C.S. Lewis jako filozof. Prawda, Dobro i Piękno - Gary R. Habermas,David Baggett,Jerry L. Walls (red.) - ebook

C.S. Lewis jako filozof. Prawda, Dobro i Piękno ebook

Gary R. Habermas, David Baggett, Jerry L. Walls (red.)

0,0

Opis

Co Clive Staples Lewis, jeden z najważniejszych filozofów chrześcijańskich XX wieku, myślał o Prawdzie, Dobru i Pięknie? C.S. Lewis jako filozof. Prawda, Dobro i Piękno to zbiór dwudziestu esejów badających te trzy naczelne zagadnienia filozoficzne obecne w pismach Clive’a Staplesa Lewisa. Czytelnik znajdzie tu rozważania o tym, czym według Lewisa jest piekło, jaka jest natura zła i czy możemy zasadnie twierdzić, że Bóg jest dobry, jeśli na świecie dzieją się różne okropieństwa. Autorzy esejów zastanawiają się też, jakie idee łączyły Lewisa i Tolkiena oraz czy spełniło się proroctwo Lewisa o końcu człowieczeństwa.
Koncepcja wielkiej triady: Prawdy, Piękna i Dobra stanowi ośrodek nie tylko klasycznej filozofii, tradycji, z którą Lewis zapoznał się jako student podczas zajęć w Oksfordzie, lecz ma także kluczowe znaczenie dla przyjętej przez niego chrześcijańskiej wizji rzeczywistości. Przed swoim nawróceniem autor Opowieści z Narnii szukał prawdy, był oczarowany pięknem i dążył do dobra, ale trudno było mu znaleźć sposób na to, by te wszystkie cele realizować jednocześnie. Prawdziwy mit, piękną opowieść przemawiającą nie tylko do wyobraźni i tęsknoty człowieka za dobrem i sensem, ale także zakorzenioną w historii, odkrył dopiero w chrześcijaństwie.

Seria książek „C.S. Lewis. Rozum i Wiara” została objęta patronatem Instytutu Filozofii Uniwersytetu Zielonogórskiego.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows

Liczba stron: 713

Rok wydania: 2024

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Ty­tuł ory­gi­nałuC.S. Le­wis as Phi­lo­so­pher: Truth, Go­od­ness, and Be­auty
Co­py­ri­ght © 2017 by Da­vid Bag­gett, Gary R. Ha­ber­mas, and Jerry L. Walls
Co­py­ri­ght © for this edi­tion by Fun­da­cja Pro­do­teo, War­szawa 2024
Re­dak­tor na­ukowy se­riidr hab. PIOTR BY­LICA, prof. UZ
Re­dak­tor pro­wa­dzącyANNA KA­SZU­BOW­SKA
Re­dak­to­rzy me­ry­to­rycznidr hab. JU­STYNA KRO­CZAK, prof. UZ;dr hab. JA­CEK UGLIK, prof. UZ
Re­dak­cja ję­zy­kowaBE­ATA GOŁ­KOW­SKA
Ko­rektaANNA KA­SZU­BOW­SKA
Pro­jekt okładki i stron ty­tu­ło­wychEWA JA­BŁOŃ­SKA
Pro­jekt gra­ficzny książkiSTA­NI­SŁAW TU­CHOŁKA • Pan­book.pl
SkładBO­GU­SŁAW SPUR­GJASZ
Wy­da­nie I
ISBN 978-83-67634-40-3 (PDF) ISBN 978-83-67634-38-0 (EPUB)
Fun­da­cja Pro­do­teo ul. Rudzka 9 lok. 54 01-689 War­szawapro­do­teo.pl ebook do­stępny na con­tra­gen­ti­les.pl/ksie­gar­nia

Dla Jean Be­thke-El­sh­tain,

za którą głę­boko tę­sk­nimy

i którą z czu­ło­ścią wspo­mi­namy.

PRZED­MOWA

Ja­sność wy­po­wie­dzi ma swoją moc. Jest to je­den z po­wo­dów, dla któ­rego przez okres trwa­jący po­nad pół wieku nie­zwy­kle po­pu­larne książki i eseje Clive’a Sta­plesa Le­wisa owo­cują po­ja­wia­niem się wciąż nie­ma­le­ją­cej liczby chrze­ści­jań­skich fi­lo­zo­fów i lu­dzi in­te­lektu. Po­łą­cze­nie ude­rza­ją­cej ja­sno­ści jego my­śli i wy­ra­zi­sto­ści spo­sobu, w jaki tę myśl wy­ra­żał, sty­mu­lo­wało i wciąż sty­mu­luje po­ko­le­nia jego czy­tel­ni­ków do tego, by choćby w pew­nym stop­niu roz­wi­nąć w so­bie ta­kie zdol­no­ści in­te­lek­tu­alne i aby choć w nie­wiel­kim za­kre­sie wy­wrzeć taki po­zy­tywny wpływ, jaki na ży­cie wielu lu­dzi miał Le­wis. Sam zo­sta­łem fi­lo­zo­fem czę­ściowo pod wpły­wem Le­wisa. Był ży­wym wzo­rem oraz sil­nym bodź­cem, który spra­wił, że uczy­ni­łem pierw­sze kroki ku wiel­kiej przy­go­dzie, naj­pierw idąc ścieżką fi­lo­zo­fii aka­de­mic­kiej, a póź­niej wkra­cza­jąc do szer­szego ob­szaru kul­tury jako fi­lo­zof.

Pierw­szy raz czy­ta­łem Le­wisa w szkole śred­niej i by­łem cał­ko­wi­cie za­hip­no­ty­zo­wany jego tek­stami. Jego umie­jęt­ność do­cie­ra­nia do istoty każ­dego za­gad­nie­nia, ob­ja­śnia­nia naj­bar­dziej klu­czo­wych ele­men­tów wiary chrze­ści­jań­skiej i po­ka­zy­wa­nia, jak prze­ni­kli­wie teo­lo­gia chrze­ści­jań­ska uj­muje na­turę ludzką, zda­wały mi się, przy moim dość ogra­ni­czo­nym do­świad­cze­niu, zu­peł­nie wy­jąt­kowe. Co wię­cej, jako po­tra­fiący zręcz­nie łą­czyć wy­mow­ność i pro­stotę ję­zy­kową z ry­go­rem lo­gicz­nego my­śle­nia dla wielu jego czy­tel­ni­ków Le­wis był wzor­co­wym przy­kła­dem fi­lo­zofa pi­szą­cego dla sze­ro­kiego grona od­bior­ców. Pa­mię­tam, że jako uczeń ko­le­dżu znaj­do­wa­łem w jego książ­kach zda­nia wy­ra­ża­jące taką głę­bię i frag­menty tak do­sko­nałe, że zwy­czaj­nie sie­dzia­łem i ga­pi­łem się na te słowa, my­śląc w du­chu: „Chciał­bym umieć po­wie­dzieć to w taki spo­sób”. Te słowa były ta­kie mą­dre, a jed­no­cze­śnie ta­kie pro­ste. By­łem zwy­czaj­nie zszo­ko­wany.

Pro­stota jest po­cią­ga­jąca, dla­tego de­bata po­li­tyczna tak szybko de­ge­ne­ruje się do wy­krzy­ki­wa­nia slo­ga­nów. Lu­dzie pra­gną po­czu­cia pew­no­ści i kon­troli, któ­rej pro­stota do­star­cza. Wszy­scy w każ­dej spra­wie chcemy „pro­stej prawdy”, ale czę­sto ku na­szej kon­ster­na­cji od­kry­wamy, że pełna prawda na te­mat więk­szo­ści waż­nych spraw wcale nie jawi się w na­szych gło­wach jako pro­sta – nie jest tak jak je­dy­nie w przy­padku umy­słu mi­strza. Pro­stota wy­razu, która nie obala ani nie znie­kształca ni­czego, jest tak nie­spo­ty­kana, że rzadko kiedy na­po­ty­kamy ją u ko­goś, kto nie jest praw­dzi­wym ge­niu­szem. Prace Le­wisa są dla­tego tak war­to­ściowe, że przez cały czas mamy w nich do czy­nie­nia z ta­kim nie­zwy­kłym ro­dza­jem pro­stoty. Jak młody czy­tel­nik mógłby nie pra­gnąć my­śleć i pi­sać w taki spo­sób?

Le­wis jest po­wszech­nie znany i za­pa­mię­tany jako au­tor chrze­ści­jań­ski. Tech­nicz­nie rzecz bio­rąc, przez więk­szość swo­jego ży­cia był pro­fe­so­rem li­te­ra­tu­ro­znaw­stwa, ale tak na­prawdę był fi­lo­zo­fem. Fi­lo­zo­fia jest umi­ło­wa­niem mą­dro­ści, któ­remu to­wa­rzy­szy stałe pra­gnie­nie jej od­na­le­zie­nia, zro­zu­mie­nia, wpro­wa­dze­nia jej w ży­cie i prze­ka­za­nia in­nym lu­dziom. Le­wis pod­cho­dził fi­lo­zo­ficz­nie do każ­dej rze­czy, którą się zaj­mo­wał, a jego fi­lo­zo­ficzne in­tu­icje były bar­dzo wni­kliwe. W swoim spo­so­bie by­cia fi­lo­zo­fem na pewno wy­róż­niał się z po­wodu od­wo­łań do wiel­kich dzieł li­te­rac­kich przez to, że sam był au­to­rem nie­za­po­mnia­nych utwo­rów i po­przez po­dej­mo­wa­nie w jego nie­zmier­nie po­pu­lar­nych książ­kach i ese­jach na te­mat wiary waż­nych ży­ciowo za­gad­nień. Mimo że nie był za­trud­niony na wy­dziale fi­lo­zo­fii ani nie pu­bli­ko­wał w spe­cja­li­stycz­nych cza­so­pi­smach re­da­go­wa­nych przez pro­fe­so­rów fi­lo­zo­fii, ani nie po­zwo­lił, by jego in­te­lek­tu­alne za­in­te­re­so­wa­nia dyk­to­wały mody i style my­ślowe pre­fe­ro­wane przez tych, któ­rzy pa­ra­dyg­ma­tycz­nie sto­sują wo­bec sie­bie oraz in­nych za­szczytny ty­tuł „fi­lo­zofa”, był praw­dzi­wym fi­lo­zo­fem i jako taki miał ogromny wpływ na rze­czy­wi­stość. Książka ta za­wiera cenne ana­lizy za­gad­nień do­ty­czą­cych nie­któ­rych ob­sza­rów od­dzia­ły­wa­nia Le­wisa.

Tom Mor­ris

PO­DZIĘ­KO­WA­NIA

Au­to­rom umiesz­czo­nych tu tek­stów na­leżą się wiel­kie po­dzię­ko­wa­nia za ich cier­pli­wość, za­cho­wa­nie na­le­ży­tej sta­ran­no­ści i fa­chową wie­dzę, asy­sten­tom – za ich nie­oce­nioną po­moc: Bria­nowi Col­lin­sowi i Se­anowi Tur­chi­nowi, ca­łej eki­pie In­te­rVar­sity, szcze­gól­nie Gary’emu Deddo, który wie­rzył w ten pro­jekt i czu­wał nad nim do końca. Spe­cjalne po­dzię­ko­wa­nia dla na­szego dro­giego przy­ja­ciela, od któ­rego otrzy­ma­li­śmy dużo wspar­cia – Marka Fo­re­mana – wraz z ser­decz­nymi gra­tu­la­cjami z oka­zji nie­dawno obro­nio­nego dok­to­ratu.

Przy oka­zji pu­bli­ka­cji dru­giego wy­da­nia dzię­ku­jemy au­to­rom za ich znaw­stwo i skru­pu­lat­ność. Wiel­kie po­dzię­ko­wa­nia dla Li­berty Uni­ver­sity Press, szcze­gól­nie dla He­ather Bra­dley, Che­ryl Job i Jo­sha Rice’a. Spe­cjalne po­dzię­ko­wa­nia dla Na­tha­niela Da­visa, Leo Per­cera i Ash­ley Star­nes za ich nie­oce­nioną po­moc.

WSTĘP DO WY­DA­NIA Z ROKU 2017

Mi­nęło bli­sko 10 lat od pierw­szego wy­da­nia tomu C.S. Le­wis as Phi­lo­so­pher: Truth, Go­od­ness and Be­auty [C.S. Le­wis jako fi­lo­zof: Prawda, Do­bro i Piękno]. Pod­czas tej de­kady na­stą­pił wzrost za­in­te­re­so­wa­nia fi­lo­zo­ficz­nymi aspek­tami prac Le­wisa. Po­strze­ga­nie Le­wisa jako fi­lo­zofa, co jesz­cze nie­dawno wy­da­wało się nam czymś no­wym, stało się obec­nie, czemu nie można się dzi­wić, bar­dziej po­wszechne, za­równo bo­wiem jego wy­kształ­ce­nie, jak i czę­sto wy­ra­żany przez niego tem­pe­ra­ment zdra­dzały jego przy­na­leż­ność do fi­lo­zo­fów naj­wyż­szej klasy. Jego kom­pe­ten­cje fi­lo­zo­ficzne za­kry­wał praw­do­po­dob­nie za­dzi­wia­jący i róż­no­rodny za­kres za­in­te­re­so­wań oraz ta­len­tów.

Nie­które po­zy­cje uka­zują po­wyż­sze po­dej­ście w więk­szym za­kre­sie, niż je­ste­śmy w sta­nie to uczy­nić, jak wspa­niała i sze­roko trak­tu­jąca ten te­mat książka Adama Bark­mana pt. Phi­lo­so­phy as a Way of Life [Fi­lo­zo­fia jako droga ży­ciowa]. Uwa­żamy ten kie­ru­nek ba­dań za bar­dzo po­żą­dany. Ste­wart Go­etz prze­ko­ny­wał nie­dawno w swo­jej A Phi­lo­so­phi­cal Wal­king Tour with C.S. Le­wis [Fi­lo­zo­ficzna wę­drówka z C.S. Le­wi­sem], że Le­wis był po pierw­sze i przede wszyst­kim fi­lo­zo­fem. Au­tor obec­nie pi­sze ko­lejną książkę, w któ­rej bę­dzie do­kład­nie ana­li­zo­wał fi­lo­zo­ficzne po­glądy Le­wisa.

Ge­neza pierw­szego wy­da­nia zbioru tek­stów wiąże się z pre­zen­ta­cją ese­jów fi­lo­zo­ficz­nych w Oks­for­dzie i Cam­bridge w roku 2005 – włą­cza­jąc w to prze­wod­nie wy­stą­pie­nia ta­kich oso­bi­sto­ści, jak Pe­ter Kre­eft i Jean Be­thke-El­sh­tain. Ni­niej­szy do­bór tek­stów z ko­niecz­no­ści jed­nak wią­zał się z pew­nymi bra­kami w wy­da­wa­nym przez nas to­mie. Mimo wszystko nie znie­chę­ciło nas to, gdyż na­szym ce­lem nie było pełne uję­cie pro­blemu. W oce­nie wielu osób wcze­śniej­szy zbiór, nie­za­leż­nie od jego ogra­ni­czeń, sta­no­wił po­żą­dany wkład do li­te­ra­tury po­świę­co­nej Le­wi­sowi. Dzięki wy­daw­nic­twu In­te­rVar­sity Press Aca­de­mic książka uj­rzała świa­tło dzienne i cie­szyła się uzna­niem przez całą de­kadę. Po­zy­cję cy­to­wali ba­da­cze z za­kresu li­te­ra­tury, a nie­które roz­działy, jak Da­vida Hor­nera na te­mat try­le­matu czy Be­thke-El­sh­tain o końcu czło­wie­czeń­stwa, w spo­sób re­ko­men­du­jący przy­wo­ły­wali wie­lo­krot­nie. Je­ste­śmy bar­dzo wdzięczni wy­daw­nic­twu Li­berty Uni­ver­sity Press, że przy­łą­czyło się do na­szej idei i umoż­li­wiło wy­da­nie dru­gie książki.

Nie są­dzimy, że nowe roz­sze­rzone wy­da­nie wy­pełni róż­no­rodne ist­nie­jące luki w pre­zen­ta­cji Le­wisa jako fi­lo­zofa. Jest to na­dal cząst­kowy wkład do ży­wot­nego wciąż pro­jektu ba­daw­czego. Nie­mniej spe­cjal­nie do­da­li­śmy pięć roz­dzia­łów, z któ­rych każdy na swój spo­sób zna­cząco przy­czy­nia się do peł­niej­szego uka­za­nia fi­lo­zo­ficz­nego ob­razu pi­sa­rza.

Nie jest na­szym ce­lem od­nie­sie­nie do wszyst­kich tra­dy­cyj­nych ob­sza­rów fi­lo­zo­fii i bo­gac­twa roz­wa­żań za­war­tych w pi­smach Le­wisa, ale ra­czej uka­za­nie nie­któ­rych jego my­śli, szcze­gól­nie tych rzu­ca­ją­cych świa­tło na aspekty fi­lo­zo­fii oraz kon­dy­cji ludz­kiej po­mi­jane współ­cze­śnie lub przy­naj­mniej nie­do­sza­co­wane.

Przy­kła­dowo, Bruce Re­ichen­bach na­pi­sał esej epi­ste­mo­lo­giczny, w któ­rym po­ka­zuje, jak Le­wis pod­cho­dził do róż­nych aspek­tów wie­dzy zwy­kle nie­bra­nych pod uwagę. Do tych cech wie­dzy na­leży jej za­leż­ność od przy­ję­tej per­spek­tywy, opar­cie na war­to­ściach i jej oso­bowy cha­rak­ter, co jed­nakże nie musi wią­zać się z od­rzu­ca­niem idei prawdy obiek­tyw­nej czy nie­moż­li­wo­ścią ob­sta­wa­nia przy przy­ję­tych prze­ko­na­niach. Le­wis, jak być może nikt inny, umie­jęt­nie in­te­gro­wał sub­telne aspekty post­mo­der­ni­zmu z tymi, które na­leżą do pre­mo­der­ni­zmu, utrzy­mu­jąc w sy­ner­gicz­nej rów­no­wa­dze kon­cep­cje czę­sto błęd­nie uzna­wane za wza­jem­nie so­bie prze­czące czy za ta­kie, mię­dzy któ­rymi wy­stę­puje nie­usu­walne na­pię­cie.

In­nym przy­kła­dem jest roz­dział au­tor­stwa Willa Ho­ney­cutta, który oma­wia prze­ni­kliwe ana­lizy Le­wisa na te­mat mi­tów po­gań­skich. Za­miast ulec pro­stemu mo­de­lowi „dy­so­cja­cjo­ni­stycz­nemu”, w któ­rym uznaje się je­dy­nie lub głów­nie roz­łącz­ność lub nie­zgod­ność chrze­ści­jań­stwa i mi­to­lo­gii po­gań­skiej, Ho­ney­cutt po­ka­zuje, że Le­wis miał za­równo umysł fi­lo­zofa, jak i po­ety, tak samo lo­gika, jak kla­sy­cy­sty. We­dług Le­wisa rów­nie waż­nymi świa­dec­twami na rzecz chrze­ści­jań­stwa, je­śli nie bar­dziej na­wet istot­nymi od in­nych, są re­zo­nanse i punkty wspólne mi­tów po­gań­skich oraz „praw­dzi­wego mitu” chrze­ści­jań­stwa, a nie tylko róż­nice i braki w ana­lo­gii mię­dzy chrze­ści­jań­stwem a mi­to­lo­gią po­gań­ską.

W pierw­szym wy­da­niu tej książki nie omó­wiono jed­nego z naj­waż­niej­szych i naj­czę­ściej przy­ta­cza­nych apo­lo­ge­tycz­nych ar­gu­men­tów Le­wisa – ar­gu­mentu z Pra­gnie­nia. Uzna­li­śmy, że za­słu­guje on na po­ważne i rze­telne przed­sta­wie­nie. Z tego względu na­pi­sa­nie eseju na ten te­mat po­wie­rzy­li­śmy Slo­anowi Lee, a on z ty­po­wym dla sie­bie za­pa­łem i uro­kiem zwień­czył na­szą książkę dwoma wspa­nia­łymi roz­dzia­łami. Przed­sta­wia w nich szcze­gó­łowo treść ar­gu­mentu oraz le­żącą u jego pod­staw mo­ty­wa­cję, a także do­kład­nie, w ge­nialny spo­sób, pod­daje wy­wa­żo­nej oce­nie kry­tycz­nej nie mniej niż pięć głów­nych za­rzu­tów wo­bec ar­gu­mentu.

Stew Go­etz jest au­to­rem pią­tego z no­wych roz­dzia­łów, w któ­rym oma­wia ele­menty he­do­ni­styczne w tek­stach Le­wisa. Traf­nie wska­zuje na po­wta­rza­jący się u Le­wisa te­mat, mia­no­wi­cie, że Bóg chce, aby­śmy do­świad­czali ra­do­ści i przy­jem­no­ści. Za­miast jed­nak po­pa­da­nia w pro­stacki he­do­nizm Le­wi­sowe ro­zu­mie­nie na­szego wy­so­kiego po­wo­ła­nia w Chry­stu­sie czyni ten ro­dzaj przy­jem­no­ści, który wart jest za­spo­ko­je­nia, bar­dziej wznio­słym. Za­miast za­do­wa­lać się zwy­kłymi przy­jem­no­ściami lub tymi, które nie od­po­wia­dają na­szej naj­głęb­szej na­tu­rze czy osta­tecz­nemu ce­lowi, mu­simy pod­dać się prze­mia­nie cha­rak­teru, wręcz umrzeć dla sa­mych sie­bie, co po­zwoli nam roz­wi­jać smak do wyż­szych i lep­szych przy­jem­no­ści, dla któ­rych zo­sta­li­śmy stwo­rzeni.

Pod­su­mo­wu­jąc, ni­niej­szy tom za­wiera około 35 ty­sięcy cał­ko­wi­cie no­wych słów wy­ra­ża­ją­cych ana­lizy i ko­men­ta­rze na te­mat Le­wisa, co, jak ufamy, w po­łą­cze­niu z ese­jami wcze­śniej opu­bli­ko­wa­nymi w tym zbio­rze sta­nie się książką, która znaj­dzie się na półce każ­dego, kogo fa­scy­nuje po­stać Le­wisa.

W pracy nad obec­nym wy­da­niem, jak i nad wcze­śniej­szymi po­zy­cjami, to­wa­rzy­szyła nam mi­łość, szczera na­dzieja i mo­dli­twa o to, by wy­nik na­szej pracy oka­zał się bło­go­sła­wień­stwem dla wielu.

WPRO­WA­DZE­NIE

JACK JAKO FA­CHOWY FI­LO­ZOF

JERRY L. WALLS

U nie­któ­rych osób pierw­szą re­ak­cją po za­po­zna­niu się z ty­tu­łem tej książki może być prze­błysk: „Cie­kawe, ale C.S. Le­wis tak na­prawdę nie był fi­lo­zo­fem”, i w za­leż­no­ści od tego, co będą mieli na my­śli, mogą mieć ra­cję. Za­wo­dowo Le­wis (1898–1963) był wy­kła­dowcą li­te­ra­tury an­giel­skiej, a jego naj­wyż­szym sta­no­wi­skiem aka­de­mic­kim było ob­ję­cie Ka­te­dry Li­te­ra­tury Śre­dnio­wiecz­nej i Re­ne­san­so­wej w Cam­bridge Uni­ver­sity, które otrzy­mał w roku 1954. Przed wy­jaz­dem do Cam­bridge przez sze­reg lat wy­kła­dał w Oks­for­dzie, uczelni do­brze zna­nej z Wy­działu Fi­lo­zo­ficz­nego, który za­trud­niał wiele osób. Ba­sil Mit­chell, przy­ja­ciel Le­wisa, który stu­dio­wał w Oks­for­dzie i wy­kła­dał tam fi­lo­zo­fię, stwier­dził, że gdyby po­pro­szono go o stwo­rze­nie li­sty fi­lo­zo­fów w Oks­for­dzie, „Le­wis by się na niej nie zna­lazł”[1]. Dla Oks­fordz­kiego świata aka­de­mic­kiego Le­wis był ba­da­czem li­te­ra­tury; bez wąt­pie­nia był naj­bar­dziej uta­len­to­wa­nym człon­kiem Wy­działu Li­te­ra­tury An­giel­skiej, choć ni­gdy nie za­pro­po­no­wano mu ka­te­dry i kilka razy po­mi­nięto go pod­czas przy­zna­wa­nia ta­kich sta­no­wisk.

Ta re­la­cja nie wy­star­czy jed­nak, je­śli chcemy uzy­skać wła­ściwą od­po­wiedź na py­ta­nie, czy Le­wis w rze­czy­wi­sto­ści był fi­lo­zo­fem. Je­śli spy­tamy, z czego jest naj­bar­dziej znany i które z jego ksią­żek były naj­bar­dziej wpły­wowe, przyj­dzie nam na myśl ze­staw ty­tu­łów, które są zde­cy­do­wa­nie fi­lo­zo­ficzne. Bez­piecz­nie można zga­dy­wać, że wiele osób po­pro­szo­nych o wy­mie­nie­nie ty­tu­łów ksią­żek Le­wisa nie po­da­łoby żad­nego ty­tułu jego prac na­uko­wych z li­te­ra­tury an­giel­skiej, za to od razu wska­za­łoby na ta­kie ty­tuły jak Cuda, Pro­blem cier­pie­nia i Ko­niec czło­wie­czeń­stwa. Co wię­cej, jego naj­słyn­niej­sza książka z teo­lo­gii po­pu­lar­nej, Chrze­ści­jań­stwo po pro­stu, rów­nież jest w znacz­nej mie­rze fi­lo­zo­ficzna. Uwi­docz­nia się to, gdy Le­wis pi­sze: „Nie czer­piemy ni­czego z Bi­blii ani z na­ucza­nia Ko­ścio­łów chrze­ści­jań­skich; usi­łu­jemy się prze­ko­nać, ile można się do­wie­dzieć o owym kimś wła­snymi si­łami”[2]. Ten „ktoś” oczy­wi­ście oka­zuje się być Bo­giem, a „wła­sne siły”, któ­rymi po­słu­guje się Le­wis w swo­jej ar­gu­men­ta­cji, to roz­wa­ża­nia, które mają zde­cy­do­wa­nie fi­lo­zo­ficzną na­turę, bo sta­no­wią wa­ria­cję na te­mat kla­sycz­nego ar­gu­mentu z mo­ral­no­ści.

W isto­cie ist­nieje praw­do­po­dobny zwią­zek po­mię­dzy sławą Le­wisa jako fi­lo­zofa a fak­tem, że w Oks­for­dzie nie spo­tkał się z uzna­niem ani awan­sami, na które za­słu­gi­wał. Jego ko­le­dzy z Wy­działu Li­te­ra­tury An­giel­skiej nie do­ce­niali jego po­pu­la­ry­za­tor­skich prac z fi­lo­zo­fii i teo­lo­gii, szcze­gól­nie że ce­lem tych prac była obrona prze­ko­nań, któ­rych oni sami nie po­dzie­lali. W tam­tym cza­sie chrze­ści­jań­stwo nie miało w krę­gach in­te­lek­tu­al­nych zbyt wielu za­go­rza­łych zwo­len­ni­ków, dla­tego to nie ze względu na po­li­tyczną atrak­cyj­ność Le­wis zy­skał sławę i roz­głos jako rzecz­nik chrze­ści­jań­skiej or­to­dok­sji, którą wielu jego ko­le­gów trak­to­wało z po­gardą.

Pełne wy­ja­śnie­nie tego, jak zna­ko­mity znawca li­te­ra­tury osią­gnął mię­dzy­na­ro­dową sławę jako fi­lo­zof po­pu­larny, wy­kra­cza poza za­kres tego wpro­wa­dze­nia, na­leży jed­nak pod­kre­ślić, że jego wy­kształ­ce­nie było klu­czowe dla przy­go­to­wa­nia go do peł­nie­nia tej po­dwój­nej roli. W roku 1922, po zda­niu eg­za­mi­nów z li­te­ra­tury grec­kiej i ła­ciń­skiej, zdał też po­ważny eg­za­min z kul­tury an­tycz­nej, czyli ze zbioru przed­mio­tów, w za­kres któ­rych wcho­dziło stu­dio­wa­nie za­równo fi­lo­zo­fii, jak i hi­sto­rii sta­ro­żyt­nego świata. Rok póź­niej zdał ko­lejny eg­za­min, tym ra­zem z li­te­ra­tury an­giel­skiej, w któ­rej osta­tecz­nie się spe­cja­li­zo­wał. Nie sta­no­wiło za­sko­cze­nia, że na każ­dym z tych eg­za­mi­nów Le­wis otrzy­mał naj­wyż­sze moż­liwe oceny.

Bio­rąc pod uwagę sze­ro­kie wy­kształ­ce­nie Le­wisa, nie za­pusz­czał się on w dzie­dzinę fi­lo­zo­fii jako zu­pełny ama­tor, w prze­ci­wień­stwie do wielu współ­cze­snych po­pu­lar­nych au­to­rów. Wręcz prze­ciw­nie, z wy­róż­nie­niem ukoń­czył kształ­ce­nie w tym za­kre­sie na jed­nym z naj­lep­szych wy­dzia­łów fi­lo­zo­ficz­nych na świe­cie. Tak na­prawdę na tym eta­pie swo­jej ka­riery uznał, że chce zo­stać fi­lo­zo­fem. Pod­czas kursu z kul­tury an­tycz­nej szcze­gól­nie był mu bli­ski tu­tor zaj­mu­jący się fi­lo­zo­fią, Ed­gar Fre­de­ric Car­ritt, od któ­rego wiele się na­uczył. Naj­wy­raź­niej Car­ritt był pod wra­że­niem fi­lo­zo­ficz­nych kom­pe­ten­cji Le­wisa, jako że w roku 1924, gdy wy­je­chał na rok do Ame­ryki, Le­wis zo­stał wy­brany, by prze­jąć jego za­ję­cia. Na­ucza­nie fi­lo­zo­fii było za­tem pierw­szą pracą Le­wisa w Oks­for­dzie. Co in­te­re­su­jące, te­ma­tem jego wy­kła­dów w ciągu roku było za­gad­nie­nie do­bra mo­ral­nego, do któ­rego czę­sto wra­cał póź­niej w swo­ich po­pu­lar­nych tek­stach fi­lo­zo­ficz­nych.

Do­piero gdy Le­wis otrzy­mał sta­no­wi­sko w Mag­da­len Col­lege, na Uni­wer­sy­te­cie Oks­fordz­kim, w roku 1925 – było to jego pierw­sze stałe za­trud­nie­nie – na trwałe ob­rał kie­ru­nek swo­jej ka­riery jako li­te­ra­tu­ro­znawcy. Ale na­wet wtedy po­wo­dem, dla któ­rego Le­wis otrzy­mał to sta­no­wi­sko, był fakt, że Mag­da­len Col­lege szu­kało osoby, która mo­głaby uczyć za­równo fi­lo­zo­fii, jak i li­te­ra­tury an­giel­skiej, a Le­wis przez kilka pierw­szych lat pro­wa­dził tam nie­kiedy za­ję­cia z fi­lo­zo­fii dla stu­den­tów. Gdy stało się ja­sne, że skupi się na li­te­ra­tu­rze an­giel­skiej, sto­su­nek Le­wisa do tej sprawy był am­bi­wa­lentny; po­strze­gał ten ruch jako „zej­ście” z wy­żyn re­flek­sji fi­lo­zo­ficz­nej[3].

Kom­pe­ten­cje fi­lo­zo­ficzne były klu­czowe także dla in­nej z ról peł­nio­nych przez niego w tym cza­sie w Oks­for­dzie. W roku 1941 Stella Al­dwin­kle ufun­do­wała Oks­fordzki Klub So­kra­tej­ski jako fo­rum, na któ­rym chrze­ści­ja­nie i nie­chrze­ści­ja­nie mo­gli dys­ku­to­wać na te­mat tego, co ich różni. Pod­czas po­szu­ki­wań prze­wod­ni­czą­cego zde­cy­do­wała się na Le­wisa, a on chęt­nie za­ak­cep­to­wał to sta­no­wi­sko i pia­sto­wał je do roku 1954, kiedy to prze­niósł się do Cam­bridge. Choć ten aspekt ka­riery Le­wisa nie jest zbyt do­brze znany, miał klu­czowe zna­cze­nie dla ca­ło­ści jego apo­lo­ge­tycz­nej mi­sji. Funk­cjo­no­wa­nie Klubu So­kra­tej­skiego w ra­mach słyn­nego na cały świat uni­wer­sy­tetu sta­no­wiło wy­raz prze­ko­na­nia Le­wisa, że prawda chrze­ści­jań­stwa jest w sta­nie spro­stać kry­tycz­nej ana­li­zie. W isto­cie, jak prze­ko­nuje Chri­sto­pher Mit­chell, obok pu­bli­ko­wa­nia „żadna inna ak­tyw­ność, w którą Le­wis się an­ga­żo­wał, nie była bar­dziej ko­rzystna i nie miała szer­szego za­sięgu, je­śli cho­dzi o od­dzia­ły­wa­nie na chrze­ści­jań­stwo, niż jego dzia­łal­ność w Klu­bie So­kra­tej­skim”[4].

Dla na­szych roz­wa­żań szcze­gól­nie istotny jest fakt, że wielu mów­ców wy­stę­pu­ją­cych na spo­tka­niach Klubu było pro­mi­nent­nymi fi­lo­zo­fami, włącz­nie z uzna­nymi ate­istami. Od Le­wisa jako prze­wod­ni­czą­cego ocze­ki­wano za­zwy­czaj sfor­mu­ło­wa­nia od­po­wie­dzi na wy­stą­pie­nie głów­nego mówcy, i to wła­śnie ze względu na tę rolę zy­skał opi­nię groź­nego prze­ciw­nika. Fakt, że po­tra­fił oko w oko zmie­rzyć się z czo­ło­wymi fi­lo­zo­fami w pu­blicz­nej de­ba­cie, jest ko­lej­nym waż­nym wskaź­ni­kiem jego wro­dzo­nego ta­lentu fi­lo­zo­ficz­nego, jak i jego kom­pe­ten­cji. Wiele osób przy­cho­dziło na spo­tka­nia Klubu z prze­ko­na­niem, że Le­wis okaże się zwy­cięzcą i chcieli zo­ba­czyć go w ak­cji. Au­stin Far­rar, uznany teo­log fi­lo­zo­ficzny, daje temu wy­raz, gdy opi­suje swoje nie­po­koje, kiedy miał bro­nić chrze­ści­jań­stwa pod­czas spo­tkań Klubu: „Sze­dłem pe­łen stra­chu i drże­nia, pewny, że mnie na czymś zła­pią w dys­ku­sji i po­niosę po­rażkę. Ale był Le­wis koń­czący nie­unik­nioną bi­twę i wy­krzy­ku­jący: »Aha!« jak od­głos trąbki. Moje obawy ode­szły. Ja­kich­kol­wiek gaf bym nie po­peł­nił, on wy­bro­niłby sprawy i nikt nie był sta­nie go po­ko­nać”[5].

Jak na iro­nię, naj­słyn­niej­szą de­batą w Klu­bie So­kra­tej­skim była ta, którą wielu uważa za prze­graną przez Le­wisa. W roku 1948, krótko po pu­bli­ka­cji Cu­dów, Eli­za­beth An­scombe, młoda fi­lo­zof rzym­sko­ka­to­licka, która wów­czas miała tylko 29 lat, przed­sta­wiła re­fe­rat kry­ty­ku­jący główne ar­gu­menty za­warte w tej książce. Wy­wią­zała się oży­wiona dys­ku­sja, pod­czas któ­rej An­scombe wy­gło­siła pewne uwagi, czy­wi­ście celne, z po­wodu któ­rych Le­wis zna­cząco zmie­nił od­po­wiedni roz­dział w na­stęp­nym wy­da­niu swo­jej książki. Przy­ja­ciele i bio­gra­fo­wie Le­wisa pre­zen­tują różne opisy tej de­baty oraz jej na­stęp­stwa, ale nie­któ­rzy twier­dzą, że Le­wis zo­stał po­ko­nany i czuł się zdru­zgo­tany. An­drew Nor­man Wil­son stwier­dził na­wet, że Le­wis zo­stał tak po­ni­żony, iż po­rzu­cił bez­po­śred­nie zaj­mo­wa­nie się apo­lo­ge­tyką i prze­rzu­cił się na pi­sa­nie ksią­żek dla dzieci[6]. Krótko po tym wy­da­rze­niu Le­wis roz­po­czął pracę nad słynną se­rią ksią­żek dla dzieci pt. Opo­wie­ści z Na­rnii.

Choć teza Wil­sona jest wąt­pliwa, to jed­nak ta słynna de­bata jest do­brym wskaź­ni­kiem tezy, że Le­wis był fi­lo­zo­fem. Z jed­nej strony uka­zała ona jego ogra­ni­cze­nia – nie na­dą­żał za tą dys­cy­pliną na­ukową ani nie był w sta­nie ade­kwat­nie za­an­ga­żo­wać się w dys­ku­sję nad pro­ble­mami, które zdo­mi­no­wały ów­cze­sną fi­lo­zo­fię w Oks­for­dzie i Cam­bridge. Nie ma w tym nic za­ska­ku­ją­cego, skoro po­nad dwie de­kady wcze­śniej swoją uwagę oraz ener­gię skie­ro­wał w stronę li­te­ra­tury an­giel­skiej. Ale z dru­giej strony, ar­gu­men­ta­cja wy­ło­żona w Cu­dach jest pro­wo­ku­jąca, sta­nowi bo­wiem po­ważne wy­zwa­nie dla na­tu­ra­li­zmu, a jej po­pra­wiona wer­sja wciąż ma zna­czącą siłę, co przy­znała sama An­scombe[7]. W rze­czy sa­mej warto od­no­to­wać, że ar­gu­ment Le­wisa jest ude­rza­jąco po­dobny do moc­nych ar­gu­men­tów przed­sta­wio­nych prze­ciwko na­tu­ra­li­zmowi przez Alvina Plan­tingę, jed­nego z czo­ło­wych chrze­ści­jań­skich fi­lo­zo­fów świa­to­wej sławy.

Warto także za­uwa­żyć, że prace fi­lo­zo­ficzne Le­wisa wy­peł­niły lukę, jaka po­wstała na sku­tek braku za­wo­do­wych fi­lo­zo­fów bro­nią­cych wiary chrze­ści­jań­skiej. O ile w ciągu ostat­nich de­kad mamy do czy­nie­nia z wy­raź­nym od­ro­dze­niem chrze­ści­jań­skiej i te­istycz­nej fi­lo­zo­fii, to Le­wis two­rzył w zde­cy­do­wa­nie bar­dziej wro­gim oto­cze­niu. Wskaź­ni­kiem nie­do­statku chrze­ści­jań­skich gło­sów wśród za­wo­do­wych fi­lo­zo­fów, jak i wy­peł­nia­niu tego braku przez Le­wisa, jest fakt, że te prze­zna­czone dla sze­ro­kiego grona tek­sty czy­tane były przez za­wo­do­wych fi­lo­zo­fów po­szu­ku­ją­cych chrze­ści­jań­skich part­ne­rów do dia­logu. Przy­kła­dowo, w sta­no­wią­cej klu­czową po­zy­cję książce New Es­says in Phi­lo­so­phi­cal The­ology, opu­bli­ko­wa­nej w roku 1955, An­tony Flew za je­den z ce­lów swo­jego ataku wy­brał Le­wisa.

Tom, który trzy­ma­cie w rę­kach, sta­nowi mocne świa­dec­two na to, że dzie­dzic­two fi­lo­zo­ficzne Le­wisa ma do­nio­sły cha­rak­ter i trwałe zna­cze­nie. Opu­bli­ko­wane tu eseje po­ka­zują, że Le­wis miał do po­wie­dze­nia cie­kawe rze­czy na różne fi­lo­zo­ficzne te­maty i że jego tek­sty za­wie­rają wy­róż­nia­jące się i prze­ni­kliwe uję­cia fun­da­men­tal­nych za­gad­nień do­ty­czą­cych od­wiecz­nych pro­ble­mów.

Wcze­śniej­sze wer­sje więk­szo­ści z tych ese­jów zo­stały przed­sta­wione pod­czas wy­da­rze­nia o na­zwie C.S. Le­wis Sum­mer In­sti­tute Oxbridge 2005. Było to szó­ste spo­tka­nie w ra­mach od­by­wa­ją­cych się co trzy lata zjaz­dów, spon­so­ro­wane przez C.S. Le­wis Fo­un­da­tion i or­ga­ni­zo­wane w kam­pu­sach uni­wer­sy­te­tów w Oks­for­dzie i Cam­bridge. Te­mat Oxbridge 2005 brzmiał Czy­nie­nie wszyst­kiego no­wym. Do­bro, Prawda i Piękno w XXI w. Pod­czas tego wy­da­rze­nia Sum­mer In­sti­tute za­ini­cjo­wał sym­po­zjum fi­lo­zo­ficzne i wów­czas wy­gło­szono nie­które z pre­zen­to­wa­nych w tej książce wy­stą­pień. Część z nich po­ja­wiła się na in­nych se­sjach, włącz­nie z dwoma głów­nymi prze­mó­wie­niami.

Kon­cep­cja wiel­kiej kla­sycz­nej triady: Prawdy, Piękna i Do­bra sta­nowi szcze­gól­nie ade­kwatną ramę ro­bo­czą dla pod­ję­cia te­matu Le­wisa i fi­lo­zo­fii. Te wspa­niałe ide­ały sta­no­wią ośro­dek nie tylko kla­sycz­nej fi­lo­zo­fii, tra­dy­cji, z którą Le­wis za­po­znał się jako stu­dent pod­czas za­jęć z fi­lo­zo­fii w Oks­for­dzie, lecz mają także klu­czowe zna­cze­nie dla przy­ję­tej przez niego chrze­ści­jań­skiej wi­zji rze­czy­wi­sto­ści. Przed swoim na­wró­ce­niem Le­wis szu­kał prawdy, był ocza­ro­wany pięk­nem i dą­żył do do­bra, ale trudno było mu zna­leźć spo­sób na to, by te wszyst­kie cele re­ali­zo­wać jed­no­cze­śnie. W czę­sto cy­to­wa­nym frag­men­cie opi­su­ją­cym stan swo­jego umy­słu przed na­wró­ce­niem Le­wis pi­sał: „Mój umysł skła­dał się z dwóch prze­ciw­staw­nych czę­ści: z jed­nej strony roz­cią­gało się usiane wy­sep­kami mo­rze po­ezji i mitu, z dru­giej – płytki i gładki »ra­cjo­na­lizm«. Pra­wie wszystko, co ko­cha­łem, uwa­ża­łem za wy­twór wy­obraźni; pra­wie wszystko, co uwa­ża­łem za rze­czy­wi­ste, było po­nure i po­zba­wione sensu”[8]. Frag­ment ten wy­raża roz­pacz­liwy po­gląd, że prawda nie jest piękna i że piękno nie jest praw­dziwe.

Kilka li­ni­jek da­lej, pre­zen­tu­jąc swój spo­sób my­śle­nia w tam­tym okre­sie, Le­wis pi­sze o tym, jak świat przy­rody ja­wił się jego zmy­słom:

Bez końca za­da­wa­łem so­bie py­ta­nie: Jak to moż­liwe, by była tak piękna, a za­ra­zem tak okrutna, mar­no­trawna i bez­ce­lowa? Mógł­bym wów­czas nie­mal po­wtó­rzyć za San­tay­aną: „Wszystko, co do­bre, jest wy­my­ślone; wszystko, co rze­czy­wi­ste, jest złe”. W pew­nym sen­sie trudno so­bie wy­obra­zić coś mniej za­słu­gu­ją­cego na miano „ucieczki od rze­czy­wi­sto­ści”. By­łem tak da­leki od bu­ja­nia w ob­ło­kach, że z tru­dem wie­rzy­łem w praw­dzi­wość zja­wisk nie­sprze­ci­wia­ją­cych się moim pra­gnie­niom[9].

I znów mamy do czy­nie­nia z roz­dzie­le­niem Prawdy, Piękna i Do­bra. Le­wis oba­wia się, że Do­bro jest czymś na­le­żą­cym tylko do sfery wy­obraźni, a przez to nie jest praw­dziwe. Tam, gdzie bez wąt­pie­nia prze­bywa Piękno, Do­bro jest nie­obecne.

W tym okre­sie swo­jego ży­cia Le­wis wy­da­wał się od­dany po­dą­ża­niu za Prawdą, na­wet je­śli mia­łoby to ozna­czać po­rzu­ce­nie rze­czy­wi­sto­ści Do­bra i Piękna. W isto­cie okres, w któ­rym sku­piony był głów­nie na tym, by zo­stać fi­lo­zo­fem, był cza­sem, w któ­rym uwa­żał, że uczciwe dą­że­nie do Prawdy bę­dzie wią­zać się z po­świę­ce­niem tego, co ce­nił naj­bar­dziej. Jak po­ka­zuje Alan Ja­cobs, w tym okre­sie wy­obraź­nia Le­wisa umarła. Ja­cobs do­sad­nie stwier­dza, że „Jack prze­szedł długą drogę, by stać się czło­wie­kiem, który wcale nie czy­tałby ksią­żek ta­kich jak hi­sto­rie o świe­cie Na­rnii, nie mó­wiąc już o ich pi­sa­niu”[10].

Jak do­brze wia­domo, to wła­śnie na­wró­ce­nie na chrze­ści­jań­stwo po­zwo­liło Jac­kowi po­łą­czyć te dwie pół­kule swo­jego mó­zgu. To w chrze­ści­jań­stwie od­krył praw­dziwy mit, piękną opo­wieść, która prze­ma­wia nie tylko do na­szej wy­obraźni i tę­sk­noty za do­brem i sen­sem, ale jest także za­ko­rze­niona w hi­sto­rii. Mó­wiąc krótko, chrze­ści­jań­stwo było spo­so­bem na po­łą­cze­nie Prawdy, Do­bra i Piękna.

Jego na­wró­ce­nie otwo­rzyło także drzwi do o wiele więk­szego i bar­dziej eks­cy­tu­ją­cego świata, który można po­zna­wać na dro­dze re­flek­sji fi­lo­zo­ficz­nej oraz do­świad­cza­nia. Te­raz ro­zum po­zwo­lił mu po­rzu­cić ogra­ni­cze­nia ra­cjo­na­li­zmu i skie­ro­wać się ku rze­czy­wi­sto­ści, któ­rej sam ro­zum nie jest w sta­nie uchwy­cić. Ro­zum rów­nież po­zwo­lił mu do­strzec, że naj­lep­szym wy­ja­śnie­niem faktu, iż w ogóle mo­żemy ro­zu­mo­wać, jest Naj­wyż­szy Ro­zum. Dzięki temu po­jął, że naj­wyż­sze do­bro w for­mie obiek­tyw­nej mo­ral­no­ści jest przy­naj­mniej tak samo re­alne jak świat przy­rod­ni­czy, który jest piękny, ale znie­kształ­cony przez okru­cień­stwo i mar­no­traw­stwo. A je­śli obiek­tywne do­bro ist­nieje, to musi ist­nieć roz­wią­za­nie pro­blemu zła.

Je­śli jest prawdą, że Opo­wie­ści z Na­rnii sta­no­wiły punkt zwrotny w li­te­rac­kiej ka­rie­rze Le­wisa i że po­przez li­te­ra­turę fan­ta­styczną mógł on wy­ra­zić rze­czy, któ­rych nie byłby w sta­nie przed­sta­wić za po­mocą ar­gu­men­ta­cji fi­lo­zo­ficz­nej, to nie na­leży prze­sa­dzać z prze­ce­nia­niem na­tury tej zmiany. Nie ulega wąt­pli­wo­ści, że te opo­wie­ści nada­wały się do przed­sta­wie­nia piękna prawdy w spo­sób, w jaki nie można by tego wy­ra­zić po­przez naj­bar­dziej ele­ganc­kie stwier­dze­nie. Ale je­śli mamy wła­ści­wie oce­nić to, na ile Le­wis był fi­lo­zo­fem, to mu­simy mieć za­wsze w pa­mięci, że ten sam czło­wiek, który na­pi­sał te cza­ru­jące opo­wie­ści, wy­ra­ził też ele­ganc­kie twier­dze­nia, na któ­rych opie­rały się prze­ko­nu­jące ar­gu­menty. W prze­ciw­nym wy­padku bę­dziemy roz­dzie­lać jed­ność, jaką sta­nowi ca­łość zło­żona z Prawdy, Piękna i Do­bra, które Le­wis łą­czył ze sobą.

Po­niż­sze eseje ce­le­brują Le­wisa jako fi­lo­zofa i trak­tują go z pełną po­wagą jako my­śli­ciela, który może nas wiele na­uczyć na te­mat wspo­mnia­nych trzech ide­ałów. Ufamy, że nie tylko od­da­dzą one ho­nor jego fi­lo­zo­ficz­nemu dzie­dzic­twu, ale także umoż­li­wią nam w obec­nej do­bie uka­zać moc i chwałę Prawdy, Piękna i Do­bra oraz wspa­nia­łość Tego, w któ­rym są one do­sko­nale zjed­no­czone.

CZĘŚĆ 1

PRAWDA

ROZ­DZIAŁ 1

LE­WISA FI­LO­ZO­FIA PRAWDY, DO­BRA I PIĘKNA

PE­TER KRE­EFT

TRZY TRANS­CEN­DEN­TA­LIA

Ist­nieją trzy rze­czy, które ni­gdy nie umrą: prawda, do­bro i piękno. Wszy­scy po­trze­bu­jemy tych trzech rze­czy, po­trze­bu­jemy ich ab­so­lut­nie, i wiemy, że ich po­trze­bu­jemy i że ab­so­lut­nie ich po­trze­bu­jemy. Na­sze umy­sły chcą nie tylko ja­kiejś prawdy i ja­kie­goś fał­szu, ale cał­ko­wi­tej prawdy, bez gra­nic. Na­sza wola pra­gnie nie tylko nieco do­bra i nieco zła, ale do­bra bez gra­nic. Na­sze pra­gnie­nia, wy­obraź­nia, uczu­cia i serca nie chcą je­dy­nie tro­chę piękna i tro­chę brzy­doty, ale piękna bez gra­nic.

Z tego względu są to trzy rze­czy, które ni­gdy nam się nie nu­dzą, i ni­gdy się nie znu­dzą, przez całą wiecz­ność, po­nie­waż są one trzema atry­bu­tami Boga, a przez to także ca­łego Bo­skiego stwo­rze­nia; są to trzy trans­cen­den­ta­lia lub ina­czej mó­wiąc, ab­so­lut­nie po­wszechne wła­sno­ści rze­czy­wi­sto­ści. Wszystko, co ist­nieje, jest praw­dziwe – jest wła­ści­wym przed­mio­tem po­zna­nia dla umy­słu. Wszystko, co ist­nieje, jest do­bre – jest wła­ści­wym przed­mio­tem woli. Wszystko, co ist­nieje, jest piękne – jest wła­ści­wym przed­mio­tem dla serca lub uczuć, pra­gnień, wraż­li­wo­ści czy wy­obraźni. (Ten trzeci ob­szar jest dużo trud­niej­szy do zde­fi­nio­wa­nia niż pierw­szy i drugi).

Do tych trzech rze­czy dąży także każda kul­tura, bo kul­turę two­rzy czło­wiek, za­nim kul­tura stwo­rzy czło­wieka. Nie­które kul­tury jed­nak, po­dob­nie jak nie­które jed­nostki, spe­cja­li­zują się w jed­nym z tej trójki trans­cen­den­ta­liów. W Orien­cie In­die spe­cja­li­zują się w umi­ło­wa­niu prawdy – mi­stycz­nej i me­ta­fi­zycz­nej; Chiny spe­cja­li­zują się w umi­ło­wa­niu do­bra, prak­tycz­nego wy­miaru tego, co mia­łoby być do­bre dla czło­wieka, czy to w wy­da­niu kon­fu­cja­ni­stycz­nym, tao­istycz­nym czy ko­mu­ni­stycz­nym; a Ja­po­nia spe­cja­li­zuje się w umi­ło­wa­niu piękna, szcze­gól­nie piękna sztuki. W epoce no­wo­cze­snej na Za­cho­dzie kul­tura nie­miecka, w prze­ci­wień­stwie do nie­miec­kiej po­li­tyki, spe­cja­li­zuje się w praw­dzie, szcze­gól­nie w praw­dzie fi­lo­zo­ficz­nej i na­uko­wej; kul­tura ame­ry­kań­ska – w prak­tycz­nym wy­mia­rze tego, co mia­łoby być do­bre dla czło­wieka, a kul­tura an­giel­ska – w pięk­nie. Małe wy­spy, ta­kie jak Ja­po­nia i An­glia, wy­dają się szcze­gól­nie mi­ło­wać piękno, co przy­pusz­czal­nie ma miej­sce ze względu na ota­cza­jące je mo­rze oraz na do­świad­cze­nie gra­nic.

Te trzy atry­buty swo­jej na­tury Bóg ob­ja­wił ca­łej ludz­ko­ści: prawdę – szcze­gól­nie po­przez fi­lo­zo­fów, do­bro – głów­nie za sprawą pro­ro­ków i mo­ra­li­stów i piękno – po­przez po­etów, ar­ty­stów, mu­zy­ków i twór­ców mi­tów. Wy­brał na­ród ży­dow­ski, szcze­gól­nie Moj­że­sza i pro­ro­ków, by ob­ja­wiali nie­za­wodne prawo do­bra. Nie­mniej wielu Oj­ców Ko­ścioła po­strze­gało grec­kich fi­lo­zo­fów jako omyl­nych, ale rów­nież jako in­spi­ro­wa­nych przez Boga po­szu­ki­wa­czy prawdy, Słowa, Lo­gosu, który wcie­lił się w oso­bie Chry­stusa i speł­nił me­sja­ni­styczne na­dzieje Gre­ków i Ży­dów.

Sche­mat ten do­peł­niło dwóch naj­więk­szych au­to­rów i my­śli­cieli XX wieku po­strze­ga­ją­cych sta­ro­żytną mi­to­lo­gię po­gań­ską w ten sam me­sja­ni­styczny spo­sób w mniej przej­rzy­stym ob­sza­rze ludz­kiego serca, które jest wraż­liwe na piękno; byli to Gil­bert K. Che­ster­ton w Wie­ku­istym czło­wieku oraz Clive Sta­ples Le­wis w eseju Mit stał się fak­tem, a także w po­wie­ściach Do­póki mamy twa­rze i Pe­re­lan­dra. Le­wis na­zywa po­gań­skie mity „pro­mie­niami nie­biań­skiej mocy i piękna, pa­da­ją­cymi na dżun­glę nie­czy­sto­ści i otę­pia­ją­cej głu­poty”, po­nie­waż opie­rają się „na pod­sta­wach bar­dziej re­al­nych, niż mo­żemy ma­rzyć, choć jest rów­nież prawdą, że od tych pod­staw dzieli ją nie­skoń­czona od­le­głość”[1].

Bóg prze­ja­wia się w każ­dej z tych trzech ty­powo ludz­kich i po­nadzwie­rzę­cych władz du­szy sta­no­wią­cych trzy aspekty ob­razu Boga w nas – w umy­śle, który po­znaje i ro­zu­mie do­bro, w woli, która wy­biera i dąży do jego re­ali­za­cji, i w uczu­ciach, któ­rymi je ko­chamy i do­ce­niamy. Ta trój­czło­nowa struk­tura du­szy jest też po­wo­dem, dla któ­rego tak znaczna grupa wiel­kich kla­sy­ków na­szej li­te­ra­tury pre­zen­tuje w swych dzie­łach trzech bo­ha­te­rów od­po­wia­da­ją­cych trzem psy­cho­lo­gicz­nym zdol­no­ściom i funk­cjom spo­łecz­nym: pro­roka, króla i du­chow­nego. Przy­kła­dowo, Gan­dalf, Ara­gorn i Frodo; Iwan, Dy­mitr i Alo­sza Ka­ra­ma­zow; Spock, Ka­pi­tan Kirk i Bo­nes McCoy. Mamy z taką struk­turą do czy­nie­nia nie tylko w przy­padku po­staci wy­my­ślo­nych. W we­wnętrz­nym kręgu Chry­stusa znaj­du­jemy Jana jako fi­lo­zo­ficz­nego mi­styka, Pio­tra jako skałę, przy­wódcę i Ja­kuba – prak­tycz­nego psy­cho­loga. Ko­smiczny sta­tek Du­szy, po­dob­nie jak En­ter­prise, po­trze­buje ofi­cera na­uko­wego, ka­pi­tana i le­ka­rza. Na każ­dym statku za­łoga wie, do­kąd zmie­rza, ma wolę dzia­ła­nia i zna roz­kazy, aby się udać w wy­zna­czone miej­sce, a praca że­gla­rzy po­zwala do­trzeć do celu. Po­dob­nie Ary­sto­te­les dzie­lił całą wie­dzę ludzką na teo­re­tyczną, prak­tyczną i wy­twór­czą. W uję­ciu Pla­tona na to, czym je­ste­śmy, składa się ro­zum, „część du­chowa” oraz po­żą­da­nia zmy­słowe. Taka jest psy­cho­lo­giczna pod­stawa dla Pla­toń­skiego na­tu­ral­nego po­działu spo­łe­czeń­stwa na fi­lo­zo­fów, wo­jow­ni­ków i wy­twór­ców. We­dług Freuda skła­damy się z su­per­ego, ego oraz id. Je­ste­śmy głową, rę­koma i ser­cem. Je­ste­śmy wraż­liwi na prawdę, do­bro i piękno.

Je­ste­śmy tacy, po­nie­waż je­ste­śmy ob­ra­zem Boga. Każdy z nas jest po­je­dyn­czą osobą wy­po­sa­żoną w trzy wła­dze. Bóg jest jed­nym Bo­giem, ale w trzech róż­nych Oso­bach. Syn – Lo­gos jest umy­słem Ojca i wy­ko­nuje Jego do­brą wolę wy­ra­ża­jącą się w od­ku­pie­niu świata. Duch to po­eta, który jest kom­po­zy­to­rem i cho­re­ogra­fem ope­ro­wej mi­ło­ści mię­dzy Oj­cem i Sy­nem; w Nich Obu stwa­rza i od­ku­puje, bę­dąc w ten spo­sób Uświę­ca­ją­cym, On czyni świę­tymi, a święty to naj­pięk­niej­sza osoba na świe­cie. Tak jak Duch po­cho­dzi od Ojca i Syna, tak dzieci po­cho­dzą od męża i żony. Świę­tość ro­dziny na Ziemi jest ma­ni­fe­sta­cją świę­tej try­ni­tar­nej ro­dziny w Nie­bie, acz­kol­wiek w spo­sób nie­do­sko­nały, za­ciem­niony, jakby przez ciemną szybę. Po­dob­nie jak Syn, który choć jest równy we wszyst­kim Ojcu, do­bro­wol­nie i z mi­ło­ścią pod­daje się woli Ojca, tak też ko­cha­jąca żona z mi­ło­ścią pod­po­rząd­ko­wuje się umi­ło­wa­niu do­brej woli, która kie­ruje jej mę­żem, choć jest mu równa we wszyst­kim. Bo to nie jest po­li­tyka, ale mu­zyka; nie rów­ność, ale har­mo­nia, nie spra­wie­dli­wość, ale mi­łość.

Po­rzą­dek pa­nu­jący w trójce trans­cen­den­ta­liów prawdy, do­bra i piękna jest ugrun­to­wany on­to­lo­gicz­nie. Prawda jest de­fi­nio­wana przez Byt, jako że jest ona od­bla­skiem Bytu, ob­ja­wie­niem Bytu, sło­wem Bytu. Prawda nie jest wy­zna­czana przez świa­do­mość, która do­pa­so­wuje się do Bytu po­przez po­zna­nie go. Do­bro jest de­fi­nio­wane przez prawdę, a nie wolę, która jest do­bra tylko wtedy, gdy pod­po­rząd­ko­wuje się praw­dzie Bytu. A piękno jest de­fi­nio­wane przez do­bro, obiek­tyw­nie ist­nie­jące re­alne do­bro, a nie przez su­biek­tywne pra­gnie­nie, przy­jem­ność, uczu­cie czy wy­obraź­nię, które po­winny być mu pod­dane.

Po­rzą­dek psy­cho­lo­giczny jest jed­nak od­wrotny wzglę­dem on­to­lo­gicz­nego. Jako że naj­pierw po­zna­jemy Byt po­przez do­zna­nie zmy­słowe, to ku do­bru po­ciąga nas naj­pierw jego piękno, do prawdy po­ciąga nas jej do­bro, a ku By­towi po­ciąga nas jego prawda. Ale on­to­lo­gicz­nie prawda jest za­leżna od Bytu, do­bro – od prawdy, a piękno – od do­bra. Prawda jest po­zna­niem Bytu. Do­brem jest to, co jest praw­dzi­wym do­brem. A naj­pięk­niej­szą rze­czą na świe­cie jest do­sko­nałe do­bro. Dla­tego wła­śnie naj­pięk­niej­szy film na świe­cie wy­pro­du­ko­wany do tej pory jest także naj­bar­dziej krwa­wym, a jest nim Pa­sja.

We­dług To­ma­sza z Akwinu pięk­nem jest „to, czego po­strze­ga­nie spra­wia przy­jem­ność”. Choć piękno wy­wo­dzi się z prawdy i do­bra, to ma naj­sil­niej­szą wła­dzę na na­szymi du­szami. Dla­tego wła­śnie naj­wię­cej uza­leż­nień wy­wo­dzi się od cze­goś, co wy­daje się piękne, czy to w przy­padku pier­ście­nia Gol­luma, fał­szy­wego „Skarbu”, czy odu­rze­nia al­ko­ho­lo­wego lub nar­ko­tycz­nego, które są fał­szy­wymi do­świad­cze­niami mi­stycz­nymi, czy fał­szy­wej mi­ło­ści, mał­pu­ją­cej mi­łość mał­żeń­ską, w któ­rej jed­nak brak wła­ści­wej dla niej praw­dzi­wo­ści. I dla­tego je­dyne sku­teczne le­kar­stwo na uza­leż­nie­nie musi brać się z tego, co bę­dzie spra­wiało wra­że­nie cze­goś pięk­niej­szego niż to, od czego jest się uza­leż­nio­nym. Jak mówi To­masz z Akwinu, je­dyną rze­czą na tyle silną, by prze­móc dia­bel­ską na­mięt­ność jest sil­niej­sza na­mięt­ność skie­ro­wana ku do­bru. Sil­nym le­kar­stwem na al­ko­ho­lizm jest piękno trzeź­wego świę­tego, któ­rym al­ko­ho­lik pra­gnie się stać. Nie­wła­ściwą mi­łość do pięk­nego ciała może prze­móc piękno krwa­wią­cej mi­ło­ści Chry­stusa.

Au­gu­styn w So­li­lo­kwiach przed­sta­wia scenę, w któ­rej Bóg pyta go: „Co chcesz po­znać?”. I Au­gu­styn od­po­wiada: „Tylko dwie rze­czy: Cie­bie i sie­bie”[2]. To nie jest mało, ale bar­dzo dużo. Jaźń czy ina­czej osoba za­wiera w so­bie te wszyst­kie trzy rze­czy, któ­rych nie­skoń­cze­nie pra­gniemy: prawdę, do­bro i piękno. Jest więc sześć rze­czy, które chcemy po­znać, po­zna­jąc te dwie osoby, ale ta szóstka jest w rze­czy­wi­sto­ści trójką, jako że ta trójka w nas jest od­bi­ciem trzech rze­czy obec­nych w Bogu.

C.S. LE­WIS A PRAWDA, DO­BRO I PIĘKNO

Jak wielu pi­sa­rzy może nam po­wie­dzieć wię­cej niż Le­wis o tej tria­dzie, je­dy­nej, jaką po­trze­bu­jemy znać? Nie­zbyt wielu. Ża­den inny nie ma tylu strzał w swoim koł­cza­nie co on. Czy mo­że­cie wska­zać ko­goś, kto wy­róż­nia się we wszyst­kich tych trzech ob­sza­rach, kto jest bar­dziej in­te­li­gentny i prze­ka­zuje wię­cej prawdy oraz jest bar­dziej święty i prze­ja­wia wię­cej do­bra, i jest bar­dziej twór­czy, i pi­sze pięk­niej, i po­bu­dza u swo­ich czy­tel­ni­ków wię­cej głę­bo­kich uczuć? Nie wiem o ni­kim ta­kim od cza­sów Au­gu­styna. Może Kier­ke­ga­ard.

Gdy za­czą­łem pod­su­mo­wy­wać oraz po­rząd­ko­wać kwe­stię prze­ja­wia­nia się Le­wi­so­wej mą­dro­ści w sto­sunku do każ­dego z tych trzech trans­cen­den­ta­liów, od­kry­łem, że każde z nich rzą­dzi się tym sa­mym po­rząd­kiem. Od­no­śnie do wszyst­kich Le­wis uka­zuje sie­dem ele­men­tów: po pierw­sze, ich lo­gikę; po dru­gie, ich me­ta­fi­zykę, ich obiek­tywną re­al­ność; po trze­cie, ich teo­lo­gię, ich Bo­skie po­cho­dze­nie; po czwarte, ich epi­ste­mo­lo­gię, to, jak je po­zna­jemy; po piąte, ich psy­cho­lo­giczną prak­tycz­ność; po szó­ste, aspekt ak­sjo­lo­giczny, upo­rząd­ko­wany zwią­zek mię­dzy tymi war­to­ściami; a po siódme, zwią­zaną z nimi mi­styczną escha­to­lo­gię, ich speł­nie­nie się w Nie­bie.

LO­GIKA

Po pierw­sze, lo­gika: Le­wi­sowe de­fi­ni­cje prawdy, do­bra i piękna. Le­wis de­fi­niuje prawdę tak jak Ary­sto­te­les oraz zdrowy roz­są­dek, to jest jako zgod­ność z rze­czy­wi­sto­ścią. W eseju Mit stał się fak­tem stwier­dził: „prawda jest za­wsze o czymś, a rze­czy­wi­stość jest tym, o czym jest prawda”[3]. To ro­zu­mie­nie jest od­rzu­cane przez de­kon­struk­cjo­nizm. (Wszystko jest od­rzu­cane przez de­kon­struk­cjo­nizm!). Jed­nakże wszy­scy wiemy, czym jest prawda, na­wet je­śli nie zga­dzamy się co do tego, które kon­cep­cje są praw­dziwe. „Czym jest prawda?” – to w rze­czy­wi­sto­ści naj­prost­sze ze wszyst­kich py­tań fi­lo­zo­ficz­nych. Pi­łat to im­be­cyl; a może był de­kon­struk­cjo­ni­stą.

Wiemy też, czym jest do­bro. Wiemy, na czym po­lega do­bro do­bra i zło zła. Nie je­ste­śmy w sta­nie tego nie wie­dzieć. A na­wet z na­tury, a nie tylko z Bo­skiego ob­ja­wie­nia, wiemy nieco na te­mat Bo­skiego do­bra. Do­bro Boga różni się od na­szego nie tak jak biel od czerni, ale, uży­wa­jąc jed­nej ze zna­nych ana­lo­gii Le­wisa, jak do­sko­nały okrąg od pierw­szych prób dziecka, by na­ry­so­wać koło. Le­wis od­rzuca sta­no­wi­sko, które okre­śla mia­nem skraj­nego kal­wi­ni­zmu, gło­szące, że je­ste­śmy tak ze­psuci, iż na­sze idee do­bra są nic nie­warte. Ar­gu­men­tuje, że gdyby tak było, to nie mie­li­by­śmy po­wodu, aby pod­po­rząd­ko­wy­wać się Bogu. Jed­no­cze­śnie Le­wis de­fi­niuje do­bro przez od­nie­sie­nie do Boga, a nie Boga przez od­nie­sie­nie do do­bra. Do­brem wła­ści­wym każ­dej stwo­rzo­nej istoty jest pod­da­nie się swo­jemu Stwórcy, by in­te­lek­tu­al­nie, wo­li­cjo­nal­nie i emo­cjo­nal­nie (czyli ze względu na te trzy trans­cen­den­ta­lia) re­ali­zo­wać re­la­cję ze Stwórcą, która wy­nika z sa­mego faktu by­cia stwo­rzo­nym.

Za­tem do­bro, jak prawda, jest za­leżne od rze­czy­wi­sto­ści. Uwa­żam, że naj­bar­dziej pod­sta­wową i naj­bar­dziej uni­wer­salną za­sadą mo­ralną jest ta, którą okre­ślam „Za­sadą trzech R”: Roz­tropna Re­ak­cja na Rze­czy­wi­stość [Ri­ght Re­sponse to Re­ality].

De­fi­ni­cja piękna, jak samo piękno, jest bar­dziej nie­ja­sna i ta­jem­ni­cza niż de­fi­ni­cje prawdy i do­bra. Ale, jak Le­wis po­ka­zuje w Końcu czło­wie­czeń­stwa, na przy­kła­dzie Co­le­ridge’a i dwóch tu­ry­stów przy wo­do­spa­dzie, na­sze po­strze­ga­nie piękna jest tak samo wy­raźne, pewne i obiek­tywne. (Prze­czy­taj­cie jesz­cze raz ten frag­ment i całą tę pro­rocką ksią­żeczkę. A po­tem jesz­cze raz).

ME­TA­FI­ZYKA

Drugi punkt to me­ta­fi­zyczny aspekt prawdy, do­bra i piękna, to jest kwe­stia ich obiek­tyw­nego ist­nie­nia. Ar­gu­menty Le­wisa prze­ciwko po­glą­dom od­rzu­ca­ją­cym ideę obiek­tyw­no­ści prawdy, do­bra i piękna są cu­dow­nie pro­ste i mocne. W eseju De Fu­ti­li­tate Le­wis stwier­dza: „Je­śli bo­wiem nasz umysł jest cał­ko­wi­cie obcy rze­czy­wi­sto­ści, wów­czas wszyst­kie na­sze my­śli, w tym rów­nież ta, są cał­ko­wi­cie bez­war­to­ściowe”[4]. Po­wyż­sza kon­sta­ta­cja uka­zuje we­wnętrzną sprzecz­ność za­równo prze­sta­rza­łego scep­tycz­nego ma­te­ria­li­sty na­uko­wego, jak i no­wo­mod­nego post­mo­der­ni­stycz­nego su­biek­ty­wi­stycz­nego re­la­ty­wi­sty. Stara wer­sja scep­ty­cy­zmu nie po­zwala nam twier­dzić, że ja­ka­kol­wiek idea jest praw­dziwa, do­bra i piękna; nowa wer­sja nie po­zwala uznać, że ja­ka­kol­wiek idea jest fał­szywa, zła czy brzydka. Na tym po­lega ty­ra­nia to­le­ran­cji, ab­so­lu­tyzm re­la­ty­wi­zmu. Spo­sób dys­ku­sji Le­wisa z tymi ne­ga­cjo­ni­stami wie­dzy o obiek­tyw­nej praw­dzie, obiek­tyw­nym do­bru i obiek­tyw­nym pięk­nie po­lega na tym, by po pro­stu po­zwo­lić im mó­wić, by dać im sznur i przy­glą­dać się temu, jak sami się wie­szają.

To pro­ste spo­strze­że­nie, że prawda, do­bro i piękno są czymś obiek­tyw­nie ist­nie­ją­cym, ma cha­rak­ter wy­zwa­la­jący. Wy­zwala nas od wielu głu­pich py­tań i straty czasu. Przy­kła­dowo, w Li­stach o mo­dli­twie Le­wis pi­sze: „Nic tak nie czyni mi nie­któ­rych dzieł teo­lo­gicz­nych po­dob­nymi do tro­cin, jak spo­sób, w jaki ich au­to­rzy po­tra­fią po­dej­mo­wać roz­wa­ża­nia, w ja­kim stop­niu nie­które sta­no­wi­ska da się do­sto­so­wać do współ­cze­snej my­śli czy w ja­kim stop­niu są one cenne, je­śli cho­dzi o pro­blemy spo­łeczne, czy w ja­kim stop­niu »mają przy­szłość« przez sobą, a ni­gdy uczci­wie nie za­py­tają, jaką mamy pod­stawę przy­pusz­czać, że są one praw­dzi­wymi uję­ciami ja­kiejś obiek­tyw­nej rze­czy­wi­sto­ści. To tak, jak­by­śmy pró­bo­wali być ra­czej twór­cami niż uczniami. Czy nie mamy żad­nego In­nego, z Kim mie­li­by­śmy się li­czyć?”[5]. Cóż, nie mamy, o ile śnimy lub je­ste­śmy pan­te­istami, lub je­ste­śmy w pie­kle.

Je­śli in­te­lek­tu­alny su­biek­ty­wizm jest we­wnętrz­nie sprzeczny, a na­wet sza­lony i nie­szczery, to czy może być coś gor­szego? Mo­ralny su­biek­ty­wizm. Le­wis mówi, że jest to cho­roba, która je­śli nie zo­sta­nie znisz­czona, do­pro­wa­dzi do „za­głady na­szego ga­tunku” i „zgubi także na­sze du­sze”[6]. A pro­szę pa­mię­tać, że pro­fe­so­ro­wie z Oks­fordu nie są skłonni do prze­sady.

Ar­gu­menty Le­wisa do­wo­dzą dwóch rze­czy: pod wzglę­dem ne­ga­tyw­nym, że in­te­lek­tu­alny, mo­ralny i es­te­tyczny scep­ty­cyzm i su­biek­ty­wizm są fał­szywe, po­nie­waż są we­wnętrz­nie sprzeczne; w aspek­cie po­zy­tyw­nym, że z tego względu ich prze­ci­wień­stwa są praw­dziwe. Le­wis wy­pro­wa­dza więc wnio­sek: „Mu­simy za­tem przy­znać, że rze­czy­wi­stość ma struk­turę lo­giczną; mu­simy, je­śli chcemy za­cho­wać ja­kie­kol­wiek stan­dardy mo­ralne, przy­znać jej rów­nież wy­miar mo­ralny. Nie ma też żad­nego po­wodu, by­śmy nie mo­gli po­wie­dzieć tego sa­mego o stan­dar­dach piękna”[7].

TEO­LO­GIA

Po trze­cie, mamy teo­lo­gię prawdy, do­bra i piękna, kwe­stię ich osta­tecz­nego źró­dła. Żadne z tych trans­cen­den­ta­liów nie jest abs­trak­cyjną ideą; po­nie­waż są atry­bu­tami Boga, nad­zwy­czaj kon­kret­nej rze­czy­wi­sto­ści, to są one za­ra­zem kon­kret­nymi fak­tami, jak gład­kość mo­jej skóry czy sa­mo­lub­ność mo­jej du­szy. Są, że tak po­wiem, tym, z czego zro­biony jest Bóg.

Po pierw­sze, jak elo­kwent­nie wy­ra­ził się Ar­thur Hol­mes, „Każda prawda jest Bożą prawdą”. W Roz­wa­ża­niach o psal­mach Le­wis pi­sze: „To, co było praw­dziwe w wie­rze Ech­na­tona, przy­szło do niego – w ten czy inny spo­sób – od Boga, tak jak cała prawda od Niego po­cho­dzi”[8]. W Za­sko­czo­nym ra­do­ścią stwier­dza: „My­ślę, że wszystko na swój spo­sób sta­nowi od­bi­cie prawdy nie­bie­skiej, a wśród tych od­bić wy­obraź­nia jest jed­nym z wy­raź­niej­szych”[9].

Piąty roz­dział Cu­dów pre­zen­tuje ten sam ar­gu­ment w spra­wie na­szych idei do­bra, co roz­dział trzeci w spra­wie na­szych idei prawdy. Le­wis stwier­dza: „Po­dob­nie jak ar­gu­men­ta­cja ostat­niego roz­działu do­pro­wa­dziła nas do uzna­nia nad­na­tu­ral­nego źró­dła ra­cjo­nal­nej my­śli, tak rów­nież ta ar­gu­men­ta­cja pro­wa­dzi nas do uzna­nia nad­na­tu­ral­nego źró­dła na­szej kon­cep­cji do­bra i zła”[10]. I nie tylko na rzecz na­szych idei do­bra, ale też kon­kret­nego do­bra, bo­wiem chrze­ści­ja­nie wie­dzą, że każde do­bro, ja­kie czy­nią, ma swe źró­dło w ży­ciu Chry­stu­so­wym, ja­kie jest w nich.

W Czte­rech mi­ło­ściach pi­sze: „Zo­sta­li­śmy stwo­rzeni dla Boga. Osoby, które ko­cha­li­śmy na ziemi, bu­dziły w nas mi­łość tylko dla­tego, że były pod ja­kimś wzglę­dem ta­kie jak On, że ob­ja­wiało się w nich Jego piękno, ko­cha­jąca tro­ska, mą­drość lub do­bro”[11]. Mamy tu wy­raź­nie do czy­nie­nia z mą­dro­ścią Au­gu­styna: „Stwo­rzy­łeś nas bo­wiem jako skie­ro­wa­nych ku To­bie. I nie­spo­kojne jest serce na­sze, do­póki nie spo­cznie w To­bie”[12]. Ale w dal­szym frag­men­cie Le­wis po­pra­wia Au­gu­stiań­ską de­fi­ni­cję zła jako zbyt moc­nej mi­ło­ści do tego, co stwo­rzone, pi­sząc, że pro­blem nie po­lega na tym, iż nad­mier­nie ko­chamy rze­czy stwo­rzone, ale że nie ro­zu­miemy do końca, czym jest to, co ko­chamy[13]. Gdy zo­ba­czymy twarz Boga, zo­rien­tu­jemy się, że za­wsze ją zna­li­śmy. W Smutku Le­wis mówi o pięk­nie jego żony: „A na­stęp­nie wy­chwa­la­jąc ją, czy ja­kie­kol­wiek stwo­rze­nie Bo­skie po­wi­nie­nem po­wie­dzieć: »W ja­kiś nie­zwy­kły spo­sób po­dobna była do Tego, który ją stwo­rzył«”[14].

EPI­STE­MO­LO­GIA

Na­szą czwartą ka­te­go­rią jest epi­ste­mo­lo­gia prawdy, do­bra i piękna, to, w jaki spo­sób je po­zna­jemy. Całą tę trójkę trans­cen­den­ta­liów po­zna­jemy bez­po­śred­nio oraz in­tu­icyj­nie, a nie na dro­dze wnio­sko­wa­nia czy ar­gu­men­ta­cji. Do­ty­czy to na­wet prawdy. Le­wis pi­sze, że nie mo­żemy wy­pra­co­wać ra­cjo­nal­nej in­tu­icji prawdy na dro­dze ar­gu­men­ta­cji, po­nie­waż wszelka ar­gu­men­ta­cja za­leży od ra­cjo­nal­nej in­tu­icji. Ta ra­cjo­nalna in­tu­icja jest czymś, w co nie da się wąt­pić, jest oczy­wi­sta sama przez się. Le­wis opi­suje ją jako taką, w przy­padku któ­rej żad­nemu uczci­wemu czło­wie­kowi nie przy­szłoby do głowy, aby w nią wąt­pić. Przy­kła­dowo, nikt ni­gdy nie wy­obra­żał so­bie ta­kiego świata, a już tym bar­dziej nie na­pi­sał opo­wie­ści – na­wet bar­dzo kiep­skiej – o świe­cie, w któ­rym prawo nie­sprzecz­no­ści nie było praw­dziwe.

Tak samo bez­po­śred­nio znamy do­bro mo­ralne. W Pro­ble­mie cier­pie­nia Le­wis pi­sze, „od­czuć, ja­kie od­da­jemy za po­mocą słów »po­wi­nie­nem« lub »nie po­wi­nie­nem« nie da się wy­wieść lo­gicz­nie. Ta świa­do­mość prawa mo­ral­nego, które można apro­bo­wać i jed­no­cze­śnie ła­mać, nie jest ani lo­giczną, ani nie­lo­giczną kon­klu­zją z fak­tów do­świad­cze­nia; gdy­by­śmy nie wpro­wa­dzili jej do na­szego do­świad­cze­nia, nie mo­gli­by­śmy jej tak zna­leźć. Jest to albo nie­wy­tłu­ma­czalne złu­dze­nie, albo ob­ja­wie­nie”[15].

Zgod­nie z tym, jak Le­wis opi­suje swoje wcze­sne do­świad­cze­nie z dzie­ciń­stwa zwią­zane z Wie­wiór­kiem Orzeszko Be­atrix Pot­ter i póź­niej­sze do­świad­cze­nie mi­to­lo­gii Pół­nocy oraz mu­zyki Wa­gnera, także piękno jest do­zna­wane bez­po­śred­nio i na­tych­mia­stowo. Gdy mó­wimy o re­li­gii, a nie teo­lo­gii – to jest o re­la­cji mię­dzy nami a Bo­giem, a nie o wiecz­nej isto­cie Boga – do­świad­cze­nie es­te­tyczne oka­zuje się bar­dziej, a nie mniej ade­kwatne niż ana­lo­gie in­te­lek­tu­alne lub mo­ralne. W Li­stach o mo­dli­twie Le­wis wy­ja­śnia, dla­czego ana­lo­gia od­wo­łu­jąca się do ar­ty­sty le­piej pre­zen­tuje re­la­cję mię­dzy Bo­giem i świa­tem niż ana­lo­gia od­wo­łu­jąca się do na­ukowca lub fi­lo­zofa, który my­śli abs­trak­cyj­nie i ogól­nie, lub ana­lo­gia króla czy po­li­tycz­nego władcy, który rzą­dzi po­przez przy­czy­no­wość. Pi­sze: „Jak mógłby praw­dziwy Stwórca two­rzyć przy po­mocy »ogól­nych praw«? »Uogól­niać zna­czy być idiotą« [...]”[16]. I mówi też, „Otóż je­stem skłonny twier­dzić, że my­śle­nie ka­te­go­riami przy­czyn jest jesz­cze mniej trafne w od­nie­sie­niu do sto­sun­ków ist­nie­ją­cych mię­dzy Bo­giem a czło­wie­kiem. [...] Próba okre­śle­nia przy­czy­no­wego, co się tam wy­da­rza, do­pro­wa­dziła do ca­łego za­gad­ko­wego pro­blemu Ła­ski i wol­nej woli”[17]. Stwier­dza też, „Czy na­prawdę czło­wiek ge­nialny ukła­da­jący ja­kiś po­emat czy sym­fo­nię ma być mniej nie­po­dobny do Boga niż czło­wiek czymś kie­ru­jący? [...]. Bóg [...] bie­giem wy­pad­ków nie rzą­dzi jak pań­stwem, lecz [...] stwo­rzył go jako dzieło sztuki [...]”[18]. Z Bo­skiego punktu wi­dze­nia, czyli z per­spek­tywy wiecz­no­ści, akt stwo­rze­nia ma miej­sce te­raz.

PSY­CHO­LO­GIA PRAK­TYCZNA

Po piąte, psy­cho­lo­gia prak­tyczna. Je­śli do­bro, prawda i piękno są obiek­tywne, to wy­gła­sza­jąc swoje oceny, mo­żemy się my­lić. Je­śli nie są obiek­tywne, to nie mo­żemy się my­lić. Skoro mo­żemy po­peł­nić błąd, to jak mamy go unik­nąć? Ja­kie prak­tyczne na­rzę­dzia czy rady wska­zuje Le­wis na to, by­śmy mo­gli osią­gnąć te trzy naj­wspa­nial­sze rze­czy na tym świe­cie? Je­śli cho­dzi o prawdę, w eseju Re­li­gia: rze­czy­wi­stość czy na­miastka? Le­wis po­wta­rza od­po­wiedź, jaką wszy­scy do­brze znamy od cza­sów Ary­sto­te­lesa, a szcze­gól­nie ze śre­dnio­wie­cza i do­piero w XX wieku o niej za­po­mnie­li­śmy lub ją od­rzu­ci­li­śmy: „Au­to­ry­tet, ro­zum, do­świad­cze­nie – na tych trzech ele­men­tach, zmie­sza­nych ze sobą w roz­ma­itych pro­por­cjach, opiera się cała na­sza wie­dza”[19]. (Le­wis czę­sto jest ory­gi­nalny, ale nie sili się na ory­gi­nal­ność. Cy­tuje Geo­rge’a Mac­Do­nalda, który stwier­dził: „Nasz Pan ni­gdy nie był ory­gi­nalny”).

W na­szych cza­sach naj­po­pu­lar­niej­sza od­po­wiedź na py­ta­nie o to, jak po­znać prawdę, przy­naj­mniej wśród tak zwa­nych wy­kształ­co­nych lu­dzi z na­szych tak zwa­nych uni­wer­sy­te­tów, od­wo­łuje się do uczuć. Na­szym guru jest Ro­us­seau. Tę od­po­wiedź, gło­szącą, że prawdę po­znaje się po­przez uczu­cia, Le­wis obala bar­dzo pro­sto. Jak pi­sze, w rze­czy­wi­sto­ści po­winno być tak, iż „[...] war­tość przy­pi­sy­wana świa­dec­twu każ­dego uczu­cia musi się od­wo­ły­wać do na­szej ca­ło­ścio­wej fi­lo­zo­fii, nie zaś, że na­sza fi­lo­zo­fia opiera się na tych uczu­ciach”[20].

Spo­śród tych trzech dróg do po­zna­nia – do­świad­cze­nia, ro­zumu i au­to­ry­tetu – au­to­ry­tet jest obec­nie uzna­wany za coś od­ra­ża­ją­cego. Ale Le­wis wska­zuje, że po­sił­ku­jemy się au­to­ry­te­tem, po­nie­waż to ro­zum nas do niego od­syła. Jedną z rze­czy, ja­kie pod­po­wiada nam ro­zum, jest to, że po­win­ni­śmy spraw­dzić wy­niki na­szego my­śle­nia, ko­rzy­sta­jąc z opi­nii ko­goś mą­drego.

Li­czy się także do­świad­cze­nie – ale nie każde i nie za­wsze w ta­kim sa­mym stop­niu, ale szcze­gól­nie li­czy się do­świad­cze­nie du­chowe, a przede wszyst­kim ta­kie, ja­kie mają udu­cho­wieni i mą­drzy lu­dzie. Za­równo w Cu­dach, jak i w Pro­ble­mie cier­pie­nia Le­wis cy­tuje Ewan­ge­lię Jana: „Je­śli ktoś chce speł­niać Jego wolę, prze­kona się, czy ta na­uka po­cho­dzi od Boga, czy też na­uczam sam od sie­bie” (J 7,17)[21]. To zna­czy, że taki ktoś ma oso­bi­ste i mo­ralne kwa­li­fi­ka­cje, aby znać prawdę. Główną mo­ralną kwa­li­fi­ka­cją jest uczci­wość i dla­tego jest to też główna cnota, któ­rej boi się Sza­tan i którą przede wszyst­kim ata­kuje. O niej naj­czę­ściej jest mowa w Li­stach sta­rego dia­bła do mło­dego. Krę­tacz pi­sze do swo­jego ucznia, że suk­ce­sem by­łoby spra­wie­nie, aby jego pa­cjent oce­niał do­wolne opi­nie pod in­nym wzglę­dem niż ich praw­dzi­wość.

Weźmy dla przy­kładu esej Czło­wiek czy kró­lik. My­ślę, że gdyby Le­wis mógł zmu­sić każ­dego czło­wieka, aby prze­czy­tał tylko je­den jego esej, to wy­brałby wła­śnie ten. Przy­po­mina mi on My­śli Pas­cala, gdy ten pi­sał na te­mat roz­rywki i nie mogę oprzeć się chęci, by, jak strza­łami, wy­strze­lić kil­koma z nich w twoje serce. Py­ta­nie, ja­kie Le­wis sta­wia w tym eseju, brzmi: „Czy można żyć do­brze, nie wie­rząc w chrze­ści­jań­stwo?”. I bez­po­śred­nio po jego zda­niu Le­wis, za­miast udzie­lić od­po­wie­dzi, pod­waża samo py­ta­nie, jak nie­mal za­wsze czy­nił to Je­zus. Pi­sze:

Na ta­kie py­ta­nie po­pro­szono mnie o od­po­wiedź, lecz za­nim po­dejmę tę próbę, chciał­bym za­uwa­żyć, że py­ta­nie brzmi tak, jakby za­da­wane było przez ko­goś, kto po­wie­dział so­bie: „Nie ob­cho­dzi mnie, czy chrze­ści­jań­stwo w rze­czy­wi­sto­ści głosi prawdę, czy też nie. Nie in­te­re­suje mnie, czy rze­czy­wi­sty świat jest bar­dziej zbli­żony do tego, co mó­wią chrze­ści­ja­nie, niż do tego, co mó­wią ma­te­ria­li­ści. Jedno, co mnie in­te­re­suje, to uczciwe ży­cie. Wy­boru prze­ko­nań do­ko­nam nie ze względu na ich praw­dzi­wość, lecz ze względu na ich uży­tecz­ność”. Szcze­rze mó­wiąc, trudno mi zro­zu­mieć taki spo­sób my­śle­nia. Jedną z cech, która różni czło­wieka od in­nych stwo­rzeń, jest to, że chce on wszystko wie­dzieć, chce dla sa­mej chęci po­zna­nia dojść do tego, jaka jest rze­czy­wi­stość. Kiedy to pra­gnie­nie zo­staje w kimś stłu­mione, to we­dług mnie staje się on czymś mniej niż czło­wie­kiem. [...] Ten czło­wiek się wy­mi­guje. On umyśl­nie usi­łuje nie wie­dzieć, czy chrze­ści­jań­stwo jest praw­dziwe, czy fał­szywe, po­nie­waż prze­wi­duje nie koń­czące się kło­poty, gdyby oka­zało się praw­dziwe. [...] Przy­po­mina czło­wieka, który nie idzie do le­ka­rza w mo­men­cie, kiedy po raz pierw­szy czuje nie­zdia­gno­zo­wany jesz­cze ból, po­nie­waż oba­wia się tego, co le­karz może mu oznaj­mić. Czło­wiek, który dla ta­kich po­wo­dów po­zo­staje ate­istą, nie jest w sta­nie uczci­wego błędu. Jest on w sta­nie nie­uczci­wego błędu, a ta nie­uczci­wość bę­dzie roz­prze­strze­niać się po­przez wszyst­kie jego my­śli i dzia­ła­nia, re­zul­ta­tem zaś bę­dzie ja­kaś fał­szy­wość, cza­jący się nie­uchwytny nie­po­kój, przy­tę­pie­nie ja­sno­ści umy­słu. Ten czło­wiek utra­cił swoje in­te­lek­tu­alne dzie­wic­two[22].

Wspa­niały kom­ple­ment Le­wisa wo­bec jego żony, jaki po­ja­wia się w Smutku, po­lega na stwier­dze­niu, że nie­za­leż­nie od ceny, in­te­re­so­wała ją tylko prawda.

Je­śli je­ste­śmy uczciwi, to jedną z naj­praw­dziw­szych wska­zó­wek od­kry­cia naj­bar­dziej waż­nych prawd jest za­sko­cze­nie. Praw­dziwy świat jest dziwny, a nie pro­sty. Ale je­śli je­ste­śmy pełni dumy i uprze­dzeń, to nie wej­dziemy w gąszcz, w któ­rym ukrywa się naj­lep­sza zwie­rzyna. Przy­kła­dowo, nie zba­damy ta­jem­ni­czych, dra­stycz­nych czy trud­nych frag­men­tów Bi­blii, jak wspa­niale zro­bił to Le­wis w Brze­mie­niu chwały. Nie po­ślu­bimy też ko­biety ta­kiej jak Joy Da­vid­man, która tak wspa­niale róż­niła się od Le­wisa, a nie była ko­bietą, jaką Le­wis wy­obra­żał so­bie w swo­ich ka­wa­ler­skich mrzon­kach.

W swo­jej apo­lo­ge­tyce Le­wis stale za­mie­nia trud­no­ści w coś, co sta­nowi prze­wagę, za­rzuty za­mie­nia w ar­gu­menty. Jak mówi w Za­sko­czo­nym ra­do­ścią, gdyby miała nas do­się­gnąć ja­kaś wia­do­mość z serca rze­czy­wi­sto­ści, to mu­sia­łaby wy­wo­łać w nas ta­kie samo za­sko­cze­nie, jak treść wiary chrze­ści­jań­skiej: za­sma­ko­wa­li­by­śmy sa­mej rze­czy­wi­sto­ści, nie wy­two­rzo­nej przez nas, ale ude­rza­ją­cej nas pro­sto w twarz. W Chrze­ści­jań­stwie po pro­stu Le­wis pi­sze, że po­szu­ki­wa­nie pro­stej re­li­gii nie jest słuszne. Praw­dziwe rze­czy osta­tecz­nie wcale nie są pro­ste. Prócz tego, że rze­czy­wi­stość jest skom­pli­ko­wana, a także zwy­kle bar­dzo dziwna. Rze­czy­wi­sty świat „[n]ie jest uła­dzony ani oczy­wi­sty, nie jest taki, jak­by­śmy się spo­dzie­wali. [...] To jedna z przy­czyn, dla któ­rych wie­rzę chrze­ści­jań­stwu. To re­li­gia, któ­rej byś się nie spo­dzie­wał”[23]. Chrze­ści­jań­stwo nie jest czymś, co da­łoby się wy­my­ślić. Tak przy oka­zji, to mamy tu do czy­nie­nia z bar­dzo sta­rym ar­gu­men­tem apo­lo­ge­tycz­nym. Spo­ty­kamy go u Ter­tu­liana, który stwier­dził: „Wie­rzę, po­nie­waż to jest ab­sur­dalne”. Także u Kier­ke­ga­arda, który wcie­le­nie na­zy­wał „ab­so­lut­nym pa­ra­dok­sem”.

Psy­cho­lo­gia po­zna­nia do­bra jest ła­twiej­sza od psy­cho­lo­gii po­zna­nia prawdy, po­nie­waż Bóg po­zo­sta­wił w upa­dłej du­szy ludz­kiej wię­cej wro­dzo­nej wie­dzy o do­bru mo­ral­nym niż wie­dzy o praw­dach teo­lo­gicz­nych. Dla­tego wła­śnie świa­towe re­li­gie róż­nią się ra­dy­kal­nie w kwe­stiach teo­lo­gicz­nych, ale nie mo­ral­nych. Aby­śmy uzy­skali wie­dzę o Bogu, ko­nieczne jest ob­ja­wie­nie, na­to­miast by po­znać wolę Boga, do­bro mo­ralne, wy­star­czy tylko oso­bi­sta, na­tu­ralna, ludzka uczci­wość. Do­bro jest czymś, co „trzeba znać”.

Le­wis tłu­ma­czy, że aby po­znać do­bro, ko­nieczna jest jedna rzecz – by­cie do­brym. Gdy czło­wiek staje się lep­szy, poj­muje ja­śniej i wię­cej w kwe­stii zła, które jesz­cze w nim zo­stało. Gdy czło­wiek staje się gor­szy, to co­raz go­rzej poj­muje wła­sne zło. To, czym jest sen, poj­mu­jemy le­piej, gdy się obu­dzimy, a nie pod­czas spa­nia, tak samo stan upo­je­nia al­ko­ho­lem ro­zu­miemy le­piej, gdy je­ste­śmy trzeźwi.

Tak jak ro­zu­mie­nie do­bra jest bar­dziej na­tu­ralne, wro­dzone, po­wszechne i prost­sze niż po­zna­nie prawdy, po­dob­nie po­zna­nie piękna jest jesz­cze bar­dziej na­tu­ralne, wro­dzone i ła­twe. Czy by­łyby to utwory Wa­gnera czy cho­rały gre­go­riań­skie, wszy­scy do­świad­czamy cze­goś, co po­ru­sza na­sze serca, wzbu­dza­jąc uczu­cia cu­dow­no­ści i ra­do­ści. Piękna Boga do­świad­czamy za sprawą na­szych ciał. Bez ta­kich ciał, ja­kie mamy, bę­dą­cych wy­ra­zem chwały Boga, nie by­li­by­śmy w sta­nie cie­szyć się ni­czym, czego do­znają na­sze zmy­sły, zwie­rzęta bo­wiem nie są zdolne do po­dzi­wia­nia tego, czego do­świad­czają, a tylko anio­ło­wie są czy­stymi in­te­li­gen­cjami. Piękno na­tury jest czymś, czym Bóg dzieli się wy­łącz­nie z nami, jak na­pi­sał Le­wis. To może być je­den z po­wo­dów, dla któ­rych zo­sta­li­śmy stwo­rzeni i dla któ­rych zmar­twych­wsta­nie ciała jest tak ważne.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

PRZY­PISY

WPRO­WA­DZE­NIE
[1] Cyt. za: S.R. Bur­son, J.L. Walls, C.S. Le­wis and Fran­cis Scha­ef­fer: Les­sons for a New Cen­tury from the Most In­flu­en­tial Apo­lo­gi­sts of Our Time, In­te­rVar­sity Press, Do­wners Grove 1998, s. 240.
[2] C.S. Le­wis, Chrze­ści­jań­stwo po pro­stu, tłum. P. Szym­czak, Me­dia Ro­dzina, Po­znań 2002, s. 41 (przyp. tłum.).
[3] A. Ja­cobs, The Na­rnian: The Life and Ima­gi­na­tion of C.S. Le­wis, Har­per­San­Fran­ci­sco, San Fran­ci­sco 2005, s. 119.
[4] C.W. Mit­chell, Uni­ver­sity Bat­tles: C.S. Le­wis and the Oxford Uni­ver­sity So­cra­tic Club, w: C.S. Le­wis: Li­ght­be­arer in the Sha­dow­lands, ed. A.J.L. Me­nuge, Cros­sway, Whe­aton 1997, s. 329 [329–351].
[5] Cyt. za: A. Ja­cobs, The Na­rnian, s. 228–229.
[6] W spra­wie prze­ko­nu­ją­cej kry­tyki ta­kiego twier­dze­nia zob. V. Rep­pert, The Green Witch and the Great De­bate: Fre­eing Na­rnia from the Spell of the Le­wis-An­scombe Le­gend, w: The Chro­nic­les of Na­rnia and Phi­lo­so­phy: The Lion, the Witch, and the Worl­dview, ed. G. Bas­sham and J.L. Walls, Open Co­urt, Chi­cago 2005, s. 260–272.
[7] Por. G.E.M. An­scombe, wpro­wa­dze­nie do The Col­lec­ted Pa­pers of G.E.M. An­scombe, Vol. 2: Me­ta­phy­sics and the Phi­lo­so­phy of Mind, Uni­ver­sity of Min­ne­sota Press, Min­ne­apo­lis 1981, s. IX–X.
[8] C.S. Le­wis, Za­sko­czony ra­do­ścią. Moje wcze­sne lata, tłum. M. So­bo­lew­ska, Wy­daw­nic­two Esprit, Kra­ków 2010, s. 248.
[9] Tamże.
[10] Opo­wie­ści te są także bo­gate w fi­lo­zo­ficzne te­maty i prze­my­śle­nia. W tej spra­wie por. eseje w: The Chro­nic­les of Na­rnia and Phi­lo­so­phy: The Lion, the Witch and the Worl­dview, „Po­pu­lar Cul­ture and Phi­lo­so­phy”, G. Bas­sham, ed. J.L. Walls, Open Co­urt Pu­bli­shing Com­pany, Il­li­nois 2005.
ROZ­DZIAŁ 1
[1] C.S. Le­wis, Pe­re­lan­dra, w: tenże, Try­lo­gia ko­smiczna, tłum. A. Po­lkow­ski, Me­dia Ro­dzina, Po­znań 2009, s. 359–360 [163–379].
[2] Św. Au­gu­styn, So­li­lo­kwia, tłum. A. Świ­der­kówna, w: tenże, Dia­logi fi­lo­zo­ficzne, In­sty­tut Wy­daw­ni­czy PAX, War­szawa 1953, VIII, 15 [s. 8−77] (przyp. tłum).
[3] C.S. Le­wis, Mit stał się fak­tem, w: tenże, Bóg na ła­wie oskar­żo­nych, tłum. M. Mrosz­czak, Wy­daw­nic­two Mi­sjo­na­rzy Kla­re­ty­nów „Pa­la­bra”, In­sty­tut Wy­daw­ni­czy PAX, War­szawa 1993, s. 47 [42–49].
[4] Tenże, De Fu­ti­li­tate, w: tenże, Roz­wa­ża­nia o chrze­ści­jań­stwie, tłum. Z. Ko­ściuk, Ofi­cyna Wy­daw­ni­cza Lo­gos, War­szawa 2002, s. 87 [73–88].
[5] Tenże, Li­sty o mo­dli­twie i mo­ral­no­ści, tłum. H. Ben­da­rek, S. Pie­traszko, In­sty­tut Wy­daw­ni­czy PAX, War­szawa 1980, s. 87.
[6] Tenże, Tru­ci­zna su­biek­ty­wi­zmu, w: tenże, Roz­wa­ża­nia o chrze­ści­jań­stwie, s. 90 [89–99] (przyp. tłum.).
[7] Tenże, De Fu­ti­li­tate, s. 87–88.
[8] Tenże, Roz­wa­ża­nia o psal­mach, tłum. A. Mo­tyka, Wy­daw­nic­two Esprit, Kra­ków 2011, s. 115.
[9] Tenże, Za­sko­czony ra­do­ścią. Moje wcze­sne lata, tłum. M. So­bo­lew­ska, Wy­daw­nic­two Esprit, Kra­ków 2010, s. 244.
[10] Tenże, Cuda. Czy na­prawdę się zda­rzają?, tłum. J. Mu­ranty, S. Ma­tu­siak, Ofi­cyna Wy­daw­ni­cza Lo­gos, War­szawa 2021, s. 63.
[11] Tenże, Cztery mi­ło­ści, tłum. P. Szym­czak, Me­dia Ro­dzina, Po­znań 2020, s. 226.
[12] Św. Au­gu­styn, Wy­zna­nia, tłum. Z. Ku­biak, In­sty­tut Wy­daw­ni­czy Pax, War­szawa 1987, 1.1. (przyp. tłum.).
[13] W tej kwe­stii zob. sil­nie prze­ma­wia­jący roz­dział Mi­łość Boga i bliź­niego w Czte­rech mi­ło­ściach Le­wisa.
[14] C.S. Le­wis, Smu­tek, tłum. J. Olędzka, In­sty­tut Wy­daw­ni­czy Pax, War­szawa 1967, s. 58.
[15] Tenże, Pro­blem cier­pie­nia, tłum. A. Woj­ta­sik, Wy­daw­nic­two Esprit, Kra­ków 2010, s. 19–21. [Cy­to­wany frag­ment do­sto­so­wano do wer­sji, którą Pe­ter Kre­eft przy­to­czył praw­do­po­dob­nie z pa­mięci, przez co nie do końca od­po­wiada ona ory­gi­na­łowi, do któ­rego Kre­eft od­syła (przyp. tłum.)].
[16] Tenże, Li­sty o mo­dli­twie, s. 52.
[17] Tamże, s. 47.
[18] Tamże, s. 51–52.
[19] Tenże, Re­li­gia: rze­czy­wi­stość czy na­miastka, w: tenże, Roz­wa­ża­nia chrze­ści­jań­skie, s. 55 [51–58].
[20] Tamże.
[21] Cy­taty z Pi­sma Świę­tego za wy­da­niem: Pi­smo Święte Sta­rego i No­wego Te­sta­mentu. Naj­now­szy prze­kład z ję­zy­ków ory­gi­nal­nych z ko­men­ta­rzem, Edy­cja Świę­tego Pawła, Czę­sto­chowa 2009 (przyp. tłum).
[22] C.S. Le­wis, Czło­wiek czy kró­lik?, w: tenże, Bóg na ła­wie oskar­żo­nych, s. 71, 74–75 [71–77].
[23] Tenże, Chrze­ści­jań­stwo po pro­stu, tłum. P. Szym­czak, Me­dia Ro­dzina, Po­znań 2002, s. 51.