Cesarstwo potępionych. Cykl Wampirze cesarstwo. Księga 2 - Jay Kristoff - ebook
NOWOŚĆ

Cesarstwo potępionych. Cykl Wampirze cesarstwo. Księga 2 ebook

Jay Kristoff

4,8

287 osób interesuje się tą książką

Opis

Gabriel de León ocalił Świętego Graala od śmierci, ale stracił przy tym szansę na położenie kresu wiecznej nocy. Po tym, jak na dobre wyrzekł się swoich srebroświętych braci, wyrusza z Graalem w drogę, aby poznać prawdę o tym, jak zakończyć bezdzień. Ostatniemu Srebroświętemu zagrażają jednak liczne niebezpieczeństwa, zarówno zewnętrzne, jak i wewnętrzne. Ścigany przez potomków Wiecznotrwałego Króla, wciągnięty w tkane od stuleci pajęczyny wojen i waśni i dręczony wzmagającą się żądzą krwi może nie dożyć chwili, gdy objawiona zostanie prawda na temat Graala. Prawda zbyt straszna, by ktokolwiek potrafił ją objąć wyobraźnią.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 1025

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,8 (5 ocen)
4
1
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Grzegorz2977

Nie oderwiesz się od lektury

O Jezu nareszcie!
50
Yedolte2

Dobrze spędzony czas

Nie tak dobra jak pierwsza ale dalej trzymająca w napięciu. Dość denerwujące powtórzenia co do wyglądu postaci, gdzie 50 raz wspomniane czekoladowe oczy potrafiły mnie mocno wybić z najbardziej emocjonujących momentów :/ nowe postaci w większości bardzo ciekawe i standardowo moralnie mieszające w głowie:)
02

Popularność




Mapa 1

Mapa 2

Dramatis Personae

Dra­ma­tis Per­so­nae

Dłu­gie zimy nastały i prze­mi­nęły, odkąd spo­tka­li­śmy się poprzed­nio, drogi czy­tel­niku. Upływ czasu dla nikogo nie jest łaskawy, pamięć to kapry­śna bestia, w życiu zaś dzieje się zbyt wiele, by spa­mię­tać wszyst­kie imiona i uczynki. Dla­tego też twój histo­ryk posta­no­wił przy­po­mnieć ci głów­nych akto­rów tego dra­matu. Oto oni:

Gabriel de León – Ostatni Sre­bro­święty, Czarny Lew z Lor­son i domnie­many główny boha­ter tej opo­wie­ści. Uro­dził się na dzie­więć lat przed nasta­niem bez­d­nia, kiedy to słońce znik­nęło z nieba nad całym cesar­stwem eli­da­eń­skim. Jego dzie­ciń­stwo było krót­kie i okrutne. Jest bla­do­kr­wi­stym – synem śmier­tel­nej matki i ojca-wam­pira, po któ­rym odzie­dzi­czył zarówno wielką moc, jak i wiel­kie pra­gnie­nie. Jako pięt­na­sto­letni chło­pak został zwer­bo­wany do Srebr­nego Zakonu San Michon i stał się wiel­kim wojow­ni­kiem tego świę­tego brac­twa, póź­niej jed­nak okrył się hańbą i popadł w nie­ła­skę.

Czas pły­nął. Od eks­ko­mu­niki minęło z górą dzie­sięć lat i Gabriel stał się wra­kiem czło­wieka, uza­leż­nio­nym od przyj­mo­wa­nia sanc­tusu (nar­ko­tyku, który pozwala mu powścią­gnąć nie­ustan­nie wzma­ga­jącą się żądzę krwi). I wła­śnie wtedy na swo­jej dro­dze do zemsty nasz upa­dły wzór cnót wsze­la­kich spo­tkał dziew­czynę, która miała na zawsze odmie­nić jego życie.

Dior Lachance – w wieku jede­na­stu lat osie­ro­cona przez matkę-pro­sty­tutkę zaczęła ubie­rać się jak chło­pak, żeby unik­nąć kło­po­tów czy­ha­ją­cych w ciem­nych zauł­kach i rynsz­to­kach, w któ­rych spę­dziła mło­dość. Życie drob­nej zło­dziejki przy­brało nie­spo­dzie­wany obrót, gdy odkryła, że jej krew leczy rany i wszel­kie cho­roby. Została oskar­żona o czary i ska­zana przez Świętą Inkwi­zy­cję na śmierć. Ura­to­wała ją Chloe Sau­vage, sio­stra Srebr­nego Zakonu i przy­ja­ciółka Gabriela.

Dobra sio­strzyczka wyja­śniła Dior, że moc jej krwi to nie żadne cza­ro­dziej­stwo, lecz bło­go­sła­wień­stwo wprost z nieba. Dior jest potom­ki­nią kobiety imie­niem Esan, córki Odku­pi­ciela, śmier­tel­nego syna samego Boga. Dziś na jej bar­kach spo­częła misja zakoń­cze­nia bez­d­nia i wypeł­nie­nia swo­jego prze­zna­cze­nia w roli Świę­tego Gra­ala San Michon.

Celene Castia – sio­stra Gabriela, zamor­do­wana w wieku lat pięt­na­stu, gdy Umarli znisz­czyli ich rodzinną wio­skę. Przez lata Gabriel żył ze świa­do­mo­ścią, że jego sio­stra spo­czywa w gro­bie, ona jed­nak wró­ciła jako wam­pi­rzyca o imie­niu Lia­the i zaczęła tro­pić Dior. Z początku rodzeń­stwo sta­nęło po prze­ciw­nych stro­nach bary­kady, póź­niej jed­nak Celene ura­to­wała Gabrie­lowi życie i pomo­gła mu uchro­nić Dior przed zdradą i oca­lić ją od śmierci.

Celene jest znacz­nie bar­dziej prze­ra­ża­jąca od prze­cięt­nego wam­pira w jej wieku. Pocho­dzi z Krwi Voss, ale jest obda­rzona krwa­wymi darami rodu Esani, tej samej tajem­ni­czej rodziny, do któ­rej nale­żał ojciec Gabriela. Skrywa przed świa­tem zarówno swoją twarz, jak i moty­wa­cję. Z bra­tem… nie doga­duje się naj­le­piej.

Astrid Ren­nier – sio­stra ze Srebr­nego Zakonu, uko­chana Gabriela i nie­ślubna córka Ale­xan­dre’a III, zesłana dys­kret­nie do klasz­toru, kiedy jej obec­ność stała się krę­pu­jąca dla nowej żony cesa­rza. Po tym, jak jej przy­jaźń z Gabrie­lem roz­kwi­tła w odwza­jem­nioną miłość, została eks­ko­mu­ni­ko­wana razem z nim, gdy wyszło na jaw, że jest w ciąży. Po naro­dzi­nach córki i ślu­bie osie­dli razem na połu­dnio­wych rubie­żach cesar­stwa, by wieść cichy, spo­kojny, szczę­śliwy żywot.

Szczę­ście nie trwało jed­nak długo.

Patience de León – córka Gabriela i Astrid. Kiedy przy­szła na świat, jej ojciec, dawny sre­bro­święty, wyta­tu­ował sobie jej imię sre­brem na knyk­ciach, żeby ni­gdy nie zapo­mnieć, co jest naprawdę ważne. Była jego rado­ścią i dumą, naj­ja­śniej­szą gwiazdą jego życia.

Zgi­nęła wraz z matką, zamor­do­wana przez Wiecz­no­tr­wa­łego Króla, Fabiéna Vossa.

Nie wstydź się, dobry czy­tel­niku. Ja też pła­ka­łem.

Poże­raczka Popio­łów – zacza­ro­wany miecz Gabriela, który tele­pa­tycz­nie poro­zu­miewa się ze swoim wła­ści­cie­lem. Zda­rzają jej się krót­kie prze­bły­ski przy­tom­no­ści umy­słu, naj­czę­ściej jed­nak nie bar­dzo wie, gdzie – a nawet kiedy – się znaj­duje. Zmie­niła się na zawsze po tym, jak jej ostrze zostało zła­mane na skó­rze Wiecz­no­tr­wa­łego Króla.

Spo­sób, w jaki Gabriel wszedł w jej posia­da­nie, pozo­staje przed­mio­tem licz­nych spe­ku­la­cji pośród min­streli i tru­we­rów.

Aaron de Coste – dawny sre­bro­święty z San Michon, syn baro­no­wej i wam­pira z Krwi Ilon, obda­rzony zdol­no­ścią mani­pu­lo­wa­nia cudzymi emo­cjami. Ter­mi­no­wał w Srebr­nym Zako­nie wraz z Gabrie­lem, a ich począt­kowa zacie­kła rywa­li­za­cja z cza­sem prze­ro­dziła się w praw­dziwą przy­jaźń. Odszedł z zakonu, gdy okrzyk­nięto go bluź­niercą po tym, jak odkryto jego zwią­zek z kowa­lem Bap­ti­ste’em Sa-Isma­elem.

Bap­ti­ste Sa-Ismael – dawny czar­no­ręki ze Srebr­nego Zakonu. Wykuł Lwi Pazur, pierw­szy miecz Gabriela. Kiedy jego miłość do Aarona wyszła na jaw, razem z nim porzu­cił zakon. Osie­dlili się na połu­dniu, w odre­stau­ro­wa­nym wła­snymi środ­kami château Aveléne.

Wiele lat póź­niej odwie­dził ich dawny przy­ja­ciel, który tym­cza­sem wziął Dior Lachance pod swoje opie­kuń­cze skrzy­dła. Bap­ti­ste z Aaro­nem udzie­lili Gabrie­lowi i Dior schro­nie­nia przed mor­der­czymi zapę­dami Dan­tona Vossa.

Opat Sza­ro­ręki – dawny mistrz Gabriela, wywo­dzący się z Krwi Cha­stain. Wam­piry tej Krwi potra­fią przyj­mo­wać zwie­rzęcą postać i poro­zu­mie­wać się ze zwie­rzę­tami. Usi­ło­wał zaszcze­pić mło­demu Gabrie­lowi poczu­cie obo­wiązku i prze­strzegł go przed ule­ga­niem stale obec­nemu w jego krwi pra­gnie­niu.

Po latach został mia­no­wany opa­tem Srebr­nego Zakonu i ode­grał klu­czową rolę w misji Chloe Sau­vage, mają­cej na celu odna­le­zie­nie Świę­tego Gra­ala.

Chloe Sau­vage – sio­stra Ordo Argent, przy­ja­ciółka Astrid i Gab-riela z dzie­ciń­stwa. Pomo­gła Gabrie­lowi pokrzy­żo­wać plany Fabiéna Vossa, kiedy ten zamie­rzał naje­chać Nor­dlund. Po tym to wyczy­nie cesa­rzowa paso­wała szes­na­sto­let­niego Gabriela na ryce­rza.

Minęły lata i spo­tkali się ponow­nie: tym razem Chloe zwer­bo­wała Gabriela do pomocy w ochro­nie Dior Lachance. Zamie­rzała spro­wa­dzić ją do opac­twa San Michon, by tam odpra­wić odszu­kany w biblio­tece pra­stary rytuał, który miał zakoń­czyć bez­dzień. Kiedy jed­nak Gabriel odkrył, że cere­mo­nia wyma­ga­łaby zło­że­nia Dior w ofie­rze, wpadł w szał i w obro­nie nie­win­nej dziew­czyny zabił Sza­ro­rę­kiego, Chloe i pół tuzina innych sre­bro­świę­tych.

Saoirse á Dúnnsair – człon­kini dru­żyny Gra­ala zło­żo­nej z boha­te­rów zwer­bo­wa­nych przez Chloe do ochrony Dior. Wojow­niczka z Pogó­rza Ossway­skiego, wal­czyła zacza­ro­wa­nym topo­rem o nazwie Dobroć, a za towa­rzyszkę miała pumę imie­niem Pho­ebe. Obie zgi­nęły w bitwie z Dan­to­nem Vos­sem w San Guil­laume.

Père Rafa – jesz­cze jeden boha­ter z dru­żyny Gra­ala, uczony z Brac­twa San Guil­laume, przy­ja­ciel Chloe Sau­vage. Towa­rzy­szył jej w poszu­ki­wa­niach Dior. Czę­sto sprze­czał się z Gabrie­lem o sprawy zwią­zane z wiarą. On rów­nież zgi­nął z ręki Dan­tona pod­czas masa­kry w San Guil­laume.

Bel­lamy Bouchette – tru­wer z Opus Grande, czło­nek dru­żyny Gra­ala. Wraz z Gabrie­lem, Dior i pozo­sta­łymi prze­mie­rzał pust­ko­wia połu­dnio­wego Nor­dlundu, zawsze skory do śpiewu i gawędy.

I oui: jego też zamor­do­wał Dan­ton.

Mistrz kuźni Argyle – naczelny kowal Srebr­nego Zakonu. Stary czar­no­ręki wal­czył u boku Gabriela, Aarona i Bap­ti­ste’a w bitwie pod Bliź­nia­kami, w któ­rej udało się powstrzy­mać najazd Wiecz­no­tr­wa­łego Króla. Był obecny przy rytu­ale, w któ­rym Dior miała zostać zgła­dzona, ale uszedł cało z ataku Gabriela na kate­drę w San Michon.

Talon – sera­fin Srebr­nego Zakonu, czło­wiek okrutny i nie­przy­chylny Gabrie­lowi. Uległ sangirè, czer­wo­nemu pra­gnie­niu – dzie­dzicz­nej przy­pa­dło­ści, która prę­dzej czy póź­niej dopro­wa­dza wszyst­kich bla­do­kr­wi­stych do obłędu. Został zabity przez Gabriela i Sza­ro­rę­kiego.

Fabién Voss – Wiecz­no­tr­wały Król, priori Krwi Voss i praw­do­po­dob­nie naj­star­szy ist­nie­jący Krewny. Jako pierw­szy spo­śród priori wyko­rzy­stał nie­szczę­śni­ków (bez­ro­zumną odmianę wam­pi­rów, któ­rej liczeb­ność ogrom­nie wzro­sła pod­czas bez­d­nia) do walki: stwo­rzył z nich armię znaną jako Bez­kre­sny Legion. Wysiłki Gabriela spo­wol­niły postępy Fabiéna, ale osta­tecz­nie udało mu się pod­bić Nor­dlund, skąd ruszył następ­nie na wschód i zajął więk­szość eli­da­eń­skiego kon­ty­nentu. W tej inwa­zji nie­zwy­kle ważną rolę ode­grało jego potom­stwo, sied­mioro Ksią­żąt Wiecz­no­ści. Dotknięty do żywego fak­tem, że Gabriel zabił naj­młod­szą z jego córek, Laure, po latach krwawo zemścił się na sre­bro­świę­tym i jego famille.

Dan­ton Voss – Bestia z Vel­lene, naj­młod­szy syn Fabiéna. Ojciec zle­cił mu schwy­ta­nie Dior Lachance, cho­ciaż tajem­nicą pozo­staje, po co Święty Graal San Michon jest potrzebny Wiecz­no­tr­wa­łemu Kró­lowi żywy. W San Guil­laume zgła­dził więk­szość dru­żyny Gra­ala, po czym ruszył w pościg za Gabrie­lem i Dior aż do Aveléne. Zgi­nął z ręki Dior, która zadała mu cios Poże­raczką Popio­łów, uprzed­nio nama­ściw­szy miecz wła­sną świętą krwią.

Laure Voss – Upiór w Czer­wieni, naj­młod­sza córka Fabiéna. Pro­wa­dziła w Nor­dlun­dzie reko­ne­sans poprze­dza­jący inwa­zję ojca, kiedy na swo­jej dro­dze spo­tkała Gabriela, Aarona i Sza­ro­rę­kiego. Sza­ro­rę­kiemu ode­rwała rękę, a Aarona oszpe­ciła na resztę życia, zanim Gabriel zdo­łał ją pod­pa­lić. Wie­dziona żądzą zemsty udała się do Lor­son, jego rodzin­nego mia­steczka. Spa­liła je i wymor­do­wała jego miesz­kań­ców – wśród nich młod­szą sio­strę Gabriela, Celene.

Zgi­nęła z ręki Gabriela w bitwie pod Bliź­nia­kami.

Valya d’Naél – sio­stra Świę­tej Inkwi­zy­cji. Wspól­nie z sio­strą-bliź­niaczką Talyą ści­gała oskar­żoną o czary Dior po całym cesar­stwie. Osta­tecz­nie zła­pały ją i Gabriela w Czer­wo­nej Straż­nicy i pod­dały oboje bru­tal­nym tor­tu­rom. Dior zdo­łała się uwol­nić, zabić Talyę i ura­to­wać Gabe’a przed dal­szymi mękami.

Isa­bella Augu­stin – żona Ale­xan­dre’a III, cesa­rzowa Eli­da­enu. Była patronką Ordo Argent, któ­remu przy­wró­ciła dawną świet­ność po stu­le­ciach nędz­nej wege­ta­cji. Po bitwie pod Bliź­nia­kami paso­wała Gabriela na ryce­rza. Pozo­stał jej prawą ręką przez wiele lat, zysku­jąc wielką sławę i chwałę.

Maxi­mille de Augu­stin – król-wojow­nik, który przed z górą sze­ściu­set laty roz­po­czął pro­ces jed­no­cze­nia pię­ciu woju­ją­cych państw w wiel­kie cesar­stwo eli­da­eń­skie. Zgi­nął, zanim jego sen mógł się urze­czy­wist­nić, ale jego dyna­stia po dziś dzień spra­wuje wła­dzę w cesar­stwie. W uzna­niu docze­snych zasług Kościół Jed­nej Wiary mia­no­wał go swoim siód­mym Świę­tym Męczen­ni­kiem.

Michon – Pierw­sza Męczen­niczka, pro­sta łow­czyni, która została uczen­nicą Odku­pi­ciela, a po zgła­dze­niu go na kole ponio­sła jego świętą wojnę w świat. Mało kto wie, że była rów­nież jego kochanką i że z ich związku naro­dziła się córka imie­niem Esan, które to imię w języku sta­ro­tal­ho­skim zna­czy „wiara”.

Esan – córka Michon i Odku­pi­ciela. Cztery stu­le­cia temu jej potom­ko­wie wznie­cili bunt prze­ciw dyna­stii Augu­sti­nów. Powsta­nie, które póź­niej nazwano here­zją aavsencką, zostało stłu­mione przez świę­tych ryce­rzy Jed­nej Wiary. Więk­szość bun­tow­ni­ków zgi­nęła. Dior Lachance jest ostat­nią przed­sta­wi­cielką tego rodu.

A teraz, mes amis, zaczy­namy.

Ze świę­tego kie­li­cha blask święty się sączy.Ład na świe­cie wyj­dzie spod wier­nego ręki,a przed obli­czem męczeń­skiej sió­demkiszary czło­wiek noc bez­kre­sną zakoń­czy.

autor nie­znany

Zachód słońca

Zachód słońca

I

Mar­twy chło­piec otwo­rzył oczy.

Wszystko było nie­ru­chome i ciche, on rów­nież, może nawet on naj­bar­dziej. Był jak posąg, poru­szały się tylko jego roz­wie­ra­jące się źre­nice i miękko roz­chy­la­jące się bez­kr­wawe wargi. Powrót do świata jawy nie wią­zał się z przy­śpie­sze­niem odde­chu ani pogłę­bie­niem bicia serca pod por­ce­la­nową skórą. Leżał w ciem­no­ściach, aniel­ski i obna­żony, wpa­try­wał się w wysłu­żony bal­da­chim nad głową i zasta­na­wiał się, co go obu­dziło.

Z pew­no­ścią nie był to zmierzch. Dzienna gwiazda jesz­cze wid­niała nad hory­zon­tem, zale­d­wie w czę­ści pochło­nięta przez ciem­ność. Śmier­tel­nicy dzie­lący z nim jego ogromne łoże z kolu­mien­kami leżeli nie­ru­chomo jak trupy – gdyby nie liczyć lek­kiego jak piórko muśnię­cia prze­rzu­co­nej przez jego brzuch ręki pięk­ni­sia i płyn­nego rytmu odde­chu dziew­czyny na jego piersi. Wśród tej obfi­to­ści nie mogło być mowy o gło­dzie, a pomię­dzy takimi doj­rza­łymi pięk­no­ściami nie gro­ził mu także chłód. Co więc wyrwało go z drzemki?

Nie śnił za dnia, tym z Krwi ni­gdy się to nie przy­da­rzało. Zdał sobie jed­nak sprawę, że sen nie przy­niósł mu ulgi, a kru­che świa­tło dnia wytchnie­nia. Wynu­rzyw­szy się na dobre z bez­den­nej jak sama śmierć otchłani, Jean-François zro­zu­miał.

Obu­dził go ból.

Wró­ciły wspo­mnie­nia. Pod­niósł dłoń do gar­dła. Obrazy tań­czyły mu w gło­wie jak muchy krą­żące nad tru­chłem. Palce jak z żelaza zagłę­bia­jące się w popioły jego szyi. Obna­żone w gry­ma­sie kły spla­mione winem. Prze­peł­nione nie­na­wi­ścią burzo­wo­szare oczy.

Z impe­tem ude­rzył o ścianę, jego skóra wrzała kłę­bami czer­wo­nego dymu.

„Zapo­wie­dzia­łem ci, że będziesz wrzesz­czał, jebana pijawko”.

Zna­lazł się o krok od swo­jego końca – i wie­dział o tym. Gdyby nie Meline i jej sre­bro­sta­lowy szty­let…

Wyobraź to sobie.

Po wszyst­kim, co widzia­łeś i zro­bi­łeś.

Wyobraź sobie, że umie­rasz tutaj, w tej brud­nej celi.

W ciem­no­ściach musnął miej­sce, w które zra­nił go Gabriel de León. Wyobra­ził sobie te bez­li­to­sne szare oczy spo­wite czer­wo­nym dymem i odru­chowo zaci­snął zęby. Przez moment – przez jedno tchnie­nie śmier­tel­nika – doświad­czył uczu­cia, o któ­rym myślał, że bez­pow­rot­nie pokrył je kurz minio­nych dzie­się­cio­leci.

„Nikt nie boi się śmieci bar­dziej niż stwory, które żyją wiecz­nie”.

Dziew­czyna obok zare­ago­wała na jego ruch, ale tylko wes­tchnęła i znów zapa­dła w sen. Śliczny był z niej kwia­tu­szek: Sūdhaemka o oliw­ko­wej skó­rze i ciem­nych lokach. Tro­chę może chu­der­lawa, ale w ostat­nie noce o każ­dym można to było powie­dzieć. Nie­wiele młod­sza od Jeana-François, kiedy otrzy­mał Dar. Skórę miała jed­nak cie­płą, dotyk arcy­zmyślny, a ile­kroć na niego patrzyła, w jej inten­syw­nie zie­lo­nych oczach wzbie­rał głód oso­bli­wie nie­pa­su­jący do fizjo­no­mii pierw­szej naiw­nej.

Od bli­sko czte­rech mie­sięcy słu­żyła w jego stajni, roz­pustna i chętna. Przez moment żało­wał, że nie pamięta jej imie­nia.

Błą­kał się wzro­kiem po obiet­nicy jej nagiego ciała; pięk­nej linii tęt­nicy po wewnętrz­nej stro­nie uda; sma­ko­wi­tych żył­kach na prze­gu­bach dłoni i wyżej, wyżej, aż do ostro zary­so­wa­nej żuchwy. Śle­dził deli­katne drże­nie pulsu pod skórą, hip­no­ty­zu­jące, sen­nie mięk­kie. Obu­dziło się w nim pra­gnie­nie – znie­na­wi­dzony kocha­nek i zara­zem uko­chany wróg. Oczami wyobraźni znów ujrzał Gabriela de León. Twarz sre­bro­świę­tego zawi­sła w powie­trzu dosłow­nie kilka cali od niego.

Palce zato­nęły głę­biej w ciele.

Tak bli­sko, że mógłby poca­ło­wać go w usta.

„Wrzeszcz dla mnie, pijawko”.

Dźwi­gnął się na łok­ciu. Złote loki osy­pały mu się na policzki. Z tyłu młody kochaś wydał wes­tchnie­nie sprze­ciwu, wodząc dło­nią po zim­nej pościeli. Był praw­dziwą nor­dlundzką pięk­no­ścią: kru­czo­czarne włosy, śmie­tan­kowa skóra… Wyglą­dał na nie­całe dwa­dzie­ścia lat. Sio­strze­nica krwi Jeana-François, wiceh­ra­bina Nico­lette, spre­zen­to­wała mu go kilka tygo­dni temu, by tym prze­kup­stwem skło­nić go do szep­nię­cia życz­li­wego słówka do ucha cesa­rzo­wej. Mimo że nie cier­piał Nico­lette jak tru­ci­zny, pre­zent przy­jął. Kochaś był kształtny jak koń peł­nej krwi. Skórę na nad­garst­kach, szyi i w oko­li­cach intym­nych miał deli­kat­nie pozna­czoną śla­dami ostrych jak igły zębów.

Jak on miał na imię? Jakoś na „D”…

Jean-François powiódł mar­mu­ro­wymi pal­cami po skó­rze dziew­czyny. Jego dotyk był łagodny jak pierw­sze tchnie­nie wio­sny. Zafa­scy­no­wany zmru­żył cze­ko­la­dowe oczy, śle­dząc reak­cję jej ciała, cha­rak­te­ry­styczną gęsią skórkę, gdy ostry jak brzy­twa pazno­kieć prze­śli­znął się po śla­dach uką­sze­nia na szyi. Nachy­lił się i szybko prze­su­nął języ­kiem po tward­nie­ją­cym wzgórku sutka. Oddech dziew­czyny przy­śpie­szył, wzdry­gnęła się i na dobre obu­dziła. Cie­pło krwi, którą wysą­czył z niej, zanim wszy­scy osu­nęli się w mroki snu, przy­bla­dło i jego wargi musiały być w tej chwili zimne jak lód. Mimo to dziew­czyna aż jęk­nęła, gdy zaczął ssać i mocno – choć zara­zem nie dość mocno – zaci­snął zęby. Roz­chy­liła uda i ośmie­liła się wpleść palce w jego złote włosy.

– Mój panie… – wyszep­tała.

Pięk­niś też już się ock­nął, pod­nie­cony wes­tchnie­niami dziew­czyny. Obsy­pał poca­łun­kami nagie ramiona mar­kiza, leniwy jak topiący się wosk świecy. Dło­nią się­gnął w oko­lice bio­der zim­no­krwi­stego, prze­śli­znął się po jasnych mię­śniach brzu­cha i zje­chał niżej. Wam­pir pozwo­lił mu się doty­kać, gła­skać, pie­ścić. Siłą woli skie­ro­wał swoją krew w dół i kochaś aż jęk­nął, gdy stward­niał i zacią­żył mu w dłoni jak kawał żelaza.

– Mój panie – sap­nął.

Dziew­czyna cało­wała go deli­kat­nie po szyi, z wolna przy­bli­ża­jąc się do ran zada­nych przez de Leóna. Jean-François zła­pał ją gar­ścią za włosy i odcią­gnął jej głowę wstecz. Zaparło jej dech w piersi, serce dud­niło jej teraz jak bęben wojenny. Poca­ło­wał ją, mocno, roz­ciął kłami wargę dziew­czyny i uro­nił kilka kro­pli krwi na ich tań­czące języki.

Nagle pra­gnie­nie wez­brało w nim jak fala i przez moment nie­wiele bra­ko­wało, a stra­ciłby nad nim pano­wa­nie. Ponie­waż jed­nak polo­wa­nie spra­wiało mu nie mniej­szą przy­jem­ność od zabi­cia ofiary, prze­rwał ten krwawy poca­łu­nek i napro­wa­dził dziew­czynę na twar­dego jak kamień mło­dzieńca.

W lot pojęła, o co mu cho­dzi. Roz­chy­liła wargi, a Nor­dlund­czyk uklęk­nął jej na spo­tka­nie i jęk­nął, gdy wzięła go do ust. Puls zatęt­nił moc­niej pod jego gładką, cie­płą skórą. Przez chwilę mar­kiz patrzył na koły­szącą się ryt­micz­nie parę, podzi­wiał grę świa­tła i cie­nia na ich cia­łach. Cha­rak­te­ry­styczny zapach pod­po­wia­dał Jeanowi-François, że dziew­czyna jest mokra i cie­pła jak letni deszcz; kiedy leciu­teńko musnął jej srom, zadrżała na całym ciele, aż po czubki pod­ku­lo­nych pal­ców u nóg, i naparła na jego dłoń, dopra­sza­jąc się o wię­cej.

– Jesz­cze nie, naj­droż­sza – wyszep­tał. – Jesz­cze nie – powtó­rzył, kiedy z jej gar­dła wyrwał się jęk pro­te­stu.

Leni­wie wstał i przy­klęk­nął na łóżku za ple­cami dyszą­cego ciężko kocha­sia. Odgar­nął opa­da­jące mu na szyję dłu­gie czarne włosy. Nor­dlund­czyk zady­go­tał, czu­jąc bli­skość dra­pież­nika i muśnię­cie jego pazu­rów na skó­rze. Dło­nie mar­kiza prze­su­nęły się po cudow­nych wybrzu­sze­niach i zagłę­bie­niach mię­śni, by na koniec objąć gorący, roz­pa­lony czło­nek. Ponad roze­dr­ga­nym pła­skim brzu­chem mło­dzieńca spoj­rzał w oczy dziew­czyny i nie­zno­szą­cym sprze­ciwu pół­gło­sem wydał pole­ce­nie:

– Dokończ go.

Jęk­nęła w odpo­wie­dzi, nie odry­wa­jąc od niego wzroku: kapłanka bez reszty oddana bóstwu. Kochaś, trzę­sąc się, zła­pał ją za włosy. W tej samej chwili kły wam­pira dra­snęły jego skórę. Jean-François cały czas czuł zaci­ska­jące się na szyi palce sre­bro­świę­tego.

– Wrzeszcz dla mnie – wyszep­tał.

Mło­dzie­niec posłu­chał, wpló­tł­szy drugą dłoń w jego włosy. Dziew­czyna wchło­nęła go głę­boko, jesz­cze głę­biej, a gdy Jean-François poczuł pul­su­jący żar, wzbie­ra­jący w pod­brzu­szu chło­paka i wybie­ga­jący jej na spo­tka­nie, ugryzł, prze­bił sta­wia­jącą chwi­lowy, upojny opór skórę i wyzwo­lił strugę tęt­nią­cego roz­ko­szą życia.

Wszystko znik­nęło: drżące ciało w jego ramio­nach, żar­liwy krzyk odbity echem od ścian. Była tylko krew roz­pa­lona każdą dro­binką namięt­no­ści pięk­ni­sia, elik­sir złą­czo­nych życia i żądzy, który uniósł mar­kiza wysoko, wysoko, pod bez­kre­sne niebo.

Teraz naprawdę żył.

Pił nie mniej łap­czy­wie od dziew­czyny, nie chciał niczego innego, tylko wła­śnie tego, wszyst­kiego, wię­cej i wię­cej. Daw­niej, w tamte noce przed zga­śnię­ciem dzien­nej gwiazdy, niczym innym by się nie zado­wo­lił, ale dzi­siaj owce stały się rzad­ko­ścią, ich żywoty były zbyt cenne, żeby je mar­no­wać. Dla­tego roz­orał sobie kciuk paznok­ciem dru­giej dłoni i pod­su­nął go do ust mło­dzieńca, któ­remu na moment zaparło dech w piersi. Zaraz jed­nak zła­pał kciuk w usta i z jedną dło­nią wciąż zaplą­taną w loki dziew­czyny zaczął zachłan­nie ssać, nie prze­sta­jąc przy tym poru­szać bio­drami w przód i w tył w ide­al­nym zespo­le­niu, brał i dawał jed­no­cze­śnie, a cały świat wokół nich tonął w…

– Panie?

Głos dobiegł zza drzwi sypialni, zaraz potem roz­le­gło się dziar­skie puka­nie. Zapach per­fum prze­bił się przez nie­biań­ski aro­mat krwi.

– Meline… – Wes­tchnął z ustami ocie­ka­ją­cymi krwią. – Wejdź.

Drzwi się otwo­rzyły. Zza progu dobiegł szczęk metalu, chro­bo­ta­nie o kamień, szepty słu­żą­cych w poko­jach na innych pię­trach. Château budziło się ze snu. Woń krwi w tuzi­nie led­wie uchwyt­nych odcieni roze­szła się w powie­trzu, gdy och­mi­strzyni wkro­czyła do pokoju.

Była ubrana w gor­set na fisz­bi­nach i olśnie­wa­jącą suk­nię z czar­nego ada­maszku, nieco tylko zno­szoną. Jej szyję opi­nał koron­kowy kanak. Dłu­gie rude włosy zaplo­tła w war­ko­czyki, któ­rych pół tuzina opa­dało jej arty­stycz­nie na twarz i prze­sła­niało oczy na podo­bień­stwo cien­kich łań­cusz­ków. Wyglą­dała na damę po trzy­dzie­stce, cho­ciaż w rze­czy­wi­sto­ści dobie­gała pięć­dzie­siątki: coty­go­dniowa dawka krwi spi­ja­nej z żył mar­kiza powstrzy­my­wała nie­ustę­pliwy napór czasu. Sta­nęła w obra­mo­wa­niu drzwi, wysoka i dostojna, i lodo­wa­tym spoj­rze­niem obrzu­ciła prze­rwaną ucztę.

Mło­dzian leżał na ple­cach, pobla­dły, ale wciąż twardy jak stal. Na widok Meline dziew­czyna spo­sęp­niała, spu­ściła wzrok i pod­cią­gnęła prze­ście­ra­dło pod brodę, żeby zakryć swoją nagość.

– O co cho­dzi, Meline?

Dygnęła.

– Cesa­rzowa chce cię widzieć, panie.

Narzu­cił szla­frok. Deli­katny jasny mate­riał zaczy­nał się pomału strzę­pić na brze­gach: w kra­inie, w któ­rej nic nie rosło, bra­ko­wało jedwa­biu. Histo­ryk musnął pal­cami chy­mijną kulę, która roz­świe­tliła się i roz­ja­śniła prze­pyszną kom­natę. Pod ścia­nami cią­gnęły się dębowe regały, któ­rych półki ugi­nały się pod cię­ża­rem fascy­nu­ją­cych go opo­wie­ści. Biurko zaście­łały cał­kiem udatne szkice zwie­rząt, archi­tek­tury i nagich ciał, wśród któ­rych leżały kawałki węgla rysow­ni­czego. Wrzu­cił do szkla­nego ter­ra­rium garść okru­chów chleba ziem­nia­cza­nego i z uśmie­chem na ustach patrzył, jak pięć czar­nych myszy – jego cho­wań­ców – wynu­rza się z małego drew­nia­nego château. Rzu­ciły się na posi­łek. Clau­dia jak zwy­kle kła­pała ząb­kami na Davide’a, a Mar­cel piskli­wie nawo­ły­wał ich do opa­mię­ta­nia.

Jean-François prze­niósł wzrok na Meline.

– Jeśli się nie mylę, jeste­śmy umó­wieni na spo­tka­nie w prièdi, czyż nie?

– Pro­szę o wyba­cze­nie, panie, ale Jej Wyso­kość życzy sobie widzieć cię bez­zwłocz­nie.

Zamru­gał zasko­czony. Wszyst­kie jego zmy­sły się wyostrzyły. Meline zasty­gła w dygnię­ciu – dosko­nale wyćwi­czo­nym, ide­al­nie nie­ru­cho­mym – on jed­nak wychwy­cił fał­szywy ton w jej gło­sie, oso­bliwe napię­cie ramion… Pod­szedł do niej z sze­le­stem jedwa­biu i dotknął jej policzka.

– Mów, naj­droż­sza.

– Przy­był posła­niec od pani Kestrel, mój panie.

– Żela­zna Dzie­wica przy­jęła zapro­sze­nie Jej Wyso­ko­ści – uświa­do­mił sobie Jean-François.

Meline ski­nęła głową.

– Pan Kariim rów­nież – dodała. – Dziś rano przy­był herold z wia­do­mo­ścią, że Pająk zamie­rza wziąć udział w zwo­ła­nym przez cesa­rzową Zjeź­dzie.

– Priori Krwi Voss i Ilon? – sap­nął z nie­do­wie­rza­niem histo­ryk. – Przy­będą tutaj? – Odwró­cił się do łóżka. – Wyno­cha – roz­ka­zał.

Dziew­czyna natych­miast usia­dła, ewi­dent­nie prze­stra­szona. Nacią­ga­jąc koszulę nocną, jed­no­cze­śnie pomo­gła wstać pięk­ni­siowi, zarzu­ciw­szy sobie jego rękę na ramiona. Uni­ka­jąc chłod­nego spoj­rze­nia Meline (bystra dziew­czynka), popro­wa­dziła swo­jego towa­rzy­sza ze stajni do wyj­ścia. Prze­cho­dząc obok Jeana-François, Nor­dlund­czyk uniósł wzrok: jego oczy wciąż pałały sza­leń­stwem Poca­łunku.

– Kocham cię – wyszep­tał.

Jean-François przy­tknął długi pazno­kieć do lep­kich warg kochanka i spoj­rzał zna­cząco na dziew­czynę, która nie potrze­bo­wała dal­szych ostrze­żeń. W oka­mgnie­niu wymknęli się za drzwi.

Meline odpro­wa­dziła ich nie­chęt­nym spoj­rze­niem.

– Nie prze­pa­dasz za nimi – mruk­nął wam­pir.

Spu­ściła wzrok.

– Wybacz, panie. Nie są cie­bie godni.

– Ach, uko­chana… – Musnął poli­czek Meline, ujął ją pod brodę i uniósł jej głowę, żeby znów spoj­rzała mu w oczy. – Moja droga, nie do twa­rzy ci z zazdro­ścią. Oni są jak wino przed ucztą. Wiesz prze­cież, że tylko tobie jed­nej ufam; że tylko cie­bie naprawdę uwiel­biam.

Ośmie­liła się wtu­lić poli­czek w jego dłoń i obsy­pać poca­łun­kami knyk­cie.

– Oui – wyszep­tała w odpo­wie­dzi.

– Jesteś krwią w moich żyłach, Meline. A jeśli cze­go­kol­wiek się lękam, moja gołą­beczko naj­droż­sza, to tylko wizji wiecz­no­ści bez cie­bie u mego boku. Wiesz o tym, prawda?

– Oui – szep­nęła ponow­nie, bli­ska pła­czu.

Uśmiech­nął się i prze­su­nął pal­cem w dół jej policzka. Patrzył, jak jej tętno przy­śpie­sza, a pierś unosi się i opada gwał­tow­niej, gdy dotknął kanaka. Zaha­czył paznok­ciem od dołu o pod­bró­dek; nie­wiele bra­ko­wało, a prze­ciąłby skórę.

– A teraz mnie ubierz – pole­cił.

Zady­go­tała.

– Wedle życze­nia, panie.

II

Tru­wer Dan­nael á Riagán powie­dział kie­dyś, że czło­wiek, który potrze­bo­wałby dowodu, że piękno może zro­dzić się z potwor­no­ści, powi­nien zoba­czyć Sul Adair.

Wybu­do­wane w sku­tym lodem sercu gór Muath na wscho­dzie Sūdhaemu warowne mia­sto było świa­dec­twem zarówno pomy­sło­wo­ści, jak i okru­cień­stwa śmier­tel­ni­ków. Powia­dano, że Eskan­der IV, ostatni szan Sūdhaemu, wybu­do­wał je kosz­tem dzie­się­ciu tysięcy nie­wol­ni­czych żywo­tów. Ciemny żela­zo­ka­mień, od któ­rego château wzięło swoją nazwę (w miej­sco­wej mowie Sul Adair zna­czyło „Czarna Wieża”), wydo­by­wano w kamie­nio­ło­mie odle­głym o bli­sko tysiąc mil, a szlak, któ­rym trans­por­to­wano go na plac budowy, zasły­nął od tam­tej pory jako Ne’seit Dha Saath: Droga Bez­i­mien­nych Gro­bów.

Sul Adair wyro­sło na prze­łę­czy Jastrzę­biej Wieży, skąd mogło chro­nić kopal­nie zło­tosz­kła w Lasha­ame i Raa oraz mia­sto por­towe Asheve. Blask tych skar­bów z cza­sem przy­gasł, ale Sul Adair trwało nie­na­ru­szone zębem czasu i dło­nią prze­zna­cze­nia. I wła­śnie wśród tych lodo­wych szczy­tów cesa­rzowa Mar­got Cha­stain posta­no­wiła ulo­ko­wać swój tron.

Jean-François prze­mie­rzał dłu­gie kory­ta­rze, jego kroki odbi­jały się echem od wyso­kich skle­pień. Meline wystro­iła go naprawdę odświęt­nie: sur­dut z bia­łego aksa­mitu, pele­ryna z jasnych piór jastrzę­bia. Na jego piersi wid­niały wyha­fto­wane dwa księ­życe i wilki Krwi Cha­stain. Dłu­gie włosy, które tak zachwy­cały cesa­rzową, spły­wały mu na ramiona niczym płynne złoto. Za nim – w odle­gło­ści trzech kro­ków, jak przy­stało na nie­wolną – szła Meline, o któ­rej obec­no­ści przy­po­mi­nał cichy szmer ada­masz­ko­wej sukni.

Krzą­ta­jący się po mrocz­nych wnę­trzach słu­żący klę­kali na jego widok. Cho­wańce – koty, szczury, kruki – scho­dziły mu z drogi. Napo­ty­kał też innych Krew­nych: mediae i nie­opie­rzeńcy Krwa­wego Dworu Mar­got kła­niali mu się i dygali, kiedy prze­cho­dził. On jed­nak rzadko zaszczy­cał ich spoj­rze­niem, wolał patrzeć na ściany i strze­li­ste skle­pie­nia, wyso­kie jak konary dźwi­ga­jące nie­biosa.

Wnę­trza château zostały ozdo­bione nie­zrów­na­nymi, zapie­ra­ją­cymi dech w pier­siach fre­skami. Wielki mistrz Javion Sa-Judhail mozo­lił się nad nimi przez trzy­dzie­ści lat. Podobno nie ode­rwał się od pracy nawet na wieść o przyj­ściu na świat pier­wo­rod­nego syna. Kiedy sūdhaemski wódz Khu­sru, zwany Lisem, roz­po­czął swoją nie­for­tunną kam­pa­nię zmie­rza­jącą do wydar­cia mia­sta spod wła­dzy Augu­sti­nów, Javion malo­wał bez prze­rwy, nie bacząc na toczące się na murach star­cia wojsk cesa­rza i nie­do­szłego szana. A gdy jego uko­chana żona Dalia rzu­ciła się z naj­wyż­szej wieży Sul Adair, żeby w ten spo­sób zapro­te­sto­wać prze­ciw jego zobo­jęt­nie­niu, nie zna­lazł czasu, by wziąć udział w jej pogrze­bie.

Jean-François podzi­wiał jego pasję, ale jesz­cze wyżej cenił jego dzieła, piękno, które trwało długo po tym, jak jego twórcę zja­dły robaki.

Mury pię­ciu wspa­nia­łych kon­dy­gna­cji château Javion poma­lo­wał jak kolejne stop­nie na dro­dze do wnie­bo­wstą­pie­nia. Par­ter poświę­cił kró­le­stwu natury i czło­wie­kowi jako uko­cha­nemu dziecku Boga. Pierw­sze pię­tro przy­ozdo­bił ilu­stra­cjami z przy­po­wie­ści o świę­tych, na dru­gim zło­żył hołd Sied­miorgu Męczen­ni­kom. Wyżej, na ścia­nach czwar­tej kon­dy­gna­cji, anioły z nie­biań­skich zastę­pów – Elo­ise, Mahné, Raphael, nawet stary, kochany Gabriel – roz­po­ście­rały białe jak u gołę­bicy skrzy­dła.

Dziś Jean-François szedł jesz­cze dalej, jesz­cze wyżej. Z tyłu sły­szał cichy oddech Meline, gdy w końcu zna­leźli się na ostat­nim, naj­wyż­szym pozio­mie château. Przed nimi cią­gnął się wspa­niały hol, któ­rego ciemną kamienną posadzkę przy­rzu­cono czer­wo­nym jak krew dywa­nem. Z belek stro­po­wych zwie­szały się prze­cudne żyran­dole przy­wo­dzące na myśl wiel­kie paję­czyny ze zło­tosz­kła, gęsto obwie­szone cie­niami gnież­dżą­cych się na nich nie­to­pe­rzy. Ściany, na któ­rych Javion Sa-Judhail nama­lo­wał roz­cią­gnięty na dekady hołd dla Boga Wszech­mo­gą­cego, władcy nie­bios, były ciemne i gład­kie. Dzieło mistrza zostało zeszli­fo­wane pia­skiem do gołego kamie­nia i zastą­pione dzie­siąt­kami obra­zów w zło­tych ramach: por­tre­tami jed­nej i tej samej osoby, powta­rza­ją­cymi się bez końca w róż­nych wer­sjach.

Prze­szedł­szy wzdłuż rzędu odzia­nych w stal nie­wol­nych żoł­nie­rzy, Jean-François dotarł w końcu do wyso­kich drzwi pry­wat­nych kom­nat wład­czyni. Tam przy­sta­nął i zapa­trzył się na por­tret zawie­szony nad wej­ściem.

Por­tret tej, która uni­ce­stwiła niebo i prze­jęła od niego wła­dzę nad zie­mią.

– Wejść – zabrzmiał roz­kaz.

Nie­wolni otwo­rzyli masywne wrota, za któ­rymi znaj­do­wała się kolejna wspa­niała kom­nata. Meline wystą­piła naprzód.

– Mar­kiz Jean-François z Krwi Cha­stain – zaczęła dźwięcz­nym gło­sem – nadworny histo­ryk Jej Wyso­ko­ści Mar­got Cha­stain, Pierw­szej i Ostat­niej Tego Imie­nia, Bez­śmiert­nej Cesa­rzo­wej Wil­ków i Ludzi.

Wyty­czona gru­bym czer­wo­nym bież­ni­kiem ścieżka pro­wa­dziła w mrok pomię­dzy wyso­kimi jak drzewa kolum­nami. Z kom­naty wio­nęło chło­dem, który bły­ska­wicz­nie roz­pro­szył wspo­mnie­nie o cie­płym od krwi i namięt­no­ści łożu. Mar­kiz sam wszedł za próg i z dłońmi sple­cio­nymi jak u skru­szo­nego pokut­nika ruszył po dywa­nie przy akom­pa­nia­men­cie pogod­nej pie­śni nie­wi­docz­nego w pół­mroku kastrata. Z każ­dym kolej­nym kro­kiem chłód moc­niej napie­rał na jego skórę. Towa­rzy­szyło mu prze­możne wra­że­nie bli­sko­ści jakiejś nie­wia­ry­god­nej, mrocz­nej mocy.

Z przodu dobiegł stłu­miony ostrze­gaw­czy pomruk. Mar­kiz sta­nął jak wryty i zgiął się w ukło­nie tak głę­bo­kim, że ślicz­nymi zło­tymi puklami zamiótł pod­łogę.

– Cesa­rzowo. Życzy­łaś sobie mnie widzieć.

– W rze­czy samej. – Głos był dźwięczny i głę­boki, jakby docho­dził spod ziemi.

– Słowo Waszej Wyso­ko­ści jest dla mnie sło­wem bożym.

– Spójrz zatem na mnie, mar­ki­zie. Patrz i módl się.

Jean-François pod­niósł wzrok. Dywan był rzeką krwi spły­wa­jącą ze wspa­nia­łego tronu. Na pod­wyż­sze­niu wokół niego wyle­gi­wały się cztery wilki, czarne i dzi­kie. Z boku klę­czał paź w libe­rii Cha­sta­inów i w zwró­co­nych ku górze dło­niach trzy­mał opra­wioną w skórę księgę nie­wiele mniej­szą niż on sam. Za tro­nem zaś wisiał wysoki na dwa­dzie­ścia stóp kolejny por­tret priori Krwi Cha­stain, seniorki rodu Paste­rzy, budzą­cej grozę wład­czyni całego swo­jego rodzaju.

Cesa­rzowa Mar­got.

Nie był to naj­lep­szy obraz pędzla Jeana-François, który oso­bi­ście nama­lo­wał wszyst­kie znaj­du­jące się w twier­dzy por­trety, ale cesa­rzowa szcze­gól­nie go sobie upodo­bała. Przed­sta­wiał ją sie­dzącą na zło­tym pół­księ­życu, odzianą w prze­piękną suk­nię w kolo­rze czar­nego onyksu. U jej stóp leżały dwa wilki, dwa księ­życe zdo­biły jej niebo. Miała ciało dziew­czyny, lecz zara­zem posturę bogini o skó­rze bia­łej jak wypra­żone słoń­cem kości jej wro­gów. Por­tret – sko­pio­wany w ogrom­nej licz­bie egzem­pla­rzy – został roze­słany do wszyst­kich księstw Krwi w Sūdhaemie jako przy­po­mnie­nie, komu zło­żyły wie­czy­sty hołd lenny. A ponie­waż cesa­rzowa była z natury samot­niczką, więk­szo­ści pod­da­nych nie będzie dane poznać innej jej wer­sji.

Poni­żej por­tretu sie­działa cesa­rzowa Mar­got we wła­snej oso­bie.

Przy­naj­mniej taka wer­sja, jaką znał Jean-François.

Daleko jej było do nad­zwy­czaj­nej postaci, jaką przed­sta­wił na płót­nie. Drob­nej budowy, wręcz niska, jak mógłby zauwa­żyć ktoś nie­roz­sądny, nie była ani pier­sia­stą hożą dzie­woją, ani per­fek­cyjną blond pięk­no­ścią. Kiedy prze­szła Prze­mianę, nie była młódką, lecz kobietą w śred­nim wieku i – choć wyrzeź­biona teraz z bia­łego mar­muru i czar­nego maje­statu – nie wyzbyła się śla­dów znoj­nego życia śmier­tel­niczki i nie­ła­ska­wego upływu czasu, na zawsze utrwa­lo­nych w histo­rii jej ciała.

Jed­nakże arty­sta, jakim był mar­kiz, w tym wła­śnie odnaj­dy­wał jej urodę – a także drogę do jej łask. Żadne bowiem zwier­cia­dło, żadna szyba ani roz­świe­tlona księ­ży­co­wym bla­skiem sadzawka nie mogły poka­zać wam­pi­rowi jego odbi­cia. Zli­cze­nie zaś lat, które upły­nęły, odkąd ostatni raz cesa­rzowa oglą­dała swoje obli­cze ina­czej niż na pochleb­nych por­tre­tach pędzla Jeana-François, gra­ni­czyło z nie­moż­li­wo­ścią.

Mar­got była tak stara, że zapo­mniała, jak wygląda.

Cesa­rzowa Wil­ków i Ludzi wbiła w Jeana-François spoj­rze­nie oczu czar­nych jak niebo. Jej cień kładł się przed nią, piesz­cząc jego cień, i choć powie­trza w kom­na­cie nie poru­szał nawet naj­lżej­szy prze­ciąg, włosy mar­kiza zafa­lo­wały lekko jak trą­cone wia­trem. Pazu­rza­sta dłoń pogła­dziła naj­bliż­szego z wil­ków, starą samicę imie­niem Zło­śliwa.

– Dobrze się czu­jesz, mar­ki­zie? – Głos cesa­rzo­wej dobie­gał jakby ze wszyst­kich stron jed­no­cze­śnie.

– Wyśmie­ni­cie, Wasza Wyso­kość. Merci.

Usta cesa­rzo­wej wykrzy­wiły się leciutko. Inny z wil­ków, smu­kły i piękny Dzielny, wark­nął, gdy prze­mó­wiła po raz kolejny:

– Podejdź, moje dziecko.

Jean-François wszedł na pod­wyż­sze­nie i klęk­nął u stóp cesa­rzo­wej. Tron stał wpraw­dzie wyżej, ale sie­dząca na nim wład­czyni led­wie prze­wyż­szała swo­jego histo­ryka – a mimo to w jej obec­no­ści wyda­wał się kar­łem. Cie­nie się wydłu­żyły. Kiedy Mar­got wycią­gnęła rękę, miało się wra­że­nie, że jej dłoń nie tyle poru­szyła się, ile w ułamku sekundy prze­nio­sła się z jej kolan na poli­czek Jeana-François.

Poczuł mro­wie­nie w brzu­chu. Cesa­rzowa ujęła go pod brodę i lekko unio­sła jego głowę, by mógł na nią spoj­rzeć. Minęło pięć­dzie­siąt lat, a on wciąż pamię­tał jej mor­der­czą namięt­ność z tam­tej nocy, kiedy go zabiła. Mroczną radość w jej oczach, gdy powstał z zakrwa­wio­nej pod­łogi w swo­jej pra­cowni, prze­ra­żony, zdjęty zgrozą i jed­no­cze­śnie zdu­miony, że zamiast go uni­ce­stwić, obda­rzyła go nowym życiem, o jakim nie śmiał nawet marzyć.

– Wciąż ran­nyś.

„Wrzeszcz dla mnie…”.

– To bła­hostka, Wasza Wyso­kość.

– Nocy sześć minęło, a bła­hostka na­dal daje ci się we znaki?

– Rana się goi, choć wolno. Zapew­niam cię, matko, że nie zasłu­guje na twoją uwagę.

Cesa­rzowa się uśmiech­nęła.

– Kim jestem, synu?

– Pra­wo­witą wład­czy­nią tego cesar­stwa – odparł z nie­skry­waną dumą w gło­sie. – Mądrą zdo­byw­czy­nią. Pro­ro­ki­nią. Ancien Krew­nych i priori Krwi Cha­stain.

– Czy zatem sądzisz, żem nie­zdolna samo­dziel­nie oce­nić, co zasłu­guje na mą uwagę, a co nie?

Prze­ma­wiała łagod­nym tonem, muska­jąc paznok­ciami jego zra­nioną szyję. Wam­piry nie mogły wybie­rać, któ­rym z ich ofiar przy­pad­nie w udziale Dar. Więk­szość gniła przez wiele dni, zanim wresz­cie docho­dziło do Prze­miany; prze­obra­żali się wtedy w odra­ża­ją­cych brud­no­kr­wi­stych. Jean-François był ostat­nim szla­chet­no­kr­wi­stym wam­pi­rem stwo­rzo­nym przez Mar­got i zda­wał sobie sprawę, że wielu dwo­rzan za ple­cami cesa­rzo­wej zarzuca jej fawo­ry­zo­wa­nie naj­młod­szego ze swo­ich dzieci. Kiedy jed­nak teraz moc­niej przy­ci­snęła pazno­kieć do jego skóry, wystar­czyła ta suge­stia drze­mią­cej w niej potwor­nej siły, by prze­szedł go lodo­waty dreszcz.

– Pro­szę o wyba­cze­nie, Wasza Wyso­kość. Nie moją rolą jest wska­zy­wa­nie, co może, a co nie może cię zain­te­re­so­wać.

– Twier­dzisz zatem, że ta sprawa powinna mnie zain­te­re­so­wać?

– Ja… nic nie twier­dzę, Wasza Wyso­kość.

Kciuk zdolny dru­zgo­tać mar­mury prze­śli­znął się po krtani histo­ryka. Zimny dreszcz się wzmógł, cie­nie zaczęły się odkształ­cać. I wrzesz­czeć.

– Po co mi histo­ryk, który mil­czy?

– Matko, ja…

Po kom­na­cie poniósł się cichy śmiech. Zalśniły kły. Ciem­ność zamarła.

– Igram z tobą, mój drogi. – Z bły­skiem w oczach Mar­got przy­tu­liła dłoń do jego policzka. – Bywasz taki chło­pięcy. Taki młody. Radzi­ła­bym ci wystrze­gać się tej sła­bo­ści, ale przez nią tylko jesz­cze bar­dziej cię uwiel­biam. Miłuję cię całym moim mat­czy­nym ser­cem. – Uśmiech opadł z jej ust jak suche liście. – Atoli cuch­niesz owcami, z któ­rymi się pokła­dasz, Jean-François. Odsuń się.

Trzeci wilk, stara wadera imie­niem Roz­tropna, odpro­wa­dzała go wzro­kiem, gdy cofał się ze spusz­czoną głową. Przy­wdział maskę na twarz, by ukryć burzę sza­le­jącą w jego wnę­trzu: żar­li­wość, wstyd, strach, odda­nie. Matka zawsze wytrą­cała go z rów­no­wagi, po roz­mo­wie z nią czuł się jak ostatni…

Cesa­rzowa zer­k­nęła na klę­czą­cego obok niej pazia. Chło­pak przez cały czas tkwił w abso­lut­nym bez­ru­chu, pod­trzy­mu­jąc ciężki tom z mosięż­nymi oku­ciami. Miał wpraw­dzie siłę nie­wol­nego, ale ręce musiały pło­nąć mu bólem – i zapewne o to wła­śnie cho­dziło, domy­ślił się Jean-François. Wie­dział, że wład­czyni nie podoba się spo­sób, w jaki jej histo­ryk spę­dza noce; ten nie­dbały pokaz okru­cień­stwa miał mu przy­po­mnieć, czym w isto­cie jest. Czym są wszy­scy tacy jak on.

Wilka nie obcho­dzą kło­poty robaka.

– Przej­rza­łam twoją kro­nikę.

– Czy spra­wiła Waszej Wyso­ko­ści radość?

– Jej artyzm zachwyca, jak zwy­kle zresztą, jed­nakże sama opo­wieść wydaje się cokol­wiek… nie­kom­pletna.

– To dzieło nie­ukoń­czone, Wasza Wyso­kość.

Powiało chło­dem… i cesa­rzowa po pro­stu znik­nęła: dopiero co sie­działa na tro­nie, a potem w oka­mgnie­niu tron opu­sto­szał. Jean-François odgar­nął włosy z twa­rzy i zoba­czył Mar­got sto­jącą przy jed­nym z wyso­kich okien wycho­dzą­cych na pół­noc.

– Kto się śpie­szy, ten bieży na oślep – mruk­nęła. – Nie­cier­pli­wość prze­są­dziła o losie Wiecz­no­tr­wa­łego Króla, a ja nie zamie­rzam podą­żyć za pięk­nym Fabiénem do pie­kła. – Zwró­ciła smo­li­ście czarne oczy na swo­jego potomka. – Nie­mniej jed­nak poja­wiła się pewna… pre­sja, mój drogi.

– Wasza Wyso­kość ma na myśli Żela­zną Dzie­wicę. I Pająka.

Usta cesa­rzo­wej uło­żyły się w kształt, który głu­piec mógłby nazwać uśmie­chem.

– Przy­będą tutaj – dodał szep­tem Jean-François i pod­szedł do niej.

– Ow­szem. A wiatr nie­sie wieść, że zza mórz zmie­rza tu Żmij, ści­ska­jąc w żebra­czej dłoni nasze zapro­sze­nie. Dotrze przed Świę­tem Pani.

– Priori aż trzech rodów zja­wią się tu przed upły­wem tygo­dnia. Voss. Ilon. Dyvok. – Jean-François z nie­do­wie­rza­niem powiódł wzro­kiem po górach za oknem. Na widocz­nych w dole blan­kach roiły się malut­kie syl­wetki zakute w czarną stal. Roz­sta­wione na koro­nie nie­zdo­by­tego muru kok­sow­niki pło­nęły jak gwiazdy. – Czy Wasza Wyso­kość zamie­rza udzie­lić im przy­wi­leju Uprzej­mo­ści?

– Nie­grzecz­nie byłoby odmó­wić, zwłasz­cza że to ja zwo­ła­łam Zjazd.

– Poprzedni taki zjazd odbył się setki lat temu. Od nie­pa­mięt­nych cza­sów toczymy uta­jone wojny z innymi prio­rem. Jak mamy im teraz zaufać?

Cesa­rzowa aż par­sk­nęła śmie­chem na te słowa.

– Im samym? Wcale, mój słodki mar­ki­zie. Co innego zaufać ich instynk­towi samo­za­cho­waw­czemu. Nasze wojny wykrwa­wiły tę kra­inę. Z każ­dym naj­mar­niej­szym len­nem wyszar­pa­nym przez jakie­goś krwa­wego par­we­niu­sza, z każ­dym kęsem pożar­tym przez roz­sza­lałe hordy brud­no­kr­wi­stych kun­dli chwiej­nym kro­kiem przy­bli­żamy się do kata­strofy. Kestrel to wie. Kariim rów­nież. Nawet Żmij. – Skrzy­wiła się, krę­cąc głową. – Mimo to, nawet gdy przy­będą tu z wła­snej woli, nie klękną przede mną. Do tego potrze­bu­jemy dodat­ko­wego atutu, który w tej chwili leży i wrzesz­czy w dziu­rze, gdzie go zosta­wi­łeś.

Jean-François zaci­snął zęby.

– Jest nie­bez­pieczny, matko.

– To oczy­wi­ste. Jakże ina­czej miałby prze­żyć w tak zim­nym świe­cie? – Palce Mar­got pie­ściły ukrytą pod fula­rem ranę na szyi histo­ryka, deli­katne jak szept. – Wsze­lako to wła­śnie jest klucz: ta zagadka, ta broń, ten cały Graal…

– De León nie­na­wi­dzi naszego rodzaju, matko. Nie powie­dział nam niczego, co…

– A jak ci się wydaje, z jakiej przy­czyny wła­śnie tobie powie­rzy­łam to zada­nie?

Oszo­ło­miony Jean-François zmarsz­czył brwi.

– Jestem histo­ry­kiem Waszej Wyso­ko­ści, a na cesar­skim dwo­rze nie ma nikogo innego, kto by…

– Dla­tego, żeś młody, Jean-François, wystar­cza­jąco młody, by pamię­tać, jak to jest być czło­wie­kiem. Jest w tym moc, jest poczu­cie bli­sko­ści i bra­ter­stwa, które sprytny wilk mógłby obró­cić na swoją korzyść. – Mach­nię­ciem ręki cesa­rzowa wska­zała księgę w rękach pazia. – Te karty zawie­rają histo­rię czło­wieka, któ­rego puchar jest prze­peł­niony gnie­wem, żalem, nade wszystko jed­nak pychą. Może opo­no­wać, ile zechce, ale uwierz mi: Gabriel de León chce, żeby świat poznał jego dzieje. Oto praw­dziwa głę­bia jego próż­no­ści i zara­zem klucz do jego zguby. – Mroczne spoj­rze­nie wład­czyni znów spo­częło na szyi histo­ryka. – Wyczuwa wasze powi­no­wac­two, słodki mar­ki­zie, waszą zaży­łość. Zamor­do­wana rodzina, więź łącząca go z Dior Lachance… Jak myślisz, czy w roz­mo­wie ze mną byłby rów­nie szczery w swo­ich wyzna­niach?

– Zaży­łość? – Jean-François zaci­snął szczęki. – Pró­bo­wał mnie zamordo…

– Dość już się zaba­wi­łeś – ucięła Mar­got. – Przy­szedł czas, by prze­łknąć dumę, mój mały, i po okru­cień­stwie ofia­ro­wać życz­li­wość, która jest darem mędr­ców.

Mar­kiz zadrżał, znów prze­szły go ciarki. Cesa­rzowa dotknęła jego policzka.

– Tylko tobie skłon­nam powie­rzyć to zada­nie, Jean-François. Nie pokła­dam takiej wiary w żad­nym z two­ich braci, sióstr, kuzy­nów ani moich dwo­rzan. Czyż po wszyst­kich potwor­no­ściach, jakich się dopu­ści­łam, nie widzisz, że tylko tobie ufam? Tylko cie­bie naprawdę uwiel­biam?

Prze­chy­liła głowę, patrząc mu pyta­jąco w oczy.

– Oui – potak­nął szep­tem.

Na pod­wyż­sze­niu za jego ple­cami czwarty z wil­ków, Wierny, istny potwór, obli­zał ocie­ka­jący śliną pysk. Mar­got znów poru­szyła się, wcale się nie poru­sza­jąc: w jed­nej chwili doty­kała policzka histo­ryka, w następ­nej wycią­gała do niego rękę. Na jej dłoni spo­czy­wały szklana fiolka z krwi­sto­czer­wo­nym prosz­kiem i ciężki żela­zny klucz.

– Daj mi to, czego potrze­buję, moje dziecko. Daj mi cesar­stwo.

Jean-François ukło­nił się nisko.

– Wedle życze­nia, Wasza Wyso­kość – wymam­ro­tał.

III

Zabójca stał przy wąskim oknie, wciąż wycze­ku­jąc swo­jego końca.

Kom­nata wyglą­dała ina­czej, niż kiedy wywle­kli go z niej na dół, do pie­kła. Kamienne płyty posadzki zostały wyszo­ro­wane nie­mal do czy­sta, a oporne krwawe plamy przy­rzu­cono sta­rym dywa­ni­kiem z jagnię­cej wełny. Komi­nek był wpraw­dzie wyga­szony, ale na­dal cie­pły: napa­lono w nim przed kil­koma godzi­nami, żeby roz­pro­szyć ziąb. Pośrodku kom­naty usta­wiono dwa zabyt­kowe fotele prze­dzie­lone okrą­głym sto­li­kiem, na któ­rego bla­cie stały dwa złote puchary – puste, a zara­zem pełne obiet­nic.

Pokój został upo­rząd­ko­wany jak plan­sza do gry, na któ­rej figury cze­kają już tylko na przy­by­cie gra­czy. Jed­nakże mimo sta­rań gospo­da­rzy, by tym razem wnę­trze stało się przy­tul­niej­sze, ostatni sre­bro­święty nie dał się zwieść. Wie­dział, czym naprawdę jest.

Lep­sze to jed­nak od wię­zie­nia, które dopiero co opu­ścił.

Przez sześć nocy gło­do­wał na dnie pustej studni w trze­wiach wieży. Język jak spę­kane gli­nia­ste dno wyschnię­tej rzeki. Gar­dło jak pustynna rów­nina. Ból jako jedyny towa­rzysz, cier­pie­nie, udrę­czone krzyki, przy któ­rych z ust pry­skały mu krwawe kro­pelki, i mięk­kie jak dym sny o niej.

Maja­czył, kiedy go w końcu wywle­kli i pozwo­lili mu wcią­gnąć do płuc haust sanc­tusu tak słodki, że gdy poczuł zna­jomy smak, dosłow­nie się popła­kał. Oddział nie­wol­nych żoł­nie­rzy zapro­wa­dził go do łaźni w samym sercu château, gdzie dwoje ślicz­nych śmier­tel­ni­ków – zie­lo­no­oka Sūdhaemka i ciem­no­włosy nor­dlundzki pięk­niś – zanu­rzyło go po pierś w cudow­nie cie­płej wodzie. Kąpali go nie­śpiesz­nie, wycze­sy­wali mu krew i brud z wło­sów, a on tylko trze­po­tał rzę­sami, muska­ją­cymi pobliź­nione policzki. Zanim skoń­czyli, znów poczuł się nie­mal na wpół ludzko. Kiedy więc dziew­czyna prze­su­nęła czub­kami pal­ców po wewnętrz­nej stro­nie jego uda, a pięk­niś zaczął go deli­kat­nie cało­wać po ramie­niu, tylko wes­tchnął, zamiast zama­rzyć o się­gnię­ciu po miecz.

– Co robi­cie? – zachry­piał; gar­dło wciąż miał obo­lałe od krzyku.

– Nasz pan kazał nam zadbać o twoje potrzeby, che­va­lier – odpo­wie­działa dziew­czyna. – Wszyst­kie.

– Jak się nazy­wa­cie?

Zamru­gała zdez­o­rien­to­wana.

– Mój…

– Jak ci na imię, made­mo­iselle?

– Jasminne.

– Dario – mruk­nął mło­dzie­niec, łasko­cząc Gabriela zębami w ucho.

Gabriel ode­pchnął ich deli­kat­nie razem z ich dłońmi i ustami.

– Merci, mes chers, ale nie trawi mnie głód tego rodzaju. Nie jestem rów­nież tego typu łaj­da­kiem.

Ubrali go w jego stary skó­rzany strój (uprzed­nio wyczysz­czony), wyglan­so­wane do poły­sku buty, koszulę bez nawet jed­nej plamki. Po trzech miskach potrawki z kró­lika i pół butelki wina tak nie­zwy­kle rzad­kiego, że można by za nią kupić château w Nor­dlun­dzie, Gabriel został ode­skor­to­wany z powro­tem na szczyt wieży, by w zna­jo­mej kom­na­cie ponow­nie cze­kać na przy­jem­ność spo­tka­nia z mar­ki­zem Jeanem-François Cha­sta­inem.

Nie cze­kał długo.

Patrząc na pię­trzące się w oddali góry, poczuł mro­wie­nie na karku, jakby ktoś odgar­nął mu włosy. Odwró­cił się: dwa­dzie­ścia stóp od niego, po dru­giej stro­nie foteli, sto­lika i pustych pucha­rów, stał zna­jomy zim­no­krwi­sty.

– Jak mnie­mam, odświe­ży­łeś się, che­va­lier? – zagad­nął wystro­jony w biel Jean-François.

Złote loki opa­dały mu na mar­mu­rowe policzki, rubi­nowe wargi były wykrzy­wione w lek­kim uśmie­chu, świeża krew pla­miła białka oczu. Przez ostat­nie sześć nocy Gabriel nie widział go ani razu, nie miał jed­nak cie­nia wąt­pli­wo­ści, że to wła­śnie ten potwór odpo­wiada za każdą chwilę jego tor­tur: była to kara za napaść, któ­rej dopu­ścił się pod­czas ich ostat­niej roz­mowy.

– Jak szyja? – zapy­tał Gabriel.

– Lepiej.

– Mogę temu zara­dzić.

Uśmiech zim­no­krwi­stego stał się bar­dziej mroczny, przy­wo­dził na myśl łowcę, który dla zabawy poluje na inne, praw­dziwe uśmie­chy. Na moment powie­trze zgęst­niało i pociem­niało jak krew.

– Pomy­śla­łem, że mogli­by­śmy spró­bo­wać jesz­cze raz, de León. Zapo­mnieć wza­jemne krzywdy, uznać rachunki za wyrów­nane i poroz­ma­wiać jak dwaj szla­chet­nie uro­dzeni. – Mar­kiz wska­zał jeden z foteli. – Usią­dziesz?

– A jeśli nie? Co wtedy?

– Przy­pusz­czam, że wtedy poleje się krew. – Z kie­szeni sur­duta Jean-François wyjął mały skła­dany nożyk z per­łową ręko­je­ścią. – I nie będzie to nic miłego.

– Jakiś taki nie­po­zorny, nie uwa­żasz? – zauwa­żył Gabriel, obrzu­ciw­szy wzro­kiem nóż.

– Od roz­miaru waż­niej­sze są umie­jęt­no­ści, che­va­lier.

– Śpiewka wszyst­kich mar­nie wypo­sa­żo­nych face­tów, jakich w życiu spo­tka­łem.

Mar­kiz par­sk­nął śmie­chem i pstryk­nął pal­cami. Drzwi się otwo­rzyły. Za pro­giem stała wierna nie­wolna Jeana-François, Meline. Czarny sta­nik sukni pod­kre­ślał jej talię osy i płyn­nie prze­cho­dził w kaskadę gru­bej spód­nicy. Wpły­nęła do pokoju i posta­wiła na sto­liku złoty pół­mi­sek.

Gabriel ujrzał na nim kulę chy­mijną, nakrytą skraw­kiem muślinu miseczkę paru­ją­cej wody, nie­wielki pędzel z koń­skiego wło­sia i kostkę naj­praw­dziw­szego mydła na spodeczku. Wró­cił spoj­rze­niem do brzy­twy w dłoni wam­pira.

– Chyba żar­tu­jesz.

– Moje ciało nie doj­rzało do momentu, w któ­rym doro­bi­łoby się cze­goś wię­cej niż zale­d­wie cień zaro­stu, sły­sza­łem jed­nak, że broda bywa… iry­tu­jąca. – Jean-François się skrzy­wił. – Poza tym będę z tobą szczery, che­va­lier: w twoim wypadku to nie jest broda, lecz bluź­nier­stwo.

– W kwe­stii bluź­nierstw cie­szę się repu­ta­cją, o którą zamie­rzam dbać.

– Potrak­tuj moją usługę jak prze­pro­siny. Odro­binę luk­susu po tym, jak odmó­wi­łem ci wszel­kich wygód. Chyba że… nie ufasz mi i nie chcesz, żebym przy­ło­żył ci nóż do gar­dła?

Potwór uśmiech­nął się, powie­trze aż zgęst­niało od jego sady­stycz­nego roz­ba­wie­nia. Gabriel zda­wał sobie sprawę, o co toczy się gra i jaki praw­dziwy okrutny cel skrywa. Sześć dni mąk, po któ­rych zawle­czono go tutaj, na górę, i rzu­cono do stóp tej bestii, by przy­po­mnieć mu, że na­dal tkwi w jej szpo­nach. Miał odsło­nić gar­dło przed tą pijawką i modlić się, by nie zechciała mu go roz­pła­tać.

Miał ska­pi­tu­lo­wać.

Odrzu­cił opa­da­jące na ramiona włosy i powoli usa­do­wił się w ozdob­nym skó­rza­nym fotelu. Jean-François uśmiech­nął się doń z góry, roz­ko­szu­jąc się jego znie­wo­le­niem. Gabriel zamknął oczy i odchy­lił głowę w tył.

Zaufać skor­pio­nowi, że nie użą­dli.

Minęły trzy dłu­gie ude­rze­nia serca, zanim jego twarz okrył muślin cie­pły od per­fu­mo­wa­nej wody. Wcią­gnął w płuca parę wodną… i dostał gęsiej skórki, sły­sząc, jak zim­no­krwi­sty zacho­dzi go z lewej. Zdła­wił instynkt wyostrzony przez lata wojen i rzezi, stłu­mił pier­wotny odruch, który naka­zy­wał mu walkę lub ucieczkę, siłą woli spo­wol­nił bicie serca.

Patience, wyszep­tał głos w jego gło­wie. Cier­pli­wo­ści.

Patience…

– Moja cesa­rzowa prze­czy­tała twoją histo­rię, che­va­lier. – Cichy głos wam­pira dobie­gał teraz zza jego ple­ców. – Prze­czy­tała o two­jej nauce w San Michon, podróży w towa­rzy­stwie Dior Lachance, bitwie z Ordo Argent, w któ­rej stawką było życie Gra­ala… Saga godna naszych cza­sów. Jej Wyso­kość była bar­dzo zado­wo­lona.

– Kamień spadł mi z serca – mruk­nął Gabriel.

– Mnie rów­nież, zapew­niam cię. Mnie rów­nież.

– Boisz się roz­cza­ro­wać mamu­się, zim­no­krwi­sty?

– Taka per­spek­tywa mnie prze­raża.

Ktoś zdjął muślin z jego twa­rzy i Gabriel poczuł, jak Jean-François nakłada mu mydlaną pianę na żuchwę. Zapach nie był do końca nie­miły: miód głup­ców, popiół z palo­nego drewna, do tego led­wie wyczu­walna nuta sino­kory.

– Cesa­rzo­wej nie przy­pa­dła jed­nak do gustu dłu­gość tej histo­rii – dodał histo­ryk.

Stał teraz na prawo od sre­bro­świę­tego, który moc­niej zaci­snął zęby przy pierw­szym dotknię­ciu brzy­twy. Przy­trzy­mu­jąc pal­cami pod­bró­dek Gabriela, Jean-François dłu­gim, płyn­nym ruchem prze­cią­gnął ostrzem po policzku.

– Dopo­mi­nała się o ciąg dal­szy – mówił dalej.

Brzy­twa, ostra jak szkło, szep­tała cicho przy każ­dym muśnię­ciu skóry. Dotyk mar­kiza był twardy jak kamień, ale zara­zem deli­katny, a jego skóra była cie­pła po nie­daw­nym żero­wa­niu. Gabriel sie­dział bez ruchu, cho­ciaż drze­miąca w nim bestia z tru­dem zno­siła wymu­szoną bez­bron­ność; nie­wi­dzialna sierść zje­żyła mu się na krę­go­słu­pie, gdy Jean-François z wprawą prze­su­nął ostrzem po łuku gór­nej wargi.

– Zda­rzały nam się w prze­szło­ści nie­po­ro­zu­mie­nia, de León, ale nie jestem z natury mściwy. Jej Wyso­kość wyra­ziła się jed­nak jasno. Dla­tego, mimo że nie zamie­rzam być dla cie­bie źró­dłem dal­szej udręki, zostanę do tego zmu­szony, jeśli jej odmó­wisz. Żaden z nas by tego nie chciał.

Brzy­twa zsu­nęła się na szyję. Cie­płe jak krew dotknię­cie na gar­dle, lek­kie muśnię­cie kro­cza potwora o zwie­szoną swo­bod­nie dłoń.

– Sypiasz z kobie­tami, zim­no­krwi­sty? Albo z męż­czy­znami?

Ostrze znie­ru­cho­miało.

– Dla­czego pytasz, sre­bro­święty?

Wzru­sze­nie ramion.

– Powiedz.

Twardy jak kamień kciuk spo­czął na war­dze Gabriela, by leciu­teń­kim ruchem zetrzeć dro­binki piany.

– Męż­czyźni, kobiety… Bła­hostki, które prędko toną w oce­anie wiecz­no­ści. A piękno można zna­leźć wszę­dzie.

– No dobrze. A kiedy pukasz te swoje pięk­no­ści, to roz­grze­wasz je jakoś wcze­śniej? Czy po pro­stu roz­kła­dasz im nogi i jedziesz?

Brzy­twa kolejny raz się zatrzy­mała.

– Czy ty…

– Powiem wprost. – Gabriel otwo­rzył oczy i spoj­rzał na mar­kiza. – Jeżeli zamie­rzasz mnie wydy­mać, to miej choć tyle przy­zwo­ito­ści, żeby wcze­śniej posta­wić mi kie­lo­nek.

Jean-François zaci­snął szczęki. Brzy­twa zawi­sła nad aortą Gabriela.

Sre­bro­święty tylko się uśmiech­nął. Wie­dział, że grozi mu nie­bez­pie­czeń­stwo, ale – choć zmę­czony i udrę­czony – nie był głup­cem. Gdyby te bestie chciały go zabić, już byłby tru­pem. Tym­cza­sem zapro­wa­dziły go na sam skraj obłędu, lecz nie pozwo­liły mu spaść w otchłań. Wie­dział, czego chcą, inte­re­so­wała je opo­wieść o tym, jak doszło do znisz­cze­nia Gra­ala San Michon. Chciały wie­dzieć, czy ist­nieje jakiś spo­sób, żeby zdo­łały go wyko­rzy­stać do swo­ich celów. Dla­tego – mimo że zaufa­nie skor­pio­nowi, że ten nie użą­dli, mogło się wydać głu­pim pomy­słem – Gabriel zda­wał sobie sprawę, że sie­dząc na tym fotelu, nic nie ryzy­kuje.

Kiedy obna­żał gar­dło przed tym łaj­da­kiem, wcale przed nim nie kapi­tu­lo­wał.

On z nim rywa­li­zo­wał.

Ponow­nie zamknął oczy i odchy­lił głowę daleko w tył.

– Monét, jeśli łaska, chérie – dodał.

– Meline? Zaj­mij się tym – pole­cił Jean-François.

Drzwi skrzyp­nęły i zamknęły się. Szczęk­nął zamek: zda­niem nie­wol­nej Gabriel był dosta­tecz­nie groźny, żeby zamy­kać go na klucz. Dali mu do wypa­le­nia zale­d­wie szczyptę sanc­tusu, ale zmy­sły wciąż miał wyostrzone i gdy mar­kiz ponow­nie przy­ci­snął mu ostrze do skóry, Gabriel liczył dobie­ga­jące zza drzwi kroki scho­dzą­cej Meline.

Wie­dział już, że masywne żela­zne drzwi na dole wiodą do zachod­niego skrzy­dła château. Kiedy pro­wa­dzili go z powro­tem na górę, odli­czał każdy krok od scho­dów do jadalni, zapa­mię­ty­wał każ­dego mija­nego żoł­nie­rza, noto­wał w pamięci każde więk­sze okno, przez które dałoby się wysko­czyć, i każde drzwi do pomiesz­czeń dla służby. Wszystko to zło­żył w oku­tym żela­zem skarbcu swo­jej pamięci.

Mar­kiz golił go w mil­cze­niu, ota­cza­jąca go trium­falna aura samo­za­do­wo­le­nia ulot­niła się bez śladu. Brzy­twa jesz­cze raz prze­je­chała po gar­dle – o jeden kaprys od mor­der­stwa – ale w końcu potwór wytarł ją do czy­sta, zło­żył i scho­wał do kie­szeni sur­duta.

Chwilę póź­niej przy­ło­żył dło­nie do twa­rzy Gabriela: były chłodne i wil­gotne, ostro pach­niały alko­ho­lem, spod któ­rego prze­zie­rała led­wie wyczu­walna nuta…

Kwia­tów.

Otwo­rzył oczy. Jean-François patrzył na niego z góry, złote pukle koły­sały się lekko, gdy maso­wał mu policzki.

– Przy­kro mi, de León – mruk­nął. – Sre­bro­dzwo­nek to jeden z bar­dzo nie­wielu miłych aro­ma­tów, jakie w te noce na­dal umiemy pozy­ski­wać. Wiem, że był to ulu­biony kwiat two­jej żony. Córki rów­nież. Jeżeli budzi nie­przy­jemne sko­ja­rze­nia, zechciej mi wyba­czyć. Jak już rze­kłem, nie jest moim zamia­rem przy­spa­rza­nie ci cier­pień.

Gabriel zapa­trzył się w dal i zato­pił w prze­szło­ści. Mała latar­nia mor­ska. Cie­pły uśmiech Patience, cie­płe obję­cia Astrid. Pieśń fal, mewy, daleki brzeg…

I trzy­krotne puka­nie do drzwi, jak ude­rze­nia młota.

– Wejdź – mruk­nął Jean-François.

Do pokoju wśli­znęła się Meline z butelką z zie­lo­nego szkła pełną prze­pysz­nego czer­wo­nego trunku. Gabriel zacią­gnął się aro­ma­tem wina, patrząc na pul­su­jącą pod kana­kiem tęt­nicę dziew­czyny i wodząc wzro­kiem po mlecz­no­bia­łych krzy­wi­znach jej piersi, kiedy pochy­liła się nad sto­łem, by napeł­nić jeden z kie­li­chów. Serce zabiło mu żywiej. Uni­kał jej wzroku, kiedy podała mu puchar.

– Życzysz sobie jesz­cze cze­goś, mój panie?

Sre­bro­święty nie zauwa­żył, kiedy histo­ryk się poru­szył, ale Jean-François sie­dział już na fotelu naprze­ciwko. Trzy­mał na kola­nach księgę w skó­rza­nej opra­wie.

– Nie w tej chwili, moja droga. Zostaw nas samych.

– Jak sobie życzysz, panie. – Meline zer­k­nęła na Gabriela. – Będę w pobliżu.

Gabriel mru­gnął do niej poro­zu­mie­waw­czo i uniósł kie­lich. Kobieta wyszła. Odchy­lił głowę i jed­nym hau­stem opróż­nił naczy­nie. Zaskrzy­piało skó­rzane obi­cie fotela, kiedy się­gnął po dolewkę. Nalał sobie po brzegi, aż tru­nek zadrżał na kra­wę­dzi pucharu, po czym roz­siadł się wygod­nie i spoj­rzał na sie­dzą­cego vis-à-vis potwora.

– To, co Wiecz­no­tr­wały Król zro­bił two­jej rodzi­nie… – Jean– François pokrę­cił głową i prze­niósł wzrok na wąskie okno. – Muszę przy­znać, że twoja opo­wieść prze­jęła mnie do głębi serca.

– Ty nie masz serca, zim­no­krwi­sty. Obaj o tym wiemy.

– Ow­szem, bywam okrutny, ist­nieje jed­nak pewna gra­nica, którą tylko praw­dziwe potwory ośmie­lają się prze­kro­czyć. Fabién Voss był jed­nym z nich, bez wąt­pie­nia. Tylko że kiedy go zabi­łeś, dopro­wa­dzi­łeś do kata­strofy. Cesar­stwo balan­suje na ostrzu noża, de León. Jeżeli Dwory Krwi nie zostaną zjed­no­czone, ta histo­ria będzie mogła zakoń­czyć się tylko w jeden spo­sób.

– A ty myślisz, że Graal wam pomoże? – Gabriel prych­nął. – Prze­cież już ci powie­dzia­łem, zim­no­krwi­sty: kie­lich został znisz­czony. Nie ma Gra­ala.

– Nie­ważne, co myślę. Ani ty, ani ja nie chcemy, żebyś znów wylą­do­wał na dnie tam­tej studni, ale to się wła­śnie sta­nie, jeżeli nie dasz jej tego, czego chce.

– A jeśli jej to dam? Co wtedy?

– Nie­śmier­tel­ność. Być może jedyna nie­śmier­tel­ność, jaką kto­kol­wiek z nas naprawdę zna.

Mar­kiz wyjął drew­nianą skrzy­neczkę zdo­bioną rzeź­bio­nym moty­wem wil­ków i księ­ży­ców. Z niej z kolei wydo­był dłu­gie pióro, czarne jak serce w piersi Gabriela. Na pod­ło­kiet­niku fotela usta­wił mały kała­marz. Zanu­rzył pióro w atra­men­cie i posłał swo­jemu roz­mówcy wycze­ku­jące spoj­rze­nie ciem­nych oczu.

– Zaczy­naj – pole­cił.

Ostatni Sre­bro­święty wes­tchnął.

– Wedle życze­nia.

Księga pierwsza. Święci i grzesznicy

Przez trzy stu­le­cia szla­chetne brac­two trwało. Choć rodzili się z klą­twą i byli prze­klęci przez Boga, wzno­sili się ponad swą haniebną naturę ku świa­tłu srebr­nego pło­mie­nia, pło­ną­cego pomię­dzy ludz­ko­ścią a zgrozą, która na nas polo­wała. Nadzieja pośród bez­na­dziei. Świa­tełko wśród mro­ków nocy.

Jakże okrut­nym losem jest świa­do­mość, że osta­tecz­nie to nie ciem­ność zadała im naj­bar­dziej śmier­cio­no­śny cios, ale ręka jed­nego z ich wła­snych braci.

Alfonse de Mont­fortKro­nika Srebr­nego Zakonu

Rozdział I. Nic, tylko ciemność

I

Nic, tylko ciem­ność

– Od czego powin­ni­śmy zacząć? – zapy­tał Gabriel.

– Naj­mą­drzej byłoby od miej­sca, w któ­rym prze­rwa­łeś – odpo­wie­dział Jean-François.

– Jeśli to mądro­ści szu­kasz, zim­no­krwi­sty, to roz­ma­wiasz z nie­wła­ści­wym czło­wie­kiem.

– Jakież to nie­for­tunne, zwa­żyw­szy że jesteś jedy­nym czło­wie­kiem w tym pokoju.

Gabriel prych­nął szy­der­czo i odchy­lił się w fotelu.

– Już taki, kurwa, mój los.

– Wobec tego kon­ty­nuuj, pro­szę. – Histo­ryk strzep­nął wyima­gi­no­wany papro­szek z rękawa sur­duta i ścią­gnął usta. – Prze­by­łeś pół cesar­stwa z zamia­rem pomsz­cze­nia śmierci zamor­do­wa­nej żony i córki. Zde­cy­do­wa­łeś, że znisz­czysz Wiecz­no­tr­wa­łego Króla, Fabiéna Vossa, a zamiast tego zosta­łeś opie­ku­nem dziew­czyny, Dior Lachance, ostat­niej potom­kini rodu świę­tego Odku­pi­ciela. Twoi bra­cia z Ordo Argent pró­bo­wali cię zamor­do­wać, a twoja stara przy­ja­ciółka Chloe Sau­vage usi­ło­wała zło­żyć made­mo­iselle Lachance w ofie­rze w ramach pra­daw­nego rytu­ału, który miał zakoń­czyć bez­dzień. Jed­nakże dzięki pomocy two­jej sio­stry, która, jak się teraz oka­zało, jest jedną z Krew­nych i nazywa sie­bie Lia­the… – wam­pir wykrzy­wił pogar­dli­wie usta – …wspią­łeś się na wyżyny San Michon, zarżną­łeś swo­ich daw­nych towa­rzy­szy jak pro­sięta i ura­to­wa­łeś Gra­ala przed pewną śmier­cią. Szczę­śliwe zakoń­cze­nie dla wszyst­kich. – Mach­nął pió­rem, uno­sząc brew. – Chyba że jest się człon­kiem Srebr­nego Zakonu, rzecz jasna.

Ostatni Sre­bro­święty nie ode­zwał się ani sło­wem, wpa­tru­jąc się w chy­mijną kulę pło­nącą mię­dzy nimi. Myślami powró­cił do odle­głych cza­sów. Blada jak czaszka ćma wypeł­zła z jakie­goś załomu w celi i teraz latała wokół świa­tła. Patrzył, jak owad ude­rza bez­sil­nie w szkło, przy­po­mi­na­jąc sobie trze­pot tysięcy skrzy­de­łek, gdy spa­dał z wyżyn opac­twa po tym, jak rze­komi bra­cia pode­rżnęli mu gar­dło. Smak w ustach krwi ancien, która zawle­kła go z powro­tem do życia, gdy zna­lazł się na kra­wę­dzi śmierci. Bladą postać w szkar­łat­nym sur­du­cie, która zdjęła por­ce­la­nową maskę, uka­zu­jąc twarz mon­strum, kosz­maru, twarz jego sio­stry.

„Dla­czego mi nie powie­dzia­łaś, Celene?”.

„Ponie­waż wszystko, co wycier­pia­łam, wszystko, czym się sta­łam, to twoja wina”.

Ostatni Sre­bro­święty wypił kolejny łyk wina.

„Ponie­waż nie­na­wi­dzę cię, bra­cie”.

– De León?

– Zasta­na­wiasz się cza­sem, gdzie to się koń­czy, Cha­stain? – zapy­tał w końcu Gabriel. – Kiedy już zosta­nie roz­darte gar­dło ostat­niego śmier­tel­nika? Kiedy wyschnie ostat­nia kro­pla naszej krwi? Kiedy sza­lone pomy­sły two­jej cesa­rzo­wej zwią­zane z Gra­alem wyjdą na jaw i twoi pobra­tymcy rzucą się na sie­bie jak psy na ostat­nią kość? Myślisz, że zgi­niesz, wal­cząc? Czy raczej na klęcz­kach?

– Naj­róż­niej­szego rodzaju roz­ko­sze można odna­leźć na klęcz­kach. – Histo­ryk uśmiech­nął się, prze­su­wa­jąc pió­rem po ustach. – Jed­nak zapew­niam cię, nie zamie­rzam umie­rać.

– Ona też nie zamie­rzała. – Gabriel de León wes­tchnął i zapa­trzył się w świa­tło. – Ona też.

Odchy­lił się w fotelu, blask kuli prze­lot­nie zapło­nął w jego burzo­wo­sza­rych oczach. Powie­trze było zimne i nie­ru­chome, jeśli pomi­nąć cie­pły szept jego odde­chu, cichy hymn pulsu i aksa­mitne poca­łunki nie­to­pe­rzych skrzy­deł na noc­nym nie­bie za oknem.

Histo­ryk zamarł z pió­rem tuż nad stro­nicą.

Cały świat wstrzy­mał oddech.

W końcu Ostatni Sre­bro­święty zaczął opo­wia­dać.

– Wiesz, na­dal pamię­tam to tak dobrze, jakby to wyda­rzyło się wczo­raj. Widzę wszystko tak wyraź­nie, że to wręcz prze­ra­ża­jące. Nasza dwójka sto­jąca przed ołta­rzem. Kate­dra pusta i cicha. Dym wzno­szący się ku skle­pie­niu i żało­sny świt bez­d­nia wle­wa­jący się przez okna. Posąg Odku­pi­ciela patrzący z góry na jatkę, jaką tam urzą­dzi­łem. Jed­nak naj­le­piej pamię­tam krew. Sty­gnącą na posadzce. Dud­niącą w moich żyłach. Roz­bry­zganą na twa­rzy towa­rzy­szą­cej mi dziew­czyny.

Dior na­dal miała na sobie rytu­alne szaty, w któ­rych zamie­rzano ją zabić. Taka była cena, którą uwa­żali, że warto zapła­cić dla ura­to­wa­nia świata. Dziew­czyna stała pośród ciszy, od któ­rej aż dzwo­niło w uszach, wbi­ja­jąc we mnie spoj­rze­nie sze­roko otwar­tych nie­bie­skich, pod­bi­tych oczu. Jej grzesz­nik. Jej wybawca. Odgar­nia­jąc z twa­rzy popie­la­to­białe włosy, szep­nęła:

– Co teraz?

– Chyba powin­naś poznać moją sio­strę. – Wes­tchną­łem.

– Sio­strę?

– To długa histo­ria.

Patrzyła bez słowa, gdy uklęk­ną­łem koło ciała Chloe. Mysie włosy mojej sta­rej przy­ja­ciółki były mokre od krwi, jej puste zie­lone oczy, nie­wi­dzące i oskar­ży­ciel­skie, wpa­try­wały się w męż­czy­znę, który ska­zał ten świat na ciem­ność. Zamkną­łem jej powieki zakrwa­wio­nymi pal­cami, a potem powlo­kłem się nawą, robiąc to samo dla każ­dego sre­bro­świę­tego, jakiego zamor­do­wa­łem. Dużego de Séverina, małego Fin­chera, sta­rego opata Sza­ro­rę­kiego. Przy­ja­ciół. Braci. Men­tora. Poło­ży­łem mie­cze na ich pier­siach, zamkną­łem im na zawsze oczy. Nie pomo­dli­łem się jed­nak za żad­nego z nich. A kiedy odsu­ną­łem na bok połę szy­nela Sza­ro­rę­kiego, zna­la­złem…

– Poże­raczka Popio­łów! – wykrzyk­nęła Dior.

Wycią­gną­łem mój stary, zła­many miecz ze znisz­czo­nej pochwy. Ciemna gwiaz­do­stal zabły­sła, sym­bole wytra­wione na zakrzy­wio­nym ostrzu. Sześć ostat­nich cali klingi odła­mało się, kiedy pró­bo­wa­łem bez powo­dze­nia zabić Wiecz­no­tr­wa­łego Króla. Mimo krwi na moich rękach, piękna dama na ręko­je­ści jak zawsze uśmiech­nęła się do mnie, jej ramiona roz­po­ście­rały się na jelcu, jakby chciała mnie objąć. Jej krzyk poniósł się echem w mojej gło­wie, sre­brzy­sty i skrzący się rado­ścią:

Gabrielu!

– Dobrze cię widzieć, Popi – szep­ną­łem.

D-D-D-Dior, czy…

– Jest tutaj – zagru­cha­łem do broni. – Nic jej nie jest.

Podaj jej mnie, podaj jej m-m-m…

Poda­łem Poże­raczkę Popio­łów, a Dior wzięła ją z uśmie­chem. Nie sły­sza­łem, jakie słowa wypo­wie­działa Popi do umy­słu Dior, ale usły­sza­łem odpo­wiedź.

– Nic mi nie jest, Popi – mruk­nęła dziew­czyna. – Nie masz za co prze­pra­szać.

Zwie­siła głowę, odgar­nia­jąc jasny pukiel za ucho. A potem roz­pro­mie­niła się uśmie­chem rów­nie jasnym jak dawno utra­cone słońce i przy­tu­liła zła­many miecz do piersi jak wła­sną sio­strę.

– Merci, Popi.

Oddała mi klingę – jej cię­żar w mojej zakrwa­wio­nej dłoni był dosko­na­łym uko­je­niem. Ści­sną­łem mocno owi­niętą w skórę ręko­jeść, wdzięczny w nie­wy­sło­wio­nym stop­niu za to, że znowu jest u mego boku. Jeden pew­nik powró­cił mimo cha­osu i sza­leń­stwa tego świata.

Nie możemy tu zwle­kać, Gabrielu, szep­nęła. Cho­ciaż może to wyglą­dać ina­czej, nie ma azylu dla nas n-n-na tej poświę­co­nej ziemi, nie ma.

– Ogrom­nie sobie cenię twój zwy­czaj mówie­nia mi pier­dół, o któ­rych sam dobrze wiem.

Całe szczę­ście, bo jak zwy­kle tego p-p-potrze­bu­jesz.

Wsu­ną­łem ostrze do pochwy z uśmiesz­kiem na ustach, wzią­łem Dior za rękę i razem poczła­pa­li­śmy przez nawę ku mozo­lą­cemu się świ­towi. Powie­trze na zewnątrz było mroźne, gęsty śnieg walił wśród ogrom­nych fila­rów opac­twa, na któ­rych wzno­siły się wspa­niałe gotyc­kie budowle. San Michon było nie­zdo­bytą twier­dzą; bastio­nem, który utrzy­mał się nawet wtedy, gdy więk­szość kró­le­stwa ule­gła ciem­no­ści. Jed­nak cho­ciaż Poże­raczce Popio­łów cał­kiem odbiła szajba, to mówiła prawdę: nie znaj­dziemy tu wytchnie­nia. Prze­zna­cze­nie Dior nie kryło się w ostrzu noża Chloe, ale z pew­no­ścią coś było jej pisane i nie mogli­śmy po pro­stu cho­wać się tu wśród kałuż krwi. Choćby dla­tego, że w końcu inni sre­bro­święci wrócą z polo­wań i odkryją, że zamor­do­wa­łem ich opata na świę­tej ziemi.

Uzna­łem, że roz­mowa, jaka by wtedy wyni­kła, nie byłaby przy­jemna.

Jed­nakże zima już przy­szła do Nor­dlundu, rzeki zamar­zły na kamień. Nie będą prze­szkodą dla wam­pi­rów, o któ­rych wie­dzia­łem, że na­dal na nas polują. Wiecz­no­tr­wały Król posłał tro­pem Dior swo­jego naj­młod­szego syna i cho­ciaż Dan­ton nie żył, Voss nie był na tyle głupi, żeby posta­wić wszystko na jeden rzut kośćmi. Scho­dząc z poświę­co­nej ziemi, pako­wa­li­śmy się pro­sto w pasz­czę wilka.

Źle, jeśli odej­dziemy. Źle, jeśli zosta­niemy.

Usły­sza­łem zgrzyt wcią­garki i kiedy spoj­rza­łem przez kruż­ganki, dostrze­głem na plat­for­mie tuzin sióstr ze Srebr­nego Klasz­toru. Towa­rzy­szyło im trzech Braci Pale­ni­ska, któ­rym prze­wo­dził olbrzymi mistrz kuźni, Argyle. Byli owi­nięci w futra, nie­śli pośpiesz­nie zebrane rze­czy i mieli ponure miny ludzi, któ­rzy ucie­kają, żeby rato­wać życie.

Dotarło do mnie, że ucie­kają przede mną.

Na nasz widok Argyle uniósł młot ze sre­bro­stali. Stary czar­no­ręki był obecny w kate­drze, żeby wziąć udział w rytu­ale, tak jak pozo­stali gotowy poświę­cić nie­winną istotę dla rato­wa­nia świata. Uciekł jed­nak, kiedy wzią­łem się do rato­wa­nia Dior. Przy­po­mnia­łem sobie, jaki był w szczę­śliw­szych cza­sach, gdy tyrał w uko­cha­nej kuźni, wyku­wa­jąc broń, która nie raz ura­to­wała mi życie pod­czas polo­wań. Teraz jed­nak splu­nął na kamień, sta­jąc mię­dzy mną a sio­strami, a ślady po opa­rze­niach malo­wały się na jego bla­dej twa­rzy wście­kłą czer­wie­nią.

– Ni kroku dalej – ostrzegł mnie.

– Argyle…

– Odstąp, Gabrielu de León! Nie waż się ruszyć tymi zakrwa­wio­nymi rękami, ostrze­gam!

Pew­nie mogłem ich zatrzy­mać. Jeśli ujdą z życiem, opo­wie­dzą o tym, co się stało, każ­demu, kto zechce słu­chać. A co zna­czy­łoby jesz­cze kilka mor­derstw po tym, co już zro­bi­łem? Patrzy­łem jed­nak tylko w mil­cze­niu. Wie­dzia­łem, co ci ludzie widzą, kiedy na mnie patrzą. Nie boha­tera, który ura­to­wał nie­winne dziecko, lecz zdrajcę, który spro­fa­no­wał ich opac­two, zabił ich przy­ja­ciół, ska­zał ich świat na potę­pie­nie. Jedna z sióstr zro­biła znak koła. Siwa broda mistrza kuźni Argyle aż się jeżyła, kiedy wark­nął:

– Modlę się, byś dożył dnia, kiedy poża­łu­jesz tego świę­to­kradz­twa, zło­czyńco. Niech cię Bóg za to prze­klnie.

Plat­forma zje­chała w dół pośród wycia śnie­życy. Od pory­wi­stego wia­tru pie­kły mnie oczy. Dziew­czyna obok mnie ści­skała moją zakrwa­wioną rękę.

– Nie jesteś zło­czyńcą, Gabe.

Uści­sną­łem jej dłoń w odpo­wie­dzi i uśmiech­ną­łem się do niej z ukosa.

– Jestem zło­czyńcą, kiedy muszę.

Obją­łem ją ramie­niem i poszli­śmy w stronę klasz­toru, gar­biąc się z powodu sko­wy­czą­cej wichury. Wspa­niały stary budy­nek stał teraz pusty, nasze kroki dźwię­czały na zim­nym kamie­niu, kiedy wspi­na­li­śmy się scho­dami. Dior zapro­wa­dziła mnie do pokoju, w któ­rym spała. Kop­nia­kiem wywa­ży­łem drzwi. Zna­leź­li­śmy jej ubra­nie schlud­nie zło­żone na łóżku, obok stały buty.

– Dzięki niech będą Matce-Dzie­wicy. Odmra­żam sobie cycki w tej idio­tycz­nej sza­cie. – Unio­sła ostrze­gaw­czo palec. – I żad­nych żar­tów na temat tego, że naj­pierw muszę mieć jakieś, żeby je sobie odmro­zić.

Unio­słem ręce w obron­nym geście.

– Sło­wem się nie ode­zwa­łem.

– Tak trzy­mać.

– Słodki Odku­pi­cielu, wystar­czy raz zażar­to­wać na temat walo­rów damy, a już przez resztę życia będziesz musiał za to prze­pra­szać.

– Myślę, że kryje się w tym lek­cja dla nas wszyst­kich.

Prych­ną­łem, a ona zerwała z sie­bie zakrwa­wioną szatę i rzu­ciła ją na pod­łogę. Odwró­ci­łem się do niej ple­cami i obser­wo­wa­łem kory­tarz. Dior nie mar­no­wała czasu, wcią­gnęła solidne spodnie, które jej dałem, koszulę i kami­zelkę, piękny sur­dut – jasny ze zło­tymi zakrę­ta­sami, pod­bity porząd­nym lisim futrem. Odgar­nęła włosy, odsła­nia­jąc ciemny pie­przyk na policzku, wykrę­ciła piru­ecik i roz­ło­żyła ręce.

– Lepiej?

Obej­rza­łem się przez ramię i skrzy­wi­łem.

– Ujdzie.

– Łaj­dak – żach­nęła się. – Myślisz, że sam wyglą­dasz jak malo­wany?

– Jak naj­bar­dziej. Mój cał­kiem przy­zwo­ity por­tret wisi w cesar­skiej gale­rii w Augu­stin. Pędzla samego Moulina. – Podra­pa­łem się po pod­bródku. – W każ­dym razie kie­dyś tam wisiał. Zanim zosta­łem eks­ko­mu­ni­ko­wany. Pew­nie teraz powie­sili go w wychodku.

– Sto­sow­nie.

– Odpieprz się.

– Ależ ty masz cięty dow­cip, che­va­lier.

– Po co ostrzyć dow­cip, gdy się ma do czy­nie­nia z tępą głową, made­mo­iselle? No dobrze, czas ruszać w drogę, bo to ostat­nie miej­sce, w któ­rym powin­ni­śmy być. Więc ładuj nóżęta w buty, zanim moja noga zała­duje się w twoją pupę.

Prych­nęła, kle­piąc się po tyłku.

– Naj­pierw musiał­byś zdą­żyć w nią tra­fić, sta­ruszku.

Dior Lachance radziła sobie na ulicy od jede­na­stego roku życia i te lata pozo­sta­wiły jej po sobie bru­talny prag­ma­tyzm, spro­śny dow­cip i odwagę, która zawsty­dzi­łaby więk­szość zna­nych mi wojow­ni­ków. Dla­tego, cho­ciaż dopiero co omal nie została zamor­do­wana przez kogoś, kogo uwa­żała za przy­ja­ciółkę, uzna­łem, że dzięki żar­to­bli­wym przy­cin­kom poczuje zna­jomy grunt pod nogami. Począt­kowo pod­jęła tę grę i odpła­cała się pięk­nym za nadobne, ale kiedy pró­bo­wała zawią­zać fular, zauwa­ży­łem, że trzęsą się jej palce.

– Zmar­z­łaś – skła­ma­łem, pod­cho­dząc, żeby oszczę­dzić jej wysił­ków. – Pomogę.

Unio­sła brodę, pozwa­la­jąc mi zawią­zać fular. Kiedy robi­łem węzeł, zauwa­ży­łem, że Dior stara się nie patrzeć mi w oczy.

– Mam chyba szczę­ście, że sio­stra Chloe zosta­wiła moje rze­czy tu na łóżku – mruk­nęła. – Zwa­żyw­szy, że ni­gdy nie mia­łam tu wró­cić.

– Szczę­ście. Albo po pro­stu złego dia­bli nie biorą.

– Dobrze, że cho­ciaż oni się mnie nie cze­piają. Bo Bogu to raczej nie mam za co dzię­ko­wać.

– Bóg! – żach­ną­łem się, mierz­wiąc jej popie­late włosy. – Nie potrze­bu­jesz Boga. Masz mnie.

W końcu spoj­rzała mi w oczy. Ode­zwała się szep­tem:

– Mówisz serio?

Spoj­rza­łem jej w oczy i zoba­czy­łem ból, który teraz wypły­wał na powierzch­nię. Była twarda i ostra jak stal, ta Dior Lachance, ale zro­zu­mia­łem, że mimo tej fasady na­dal ma dopiero szes­na­ście lat. Wpa­dła głową naprzód w świat, któ­rego nie miała szansy nawet sobie wyobra­zić. Wszy­scy, na któ­rych kie­dy­kol­wiek jej zale­żało, opu­ścili ją albo zostali jej ode­brani. Nie­ła­two było zapra­co­wać na jej zaufa­nie, ale fakt, że obda­rzyła nim Chloe tylko po to, żeby w nagrodę dostać nóż przy­tknięty do szyi… Cóż, widzia­łem, że ta zdrada zra­niła ją głę­biej, niż począt­kowo myśla­łem.

– Tak – potwier­dzi­łem, patrząc jej głę­boko w oczy. – Klnę się na Krew. Nie wiem, dokąd ta droga nas zawie­dzie, dziew­czyno, ale poko­nam ją razem z tobą, bez względu na to, jaki czeka nas los. Nawet jeśli sam Bóg miałby roz­nieść nas na strzępy, gdyby wszy­scy z Bez­kre­snego Legionu mieli sta­nąć na mojej dro­dze, znajdę drogę powrotną z kra­wę­dzi cze­lu­ści, żeby wal­czyć u twego boku. Nie opusz­czę cię, Dior. – Uści­sną­łem jej dłoń naj­moc­niej, jak śmia­łem. – Ni­gdy cię nie opusz­czę.

Wal­czyła z tym jesz­cze przez chwilę, strzą­sa­jąc włosy na oczy, wcią­ga­jąc zbroję bra­wury, jaką nauczyła się nosić jako dziecko… Dziecko! Na Sied­mioro Męczen­ni­ków, a za kogo teraz ją uwa­ża­łem? I cho­ciaż z nim wal­czyła, płacz wyrwał się z niej, zaschnięta krew na jej skó­rze popę­kała, gdy skrzy­wiła twarz. Łzy popły­nęły i zmo­czyły policzki, kiedy spu­ściła głowę i wark­nęła:

– Pie­przony tchórz…

– Słodka Matko-Dzie­wico, dziew­czyno, tchó­rzem to ty na pewno nie jesteś.

Wycią­gną­łem do niej nie­zręcz­nie rękę, dotkną­łem jej ramie­nia, a ona zaszlo­chała w głos i zarzu­ciła mi ręce na szyję. Przez chwilę sta­łem nie­ru­chomo jak spa­ra­li­żo­wany. Wresz­cie jed­nak wzią­łem się w garść i obją­łem ją, gdy pła­kała. Cała się trzę­sła od szlo­chu, a ja koły­sa­łem ją, tak jak to robi­łem z wła­sną córką, wyda­wa­łoby się, że w innym życiu. Wspo­mnie­nie było jak zła­mane ostrze i na myśl o mojej wła­snej famille w gar­dle wyro­sła mi gula.

– Już nie płacz – mruk­ną­łem. – Wszystko będzie dobrze, obie­cuję.

Pocią­gnęła mocno nosem, wtu­la­jąc twarz w moją pierś, jakby chciała zdła­wić wła­sne pyta­nie.

– Czy… Czy postą­pi­li­śmy słusz­nie?

– Co masz na myśli?

– Rytuał – wark­nęła. – Bez­dzień. Mogli­śmy go zakoń­czyć! Mogli­śmy zakoń­czyć to wszystko!

Serce mnie zabo­lało na te słowa, moje krwawe uczynki w kate­drze zacią­żyły mi nagle. Poszat­ko­wa­łem moje dawne brac­two, żeby ura­to­wać Dior, i cho­ciaż nie potra­fi­łem współ­czuć ludziom goto­wym zamor­do­wać dziecko, to na­dal mia­łem świa­do­mość, że rytuał, który prze­rwa­łem, mógł rze­czy­wi­ście zadzia­łać. Od chwili, kiedy doko­na­łem tego wyboru, każde osie­ro­cone dziecko, każda zamor­do­wana matka, każda chwila cier­pie­nia pod nie­bem bez­d­nia… od tej chwili to wszystko było po czę­ści moją winą.

Moją tak. Ale nie Dior.

– Posłu­chaj mnie. – Odsu­ną­łem ją od sie­bie, żeby popa­trzeć jej w twarz. – Masz zakor­ko­wać tę butelkę z pier­do­le­tami, rozu­miesz? Wybór nale­żał tylko do mnie i jeśli trzeba za to zapła­cić, to ja to zro­bię. – Prych­ną­łem, siląc się na wię­cej pew­no­ści, niż czu­łem. – Zresztą pisma w tym opac­twie to w więk­szo­ści dyr­dy­mały i bujdy. Celene powie­działa mi, że jeśli pozwolę Zako­nowi, żeby cię zabili, wszystko prze­pad­nie.

– Celene?

– Moja młod­sza sio­stra. Ta, którą znasz jako Lia­the.

Dior wytrzesz­czyła zapła­kane oczy.

– Ta krwawa wiedźma w masce? Pró­bo­wała mnie dopaść, odkąd opu­ści­li­śmy Dha­ha­eth.

– Pomo­gła nam też poko­nać Dan­tona i jego potom­stwo. Nie jest przy­ja­ciółką Wiecz­no­tr­wa­łego Króla.

– Zatem wróg naszego wroga…

– Zwy­kle jest po pro­stu kolej­nym wro­giem. – Wyj­rza­łem przez okno, za któ­rym poja­wiło się blade świa­tło. – Ale oca­liła mi życie. I pomo­gła mi ura­to­wać twoje. Powin­ni­śmy przy­naj­mniej wysłu­chać tego, co ma do powie­dze­nia. To miej­sce nie jest dla nas bez­pieczne. Musisz zde­cy­do­wać, jaką ścieżkę mamy teraz obrać.

Zamru­gała zdu­miona.

– Ja? Dla­czego ja?

– Bo to twoje życie. Twoje prze­zna­cze­nie. Ty jesteś świę­tym Gra­alem San Michon. Będę stał przy tobie zawsze i do końca, ale twoja droga jest tylko twoja. Ty powin­naś ją wybrać.

Pocią­gnęła nosem i z tru­dem prze­łknęła ślinę.

– A jeśli wybiorę nie­wła­ściwą?

– To razem zabłą­dzimy.

Popa­trzyła mi w oczy. Zoba­czy­łem, że zapala się w nich stara iskra.

– Droga przed nami jest czarna – powie­dzia­łem jej. – I trudno jest podą­żać przed sie­bie, kiedy nie widzisz gruntu pod nogami. Tym wła­śnie jest odwaga. Goto­wo­ścią pój­ścia w ciem­ność. Wiarą, że koniec czeka tuż poza wycią­gniętą ręką, a nie milion mil dalej. I cho­ciaż nie­któ­rzy mogą osłab­nąć, nie­któ­rzy mogą zawieść, nie­któ­rzy mogą zwi­nąć się w kłę­bek jak dziecko, zamiast iść dalej pośród samot­nej nocy, to ty nie jesteś taką dziew­czyną.

Uści­sną­łem jej rękę i przyj­rza­łem się badaw­czo.

– Nie jesteś taką dziew­czyną.

Wypro­sto­wała się w swoim wspa­nia­łym sur­du­cie, aż przy­było jej troszkę wzro­stu. Odgar­nęła jasne pukle z twa­rzy. I cho­ciaż na­dal była drobna, zmę­czona i – dobry Boże – tak bar­dzo, bar­dzo mło­dziutka, to w jej lśnią­cych oczach dostrze­głem prze­błysk kobiety, na jaką mogłaby wyro­snąć.

I przez chwilę mrok nie wyda­wał się aż tak bar­dzo mroczny.

– Chodźmy więc – powie­działa. – Lepiej nie kazać famille cze­kać.