Cesarstwo świtu. Cykl Wampirze cesarstwo. Księga 3 - Jay Kristoff - ebook

Cesarstwo świtu. Cykl Wampirze cesarstwo. Księga 3 ebook

Jay Kristoff

0,0
75,00 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Gabriel de León stracił rodzinę, wiarę i ostatnią nadzieję na położenie kresu nieskończonej nocy – Świętego Graala, Dior. Kiedy jego jedyną motywacją pozostaje zemsta, wyprawia się z drużyną wiernych towarzyszy do serca rozdzieranego wojną Augustin, by pozbawić życia Wiecznotrwałego Króla.

Ostatni Srebroświęty nie wie jednak, że Graal żyje – i spieszy do oblężonej stolicy cesarstwa, wiedziona wątłą nadzieją na zakończenie bezdnia. W dworskich salach czai się jednak zdrada, a legiony Wiecznotrwałego Króla z każdym dniem są coraz bliżej. Gabriel i Dior zostają wciągnięci w ostateczną bitwę, która zadecyduje o przyszłych losach cesarstwa. Kiedy słońce zachodzi po raz – być może – ostatni, nikomu nie mogą już ufać.

Nawet sobie nawzajem.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 1150

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.

Popularność




Mapy

Dramatis Personae

Czas nie jest przy­ja­cie­lem śmier­tel­ni­ków, drogi Czy­tel­niku, i kto wie, ile pór roku upły­nęło, odkąd ostatni raz roz­ma­wia­li­śmy. Pamięć w naj­lep­szym razie jest nie­wia­ry­god­nym nar­ra­to­rem, a w naj­gor­szym kłam­li­wym przy­ja­cie­lem. Jako że twój histo­ryk do żad­nego z nich nie pała afek­tem, pro­po­nuję Ci przy­po­mnie­nie głów­nych akto­rów tego dra­matu:

Gabriel de León – Ostatni Sre­bro­święty, Czarny Lew z Lor­son i Miecz Cesar­stwa. Gabriel jest bla­do­kr­wi­stym – synem śmier­tel­nej kobiety i ojca-wam­pira – który odzie­dzi­czył moc swo­jego stwórcy i jego żądzę krwi. Uro­dził się dzie­więć lat przed nadej­ściem bez­d­nia, kiedy słońce zostało prze­sło­nięte na nie­bie cesar­stwa Eli­da­enu, a w wieku lat pięt­na­stu zwer­bo­wano go do Srebr­nego Zakonu San Michon. Stał się wzo­rem w tym świę­tym brac­twie, sama cesa­rzowa paso­wała go na ryce­rza, zanim popadł w nie­ła­skę z powodu miło­ści.

A ja tu sie­dzę i nie mam słod­kich dźwię­ków skrzy­piec pod ręką.

Ponad dzie­sięć lat po eks­ko­mu­nice Gabriel stał się wra­kiem czło­wieka, myślą­cym jedy­nie o pomsz­cze­niu famille zamor­do­wa­nej przez Wiecz­no­tr­wa­łego Króla, Fabiéna Vossa. Jed­nak kiedy spo­tkał Dior Lachance, poświę­cił swoje życie ochro­nie dziew­czyny i poko­chał ją szcze­rze jak wła­sną córkę, Patience.

Kiedy pró­bo­wał dowie­dzieć się, w jaki spo­sób Dior mogłaby zakoń­czyć bez­dzień, został zdra­dzony przez swoją sio­strę Celene i roz­dzie­lony ze swą świętą pod­opieczną. Zwer­bo­wał armię tan­ce­rzy zmierz­chu z Pogó­rza Ossway­skiego, aby wyrwać Dior z rąk demo­nów, które ją poj­mały. Jed­nakże – jak to czę­sto bywa w przy­padku tego tak zwa­nego boha­tera – tra­ge­dia już cze­kała na końcu jego drogi.

Czyż to nie roz­koszne, że zawsze można na niego liczyć?

Dior Lachance – w wieku jede­na­stu lat osie­ro­cona przez matkę pro­sty­tutkę. Jej życie drob­nej zło­dziejki zostało nie­spo­dzie­wa­nie prze­rwane, gdy oka­zało się, że jej krew leczy wszel­kie rany. Ucie­kła Inkwi­zy­cji, która chciała ją stra­cić za czary, i odkryła, że jej moc nie jest darem Upa­dłego, ale pocho­dzi z samych nie­bios. Dior jest potom­ki­nią Esan, córki śmier­tel­nego syna samego Boga, Odku­pi­ciela.

Zde­cy­do­wana wypeł­nić swoje prze­zna­cze­nie i zakoń­czyć bez­dzień, Dior tra­fiła pod opiekę Gabriela de León i jego wam­pi­rzej sio­stry, Celene. Ści­gana przez dzieci Wiecz­no­tr­wa­łego Króla została poj­mana przez Nikitę i Lilidh, naj­star­sze wam­piry rodu Dyvok. Uwię­ziona w ufor­ty­fi­ko­wa­nym mie­ście Maer­genn odkryła, że jej krew jest w sta­nie wyrwać każ­dego czło­wieka z wam­pi­rzego znie­wo­le­nia – fał­szy­wej miło­ści wywo­ła­nej przez trzy­krotne picie z tego samego wam­pira przez trzy kolejne noce.

Zawią­zaw­szy spi­sek z innymi śmier­tel­ni­kami na dwo­rze Dyvo­ków, Dior pomo­gła oba­lić ich prze­klęte kró­le­stwo wam­pi­rów. Na koniec jed­nak została zabita przez ancien Dyvo­ków, Lilidh, która skrę­ciła jej kark, zanim Gabriel zdą­żył ją ura­to­wać.

Trzy dni po swo­jej śmierci Dior otwo­rzyła oczy w mau­zo­leum w pod­zie­miach Maer­genn.

Celene Castia – przy­rod­nia sio­stra Gabriela. W wieku lat pięt­na­stu została oka­le­czona i zamor­do­wana przez Laure, naj­młod­szą córkę Wiecz­no­tr­wa­łego Króla, w zemście za dzia­ła­nia brata. Szes­na­ście lat póź­niej powró­ciła do życia Gabriela, przed­sta­wia­jąc się jako lia­the i tro­piąc Dior.

Cho­ciaż stwo­rzył ją Voss, twier­dziła, że należy do tajem­ni­czego rodu Esani, tego samego, któ­rego człon­kiem był ojciec Gabriela. Mimo wza­jem­nej nie­uf­no­ści rodzeń­stwo przez pewien czas współ­pra­co­wało, poszu­ku­jąc sta­ro­daw­nych wam­pi­rów Esani i sekret­nej wie­dzy o tym, jak Dior może zakoń­czyć bez­dzień. Oba­wia­jąc się jed­nak, że przez swoją nara­sta­jącą żądzę krwi Gabriel sta­nowi zagro­że­nie dla Dior, Celene osta­tecz­nie zdra­dziła go i pró­bo­wała zamor­do­wać.

Rodzeń­stwo połą­czyło ponow­nie siły, żeby ura­to­wać Dior z rąk Dyvo­ków. Kiedy Gabriel odkrył, że Celene nie tylko była uczen­nicą jego ojca, ale także go zamor­do­wała, jego nie­uf­ność powró­ciła. Gdy zaś dowie­dział się, że sam Odku­pi­ciel odpo­wiada za stwo­rze­nie pierw­szych wam­pi­rów, wpadł w szał, który pozwo­lił Lilidh zamor­do­wać Dior.

Trzy dni póź­niej Dior zmar­twych­wstała, ale we wnętrz­no­ściach krypt pod mia­stem Celene była świad­kiem jesz­cze jed­nego prze­bu­dze­nia: sta­ro­daw­nej wam­pi­rzycy z rodu Esani imie­niem Maryn, która może mieć klucz do zakoń­cze­nia bez­d­nia raz na zawsze.

Pho­ebe á Dúnnsair – Pho­ebe mie­sią­cami podró­żo­wała z Dior pod posta­cią pumy, zanim ujaw­niła swoją praw­dziwą naturę: tan­cerki zmierz­chu, zdol­nej przy­bie­rać ludzką lub zwie­rzęcą postać o zacho­dzie słońca.

Oddzie­lona od Dior przez pod­stęp Celene, Pho­ebe szu­kała dziew­czyny razem z Gabrie­lem. Pod­czas podróży odkryli, że łączy ich tra­ge­dia, jakiej oboje doświad­czyli: mąż Pho­ebe zgi­nął pod­czas wojny, a ona, podob­nie jak Gabriel, stra­ciła córkę. Tan­cerka zmierz­chu i sre­bro­święty zostali kochan­kami, a ich śmiało opi­sane ze wszyst­kimi szcze­gó­łami miło­sne unie­sie­nia roz­wią­zały zagadkę, która pozwo­liła zjed­no­czyć Pogó­rze w misji ratun­ko­wej.

Pod­czas fina­ło­wej walki z Nie­po­skro­mio­nymi Pho­ebe odna­la­zła swo­jego męża, Con­nora, który oka­zał się nie­wol­nym Lilidh Dyvok uwię­zio­nym na stałe w ciele wilka.

Jed­nakże ich ponowne spo­tka­nie oka­zało się roz­kosz­nie krót­kie.

Con­nor á Lachla­inn – tan­cerz zmierz­chu z Pogó­rza Ossway­skiego, poto­mek naj­po­tęż­niej­szej tam­tej­szej kró­lo­wej, Ailidh Siew­czyni Burzy. Con­nor latami wędro­wał po cesar­stwie Eli­da­enu, zanim wró­cił na Pogó­rze i poślu­bił młod­szą Pho­ebe. Cho­ciaż miał rze­komo zgi­nąć pod­czas wojny z rywa­li­zu­ją­cymi kla­nami, w rze­czy­wi­sto­ści został schwy­tany przez Lilidh Dyvok, a jego mistyczna krew dała jej rodowi moc potrzebną do pod­boju Osswayu.

Con­nor żył pod posta­cią wiel­kiego bia­łego wilka, kiedy słu­żył na dwo­rze Dyvo­ków, ale gdy jego więź z Lilidh została zerwana, zażar­cie bro­nił Gra­ala i księż­niczki Reyne á Maer­genn przed pazu­rami wam­pi­rzycy.

Jak na złość hra­bina zabiła go, zanim mógł wyja­śnić swoje powody.

Reyne á Maer­genn – piąta córka legen­dar­nej Niamh Dzie­więć Mie­czy, księż­nej Osswayu. Ojciec Reyne był nie­zna­nym wędrow­cem, któ­rego Niamh wzięła sobie na kochanka po śmierci męża. Naro­dziny Reyne z nie­pra­wego łoża były źró­dłem wstydu dla Niamh, zatem dziew­czynę wycho­wy­wała star­sza sio­stra, Yva­ine, w Eli­da­enie, z dala od dworu Dzie­wię­ciu Mie­czy.

Kiedy wiele lat póź­niej Reyne wró­ciła, żeby bro­nić ojczy­zny, wpa­dła w ręce Dyvo­ków, gdy ci zdo­byli Maer­genn. Dior prze­ła­mała jej znie­wo­le­nie i we dwie pomo­gły uwol­nić resztę nie­wol­nych, poko­nać armie Dyvo­ków i zabić naj­star­sze wam­piry.

Jak zna­la­zły w tym wszyst­kim czas na miłostki, to mi się w gło­wie nie mie­ści.

Nasto­latki, oui?

Astrid Ren­nier – była nie­ślubną córką cesa­rza Ale­xan­dre’a III, którą zamknięto w klasz­to­rze San Michon, kiedy jej ist­nie­nie stało się krę­pu­jące dla nowej żony cesa­rza, Isa­belli. Po tym, jak jej przy­jaźń z Gabrie­lem roz­kwi­tła w odwza­jem­nioną miłość, została eks­ko­mu­ni­ko­wana razem z nim, gdy wyszło na jaw, że jest w ciąży.

Po naro­dzi­nach córki i ślu­bie osie­dli razem na połu­dnio­wych rubie­żach cesar­stwa, by wieść cichy, spo­kojny, szczę­śliwy żywot.

Wie­cie, co było potem.

Patience de León – córka Gabriela i Astrid. Kiedy przy­szła na świat, jej ojciec, dawny sre­bro­święty, wyta­tu­ował sobie jej imię sre­brem na knyk­ciach, żeby ni­gdy nie zapo­mnieć, co jest naprawdę ważne. Była jego rado­ścią i dumą, praw­dzi­wym słoń­cem na nie­bo­skło­nie jego życia.

Miała jede­na­ście lat, kiedy została zamor­do­wana przez Wiecz­no­tr­wa­łego Króla, Fabiéna Vossa.

A to mnie ludzie nazy­wają potwo­rem.

Poże­raczka Popio­łów – zacza­ro­wany miecz Gabriela, który tele­pa­tycz­nie poro­zu­miewa się z wła­ści­cie­lem. Cho­ciaż nie została wykuta ze sre­bra, jest śmier­tel­nie nie­bez­pieczna dla zim­no­krwi­stych i w cza­sach swo­jej naj­więk­szej chwały we dwoje z Gabrie­lem wyrą­by­wali sobie drogę przez sze­regi Umar­łych.

Zda­rzają jej się krót­kie prze­bły­ski przy­tom­no­ści umy­słu, naj­czę­ściej jed­nak nie bar­dzo wie, gdzie – a nawet kiedy – prze­bywa. Zmie­niła się na zawsze po tym, jak jej ostrze zostało zła­mane na skó­rze Wiecz­no­tr­wa­łego Króla. Spo­sób, w jaki Gabriel wszedł w jej posia­da­nie, pozo­staje przed­mio­tem licz­nych spe­ku­la­cji pośród min­streli, tru­we­rów i knaj­pia­nych pro­ro­ków z całego cesar­stwa.

Jeśli o mnie cho­dzi, to chciał­bym wresz­cie usły­szeć jakieś odpo­wie­dzi!

Aaron de Coste – był synem baro­no­wej i wam­pira z Krwi Ilon. Ter­mi­no­wał w Srebr­nym Zako­nie razem z Gabrie­lem, a ich począt­kowa zacie­kła rywa­li­za­cja z cza­sem prze­ro­dziła się w praw­dziwą przy­jaźń. Odszedł z zakonu po tym, jak odkryto jego zwią­zek z kowa­lem Bap­ti­ste’em Sa-Isma­elem.

Osiadł ze swoim uko­cha­nym w château Aveléne, gdzie wie­dli sie­lan­kowy żywot, dopóki ponad dzie­sięć lat póź­niej Gabriel nie poja­wił się ponow­nie w ich życiu. W efek­cie ich dom został znisz­czony przez Dyvo­ków, zaś Aaron zgi­nął z ręki Kiary, córki Nikity, i powró­cił jako szla­chet­no­kr­wi­sty wam­pir. Tra­fił na dwór Nikity, gdzie został znie­wo­lony przez ancien Dyvo­ków i został jego kochan­kiem, bio­rąc udział we wszel­kich depra­wa­cjach w krwa­wym budu­arze Czar­no­ser­cego.

Jego umysł został osta­tecz­nie wyzwo­lony od wpływu Nikity przez uko­cha­nego Bap­ti­ste’a.

Kto jed­nak wie, co kryje się w jego sercu?

Bap­ti­ste Sa-Ismael – dawny czar­no­ręki ze Srebr­nego Zakonu, przy­ja­ciel Gabriela i geniusz kuźni. Opu­ścił zakon razem z Aaro­nem, kiedy wyszedł na jaw ich zwią­zek, i został poj­many, gdy wiele lat póź­niej ich sie­dzibę znisz­czyli Dyvo­ko­wie.

Został znie­wo­lony przez Kiarę i uwol­niony przez Dior. Chwy­cił za broń i sta­nął do walki z Dyvo­kami; w bitwie o Dún Maer­genn wal­czył dziel­nie ramię w ramię z Gabrie­lem i swo­imi byłymi braćmi ze Srebr­nego Zakonu. Zadał osta­teczny cios Niki­cie, uwal­nia­jąc uko­cha­nego Aarona z nie­woli i dowo­dząc, że nawet w naj­zim­niej­szych kli­ma­tach i naj­mrocz­niej­szych cza­sach miłość doprawdy wszystko zwy­cięża.

Tak, drogi Czy­tel­niku. To był sar­kazm.

Chloe Sau­vage – sio­stra Ordo Argent, przy­ja­ciółka Astrid i Gabriela z dzie­ciń­stwa. Spo­tkaw­szy ponow­nie przy­ja­ciela wiele lat po jego eks­ko­mu­nice, zwer­bo­wała go do pomocy w ochro­nie Dior Lachance. Kie­ru­jąc się sta­ro­żyt­nym pro­roc­twem, zamie­rzała spro­wa­dzić Dior do opac­twa San Michon, wie­rzyła bowiem, że tam uda się zakoń­czyć bez­dzień za pomocą rytu­ału, któ­rego opis odna­la­zła w biblio­tece. Gdy Gabriel odkrył, że rytuał spro­wa­dza się do zło­że­nia Dior w ofie­rze, zamor­do­wał Chloe i pół tuzina innych sre­bro­świę­tych, sta­jąc w obro­nie dziew­czyny.

Sœur Sau­vage nie­wąt­pli­wie była fana­tyczką, ale może nie cał­kiem zwa­rio­wała. Po bitwie o Dún Maer­genn w gro­bie pod mia­stem odkryto drugą połowę jej pro­roc­twa, która może skry­wać tajem­nicę zakoń­cze­nia bez­d­nia na zawsze.

Lachlan á Craeg – pierw­szy i ostatni uczeń Gabriela w Srebr­nym Zako­nie. Lachlan był bla­do­kr­wi­stym synem Toly­eva, priori Dyvo­ków. Całe dzie­ciń­stwo spę­dził w pod­dań­stwie krwi, słu­żył swo­jemu potwor­nemu ojcu. Poj­many w wieku lat pięt­na­stu przej­rzał na oczy, dostrzegł okru­cień­stwo swo­jej rodziny i został zwer­bo­wany przez Gabriela do Srebr­nego Zakonu. Stali się ser­decz­nymi przy­ja­ciółmi i nawet kiedy wyszedł na jaw romans Gabriela z Astrid, Lachlan nie chciał wyrzec się men­tora.

Wiele lat póź­niej młody sre­bro­święty dowie­dział się o ataku Gabriela na kate­drę San Michon w obro­nie Dior. Omył­kowo uznał, że dziew­czyna opę­tała Gabriela cza­rami, i z tego powodu tro­pił swo­jego daw­nego mistrza w całym cesar­stwie. Osta­tecz­nie uwie­rzył w boskie pocho­dze­nie Dior. Zebrał grupę sre­bro­świętych, żeby wes­przeć Gabriela pod­czas bitwy o Maer­genn, i pomógł Sa-Isma­elowi zabić swo­jego przy­rod­niego brata, Nikitę.

Jed­nakże wier­ność Lachlana miała wysoką cenę – jako jedyny sre­bro­święty prze­żył walkę.

Joaquin Marenn – psiar­czyk z Aveléne, który został nie­wol­nym Kiary Dyvok po znisz­cze­niu jego domu. Uwol­niony przez Dior, został w Maer­genn, zde­cy­do­wany ura­to­wać swoją uko­chaną: ossway­ską dziew­czynę imie­niem Isla á Cuinn.

Cho­ciaż Isla oka­zała się zdraj­czy­nią, Joaquin wyka­zał się w osta­tecz­nej bitwie, pomógł Dior uwol­nić ludzi znie­wo­lo­nych przez Dyvo­ków i skrzyk­nął ich do walki w obro­nie Gra­ala.

Brynne á Kil­la­ech – tan­cerka zmierz­chu z Pogó­rza z rodzaju zwa­nego úrfuil – niedź­wie­dzi lud. Podob­nie jak więk­szość jej rodzaju, Brynne ule­gła nie­od­wra­cal­nej zmia­nie spo­wo­do­wa­nej przez Czas Ska­la­nej Krwi i w ludz­kiej postaci zacho­wuje wiele zwie­rzę­cych cech.

Jest zacie­kłą wojow­niczką i dziel­nie wal­czyła pod­czas bitwy o Dún Maer­genn.

Fabién Voss – Wiecz­no­tr­wały Król, priori Krwi Voss. Fabién jako pierw­szy ancien wyko­rzy­stał nie­szczę­śni­ków (bez­ro­zumną odmianę wam­pi­rów, któ­rej liczeb­ność ogrom­nie wzro­sła pod­czas bez­d­nia) do walki: stwo­rzył z nich armię znaną jako Bez­kre­sny Legion. Fabién od tego czasu pod­bił więk­szość cesar­stwa i zamie­rza teraz zdo­być jego sto­licę, Augu­stin.

Wymor­do­wał famille Gabriela, a odkąd dowie­dział się o ist­nie­niu Dior, obse­syj­nie wysy­łał swoje dzieci, żeby ją poj­mały – w nie­zna­nym celu. Gabriel odkrył, że Fabién był kie­dyś jed­nym z Ryce­rzy Krwi – wam­pi­rzych wojow­ni­ków, któ­rzy znisz­czyli ród Esani pod­czas bitwy o Char­bo­urg kilka stu­leci wcze­śniej. Jed­nak w gro­bie pod Maer­genn cze­kało na Ostat­niego Sre­bro­świę­tego o wiele bar­dziej mro­żące w żyłach odkry­cie na temat jego śmier­tel­nego wroga: Fabién był jed­nym z pię­ciu śmier­tel­nych kapła­nów odpo­wie­dzial­nych za zabi­cie Odku­pi­ciela, któ­rych prze­kleń­stwo syna bożego zmu­siło do trwa­nia pod posta­cią nie­umar­łych.

Jest jed­nym z pię­ciu pierw­szych wam­pi­rów na świe­cie.

Dan­ton Voss – Bestia z Vel­lene, naj­młod­szy syn Fabiéna, jeden z sied­miorga Ksią­żąt Wiecz­no­ści. Zgi­nął z ręki Dior, która zadała mu cios Poże­raczką Popio­łów, uprzed­nio nama­ściw­szy miecz wła­sną świętą krwią.

Laure Voss – Upiór w Czer­wieni, naj­młod­sza córka Fabiéna, stwór­czyni Celene Castii. Zgi­nęła z ręki Gabriela w bitwie pod Bliź­nia­kami.

Alba i Aléne Voss – Zgrozy – naj­star­sze dzieci Fabiéna, posłane do Dún Maer­genn, żeby ode­brały Dyvo­kom Dior. Zamiast tego jed­nak same zgi­nęły – Albę zabił Gabriel w poje­dynku, a Celene wypiła swoją cio­teczkę Aléne, aż zostały z niej same popioły.

Nikita Dyvok – Czar­no­sercy, priori Krwi Dyvok. Posłu­żył się splu­ga­wioną krwią tan­ce­rzy zmierz­chu, żeby wzmoc­nić i tak już prze­ra­ża­jącą siłę swo­jego rodu. W ten spo­sób pod­sy­cił inwa­zję na Ossway i zmie­nił nie­gdyś potężny kraj w kost­nicę. Znie­wo­lił Aarona de Coste i pro­wa­dził wła­śnie nego­cja­cje w związku z prze­ka­za­niem Dior swo­jemu daw­nemu kochan­kowi, Fabiénowi, kiedy zgi­nął w bitwie o Maer­genn z ręki Bap­ti­ste’a Sa-Isma­ela.

Lilidh Dyvok – Bez­ser­deczna, Zimowa Oblu­bie­nica, naj­star­sza z rodu Dyvok. Bar­dziej prze­bie­gła od swo­jego wojow­ni­czego brata, odkryła magyę krwi tan­ce­rzy zmierz­chu i zakwe­stio­no­wała praw­dziwy powód, dla któ­rego Fabién poszu­ki­wał Dior. Zgi­nęła pod­czas bitwy o Dún Maer­genn, ale wcze­śniej zdą­żyła zła­mać kark Dior i zabić męża Pho­ebe, Con­nora. Zosta­wiła po sobie potomka, Żmija, który teraz jest nesto­rem Krwi Dyvok.

Jakże nisko upa­dają potężni.

Illia – była priori Krwi Esani, zało­ży­cielką ich reli­gii. Krążą wie­ści, że za życia była cza­row­nicą, ale kiedy stała się wam­pi­rzycą, zna­la­zła reli­gię w postaci Jed­nej Wiary i poświę­ciła nie-życie na pod­trzy­my­wa­nie rodu wywo­dzą­cego się od Odku­pi­ciela.

Została zamor­do­wana pod­czas kata­kli­zmu, jakim była bitwa o Char­bo­urg, w któ­rej dowo­dził jej wielki wróg, Fabién Voss.

Maryn – Matka Potwo­rów i obecna priori Krwi Esani. Ród Esani prak­tycz­nie prze­stał ist­nieć w Char­bo­urgu, oca­lały z niego tylko cztery osoby. By zapew­nić sobie prze­trwa­nie, ostatni Esani roz­pro­szyli się po całym cesar­stwie i wypa­try­wali w tajem­nicy oznak obec­no­ści potom­ków Odku­pi­ciela, któ­rzy mogli prze­żyć tamtą potworną noc.

Cho­ciaż wygląda jak dziecko, Maryn jest naj­star­szą przed­sta­wi­cielką Nie­wier­nych, któ­rzy prze­trwali. Pogrą­żona w sta­nie zwa­nym pomroką została pogrze­bana w Dún Maer­genn, gdzie cze­kała ponad stu­le­cie na swoją kolej, żeby wypa­try­wać naro­dzin Gra­ala. W swoim ciele prze­cho­wuje mnó­stwo dusz, skra­dzio­nych w kani­ba­li­stycz­nym akcie, który Nie­wierni nazy­wają komu­nią.

Kto wie, co jej szep­czą w ciem­no­ściach?

Jènoah – jeden z czte­rech człon­ków rodu Esani, jacy prze­trwali. Był panem ponu­rej twier­dzy zwa­nej Cairn­haem, ukry­tej głę­boko w Noc­nych Tur­niach. Gabriel, Celene i Dior udali się do niej, licząc na mądrość Jènoah, ale odkryli jedy­nie, że ancien ode­brał sobie życie. W kaplicy w cichym château trójka odna­la­zła jego ostat­nie słowa wypi­sane wła­sną krwią na pod­ło­dze.

„To ocze­ki­wa­nie: zbyt dłu­gie. To brze­mię: zbyt cięż­kie. Ojcze, wybacz mi”.

Wul­fric – ojciec Gabriela i wojow­nik z rodu Esani. Nie­wiele wia­domo na jego temat, poza tym, że miesz­kał przez pewien czas w León, gdzie został kochan­kiem matki Gabriela, Auriél. Dziew­czyna porzu­ciła kochanka, gdy zaszła w ciążę, więc Wul­fric nie miał wpływu na wycho­wa­nie Gabriela. Powró­cił jed­nakże na krótko wezwany przez Auriél, gdy jego syn zacho­ro­wał.

Po swo­jej Prze­mia­nie Celene odna­la­zła Wul­frica w jego domu w San Yves. Tam została jego uczen­nicą, zanim go pożarła, przej­mu­jąc jego moc i wszyst­kie dusze, które w sobie nosił.

Dla­czego? Oto jest pyta­nie, do dia­ska.

Ale­xan­dre de Augu­stin III – jako cesarz Eli­da­enu, Obrońca Jed­nej Wiary i Pro­tek­tor Kró­le­stwa wła­dał ze Zło­tych Sal w Augu­stin od sie­dem­na­stego roku życia. Teraz dobiega sie­dem­dzie­siątki i wieść nie­sie, że brze­mię korony spada głów­nie na czoło jego uko­cha­nej (i znacz­nie młod­szej) mał­żonki.

Isa­bella Augu­stin – żona Ale­xan­dre’a III, cesa­rzowa Eli­da­enu. Była patronką Ordo Argent i po bitwie pod Bliź­nia­kami paso­wała Gabriela na ryce­rza. Pozo­stał jej prawą ręką przez wiele lat, okry­wa­jąc się pod jej patro­na­tem wielką chwałą.

Maxi­mille de Augu­stin – król-wojow­nik, który przed z górą sze­ściu­set laty roz­po­czął pro­ces jed­no­cze­nia pię­ciu woju­ją­cych państw w wiel­kie cesar­stwo eli­da­eń­skie. Zgi­nął, zanim jego marze­nie mogło się urze­czy­wist­nić, ale jego potom­ko­wie po dziś dzień zasia­dają na Pię­cio­ra­kim Tro­nie. W uzna­niu jego docze­snych zasług Kościół Jed­nej Wiary ogło­sił go swoim siód­mym Świę­tym Męczen­ni­kiem.

Michon – Pierw­sza Męczen­niczka, pro­sta łow­czyni, która została uczen­nicą Odku­pi­ciela, a po zgła­dze­niu go na kole ponio­sła jego świętą wojnę w świat. Mało kto wie, że była rów­nież jego kochanką i że z ich związku naro­dziła się córka imie­niem Esan, co w języku sta­ro­tal­ho­skim zna­czy „wiara”.

Esan – córka Michon i Odku­pi­ciela. Cztery stu­le­cia temu jej potom­ko­wie wznie­cili bunt prze­ciw dyna­stii Augu­sti­nów. Powsta­nie, które póź­niej nazwano here­zją aavsencką, zostało stłu­mione przez świę­tych ryce­rzy Jed­nej Wiary. Ich sto­licę, Char­bo­urg, splą­dro­wano, a więk­szość bun­tow­ni­ków zgi­nęła.

Dior Lachance jest ostat­nią przed­sta­wi­cielką tego rodu.

Krew Voss – ród wam­pi­rzy wywo­dzący się od Fabiéna, który nazywa sie­bie Żela­zno­ser­cymi. Odzna­czają się nad­ludzką odpor­no­ścią na fizyczny ból, a ich nesto­rzy potra­fią czy­tać w myślach i prze­ma­wiać wprost do umy­słów.

Krew Dyvok – potom­stwo strasz­li­wego Toly­eva, zwane także Nie­po­skro­mio­nymi. Wszyst­kie wam­piry są nad­zwy­czaj silne, ale nawet naj­młod­szy Dyvok jest w sta­nie zawsty­dzić nesto­rów z innych rodów. Ancien Dyvo­ków potra­fią zapa­no­wać nad ludźmi siłą swo­jego głosu, a zdol­ność tę nazywa się Biczem.

Krew Ilon – Szepty, lato­ro­śle wiel­kiego Ilona. O wiele sub­tel­niejsi od Dyvo­ków, umieją mani­pu­lo­wać emo­cjami za pomocą jed­nego słowa, a ich nesto­rzy potra­fią jed­nym spoj­rze­niem spra­wić, że całe sale wypełni zgroza lub zachwyt. Zdol­ność tę nazywa się Naci­skiem.

Krew Cha­stain – potom­ko­wie cesa­rzo­wej Mar­got, zwani także Paste­rzami. Cha­stainowie panują nad stwo­rze­niami ziemi i nieba i potra­fią przy­bie­rać ich roz­liczne formy; im są starsi, tym wię­cej postaci mogą przy­jąć. Paste­rze są także upior­nie szybcy, a ich nesto­rzy wydają się zdolni iść z wia­trem w zawody.

Krew Esani – Nie­wierni. Here­tycki kult kani­bali i cza­row­ni­ków, któ­rzy potra­fią mani­pu­lo­wać krwią za pomocą mrocz­nej sztuki zwa­nej san­gwi­man­cją. Im mniej będziemy o nich mówić, tym lepiej.

Bla­do­kr­wi­ści – pół­lu­dzie, dzieci zro­dzone z wam­pi­rzych ojców. Posia­dają słab­szą wer­sję nad­na­tu­ral­nych darów swo­ich ojców, dzie­dzi­czą jed­nak po nich także żądzę krwi, prze­kleń­stwo zwane sangirè, czer­wone pra­gnie­nie. Na dłu­gie lata można zapa­no­wać nad tą przy­pa­dło­ścią za pomocą nar­ko­tyku zwa­nego sanc­tu­sem, osta­tecz­nie jed­nak spro­wa­dza ona wszyst­kich bla­do­kr­wi­stych do żąd­nych krwi zwie­rząt.

A teraz, mes amis, czas koń­czyć.

Ze świę­tego kie­li­cha blask święty się sączy.

Ład na świe­cie wyj­dzie spod wier­nego ręki,

a przed obli­czem męczeń­skiej sió­demki

szary czło­wiek noc bez­kre­sną zakoń­czy.

Gdzie pię­cioro przy jed­nym się zgro­ma­dziło,

święte weź ostrze, pod słoń­cem dzie­wi­czym

krew świętą prze­lej – lub odejdź z niczym.

Niech scze­zną ciem­no­ści, jakby ich nie było.

autor nie­znany

Zmierzch.

I

Był dwu­dzie­sty siódmy rok bez­d­nia w pań­stwie Wiecz­no­tr­wa­łego Króla, a jego zabójca wciąż cze­kał na śmierć.

Znowu stał przy wąskim oknie, patrząc, jak nad­ciąga jego koniec. Wyta­tu­owane dło­nie splótł za ple­cami, popla­mione krwią zarówno świeżą, jak i taką, którą led­wie pamię­tał. Pomiesz­cze­nie, w któ­rym się znaj­do­wał, mie­ściło się na wyso­kiej kon­dy­gna­cji samot­nej wieży sztur­mo­wa­nej przez burzę tak samo jak on tra­pioną bez­sen­no­ścią. Drzwi wciąż były zamknięte solid­nie jak wrota skarbca. Wrota do jego serca były zatrza­śnięte jesz­cze moc­niej.

Z wyso­ko­ści zabójca stu­dio­wał sunący w dole pochód, jego oczy miały kolor szary jak burza na nie­bie. Postaci klu­czące ku przed­bra­miu były nie­liczne, podobne do mró­wek; maleń­kie czarne kropki peł­znące po zamar­z­nię­tej rów­ni­nie. Jed­nakże ich nadej­ście było ważną zapo­wie­dzią, wstrzą­sało kamie­niami pod nim, jak żaden ziem­ski grom nie byłby w sta­nie, ich przy­by­cie mówiło mu, że jego odej­ście jest rychłe. Że jego gra, jak wszystko, co dobre, musi dobiec końca.

Château prze­bu­dził się już i bez­śmiertni, któ­rzy nazy­wali go domem, zebrali się w całej swo­jej chwale, by zaim­po­no­wać przy­by­łym. Nie­wolni żoł­nie­rze zakuci w ciemną stal roz­sta­wili się na blan­ko­wa­nych murach, ich czarne pele­ryny zdo­bił sym­bol dwóch wil­ków i dwóch księ­ży­ców. Wszę­dzie wzdłuż koli­stych szań­ców pło­nące kok­sow­niki lizały lodo­wate powie­trze, ozory pło­mieni były jaśniej­sze od nędz­nego zachodu słońca. Na naj­bar­dziej wewnętrz­nym dzie­dzińcu Cesa­rzowa Wil­ków i Ludzi cze­kała na gości w oto­cze­niu swo­jego bez­kr­wi­stego dworu. Czaił się obok niej blady histo­ryk, któ­rego cze­ko­la­dowe oczy co rusz spo­zie­rały na zabójcę w oknie wieży.

Niebo było czarne jak grzech.

Hory­zont – czer­wony jak usta damy jego serca, kiedy ostatni raz ją cało­wał.

Zabójca powiódł kciu­kiem po wierz­chu pal­ców i po lite­rach wyta­tu­owa­nych poni­żej knykci.

– Patience, che­va­lier – wyszep­tał.

II

Brama Sul Adair otwo­rzyła się przy wtó­rze pie­śni kru­szą­cego się lodu i jęku zamar­z­nię­tych zawia­sów.

Mar­kiz Jean-François, histo­ryk Krwi Cha­stain, stał po pra­wicy swo­jej cesa­rzo­wej i patrzył, jak ogromna krata unosi się niczym katow­ski miecz. Trzy inne kraty pod­nio­sły się wcze­śniej jedna po dru­giej, otwie­ra­jąc drogę przez cztery dzie­dzińce oto­czone potęż­nymi szań­cami z czar­nego żela­zo­ka­mie­nia. Oblo­dzone koła zębate trzesz­czały i jęczały, wia­try ostre jak brzy­twa wzbi­jały kurzawę sza­rego śniegu na dłu­giej bru­ko­wa­nej dro­dze pro­wa­dzą­cej poza zewnętrzne mury. Patrząc na drobne postaci zbli­ża­jące się z jej końca, mar­kiz przy­ła­pał się na tym, że się krzywi.

Szron przy­warł mu do rzęs, złote włosy chło­stały go po twa­rzy, tar­gane prze­ni­kliwą wichurą. Dener­wo­wały go – kazałby swo­jej och­mi­strzyni Meline zwią­zać je nale­ży­cie, gdyby miał czas, ale został obu­dzony przed zmierz­chem przez jed­nego ze słu­gu­sów matki, który dobi­jał się do drzwi jego sypialni, jakby samo pie­kło przy­było. Jean-François pod­niósł głowę znad krwa­wej uczty mię­dzy udami Meline i wark­nął ziry­to­wany tym naj­ściem, ale pra­wie nie siląc się na prze­pro­siny, nie­wolny chło­pak w libe­rii cesa­rzo­wej poin­for­mo­wał go, że ocze­kuje się jego natych­mia­sto­wej obec­no­ści na dzie­dzińcu. Jean-François led­wie zdą­żył otrzeć pod­bró­dek, zanim roz­brzmiały dzwony sygna­li­zu­jące poja­wie­nie się nad­zwy­czaj sza­cow­nych gości. Narzu­cił jakiś odświętny strój z ciem­nego jedwa­biu i hafto­wany sur­dut z etolą z jastrzę­bich piór i zbiegł pospiesz­nie, prze­kli­na­jąc nie­oby­czaj­ność całej tej sytu­acji.

Ci padli­no­żercy nie powinni prze­kro­czyć ich progu przez jesz­cze dwie noce, ale na szczę­ście ich przed­wcze­sne nadej­ście nie wywo­łało zbyt wiel­kiego zamętu na dwo­rze Mar­got. Zanim goście dotarli do zewnętrz­nych murów, mała armia dwo­rzan zgro­ma­dziła się na wiel­kich scho­dach château, two­rząc wokół swo­jej nestorki mur szkar­łat­nych jedwabi, czar­nego futra i jasnego bro­katu. Sama cesa­rzowa Mar­got pre­zen­to­wała się, jak przy­stało wład­czyni: nosiła olśnie­wa­jącą suk­nię ze zło­tego aksa­mitu z czarną koronką, siwe włosy miała zwią­zane z tyłu w zdo­bione klej­no­tami war­ko­cze, cztery ogromne czarne wilki sie­działy przed nią w rzę­dzie. Była drobną kobietą w śred­nim wieku, kiedy prze­szła Prze­mianę, ale dłu­gie stu­le­cia obda­rzyły Mar­got Cha­stain maje­sta­tem przy­ćmie­wa­ją­cym wszyst­kich wokół. Jej skóra była jak naj­czyst­szy mar­mur, twarz niczym bez­kr­wawa maska, oczy czarne jak pie­kło obser­wo­wały nie­ru­cho­mie­jącą wresz­cie kratę.

Sto­jąc posłusz­nie u jej boku w śnie­życy, mar­kiz przy­glą­dał się tuzi­nowi postaci jadą­cych pod łukami przed­bra­mia na zbie­ra­ni­nie nie­wol­nych koni. Nawią­zy­wa­nie kon­taktu ze zwie­rzę­tami było darem jego krwi, wyczu­wał więc wyczer­pa­nie wierz­chow­ców, poga­nia­nych przez sie­dem dni i nocy bez chwili snu, żeby tu dotrzeć.

Zer­ka­jąc z ukosa na swoją stwór­czy­nię, Jean-François zasta­na­wiał się od nie­chce­nia, czy rano jego cesa­rzowa kazała słu­gom umyć sobie stopy.

W końcu za chwilę będą je cało­wać człon­ko­wie kró­lew­skiego rodu.

Przy­wódca jeźdź­ców zatrzy­mał wierz­chowca, któ­rego boki aż buchały parą, i zsiadł. Śnieg zachrzę­ścił pod jego butami, gdy wylą­do­wał na bruku. Do sio­dła miał przy­mo­co­wany dwu­ręczny miecz pra­wie dwa razy dłuż­szy niż wzrost czło­wieka, z ręko­je­ścią ozdo­bioną ryczą­cymi niedź­wie­dziami. Jego towa­rzy­sze zsie­dli z koni, a przy­wódca zsu­nął kap­tur i chłod­nym wzro­kiem powiódł po nie­wol­nych na ośnie­żo­nych murach w sza­le­ją­cej zawiei. Był wysoki i w żad­nym razie nie zwa­li­sty, ale widząc strasz­liwą klingę, Jean-François nie miał złu­dzeń co do siły ukry­tej w tym żyla­stym ciele. Przy­bysz miał dłu­gie i szare jak śnieg włosy, taka sama była jego broda, oszro­niona i tar­gana wia­trem. Jasna jak lód skóra spra­wiała wra­że­nie stward­nia­łej jak u czło­wieka, który przez dłu­gie lata żeglo­wał pod pra­żą­cym słoń­cem, zanim prze­szedł Prze­mianę. Z boku jego szyi wił się wybla­kły tatuaż dzie­wicy o nagich pier­siach i rybim ogo­nie. Kiedy się ode­zwał, Jean-François spo­strzegł błysk zło­tych kłów w gór­nych dzią­słach przy­by­sza.

– Mar­got Cha­stain z Krwi Cha­stain, naj­star­sza w swoim rodzie, priori Paste­rzy. – Wam­pir skło­nił lekko głowę. – Pozdra­wiam cię, kuzynko.

– Żmiju Dyvok z Krwi Dyvok, pier­wo­rodny bez­śmiertny synu Lilidh i obecny priori Nie­po­skro­mio­nych. – Mar­got uśmiech­nęła się nie­mal nie­do­strze­gal­nie. – Witamy cię, kuzy­nie.

– Uprzej­mie dzię­ku­jemy za twe zapro­sze­nie, lady Cha­stain, i za…

– Cesa­rzowo.

Wam­pir zwany Żmi­jem zająk­nął się, kiedy Mar­got się ode­zwała.

– Cesa­rzowo Cha­stain – popra­wiła go, uśmie­cha­jąc się odro­binę cie­plej.

Grzmot prze­wa­lił się po nie­bie. Żmij zer­k­nął na Krew­nych, z któ­rymi przy­był. Mała grupka była w rów­nie opła­ka­nym sta­nie jak wierz­chowce, na któ­rych przy­je­chali. Był tam młody drab odziany w wybru­dzoną w podróży pele­rynę z dzie­cię­cej skóry – na pod­sta­wie opo­wie­ści sre­bro­świę­tego i jego sio­stry Jean-François wie­dział, że nazywa się Rémille. Ładna kobieta w sza­tach świą­to­bli­wej sio­stry; przy­sa­dzi­sty zbir z wąsami dosta­tecz­nie dłu­gimi, żeby dało się go na nich powie­sić; zasu­szona sta­ru­cha, bez­zębna, jeśli pomi­nąć kły, które błysz­czały w jej poczer­nia­łych dzią­słach; oraz garstka innych. Herb przed­sta­wia­jący wspię­tego niedź­wie­dzia na strza­ska­nej tar­czy zdo­bił ich ubiór i broń: a to klamrę pasa, a to gło­wicę mie­cza. To były nie­do­bitki po ataku na Dún Maer­genn, pozo­sta­ło­ści znisz­czo­nego dworu, ostatki nie­gdyś potęż­nego rodu.

Żało­sny widok, pomy­ślał Jean-François.

Żmij spoj­rzał na Mar­got.

– Wiele o tobie sły­sza­łem, kuzynko, i zdaję sobie sprawę, że jeste­śmy gośćmi w twoim domu, więc ostroż­nie będę dobie­rał słowa, lecz nawet jeśli Mar­got jest cesa­rzową wil­ków i ludzi, to ja i moi pod­ko­mendni nie nale­żymy do żad­nej z tych grup. Wywo­dzimy się z krwi potęż­nego Toly­eva. Jeste­śmy z Krwi Dyvok. Jeste­śmy Nie­po­skro­mieni, lady Cha­stain. I przed nikim nie klę­kamy.

Wśród dwo­rzan roze­szła się fala nie­za­do­wo­le­nia; zgro­ma­dzeni mru­żyli oczy, szep­tem ponio­sły się pogróżki. Mar­got jed­nak tylko uśmiech­nęła się łagod­niej.

– Czas pokaże.

Wycią­gnęła rękę do bliż­szego wilka, zwa­li­stego samca imie­niem Wierny. Pod­niósł łeb, cie­sząc się z dotyku cesa­rzo­wej muska­ją­cej pazu­rami jego futro. Mar­got ani na chwilę nie spu­ściła wzroku ze Żmija.

– Serce nam pękło na wieść o zamor­do­wa­niu twej matki. Wielką czu­łość żywi­li­śmy dla hra­biny Lilidh. – Uśmiech cesa­rzo­wej przy­gasł odro­binę. – Mniej­szą dla jej brata, Nikity. Nie­mniej śmierć priori to nie jest błaha kwe­stia. Skła­damy nasze kon­do­len­cje, kuzy­nie, z powodu utraty nestora, upadku sto­licy i znisz­cze­nia twego rodu.

Dyvo­ków zabo­lały jej słowa, ale żaden nie był na tyle głupi, żeby zła­pać się na tę przy­nętę.

– Dzię­ku­jemy za twoją dobroć, kuzynko. – Żmij zaci­snął zęby. – I za szansę wymie­rze­nia spra­wie­dli­wo­ści temu, który spla­mił się krwią Dyvo­ków.

Mar­got zamru­gała. Jej czarne oczy zabły­sły.

– Spra­wie­dli­wo­ści?

– W swoim zapro­sze­niu… wspo­mnia­łaś, że poj­ma­łaś psa, który zabił potęż­nego Toly­eva na Szkar­łat­nej Pola­nie. Który popro­wa­dził atak na Dún Maer­genn. Który zamor­do­wał dzie­siątki moich pobra­tym­ców, wśród nich moją rodzi­cielkę. – Żmij rozej­rzał się po bez­śmiert­nych dwo­rza­nach, a w jego tonie poja­wiła się ostra nuta, gdy bły­snął zło­tymi kłami. – Czy prze­trzy­mu­jesz Gabriela de León? Czy też wypra­wi­li­śmy się do tej par­szy­wej nory na darmo?

– Zapo­mi­nasz się, Dyvok.

Jean-François spoj­rzał na tę, która się ode­zwała. Stała wśród Krew­nych na lewo od Mar­got: wysoka, pier­sia­sta kobieta, która dłu­gie włosy w kolo­rze blond nosiła sple­cione w prze­ty­kaną zło­tem koronę nad czo­łem, a na to spo­tka­nie wło­żyła aksa­mitną suk­nię roz­le­wa­jącą się powo­dzią szkar­łatu na ziemi. Pod pachą trzy­mała maleńki kłę­bek jasnego puchu – psa led­wie god­nego tego miana.

– Ta par­szywa nora to naj­bar­dziej nie­zwy­cię­żona for­teca w całym Eli­da­enie – oznaj­miła. – A cesa­rzowa, przed którą nie chcesz uklęk­nąć, to obec­nie naj­star­sza Krewna na świe­cie. Jeśli nie wier­ność, to jesteś winien wiel­kiej Mar­got przy­naj­mniej szacu…

– Wiceh­ra­bino.

Mar­got nie ode­rwała wzroku od Dyvo­ków, ale jej chłodny ton natych­miast uciął wykład młod­szej wam­pi­rzycy. Jean-François uśmiech­nął się, kiedy wiceh­ra­bina ukło­niła się i pogrą­żyła w gro­bo­wym mil­cze­niu.

– Istot­nie mamy w swo­jej pie­czy Czar­nego Lwa – potwier­dziła cesa­rzowa Mar­got, ponow­nie uśmie­cha­jąc się do Żmija. – Dzięki pomy­sło­wo­ści naszej roz­mow­nej wnuczki, Nico­lette. Jed­nakże nie dla kiczo­wa­tych poka­zów spra­wie­dli­wo­ści śmier­tel­ni­ków zapro­si­li­śmy was do swego domo­stwa.

Żmij skrzy­wił się, lecz trzy­mał język za zębami.

– Te wojny mię­dzy naszym rodza­jem a owcami wykrwa­wiły cesar­stwo tak, że pobie­lało niczym śniegi z daw­nych dni – cią­gnęła Mar­got. – Par­we­niu­szow­scy krwawi pano­wie wyci­nają sobie maleń­kie lenna i toczą spory o to, co jesz­cze się ostało. Brud­no­kr­wi­ści gra­sują nie­kon­tro­lo­wani, z każdą nocą ich gni­jące zastępy rosną w siłę. A ten, który tytu­ło­wał się naszym Wiecz­no­tr­wa­łym Kró­lem, został zabity. Jeśli nasze wiel­kie rody nie dojdą do poro­zu­mie­nia, wszy­scy dołą­czymy wkrótce do Fabiéna na brze­gach pie­kła. A jeżeli o mnie cho­dzi, to nie płonę z nie­cier­pli­wo­ści, by odpo­ku­to­wać za swoje winy w Domach Upa­dłych.

Żmij zaci­snął zęby.

– Ani ja, lady Cha­stain.

– Zatem nie fra­suj się, kuzy­nie. Rap­tem stu­le­cie albo dwa prze­mie­rzasz te zie­mie na bez­śmiert­nych sto­pach, ale twa rodzi­cielka była praw­dziwą ancien i dobrze wiesz, jak święta jest Uprzej­mość ofe­ro­wana przez nesto­rów. Ty i twoi pobra­tymcy jeste­ście mile widziani w Sul Adair. Wszy­scy co do jed­nego jeste­ście naszymi hono­ro­wymi gośćmi. Wiatr przy­nosi nam wie­ści, że Kariim Pająk się zbliża, a Żela­zna Dzie­wica powinna przy­być przed Świę­tem Pani. Kiedy już prio­rem Ilo­nów i Vos­sów zasiądą obok cie­bie przy moim stole, zde­cy­du­jemy, jak będziemy wła­dać tą nową nocą. – Uśmiech Mar­got był lodo­waty jak poca­łu­nek zimy. – I kto przed kim uklęk­nie.

Żmij zaci­snął usta nik­nące w zamar­z­nię­tej bro­dzie, zer­k­nął jed­nak prze­lot­nie na zbie­ra­ninę swo­ich dwo­rzan i ski­nął głową, jak przy­stało na króla-żebraka.

– Prawdę powia­dasz, kuzynko. Nie ma fał­szu w sło­wach o mądro­ści priori Krwi Cha­stain. Nie­stety w jed­nej kwe­stii muszę z żalem zapro­te­sto­wać.

– Pro­szę, zacho­waj zimną krew, priori. Zaspo­ko­isz swą żądzę zemsty, nie wątp w to. Czarny Lew zabawi nas jesz­cze odro­binę, ale wkrótce jego kie­lich wyschnie. Pozwo­limy ci patrzeć, jak jego gar­dło osta­tecz­nie zosta­nie pode­rżnięte.

– Dzię­kuję, pani. – Żmij przy tych sło­wach ukło­nił się, jak należy, a dwo­rza­nie poszli w jego ślady. – I będziemy roz­ko­szo­wać się nale­żytą karą. Jed­nak to nie kwe­stia de Leóna budzi mój sprze­ciw, ale ocena pory przy­by­cia two­ich pozo­sta­łych gości.

– Doprawdy? – zdu­miała się cesa­rzowa.

– Być może śnie­życe uzie­miły two­ich szpie­gów, kuzynko, ale nie spo­wol­niły Żela­zno­ser­cych. Jeśli spo­dzie­wasz się ich nadej­ścia przed koń­cem tygo­dnia, to nie doce­niasz deter­mi­na­cji, z jaką pra­gną pomścić swo­jego stwórcę. Dostrze­gli­śmy ich po dro­dze i powia­dam ci: Kestrel i jej dwór zapu­kają do two­ich drzwi przed Świę­tem Pani.

Mar­got zacho­wała bez­na­miętną twarz i tylko raz ski­nęła głową, jakby nowina o rychłym przy­by­ciu Żela­zno­ser­cych miała taką wagę jak piórko. Jed­nakże zer­ka­jący z nie­na­wi­ścią na sza­le­jącą zawieję Jean-François dosko­nale zda­wał sobie sprawę z powagi tych wie­ści.

– Chodź­cie – powie­działa Mar­got, wska­zu­jąc okute żela­zem drzwi do wspa­nia­łej for­tecy. – Musi­cie być spra­gnieni po tak dłu­giej podróży. Wejdź­cie i czuj­cie się jak u sie­bie, dzieci Krwi Dyvok. Nie oba­wiaj­cie się niczego. Krew Cha­stain zadba, by wasze pra­gnie­nie zostało sto­sow­nie zaspo­ko­jone.

Gro­mada Nie­po­skro­mio­nych raz jesz­cze się ukło­niła, dwo­rza­nie Mar­got roz­stą­pili się jak czarne wody, a nie­wolni wybie­gli na śnie­życę, żeby zająć się wierz­chow­cami. Sami Dyvo­ko­wie cze­kali jed­nak uprzej­mie – syno­wie i córki Lilidh nie byli nie­zdy­scy­pli­no­wa­nym motło­chem. Żmij pochy­lił głowę, wska­zu­jąc twier­dzę.

– Pani przo­dem.

– Jakże rzadko widuje się dżen­tel­me­nów w tych bez­sło­necz­nych dniach… Musisz jed­nak nam wyba­czyć, priori. Sprawy wagi pań­stwo­wej doma­gają się naszej uwagi. Jeste­śmy prze­ko­nani, że znasz brze­mię, jakie musi dźwi­gać nestor. Nawet mając tak impo­nu­jące ramiona jak twoje.

Żmij ski­nął głową.

– Zatem w twier­dzy pocze­kam na roz­kosz twego towa­rzy­stwa, pani.

Uśmiech cesa­rzo­wej był mroczny jak tru­ci­zna.

– Nie­zbyt długo. – Mar­got zer­k­nęła na dopiero co gada­tliwą wiceh­ra­binę sto­jącą na lewo od niej. – Wskaż naszym gościom drogę do jadalni, Nico­lette. Wkrótce do was dołą­czymy.

Z oschłym ski­nie­niem głową i sze­le­stem czer­wo­nego aksa­mitu Nico­lette wspięła się po ośnie­żo­nych scho­dach, pro­wa­dząc Dyvo­ków przez ogromne drzwi ozdo­bione oku­ciami w kształ­cie wal­czą­cych anio­łów. Za nimi ruszyli dwo­rza­nie Mar­got, pro­ce­sja jado­wi­tych szep­tów i spoj­rzeń jak szty­lety. Jean-François został z cesa­rzową, przy­glą­da­jąc się fasa­dzie twier­dzy. Wspa­niałe, wyso­kie jak drzewa okna z witra­żami, przy­pory, iglice prze­szy­wa­jące wie­czorne niebo.

Cho­ciaż miesz­kał tu od dekady, wciąż pozo­sta­wał pod wra­że­niem skali tej budowli. Wiceh­ra­bina powie­działa prawdę: Sul Adair – w języku sūdhaemskim „Czarna Wieża” – była naj­po­tęż­niej­szą twier­dzą w kró­le­stwie, odkąd Augu­stin upa­dło. Co naj­mniej tuzin róż­nych armii roz­bił się jak tanie gli­niane dzbanki na tych murach w ciągu stu­leci, a potężne wznie­sie­nie, na któ­rym zbu­do­wano for­tecę, zasły­nęło jako Akhiv Dha Th’oth – Góra, Która Wypija Żoł­nie­rzy. Nie­gdyś zamek chro­nił kopal­nie zło­tosz­kła w Lasha­ame i Raa, wiel­kie mia­sto por­towe Asheve, teraz jed­nak…

– Na co cze­kasz, dzie­cię?

Jean-François zamru­gał zasko­czony i odwró­cił się do cesa­rzo­wej. Mar­got stała pośród śniegu, o całą głowę niż­sza od niego, a mimo to góro­wała nad nim. Krewni nie mogli wybie­rać, która z ich ofiar otrzyma Dar, i Jean-François wie­dział, że wielu miesz­kań­ców Sul Adair szep­cze, iż mroczna matka roz­piesz­cza swo­jego naj­młod­szego syna. Jed­nak teraz, gdy na niego patrzyła, wyda­wała się zim­niej­sza od wszel­kiej zawiei, a jej oczy były rów­nie ciemne jak lochy pod twier­dzą. Ognie pło­nące na murach na prze­kór zawiei rzu­cały dłu­gie cie­nie na zie­mię, a kiedy Mar­got spoj­rzała na Jean-François, wyda­wało się, że cie­nie te pociem­niały i wykrzy­wiły się, jakby ciem­ność mię­dzy nimi falo­wała i znie­kształ­cała się, pod­czas gdy jej wzrok wypi­jał go, jak pusty­nia wypija deszcz.

– Matko? Co…

– Ta burza nas ośle­pia, jeśli jed­nak ten głu­piec powie­dział prawdę, zale­d­wie kilka obro­tów księ­ży­ców może dzie­lić Kestrel Voss od progu naszego domu. Cho­ciaż ten Żmij to żebrak prze­brany za króla, Żela­zna Dzie­wica nie jest ubogą sie­rotą. Kestrel jest naj­star­sza spo­śród Żela­zno­ser­cych, zapra­wiona w walce, praw­dziwa Księżna Wiecz­no­ści. I zbliża się, synu.

Jean-François zer­k­nął w okno na wieży, zaci­ska­jąc zęby. Wyczu­wał na sobie spoj­rze­nie sza­rych jak burza oczu, wspo­mniał palce zaci­śnięte na gar­dle, się­gnął dło­nią do fularu, muska­jąc wciąż gojące się pod nim rany. W górze prze­to­czył się grzmot.

– De León – powie­dział.

– I jego sio­stra. Coś wię­cej kryje się w ich opo­wie­ści, mar­ki­zie. Armia Księ­ży­co­wych Tro­nów, upa­dek Dún Maer­genn, odkry­cie strasz­li­wej Maryn w pod­zie­miach mia­sta, bitwa pod Char­bo­ur­giem, los Gra­ala…

– To kłamcy, matko – wark­nął mar­kiz. – Od pierw­szej nocy naszej roz­mowy de León powta­rzał zawzię­cie: „Kie­lich został znisz­czony. Gra­ala nie ma”. Pła­kał, rela­cjo­nu­jąc śmierć Lachance z rąk Lilidh. A godzinę póź­niej jego sio­stra wyznała, że Graal prze­bu­dził się w gro­bie, gdzie go pocho­wano, cały i zdrowy.

– Zatem jej koniec jesz­cze nie poja­wił się w jego opo­wie­ści. – Mar­got opu­ściła pod­bró­dek, świ­dru­jąc mar­kiza wzro­kiem. – A ja poznam ją do końca.

– Ostatni Sre­bro­święty i Ostat­nia Lia­the to żmije wypeł­nione tą samą ohydną tru­ci­zną. Ich umi­ło­wa­niu do fał­szu dorów­nuje tylko ich wza­jemna dla sie­bie nie­na­wiść.

– Więc to wyko­rzy­staj.

Cie­nie wykrzy­wiły się jesz­cze bar­dziej, ponad wyciem wia­tru poniósł się słaby krzyk, kiedy cesa­rzowa Cha­stain zro­biła krok w stronę swo­jego naj­młod­szego potomka.

– Żela­zna Dzie­wica i Pająk zbli­żają się. Ich pośpiech wiele mówi o sile ich pra­gnie­nia. Wciąż jed­nak potrze­bu­jemy prze­wagi, jeśli ocze­ku­jemy, że ugną przed nami kolano, a de León i jego prze­klęta sio­stra mogą nam ją zapew­nić. W jakim celu Wiecz­no­tr­wały Król pra­gnął zdo­być Dior Lachance? Dla­czego chciał jej żywej? Jeśli rze­czy­wi­ście była klu­czem do zakoń­cze­nia bez­d­nia, to jakim cudem słońce wciąż jest oble­czone w szary całun, a jutrzenka na­dal przy­wdziewa koronę zmierz­chu?

Mar­got zamil­kła, napie­ra­jąc spoj­rze­niem na swo­jego histo­ryka; nie­wiele bra­ko­wało, żeby pod tym wzro­kiem padł na kolana. Kiedy jed­nak grom roz­darł niebo, wycią­gnęła rękę, zbyt szybko, by nadą­żył za tym ruchem wzrok śmier­tel­nika, i poło­żyła dłoń na jego nie­ska­zi­tel­nym policzku.

– De Leóna wciąż łączy z tobą więź, mój bla­do­licy ado­ni­sie. Jego duma i nie­na­wiść do sio­stry zała­twią resztę. Posłuż się nim, Jeanie-François, obie­caj mu świat. Zdo­bądź tylko to, czego potrze­buję. Prawdę leżącą u korzeni upadku Gra­ala, klę­ski Nie­wier­nych, zła­ma­nia nie­szczę­snego serca naszego Lwa.

Deli­kat­nie przy­ci­snęła dłoń do jego skóry. Prze­biegł mu dreszcz po krę­go­słu­pie, kiedy jej palce prze­su­nęły się ku zra­nio­nemu gar­dłu.

– I nie ocią­gaj się, dzie­cię.

Jean-François prze­łknął ślinę, powoli kiwa­jąc głową.

– Wedle roz­kazu mojej cesa­rzo­wej.

Dłoń Mar­got opa­dła jak suche liście. Cesa­rzowa weszła po scho­dach przy akom­pa­nia­men­cie grzmotu, a wilki ruszyły za nią. Mar­kiz został sam pośród śnie­życy.

Dotknął szyi.

Spoj­rzał w górę na obser­wu­jącą go postać.

Zaci­snął zęby i wszedł do środka.

III

Poko­nał połowę scho­dów w wieży, kiedy ude­rzyła go woń krwi.

Rzecz jasna nie był to rzadki aro­mat w twier­dzy peł­nej potwo­rów, a zmy­sły Jeana-François były tak wyczu­lone, że wychwy­ty­wał zapach uczty trwa­ją­cej w jadalni. Mimo gro­mów na zewnątrz i chóru Mar­got wewnątrz budynku dało się usły­szeć pomruk jedwa­bi­stych gło­sów i wtó­ru­ją­cych im uryw­ków śmie­chu w oddali. Histo­ryk wspi­nał się po scho­dach, ale mie­dziano-słodki bukiet świe­żej krwi cią­gnął go w dół. Jean-François obej­rzał się przez ramię na Meline, która jak zawsze szła trzy kroki za nim. Dostrzegł, że krzywi się na wspo­mnie­nie prze­rwa­nej wcze­śniej tego popo­łu­dnia jego wła­snej uczty. Mimo że towa­rzy­szył im oddział nie­wol­nych, mar­kiz roz­wa­żał myśl, czy nie zedrzeć sukni ze swo­jej och­mi­strzyni tu i teraz, na scho­dach, i nie skoń­czyć tego, co zaczął, kiedy nagle poczuł zapach napły­wa­jący z wyż­szych pię­ter wieży.

Żela­zi­ście jasny. Ciężki jak ołów.

– Dario – dotarło do niego.

Meline zje­żyła się na dźwięk tego imie­nia i zaci­snęła usta w gry­ma­sie nadą­sa­nia. Jean-François na­dal pamię­tał jej zazdrość, kiedy wiceh­ra­bina Nico­lette poda­ro­wała mu chłopca. Oczy­wi­ście nie był to dar pły­nący z dobrego serca – cesa­rzowa Mar­got była nie­za­do­wo­lona z zacho­wa­nia wiceh­ra­biny pod­czas jej ostat­niej wyprawy do Tal­ho­stu i Nico­lette liczyła na dobre słowo wyszep­tane do ucha Mar­got w zamian za chłopca. Była jego sio­strze­nicą krwi, a Dario był tak piękny, że mar­kiz nie zna­lazł w sobie dość siły woli, by odmó­wić. Teraz jed­nak zasta­na­wiał się, ile zostało z jego naj­now­szego nie­wol­nego.

Lwy rzadko obcho­dzą się łagod­nie ze zwie­rzyną.

Bez­gło­śnie jak kot histo­ryk poko­nał ostat­nie schody i otwo­rzył drzwi celi. Przy oknie stała postać z rękami zło­żo­nymi za ple­cami i uma­za­nymi świeżą krwią. Spoj­rzaw­szy na komi­nek, Jean-François dostrzegł źró­dło tej krwi – leżało przy ogniu jak zmięta szmata: przy­stojny mło­dzian, led­wie dwu­dzie­sto­letni, ciemne włosy roz­sy­pane na zie­mi­stych policz­kach. Krew krze­pła w dwóch bliź­nia­czych dziur­kach w jego gar­dle.

Jean-François pod­szedł do kominka i sta­nął nad leżą­cym nie­wol­nym. Chło­pak wyglą­dał jak trup, ale dzięki led­wie wyczu­wal­nemu biciu jego serca wam­pir zorien­to­wał się, że…

– Nie zabi­łeś go.

Postać zesztyw­niała na dźwięk głosu mar­kiza, ale nie raczyła się odwró­cić.

– Oczy­wi­ście, że go nie zabi­łem.

– Nie miał­bym nic prze­ciwko temu.

Postać spio­ru­no­wała go wtedy wzro­kiem, oglą­da­jąc się przez ramię.

– Oczy­wi­ście, że nie miał­byś.

Jean-François zła­pał się na tym, że uśmiech wykrzy­wia mu usta na widok roz­wście­czo­nego Lwa. Ciemne skóry otu­lały potężną syl­wetkę, włosy opa­dały na plecy ciem­nymi jak atra­ment falami, sze­roką i ostrą jak szpa­del szczękę przy­pró­szył zarost. Dwie bli­zny zna­czyły mu prawy poli­czek jak iden­tyczne łzy. Oczy miał szare jak ocean przed sztor­mem, skórę w odcie­niu popio­łów cesar­stwa, a nad prze­pysz­nym łukiem ust malo­wała się ciemna i roz­koszna smuga grze­chu.

Gabriel de León.

Ostatni Sre­bro­święty.

Słodka Matko-Dzie­wico, czego Jean-François by nie oddał…

– Wezwać pomoc, mar­ki­zie?

Jean-François obej­rzał się na drzwi, gdzie dowódca jego oddziału nie­wol­nych stał w progu obok Meline. Kapi­tan Del­phine był ogrom­nym męż­czy­zną, ciemną brodę nosił przy­ciętą w szpic, wąskie pasmo wło­sów mię­dzy głę­bo­kimi zako­lami zacze­sy­wał gładko do tyłu. Wbi­jał wzrok w sre­bro­świę­tego, nie zdej­mu­jąc dłoni z ręko­je­ści mie­cza. Jed­nak de León już odwró­cił się z powro­tem do okna.

– Chwi­leczkę, capi­ta­ine – odpo­wie­dział mar­kiz. – Merci.

Uniósł nad­gar­stek do ust i zagryzł mocno. Popły­nęła krew, kle­ista i powolna; namięt­ność roz­pa­lona w łożu już sty­gła w jego żyłach. Kiedy jed­nak przy­klęk­nął i przy­ci­snął nad­gar­stek do ust leżą­cego nie­wol­nego, chło­piec natych­miast otwo­rzył oczy. Źre­nice skur­czyły mu się do punk­ci­ków, kiedy chwy­cił rękę i zaczął pić łap­czy­wie, zachłan­nie i moc krwi mar­kiza wywle­kła go z powro­tem z zim­nej ciem­no­ści, w którą się osu­nął.

A dokład­niej – ciem­no­ści, w któ­rej go porzu­cono, kiedy sre­bro­święty zro­bił już swoje.

Jean-François spoj­rzał na Gabriela. Żela­zi­sty zapach krwi zawisł mię­dzy nimi. Mar­kiz czuł, jak puls Dario dudni, gdy chło­pak pije, i roz­ko­szo­wał się tą słodką ule­gło­ścią – zarówno mło­dzieńca leżą­cego pod nim, jak i star­szego męż­czy­zny, który upo­rczy­wie wyglą­dał przez okno, uda­jąc, że nie nasłu­chuje.

– Spo­koj­nie, mój miły – szep­nął Jean-François, odgar­nia­jąc Dario włosy. – Wysu­szysz mnie do cna. Mam pracę do wyko­na­nia tej nocy.

Nie­wolny udał, że nie sły­szy. Chci­wie pił i poję­ki­wał.

– Dość! – syk­nął Jean-François, zabie­ra­jąc rękę.

Dario zamru­gał zdu­miony jak nowo­ro­dek wybu­dzony ze snu. Kiedy jego zaspany wzrok padł na sre­bro­świę­tego przy oknie, musiał stłu­mić drże­nie. Jed­nak patrząc w oczy mar­kiza, roz­cią­gnął mokre od krwi usta w roz­mi­ło­wa­nym uśmie­chu.

– Mój panie – szep­nął.

– Cicho już, słod­kie stwo­rze­nie. Twój pan tu jest i wszystko będzie dobrze. – Jean-François zer­k­nął na nie­wol­nego capi­ta­ine. – Zabierz go do mojej sypialni, Del­phine. Dopil­nuj, żeby go napo­jono i nakar­miono. Żad­nych obo­wiąz­ków dzi­siaj. Mój dzielny młody pięk­niś zasłu­żył na odpo­czy­nek.

Capi­ta­ine ski­nął głową na swo­ich ludzi, któ­rzy pode­szli do kominka i pomo­gli Dario wstać. Chło­piec na­dal spra­wiał wra­że­nie sła­bego jak nowo naro­dzony źre­bak. Głód Gabriela może i go nie zabił, ale wyglą­dało na to, że nie­bez­piecz­nie bli­sko zbli­żył się do tej gra­nicy.

Meline patrzyła, jak Dario jest wypro­wa­dzany z pokoju. Z gry­ma­sem posta­wiła na okrą­głym sto­liku świeże kie­li­chy, nową butelkę monéta i jarzącą się kulę chy­mijną mię­dzy nimi. Kła­dąc wielką, oprawną w skórę księgę na jed­nym ze zbyt­kow­nych foteli, odwró­ciła się do Jeana-François, spla­ta­jąc przed sobą palce jak prze­ory­sza do modli­twy.

– Czy pra­gniesz jesz­cze cze­goś, panie?

– Nie jestem pewien. – Jean-François spu­ścił koron­kowy man­kiet na zakrwa­wiony nad­gar­stek, nie odry­wa­jąc oczu od postaci przy oknie. – A ty pra­gniesz cze­goś jesz­cze, Gabrielu?

– Niech cię dia­bli wezmą – wark­nął sre­bro­święty. – Niech cię porwą pro­sto do pie­kła.

– Myślę, że to życze­nie może się speł­nić. Jeśli kie­dy­kol­wiek będę na tyle głupi, żeby umrzeć. – Jean-François zer­k­nął na Meline i uśmiech­nął się blado. – Dopil­nuj, żeby Dario niczego nie zabra­kło, moja droga, ale potem wróć szybko. Będę cię potrze­bo­wał przed koń­cem tej nocy. – Spoj­rzał na postać przy oknie, krzy­wiąc rubi­nowe usta. – Obaj możemy cię potrze­bo­wać.

Oddech Meline przy­spie­szył, podob­nie jak puls pod bladą powierzch­nią gar­dła. Dygnąw­szy nisko i zer­k­nąw­szy prze­lot­nie na spla­mione krwią ręce sre­bro­świę­tego, wymknęła się z pokoju. Jean-François usły­szał szczęk zamka i ciche tętno żoł­nie­rzy Del­phine’a cza­ją­cych się za drzwiami. W oka­mgnie­niu, z nie­na­tu­ralną szyb­ko­ścią zajął miej­sce w jed­nym z zabyt­ko­wych foteli i poło­żył na kola­nach oprawny w skórę tom.

– Usią­dziesz? – Wyjął zza pazu­chy drew­niany piór­nik, a z niego gęsie pióro zakoń­czone zło­tem. – Czy też za bar­dzo drę­czy cię sumie­nie, żebyś pozwo­lił sobie na chwilę wytchnie­nia?

Gabriel de León nie odpo­wie­dział, na­dal patrząc przez szybę.

– Nie wstydź się swo­jego głodu, Gabrielu. Jak wszystko co w nie­bie i na ziemi, i on ist­nieje z woli Boga. – Jean-François wyjął bute­leczkę atra­mentu z kie­szeni sur­duta i ją odkor­ko­wał. – A że stwo­rzył cię na swoje podo­bień­stwo, twoja cho­roba jest led­wie cie­niem jego wła­snej, mon ami. Bowiem żaden z nas nie jest rów­nie żądny krwi jak sam władca nieba.

– W tej kwe­stii, wam­pi­rze, jeste­śmy cał­ko­wi­cie zgodni.

– Sia­daj zatem. Moja cesa­rzowa pra­gnie poznać finał. Usiądź i poroz­ma­wiaj ze mną. Nie fol­guj poczu­ciu winy z powodu cier­pie­nia, jakie zada­łeś chłopcu. Jestem pewien, że ta mała flą­dra dosko­nale się bawiła. – Jean-François uśmiech­nął się jado­wi­cie. – Nie­wąt­pli­wie roz­ko­szuje się bólem, jaki ja mu spra­wiam.

– Pier­do­lone potwory. Wy wszy­scy.

– Oui. Jed­nak potwory nie mogą zmie­nić swo­jej natury, tak samo jak nie może zmie­nić jej czło­wiek.

Spoj­rzeli wtedy sobie w oczy, sza­rość burzy napo­tkała ciemny brąz cze­ko­lady.

– Pła­cisz bestii, co jej się należy. – Jean-François uśmiech­nął się.

– Albo sama to z cie­bie wyrwie. – Gabriel wes­tchnął.

Jean-François patrzył spod cięż­kich powiek oczami roz­ża­rzo­nymi niczym węgielki na Ostat­niego Sre­bro­świę­tego, jak odwraca się od okna i siada. Nie dało się zaprze­czyć gra­cji Gabriela de León; nie była rów­nie odwieczna jak gra­cja Mar­got, prze­peł­niała ją dra­pież­ność i żywot­ność, dud­niła życiem i żarem. Miał ręce wojow­nika i oczy myśli­wego. Wpa­try­wał się nimi w twarz mar­kiza, gdy się­gnął po butelkę monéta i wyta­tu­owa­nymi pal­cami wyjął korek.

– Dyvo­ko­wie przy­je­chali.

Jean-François otwo­rzył księgę i wygła­dził świeżą stronę.

– I co w związku z tym?

– I w związku z tym two­jej cesa­rzo­wej koń­czy się czas.

– Czas nic nie zna­czy dla żyją­cych poza cza­sem.

– Sły­sza­łem plotki. Mar­got zwo­łała kon­wo­ka­cję jesz­cze przed bitwą pod Augu­stin. Zgro­ma­dze­nie prio­rem, żeby zde­cy­do­wać o losie cesar­stwa. – Sre­bro­święty napeł­nił kie­lich po brzegi, pla­miąc powie­trze mrocz­nym aro­ma­tem wina. – Czy to Żmija dostrze­głem z góry? Nie­po­skro­mieni ostat­nimi czasy nie mają już spo­śród kogo wybie­rać. Jak twoja cesa­rzowa go tu ścią­gnęła? Obiet­nicą zemsty za Maer­genn? Zrobi się bała­gan, kiedy Vos­so­wie zaczną doma­gać się tego samego.

– To nie twoje zmar­twie­nie, mon ami.

– Oui, to twoje zmar­twie­nie. Bo jeśli wszyst­kie pijawki, które wku­rzy­łem przez lata, zaczną usta­wiać się w kolejce przed drzwiami two­jej cesa­rzo­wej, ocze­ku­jąc przy­jem­no­ści zakoń­cze­nia mojego życia, w jej klep­sy­drze może zabrak­nąć pia­sku. Mar­got chce poznać histo­rię Gra­ala. Ty zaś skło­ni­łeś mnie do tej dłu­giej roz­mowy, gro­żąc mi gło­dem. A teraz nie masz już na to czasu.

Grzmot wstrzą­snął murami. Jean-François prze­su­nął pió­rem po uśmiech­nię­tych ustach.

– Możemy obmy­ślić inne tor­tury, sre­bro­święty. O wiele szyb­sze w wymie­rza­niu i o wiele bar­dziej raniące. Jed­nak obiet­nice, jakimi moja cesa­rzowa ścią­gnęła te muchy do swo­jej paję­czyny, nie są istotne. To cię może zszo­ko­wać, Gabrielu, ale Mar­got zda­rzało się cza­sem kła­mać. Jeśli twoja opo­wieść ją zado­woli, nie ma powodu, żebyś nie dożył swych dni jako jej hono­rowy gość. – Obrzu­cił sre­bro­świę­tego mrocz­nym spoj­rze­niem od stóp do głów. – Pomyśl o tym. Żyć tu, w Sul Adair, skła­da­jąc roz­koszny hołd naj­mrocz­niej­szym bogom, zaznać bło­giej…

– Prze­stań pie­przyć, wam­pi­rze. Obaj wiemy, że już jest po mnie. Nawet gdyby Mar­got raczyła daro­wać mi życie, ono już mnie ma. Już mnie posia­dło.

Ostatni Sre­bro­święty pochy­lił się ku świa­tłu i za burzową sza­ro­ścią jego oczu Jean-François dostrzegł błysk – dług, który trzeba spła­cić za wszyst­kie lata krwi i grze­chu w ramio­nach oblu­bie­nicy. Prze­kleń­stwo. Sza­leń­stwo, jakie czeka na każ­dego bla­do­kr­wi­stego.

– Sangirè – mruk­nął Jean-François.

– Czer­wone pra­gnie­nie. – Sre­bro­święty skie­ro­wał udrę­czone spoj­rze­nie przed komi­nek, gdzie wcze­śniej porzu­cił Dario, i zała­mał drżące ręce. – Ten chło­piec… Na Sied­mioro Męczen­ni­ków, led­wie się powstrzy­ma­łem. Sangirè zawład­nie moim umy­słem, głód będzie wła­dał moim ser­cem. Nie zosta­nie nic poza bestią. Na końcu tej drogi nie czeka mnie roz­koszne życie, tylko sza­leń­stwo. Zepsu­cie. Od zawsze zabi­ja­łem potwory. I niech mnie dia­bli wezmą, jeśli pozwolę sobie stać się jed­nym z nich. – Porwał kie­lich i opróż­nił go jed­nym hau­stem. – Wolę już, żebyś nakar­mił mną Dyvo­ków.

– Szkoda by było. – Mar­kiz popa­trzył na wyta­tu­owane ręce, spla­mione krwią usta i wresz­cie w oczy sre­bro­świę­tego. – Ktoś inny mógłby ci dać o wiele pięk­niej­szy koniec.

– Nie zawsze dosta­jemy to, czego chcemy, histo­ryku.

– Ty wciąż jesz­cze możesz. Jeśli powiesz mi, czego pra­gniesz.

Ostatni Sre­bro­święty wbił wzrok w zie­mię i wyda­wało się, że trwa tak całą wiecz­ność. Hymn odle­głego grzmotu dźwię­czał za oknem, świa­tło chy­mij­nej kuli zabły­sło w jego oczach, gdy odsta­wił puchar. Kalej­do­skop mar­twych motyli pode­rwał się do lotu w brzu­chu Jeana-François, kiedy Gabriel pochy­lił się tak bli­sko, że czuć było zapach wina w tchnie­niu jego szeptu:

– Celene.

Mar­kiz zamru­gał zasko­czony.

– Ale co, Celene?

– Chcę patrzeć, jak świa­tło gaśnie w jej oczach – wark­nął Gabriel. – Chcę widzieć jej prze­ra­że­nie, kiedy wpad­nie do pie­kła, które na nią czeka. Chcę zoba­czyć, jak ta zdra­dliwa maciora umiera, Cha­stain.

Jean-François zacmo­kał z nie­sma­kiem.

– Ejże, ejże, ileż w tym urazy.

Gabriel odchy­lił się. W jego gorz­kim uśmie­chu zalśniły kły, kiedy napeł­niał kie­lich.

– To wyma­gało wiel­kiej miło­ści, żeby znie­na­wi­dzić ją tak bar­dzo jak ja.

– Aż się czło­wiek zasta­na­wia, czym Ostat­nia Lia­the zasłu­żyła sobie na taką nie­na­wiść.

– Nie wąt­pię. A ta opo­wieść będzie miała swoją cenę. Reszta mojej histo­rii. Mojej i Dior. Bitwa pod Augu­stin. Masa­kra w Char­bo­urgu. Osta­teczna zdrada. Dam ci twoją prze­klętą histo­rię, Jeanie-François, ale ty dasz mi gar­dło mojej sio­stry.

Potwór i męż­czy­zna spoj­rzeli sobie w oczy ponad napeł­nio­nym zło­tym pucha­rem.

– Myślę, że to da się zała­twić, Gabrielu.

Ostatni Sre­bro­święty ski­nął powoli głową. Spoj­rzał znowu na chy­mijną kulę. Blada ćma wynu­rzyła się z jakie­goś mrocz­nego kąta jego celi i zaczęła ude­rzać skrzy­dłami w szkło. Powiódł za nią wzro­kiem, gdy tłu­kła się bez­sil­nie o zakrzy­wioną, lśniącą powierzch­nię, zatra­cona w bla­sku fał­szy­wej gwiazdy.

– Nie jesteś spra­gniony, zim­no­krwi­sty? Oba­wiam się, że czeka nas bar­dzo długa noc.

Jean-François zanu­rzył pióro w kała­ma­rzu.

– Nie brak mi cier­pli­wo­ści.

Sre­bro­święty zaśmiał się, ale zaraz jego uśmiech zgasł.

– Kie­dyś i ja ją mia­łem. – Wes­tchnął i prze­su­nął kciu­kiem po pal­cach poni­żej knykci. – I ja ją mia­łem.

Księga pierwsza. Kochanek Śmierci

I oto, moje dzieci, słowo jego Ojca stało się cia­łem – Synem – i wszyst­kie chóry empi­rej­skie wypeł­niły się nie­zmie­rzoną rado­ścią. Jego Matce-Dzie­wicy zastępy anio­łów zło­żyły hołd, a jej świę­temu dzie­cię­ciu każdy poda­ro­wał skarb uczy­niony wła­snymi rękami. Od Evan­ge­line otrzy­mał Umiar­ko­wa­nie, od Eirene Nadzieję, wielki Raphael obda­rzył go Mądro­ścią, aby Odku­pi­ciel mógł spra­wie­dli­wie wła­dać kró­le­stwami tego świata. Zaś by jego wro­go­wie drżeli przed nim, ponury Mahné poda­ro­wał dzie­ciątku wła­dzę nad Śmier­cią, Sanael – tajem­nice krwi, Gabriel zaś Ogień, który wypali mu drogę do tronu.

I spodo­bało się to Kró­lowi Nie­bios.

Księga Odku­pi­ciela, 2:39

I

Prezenty pożegnalne

– Celene powie­działa ci, że nie zosta­łem na pogrze­bie Dior.

– Oui. – Jean-François uniósł smu­kłą dłoń w ostrze­gaw­czym geście. – Zanim jed­nak znowu pogrą­żysz się w ckli­wych lamen­tach, myślę, że uczci­wie byłoby ostrzec cię, że wspo­mniała także, iż Lachance nie zgi­nęła w bitwie o Dún Maer­genn. Trzy dni póź­niej, po tym, jak ciało pocho­wano w gro­bowcu Matki-Dzie­wicy, Święty Graal otwo­rzył ponow­nie swe nie­bie­ściut­kie oczęta. Oszczędź więc swoje łzy dla tru­ba­du­rów.

– Trzy dni. – Gabriel pokrę­cił głową. – Rów­nie dobrze mogło upły­nąć całe życie.

– Rozu­miem, że nie dowie­dzia­łeś się zbyt rychło o tym powro­cie do życia?

– Już dawno mnie tam wtedy nie było.

– Jakie to wygodne.

Sre­bro­święty posłał mar­ki­zowi ostre spoj­rze­nie, zatrzesz­czał ści­śnięty pod­ło­kiet­nik.

– Nie było w tym niczego wygod­nego, ty bez­duszny kuta­sie. Myśla­łem, że ona nie żyje! Rozu­miesz to? Du kurwy nędzy, na Boga Wszech­mo­gą­cego, kiedy myślę o pie­kle, jakie prze­sze­dłem, o cier­pie­niu na myśl, że ta dziew­czyna ode­szła, bo zawio­dłem ją jak moją córkę, jak moją żonę, jak każdą inną duszę na tym zapo­mnia­nym przez Boga padole łez, jaką KIE­DY­KOL­WIEK KOCHA­ŁEM…

– Spo­koj­nie, Gabrielu.

Sre­bro­święty stał, zaci­ska­jąc pię­ści. Jean-François sły­szał serce walące mu w piersi, zapach krwi i żelaza wypeł­niał powie­trze. Sie­dział z nogą zało­żoną na nogę, sta­ra­jąc się spra­wiać wra­że­nie pogod­nego. Jed­nakże cień ataku Gabriela z pierw­szej nocy ich roz­mowy zawisł nagle mię­dzy nimi, a Jean-François na­dal miał bli­zny na ciele.

– Del­phine czeka za drzwiami wraz z oddzia­łem uzbro­jo­nych nie­wol­nych. – Wam­pir ski­nął pió­rem. – I jeśli dasz mi powód, żeby go wezwać, oba­wiam się, że nie obej­dzie się z tobą łagod­nie. – Pochy­lił się i szep­nął kon­spi­ra­cyj­nie: – Nie­biosa jedne wie­dzą, czemu dobry capi­ta­ine za tobą nie prze­pada.

Gabriel zapa­no­wał nad gnie­wem, ode­tchnął głę­boko i zapadł się ponow­nie w fotelu. Upił łyk wina i skrzy­wił się.

– Serce mi pęka, kiedy to sły­szę.

– Nie potra­fię nawet wyobra­zić sobie two­jego cier­pie­nia. – Jean-François odpo­wie­dział takim samym uśmie­chem, prze­wra­ca­jąc oczami. – Ale skoro już mowa o pęk­nię­tym sercu, to jak to moż­liwe, że wieść o cudow­nym zmar­twych­wsta­niu Gra­ala nie dotarła do cie­bie? Jak daleko mogłeś się odda­lić, zanim szel­mow­ski mały tru­pek wywlekł się ze swo­jego grobu?

– Powie­dział­bym ci, żebyś zapy­tał Celene i prze­ko­nał się, czy kłam­stwa, któ­rymi cię karmi, pasują do tych, jakie mi wysy­czała. Jed­nak ni­gdy nie pozwól, żeby dwa razy uką­sił cię ten sam wąż, wam­pi­rze. – Gabriel wzru­szył ramio­nami. – Pew­nie osta­tecz­nie nie ma to zna­cze­nia. W tam­tym cza­sie wie­dzia­łem tylko, że dziew­czyna, którą przy­sią­głem chro­nić, została zamor­do­wana na moich oczach. W dodatku z mojej winy. Tak samo jak moja Patience.

Sre­bro­święty prze­su­nął kciu­kiem po wyta­tu­owa­nym na pal­cach imie­niu.

– Wiesz, zawieść uko­chaną to jedno, ale zawieść wła­sne dziecko to coś cał­kiem innego. Nie poj­mu­jesz głębi tego uczu­cia, będąc tym, kim jesteś. Kiedy jed­nak decy­du­jesz się spro­wa­dzić na ten świat życie, idzie za tym obiet­nica. Się­ga­jąca szpiku kości. Poczu­łem ją w sobie, kiedy tylko wzią­łem Patience na ręce.

Pokrę­cił głową ze zdu­mie­niem i szep­tał dalej:

– Boże, była taka maleńka. Bałem się, że zro­bię jej krzywdę. Nie chcia­łem jej wziąć na ręce, kiedy Astrid pró­bo­wała mi ją podać. Zro­zu­miała jed­nak. Znała mnie lepiej, niż zna­łem sam sie­bie. I kiedy wepchnęła mi to małe cie­płe zawi­niątko na ręce, poczu­łem, jak zgroza we mnie… top­nieje. Sto­piła się, zago­to­wała i stward­niała w stal takiej deter­mi­na­cji, że roz­cię­łaby zie­mię na dwoje. Łatwiej jest, gdy nie­na­wi­dzisz tego, z czym wal­czysz, ale o wiele lepiej jest kochać to, czego bro­nisz. Patrząc w oczy mojego dziecka, wie­dzia­łem, że zro­bił­bym wszystko, żeby zapew­nić mu bez­pie­czeń­stwo. Wszystko. To samo obie­ca­łem Dior. Powie­dzia­łem, że wywal­czę sobie drogę powrotną z otchłani, żeby sta­nąć u jej boku. Nie rozu­mia­łem, jak bar­dzo wtedy tego potrze­bo­wa­łem. Nie dostrze­ga­łem pustki w sobie, którą ta dziew­czyna powoli wypeł­niała. Ale po wielu wspól­nych milach i przej­ściach Dior Lachance zaczęła zna­czyć dla mnie tyle samo co córka, którą kie­dyś trzy­ma­łem na rękach. – Pokrę­cił głową i ode­tchnął głę­boko. – I zawio­dłem je obie. Poże­gna­łem się z nią. Zakra­dłem się do zim­nej kom­naty, gdzie poło­żono ją na noc przed pogrze­bem. Dawno już minęła godzina duchów, wygłod­niałe wia­try wyły pośród ruin Maer­genn, a chaos bitwy zastą­piła gorzka świa­do­mość, jaką cenę przy­szło nam wszyst­kim zapła­cić. Aaron odje­chał z Bap­ti­ste’em, żeby spró­bo­wać odszu­kać iskrę miło­ści pośród popio­łów. Lachlan zbli­żał się do dna butelki i szu­kał pocie­chy w mętach; prze­żył jako jedyny ze srebr­nego oddziału, który spro­wa­dził na pomoc Dior. Pho­ebe została ze swo­imi, pła­cząc nad tru­pem męża, któ­rego stra­ciła, odna­la­zła i znowu stra­ciła.

– A Celene?

– Pie­przyć Celene – wark­nął Gabriel, prze­su­wa­jąc wyta­tu­owa­nymi knyk­ciami po ustach. – Wie­działa od samego początku. O Odku­pi­cielu. Jego klą­twie. Syn Boga, któ­rego czciła, ścią­gnął to pie­kło na nas wszyst­kich, a ona na­dal chciała przed nim klę­kać. Wbiła mi nóż w plecy. Kła­mała mi pro­sto w twarz. Na temat mojego ojca. Esani. I osta­tecz­nie to przez nią stra­ci­łem Dior. Moja sio­stra mogła spło­nąć w pie­kle, jeśli o mnie cho­dzi.

Sta­łem w tym zim­nym pomiesz­cze­niu i patrzy­łem na biedne dziecko. Rany, które wyorała mi w policzku, pło­nęły od moich łez. Dłu­gie, jasne włosy uło­żono wokół jej głowy jak aure­olę, ubrano ją w piękną zbroję pły­tową, lśniącą w sła­bym świe­tle. Jed­nak lewą rękę celowo zosta­wiono odsło­niętą, wciąż pora­nioną i poszar­paną – stra­ciła wszyst­kie palce poza kciu­kiem i pal­cem wska­zu­ją­cym w bitwie, którą osta­tecz­nie przy­pła­ciła życiem. Cały świat pogrą­żył się w burzy, a ja bez niej stra­ci­łem grunt pod nogami. Prze­pa­dła nadzieja na spro­wa­dze­nie słońca z powro­tem. Myśl o lep­szym jutrze. Zosta­łem w końcu z jedyną rze­czą, jaka pozo­stała mi po nocy, kiedy on zapu­kał do mych drzwi. Z zemstą.

Pło­ną­łem pra­gnie­niem zemsty; to był jedyny ogień, jaki mnie jesz­cze roz­grze­wał. Zdjąw­szy szy­nel z mar­twego srebr­nego brata, dosia­dłem konia i poga­lo­po­wa­łem w wichurę. Przy­sią­głem tej bied­nej dziew­czy­nie, że nawet jeśli niczego wię­cej nie doko­nam, zanim tra­fię do pie­kła, na które naprawdę zasłu­ży­łem, dopil­nuję, żeby Fabién Voss zmarł na moich oczach. Pomsz­czę świat, który on znisz­czył. Z tą obiet­nicą i pre­zen­tami poże­gnal­nymi od Dior poje­cha­łem zabić Wiecz­no­tr­wa­łego Króla.

Jean-François zmarsz­czył brwi.

– Pre­zenty poże­gnalne?

Gabriel pokrę­cił głową, oczy mu się zaszkliły. Popa­trzył w chy­mijną kulę – duchy prze­szło­ści migo­tały w jej bla­sku.

– Przez nie­koń­czącą się noc jecha­łem na pół­nocny wschód z bie­giem Òrd i powoli plan for­mo­wał się w mojej gło­wie. Wkrótce miał minąć naj­cięż­szy okres zimy, co było bło­go­sła­wień­stwem i prze­kleń­stwem zara­zem. Odkąd nastał bez­dzień, wio­sna, lato i jesień trwały razem rap­tem trzy mie­siące, ale żaden wam­pir nie może prze­kro­czyć pły­ną­cej wody ina­czej niż po moście lub w trum­nie. Nadej­ście odwilży zna­czyło, że wkrótce będę podró­żo­wał wol­niej, ale z dru­giej strony Bez­kre­sny Legion będzie musiał zakoń­czyć marsz. Armia Fabiéna znaj­do­wała się gdzieś we wschod­nim Eli­da­enie, bo on jak zawsze kie­ro­wał wzrok na Augu­stin, ale przy odro­bi­nie szczę­ścia potężne châteaux bro­niące sto­licy od pół­nocy wytrzy­mały kolejną zimę i Wiecz­no­tr­wały Król będzie musiał się wyco­fać i pocze­kać na kolejną porę mro­zów.

Pocze­kać na mnie.

Znaj­do­wa­łem w dro­dze tylko dwie pocie­chy, a obie roz­grze­wały mnie bar­dziej niż myśl o nad­cho­dzą­cej wio­śnie. Pierw­szą był mój wierz­cho­wiec, dzielny Argent, poda­ru­nek od mojej sta­rej przy­ja­ciółki Fionny z Czer­wo­nej Straż­nicy. Wielki wałach prze­pro­wa­dził mnie bez­piecz­nie przez prze­klętą Uroczną Pusz­czę i zamar­z­nięte Pogó­rze aż pod mury Maer­genn. To była szla­chetna ossway­ska rasa zwana tar­reun, znana z siły i wytrzy­ma­ło­ści. Był zasad­ni­czo mysza­tej maści o lek­kim poły­sku przy­wo­dzą­cym na myśl metal – pew­nie stąd wzięło się jego imię – miał jed­nak białe skar­petki na przed­nich nogach i białe plamy na gło­wie, ukła­da­jące się nie­mal w kształt czaszki. Biegł nie­zmor­do­wany, poko­ny­wał całe mile śniegu bez wytchnie­nia, tak nie­za­wodny, jak tylko można sobie życzyć.

Druga moja pocie­cha jechała przy­mo­co­wana do sio­dła Argenta, poły­sku­jąc sre­brem w bez­gra­nicz­nej ciem­no­ści: moja wierna klinga, Poże­raczka Popio­łów. Trzy­ma­łem ją, kiedy wyci­na­łem sobie krwawą drogę przez Maer­genn, zabi­ja­jąc jed­na­kowo nie­szczę­śni­ków i szla­chet­no­kr­wi­stych. Scho­wa­łem ją jed­nak do pochwy, gdy zsze­dłem chwiej­nie do grobu, gdzie zoba­czy­łem koniec Dior, i od tam­tej pory nie mia­łem odwagi jej dobyć. Wie­dzia­łem, że Popi szcze­rze mnie kocha, ale kochała też Dior, w końcu razem zabiły Dan­tona Vossa. Cho­ciaż mogła prze­ma­wiać tylko wtedy, gdy dzier­żyło się ją w dłoni, musiała widzieć wszystko, co wyda­rzyło się mię­dzy Celene a mną w ostat­nich chwi­lach, zanim Lilidh…

Gabriel z tru­dem prze­łknął ślinę i pokrę­cił głową.

– Już ci wspo­mnia­łem: naj­lep­szy przy­ja­ciel to szczery przy­ja­ciel, zim­no­krwi­sty, ale prawda to naj­ostrzej­szy nóż. I bałem się tego, jak głę­boko może zra­nić mnie Popi, kiedy wresz­cie znowu jej dobędę. Potrze­bo­wa­łem dwóch nocy, żeby zebrać się na odwagę. Moje dni były mroczne jak zmierzch, a zmierz­chy ciemne jak śro­dek nocy; zdła­wione słońce kuś­ty­kało po nie­bie, kiedy jecha­łem nie­ustan­nie na pół­noc. Prze­mie­rza­łem ten kraj lata temu, kiedy wal­czy­łem w kam­pa­niach ossway­skich, mimo to wstrzą­snęło mną, jak głę­boko wżarło się w niego zepsu­cie. Poła­cie mar­twych drzew, gru­bych od lodu i zdła­wio­nych grzy­bem. Lodo­wate wia­try wyły nad mar­twymi zie­miami upraw­nymi. Szary śnieg cuch­nął siarką i cią­gnął się jak okiem się­gnąć. Ni­gdzie śpiewu pta­ków. Ani śladu cie­pła. Ani śladu nadziei.

Noco­wa­łem w znisz­czo­nej wieży straż­ni­czej. To był led­wie krąg walą­cego się kamie­nia z próch­nie­ją­cym drew­nia­nym dachem zatrzy­mu­ją­cym śnieg. Dopa­li­łem poobied­nią fajkę sanc­tusu, sakra­ment osa­dzał się w moich żyłach i uspo­ka­jał sza­le­jący we mnie głód. Sie­dząc przy ogniu, poło­ży­łem Poże­raczkę na kola­nach. Przy­glą­da­łem się damie na ręko­je­ści, wło­som wyrzeź­bio­nym w dłu­gie, srebrne fale i rękom wycią­gnię­tym na jelcu. Wzią­łem głę­boki wdech i powoli wycią­gną­łem miecz z pochwy. Jed­nak w gło­wie usły­sza­łem tylko ciszę.

– Popi…? – szep­ną­łem.

Ostrze było dłu­gie i zakrzy­wione w sta­ro­tal­ho­skim stylu, tajem­ni­cze znaki lśniły na klin­dze w świe­tle ognia i ury­wały się sześć cali od miej­sca, gdzie powi­nien być koniec. Przyj­rza­łem się sre­brzy­stej damie na ręko­je­ści o twa­rzy zamro­żo­nej w wiecz­nym uśmie­chu, aniel­skiej i pogod­nej.

– Poże­raczko Popio­łów?

PUUUUUŚĆ MNIE, Z-Z-Z-ZŁO­CZYŃCO!

Głos w mojej gło­wie mniej przy­po­mi­nał pieśń, a bar­dziej wrzask, który ude­rzył tak nagle i gło­śno, że pra­wie wypu­ści­łem ją z ręki. Zamy­ka­jąc dło­nie na gład­kiej skó­rze ręko­je­ści, skrzy­wi­łem się i cze­ka­łem, aż echo krzyku wyga­śnie w mojej czaszce.

– Jak pra­gnę wygrzmo­cić słodką Matkę-Dzie­wicę, Popi, nie ma potrzeby, żeby…

OBMIER­ZŁY NĘDZ­NIKU! N-N-N-NIE­WIERNY KUN­DLU! NIE PLAM M-M-MOJEJ RĘKO­JE­ŚCI SWOIM GRZESZ­NYM D-D-DOTY­KIEM ANI MOICH USZU SWYMI BEZ­BOŻ­NYMI ZNIE­WA­GAMI! WSTYDŹ SIĘ, TY OSPO­WATA GNIDO, WYPO­WIA­DA­JĄC TAK OBRZY­DLIWE B-B-BLUŹ­NIER­STWA!

– Myśla­łem, że do tej pory już się przy­zwy­cza­iłaś.

WYPUŚĆ MNIE, SKUR­WY­SYNU!

– Posłu­chaj, Popi, prze­pra­szam, ale…

MYDŁEK! CH-CHAM! POD­ŁEGO POCHO­DZE­NIA BĘKART PUSZ­CZAL­SKIEJ…

– Słu­chaj no, prze­stań na mnie WRESZ­CIE WRZESZ­CZEĆ, DOBRZE?

Argent par­sk­nął i uniósł wzrok, kiedy mój ryk roz­brzmiał wśród walą­cych się ścian. Moja klinga zamil­kła, dama na ręko­je­ści wciąż się uśmie­chała, cho­ciaż jakimś cudem jed­no­cze­śnie zdo­łała spio­ru­no­wać mnie wzro­kiem.

Wes­tchną­łem wtedy, prze­su­ną­łem dło­nią po twa­rzy i aż syk­ną­łem, gdy kciu­kiem podraż­ni­łem rany. Zmru­ży­łem oczy, patrząc na ciemną stal ostrza Popi, i zoba­czy­łem ich mętne odbi­cie: dwa wyżło­bie­nia wyrwane przez kości bied­nej, pogru­cho­ta­nej ręki Dior. Minęło kilka dni, a one wciąż się nie goiły, ciało pod pra­wym okiem i na policzku zostało głę­boko roz­orane. Wyglą­dały pra­wie jak łzy uro­nione nad dziew­czyną, która mi je poda­ro­wała.

– Na­dal są widoczne.

Sre­bro­święty pod­niósł wzrok na Jeana-François, który popu­kał się pió­rem w gładki poli­czek. Gabriel odru­chowo pod­niósł rękę, musnął bli­zny pod pra­wym okiem.

– Bla­do­kr­wi­ści leczą się ze wszyst­kich ran oprócz tych naj­bar­dziej śmier­cio­no­śnych, de León. Tak samo jak Krewni. Bar­dzo nie­wiele rze­czy zosta­wia nam bli­zny. Nie uzna­łeś tego za dziwne, że rany zadane przez Lachance się nie goją?

– Oui. – Gabriel wzru­szył ramio­nami. – Widzia­łem jed­nak już wcze­śniej, jak jej krew spo­piela wam­piry. A w końcu sam byłem w poło­wie wam­pi­rem. Prawdę mówiąc, byłem zbyt zbo­lały z powodu jej śmierci, żeby dużo o tym myśleć. Patrząc tam­tej nocy na swoje odbi­cie w klin­dze Poże­raczki, uzna­łem, że zasłu­ży­łem na odro­binę bólu.

– Masz wszel­kie prawo być na mnie zła, Poże­raczko Popio­łów – powie­dzia­łem jej wtedy. – Wiem, że cię zawio­dłem. Że zawio­dłem ją. Jed­nakże od dnia, kiedy pierw­szy raz wzią­łem cię do ręki, pozo­sta­łem wierny…

N-n-nie mów mi o wie­rze! Kalasz moją ręko­jeść swo­imi rękami z-z-z-zło­dzieja!

– Nie jestem zło­dzie­jem.

Ty w gnoju toczony kozo­jebco, jakim cudem m-m-m-mnie dzier­żysz? Gdzie mój p-p-pra­wo­wity pan? O, nie­szczę­sny głup­cze, jeśli go skrzyw­dzi­łeś, zastępy nie­bie­skie odwrócą wzrok od pie­kła, jakie c-c-c-ci urzą­dzę!

– Popi, to ja jestem twoim panem. Twoim przy­ja­cie­lem.

Dia­bła tam, powia­dam! Co za per­fi­dia i pod­łość, wyrwać mnie z rąk, któ­rym mnie powie­rzono! N-n-n-n-niego-go-god­nyś mnie, ty świ­nio­lubny worze kła­ków!

Serce zaci­snęło mi się w piersi, gdy dotarła do mnie prawda. Od nocy, kiedy pękła na skó­rze Wiecz­no­tr­wa­łego Króla, Poże­raczka Popio­łów ni­gdy do końca się nie otrzą­snęła. Jej umysł błą­dził, zaci­nała się, mówiąc, cza­sem tra­ciła orien­ta­cję, gdzie, a nawet kiedy się znaj­duje, ale ni­gdy dotąd nie doszła do tego, żeby…

Nie kalaj mnie wię­cej swo­imi l-l-l-lep­kimi łap­skami i zwróć mnie m-m-mojemu panu! Będę POTRZEBNA w n-nad­cho­dzą­cej bitwie! ZWRÓĆ MNIE, POWIA­DAM!

Jej głos ucichł, kiedy wsu­ną­łem ją z powro­tem do pochwy i puści­łem ręko­jeść. Chyba ni­gdy dotąd nie czu­łem się bar­dziej samotny niż w tam­tej chwili. Bez względu na moje porażki nawet naj­ciem­niej­sze godziny mojego życia roz­świe­tlał cię­żar tego ostrza w ręce. A teraz…

Słodka Matko-Dzie­wico, ona nawet nie pamię­tała, kim jestem.

Zasta­na­wia­łem się nad powo­dem tego stanu rze­czy. Nad tym, co się zmie­niło mię­dzy nami. Jed­nak w minio­nych cza­sach, kiedy Popi tra­ciła poczu­cie czasu, zawsze odnaj­dy­wała drogę powrotną do teraź­niej­szo­ści. Do mnie. Mając nadzieję, że wspo­mnie­nia wrócą do niej wraz z wątłym świa­tłem jutrzenki, odło­ży­łem ją na bok i uca­ło­wa­łem srebrne czoło. Zwi­ną­łem się powoli obok ognia i ruszy­łem na poszu­ki­wa­nie snu.

Jean-François zanu­rzył pióro w atra­men­cie.

– To dość nie­mą­dre, co? Pomi­ja­jąc nie­na­wiść do sie­bie? Wędrówka po pust­ko­wiach Eli­da­enu bez nikogo, kto czu­wałby nad tobą, to pro­sze­nie się o kło­poty, oui?

– Nie mia­łem dużego wyboru. – Gabriel wzru­szył ramio­nami. – Jed­nak według mojej oceny byłem względ­nie bez­pieczny. Kam­pa­nia Nikity w Osswayu nie pozo­sta­wiła za sobą niczego żywego, a zorien­to­wał­bym się, gdyby jakiś Umarły się zbli­żał, zanimby do mnie dotarł.

– W jaki spo­sób?

Gabriel prze­su­nął pal­cem po srebr­nym wzo­rze na dło­niach: gir­lan­dzie cza­szek na pra­wej, ple­cionce z róż na lewej. Histo­ryk wie­dział, że takie tatu­aże pokry­wają więk­szość jego ciała, a przy­naj­mniej te czę­ści, które Gabriel był uprzejmy mu poka­zać.

– Egida sre­bro­świę­tego – mruk­nął Jean-François.

– Tusz zacząłby pło­nąć w obec­no­ści zła, i to tak jasno, żeby je ośle­pić. Dar, któ­remu nie dorówna żadna docze­sna zbroja. – Gabriel wzru­szył ramio­nami. – A poza tym Argent robił za pochod­nię pło­nącą nie­mal rów­nie jasno jak sre­bro na mojej skó­rze. Stwo­rze­nia ziemi i nieba nie­na­wi­dzą two­jego rodzaju, wam­pi­rze. Wasz zapach, sama wasza obec­ność wypro­wa­dza je z rów­no­wagi. Uznaw­szy więc, że jestem dosta­tecz­nie bez­pieczny, zasną­łem, mając nadzieję, że nie będę pamię­tał snów. – Gabriel upił łyk wina i się skrzy­wił. – Mimo to wciąż prze­śla­do­wała mnie w snach. Więź mię­dzy nami została spi­sana czer­wie­nią w moich żyłach. Dwa razy już piłem jej krew, raz w San Michon, kiedy ura­to­wała mi życie, i potem znowu w Cairn­haem, kiedy pró­bo­wała mi je ode­brać. Prze­ko­na­łem się, że Celene czeka na mnie za murem snu: postać w falu­ją­cym szkar­ła­cie. Stała przede mną na murach Dún Maer­genn z Aléne Voss więd­nącą w jej obję­ciach. A kiedy pod­nio­sła okrwa­wione usta znad gar­dła Księż­nej Wiecz­no­ści, uśmiech­nęła się, uka­zu­jąc nagą szczękę pełną ostrych jak brzy­twa zębów.

– Prze­sss tę krew będziemy mieć życie wieczne.

Obu­dzi­łem się od tego syku i się­gną­łem po miecz, ale, mru­ga­jąc pośród zim­nej ciem­no­ści, przy­po­mnia­łem sobie, gdzie jestem. Ogień zgasł, burza uci­chła, zapach siarki spa­dał wraz ze świe­żym śnie­giem. Zer­k­ną­łem przez okno mojej walą­cej się wieży, słu­cha­łem szeptu wia­tru i pośród niego usły­sza­łem deli­katne jak oddech dziecka skrzy­pie­nie mrozu pod szybko bie­gną­cymi sto­pami.

Argent prych­nął, ude­rza­jąc kopy­tami w zimną, kamienną pod­łogę. Oprzy­tom­nia­łem cał­ko­wi­cie, brzuch wypeł­nił mi się lodem, gdy poją­łem, że nie jestem sam. Cho­ciaż wierz­cho­wiec się dener­wo­wał, moja egida wciąż nie pło­nęła, byłem więc prze­ko­nany, że cokol­wiek zbliża się nocą, nie jest to wam­pir.

Ostatni Sre­bro­święty zaśmiał się, obra­ca­jąc kie­lich w zręcz­nych pal­cach.

– Możesz wyobra­zić sobie moje zdzi­wie­nie, kiedy skur­wiel wpadł przez okno i spró­bo­wał urwać mi głowę.

II

Bohaterowie

– Skur­wiel? – Jean-François pod­niósł wzrok znad tomu. – To tytuł czy zawód?

– Ani jedno, ani dru­gie. To był brud­no­kr­wi­sty. Kobieta. Umarła po czter­dzie­stce, roz­kła­dała się ze cztery dni, zanim stała się wam­pi­rem. Ciało miała wzdęte, zgni­li­zna objęła już mózg i usta, w któ­rych uka­zały się dwa ostre kły, gdy je roz­warła. Ryk­ną­łem, kiedy wpa­dła przez okno i wylą­do­wała mi na piersi. Upa­da­jąc, wycią­gną­łem Poże­raczkę z pochwy i wrza­sną­łem, kiedy w mojej gło­wie roz­legł się nie­mal ogłu­sza­jący srebrny krzyk:

PUŚĆ MNIE, TY NĘDZNY ŁOJO­ŻERNY DUPO­JEBNY…

Padłem na pod­łogę, całe powie­trze uszło mi z płuc, a pod wpły­wem szoku wywo­ła­nego krzy­kiem Poże­raczki wypu­ści­łem ją z ręki. Wypa­dła mi z pal­ców, kiedy nie­szczę­śnica rzu­ciła mi się do gar­dła. Syk­nęła i od jej wypeł­nio­nego zgni­li­zną odde­chu łza­wiły mi oczy. Ude­rzy­łem ją w twarz. Wrza­snęła z powodu sre­bra na mojej skó­rze, które przy­pa­liło jej ciało. Wbiła mi palce w gar­dło, w nad­gar­stek i zaata­ko­wała jak żmija, zanu­rza­jąc te obmier­złe kły w moje przed­ra­mię i gry­ząc naprawdę mocno.

Wyrwa­łem się z rykiem, krew roz­bły­sła, try­ska­jąc na wszyst­kie strony. Argent szarp­nął się, kiedy obry­zgała mu bok, i spró­bo­wał zerwać się z postronka. Prze­tur­la­łem się po zim­nych kamien­nych pły­tach, a mar­twa kre­atura się­gała łapami, młó­ciła nimi, syczała, wario­wała, byle tylko posma­ko­wać mojej krwi. I cho­ciaż stra­ci­łem Popi, nie byłem bez­bronny: zaci­sną­łem palce na gar­dle nie­szczę­śnicy i się­gną­łem w głąb sie­bie.

Wszy­scy bla­do­kr­wi­ści zostają pobło­go­sła­wieni i prze­klęci przez swo­ich ojców, wam­pi­rze. Drę­czy ich głód, który osta­tecz­nie dopro­wa­dza ich do sza­leń­stwa, ale otrzy­mują także dary: siłę, szyb­kość i ślad talentu, jaki ma krew ich rodu. Pano­wa­nie nad zwie­rzę­tami otrzy­mują syno­wie Cha­sta­inów. Bez­bożną siłę chłopcy zro­dzeni z Dyvo­ków. Zdol­ność wypa­cza­nia uczuć – Ilo­no­wie. A dla mnie bło­go­sła­wień­stwem od ojca, któ­rego ni­gdy nie pozna­łem, była plu­gawa sztuka Nie­wier­nych.

– San­gwi­man­cja – powie­dział Jean-François.

Gabriel poki­wał głową.

– Wła­dza nad samą krwią. Moja moc była led­wie cie­niem zdol­no­ści ojca, zaled­wie kro­plą zro­dzoną z oce­anu, ale kiedy wbi­łem palce w gar­dło tego stwora, przy­zwa­łem tę bez­bożną potęgę. Wez­brała we mnie, wypły­nęła przez opuszki pal­ców i zago­to­wała krew w gni­ją­cych żyłach tej jeba­nej bestii.

Wrza­snęła; zostało jej dość umy­słu, żeby zare­je­stro­wać strasz­liwy ból. Ude­rzy­łem jej głową w kamień, chcąc zakoń­czyć to szybko. I tak by się stało, gdyby przez drzwi do wieży nie wpa­dła następna dwójka.

Chło­piec i dziew­czyna nie­wiele starsi od Dior, dosta­tecz­nie podobni, by wyglą­dać na krew­nia­ków, wpa­dli na mnie i ode­rwali moje ręce od szyi wrzesz­czą­cej kobiety. Krew try­snęła, kość pękła. Odkop­ną­łem chło­paka na bok, a wtedy dziew­czyna rzu­ciła mi się do gar­dła. I gdy zimny strach wypeł­nił mój brzuch, zła­pa­łem się na tym, że patrzę Anio­łowi Śmierci w oczy.

– Wal­cząc z brud­no­kr­wi­stymi? – Histo­ryk prych­nął pogar­dli­wie. – Bła­gam, de León, doce­niam fakt, że od początku silisz się na dra­ma­tyzm, ale chyba nie ocze­ku­jesz, że uwie­rzę, że bałeś się o swoje życie.

– Mówisz jak ktoś, kto ni­gdy nie wal­czył o wła­sne życie. Gni­jący czy nie, nie­szczę­śnicy to wam­piry. Szyb­sze od naj­bar­dziej rączej łani, silne jak tuzin zwy­kłych ludzi. Oui, ja też nie byłem zwy­czajny. Minęło jed­nak wiele godzin od wypa­lo­nego przeze mnie po kola­cji sakra­mentu i cho­ciaż min­strele w każ­dej pod­łej knaj­pie wyśpie­wują, że byłem naj­więk­szym szer­mie­rzem w dzie­jach, mój miecz leżał na kamie­niu tam, gdzie upadł. Byłem głodny, bez broni i wal­czyłem z trójką prze­ciw­ni­ków. – Gabriel pokrę­cił głową. – Jak już ci powie­dzia­łem, cmen­ta­rze świata pełne są głup­ców, któ­rzy nie uwa­żali stra­chu za przy­ja­ciela. Zarę­czam ci, Cha­stain, że się bałem.

To Argent zapew­nił mi prze­strzeń do walki, kiedy wresz­cie zerwał się z postronka i kop­nął stwora podob­nego do chło­paka. Zim­no­krwi­sty ude­rzył w mur, a ja z krzy­kiem zła­pa­łem dziew­czynę za nad­gar­stek i cisną­łem nią w ślad za nim. Zde­rzyła się z kamie­niem, osła­biona zaprawa i cegły posy­pały się w noc, oboje napast­ni­ków prze­le­ciało przez ścianę. Jed­nakże moje zwy­cię­stwo było krót­ko­trwałe. Wie­kowa wieża drżała wokół mnie, mur falo­wał jak morze pod­czas sztormu, aż w końcu budowla się pod­dała i zawa­liła mi się na głowę.

Argent był dosta­tecz­nie szybki, żeby uciec, a ja zdo­ła­łem unik­nąć naj­gor­szego, wyska­ku­jąc przez mur, kiedy dach z hukiem runął. Cegły jed­nak posy­pały mi się na plecy, na mój durny łeb, bez­gło­śna eks­plo­zja buch­nęła mi za oczami i w fon­tan­nie krwi wpa­dłem w śnieg.