo wło­sów mię­dzy głę­bo­kimi zako­lami zacze­sy­wał gładko do tyłu. Wbi­jał wzrok w sre­bro­świę­tego, nie zdej­mu­jąc dłoni z ręko­je­ści mie­cza. Jed­nak de León już odwró­cił się z powro­tem do okna.

– Chwi­leczkę, capi­ta­ine – odpo­wie­dział mar­kiz. – Merci.

Uniósł nad­gar­stek do ust i zagryzł mocno. Popły­nęła krew, kle­ista i powolna; namięt­ność roz­pa­lona w łożu już sty­gła w jego żyłach. Kiedy jed­nak przy­klęk­nął i przy­ci­snął nad­gar­stek do ust leżą­cego nie­wol­nego, chło­piec natych­miast otwo­rzył oczy. Źre­nice skur­czyły mu się do punk­ci­ków, kiedy chwy­cił rękę i zaczął pić łap­czy­wie, zachłan­nie i moc krwi mar­kiza wywle­kła go z powro­tem z zim­nej ciem­no­ści, w którą się osu­nął.

A dokład­niej – ciem­no­ści, w któ­rej go porzu­cono, kiedy sre­bro­święty zro­bił już swoje.

Jean-François spoj­rzał na Gabriela. Żela­zi­sty zapach krwi zawisł mię­dzy nimi. Mar­kiz czuł, jak puls Dario dudni, gdy chło­pak pije, i roz­ko­szo­wał się tą słodką ule­gło­ścią – zarówno mło­dzieńca leżą­cego pod nim, jak i star­szego męż­czy­zny, który upo­rczy­wie wyglą­dał przez okno, uda­jąc, że nie nasłu­chuje.

– Spo­koj­nie, mój miły – szep­nął Jean-François, odgar­nia­jąc Dario włosy. – Wysu­szysz mnie do cna. Mam pracę do wyko­na­nia tej nocy.

Nie­wolny udał, że nie sły­szy. Chci­wie pił i poję­ki­wał.

– Dość! – syk­nął Jean-François, zabie­ra­jąc rękę.

Dario zamru­gał zdu­miony jak nowo­ro­dek wybu­dzony ze snu. Kiedy jego zaspany wzrok padł na sre­bro­świę­tego przy oknie, musiał stłu­mić drże­nie. Jed­nak patrząc w oczy mar­kiza, roz­cią­gnął mokre od krwi usta w roz­mi­ło­wa­nym uśmie­chu.

– Mój panie – szep­nął.

– Cicho już, słod­kie stwo­rze­nie. Twój pan tu jest i wszystko będzie dobrze. – Jean-François zer­k­nął na nie­wol­nego capi­ta­ine. – Zabierz go do mojej sypialni, Del­phine. Dopil­nuj, żeby go napo­jono i nakar­miono. Żad­nych obo­wiąz­ków dzi­siaj. Mój dzielny młody pięk­niś zasłu­żył na odpo­czy­nek.

Capi­ta­ine ski­nął głową na swo­ich ludzi, któ­rzy pode­szli do kominka i pomo­gli Dario wstać. Chło­piec na­dal spra­wiał wra­że­nie sła­bego jak nowo naro­dzony źre­bak. Głód Gabriela może i go nie zabił, ale wyglą­dało na to, że nie­bez­piecz­nie bli­sko zbli­żył się do tej gra­nicy.

Meline patrzyła, jak Dario jest wypro­wa­dzany z pokoju. Z gry­ma­sem posta­wiła na okrą­głym sto­liku świeże kie­li­chy, nową butelkę monéta i jarzącą się kulę chy­mijną mię­dzy nimi. Kła­dąc wielką, oprawną w skórę księgę na jed­nym ze zbyt­kow­nych foteli, odwró­ciła się do Jeana-François, spla­ta­jąc przed sobą palce jak prze­ory­sza do modli­twy.

– Czy pra­gniesz jesz­cze cze­goś, panie?

– Nie jestem pewien. – Jean-François spu­ścił koron­kowy man­kiet na zakrwa­wiony nad­gar­stek, nie odry­wa­jąc oczu od postaci przy oknie. – A ty pra­gniesz cze­goś jesz­cze, Gabrielu?

– Niech cię dia­bli wezmą – wark­nął sre­bro­święty. – Niech cię porwą pro­sto do pie­kła.

– Myślę, że to życze­nie może się speł­nić. Jeśli kie­dy­kol­wiek będę na tyle głupi, żeby umrzeć. – Jean-François zer­k­nął na Meline i uśmiech­nął się blado. – Dopil­nuj, żeby Dario niczego nie zabra­kło, moja droga, ale potem wróć szybko. Będę cię potrze­bo­wał przed koń­cem tej nocy. – Spoj­rzał na postać przy oknie, krzy­wiąc rubi­nowe usta. – Obaj możemy cię potrze­bo­wać.

Oddech Meline przy­spie­szył, podob­nie jak puls pod bladą powierzch­nią gar­dła. Dygnąw­szy nisko i zer­k­nąw­szy prze­lot­nie na spla­mione krwią ręce sre­bro­świę­tego, wymknęła się z pokoju. Jean-François usły­szał szczęk zamka i ciche tętno żoł­nie­rzy Del­phine’a cza­ją­cych się za drzwiami. W oka­mgnie­niu, z nie­na­tu­ralną szyb­ko­ścią zajął miej­sce w jed­nym z zabyt­ko­wych foteli i poło­żył na kola­nach oprawny w skórę tom.

– Usią­dziesz? – Wyjął zza pazu­chy drew­niany piór­nik, a z niego gęsie pióro zakoń­czone zło­tem. – Czy też za bar­dzo drę­czy cię sumie­nie, żebyś pozwo­lił sobie na chwilę wytchnie­nia?

Gabriel de León nie odpo­wie­dział, na­dal patrząc przez szybę.

– Nie wstydź się swo­jego głodu, Gabrielu. Jak wszystko co w nie­bie i na ziemi, i on ist­nieje z woli Boga. – Jean-François wyjął bute­leczkę atra­mentu z kie­szeni sur­duta i ją odkor­ko­wał. – A że stwo­rzył cię na swoje podo­bień­stwo, twoja cho­roba jest led­wie cie­niem jego wła­snej, mon ami. Bowiem żaden z nas nie jest rów­nie żądny krwi jak sam władca nieba.

– W tej kwe­stii, wam­pi­rze, jeste­śmy cał­ko­wi­cie zgodni.

– Sia­daj zatem. Moja cesa­rzowa pra­gnie poznać finał. Usiądź i poroz­ma­wiaj ze mną. Nie fol­guj poczu­ciu winy z powodu cier­pie­nia, jakie zada­łeś chłopcu. Jestem pewien, że ta mała flą­dra dosko­nale się bawiła. – Jean-François uśmiech­nął się jado­wi­cie. – Nie­wąt­pli­wie roz­ko­szuje się bólem, jaki ja mu spra­wiam.

– Pier­do­lone potwory. Wy wszy­scy.

– Oui. Jed­nak potwory nie mogą zmie­nić swo­jej natury, tak samo jak nie może zmie­nić jej czło­wiek.

Spoj­rzeli wtedy sobie w oczy, sza­rość burzy napo­tkała ciemny brąz cze­ko­lady.

– Pła­cisz bestii, co jej się należy. – Jean-François uśmiech­nął się.

– Albo sama to z cie­bie wyrwie. – Gabriel wes­tchnął.

Jean-François patrzył spod cięż­kich powiek oczami roz­ża­rzo­nymi niczym węgielki na Ostat­niego Sre­bro­świę­tego, jak odwraca się od okna i siada. Nie dało się zaprze­czyć gra­cji Gabriela de León; nie była rów­nie odwieczna jak gra­cja Mar­got, prze­peł­niała ją dra­pież­ność i żywot­ność, dud­niła życiem i żarem. Miał ręce wojow­nika i oczy myśli­wego. Wpa­try­wał się nimi w twarz mar­kiza, gdy się­gnął po butelkę monéta i wyta­tu­owa­nymi pal­cami wyjął korek.

– Dyvo­ko­wie przy­je­chali.

Jean-François otwo­rzył księgę i wygła­dził świeżą stronę.

– I co w związku z tym?

– I w związku z tym two­jej cesa­rzo­wej koń­czy się czas.

– Czas nic nie zna­czy dla żyją­cych poza cza­sem.

– Sły­sza­łem plotki. Mar­got zwo­łała kon­wo­ka­cję jesz­cze przed bitwą pod Augu­stin. Zgro­ma­dze­nie prio­rem, żeby zde­cy­do­wać o losie cesar­stwa. – Sre­bro­święty napeł­nił kie­lich po brzegi, pla­miąc powie­trze mrocz­nym aro­ma­tem wina. – Czy to Żmija dostrze­głem z góry? Nie­po­skro­mieni ostat­nimi czasy nie mają już spo­śród kogo wybie­rać. Jak twoja cesa­rzowa go tu ścią­gnęła? Obiet­nicą zemsty za Maer­genn? Zrobi się bała­gan, kiedy Vos­so­wie zaczną doma­gać się tego samego.

– To nie twoje zmar­twie­nie, mon ami.

– Oui, to twoje zmar­twie­nie. Bo jeśli wszyst­kie pijawki, które wku­rzy­łem przez lata, zaczną usta­wiać się w kolejce przed drzwiami two­jej cesa­rzo­wej, ocze­ku­jąc przy­jem­no­ści zakoń­cze­nia mojego życia, w jej klep­sy­drze może zabrak­nąć pia­sku. Mar­got chce poznać histo­rię Gra­ala. Ty zaś skło­ni­łeś mnie do tej dłu­giej roz­mowy, gro­żąc mi gło­dem. A teraz nie masz już na to czasu.

Grzmot wstrzą­snął murami. Jean-François prze­su­nął pió­rem po uśmiech­nię­tych ustach.

– Możemy obmy­ślić inne tor­tury, sre­bro­święty. O wiele szyb­sze w wymie­rza­niu i o wiele bar­dziej raniące. Jed­nak obiet­nice, jakimi moja cesa­rzowa ścią­gnęła te muchy do swo­jej paję­czyny, nie są istotne. To cię może zszo­ko­wać, Gabrielu, ale Mar­got zda­rzało się cza­sem kła­mać. Jeśli twoja opo­wieść ją zado­woli, nie ma powodu, żebyś nie dożył swych dni jako jej hono­rowy gość. – Obrzu­cił sre­bro­świę­tego mrocz­nym spoj­rze­niem od stóp do głów. – Pomyśl o tym. Żyć tu, w Sul Adair, skła­da­jąc roz­koszny hołd naj­mrocz­niej­szym bogom, zaznać bło­giej…

– Prze­stań pie­przyć, wam­pi­rze. Obaj wiemy, że już jest po mnie. Nawet gdyby Mar­got raczyła daro­wać mi życie, ono już mnie ma. Już mnie posia­dło.

Ostatni Sre­bro­święty pochy­lił się ku świa­tłu i za burzową sza­ro­ścią jego oczu Jean-François dostrzegł błysk – dług, który trzeba spła­cić za wszyst­kie lata krwi i grze­chu w ramio­nach oblu­bie­nicy. Prze­kleń­stwo. Sza­leń­stwo, jakie czeka na każ­dego bla­do­kr­wi­stego.

– Sangirè – mruk­nął Jean-François.

– Czer­wone pra­gnie­nie. – Sre­bro­święty skie­ro­wał udrę­czone spoj­rze­nie przed komi­nek, gdzie wcze­śniej porzu­cił Dario, i zała­mał drżące ręce. – Ten chło­piec… Na Sied­mioro Męczen­ni­ków, led­wie się powstrzy­ma­łem. Sangirè zawład­nie moim umy­słem, głód będzie wła­dał moim ser­cem. Nie zosta­nie nic poza bestią. Na końcu tej drogi nie czeka mnie roz­koszne życie, tylko sza­leń­stwo. Zepsu­cie. Od zawsze zabi­ja­łem potwory. I niech mnie dia­bli wezmą, jeśli pozwolę sobie stać się jed­nym z nich. – Porwał kie­lich i opróż­nił go jed­nym hau­stem. – Wolę już, żebyś nakar­mił mną Dyvo­ków.

– Szkoda by było. – Mar­kiz popa­trzył na wyta­tu­owane ręce, spla­mione krwią usta i wresz­cie w oczy sre­bro­świę­tego. – Ktoś inny mógłby ci dać o wiele pięk­niej­szy koniec.

– Nie zawsze dosta­jemy to, czego chcemy, histo­ryku.

– Ty wciąż jesz­cze możesz. Jeśli powiesz mi, czego pra­gniesz.

Ostatni Sre­bro­święty wbił wzrok w zie­mię i wyda­wało się, że trwa tak całą wiecz­ność. Hymn odle­głego grzmotu dźwię­czał za oknem, świa­tło chy­mij­nej kuli zabły­sło w jego oczach, gdy odsta­wił puchar. Kalej­do­skop mar­twych motyli pode­rwał się do lotu w brzu­chu Jeana-François, kiedy Gabriel pochy­lił się tak bli­sko, że czuć było zapach wina w tchnie­niu jego szeptu:

– Celene.

Mar­kiz zamru­gał zasko­czony.

– Ale co, Celene?

– Chcę patrzeć, jak świa­tło gaśnie w jej oczach – wark­nął Gabriel. – Chcę widzieć jej prze­ra­że­nie, kiedy wpad­nie do pie­kła, które na nią czeka. Chcę zoba­czyć, jak ta zdra­dliwa maciora umiera, Cha­stain.

Jean-François zacmo­kał z nie­sma­kiem.

– Ejże, ejże, ileż w tym urazy.

Gabriel odchy­lił się. W jego gorz­kim uśmie­chu zalśniły kły, kiedy napeł­niał kie­lich.

– To wyma­gało wiel­kiej miło­ści, żeby znie­na­wi­dzić ją tak bar­dzo jak ja.

– Aż się czło­wiek zasta­na­wia, czym Ostat­nia Lia­the zasłu­żyła sobie na taką nie­na­wiść.

– Nie wąt­pię. A ta opo­wieść będzie miała swoją cenę. Reszta mojej histo­rii. Mojej i Dior. Bitwa pod Augu­stin. Masa­kra w Char­bo­urgu. Osta­teczna zdrada. Dam ci twoją prze­klętą histo­rię, Jeanie-François, ale ty dasz mi gar­dło mojej sio­stry.

Potwór i męż­czy­zna spoj­rzeli sobie w oczy ponad napeł­nio­nym zło­tym pucha­rem.

– Myślę, że to da się zała­twić, Gabrielu.

Ostatni Sre­bro­święty ski­nął powoli głową. Spoj­rzał znowu na chy­mijną kulę. Blada ćma wynu­rzyła się z jakie­goś mrocz­nego kąta jego celi i zaczęła ude­rzać skrzy­dłami w szkło. Powiódł za nią wzro­kiem, gdy tłu­kła się bez­sil­nie o zakrzy­wioną, lśniącą powierzch­nię, zatra­cona w bla­sku fał­szy­wej gwiazdy.

– Nie jesteś spra­gniony, zim­no­krwi­sty? Oba­wiam się, że czeka nas bar­dzo długa noc.

Jean-François zanu­rzył pióro w kała­ma­rzu.

– Nie brak mi cier­pli­wo­ści.

Sre­bro­święty zaśmiał się, ale zaraz jego uśmiech zgasł.

– Kie­dyś i ja ją mia­łem. – Wes­tchnął i prze­su­nął kciu­kiem po pal­cach poni­żej knykci. – I ja ją mia­łem.

Księga pierwsza. Kochanek Śmierci

I oto, moje dzieci, słowo jego Ojca stało się cia­łem – Synem – i wszyst­kie chóry empi­rej­skie wypeł­niły się nie­zmie­rzoną rado­ścią. Jego Matce-Dzie­wicy zastępy anio­łów zło­żyły hołd, a jej świę­temu dzie­cię­ciu każdy poda­ro­wał skarb uczy­niony wła­snymi rękami. Od Evan­ge­line otrzy­mał Umiar­ko­wa­nie, od Eirene Nadzieję, wielki Raphael obda­rzył go Mądro­ścią, aby Odku­pi­ciel mógł spra­wie­dli­wie wła­dać kró­le­stwami tego świata. Zaś by jego wro­go­wie drżeli przed nim, ponury Mahné poda­ro­wał dzie­ciątku wła­dzę nad Śmier­cią, Sanael – tajem­nice krwi, Gabriel zaś Ogień, który wypali mu drogę do tronu.

I spodo­bało się to Kró­lowi Nie­bios.

Księga Odku­pi­ciela, 2:39

I

Prezenty pożegnalne

– Celene powie­działa ci, że nie zosta­łem na pogrze­bie Dior.

– Oui. – Jean-François uniósł smu­kłą dłoń w ostrze­gaw­czym geście. – Zanim jed­nak znowu pogrą­żysz się w ckli­wych lamen­tach, myślę, że uczci­wie byłoby ostrzec cię, że wspo­mniała także, iż Lachance nie zgi­nęła w bitwie o Dún Maer­genn. Trzy dni póź­niej, po tym, jak ciało pocho­wano w gro­bowcu Matki-Dzie­wicy, Święty Graal otwo­rzył ponow­nie swe nie­bie­ściut­kie oczęta. Oszczędź więc swoje łzy dla tru­ba­du­rów.

– Trzy dni. – Gabriel pokrę­cił głową. – Rów­nie dobrze mogło upły­nąć całe życie.

– Rozu­miem, że nie dowie­dzia­łeś się zbyt rychło o tym powro­cie do życia?

– Już dawno mnie tam wtedy nie było.

– Jakie to wygodne.

Sre­bro­święty posłał mar­ki­zowi ostre spoj­rze­nie, zatrzesz­czał ści­śnięty pod­ło­kiet­nik.

– Nie było w tym niczego wygod­nego, ty bez­duszny kuta­sie. Myśla­łem, że ona nie żyje! Rozu­miesz to? Du kurwy nędzy, na Boga Wszech­mo­gą­cego, kiedy myślę o pie­kle, jakie prze­sze­dłem, o cier­pie­niu na myśl, że ta dziew­czyna ode­szła, bo zawio­dłem ją jak moją córkę, jak moją żonę, jak każdą inną duszę na tym zapo­mnia­nym przez Boga padole łez, jaką KIE­DY­KOL­WIEK KOCHA­ŁEM…

– Spo­koj­nie, Gabrielu.

Sre­bro­święty stał, zaci­ska­jąc pię­ści. Jean-François sły­szał serce walące mu w piersi, zapach krwi i żelaza wypeł­niał powie­trze. Sie­dział z nogą zało­żoną na nogę, sta­ra­jąc się spra­wiać wra­że­nie pogod­nego. Jed­nakże cień ataku Gabriela z pierw­szej nocy ich roz­mowy zawisł nagle mię­dzy nimi, a Jean-François na­dal miał bli­zny na ciele.

– Del­phine czeka za drzwiami wraz z oddzia­łem uzbro­jo­nych nie­wol­nych. – Wam­pir ski­nął pió­rem. – I jeśli dasz mi powód, żeby go wezwać, oba­wiam się, że nie obej­dzie się z tobą łagod­nie. – Pochy­lił się i szep­nął kon­spi­ra­cyj­nie: – Nie­biosa jedne wie­dzą, czemu dobry capi­ta­ine za tobą nie prze­pada.

Gabriel zapa­no­wał nad gnie­wem, ode­tchnął głę­boko i zapadł się ponow­nie w fotelu. Upił łyk wina i skrzy­wił się.

– Serce mi pęka, kiedy to sły­szę.

– Nie potra­fię nawet wyobra­zić sobie two­jego cier­pie­nia. – Jean-François odpo­wie­dział takim samym uśmie­chem, prze­wra­ca­jąc oczami. – Ale skoro już mowa o pęk­nię­tym sercu, to jak to moż­liwe, że wieść o cudow­nym zmar­twych­wsta­niu Gra­ala nie dotarła do cie­bie? Jak daleko mogłeś się odda­lić, zanim szel­mow­ski mały tru­pek wywlekł się ze swo­jego grobu?

– Powie­dział­bym ci, żebyś zapy­tał Celene i prze­ko­nał się, czy kłam­stwa, któ­rymi cię karmi, pasują do tych, jakie mi wysy­czała. Jed­nak ni­gdy nie pozwól, żeby dwa razy uką­sił cię ten sam wąż, wam­pi­rze. – Gabriel wzru­szył ramio­nami. – Pew­nie osta­tecz­nie nie ma to zna­cze­nia. W tam­tym cza­sie wie­dzia­łem tylko, że dziew­czyna, którą przy­sią­głem chro­nić, została zamor­do­wana na moich oczach. W dodatku z mojej winy. Tak samo jak moja Patience.

Sre­bro­święty prze­su­nął kciu­kiem po wyta­tu­owa­nym na pal­cach imie­niu.

– Wiesz, zawieść uko­chaną to jedno, ale zawieść wła­sne dziecko to coś cał­kiem innego. Nie poj­mu­jesz głębi tego uczu­cia, będąc tym, kim jesteś. Kiedy jed­nak decy­du­jesz się spro­wa­dzić na ten świat życie, idzie za tym obiet­nica. Się­ga­jąca szpiku kości. Poczu­łem ją w sobie, kiedy tylko wzią­łem Patience na ręce.

Pokrę­cił głową ze zdu­mie­niem i szep­tał dalej:

– Boże, była taka maleńka. Bałem się, że zro­bię jej krzywdę. Nie chcia­łem jej wziąć na ręce, kiedy Astrid pró­bo­wała mi ją podać. Zro­zu­miała jed­nak. Znała mnie lepiej, niż zna­łem sam sie­bie. I kiedy wepchnęła mi to małe cie­płe zawi­niątko na ręce, poczu­łem, jak zgroza we mnie… top­nieje. Sto­piła się, zago­to­wała i stward­niała w stal takiej deter­mi­na­cji, że roz­cię­łaby zie­mię na dwoje. Łatwiej jest, gdy nie­na­wi­dzisz tego, z czym wal­czysz, ale o wiele lepiej jest kochać to, czego bro­nisz. Patrząc w oczy mojego dziecka, wie­dzia­łem, że zro­bił­bym wszystko, żeby zapew­nić mu bez­pie­czeń­stwo. Wszystko. To samo obie­ca­łem Dior. Powie­dzia­łem, że wywal­czę sobie drogę powrotną z otchłani, żeby sta­nąć u jej boku. Nie rozu­mia­łem, jak bar­dzo wtedy tego potrze­bo­wa­łem. Nie dostrze­ga­łem pustki w sobie, którą ta dziew­czyna powoli wypeł­niała. Ale po wielu wspól­nych milach i przej­ściach Dior Lachance zaczęła zna­czyć dla mnie tyle samo co córka, którą kie­dyś trzy­ma­łem na rękach. – Pokrę­cił głową i ode­tchnął głę­boko. – I zawio­dłem je obie. Poże­gna­łem się z nią. Zakra­dłem się do zim­nej kom­naty, gdzie poło­żono ją na noc przed pogrze­bem. Dawno już minęła godzina duchów, wygłod­niałe wia­try wyły pośród ruin Maer­genn, a chaos bitwy zastą­piła gorzka świa­do­mość, jaką cenę przy­szło nam wszyst­kim zapła­cić. Aaron odje­chał z Bap­ti­ste’em, żeby spró­bo­wać odszu­kać iskrę miło­ści pośród popio­łów. Lachlan zbli­żał się do dna butelki i szu­kał pocie­chy w mętach; prze­żył jako jedyny ze srebr­nego oddziału, który spro­wa­dził na pomoc Dior. Pho­ebe została ze swo­imi, pła­cząc nad tru­pem męża, któ­rego stra­ciła, odna­la­zła i znowu stra­ciła.

– A Celene?

– Pie­przyć Celene – wark­nął Gabriel, prze­su­wa­jąc wyta­tu­owa­nymi knyk­ciami po ustach. – Wie­działa od samego początku. O Odku­pi­cielu. Jego klą­twie. Syn Boga, któ­rego czciła, ścią­gnął to pie­kło na nas wszyst­kich, a ona na­dal chciała przed nim klę­kać. Wbiła mi nóż w plecy. Kła­mała mi pro­sto w twarz. Na temat mojego ojca. Esani. I osta­tecz­nie to przez nią stra­ci­łem Dior. Moja sio­stra mogła spło­nąć w pie­kle, jeśli o mnie cho­dzi.

Sta­łem w tym zim­nym pomiesz­cze­niu i patrzy­łem na biedne dziecko. Rany, które wyorała mi w policzku, pło­nęły od moich łez. Dłu­gie, jasne włosy uło­żono wokół jej głowy jak aure­olę, ubrano ją w piękną zbroję pły­tową, lśniącą w sła­bym świe­tle. Jed­nak lewą rękę celowo zosta­wiono odsło­niętą, wciąż pora­nioną i poszar­paną – stra­ciła wszyst­kie palce poza kciu­kiem i pal­cem wska­zu­ją­cym w bitwie, którą osta­tecz­nie przy­pła­ciła życiem. Cały świat pogrą­żył się w burzy, a ja bez niej stra­ci­łem grunt pod nogami. Prze­pa­dła nadzieja na spro­wa­dze­nie słońca z powro­tem. Myśl o lep­szym jutrze. Zosta­łem w końcu z jedyną rze­czą, jaka pozo­stała mi po nocy, kiedy on zapu­kał do mych drzwi. Z zemstą.

Pło­ną­łem pra­gnie­niem zemsty; to był jedyny ogień, jaki mnie jesz­cze roz­grze­wał. Zdjąw­szy szy­nel z mar­twego srebr­nego brata, dosia­dłem konia i poga­lo­po­wa­łem w wichurę. Przy­sią­głem tej bied­nej dziew­czy­nie, że nawet jeśli niczego wię­cej nie doko­nam, zanim tra­fię do pie­kła, na które naprawdę zasłu­ży­łem, dopil­nuję, żeby Fabién Voss zmarł na moich oczach. Pomsz­czę świat, który on znisz­czył. Z tą obiet­nicą i pre­zen­tami poże­gnal­nymi od Dior poje­cha­łem zabić Wiecz­no­tr­wa­łego Króla.

Jean-François zmarsz­czył brwi.

– Pre­zenty poże­gnalne?

Gabriel pokrę­cił głową, oczy mu się zaszkliły. Popa­trzył w chy­mijną kulę – duchy prze­szło­ści migo­tały w jej bla­sku.

– Przez nie­koń­czącą się noc jecha­łem na pół­nocny wschód z bie­giem Òrd i powoli plan for­mo­wał się w mojej gło­wie. Wkrótce miał minąć naj­cięż­szy okres zimy, co było bło­go­sła­wień­stwem i prze­kleń­stwem zara­zem. Odkąd nastał bez­dzień, wio­sna, lato i jesień trwały razem rap­tem trzy mie­siące, ale żaden wam­pir nie może prze­kro­czyć pły­ną­cej wody ina­czej niż po moście lub w trum­nie. Nadej­ście odwilży zna­czyło, że wkrótce będę podró­żo­wał wol­niej, ale z dru­giej strony Bez­kre­sny Legion będzie musiał zakoń­czyć marsz. Armia Fabiéna znaj­do­wała się gdzieś we wschod­nim Eli­da­enie, bo on jak zawsze kie­ro­wał wzrok na Augu­stin, ale przy odro­bi­nie szczę­ścia potężne châteaux bro­niące sto­licy od pół­nocy wytrzy­mały kolejną zimę i Wiecz­no­tr­wały Król będzie musiał się wyco­fać i pocze­kać na kolejną porę mro­zów.

Pocze­kać na mnie.

Znaj­do­wa­łem w dro­dze tylko dwie pocie­chy, a obie roz­grze­wały mnie bar­dziej niż myśl o nad­cho­dzą­cej wio­śnie. Pierw­szą był mój wierz­cho­wiec, dzielny Argent, poda­ru­nek od mojej sta­rej przy­ja­ciółki Fionny z Czer­wo­nej Straż­nicy. Wielki wałach prze­pro­wa­dził mnie bez­piecz­nie przez prze­klętą Uroczną Pusz­czę i zamar­z­nięte Pogó­rze aż pod mury Maer­genn. To była szla­chetna ossway­ska rasa zwana tar­reun, znana z siły i wytrzy­ma­ło­ści. Był zasad­ni­czo mysza­tej maści o lek­kim poły­sku przy­wo­dzą­cym na myśl metal – pew­nie stąd wzięło się jego imię – miał jed­nak białe skar­petki na przed­nich nogach i białe plamy na gło­wie, ukła­da­jące się nie­mal w kształt czaszki. Biegł nie­zmor­do­wany, poko­ny­wał całe mile śniegu bez wytchnie­nia, tak nie­za­wodny, jak tylko można sobie życzyć.

Druga moja pocie­cha jechała przy­mo­co­wana do sio­dła Argenta, poły­sku­jąc sre­brem w bez­gra­nicz­nej ciem­no­ści: moja wierna klinga, Poże­raczka Popio­łów. Trzy­ma­łem ją, kiedy wyci­na­łem sobie krwawą drogę przez Maer­genn, zabi­ja­jąc jed­na­kowo nie­szczę­śni­ków i szla­chet­no­kr­wi­stych. Scho­wa­łem ją jed­nak do pochwy, gdy zsze­dłem chwiej­nie do grobu, gdzie zoba­czy­łem koniec Dior, i od tam­tej pory nie mia­łem odwagi jej dobyć. Wie­dzia­łem, że Popi szcze­rze mnie kocha, ale kochała też Dior, w końcu razem zabiły Dan­tona Vossa. Cho­ciaż mogła prze­ma­wiać tylko wtedy, gdy dzier­żyło się ją w dłoni, musiała widzieć wszystko, co wyda­rzyło się mię­dzy Celene a mną w ostat­nich chwi­lach, zanim Lilidh…

Gabriel z tru­dem prze­łknął ślinę i pokrę­cił głową.

– Już ci wspo­mnia­łem: naj­lep­szy przy­ja­ciel to szczery przy­ja­ciel, zim­no­krwi­sty, ale prawda to naj­ostrzej­szy nóż. I bałem się tego, jak głę­boko może zra­nić mnie Popi, kiedy wresz­cie znowu jej dobędę. Potrze­bo­wa­łem dwóch nocy, żeby zebrać się na odwagę. Moje dni były mroczne jak zmierzch, a zmierz­chy ciemne jak śro­dek nocy; zdła­wione słońce kuś­ty­kało po nie­bie, kiedy jecha­łem nie­ustan­nie na pół­noc. Prze­mie­rza­łem ten kraj lata temu, kiedy wal­czy­łem w kam­pa­niach ossway­skich, mimo to wstrzą­snęło mną, jak głę­boko wżarło się w niego zepsu­cie. Poła­cie mar­twych drzew, gru­bych od lodu i zdła­wio­nych grzy­bem. Lodo­wate wia­try wyły nad mar­twymi zie­miami upraw­nymi. Szary śnieg cuch­nął siarką i cią­gnął się jak okiem się­gnąć. Ni­gdzie śpiewu pta­ków. Ani śladu cie­pła. Ani śladu nadziei.

Noco­wa­łem w znisz­czo­nej wieży straż­ni­czej. To był led­wie krąg walą­cego się kamie­nia z próch­nie­ją­cym drew­nia­nym dachem zatrzy­mu­ją­cym śnieg. Dopa­li­łem poobied­nią fajkę sanc­tusu, sakra­ment osa­dzał się w moich żyłach i uspo­ka­jał sza­le­jący we mnie głód. Sie­dząc przy ogniu, poło­ży­łem Poże­raczkę na kola­nach. Przy­glą­da­łem się damie na ręko­je­ści, wło­som wyrzeź­bio­nym w dłu­gie, srebrne fale i rękom wycią­gnię­tym na jelcu. Wzią­łem głę­boki wdech i powoli wycią­gną­łem miecz z pochwy. Jed­nak w gło­wie usły­sza­łem tylko ciszę.

– Popi…? – szep­ną­łem.

Ostrze było dłu­gie i zakrzy­wione w sta­ro­tal­ho­skim stylu, tajem­ni­cze znaki lśniły na klin­dze w świe­tle ognia i ury­wały się sześć cali od miej­sca, gdzie powi­nien być koniec. Przyj­rza­łem się sre­brzy­stej damie na ręko­je­ści o twa­rzy zamro­żo­nej w wiecz­nym uśmie­chu, aniel­skiej i pogod­nej.

– Poże­raczko Popio­łów?

PUUUUUŚĆ MNIE, Z-Z-Z-ZŁO­CZYŃCO!

Głos w mojej gło­wie mniej przy­po­mi­nał pieśń, a bar­dziej wrzask, który ude­rzył tak nagle i gło­śno, że pra­wie wypu­ści­łem ją z ręki. Zamy­ka­jąc dło­nie na gład­kiej skó­rze ręko­je­ści, skrzy­wi­łem się i cze­ka­łem, aż echo krzyku wyga­śnie w mojej czaszce.

– Jak pra­gnę wygrzmo­cić słodką Matkę-Dzie­wicę, Popi, nie ma potrzeby, żeby…

OBMIER­ZŁY NĘDZ­NIKU! N-N-N-NIE­WIERNY KUN­DLU! NIE PLAM M-M-MOJEJ RĘKO­JE­ŚCI SWOIM GRZESZ­NYM D-D-DOTY­KIEM ANI MOICH USZU SWYMI BEZ­BOŻ­NYMI ZNIE­WA­GAMI! WSTYDŹ SIĘ, TY OSPO­WATA GNIDO, WYPO­WIA­DA­JĄC TAK OBRZY­DLIWE B-B-BLUŹ­NIER­STWA!

– Myśla­łem, że do tej pory już się przy­zwy­cza­iłaś.

WYPUŚĆ MNIE, SKUR­WY­SYNU!

– Posłu­chaj, Popi, prze­pra­szam, ale…

MYDŁEK! CH-CHAM! POD­ŁEGO POCHO­DZE­NIA BĘKART PUSZ­CZAL­SKIEJ…

– Słu­chaj no, prze­stań na mnie WRESZ­CIE WRZESZ­CZEĆ, DOBRZE?

Argent par­sk­nął i uniósł wzrok, kiedy mój ryk roz­brzmiał wśród walą­cych się ścian. Moja klinga zamil­kła, dama na ręko­je­ści wciąż się uśmie­chała, cho­ciaż jakimś cudem jed­no­cze­śnie zdo­łała spio­ru­no­wać mnie wzro­kiem.

Wes­tchną­łem wtedy, prze­su­ną­łem dło­nią po twa­rzy i aż syk­ną­łem, gdy kciu­kiem podraż­ni­łem rany. Zmru­ży­łem oczy, patrząc na ciemną stal ostrza Popi, i zoba­czy­łem ich mętne odbi­cie: dwa wyżło­bie­nia wyrwane przez kości bied­nej, pogru­cho­ta­nej ręki Dior. Minęło kilka dni, a one wciąż się nie goiły, ciało pod pra­wym okiem i na policzku zostało głę­boko roz­orane. Wyglą­dały pra­wie jak łzy uro­nione nad dziew­czyną, która mi je poda­ro­wała.

– Na­dal są widoczne.

Sre­bro­święty pod­niósł wzrok na Jeana-François, który popu­kał się pió­rem w gładki poli­czek. Gabriel odru­chowo pod­niósł rękę, musnął bli­zny pod pra­wym okiem.

– Bla­do­kr­wi­ści leczą się ze wszyst­kich ran oprócz tych naj­bar­dziej śmier­cio­no­śnych, de León. Tak samo jak Krewni. Bar­dzo nie­wiele rze­czy zosta­wia nam bli­zny. Nie uzna­łeś tego za dziwne, że rany zadane przez Lachance się nie goją?

– Oui. – Gabriel wzru­szył ramio­nami. – Widzia­łem jed­nak już wcze­śniej, jak jej krew spo­piela wam­piry. A w końcu sam byłem w poło­wie wam­pi­rem. Prawdę mówiąc, byłem zbyt zbo­lały z powodu jej śmierci, żeby dużo o tym myśleć. Patrząc tam­tej nocy na swoje odbi­cie w klin­dze Poże­raczki, uzna­łem, że zasłu­ży­łem na odro­binę bólu.

– Masz wszel­kie prawo być na mnie zła, Poże­raczko Popio­łów – powie­dzia­łem jej wtedy. – Wiem, że cię zawio­dłem. Że zawio­dłem ją. Jed­nakże od dnia, kiedy pierw­szy raz wzią­łem cię do ręki, pozo­sta­łem wierny…

N-n-nie mów mi o wie­rze! Kalasz moją ręko­jeść swo­imi rękami z-z-z-zło­dzieja!

– Nie jestem zło­dzie­jem.

Ty w gnoju toczony kozo­jebco, jakim cudem m-m-m-mnie dzier­żysz? Gdzie mój p-p-pra­wo­wity pan? O, nie­szczę­sny głup­cze, jeśli go skrzyw­dzi­łeś, zastępy nie­bie­skie odwrócą wzrok od pie­kła, jakie c-c-c-ci urzą­dzę!

– Popi, to ja jestem twoim panem. Twoim przy­ja­cie­lem.

Dia­bła tam, powia­dam! Co za per­fi­dia i pod­łość, wyrwać mnie z rąk, któ­rym mnie powie­rzono! N-n-n-n-niego-go-god­nyś mnie, ty świ­nio­lubny worze kła­ków!

Serce zaci­snęło mi się w piersi, gdy dotarła do mnie prawda. Od nocy, kiedy pękła na skó­rze Wiecz­no­tr­wa­łego Króla, Poże­raczka Popio­łów ni­gdy do końca się nie otrzą­snęła. Jej umysł błą­dził, zaci­nała się, mówiąc, cza­sem tra­ciła orien­ta­cję, gdzie, a nawet kiedy się znaj­duje, ale ni­gdy dotąd nie doszła do tego, żeby…

Nie kalaj mnie wię­cej swo­imi l-l-l-lep­kimi łap­skami i zwróć mnie m-m-mojemu panu! Będę POTRZEBNA w n-nad­cho­dzą­cej bitwie! ZWRÓĆ MNIE, POWIA­DAM!

Jej głos ucichł, kiedy wsu­ną­łem ją z powro­tem do pochwy i puści­łem ręko­jeść. Chyba ni­gdy dotąd nie czu­łem się bar­dziej samotny niż w tam­tej chwili. Bez względu na moje porażki nawet naj­ciem­niej­sze godziny mojego życia roz­świe­tlał cię­żar tego ostrza w ręce. A teraz…

Słodka Matko-Dzie­wico, ona nawet nie pamię­tała, kim jestem.

Zasta­na­wia­łem się nad powo­dem tego stanu rze­czy. Nad tym, co się zmie­niło mię­dzy nami. Jed­nak w minio­nych cza­sach, kiedy Popi tra­ciła poczu­cie czasu, zawsze odnaj­dy­wała drogę powrotną do teraź­niej­szo­ści. Do mnie. Mając nadzieję, że wspo­mnie­nia wrócą do niej wraz z wątłym świa­tłem jutrzenki, odło­ży­łem ją na bok i uca­ło­wa­łem srebrne czoło. Zwi­ną­łem się powoli obok ognia i ruszy­łem na poszu­ki­wa­nie snu.

Jean-François zanu­rzył pióro w atra­men­cie.

– To dość nie­mą­dre, co? Pomi­ja­jąc nie­na­wiść do sie­bie? Wędrówka po pust­ko­wiach Eli­da­enu bez nikogo, kto czu­wałby nad tobą, to pro­sze­nie się o kło­poty, oui?

– Nie mia­łem dużego wyboru. – Gabriel wzru­szył ramio­nami. – Jed­nak według mojej oceny byłem względ­nie bez­pieczny. Kam­pa­nia Nikity w Osswayu nie pozo­sta­wiła za sobą niczego żywego, a zorien­to­wał­bym się, gdyby jakiś Umarły się zbli­żał, zanimby do mnie dotarł.

– W jaki spo­sób?

Gabriel prze­su­nął pal­cem po srebr­nym wzo­rze na dło­niach: gir­lan­dzie cza­szek na pra­wej, ple­cionce z róż na lewej. Histo­ryk wie­dział, że takie tatu­aże pokry­wają więk­szość jego ciała, a przy­naj­mniej te czę­ści, które Gabriel był uprzejmy mu poka­zać.

– Egida sre­bro­świę­tego – mruk­nął Jean-François.

– Tusz zacząłby pło­nąć w obec­no­ści zła, i to tak jasno, żeby je ośle­pić. Dar, któ­remu nie dorówna żadna docze­sna zbroja. – Gabriel wzru­szył ramio­nami. – A poza tym Argent robił za pochod­nię pło­nącą nie­mal rów­nie jasno jak sre­bro na mojej skó­rze. Stwo­rze­nia ziemi i nieba nie­na­wi­dzą two­jego rodzaju, wam­pi­rze. Wasz zapach, sama wasza obec­ność wypro­wa­dza je z rów­no­wagi. Uznaw­szy więc, że jestem dosta­tecz­nie bez­pieczny, zasną­łem, mając nadzieję, że nie będę pamię­tał snów. – Gabriel upił łyk wina i się skrzy­wił. – Mimo to wciąż prze­śla­do­wała mnie w snach. Więź mię­dzy nami została spi­sana czer­wie­nią w moich żyłach. Dwa razy już piłem jej krew, raz w San Michon, kiedy ura­to­wała mi życie, i potem znowu w Cairn­haem, kiedy pró­bo­wała mi je ode­brać. Prze­ko­na­łem się, że Celene czeka na mnie za murem snu: postać w falu­ją­cym szkar­ła­cie. Stała przede mną na murach Dún Maer­genn z Aléne Voss więd­nącą w jej obję­ciach. A kiedy pod­nio­sła okrwa­wione usta znad gar­dła Księż­nej Wiecz­no­ści, uśmiech­nęła się, uka­zu­jąc nagą szczękę pełną ostrych jak brzy­twa zębów.

– Prze­sss tę krew będziemy mieć życie wieczne.

Obu­dzi­łem się od tego syku i się­gną­łem po miecz, ale, mru­ga­jąc pośród zim­nej ciem­no­ści, przy­po­mnia­łem sobie, gdzie jestem. Ogień zgasł, burza uci­chła, zapach siarki spa­dał wraz ze świe­żym śnie­giem. Zer­k­ną­łem przez okno mojej walą­cej się wieży, słu­cha­łem szeptu wia­tru i pośród niego usły­sza­łem deli­katne jak oddech dziecka skrzy­pie­nie mrozu pod szybko bie­gną­cymi sto­pami.

Argent prych­nął, ude­rza­jąc kopy­tami w zimną, kamienną pod­łogę. Oprzy­tom­nia­łem cał­ko­wi­cie, brzuch wypeł­nił mi się lodem, gdy poją­łem, że nie jestem sam. Cho­ciaż wierz­cho­wiec się dener­wo­wał, moja egida wciąż nie pło­nęła, byłem więc prze­ko­nany, że cokol­wiek zbliża się nocą, nie jest to wam­pir.

Ostatni Sre­bro­święty zaśmiał się, obra­ca­jąc kie­lich w zręcz­nych pal­cach.

– Możesz wyobra­zić sobie moje zdzi­wie­nie, kiedy skur­wiel wpadł przez okno i spró­bo­wał urwać mi głowę.

II

Bohaterowie

– Skur­wiel? – Jean-François pod­niósł wzrok znad tomu. – To tytuł czy zawód?

– Ani jedno, ani dru­gie. To był brud­no­kr­wi­sty. Kobieta. Umarła po czter­dzie­stce, roz­kła­dała się ze cztery dni, zanim stała się wam­pi­rem. Ciało miała wzdęte, zgni­li­zna objęła już mózg i usta, w któ­rych uka­zały się dwa ostre kły, gdy je roz­warła. Ryk­ną­łem, kiedy wpa­dła przez okno i wylą­do­wała mi na piersi. Upa­da­jąc, wycią­gną­łem Poże­raczkę z pochwy i wrza­sną­łem, kiedy w mojej gło­wie roz­legł się nie­mal ogłu­sza­jący srebrny krzyk:

PUŚĆ MNIE, TY NĘDZNY ŁOJO­ŻERNY DUPO­JEBNY…

Padłem na pod­łogę, całe powie­trze uszło mi z płuc, a pod wpły­wem szoku wywo­ła­nego krzy­kiem Poże­raczki wypu­ści­łem ją z ręki. Wypa­dła mi z pal­ców, kiedy nie­szczę­śnica rzu­ciła mi się do gar­dła. Syk­nęła i od jej wypeł­nio­nego zgni­li­zną odde­chu łza­wiły mi oczy. Ude­rzy­łem ją w twarz. Wrza­snęła z powodu sre­bra na mojej skó­rze, które przy­pa­liło jej ciało. Wbiła mi palce w gar­dło, w nad­gar­stek i zaata­ko­wała jak żmija, zanu­rza­jąc te obmier­złe kły w moje przed­ra­mię i gry­ząc naprawdę mocno.

Wyrwa­łem się z rykiem, krew roz­bły­sła, try­ska­jąc na wszyst­kie strony. Argent szarp­nął się, kiedy obry­zgała mu bok, i spró­bo­wał zerwać się z postronka. Prze­tur­la­łem się po zim­nych kamien­nych pły­tach, a mar­twa kre­atura się­gała łapami, młó­ciła nimi, syczała, wario­wała, byle tylko posma­ko­wać mojej krwi. I cho­ciaż stra­ci­łem Popi, nie byłem bez­bronny: zaci­sną­łem palce na gar­dle nie­szczę­śnicy i się­gną­łem w głąb sie­bie.

Wszy­scy bla­do­kr­wi­ści zostają pobło­go­sła­wieni i prze­klęci przez swo­ich ojców, wam­pi­rze. Drę­czy ich głód, który osta­tecz­nie dopro­wa­dza ich do sza­leń­stwa, ale otrzy­mują także dary: siłę, szyb­kość i ślad talentu, jaki ma krew ich rodu. Pano­wa­nie nad zwie­rzę­tami otrzy­mują syno­wie Cha­sta­inów. Bez­bożną siłę chłopcy zro­dzeni z Dyvo­ków. Zdol­ność wypa­cza­nia uczuć – Ilo­no­wie. A dla mnie bło­go­sła­wień­stwem od ojca, któ­rego ni­gdy nie pozna­łem, była plu­gawa sztuka Nie­wier­nych.

– San­gwi­man­cja – powie­dział Jean-François.

Gabriel poki­wał głową.

– Wła­dza nad samą krwią. Moja moc była led­wie cie­niem zdol­no­ści ojca, zaled­wie kro­plą zro­dzoną z oce­anu, ale kiedy wbi­łem palce w gar­dło tego stwora, przy­zwa­łem tę bez­bożną potęgę. Wez­brała we mnie, wypły­nęła przez opuszki pal­ców i zago­to­wała krew w gni­ją­cych żyłach tej jeba­nej bestii.

Wrza­snęła; zostało jej dość umy­słu, żeby zare­je­stro­wać strasz­liwy ból. Ude­rzy­łem jej głową w kamień, chcąc zakoń­czyć to szybko. I tak by się stało, gdyby przez drzwi do wieży nie wpa­dła następna dwójka.

Chło­piec i dziew­czyna nie­wiele starsi od Dior, dosta­tecz­nie podobni, by wyglą­dać na krew­nia­ków, wpa­dli na mnie i ode­rwali moje ręce od szyi wrzesz­czą­cej kobiety. Krew try­snęła, kość pękła. Odkop­ną­łem chło­paka na bok, a wtedy dziew­czyna rzu­ciła mi się do gar­dła. I gdy zimny strach wypeł­nił mój brzuch, zła­pa­łem się na tym, że patrzę Anio­łowi Śmierci w oczy.

– Wal­cząc z brud­no­kr­wi­stymi? – Histo­ryk prych­nął pogar­dli­wie. – Bła­gam, de León, doce­niam fakt, że od początku silisz się na dra­ma­tyzm, ale chyba nie ocze­ku­jesz, że uwie­rzę, że bałeś się o swoje życie.