Wampirze cesarstwo. Księga 1 - Jay Kristoff - ebook

Wampirze cesarstwo. Księga 1 ebook

Jay Kristoff

4,7

33 osoby interesują się tą książką

Opis

Wampirze cesarstwo to pierwszy tom niewiarygodnej nowej serii dark fantasy Jaya Kristoffa, autora bestsellerów z listy „New York Timesa”.

Ze świętego kielicha blask święty się sączy.

Ład na świecie wyjdzie spod wiernego ręki, a przed obliczem męczeńskiej siódemki szary człowiek noc bezkresną zakończy.

Od ostatniego wschodu słońca upłynęło dwadzieścia siedem długich lat. Niemal trzy dekady temu wampiry wypowiedziały ludziom wojnę, by zbudować swoje wieczne cesarstwo na zgliszczach naszego. W morzu ciemności tlą się dziś tylko nieliczne iskierki światła.

Gabriel de León jest srebroświętym, członkiem świętego bractwa, które przysięgło bronić cesarstwa i Kościoła przed istotami nocy. Ale kiedy zabrakło światła dziennego, nawet Srebrny Zakon nie był w stanie powstrzymać naporu bestii. Teraz został tylko Gabriel.

Uwięziony przez potwory, które poprzysiągł zniszczyć, Ostatni Srebroświęty zostaje zmuszony do opowiedzenia dziejów swojego życia, historii legendarnych bitew i zakazanej miłości, utraconej wiary i nawiązanych przyjaźni, Wojen Krwi, Wiecznotrwałego Króla i pogoni za ostatnią nadzieją ludzkości: Świętym Graalem.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 1033

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,7 (409 ocen)
325
63
17
3
1
Sortuj według:
karolka57

Nie oderwiesz się od lektury

Nibynoc to było coś, ale Wampirze? To taki odlot! Halo, Krisstoff! Gdzie drugi tom?!
40
digus

Nie oderwiesz się od lektury

Fantasyczna. Kobyła ale już nie pamiętam kiedy tak cudownie bawiłam się z książką. Od pierwszego zdania wiesz, że bedziesz siedzieć tak długo, aż ją skończysz.
40
Agnieszka498

Nie oderwiesz się od lektury

,,Serce może boleć, ale nie pęknąć" .... Czy jakoś tak. Cudownie jest wejść w nowy rok wraz z niesamowitą książką. Przyjemnie było sobie przypomnieć jak to jest nie móc oderwać się od jakiejś historii. Powieść autorstwa Kristoffa jest potężna, jednak tak wciągająca, że nawet nie zauważycie, kiedy uda wam się przejść przez całość. Bałam się z początku tej pozycji - dawno nie czytałam fantastyki i to w dodatku tak rozbudowanej. Nie żałuję jednak, że poznałam (częściowo) historię Gabriela. Czyta się wyśmienicie, dialogi świetne, zdarzyło nawet mi się zaśmiać przy niektórych wyszukanych wyzwiskach. Co prawda końcówka nieco dla mnie słabsza, jednak cała historia to jedna wielka przygoda dla czytelnika. Czekam na kolejne części! PS. Pamiętajcie, że lepiej się nie przywiązywać do żadnej postaci!
30
rumbur

Nie oderwiesz się od lektury

Chyba największe dla mnie zaskoczenie w tym roku. Książka napisana z pomysłem, przemyślana, ze świetnymi dialogami i jeszcze lepiej nakreślonymi postaciami. Do tego miło przeczytać książkę, gdzie wampiry nie są ciotami wiecznie wzdychających nad swym losem, tylko absolutnymi potworami.
20
Malachinka

Nie oderwiesz się od lektury

Cudowna, jedyna w swoim rodzaju
20

Popularność




Wpro­wa­dze­nie

Nie pytaj mnie, czy Bóg ist­nieje. Zapy­taj, dla­czego jest takim fiu­tem.

Nawet naj­więk­szy głu­piec nie może zaprze­czyć ist­nie­niu zła. Stale żyjemy w jego cie­niu. Naj­lepsi z nas wzno­szą się ponad nie, naj­gorsi chłoną je całym sobą, ale wszy­scy, przez całe życie, bro­dzimy w nim po pas. Klą­twy i bło­go­sła­wień­stwa doświad­czają po równi okrut­nych i spra­wie­dli­wych. Na każdą speł­nioną modli­twę przy­pada dzie­sięć tysięcy nie­wy­słu­cha­nych. Święci cier­pią razem z grzesz­ni­kami i tak samo jak oni padają łupem potwo­rów wyplu­tych z samych trzewi pie­kła.

Jeżeli jed­nak ist­nieje pie­kło, czy nie musi ist­nieć także i niebo?

A skoro ist­nieje niebo, to czemu nie mie­li­by­śmy zada­wać mu pyta­nia: dla­czego?

Bo jeśli Wszech­mo­gący chce uni­ce­stwić całe to zło, ale z jakie­goś powodu nie jest w sta­nie tego zro­bić, to wcale nie jest taki wszech­mo­gący, jak wma­wiają nam kapłani. Jeżeli jest zarówno chętny, jak i zdolny do poło­że­nia kresu tym nik­czem­no­ściom i okru­cień­stwu, to jak to w ogóle moż­liwe, że zło ist­nieje? A jeśli nie zamie­rza i nie może nic w tej spra­wie robić, to nie jest żad­nym bogiem.

Pozo­staje zatem tylko jedna moż­li­wość: może powstrzy­mać zło, ale zwy­czaj­nie nie chce tego zro­bić.

Dzieci porwane z objęć rodzi­ców. Bez­kre­sne rów­niny usiane bez­i­mien­nymi gro­bami. Bez­śmiertni Umarli polu­jący na nas w bla­sku sczer­nia­łego słońca.

Jeste­śmy zwie­rzyną, mon ami.

Jeste­śmy poży­wie­niem.

A ten zła­mas pal­cem nie kiw­nął, żeby to zmie­nić.

Mógł coś zro­bić.

Ale nie zro­bił.

Zasta­na­wiasz się cza­sem, czym mu zawi­ni­li­śmy, że tak nas nie­na­wi­dzi?

Zmierzch

Zmierzch

Był dwu­dzie­sty siódmy rok bez­d­nia w pań­stwie Wiecz­no­tr­wa­łego Króla, któ­rego zabójca cze­kał na śmierć.

Stał przy wąskim oknie, nie­cier­pli­wie wycze­ku­jąc swo­jego końca. Wyta­tu­owane dło­nie splótł za ple­cami, popla­mione zakrze­płą krwią i popio­łem jasnym jak świa­tło gwiazd. Pomiesz­cze­nie, w któ­rym się znaj­do­wał, mie­ściło się na wyso­kiej kon­dy­gna­cji samot­nej wieży owie­wa­nej bez­sen­nym gór­skim wia­trem. Drzwi – masywne, wzmac­niane żela­zem – były zamknięte solid­nie jak wrota skarbca. Zabójca patrzył, jak słońce udaje się na nie­za­słu­żony odpo­czy­nek, i zasta­na­wiał się, jak sma­kuje pie­kło.

Bru­ko­wany dzie­dzi­niec w dole obie­cy­wał krótki lot w ciem­ność bez snów, okno było jed­nak zbyt wąskie, żeby się przez nie prze­ci­snąć, a wię­zienni straż­nicy nie zosta­wili mu wiele poza tym: ot, tro­chę słomy, żeby mógł się poło­żyć, kubeł do sra­nia oraz widok na deli­katny, kru­chy zachód słońca będący tor­turą w ocze­ki­wa­niu na wła­ściwe tor­tury. Miał na sobie gruby płaszcz, zno­szone buty i skó­rzane spodnie ze śla­dami dłu­gich wędró­wek i sadzy. Pot wystą­pił na jego jasnej skó­rze, mimo że oddech buchał mu parą z ust, a w kominku za jego ple­cami nie pło­nął ogień. Zim­no­krwi­ści nie ryzy­ko­wali zapa­la­nia ognia nawet w wię­zien­nych celach.

Wkrótce po niego przyjdą.

Dookoła niego château powoli budził się do życia. Potwory wsta­wały z łóż wyście­ła­nych zimną zie­mią i nakła­dały maski, w któ­rych mogły uda­wać, że bli­sko im do ludzi. Powie­trze gęst­niało od łopotu nie­to­pe­rzych skrzy­deł. Zakuci w ciemną stal nie­wolni żoł­nie­rze patro­lo­wali blan­ko­wane mury; ich czarne płasz­cze zdo­bił sym­bol dwóch wil­ków i dwóch księ­ży­ców. Zabójca skrzy­wił się na ich widok: ludzcy straż­nicy, też coś. Żaden pies nie dałby się tak poni­żyć.

Niebo było czarne jak grzech. Hory­zont – czer­wony jak usta damy jego serca, kiedy ostatni raz ją cało­wał.

Powiódł kciu­kiem po wierz­chu pal­ców i po lite­rach wyta­tu­owa­nych poni­żej knykci.

– Patience – wyszep­tał.

– Mogę wejść?

Zabójca nie pozwo­lił sobie na nawet naj­mniej­sze drgnie­nie, nie chciał spra­wiać przy­jem­no­ści zim­no­krwi­stemu. Patrzył spo­koj­nie przez okno na potrza­skane kości widocz­nych w oddali gór zwień­czo­nych cza­pami popie­la­tego śniegu. Czuł na karku spoj­rze­nie stwora, który tym­cza­sem sta­nął za jego ple­cami. Wie­dział, po co stwór przy­szedł; wie­dział, czego chce. Miał nadzieję, że śmierć przyj­dzie szybko, ale w głębi serca wie­dział, że stwór będzie się roz­ko­szo­wał każ­dym jego krzy­kiem.

W końcu się odwró­cił. Na widok stwora żar zapło­nął mu w piersi: gniew, stary druh, bli­ski, wierny, mile widziany. Poma­gał mu zapo­mnieć ból w żyłach, drę­twotę blizn, wiek cią­żący w kościach. Patrząc na sto­ją­cego przed nim potwora, znów poczuł się naprawdę młody. Skrzy­dła czy­stej, dosko­na­łej nie­na­wi­ści nio­sły go ku wiecz­no­ści.

– Dobry wie­czór, che­va­lier – prze­mó­wił zim­no­krwi­sty.

Był led­wie chłop­cem, kiedy umarł. Mógł mieć jakieś pięt­na­ście, szes­na­ście lat, zacho­wał her­ma­fro­dy­tyczną wiot­kość syl­wetki typową dla mło­dzieńca na skraju doro­sło­ści, ale Bóg jeden wie­dział, ile naprawdę ma lat. Ślad rumieńca na policz­kach, duże ciem­no­brą­zowe oczy obra­mo­wane zło­tymi lokami, jedno pasemko wło­sów arty­stycz­nie opa­da­jące na czoło. Skórę miał ide­al­nie gładką i białą jak ala­ba­ster, usta za to obrzy­dli­wie czer­wone. Miał też zaró­żo­wione białka oczu. Musiał się nie­dawno poży­wiać.

Gdyby zabójca nie znał prawdy, mógłby powie­dzieć, że stwór wygląda pra­wie jak żywy.

Był odziany w sur­dut z ciem­nego aksa­mitu hafto­wany w złote zawi­jasy. Na ramiona zarzu­cił pele­rynę z kru­czych piór, któ­rej posta­wiony koł­nierz przy­wo­dził na myśl rząd poły­skli­wych czar­nych kling. Na piersi miał wyszyte godło swo­jego rodu: dwa wilki wspięte na tle dwóch księ­ży­ców. Ciemne spodnie, jedwabny halsz­tuk i wyglan­so­wane buty dopeł­niały wize­runku. Potwór w prze­bra­niu ary­sto­kraty.

Stał na środku celi, mimo że drzwi pozo­stały zamknięte na cztery spu­sty. W bia­łych jak kość dło­niach ści­skał grubą księgę. Głos miał słodki jak koły­sanka.

– Jestem mar­kiz Jean-François z Krwi Cha­stain, nadworny histo­ryk Jej Wyso­ko­ści Mar­got Cha­stain, Pierw­szej i Ostat­niej Tego Imie­nia, Bez­śmiert­nej Cesa­rzo­wej Wil­ków i Ludzi.

Zabójca nie odpo­wie­dział.

– A ty jesteś Gabriel de León, Ostatni Sre­bro­święty.

Zabójca nazwany Gabrie­lem na­dal nie wydał żad­nego dźwięku. Oczy stwora pałały w tej ciszy jak dwa pło­myki świec. Powie­trze wyda­wało się lepko-czarne, aksa­mitne. Przez chwilę Gabriel miał wra­że­nie, że stoi na skraju urwi­ska i przed upad­kiem oca­lić go może tylko zimny dotyk tych rubi­no­wych warg na szyi. Skóra go mro­wiła: odru­chowa reak­cja na tę wizję. Pra­gnie­nie, które przy­ciąga ćmę do ognia i ją spala.

– Mogę wejść? – powtó­rzył potwór.

– Już wsze­dłeś, zim­no­krwi­sty – odparł Gabriel.

Stwór spu­ścił nieco wzrok i uśmiech­nął się zna­cząco.

– Uprzej­mość naka­zuje zapy­tać, che­va­lier.

Pstryk­nął pal­cami i okute żela­zem drzwi otwo­rzyły się na oścież. Przez próg wśli­znęła się śliczna nie­wolna w gor­se­cie i dłu­giej czar­nej sukni z tło­czo­nego aksa­mitu. Miała talię osy i ciemny koron­kowy kanak na szyi. Dłu­gie rude włosy nosiła zaple­cione w war­ko­czyki, które opa­dały jej wokół oczu jak łań­cuszki z pole­ro­wa­nej mie­dzi. Wyglą­dała na trzy­dzie­ści kilka lat, mogłaby być rówie­śniczką Gabriela, mogłaby też być i matką potwora, gdyby on był zwy­czaj­nym chłop­cem, a ona zwy­czajną kobietą. Bez widocz­nego wysiłku wnio­sła do celi obity skórą fotel ważący tyle co ona sama i ze spusz­czo­nym wzro­kiem posta­wiła go obok zim­no­krwi­stego.

Potwór nie spusz­czał oka z Gabriela. Z wza­jem­no­ścią.

Kobieta przy­nio­sła drugi fotel, a następ­nie dębowy sto­lik. Fotel pod­sta­wiła Gabrie­lowi, sto­lik umie­ściła pośrodku i sta­nęła z boku z dłońmi sple­cio­nymi jak do modli­twy.

Gabriel dostrzegł teraz bli­zny na jej szyi, nie do końca zama­sko­wane kana­kiem cha­rak­te­ry­styczne ślady ukłuć. Prze­szedł go dreszcz obrzy­dze­nia. Prze­no­siła fotele, jakby nic nie ważyły, ale obec­ność zim­no­krwi­stego nie­mal zapie­rała jej dech. Biała pierś ponad gor­se­tem falo­wała gwał­tow­nie jak u panny mło­dej w noc poślubną.

– Merci – powie­dział Jean-François z Krwi Cha­stain.

– Służę, mój panie – wymam­ro­tała kobieta.

– Zostaw nas teraz samych, moja droga.

Spoj­rzała potwo­rowi w oczy. Wol­nym ruchem prze­su­nęła pal­cami od piersi do mlecz­no­bia­łej krzy­wi­zny szyi i…

– Już nie­długo – dodał zim­no­krwi­sty.

Roz­chy­liła wargi. Na samą myśl o tym, co nastąpi, serce zabiło jej szyb­ciej.

– Jak sobie życzysz, panie – wyszep­tała.

Nie zaszczy­ciw­szy Gabriela spoj­rze­niem, dygnęła i wymknęła się za drzwi. Zabójca i potwór zostali sami.

– Usią­dziemy? – zapy­tał stwór.

– Wolę umrzeć na sto­jąco, jeżeli nie masz nic prze­ciwko temu – odparł Gabriel.

– Nie przy­sze­dłem cię zabić.

– Czego w takim razie chcesz, zim­no­krwi­sty?

Ciem­ność zaszep­tała, potwór się poru­szył, cho­ciaż oko nie nadą­ży­łoby za tym ruchem: w jed­nej chwili stał przy fotelu, w następ­nej już na nim sie­dział, strze­pu­jąc wyima­gi­no­wany pyłek z bro­ka­to­wej klapy sur­duta i kła­dąc księgę na kola­nach. Była to z jego strony naj­skrom­niej­sza z moż­li­wych demon­stra­cja siły, ostrze­że­nie przed podej­mo­wa­niem wszel­kich aktów roz­pacz­li­wej odwagi. Ale Gabriel de León, który zabi­jał takie istoty, odkąd skoń­czył szes­na­ście lat, sam umiał się zorien­to­wać, kiedy jest bez szans.

Był bez­bronny, głodny i osa­czony, miał za sobą trzy nie­prze­spane noce i pocił się obfi­cie: natu­ralny sku­tek odsta­wie­nia. Usły­szał nio­sące się na wskroś lat echo głosu Sza­ro­rę­kiego i stu­kot oku­tych sre­brem butów sta­rego mistrza na bru­ko­wa­nym dzie­dzińcu San Michon.

Zasada pierw­sza: umarły nie zabije Umar­łego.

– Pew­nie jesteś spra­gniony.

Zza pazu­chy potwór wyjął krysz­ta­łową butelkę. Przy­ćmione świa­tło zalśniło na fase­tach szkła. Gabriel zmru­żył oczy.

– To zwy­kła woda, che­va­lier. Pij.

Gabriel znał reguły tej gry: życz­liwy gest jako wstęp do kusze­nia. Tylko że język miał jak papier ścierny i choć żadna woda nie mogła uga­sić tra­wią­cego go pra­gnie­nia, wyrwał butelkę z wid­mowo bla­dej dłoni potwora i wylał nieco płynu na dłoń: kry­sta­licz­nie przej­rzy­sty, bez­wonny, bez śladu krwi.

Napił się, wysą­czył wodę do ostat­niej kro­pli zaże­no­wany odczu­waną ulgą. Jego ludz­kiej czą­stce ta woda sma­ko­wała sło­dziej niż wszel­kie wina i kobiety, jakich kie­dy­kol­wiek kosz­to­wał.

– Pro­szę. – Spoj­rze­nie zim­no­krwi­stego było ostre jak potrza­skane szkło. – Usiądź.

Gabriel ani drgnął.

– Usiądź – powtó­rzył potwór z naci­skiem.

Gabriel poczuł napór obcej woli, ciemne oczy bestii rosły i rosły, aż wypeł­niły całe jego pole widze­nia. Było w nich coś słod­kiego, jak zapach kwiatu wabiący trzmiela, jak smak nagich, mło­dych płat­ków, wil­got­nych od poran­nej rosy. Krew ponow­nie wzbu­rzyła się w żyłach Gabriela – a w jego gło­wie ponow­nie zabrzmiał głos Sza­ro­rę­kiego:

Zasada druga: Kto posłu­cha Umar­łego, ten go posma­kuje.

Dla­tego nie ruszył się z miej­sca. Stał dum­nie wypro­sto­wany, choć nogi miał jak z waty.

Na ustach potwora zaigrał cień uśmie­chu. Smu­kłe palce odrzu­ciły kosmyk wło­sów opa­da­jący na te prze­klęte cze­ko­la­dowe oczy i zabęb­niły o okładkę trzy­ma­nej na kola­nach księgi.

– Impo­nu­jące – przy­znał potwór.

– Chciał­bym móc powie­dzieć to samo – odpa­ro­wał Gabriel.

– Ostroż­nie, che­va­lier. Obyś nie ura­ził moich uczuć.

– „Umarli czują jak zwie­rzęta, wyglą­dają jak ludzie, umie­rają jak dia­bły”.

– Ach tak… – Zim­no­krwi­sty się uśmiech­nął. Bły­snęły ostre jak brzy­twa zęby. – Zasada czwarta.

Gabrie­lowi serce sta­nęło w gar­dle, gdy usi­ło­wał ukryć zasko­cze­nie.

– Oui. – Potwór poki­wał głową. – Znam reguły waszego zakonu. Tych, któ­rzy nie czer­pią nauk z prze­szło­ści, w przy­szło­ści czeka cier­pie­nie. A jak się zapewne domy­ślasz, bez­śmiertni są żywot­nie zain­te­re­so­wani przy­szłymi nocami.

– Oddaj mi mój miecz, pijawko, to ci pokażę, jaki z cie­bie bez­śmiertny.

– Uro­cze. – Potwór z uwagą oglą­dał swoje dłu­gie paznok­cie. – Groźba.

– Przy­sięga.

– „W obli­czu Boga i Jego Sied­miorga Męczen­ni­ków ślu­buję: Niech ciem­ność pozna moje imię i roz­pa­cza. Dopóki pło­nie, jestem ogniem. Dopóki krwawi, jestem ostrzem. Dopóki grze­szy, jestem świę­tym. I jestem sre­brem”.

Gabriela ogar­nęła fala łagod­nej, tru­ją­cej nostal­gii. Zda­wało się, że upły­nęło całe jego życie, odkąd ostatni raz sły­szał te słowa, roz­brzmie­wa­jące w kolo­ro­wym od witraży świe­tle San Michon. Modli­twa o prze­moc i zemstę. Obiet­nica zło­żona bogu, który tak naprawdę ni­gdy nie słu­chał. Ale usły­szeć te słowa w takim miej­scu, z ust jed­nego z tych…

– Sia­dajże, na miłość Wszech­mo­gą­cego. – Zim­no­krwi­sty wes­tchnął. – Zanim się prze­wró­cisz.

Nacisk potwora nie usta­wał, całe świa­tło w celi sku­piało się w jego oczach. Gabriel nie­mal sły­szał jego szept, muśnię­cie zębów na uchu, obiet­nicę snu po dłu­giej wędrówce, zapo­wiedź zim­nej wody, w któ­rej obmyje ręce z krwi, i cie­płej, cichej ciem­no­ści, w któ­rej zapo­mni kształt wszyst­kiego, co poświę­cił i stra­cił.

Przy­po­mniał sobie twarz swo­jej damy. Kolor jej warg, kiedy cało­wał ją po raz ostatni.

Nie usiadł.

– Czego chcesz, zim­no­krwi­sty?

Ostat­nie tchnie­nie zachodu słońca ulot­niło się z nieba, Gabriel poczuł na języku zapach dawno zeschłych liści. Chęć stała się trudna do prze­zwy­cię­że­nia, potrzeba dep­tała jej po pię­tach, pra­gnie­nie zim­nymi pal­cami muskało krę­go­słup, czar­nymi skrzy­dłami wyra­stało z ramion. Kiedy ostat­nio palił? Dwa dni temu? Trzy?

Boże w nie­bie­siech, w tej chwili za dymka zabiłby wła­sną matkę…

– Jak już wspo­mnia­łem, jestem cesar­skim histo­ry­kiem – odparł zim­no­krwi­sty. – Kro­ni­ka­rzem rodu cesa­rzo­wej i straż­ni­kiem jej biblio­teki. Dzięki twoim czu­łym zabie­gom Fabién Voss nie żyje. Odkąd inne Krwawe Dwory zaczęły się skła­niać do uzna­nia zwierzch­no­ści mojej pani, sku­piła się na prze­trwa­niu. Dla­tego, zanim zgi­nie Ostatni Sre­bro­święty i wszelka wie­dza na temat waszego zakonu zosta­nie pogrze­bana w ano­ni­mo­wym gro­bie, moja bla­do­lica cesa­rzowa Mar­got w swo­jej nie­skoń­czo­nej łaska­wo­ści posta­no­wiła dać ci prze­mó­wić. – Jean-François uśmiech­nął się. Wargi miał popla­mione winem. – Chce usły­szeć twoją histo­rię, che­va­lier.

– Wasz rodzaj nie­szcze­gól­nie rozu­mie ideę poczu­cia humoru, prawda? W noc waszej śmierci porzu­ca­cie je w pyle na pobo­czu drogi razem z tym, co ucho­dziło za waszą duszę.

– Dla­czego miał­bym żar­to­wać, de León?

– Nie­które zwie­rzęta lubią bawić się zdo­by­czą.

– Gdyby mojej cesa­rzo­wej zale­żało na roz­rywce, twoje krzyki byłoby sły­chać aż w Ale­the.

– Uro­cze. – Gabriel z uwagą oglą­dał swoje poła­mane paznok­cie. – Groźba.

Potwór ski­nął lekko głową.

– Touché.

– Po co miał­bym mar­no­wać swoje ostat­nie godziny na opo­wia­da­nie histo­rii, która nikogo na tym świe­cie nie obcho­dzi? Jestem dla was nikim. Niczym.

– No już bez prze­sady. – Stwór uniósł brew. – Czarny Lew? Czło­wiek, który prze­żył szkar­łatne śniegi Augu­stin? Który spa­lił na popiół tysiąc Krew­nych i przy­tknął Sza­loną Klingę do gar­dła samego Wiecz­no­tr­wa­łego Króla? – Jean-François zacmo­kał z dez­apro­batą jak nauczy­cielka na widok krnąbr­nego ucznia. – Byłeś naj­wy­bit­niej­szym przed­sta­wi­cie­lem zakonu; jesteś jedy­nym, który na­dal żyje. Płaszcz skrom­no­ści mar­nie leży na two­ich sze­ro­kich ramio­nach, che­va­lier.

Gabriel słu­chał, jak zim­no­krwi­sty skrada się ku niemu wśród kłamstw i pochlebstw niczym wilk podą­ża­jący błysz­czą­cym krwa­wym tro­pem. Przez cały czas zada­wał sobie pyta­nie, czego potwór naprawdę chce i dla­czego jesz­cze go nie zabił. Aż w końcu…

– Cho­dzi o Gra­ala – domy­ślił się.

Twarz potwora pozo­stała abso­lut­nie nie­ru­choma, jak wykuta w mar­mu­rze, Gabriel miał jed­nak wra­że­nie, że w ciem­nych oczach coś drgnęło.

– Graal został znisz­czony – odparł stwór. – Dla­czego miałby nas dzi­siaj inte­re­so­wać?

Gabriel prze­krzy­wił głowę i wyre­cy­to­wał:

Ze świę­tego kie­li­cha blask święty się sączy.

Ład na świe­cie wyj­dzie spod wier­nego ręki,

a przed obli­czem męczeń­skiej sió­demki

szary czło­wiek noc bez­kre­sną zakoń­czy.

Lodo­waty śmiech poniósł się wśród nagich kamien­nych ścian.

– Jestem kro­ni­ka­rzem, de León. Nie inte­re­suje mnie mito­lo­gia, lecz histo­ria. Zacho­waj swoje pro­stac­kie prze­sądy dla bydła.

– Kła­miesz, zim­no­krwi­sty. Kto posłu­cha Umar­łego, ten go posma­kuje. A jeżeli choć przez moment pomy­śla­łeś, że mógł­bym zdra­dzić…

Mówił coraz ciszej, aż w końcu zupeł­nie umilkł. Nie było widać, kiedy potwór się poru­szył, ale w któ­rymś momen­cie wycią­gnął przed sie­bie rękę – a tam, pośrodku bia­łego jak śnieg wnę­trza dłoni, spo­czy­wał szklany fla­ko­nik wypeł­niony rdza­wym pyłem: jak sprosz­ko­wana cze­ko­lada prze­mie­szana z okru­chami płat­ków róży.

Oto i kusze­nie, któ­rego Gabriel się spo­dzie­wał.

– Pre­zent – oznaj­mił potwór i odkor­ko­wał fla­ko­nik.

Z miej­sca, w któ­rym stał, Gabriel wyraź­nie poczuł zapach sprosz­ko­wa­nej krwi; inten­sywny, bogaty, mie­dziano-słodki. Prze­szły go ciarki. Z wes­tchnie­niem roz­chy­lił wargi.

Wie­dział, o co im cho­dzi, wie­dział, że po jed­nej skrom­nej próbce zapra­gnie wię­cej, a mimo to prze­mó­wił. Sły­szał swój głos jakby z bar­dzo daleka. I gdyby upływ lat i krwi nie zła­mały mu serca dawno temu, to z pew­no­ścią pękłoby wła­śnie teraz.

– Stra­ci­łem swoją fajkę… w Char­bo­urgu, kiedy…

Zim­no­krwi­sty wyjął z kie­szeni sur­duta piękną kościaną fajkę i poło­żył ją razem z fla­ko­nem na sto­liku. Spoj­rzał spode łba na Gabriela i wska­zał wolny fotel.

– Sia­daj.

I Gabriel w końcu – jakież to było żało­sne! – usiadł.

– Czę­stuj się, che­va­lier.

Ani się obej­rzał, już trzy­mał fajkę w dłoni i sypał do główki por­cję lep­kiego proszku. Cały się trząsł, omal nie upu­ścił bez­cen­nego skarbu. Zim­no­krwi­sty patrzył mu na ręce, na bli­zny, odci­ski i piękne tatu­aże. Na wierz­chu pra­wej dłoni wid­niał wie­niec z cza­szek, na wierz­chu lewej pęk sple­cio­nych róż, na pal­cach poni­żej knykci – litery ukła­da­jące się w słowo PATIENCE. Ciemny tusz z meta­licz­nym poły­skiem odci­nał się od jasnej skóry.

Sre­bro­święty odrzu­cił znad oczu długi kosmyk ciem­nych wło­sów i obma­cał kie­sze­nie płasz­cza i spodni. Nic z tego oczy­wi­ście: zabrali mu krze­siwko.

– Potrze­buję ognia. Może być lampa.

– Potrze­bu­jesz, powia­dasz…

Z iry­tu­jącą powol­no­ścią zim­no­krwi­sty zetknął dło­nie czub­kami pal­ców i przy­ło­żył je do ust. W tej chwili na całym świe­cie nie było nikogo i niczego innego – tylko oni dwaj, zabójca i potwór, i fajka cią­żąca Gabrie­lowi w dłoni jak nabita oło­wiem.

– Poroz­ma­wiajmy o potrze­bach, Sre­bro­święty. Nie jest ważne „dla­czego”, nie jest ważne „jak”. Moja cesa­rzowa życzy sobie usły­szeć twoją histo­rię. Możemy więc sie­dzieć tutaj jak istoty cywi­li­zo­wane, gdy ty oddasz się swo­jemu wstręt­nemu małemu nało­gowi, albo możemy się prze­nieść do lochów tego château, gdzie nawet dia­bły boją się zapusz­czać. Tak czy ina­czej, moja cesa­rzowa dosta­nie swoją opo­wieść. Nie wiemy tylko, czy mi ją wywz­dy­chasz, czy wywrzesz­czysz.

Był skoń­czony. Prze­padł w chwili, gdy się­gnął po fajkę.

Tęsk­nił za pie­kłem – i zara­zem bał się do niego wró­cić.

– Daj ognia, ty zim­no­krwi­sty skur­wielu.

Jean-François z Krwi Cha­stain ponow­nie pstryk­nął pal­cami. Drzwi otwo­rzyły się ze skrzy­pie­niem i do celi weszła ta sama nie­wolna co wcze­śniej, nio­sąc zapa­loną lampę z wyso­kim szkla­nym komin­kiem. Była widoczna wyłącz­nie jako syl­wetka na tle świa­tła: czarna sukienka, czarny gor­set, czarny kanak. W tej chwili mogłaby być córką Gabriela, matką, żoną… Bez róż­nicy. Liczył się tylko pło­mień, który przy­nio­sła.

Gabriel był napięty jak dwie cię­ciwy łuku i tylko na wpół świa­domy dys­kom­fortu zim­no­krwi­stego w obec­no­ści ognia. Led­wie sły­szał jedwa­bi­sty syk jego odde­chu prze­śli­zgu­ją­cego się po zębach. W tej chwili inte­re­so­wały go tylko ten ogień i mroczna magya, któ­rej za chwilę doświad­czy: krew – pro­szek – dym – bło­gość.

– Dawaj to tutaj – pole­cił. – Pośpiesz się.

Posta­wiła lampę na stole i pierw­szy raz spoj­rzała mu w oczy. Jej jasno­nie­bie­skie spoj­rze­nie wyra­żało wię­cej niż wszyst­kie słowa.

I ty uwa­żasz mnie za nie­wol­nicę? – zda­wała się pytać.

Nie obcho­dziło go to. Nic a nic. Fachowo przy­ciął knot, żeby pło­mień osią­gnął odpo­wied­nią wyso­kość. W powie­trzu zapach­niało ole­jem. Od lampy biło cie­pło, wyraź­nie wyczu­walne w chłod­nym wnę­trzu wieży. Przy­trzy­mał fajkę w ide­al­nej odle­gło­ści, żeby pro­szek prze­mie­nił się w parę. Poczuł mro­wie­nie w brzu­chu: zaczęło się – sub­telna alche­mia, mroczna chy­mija. Sprosz­ko­wana krew bul­go­tała, kolor prze­cho­dził w aro­mat, pach­niało ostro­ko­rze­niem i mie­dzią. Przy­ci­snął usta do fajki z więk­szą namięt­no­ścią, niż w prze­szło­ści cało­wał jaką­kol­wiek kochankę, a potem… Ach, słodki Boże w nie­bie­siech, potem się zacią­gnął.

Ośle­pia­jący żar wypeł­nił mu płuca. Nie­biań­ska burza zalała umysł. Wcią­ga­jąc krwawy opar do płuc, jed­no­cze­śnie kry­sta­li­zo­wał się i roz­pa­dał na kawałki, serce tłu­kło mu się o żebra jak ptak zamknięty w kościa­nej klatce, czło­nek napie­rał na spodnie. Od ujrze­nia obli­cza Boga dzie­liła go zale­d­wie jesz­cze jedna por­cja.

Spoj­rzał w oczy nie­wol­nej i stwier­dził, że widzi przed sobą anioła w ziem­skiej powłoce. Chciał ją cało­wać, pić z niej, umrzeć w niej, porwać ją w ramiona i muskać war­gami jej skórę; zęby drgnęły mu w dzią­słach, czu­jąc obiet­nicę skrytą tuż pod łukiem jej żuchwy, jej puls jak ude­rze­nia młota na języku, była taka żywa, tak bar­dzo żywa…

– Che­va­lier.

Otwo­rzył oczy.

Klę­czał obok sto­lika, w świe­tle lampy rzu­cał drżący cień. Nie miał poję­cia, ile czasu upły­nęło. Kobieta znik­nęła, jakby ni­gdy nie ist­niała.

Sły­szał wycie wichury na zewnątrz: jeden głos i dzie­siątki szep­czące sekrety po dachach, zawo­dzące prze­kleń­stwa pod oka­pami, szem­rzące jego imię w koro­nach czar­nych, nagich drzew. Mógłby zli­czyć wszyst­kie źdźbła słomy na pod­ło­dze i każdy wło­sek sto­jący mu dęba, wyczu­wał woń sta­rego kurzu i świe­żej śmierci, na pode­szwach butów czuł wszyst­kie drogi, które prze­mie­rzył. Zmy­sły miał wyostrzone jak naj­lep­sza klinga, zła­mana i zakrwa­wiona w jego tatu­owa­nych dło­niach.

– Czy… – Pokrę­cił głową. Pró­bo­wał chwy­tać słowa, jakby gar­ściami nagar­niał syrop. Białka oczu miał czer­wone jak krew. Spoj­rzał na fla­ko­nik spo­czy­wa­jący znów na dłoni potwora. – Czyja to… krew?

– Mojej bło­go­sła­wio­nej pani – odparł stwór. – Mojej mrocz­nej matki i bla­do­li­cej wład­czyni, Mar­got Cha­stain, Pierw­szej i Ostat­niej Tego Imie­nia, Bez­śmiert­nej Cesa­rzo­wej Wil­ków i Ludzi.

Gabriel wpa­try­wał się w pło­mień lampy z odro­biną tęsk­nej nie­na­wi­ści w oczach. Biała jak czaszka ćma wypeł­zła z jakie­goś mrocz­nego zaka­marka i fur­ko­tała teraz wokół świa­tła. Białe jak por­ce­lana palce zamknęły się na fla­ko­niku i zakryły go przed jego wzro­kiem.

– Nie dosta­niesz ani kro­pli wię­cej, dopóki nie poznam two­jej histo­rii. Mów więc, mów, jak­byś mówił do dziecka. Przyj­mij zało­że­nie, że ci, któ­rzy będą ją czy­tać w przy­szło­ści, całe stu­le­cia od dzi­siaj, nic nie wie­dzą o tym miej­scu. Albo­wiem słowa, które za chwilę prze­leję na per­ga­min, prze­trwają rów­nie długo jak całe to nie­śmier­telne cesar­stwo. Ta kro­nika to jedyne uwiecz­nie­nie, na jakie możesz liczyć.

Zim­no­krwi­sty wyjął spod pele­ryny drew­nianą skrzy­neczkę ozdo­bioną rzeź­bio­nym moty­wem dwóch wil­ków, dwóch księ­ży­ców. Wycią­gnął z niej dłu­gie pióro, tak samo czarne jak pióra oka­la­jące jego szyję. Na pod­ło­kiet­niku fotela posta­wił małą bute­leczkę. Zanu­rzył pióro w atra­men­cie i posłał Gabrie­lowi wycze­ku­jące spoj­rze­nie.

Gabriel ode­tchnął głę­boko. Czuł jesz­cze na ustach smak czer­wo­nego dymu.

– Zaczy­naj – powie­dział wam­pir.

Księga pierw­sza

I tak oto w 651 roku cesar­stwa eli­da­eń­skiego obja­wił się strasz­liwy omen, słońce bowiem na­dal wscho­dziło i zacho­dziło, ale dawało świa­tło pozba­wione praw­dzi­wej jasno­ści, jego pro­mie­nie nie nio­sły cie­pła i bla­sku, do jakiego przy­wy­kli­śmy. I od czasu, kiedy ten ponury zwia­stun zawład­nął nie­bem, ludzie nie mogli uwol­nić się ani od głodu, ani od wojny, ani od wszel­kich innych nie­szczęść wio­dą­cych ku śmierci.

Luis Bet­ten­co­urtDzieje Eli­da­enu

I

O jabł­kach i jabło­niach

– Wszystko zaczęło się od kró­li­czej nory – powie­dział Gabriel.

Ostatni Sre­bro­święty wpa­try­wał się w migo­czący pło­mień lampy, jakby widział tam twa­rze ludzi dawno zmar­łych. Odro­bina czer­wo­nego dymu na­dal pla­miła powie­trze, a on sły­szał, jak każde włókno w kno­cie lampy trza­ska do innej melo­dii. Lata, które upły­nęły mię­dzy tam­tym cza­sem a obec­nym, wyda­wały się rap­tem minu­tami w jego roz­ognio­nym hym­nem krwi umy­śle.

– Gdy spo­glą­dam wstecz na tamte wyda­rze­nia… – Wes­tchnął. – Ude­rza mnie, jakie to zabawne. Wznosi się za mną stos popiołu tak wysoki, że mógłby dotknąć nieba. Pło­nące kate­dry, mia­sta obró­cone w perzynę, groby prze­peł­nione cia­łami poboż­nych i nik­czem­nych, a wła­śnie od tego wszystko się zaczęło. – Pokrę­cił głową ze zdu­mie­niem. – Od zwy­kłej małej dziury w ziemi. Oczy­wi­ście ludzie ina­czej to zapa­mię­tają. Tru­we­rzy będą śpie­wać o Pro­roc­twie, kapłani beł­ko­tać o pla­nie Wszech­mo­gą­cego. Tyle że nie spo­tka­łem jesz­cze min­strela, który nie byłby kłamcą, ani świą­to­bli­wego męża, który nie byłby zwy­kłym kuta­sem.

– Podobno ty jesteś świę­tym mężem, sre­bro­święty – zauwa­żył Jean-François.

Gabriel de León spoj­rzał w oczy potwo­rowi i uśmiech­nął się blado.

– Bra­ko­wało jesz­cze dwóch godzin do zmierz­chu, kiedy Bóg posta­no­wił naszczać do mojej owsianki. Miej­scowi zbu­rzyli most na Keff, więc musia­łem skrę­cić na połu­dnie do brodu w pobliżu Dha­ha­eth. To nie­przy­ja­zna kra­ina, ale Sędzia…

– Chwi­leczkę, che­va­lier. – Mar­kiz Jean-François z Krwi Cha­stain uniósł rękę, kła­dąc pióro mię­dzy stro­ni­cami. – Tak być nie może.

Gabriel zamru­gał zasko­czony.

– Nie?

– Nie – odpo­wie­dział wam­pir. – Powie­dzia­łem ci: to opo­wieść o tym, kim jesteś. Jak doszło do tego wszyst­kiego. Histo­rie nie zaczy­nają się w poło­wie. Histo­rie zaczy­nają się od początku.

– Chcesz usły­szeć o Gra­alu. Kró­li­cza nora to miej­sce, w któ­rym zaczyna się opo­wieść.

– Jak już powie­dzia­łem, spi­suję tę histo­rię dla tych, któ­rzy będą żyć długo po tym, jak ty zamie­nisz się w karmę dla roba­ków. Zacznij łagod­nie. – Jean-François mach­nął smu­kłą dło­nią. – Uro­dzi­łem się… Dora­sta­łem…

– Uro­dzi­łem się w zapa­dłej dziu­rze zwa­nej Lor­son. Wycho­wa­łem się jako syn kowala. Naj­star­szy z trójki dzieci. Nie byłem nikim nad­zwy­czaj­nym.

Wam­pir obrzu­cił go spoj­rze­niem od butów po czoło.

– Obaj dobrze wiemy, że to nie jest prawda.

– Jeśli idzie o to, co wiesz na mój temat, zim­no­krwi­sty, to gdyby zebrać te ochłapy do kupy i wyci­snąć do sucha, to pra­wie, pra­wie wypeł­ni­łyby pie­przony napar­stek.

Stwór zwany Jeanem-François ziew­nął w afek­to­wany spo­sób.

– Wobec tego oświeć mnie. Twoi rodzice. Byli poboż­nymi ludźmi?

Gabriel już otwo­rzył usta, żeby go zga­nić, ale słowa uwię­zły mu w gar­dle, kiedy spoj­rzał na książkę, którą Jean-François trzy­mał na kola­nach. Zdał sobie sprawę, że zim­no­krwi­sty nie tylko zapi­suje każde jego słowo, ale także szki­cuje; posłu­gi­wał się swoją nad­na­tu­ralną szyb­ko­ścią, żeby nakre­ślić kilka linii mię­dzy każ­dym wde­chem i wyde­chem. Gabriel widział, jak linie łączą się już w obraz – por­tret męż­czy­zny en trois quarts. Udrę­czone szare oczy. Sze­ro­kie ramiona i dłu­gie włosy, czarne jak serce nocy. Wyra­zi­sta szczęka obsy­pana deli­kat­nym zaro­stem i obry­zgana zaschniętą już krwią. Dwie bli­zny cią­gnęły się pod jego pra­wym okiem, jedna długa, druga krótka, pra­wie jak strugi łez. To była twarz, którą Gabriel znał jak wła­sną.

Bo to była jego wła­sna twarz, rzecz jasna.

– Ude­rza­jące podo­bień­stwo – powie­dział.

– Merci – mruk­nął potwór.

– Por­tre­tu­jesz też inne pijawki? To musi być trudne po pew­nym cza­sie, wciąż pamię­tać, jak się wygląda, skoro nawet lustro nie chce się splu­ga­wić twoim obli­czem.

– Mar­nu­jesz na mnie swój jad, che­va­lier. O ile można nazwać tę lurę jadem.

Gabriel zaga­pił się na wam­pira, prze­su­wa­jąc opusz­kiem palca po war­dze. Pod wpły­wem hymnu krwi, tego pobu­dza­ją­cego, pul­su­ją­cego daru fajki, którą wypa­lił, każde dozna­nie zostało tysiąc­krot­nie zwie­lo­krot­nione. Moc stu­leci w jego żyłach.

Czuł siłę, którą obda­rzył go hymn krwi, odwagę, jaka idzie ręka w rękę z taką siłą; odwagę, która pozwo­liła mu przejść przez pie­kło Augu­stin, przez iglice Char­bo­urga i sze­regi Bez­kre­snego Legionu. I cho­ciaż Gabriel de León wie­dział, że to wra­że­nie wkrótce minie, był teraz nie­ustra­szony.

– Spra­wię, że zaczniesz wrzesz­czeć, pijawko. Spusz­czę z cie­bie krew jak z wie­prza, upchnę twoje naj­lep­sze kawałki do fajki na póź­niej i pokażę ci, ile naprawdę jest warta ta twoja nie­śmier­tel­ność. – Spoj­rzał w puste oczy potwora. – To było dosta­tecz­nie jado­wite?

Uśmie­szek wykrzy­wił usta Jeana-François.

– Rze­czy­wi­ście sły­sza­łem, że jesteś czło­wie­kiem skłon­nym do gniewu.

– Cie­kawe. Ja w ogóle o tobie nie sły­sza­łem.

Uśmiech powoli stop­niał. Minęła prze­cią­ga­jąca się chwila ciszy, zanim potwór znowu się ode­zwał.

– Twój ojciec. Kowal. Był poboż­nym czło­wie­kiem?

– Był bez­na­dziej­nym pija­kiem, któ­rego cza­ru­jący uśmiech spra­wiał, że zakon­nica gubiła dolne nie­wy­mowne, a pię­ści budziły zgrozę nawet wśród anio­łów.

– Przy­cho­dzi mi na myśl powie­dze­nie o jabł­kach i odle­gło­ści, w jakiej spa­dają od jabłoni.

– Nie przy­po­mi­nam sobie, żebym pytał cię o opi­nię na mój temat, zim­no­krwi­sty.

Potwór zama­lo­wy­wał cie­nie wokół oczu Gabriela, gdy tak gawę­dzili.

– Opo­wiedz mi o nim. O czło­wieku, który wycho­wał legendę. Jak się nazy­wał?

– Raphael.

– Zatem nazwano go na cześć anio­łów, które się go bały. Tak samo jak cie­bie.

– Nie mam wąt­pli­wo­ści co do tego, jak bar­dzo je to wku­rzało.

– Dobrze się doga­dy­wa­li­ście?

– A czy ojco­wie i syno­wie kie­dy­kol­wiek się doga­dują? Dopiero kiedy sam sta­niesz się doro­słym czło­wie­kiem, zaczy­nasz widzieć, kim naprawdę był męż­czy­zna, który cię wycho­wy­wał.

– Nie mam o tym naj­mniej­szego poję­cia.

– To prawda. Nie jesteś czło­wie­kiem.

Oczy mar­twego stwora zabły­sły, gdy pod­niósł wzrok.

– Dzięki pochleb­stwom daleko zaj­dziesz.

– Te dło­nie białe jak lilie. Te złote loki. – Gabriel obrzu­cił spoj­rze­niem wam­pira, mru­żąc oczy. – Z pocho­dze­nia jesteś Eli­da­eń­czy­kiem?

– Skoro tak mówisz – odpo­wie­dział Jean-François.

Gabriel ski­nął głową.

– To, co powi­nie­neś wie­dzieć o mojej famille, wam­pi­rze, zanim przej­dziemy do rze­czy, to fakt, że byli­śmy Nor­dlund­czy­kami. Wy, miesz­kańcy wschodu, jeste­ście ład­niutcy, to jedno jest pewne. A w Nor­dlun­dzie? Tam­tejsi ludzie są gwał­towni. Wia­try znad Bożych Posłań­ców tną moją ojczy­znę jak mie­cze. To nie­okieł­znana kra­ina. Bru­talna. Przed poko­jem zawar­tym w Augu­stin Nor­dlund najeż­dżano czę­ściej niż jakie­kol­wiek inne kró­le­stwo w histo­rii cesar­stwa. Sły­sza­łeś legendę o Mat­teo i Ela­inie?

– Oczy­wi­ście – Jean-François ski­nął głową. – Nor­dlundzki książę-wojow­nik, który poślu­bił eli­da­eń­ską kró­lową w cza­sach poprze­dza­ją­cych cesar­stwo. Mówi, że Mat­teo kochał Ela­inę z siłą czte­rech zwy­kłych męż­czyzn. A kiedy umarli, Wszech­mo­gący umie­ścił ich pośród gwiazd na nie­bie, żeby mogli na zawsze pozo­stać razem.

– To jedna z wer­sji tej opo­wie­ści. – Gabriel się uśmiech­nął. – A Mat­teo rze­czy­wi­ście zacie­kle kochał Ela­inę, to jedno się zga­dza. W Nor­dlun­dzie jed­nak opo­wia­damy inną histo­rię. Widzisz, Ela­ina sły­nęła z urody pośród wszyst­kich pię­ciu kró­lestw i pozo­stałe cztery trony wysłały ksią­żąt, żeby sta­rali się o jej rękę. Pierw­szego dnia książę z Tal­ho­stu zapro­po­no­wał jej stado wspa­nia­łych tun­dro­wych kuców, spryt­nych jak koty i bia­łych jak śniegi jego ojczy­zny. Dru­giego dnia książę z Sūdhaemu przy­niósł Ela­inie koronę z błysz­czą­cego zło­tosz­kła wydo­by­wa­nego w jego ojczy­stych górach. Trze­ciego dnia książę z Osswayu zaofe­ro­wał jej sta­tek zbu­do­wany z bez­cen­nego świę­to­drze­wia, który prze­wió­złby ją przez Wiecz­no­mo­rze. Nie­stety książę Mat­teo był biedny. Odkąd się uro­dził, na jego ojczy­znę stale napa­dały Tal­host, Sūdhaem i Ossway. Nie miał wierz­chow­ców, zło­tosz­kła ani świę­to­drze­wia na podarki. Zamiast tego przy­siągł Ela­inie, że będzie ją kochał z siłą czte­rech męż­czyzn. I żeby tego dowieść, kiedy sta­nął przed jej tro­nem i obie­cał swoje serce, zło­żył u jej stóp serca pozo­sta­łych zalot­ni­ków. Ksią­żąt, któ­rzy napa­dali na jego ojczy­znę. Cztery serca, włącz­nie z wła­snym.

Wam­pir prych­nął szy­der­czo.

– Chcesz więc powie­dzieć, że wszy­scy Nor­dlund­czycy to zbrod­ni­czy sza­leńcy?

– Chcę powie­dzieć, że jeste­śmy ludźmi namięt­nymi – odparł Gabriel. – Na dobre i na złe. Żeby poznać moją famille, żeby poznać mnie, musisz to wie­dzieć. Nasze serca prze­ma­wiają gło­śniej niż głowy.

– Zatem twój ojciec… też był czło­wie­kiem, któ­rym tar­gały namięt­no­ści?

– Oui. Tyle że nie było w tym krztyny cze­go­kol­wiek dobrego. Był chory do szpiku kości.

Sre­bro­święty pochy­lił się, opie­ra­jąc łok­cie na kola­nach. W celi pano­wała cisza, jeśli pomi­nąć szybki zgrzyt pióra zim­no­krwi­stego pra­cu­ją­cego nad por­tre­tem i nie­prze­li­czony chór szep­tów wia­tru.

– Nie był tak wysoki jak ja, ale był zbu­do­wany jak ceglany mur. Przez trzy lata słu­żył jako zwia­dowca w armii Phi­lippe’a IV, zanim stary cesarz zmarł. Porwała go lawina śnieżna pod­czas kam­pa­nii na Pogó­rzu Ossway­skim. Zła­mał nogę, która ni­gdy nie zro­sła się, jak należy, więc zajął się kowal­stwem. Pra­co­wał w twier­dzy miej­sco­wej baro­nii, gdzie poznał moją matkę, kru­czo­włosą pięk­ność, dostojną i dumną. Nie mógł się w niej nie zako­chać. Żaden męż­czy­zna nie potra­fił się jej oprzeć. Córka samego barona. Demo­iselle de León.

– Twoja matka nazy­wała się de León? Odnio­słem wra­że­nie, że u was nazwi­sko otrzy­muje się po ojcu. Kobiety porzu­cają swoje nazwi­sko, wycho­dząc za mąż.

– Moi rodzice nie byli mał­żeń­stwem, gdy mnie poczęli.

Wam­pir zasło­nił usta smu­kłymi pal­cami.

– Skan­dal!

– Mój dzia­dek z pew­no­ścią tak myślał. Zażą­dał od córki, żeby się mnie pozbyła, kiedy tylko zaczęło być widać, że jest przy nadziei, ale mama odmó­wiła. Ojciec wyrzu­cił ją, prze­kli­na­jąc na wszel­kie spo­soby, jakie tylko przy­szły mu na myśl. Ona jed­nak była jak skała, ta moja matka. Nikomu się nie kła­niała.

– Jak miała na imię?

– Auriél.

– Pięk­nie.

– Imię rów­nie piękne jak ona sama. I ta uroda pozo­stała nie­przyć­miona nawet w takiej zapa­dłej dziu­rze jak Lor­son. Ona i tata spro­wa­dzili się tam, nie mając nic poza koszulą na grzbie­cie. Uro­dziła mnie w wio­sko­wym kościele, bo ich chata nie miała wtedy jesz­cze dachu. Rok póź­niej uro­dziła się moja sio­stra, Amélie, a póź­niej moja naj­młod­sza sio­strzyczka Celene. Rodzice byli już wtedy mał­żeń­stwem i moje sio­stry nosiły nazwi­sko ojca, Castia. Zapy­ta­łem ojca, czy też mógł­bym nosić jego nazwi­sko, ale odmó­wił. To mi powinno dać wtedy do myśle­nia. To i spo­sób, w jaki mnie trak­to­wał.

Zapa­trzony w dal Gabriel prze­su­nął pal­cami po cien­kiej bliź­nie na pod­bródku.

– Robota tych pię­ści, któ­rych bały się anioły? – mruk­nął Jean-François.

Gabriel poki­wał głową.

– Jak już wspo­mnia­łem, Raphael Castia był poryw­czym czło­wie­kiem, któ­rym tar­gały namięt­no­ści. I te namięt­no­ści nim rzą­dziły. Mama była pobożną kobietą. Wycho­wała nas w Jed­nej Wie­rze, w głę­bo­kiej miło­ści do Wszech­mo­gą­cego i Matki-Dzie­wicy. Jego miłość była zaś inna.

Tra­wiła go cho­roba. Teraz to wiem. Wal­czył na woj­nie tylko trzy lata, ale nosił to w sobie przez resztę życia. Ni­gdy nie napo­tkał butelki, do któ­rej dna nie chciałby jak naj­szyb­ciej się dostać. Ani ład­nej dziew­czyny, któ­rej by odmó­wił. Prawdę mówiąc, wszy­scy wole­li­śmy jego zdrady. Kiedy wycho­dził się łaj­da­czyć, zwy­czaj­nie zni­kał na dzień albo dwa. Kiedy jed­nak był w domu i pił… To było jak życie z beczką czar­nego ignisu. Proch tylko cze­kał na iskierkę.

Zła­mał raz ręko­jeść sie­kiery na moich ple­cach, kiedy nie narą­ba­łem dość drewna. Poła­mał mi żebra, kiedy zapo­mnia­łem przy­nieść wody ze studni. Ni­gdy nie tknął mamy, Amélie ani Celene. Ani razu. Ja jed­nak zna­łem jego pię­ści jak wła­sne imię. I myśla­łem, że to miłość.

Dzień póź­niej ta sama stara śpiewka: mama się wście­kała, tata przy­się­gał na Boga i wszyst­kich Sied­mioro Męczen­ni­ków, że się zmieni, i och, jak on się zmie­niał. Przy­rze­kał, że odstawi butelkę, i przez pewien czas byli­śmy szczę­śliwi. Zabie­rał mnie na polo­wa­nie albo na ryby, uczył mnie fech­tunku, któ­rego sam nauczył się jako zwia­dowca, tro­pie­nia, życia w dzi­czy. Poka­zy­wał, jak spra­wić, by wil­gotne drewno się zapa­liło. Jak cho­dzić bez­sze­lest­nie po suchych liściach. Jak wyszy­ko­wać sidła, które nie zabiją zwie­rzyny. A nade wszystko uczył mnie o lodzie. Uczył mnie o śniegu. Jak spada. Jak zabija. Puka­jąc w swoją zła­maną nogę, uczył mnie prawd na temat śnie­życy, śle­poty śnież­nej, lawin. Spa­nia pod gwiaz­dami w górach, jak mógłby to robić praw­dziwy ojciec.

Ale to ni­gdy nie trwało zbyt długo.

„Wojna nie uczy cię, jak zostać zabójcą” – powie­dział mi pew­nego razu. „To tylko klucz, który otwiera drzwi. We krwi wszyst­kich męż­czyzn kryje się bestia, Gabrielu. Możesz ją gło­dzić. Zamknąć w klatce. Prze­kląć. Ale osta­tecz­nie albo zapła­cisz to, co jej się należy, albo sama to z cie­bie wyrwie”.

Pamię­tam, jak sie­dzia­łem przy stole pod­czas moich ósmych świą­tek, a mama wycie­rała mi krew z twa­rzy. Uwiel­biała mnie, ta moja matka, cho­ciaż moje naro­dziny tak wiele ją kosz­to­wały. To było dla mnie oczy­wi­ste jak cie­pło słońca na mojej skó­rze. Zapy­ta­łem ją, dla­czego ojciec mnie nie­na­wi­dzi, skoro ona potrafi mnie tak bar­dzo kochać. Spoj­rzała mi tam­tego dnia w oczy i wes­tchnęła z naj­więk­szych głę­bin serca.

„Wyglą­dasz jak on” – powie­działa. „Niech mi Bóg dopo­może, ale wyglą­dasz dokład­nie tak jak on, Gabrielu”.

Ostatni Sre­bro­święty wypro­sto­wał nogi i zer­k­nął na szkic wam­pira.

– Naj­za­baw­niej­sze było to, że mój ojciec był bar­czy­sty i krępy, a ja już wtedy byłem wysoki. Jego skóra była ogo­rzała, a moja blada jak u ducha. Widzia­łem matkę w zary­sie swo­ich ust, w sza­ro­ści moich oczu, ale prawda była taka, że w niczym nie przy­po­mi­na­łem ojca.

Zdjęła sygnet, jedyny skarb, jaki zabrała z domu ojca. Był srebrny, z her­bem rodu de León: dwa lwy po bokach tar­czy z dwoma skrzy­żo­wa­nymi mie­czami. Wsu­nęła mi go na palec i mocno uści­snęła mi dłoń.

„Krew lwów pły­nie w two­ich żyłach” – powie­działa mi tam­tego dnia. „A jeden dzień lwa jest wart dzie­się­ciu tysięcy dni jagnię­cia. Ni­gdy nie zapo­mnij, że jesteś moim synem. Pamię­taj jed­nak, że jest w tobie głód. Głód, przed któ­rym musisz się strzec, mój słodki Gabrielu. Bo ina­czej pożre cię w cało­ści”.

– Spra­wia wra­że­nie impo­nu­ją­cej kobiety – ode­zwał się Jean-François.

– I taka była. Kro­czyła po błot­ni­stych ulicz­kach Lor­son jak szla­chet­nie uro­dzona dama po zło­co­nych kory­ta­rzach cesar­skiego dworu. Cho­ciaż uro­dzi­łem się z nie­pra­wego łoża, powie­działa, żebym nosił swoje ary­sto­kra­tyczne nazwi­sko jak koronę. I żebym splu­wał czy­stym jadem na każ­dego, kto będzie twier­dził, że nie mam do tego prawa. Mama znała sie­bie, a w tym kryje się budząca zgrozę siła. Wynika z wie­dzy, kim jesteś i do czego dokład­nie jesteś zdolny. Pew­nie więk­szość ludzi nazwa­łaby to aro­gan­cją, ale więk­szość ludzi to skoń­czeni głupcy.

– Czy wasi kapłani nie nauczają z ambon o cno­cie pokory? – zapy­tał Jean-François. – Nie obie­cują, że pokorni odzie­dzi­czą zie­mię?

– Prze­ży­łem trzy­dzie­ści pięć lat pod nazwi­skiem, które dała mi matka, zim­no­krwi­sty, i ani razu nie widzia­łem, by pokorni odzie­dzi­czyli coś poza ochła­pami ze stołu sil­nych.

Gabriel spoj­rzał przez okno na góry. Na mrok, który osu­wał się przed nimi na kolana jak grzesz­nik. Na zgrozę, która gra­so­wała tam nie­po­ha­mo­wana. Na drob­niut­kie iskierki czło­wie­czeń­stwa migo­czące na wygłod­nia­łym wie­trze, by wkrótce na zawsze zga­snąć.

– Poza tym, kto chciałby, kurwa, odzie­dzi­czyć taką zie­mię?

II

Począ­tek końca

Cisza zakra­dła się do pokoju w mięk­kich pan­to­flach. Gabriel patrzył zagu­biony w myślach i wspo­mnie­niach pie­śni chó­ral­nej, sre­bro­dzwon­ków i czar­nej tka­niny, która roz­chy­lała się, by odsło­nić gład­kie, blade kształty, aż ciche puka­nie pióra o stronę prze­rwało jego zadumę.

– Może powin­ni­śmy zacząć od bez­d­nia – powie­dział potwór. – Musia­łeś być rap­tem dziec­kiem, kiedy cień prze­sło­nił słońce.

– Oui. Byłem małym chłop­cem.

– Opo­wiedz mi o tym.

Gabriel wzru­szył ramio­nami.

– To był dzień jak każdy inny. Pamię­tam, że kilka nocy wcze­śniej obu­dziło mnie drże­nie. Jakby zie­mia poru­szyła się we śnie. Jed­nak ten dzień był zupeł­nie zwy­czajny. Pra­co­wa­łem w kuźni z ojcem, kiedy się zaczęło. Cień wylał się na niebo jak melasa, zamie­nia­jąc błysz­czący lazur w ponurą sza­rość, a słońce pociem­niało jak węgiel. Cała wio­ska zebrała się na placu i patrzyła, jak powie­trze staje się chłodne, a świa­tło dzienne przy­gasa. Oczy­wi­ście bali­śmy się, że to czary. Magya faerie. Dia­bel­skie sztuczki. Myśle­li­śmy jed­nak, że to minie, jak mija wszystko inne.

Możesz sobie wyobra­zić, jaka zgroza nas ogar­nęła, kiedy mijały tygo­dnie i mie­siące, a ciem­ność nie ustę­po­wała. Począt­kowo nazy­wa­li­śmy to róż­nymi imio­nami: Zaciem­nie­niem, Zasłoną, Pierw­szą Apo­ka­lipsą. Jed­nak astro­lo­go­wie i filo­zo­fo­wie na dwo­rze cesa­rza Ale­xan­dre’a III nazwali to „bez­d­niem” i osta­tecz­nie my też zaczę­li­śmy tak to nazy­wać. W cza­sie mszy père Louis nauczał z ambony, że potrze­bu­jemy tylko wiary we Wszech­mo­gą­cego, żeby to prze­trwać. Trudno jed­nak wie­rzyć w świa­tło Wszech­moc­nego, kiedy słońce świeci jak przy­ga­sa­jąca świeczka, a wio­sna jest rów­nie mroźna jak śro­dek zimy.

– Ile mia­łeś wtedy lat?

– Osiem. Pra­wie dzie­więć.

– A kiedy zda­łeś sobie sprawę, że my, Krewni, zaczę­li­śmy cho­dzić za dnia?

– Mia­łem trzy­na­ście lat, kiedy zoba­czy­łem mojego pierw­szego nie­szczę­śnika.

Histo­ryk prze­chy­lił głowę.

– Wolimy okre­śle­nie „brud­no­kr­wi­sty”.

– Pro­szę o wyba­cze­nie, wam­pi­rze. – Sre­bro­święty się uśmiech­nął. – Ale czy w jaki­kol­wiek spo­sób dałem ci, kurwa, do zro­zu­mie­nia, że choćby odro­binę inte­re­sują mnie twoje pre­fe­ren­cje?

Jean-François tylko na niego popa­trzył. Gabriela znowu ogar­nęło prze­możne wra­że­nie, że potwór jest zbu­do­wany z mar­muru, nie z ciała. Wyczu­wał mroczne pro­mie­nio­wa­nie woli wam­pira, zgrozę tego, czym naprawdę jest, kłam­stwo, jakim było wywie­rane przez niego wra­że­nie – że jest piękny, młody, zmy­słowy. Wszyst­kie te odczu­cia wal­czyły ze sobą w gło­wie Gabriela. W jakimś na poły mrocz­nym, oświe­tlo­nym zale­d­wie ogar­kiem zaka­marku jego umy­słu sie­działa świa­do­mość tego, jak łatwo mogą go skrzyw­dzić. Jak szybko mogą roz­pro­szyć ilu­zję, jakoby pano­wał nad sytu­acją.

Jed­nakże na tym wła­śnie polega pro­blem z ode­bra­niem czło­wie­kowi wszyst­kiego, co ma, prawda?

Kiedy nie masz nic, nie masz już niczego do stra­ce­nia.

– Mia­łeś trzy­na­ście lat – powie­dział Jean-François.

– Kiedy zoba­czy­łem swo­jego pierw­szego nie­szczę­śnika. – Gabriel poki­wał głową. – Minęło pięć lat od nasta­nia bez­d­nia. Słońce było tylko czarną smugą za plamą nieba, kiedy świe­ciło naj­moc­niej. Śnieg padał teraz szary zamiast bia­łego i pach­niał siarką. Głód ści­nał ludzi jak kosa, stra­ci­li­śmy przez te lata połowę wio­ski z powodu głodu i zimna. Wciąż byłem chłop­cem, ale już widzia­łem wię­cej tru­pów, niż potra­fił­bym zli­czyć. W samo połu­dnie było ciemno jak o zmierz­chu, a zmierz­chy stały się mroczne jak śro­dek nocy. Na każdy posi­łek jedli­śmy grzyby i pier­do­lone kar­to­fle i nikt, ani kapłani, ani filo­zo­fo­wie, ani nawet sza­leńcy, któ­rzy piszą wła­snym gów­nem, nie potra­fił wyja­śnić, ile jesz­cze czasu musi to potrwać. Père Louis nauczał, że to próba naszej wiary. Byli­śmy głup­cami, bo mu wie­rzy­li­śmy.

A potem Amélie i Julieta zagi­nęły.

Gabriel urwał na chwilę zagu­biony w wewnętrz­nym mroku. Echo śmie­chu w jego gło­wie, ładny uśmiech i dłu­gie czarne włosy, oczy rów­nie szare jak jego wła­sne.

– Amélie? – zapy­tał Jean-François. – Julieta?

– Amélie była moją sio­strą, środ­ko­wym dziec­kiem, Celene była naj­młod­sza z naszej trójki, a ja naj­star­szy. Kocha­łem je obie, były mi rów­nie dro­gie i bli­skie jak moja słodka mama. Ami miała dłu­gie ciemne włosy i jasną skórę jak ja, ale pod wzglę­dem tem­pe­ra­mentu byli­śmy jak świt i zmierzch. Obli­zy­wała palec i roz­cie­rała mi zmarszczkę mię­dzy brwiami, tłu­ma­cząc, żebym się tak nie krzy­wił. Cza­sem widzia­łem, jak tań­czy, jakby grała muzyka, którą tylko ona sły­szy. Wie­czo­rami, kiedy kła­dli­śmy się spać z Celene, opo­wia­dała nam histo­rie. Ami naj­bar­dziej lubiła te prze­ra­ża­jące. O występ­nych faerie, czar­no­księ­stwie i prze­klę­tych księż­nicz­kach.

Famille Juliety miesz­kała po sąsiedzku. Ona sama miała dwa­na­ście lat, tak jak Amélie. Obie strasz­li­wie dro­czyły się ze mną, kiedy spę­dza­li­śmy razem czas. Pew­nego dnia zbie­ra­li­śmy sami w lesie bia­ło­pąki, a ja ude­rzy­łem się w palec u nogi i wezwa­łem imię Wszech­mo­gą­cego nada­remno. Wtedy Julieta zagro­ziła, że powie père Louisowi o moim bluź­nier­stwie, chyba że ją poca­łuję.

Oczy­wi­ście zapro­te­sto­wa­łem. Dziew­częta mnie wów­czas prze­ra­żały. Z dru­giej strony père Louis sta­wał na swo­jej ambo­nie w każde prièdi i wykrzy­ki­wał o pie­kle i potę­pie­niu, więc zwy­kły całus wyda­wał się lep­szy od kary, jaka mnie cze­kała, gdyby Julieta powie­działa mu o moim grze­chu.

Była wyż­sza ode mnie. Musia­łem sta­nąć na pal­cach, żeby dosię­gnąć. Pamię­tam, że nosy nam tro­chę prze­szka­dzały, ale wresz­cie przy­ci­sną­łem wargi do jej ust cie­płych jak dawno utra­cone słońce. Mięk­kich i wzdy­cha­ją­cych. Uśmiech­nęła się potem do mnie. Powie­działa, że powi­nie­nem czę­ściej bluź­nić. To był mój pierw­szy poca­łu­nek, zim­no­krwi­sty. Skra­dziony w umie­ra­ją­cym lesie pod wpły­wem stra­chu przed Wszech­mo­gą­cym.

Było późne lato, kiedy ta dwójka zagi­nęła. Znik­nęła pew­nego dnia, gdy zbie­ra­li­śmy kurki. Amélie czę­sto zda­rzało się wra­cać póź­niej, niż zapo­wie­działa. Mama ostrze­gała ją, żeby nie szła przez życie z głową w chmu­rach, ale moja sio­stra odpo­wia­dała: „Przy­naj­mniej tam czuję słońce”. Jed­nakże kiedy zapadł zmrok, wie­dzie­li­śmy, że stało się coś złego.

Szu­ka­łem ich z męż­czy­znami z naszej wio­ski. Moja naj­młod­sza sio­strzyczka Celene też poszła, była zacięta jak lwica i cho­ciaż miała tylko jede­na­ście lat, nikt nie śmiał jej zabro­nić. Po tygo­dniu ojciec stra­cił głos od nawo­ły­wa­nia. Mama nie jadła, nie spała. Ni­gdy nie zna­leź­li­śmy ich ciał. Za to dzie­sięć dni póź­niej to one nas odna­la­zły.

Gabriel prze­su­nął pal­cem po powiece, wyczu­wa­jąc ruch każ­dej poje­dyn­czej rzęsy na opuszce palca. Chłodny wiatr poru­szył dłu­gimi wło­sami opa­da­ją­cymi mu na ramiona.

– Ukła­da­łem wła­śnie opał potrzebny do kuźni razem z Celene, kiedy Amélie i Julieta wró­ciły do domu. Zim­no­krwi­sty, który je zabił, wyrzu­cił ich ciała do bagna, gdy już zro­bił swoje, więc były brudne od błota, miały prze­mo­czone sukienki. Stały na ulicy przed naszą chatą, ze sple­cio­nymi dłońmi. Oczy Juliety stały się tru­pio białe, a te usta, które były cie­płe jak słońce, poczer­niały. Uka­zy­wały drobne, ostre ząbki, kiedy roz­chy­liła je, uśmie­cha­jąc się do mnie.

Jej matka wybie­gła z domu, pła­cząc z rado­ści. Porwała córkę w ramiona i wychwa­lała Boga i wszyst­kich Sied­mioro Męczen­ni­ków za spro­wa­dze­nie jej z powro­tem do domu. A Julieta roze­rwała jej gar­dło na naszych oczach. Po pro­stu, kurwa… roz­gry­zła je jak doj­rzały owoc. Ami też rzu­ciła się na ciało, skro­biąc rękami i sycząc gło­sem, który do niej nie nale­żał. – Gabriel z tru­dem prze­łknął ślinę. – Ni­gdy nie zapo­mnia­łem odgłosu, jaki wyda­wała, gdy zaczęła pić.

Męż­czyźni z wio­ski wiwa­to­wali na cześć mojej odwagi po tym, co wyda­rzyło się następ­nie. A ja chciał­bym powie­dzieć, że wła­śnie odwagę czu­łem, gdy moja sio­stra zanu­rzyła twarz w kałuży, malu­jąc usta i policzki ciemną czer­wie­nią. Kiedy jed­nak wspo­mi­nam to teraz, wiem, co naprawdę spra­wiło, że zosta­łem na miej­scu, pod­czas gdy mała Celene ucie­kła z krzy­kiem.

– Miłość? – zapy­tał zim­no­krwi­sty.

Ostatni Sre­bro­święty pokrę­cił głową, patrząc jak zacza­ro­wany w pło­mień lampy.

– Nie­na­wiść – odpo­wie­dział w końcu. – Nie­na­wiść do tego, czym stały się moja sio­stra i Julieta. Do tego, co je tak prze­mie­niło. A przede wszyst­kim nie­na­wiść na myśl, że wła­śnie w taki spo­sób zapa­mię­tam te dziew­częta. Nie będę wspo­mi­nał skra­dzio­nego poca­łunku Juliety pod umie­ra­ją­cymi drze­wami. Nie będę pamię­tał Amélie, jak opo­wia­dała nam wie­czorne histo­ryjki. Tylko to wła­śnie: dwie dziew­czyny na czwo­ra­kach chłep­czące krew z błota jak zdy­cha­jące z głodu psy. Nie­na­wiść to było wszystko, co zna­łem w tam­tej chwili; jej moc i wszyst­kie obiet­nice, jakie ze sobą nio­sła. Zako­rze­niła się we mnie tam­tego zim­nego let­niego dnia i prawdę mówiąc, wąt­pię, żeby kie­dy­kol­wiek mnie opu­ściła.

Jean-François spoj­rzał na ćmę, która wciąż na próżno ude­rzała skrzy­dłami o szkło lampy.

– Nad­miar nie­na­wi­ści spali czło­wieka na popiół, che­va­lier.

– Oui, ale przy­naj­mniej ogrzeje go przed śmier­cią. – Ostatni Sre­bro­święty spoj­rzał na wyta­tu­owane dło­nie, zaci­ska­jąc palce. – Nie potra­fi­łem skrzyw­dzić sio­stry. Nawet wtedy ją kocha­łem. Dla­tego pod­nio­słem sie­kierę i ude­rzy­łem pro­sto w szyję Juliety. Cios był dosta­tecz­nie silny. Mia­łem dopiero trzy­na­ście lat, a nawet doro­sły męż­czy­zna namę­czy się, ści­na­jąc głowę czło­wie­kowi, nie wspo­mi­na­jąc już o gło­wie zim­no­krwi­stego. Stwór, któ­rym była Julieta, padł w błoto, łapiąc za sie­kierę wbitą w czaszkę. Amélie unio­sła głowę, krwawa ślina ście­kała jej po pod­bródku. Spoj­rza­łem jej w oczy i to było jak spoj­rze­nie w twarz pie­kła. Nie w ogień i siarkę, którą obie­cy­wał nam z ambony père Louis, ale w… pustkę.

W pier­do­loną nicość.

Moja sio­stra otwo­rzyła usta i zoba­czy­łem dłu­gie i błysz­czące jak noże zęby. I dziew­czyna, która każ­dego wie­czoru przed snem opo­wia­dała mi bajki, która tań­czyła do muzyki, jaką tylko ona sły­szała, wstała i mnie ude­rzyła.

Boże w nie­bie­siech, ależ była silna. Nic nie poczu­łem, dopóki nie runą­łem w błoto. A potem usia­dła mi na piersi i poczu­łem smród zgni­li­zny i świe­żej krwi w jej odde­chu, a gdy jej kły musnęły mi szyję, wie­dzia­łem, że zaraz umrę. Spoj­rza­łem w jej puste oczy i mimo nie­na­wi­ści i stra­chu pra­gną­łem tego.

Cie­szy­łem się na to.

Jed­nakże coś wtedy się we mnie obu­dziło. Jak niedź­wiedź, który budzi się głodny z zimo­wego snu. Gdy moja sio­stra otwo­rzyła gni­jące usta, zła­pa­łem ją za gar­dło. Boże, była dość silna, żeby zmiaż­dżyć kości na pro­szek, ale mimo to udało mi się ją ode­pchnąć. Kiedy dra­pała mnie po twa­rzy zakrwa­wio­nymi pal­cami, poczu­łem żar zale­wa­jący mi rękę, mro­wiący na każ­dym calu skóry. Coś mrocz­nego. Coś głę­bo­kiego. I z wrza­skiem, od któ­rego wnętrz­no­ści zamie­niły mi się w wodę, Amélie cof­nęła się, łapiąc się za bul­go­cącą skórę na gar­dle.

Czer­wona para buch­nęła jej ze skóry, jakby krew w żyłach dziew­czyny się zago­to­wała. Czer­wone łzy spły­nęły po policz­kach, gdy wrza­snęła. Do tego czasu krzyki Celene spra­wiły, że cała wio­ska zbie­gła się do nas. Silne ręce zła­pały Amélie i odrzu­ciły, kiedy wójt przy­ło­żył pochod­nię do jej sukienki. Amélie zapło­nęła jak ogni­sko na Jed­no­ro­dziny. Julieta czoł­gała się z moją sie­kierą wbitą w głowę, kiedy ją też pod­pa­lili. Dźwięk, jaki wyda­wała z sie­bie, pło­nąc… Boże, to było… bez­bożne. Sie­dzia­łem w bło­cie z Celene, która przy­kuc­nęła obok, i patrzy­li­śmy, jak nasza sio­stra wiruje niczym żywa pochod­nia. Ostatni maka­bryczny taniec. Ojciec musiał trzy­mać matkę, żeby nie rzu­ciła się w ogień. Jej krzyki były gło­śniej­sze od krzy­ków Amélie.

Spraw­dzali mi gar­dło tuzin razy, ale nie mia­łem nawet zadra­pa­nia. Celene uści­skała mi rękę i zapy­tała, czy nic mi nie jest. Nie­któ­rzy ludzie patrzyli na mnie dziw­nie, zasta­na­wia­jąc się, jakim cudem prze­ży­łem. A père Louis ogło­sił, że to cud. Oznaj­mił, że Bóg oszczę­dził mnie dla wyż­szych celów.

Mimo to łaj­dak odmó­wił pocho­wa­nia obu dziew­czy­nek. „Umarły nie­wy­spo­wia­dane”, orzekł. Ich pro­chy zabrano na roz­staje dróg i roz­sy­pano, żeby ni­gdy wię­cej nie były w sta­nie odna­leźć drogi do domu. Grób mojej sio­stry miał na zawsze pozo­stać pusty na nie­po­świę­co­nej ziemi, a jej dusza została potę­piona na wieki. Mimo wszyst­kich jego pochwał ser­decz­nie znie­na­wi­dzi­łem za to tego kutasa Louisa.

Czu­łem na sobie zapach popio­łów Amélie przez wiele kolej­nych dni. Śni­łem o niej latami. Cza­sem Julieta przy­cho­dziła razem z nią. We dwie sia­dały na mnie i cało­wały mnie czar­nymi, jakże czar­nymi ustami. I cho­ciaż nie mia­łem poję­cia, co mi się przy­da­rzyło i jak, na Boga, prze­ży­łem, to jedno wie­dzia­łem z abso­lutną i nie­za­chwianą pew­no­ścią.

– Że Krewni naprawdę ist­nieją – domy­ślił się Jean-François.

– Nie. Myślę, że już wtedy w to wie­rzy­li­śmy w głębi serc, zim­no­krwi­sty. Och, wypu­dro­wani pano­wie z Augu­stin, Coste i Asheve uzna­liby nas za zaco­fa­nych, ale w Lor­son przy ogniu zawsze opo­wia­dało się o wąpier­zach, tan­cer­zach zmierz­chu, faerie i innych czar­cich pomio­tach. W nor­dlundz­kich pro­win­cjach potwory były rów­nie praw­dziwe jak Bóg i jego anio­ło­wie. Tyle że dzwony kaplicy wybiły wła­śnie połu­dnie, kiedy Amélie i Julieta wró­ciły do domu. Dzień naj­wy­raź­niej w ogóle im nie prze­szka­dzał. Wszy­scy wie­dzie­li­śmy, co działa na zgubę Umar­łych, jaka broń nas ocali: ogień, sre­bro, a przede wszyst­kim świa­tło sło­neczne.

Gabriel zamilkł na chwilę, zagu­bił się w myślach, szare oczy mu spo­chmur­niały.

– Widzisz, to był bez­dzień. Nawet wiele lat póź­niej w opac­twie San Michon żaden sre­bro­święty nie potra­fił wyja­śnić tego, co się stało. Opat Kha­lid twier­dził, że wielka gwiazda spa­dła na wscho­dzie, daleko, za morzami, i jej ogień wzbił tak gęsty dym, że prze­sło­nił słońce. Mistrz Sza­ro­ręki powie­dział nam, że doszło do kolej­nej wojny w nie­bie i Bóg zrzu­cił zbun­to­wane anioły z taką nie­na­wi­ścią, że zie­mia try­snęła w niebo i zawi­sła jak zasłona mię­dzy jego kró­le­stwem i pie­kłem. Nikt jed­nak tak naprawdę nie wie­dział, dla­czego welon prze­sło­nił niebo. Nikt nie wie­dział wtedy i moż­liwe, że nikt nie wie nawet teraz.

Wszy­scy ludzie w wio­sce wie­dzieli, że nasze dni stały się nie­mal tak ciemne jak noc i że stwo­rze­nia nocy krążą teraz swo­bod­nie pod­czas tych niby-dni. Sto­jąc na skrzy­żo­wa­niu dróg pod Lor­son, kiedy roz­rzu­cali pro­chy mojej sio­stry, trzy­ma­jąc za rękę Celene, gdy nasza matka wrzesz­czała jak obłą­kana, zro­zu­mia­łem. Myślę, że w głębi duszy wszy­scy zro­zu­mie­li­śmy.

– Co takiego? – dopy­ty­wał się Jean-François.

– Że to począ­tek końca.

– Nie trać ducha, che­va­lier. Wszyst­kie rze­czy mają swój koniec.

Gabriel uniósł wzrok, a jego krwi­sto­czer­wone oczy zabły­sły.

– Oui, wam­pi­rze. Jak naj­bar­dziej wszyst­kie.

III

Kolor pra­gnie­nia

– Co było potem? – zapy­tał Jean-François.

Gabriel wziął głę­boki wdech.

– Mama ni­gdy się nie otrzą­snęła po śmierci mojej sio­stry. Ni­gdy potem nie widzia­łem, żeby moi rodzice poca­ło­wali się. Jakby duch Amélie zabił w końcu to, co jesz­cze się mię­dzy nimi ucho­wało. Smu­tek zamie­nił się w pre­ten­sję, a pre­ten­sja w gniew. Opie­ko­wa­łem się Celene naj­le­piej, jak potra­fi­łem, ale wyra­stała na dia­bła wcie­lo­nego, zawsze szu­kała kło­po­tów albo zwy­czaj­nie sama je ścią­gała, jeśli nie mogła ich zna­leźć. Żałoba oka­le­czyła mamę, którą wypeł­niły pustka i gniew. Ojciec szu­kał ucieczki w butelce, a jego pię­ści stały się jesz­cze cięż­sze niż dotąd. Roz­kwa­szały usta i łamały palce.

Nie ma bole­ści więk­szej od tej, któ­rej doświad­czasz w poje­dynkę. Nie ma nocy ciem­niej­szych niż te, które spę­dzasz samot­nie. Można się jed­nak nauczyć żyć z każ­dym brze­mie­niem. Rany zabliź­niają się tak grubo, że w końcu stają się zbroją. Czu­łem, że coś we mnie nara­sta, jak nasiono cze­ka­jące w zim­nej ziemi. Myśla­łem, że tak to jest, gdy chło­piec staje się męż­czy­zną. A tak naprawdę nie mia­łem, kurwa, poję­cia, czym się sta­wa­łem.

Mimo wszystko dora­sta­łem. Byłem już słusz­nego wzro­stu, a dzięki pracy w kuźni sta­łem się twardy jak stal. Zaczą­łem zauwa­żać, że dziew­czyny w wio­sce zer­kają na mnie jak to młode dziew­czyny, szep­cąc mię­dzy sobą, gdy je mija­łem. Nie wie­dzia­łem jesz­cze wtedy dla­czego, ale coś we mnie je przy­cią­gało. Nauczy­łem się, jak zamie­niać szepty w uśmie­chy, jak uśmie­chy zamie­niać w coś jesz­cze słod­szego. Już nie kra­dłem poca­łun­ków, bo chęt­nie mi je dawano.

Pod­czas mojej pięt­na­stej zimy zaczą­łem cho­dzić na schadzki z dziew­czyną, która miała na imię Ilsa. Była córką wójta, sio­strze­nicą samego père Louisa. Oka­zało się, że potra­fię być prze­bie­głym sukin­sy­nem, jeśli zechcę. Zakra­da­łem się nocą do domu wójta, wspi­na­łem się po umie­ra­ją­cym dębie za oknem Ilsy. Szep­ta­łem do okna, ona zapra­szała mnie do środka, a potem tonę­li­śmy w despe­rac­kich, łap­czy­wych poca­łun­kach i tych pierw­szych nie­zręcz­nych piesz­czo­tach, które roz­pa­lają krew w żyłach mło­dego męż­czy­zny.

Moja matka tego nie pochwa­lała. Rzadko się kłó­ci­li­śmy, ale w kwe­stii Ilsy… Boże Wszech­mo­gący, dar­li­śmy koty, aż się niebo trzę­sło. Ostrze­gała mnie przed tą dziew­czyną raz za razem. Pew­nego wie­czoru sie­dzie­li­śmy przy stole, tata cichutko topił się w wódce, a Celene dzió­bała ziem­nia­czaną potrawkę, kiedy my z mamą wście­ka­li­śmy się na sie­bie. Znowu ostrze­gła mnie przed gło­dem, który w sobie noszę. Żebym uwa­żał, bo pożre mnie całego.

Mia­łem jed­nak już dość lęków rodzi­ców, że popeł­nię ten sam błąd, co oni. Roz­wście­czony stra­ci­łem cier­pli­wość, wyce­lo­wa­łem w ojca palec i krzyk­ną­łem:

– Nie jestem taki jak on! W niczym go nie przy­po­mi­nam!

Ojciec spoj­rzał na mnie wtedy, kie­dyś przy­stojny, a teraz roz­mię­kły i roz­mem­łany od alko­holu.

– Do dia­bła, pew­nie, że nie, ty bękar­cie.

– Rapha­elu! – krzyk­nęła matka. – Nie mów tak!

Spoj­rzał na nią z gorz­kim, tajem­ni­czym uśmiesz­kiem na ustach. Na tym sprawa mogłaby się skoń­czyć, gdyby lew we mnie nie wściekł się tak, że nie chciał się uspo­koić.

– Bogu dzięki, że jestem bękar­tem – odpo­wie­dzia­łem. – Lepiej nie mieć ojca w ogóle niż mieć za ojca takiego nic nie­war­tego śmie­cia jak ty.

– Jestem nic nie­wart, hę? – Ojciec spio­ru­no­wał mnie wzro­kiem, pod­no­sząc się. – Gdy­byś tylko wie­dział, jak dowio­dłem swo­jej war­to­ści, chłop­cze. Pięt­na­ście lat i nie powie­działem ani jed­nego słowa, wycho­wu­jąc grzech, jakim jesteś.

– Jeśli jestem grze­chem, to jestem twoim grze­chem. I tylko dla­tego, że byłeś na tyle głupi, żeby spło­dzić syna dziew­czy­nie, któ­rej nie poślu­bi­łeś, nie zna­czy…

Nie powie­dzia­łem niczego wię­cej. Jego pięść ude­rzyła jak pod­czas setek poprzed­nich wie­czo­rów. Mama krzy­czała, jak to zawsze ona. Jed­nakże tego wie­czoru pięść ojca nie tra­fiła w cel. Zamiast tego zatrzy­ma­łem ją rap­tem kilka cali od mojej twa­rzy. Byłem wyż­szy od niego, ale on miał ręce grube jak żona pie­ka­rza. Powi­nien być w sta­nie opę­dzić się ode mnie jak od muchy. A jed­nak pchną­łem go do tyłu, a on wytrzesz­czył oczy wstrzą­śnięty. Krew zaczęła mi dud­nić w żyłach, gdy ude­rzył głową o pale­ni­sko, a potem zaczęła ryczeć w cie­niach za moimi oczami. Kiedy upadł, widzia­łem, że roz­ciął głowę o półkę. Na rant polała się jasna i błysz­cząca czer­wień.

Krew.

Oczy­wi­ście widzia­łem już krew w swoim życiu. Roz­ma­zaną na moich poła­ma­nych pal­cach, na opuch­nię­tej twa­rzy. Ni­gdy jed­nak nie zauwa­ży­łem, jaki żywy ma kolor, nie zwró­ci­łem uwagi, że jej słony, żela­zi­sty i kwietny aro­mat przy­pra­wia o zawrót głowy, pomie­szany teraz z pie­śnią mojego walą­cego mło­tem serca. W gar­dle mi zaschło, język mia­łem jak ze sta­rej wypra­wio­nej skóry, żołą­dek zamie­nił się mi w roz­wartą, bez­denną dziurę, gdy wycią­gną­łem drżącą rękę ku roz­le­wa­ją­cej się coraz sze­rzej kałuży.

– Gabe? – szep­nęła Celene.

– Gabrielu! – krzyk­nęła mama.

I jak czar, który pry­ska, gdy zakra­cze wrona, to uczu­cie znik­nęło. Ten ból. Ta wysu­szona na pył tęsk­nota. Sta­łem na drżą­cych nogach, patrząc mamie w oczy. Widzia­łem tam nie­wy­po­wie­dziane sekrety. Zgrozę, brze­mię z każ­dym rokiem coraz cięż­sze.

– Co się ze mną dzieje, mamo?

Ona tylko pokrę­ciła głową, klę­ka­jąc obok ojca.

– To jest w tobie, Gabrielu. Mia­łam nadzieję… Modli­łam się do Boga, żeby tak nie było.

– Co jest we mnie?

Nic nie odpo­wie­działa, wpa­tru­jąc się w cie­nie na pod­ło­dze.

– Matko, powiedz mi! Pomóż mi!

Spoj­rzała mi w oczy. Ta lwica, która mnie wycho­wała, która nauczyła mnie nosić moje nazwi­sko jak koronę. Spo­strze­głem w niej wtedy despe­ra­cję matki, która zrobi wszystko, żeby chro­nić swoje młode, gdy zda sobie sprawę, że zostało jej już tylko jedno, co może uczy­nić.

– Nie potra­fię, kocha­nie, ale może znam kogoś, kto będzie potra­fił.

Nie mia­łem poję­cia, o co jesz­cze zapy­tać. Nie zna­łem odpo­wie­dzi, któ­rej potrze­bo­wa­łem. Mama nie chciała wię­cej ze mną roz­ma­wiać, a Celene zaczęła pła­kać, więc jak zwy­kle zają­łem się sio­strą. Od tego wie­czoru nic już nie było takie jak dotąd. Pró­bo­wa­łem poroz­ma­wiać z ojcem, niech mi Bóg dopo­może, nawet go prze­pro­si­łem, ale on ani razu nawet na mnie nie spoj­rzał. Patrzy­łem, jak wali w kowa­dło, jak ści­ska w pię­ści młot. Wiel­gachne i strasz­liwe były te jego ręce. Pamię­tam, jak zamy­kały się wokół mnie, gdy byłem małym chłop­cem, silne i cie­płe, kiedy poka­zy­wał mi, jak zasta­wić sidła albo zamach­nąć się mie­czem. Pamię­tam, jak zaci­skały się w węzły i spa­dały niczym grad. Two­rzył rze­czy, ten mój ojciec, i nisz­czył. Zda­łem sobie sprawę, że może jedną z rze­czy, które znisz­czył, byłem ja sam.

Jedy­nym azy­lem dla mnie były ramiona Ilsy. Ucie­ka­łem w nie tak czę­sto, jak się dało, zakra­da­łem się o każ­dej porze i wcho­dzi­łem do niej przez okno. Spo­ty­ka­li­śmy się tam, gdzie słowa tra­ciły na zna­cze­niu. Oboje zosta­li­śmy wycho­wani w Jed­nej Wie­rze i widmo grze­chu zawsze nad nami wisiało. Jed­nakże nawet sam Bóg nie jest w sta­nie wejść mię­dzy dziew­czynę i chłopca, któ­rzy naprawdę sie­bie pra­gną. Żadne pismo święte, król ani prawo na tym świe­cie nie mają takiej mocy.

Pew­nej nocy byli­śmy bli­sko. Tak bli­sko, że aż pło­nę­li­śmy. Jej koszula nocna leżała odrzu­cona na bok, moje spodnie były roz­sz­nu­ro­wane, wargi mnie bolały od naci­sku jej ust. Bli­skość nagiego ciała dziew­czyny przy­pra­wiała mnie o zawrót głowy, a pożą­da­nie było jak nara­sta­jące we mnie pra­gnie­nie. Czu­łem zapach jej żądzy, napeł­niał mi płuca i spra­wiał ból. Dłu­gie kasz­ta­nowe włosy Ilsy splą­tały się mię­dzy moimi pal­cami, gdy czu­łem jej ruchliwy język obok swo­jego.

– Kochasz mnie? – szep­ną­łem.

– Kocham – odpo­wie­działa.

– Pra­gniesz mnie? – spy­ta­łem.

– Pra­gnę – wes­tchnęła.

Prze­tur­la­li­śmy się na łóżku, jej oddech stał się szyb­szy, jej oczy nie widziały nikogo poza mną.

– Ale nie możemy, Gabrielu. Nie możemy.

– To żaden grzech – pro­si­łem, cału­jąc jej szyję. – Masz całe moje serce.

– A ty moje – szep­nęła. – Ale to czas mojej krwi mie­sięcz­nej. Powin­ni­śmy zacze­kać.

Poczu­łem ciarki w brzu­chu na te słowa. I cho­ciaż ode­zwała się znowu, ja sły­sza­łem tylko słowo „krew”. A potem zda­łem sobie sprawę, że wła­śnie ten zapach, wła­śnie to pożą­da­nie roz­brzmiewa we mnie ogłu­sza­ją­cym rykiem.

Nie potra­fił­bym ci powie­dzieć, dla­czego. Nie zasta­na­wia­łem się nad powo­dami w tam­tej chwili. Powę­dro­wa­łem jed­nak ustami niżej, po gład­kich wzgó­rzach i doli­nach jej ciała. Czu­łem sza­leń­cze bicie jej serca pod pal­cami, gdy wędro­wa­łem dłońmi po jej kształ­tach. Zady­go­tała, gdy okrą­ży­łem języ­kiem jej pępek, zamru­czała cicho w pro­te­ście, kiedy roz­chy­li­łem jej nogi i wsu­nęła palce w moje włosy. A potem pochy­li­łem się mię­dzy jej uda i przy­ci­sną­łem do niej usta, czu­jąc, jak drży. Cząstka mnie była wtedy rap­tem pięt­na­sto­let­nim chło­pa­kiem, ner­wo­wym jak wio­senne jagnię, który tylko prosi, żeby mu pozwo­lić słu­żyć, i pra­gnie tylko zado­wo­lić. Za to resztę mnie, więk­szość mnie, prze­peł­niał głód mrocz­niej­szy niż wszystko, co zna­łem.

Ilsa przy­ci­snęła palce do ust, zaci­ska­jąc uda wokół mojej głowy, a ja wsu­ną­łem w nią język i posma­ko­wa­łem. Boże, czu­łem ten smak i pra­wie osza­la­łem. Sól i żelazo. Jesień i rdza. Zale­wały mi język i odpo­wia­dały na wszyst­kie pyta­nia, o jakich ni­gdy nawet nie pomy­śla­łem, żeby je zadać. Bo odpo­wiedź na nie była taka sama.

Zawsze taka sama.

Krew.

Krew.

Odna­la­złem peł­nię, o jakiej nawet nie myśla­łem, że jest osią­galna. Zna­la­złem spo­kój, w jakiego ist­nie­nie nie wie­rzy­łem. Czu­łem tę dziew­czynę wijącą się w pościeli i szep­czącą moje imię i cho­ciaż chwilę wcze­śniej obie­ca­łem jej swoje serce, to była niczym, niczym poza tym, co mogła mi dać, skar­bem zamknię­tym za drzwiami jedwa­bi­stej świą­tyni, przy­wo­łu­ją­cym mnie bez słowa. Wyczu­łem poru­sze­nie w dzią­słach, prze­su­ną­łem języ­kiem po zębach i poczu­łem, że stają się ostre jak noże. Sły­sza­łem puls w udach Ilsy przy­ci­śnię­tych mocno do moich uszu, usi­ło­wa­łem obró­cić głowę, gdy zapro­te­sto­wała słabo. A potem, niech Bóg mi dopo­może, wbi­łem w nią zęby, a ona wygięła plecy w łuk, napi­na­jąc każdy mię­sień i odchy­liła głowę, przy­cią­ga­jąc mnie moc­niej, sta­ra­jąc się nie krzy­czeć.

Pozna­łem wtedy kolor pra­gnie­nia. To była czer­wień.

Czym jestem? Co ja robię? Na Boga, co się ze mną dzieje? Można by się spo­dzie­wać, że takie myśli wypeł­niły mi głowę. Pyta­nia, jakie zadałby sobie każdy zdrowy na umy­śle czło­wiek. Ja jed­nak niczego takiego nie myśla­łem. Ist­niały tylko moje usta na skó­rze Ilsy i potok z prze­gry­zio­nej żyły zale­wa­jący mi usta. Piłem jak wysu­szony pia­sek pustyni roz­le­głej na tysiąc lat. Piłem, jakby świat się koń­czył i tylko jeden ostatni haust mógł go ura­to­wać, mógł ura­to­wać mnie, nas wszyst­kich od wiel­kiego finału cze­ka­ją­cego w ciem­no­ści. Nie potra­fi­łem prze­stać. Nie prze­sta­łem.

– Prze­stań…

Szept Ilsy prze­rwał bez­gra­niczny hymn w mojej gło­wie, chór naszych połą­czo­nych ude­rzeń serc. Jej serce sła­bło, biło kru­che i deli­katne jak u pora­nio­nego ptaka, a moje dud­niło silne jak ni­gdy dotąd. Mimo to ta cząstka mnie, która kochała tę dziew­czynę, zdała sobie sprawę, co robi reszta. W końcu ode­rwa­łem usta. Ze zgrozy zaparło mi dech w piersi.

– O Boże…

Krew. Na pościeli. Na jej udach i w moich ustach. A kiedy czar mojego poca­łunku prysł, kiedy mroczne pożą­da­nie, jakie ją ogar­nęło, odpły­nęło, Ilsa też zoba­czyła, co zro­bi­łem. Zwie­rzęca cząstka jej istoty wygrała i cho­ciaż unio­słem ręce, żeby ją uci­szyć, otwo­rzyła posi­niałe usta i krzyk­nęła. To był krzyk dziew­czyny, która zro­zu­miała, że nie ma już potwora pod łóż­kiem. Że potwór jest w łóżku, razem z nią.

Usły­sza­łem czy­jeś kroki, ktoś biegł. Ciche prze­kleń­stwo. Ilsa znowu krzyk­nęła, w jej oczach pło­nęła czy­sta zgroza. I ta sama zgroza ogar­nęła mnie, zamie­nia­jąc mi wnętrz­no­ści w wodę. Trwoga chłopca, który skrzyw­dził kogoś, kogo kocha; chłopca leżą­cego w łóżku z dziew­czyną, któ­rej ojciec nad­biega wła­śnie kory­ta­rzem; chłopca, który obu­dził się z kosz­maru i odkrył, że sam jest kosz­ma­rem.

Drzwi otwo­rzyły się z impe­tem. Sta­nął w nich wójt w koszuli noc­nej, ze szty­le­tem w ręce. Krzyk­nął:

– Dobry Boże Wszech­mo­gący!

A ja zwlo­kłem się z zakrwa­wio­nego łóżka z rękami i pod­bród­kiem zala­nymi szkar­ła­tem. Ilsa wciąż krzy­czała, wójt ryk­nął i zamach­nął się ostrzem. Wyrwał mi się słaby okrzyk, gdy poczu­łem ogni­stą linię na ple­cach, ale już ucie­ka­łem, poru­sza­łem się tak szybko, że świat wokół mnie roz­ma­zał się, wysko­czy­łem przez okno w ciem­ność.

Wylą­do­wa­łem boso w bło­cie, pod­cią­gną­łem spodnie, poty­ka­jąc się. Ręce mia­łem czer­wone i lep­kie. Sły­sza­łem, że wio­ska się budzi, krzyki Ilsy nio­sły się ponad błot­ni­stym pla­cem, roz­legł się tupot butów war­tow­ni­ków i małe świa­tełka zapa­lały się w ciem­no­ści.

Byłem zagu­biony i samotny i Bóg jeden wie, dokąd bie­głem. Z okrop­nym zdu­mie­niem zda­łem sobie sprawę, że noc wokół mnie żyje, pło­nie jasno i pięk­nie tak jak kie­dyś dzień. Nogi mia­łem jak ze stali, serce grzmiało mi w piersi, czu­łem się w każ­dym calu jak lew, któ­rego imię nosi­łem. W tam­tej chwili byłem żywy i prze­stra­szony jak ni­gdy w życiu, ale odzy­ska­łem jasność myśle­nia na tyle, żeby zada­wać sobie pyta­nia: co się ze mną dzieje? Co zro­bi­łem? Czy Amélie prze­ka­zała mi cząstkę swo­jej klą­twy? Czy też byłem czymś cał­kiem innym?

Zaczął padać śnieg. Sły­sza­łem, że w kościele biją dzwony. A ja bie­głem przed sie­bie ku jedy­nemu miej­scu, w jakim mogłem zna­leźć bez­pie­czeń­stwo. Do kogo ucieka młode, wam­pi­rze, gdy gonią je wilki? Do kogo woła żoł­nierz, wykrwa­wia­jąc się na polu?

– Do matki – odpo­wie­dział Jean-François.

– Do matki. – Gabriel poki­wał głową. – Pró­bo­wała mi coś powie­dzieć tam­tej nocy, kiedy powa­li­łem ojca. Tam­tego wie­czoru krew po raz pierw­szy mnie wezwała. Wpa­dłem więc do chaty i zawo­ła­łem matkę. Wstała z łóżka. Moja sio­strzyczka patrzyła na mnie wiel­kimi prze­stra­szo­nymi oczami, widząc krew na moich rękach i twa­rzy. Ojciec wark­nął:

– Boże, coś ty zro­bił, chłop­cze?

Celene modliła się szep­tem. Matka zaś objęła mnie i szep­nęła:

– Nie oba­wiaj się, kocha­nie. Wszystko będzie dobrze.

Cięż­kie pię­ści zało­mo­tały do drzwi, roz­le­gły się gniewne głosy. Rodzice spoj­rzeli po sobie, ale tata nawet nie drgnął. Z zaci­śnię­tymi w cie­niutką linie ustami moja lwica owi­nęła się sza­lem, wzięła mnie za zakrwa­wioną rękę i wypro­wa­dziła z powro­tem na zimno.

Cze­kało na nas pół wio­ski. Nie­któ­rzy trzy­mali lampy, żagwie albo ikony Odku­pi­ciela. Wójt stał wśród nich, podob­nie jak père Louis. Kapłan ści­skał egzem­plarz Testa­men­tów, jakby to był miecz. Uniósł świętą księgę i wska­zał mnie, chry­piąc z tym samym świą­to­bli­wym prze­ko­na­niem, z któ­rym prze­klął moją sio­strę.

– Wyna­tu­rze­nie!

Mama krzyk­nęła w pro­te­ście, ale nie było jej sły­chać w panu­ją­cym wokół zgiełku. Drugi kowal, który pod­ku­wał w wio­sce konie, zła­pał mnie za rękę. Jed­nak krew, którą skra­dłem, dud­niła gorąca i czer­wona w pustce we mnie, więc ode­pchną­łem go i pole­ciał w powie­trze jak wiązka słomy. Kolejni męż­czyźni naparli, a ja wal­czy­łem, czu­jąc, jak kości pękają i ciało rwie się w moich rękach. Rzu­cili się jed­nak na mnie całą chmarą, a kapłan ryczał:

– Powal­cie go! W imię Boga!

– Jest jed­nym z nich! – Ktoś krzyk­nął.

– Prze­padł jak jego sio­stra! – ryk­nął ktoś inny.

Mama zaczęła krzy­czeć, Celene prze­kli­nała i gdzieś pośród tumultu sły­sza­łem, że mój ojciec też wrzesz­czy, woła­jąc, że jestem tylko chłop­cem, zwy­kłym chłop­cem. Czu­łem, jak tłum pod­nosi mnie z ziemi zakrwa­wio­nego i na wpół przy­tom­nego, i pomy­śla­łem wtedy o Amélie tań­czą­cej i wyją­cej, gdy pło­nęła. Zasta­na­wia­łem się, czy czeka mnie ten sam los. Spoj­rza­łem w oczy père Louisowi, temu łaj­da­kowi, który odmó­wił pochówku mojej sio­strze, i moje usta wypeł­niła nie­na­wiść.

– Ty pier­do­lony wia­ro­łomny tchó­rzu! – wark­ną­łem. – Modlę się, żebyś umie­rał z krzy­kiem!

Wystrzał roz­darł powie­trze, huk pisto­letu z zam­kiem koło­wym zadźwię­czał mi w uszach. Ciżba zamarła, wszyst­kie spoj­rze­nia skie­ro­wały się na postaci nad­jeż­dża­jące powoli błot­ni­stą drogą.

Było ich dwóch, dosia­dali bia­łych wierz­chow­ców jak anioły śmierci ze stro­nic Testa­men­tów. Na przo­dzie jechał chudy jego­mość, wymi­ze­ro­wany jak strach na wró­ble. Nosił gruby szy­nel z czar­nej skóry. Trój­gra­nia­sty kape­lusz miał nacią­gnięty mocno na oczy, koł­nierz zasznu­ro­wany wysoko, na ustach i nosie. Jedyne, co widzia­łem, to pasmo wło­sów w kolo­rze słomy. I oczy. Tęczówki miał w naj­ja­śniej­szym odcie­niu zie­leni, ale białka tak prze­krwione, że były wła­ści­wie czer­wone. Wiózł płó­cienny wór prze­wie­szony przez grzbiet krzep­kiego tun­dro­wego kuca. Kształt w worze przy­wo­dził na myśl czło­wieka. Na ramie­niu jeźdźca sie­dział smu­kły, sza­ro­pióry i zło­to­oki sokół.

Drugi jeź­dziec był młod­szy, bar­dziej bar­czy­sty, ale znowu pra­wie nie widzia­łem jego twa­rzy. Nosił się podob­nie jak pierw­szy, u pasa miał miecz w pochwie. Patrzył na tłum spod nacią­gnię­tego na czoło trój­gra­nia­stego kape­lu­sza nie­bie­skimi jak lód oczami.

Śnieg padał coraz moc­niej, mróz prze­ni­kał moją nagą skórę. Jeźdźcy mieli małe myśliw­skie latar­nie przy sio­dłach, świa­tło bły­skało na mar­z­ną­cych gru­bych płat­kach spa­da­ją­cych z nieba i srebr­nych sied­mio­gwiaz­dach wyha­fto­wa­nych na ich pier­siach.

Ojciec tym­cza­sem przy­niósł swój stary wojenny miecz, na co dzień wiszący na ścia­nie. Mamie zaparło dech w piersi, włosy wymknęły jej się z war­ko­cza. Celene stała z zaci­śnię­tymi pię­ściami, mój mały dia­beł wcie­lony wyszedł naprzód, żeby bro­nić star­szego brata, gdy kuce powoli zbli­żały się do naszego domu. Wszy­scy wyczu­wa­li­śmy powagę chwili. Przy­glą­da­jąc się tym obcym przy­by­szom, zauwa­ży­łem, jak wspa­niałe są ich wierz­chowce i jak ele­gancki jest krój ich płasz­czy, zwró­ci­łem uwagę, że nić, którą wyha­fto­wano gwiazdy, nie jest po pro­stu srebrna w kolo­rze, ale została zro­biona z praw­dzi­wego sre­bra. Przy­wódca scho­wał pisto­let do wewnętrz­nej kie­szeni szy­nela i zawo­łał, prze­krzy­ku­jąc pieśń mojego pulsu:

– Jestem frère Sza­ro­ręki, sre­bro­święty z San Michon. – Wska­zał na mnie. – Przy­je­cha­łem po tego chłopca.

IV

Jagnię na rzeź

Wiatr wył jak głodny wilk, śnieg przy­kle­jał się do mojej zakrwa­wio­nej skóry. Spoj­rza­łem na père Louisa i zoba­czy­łem, że jego obli­cze spo­chmur­niało.

– Mon­sieur, ten chło­pak prak­ty­kuje czary i obmier­złe rytu­ały krwi. Jest zły. Jest prze­klęty!

Gniewny pomruk poniósł się wśród zebra­nych. Jed­nakże męż­czy­zna zwany Sza­ro­rę­kim się­gnął za pazu­chę i wyjął weli­nowy zwój. Zdo­biła go cesar­ska pie­częć – jed­no­ro­żec i pięć skrzy­żo­wa­nych mie­czy na stward­nia­łej pla­mie czer­wo­nego wosku.