C.S. Lewis. Genialny ekscentryk, prorok mimo woli - McGrath Alister - ebook

C.S. Lewis. Genialny ekscentryk, prorok mimo woli ebook

McGrath Alister

0,0

Opis

Dla uczczenia 50. rocznicy śmierci C.S. Lewisa znany wykładowca oksfordzki dr Alister McGrath podarował nam przekonujący i definitywny portret autora słynnej serii książek o Narnii. Od ponad pół wieku Opowieści z Narnii przemawiają do wyobraźni milionów czytelników. W niniejszym opracowaniu dr McGrath odtwarza niezwykłą ścieżkę życia oksfordzkiego wykładowcy, który poświęcił życie nauczaniu literatury angielskiej najzdolniejszych studentów na świecie, a w wolnych chwilach tworzył bestsellerową serię powieści dla dzieci. McGrath wykorzystuje swoje rozległe badania i dogłębną analizę przeczytanych w porządku chronologicznym listów i archiwaliów Lewisa, aby ukazać nowy obraz jego życia. Nie wolno przegapić tego fascynującego portretu ekscentrycznego myśliciela, który stał się przekonującym, choć mimowolnym prorokiem naszych czasów.

Seria książek „C.S. Lewis. Rozum i Wiara” została objęta patronatem Instytutu Filozofii Uniwersytetu Zielonogórskiego.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows

Liczba stron: 673

Rok wydania: 2024

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Ty­tuł ory­gi­nałuC.S. Le­wis – A Life: Ec­cen­tric Ge­nius, Re­luc­tant Pro­phet
Ori­gi­nally pu­bli­shed in En­glish in the U.S.A. un­der the ti­tle:C.S. Le­wis – A Life, by Ali­ster McGrath Co­py­ri­ght © 2013 by Ali­ster McGrath Po­lish edi­tion © 2024 by Fun­da­cja Pro­do­teo with per­mis­sion of Tyn­dale Ho­use Pu­bli­shers. All ri­ghts re­se­rved.
Co­py­ri­ght © for this edi­tion by Fun­da­cja Pro­do­teo, War­szawa 2024
Re­dak­tor na­ukowy se­riidr hab. PIOTR BY­LICA, prof. UZ
Re­dak­tor pro­wa­dzącyANNA KA­SZU­BOW­SKA
Re­dak­tor me­ry­to­rycznydr hab. PIOTR BY­LICA, prof. UZ
Re­dak­cja ję­zy­kowaBE­ATA GOŁ­KOW­SKA
Ko­rektaANNA KA­SZU­BOW­SKA
Pro­jekt okładki i stron ty­tu­ło­wychEWA JA­BŁOŃ­SKA
Pro­jekt gra­ficzny książkiSTA­NI­SŁAW TU­CHOŁKA • Pan­book.pl
SkładAMA­DE­USZ TAR­GOŃ­SKI
Wy­da­nie I
ISBN 978-83-67634-44-1 (PDF) ISBN 978-83-67634-42-7 (EPUB)
Fun­da­cja Pro­do­teo ul. Rudzka 9 lok. 54 01-689 War­szawapro­do­teo.pl ebook do­stępny na con­tra­gen­ti­les.pl/ksie­gar­nia

WSTĘP

Kim jest Clive Sta­ples Le­wis (1898–1963)? Dla wielu, a może dla więk­szo­ści współ­cze­snych Le­wis jest twórcą ba­śnio­wego świata Na­rnii, au­to­rem po­wie­ści na­le­żą­cych do naj­po­pu­lar­niej­szych i naj­sze­rzej dys­ku­to­wa­nych dwu­dzie­sto­wiecz­nych ksią­żek dla dzieci, na­dal przy­cią­ga­ją­cych wielu en­tu­zja­stycz­nych czy­tel­ni­ków i sprze­da­ją­cych się w mi­lio­nach eg­zem­pla­rzy. Pięć­dzie­siąt lat po swo­jej śmierci po­zo­staje on na­dal jed­nym z naj­bar­dziej wpły­wo­wych po­pu­lar­nych pi­sa­rzy na­szych cza­sów. Czę­sto, obok swego rów­nie zna­nego oks­fordz­kiego ko­legi i przy­ja­ciela Johna Ro­nalda Reu­ela Tol­kiena (1892–1973), au­tora Władcy Pier­ścieni, uzna­wany jest za epo­kową po­stać świata kul­tu­ral­nego i li­te­rac­kiego. Ci dwaj au­to­rzy z Oks­fordu wy­warli głę­boki wpływ na świat li­te­ra­tury i kina. Władca pier­ścieni mógłby jed­nak ni­gdy nie po­wstać, gdyby nie po­moc Le­wisa. Le­wis, sam pi­szący be­st­sel­lery, był także aku­sze­rem Tol­kie­now­skiego ar­cy­dzieła, a w 1961 roku zgło­sił na­wet kan­dy­da­turę Tol­kiena jako au­tora tej epic­kiej sagi do li­te­rac­kiej Na­grody No­bla. Choćby z tych po­wo­dów warto opo­wie­dzieć jego hi­sto­rię.

Za na­zwi­skiem Le­wisa kryje się jed­nak o wiele wię­cej. Jak za­uwa­żył kie­dyś jego dłu­go­letni przy­ja­ciel, Owen Bar­field (1898–1997), Le­wi­sów było tak na­prawdę trzech. Obok au­tora be­st­sel­le­ro­wych po­wie­ści ist­niał także mniej znany Le­wis: pi­sarz i apo­lo­geta chrze­ści­jań­ski, pra­gnący uka­zać oraz dzie­lić się z in­nymi sze­roką wi­zją wiary chrze­ści­jań­skiej, któ­rej moc prze­ja­wia się za­równo w jej od­dzia­ły­wa­niu na in­te­lekt, jak i na wy­obraź­nię – wiary, którą sam od­krył w po­ło­wie ży­cia i uznał za in­te­lek­tu­al­nie oraz du­chowo prze­ko­nu­jącą. Ku iry­ta­cji nie­któ­rych, Chrze­ści­jań­stwo po pro­stu jest dziś czę­sto wy­mie­niane jako naj­bar­dziej wpły­wowa książka chrze­ści­jań­ska XX wieku.

Być może wła­śnie z po­wodu bar­dzo pu­blicz­nego za­an­ga­żo­wa­nia w chrze­ści­jań­stwo Le­wis po­zo­staje do dziś po­sta­cią kon­tro­wer­syjną – lu­bianą i po­dzi­wianą przez część osób po­dzie­la­ją­cych jego za­chwyt chrze­ści­jań­ską wiarą, a wy­śmie­waną i po­gar­dzaną przez nie­któ­rych spo­śród tych, któ­rzy tego za­chwytu nie po­dzie­lają. Bez względu jed­nak na to, jak oce­nia się chrze­ści­jań­stwo, jest ono nie­wąt­pli­wie waż­nym zja­wi­skiem, a Le­wis jest chyba naj­bar­dziej wia­ry­god­nym i wpły­wo­wym przed­sta­wi­cie­lem „zwy­kłego chrze­ści­jań­stwa”, któ­rego był po­pu­la­ry­za­to­rem.

Trzeci Le­wis, być może naj­mniej znany więk­szo­ści jego wiel­bi­cieli i kry­ty­ków, to oks­fordzki wy­kła­dowca i kry­tyk li­te­racki, któ­rego im­pro­wi­zo­wane roz­wa­ża­nia na te­mat li­te­ra­tury an­giel­skiej przy­cią­gały tłumy słu­cha­czy i który jako pierw­szy ob­jął Ka­te­drę Li­te­ra­tury Śre­dnio­wiecz­nej i Re­ne­san­so­wej na Uni­wer­sy­te­cie Cam­bridge. Być może nie­wielu czy­tel­ni­ków sięga dziś po A Pre­face to „Pa­ra­dise Lost” (Wpro­wa­dze­nie do Raju utra­co­nego, 1942), w swoim cza­sie jed­nak książka ta kla­row­no­ścią i wni­kli­wo­ścią ana­lizy wy­zna­czała nowe stan­dardy ba­dań li­te­rac­kich.

W ży­ciu za­wo­do­wym Le­wis był po­wo­łany do „gaju Aka­de­mosa”. Wy­bór na członka Aka­de­mii Bry­tyj­skiej w 1955 roku pu­blicz­nie po­twier­dził jego na­ukową re­nomę. Część świata aka­de­mic­kiego uwa­żała jed­nak, że ko­mer­cyjne suk­cesy unie­moż­li­wiają mu pre­ten­do­wa­nie do miana po­waż­nego uczo­nego. Od 1942 roku Le­wis z tru­dem sta­rał się utrzy­mać aka­de­micką wia­ry­god­ność wo­bec ro­sną­cej po­pu­lar­no­ści swo­ich ksią­żek – zwłasz­cza tej, w któ­rej za­warł żar­to­bliwe roz­wa­ża­nia o de­mo­nicz­nym świe­cie „sta­rego dia­bła”.

Ja­kie za­tem re­la­cje są po­mię­dzy tymi „trzema Le­wi­sami”? Czy wspo­mniane sfery ży­cia Le­wisa były zu­peł­nie osobne, czy też ja­koś ze sobą po­wią­zane? I jak roz­wi­jała się każda z nich? Ni­niej­sza książka, sku­pia­jąca się na pi­sar­stwie Le­wisa, dąży do prze­śle­dze­nia roz­woju jego my­śli i spo­so­bów jej wy­ra­ża­nia. Nie zaj­muje się do­ku­men­to­wa­niem każ­dego aspektu ży­cia głów­nego bo­ha­tera, ale ba­da­niem zło­żo­nych i fa­scy­nu­ją­cych po­wią­zań mię­dzy jego świa­tem ze­wnętrz­nym i we­wnętrz­nym. Bio­gra­fia ta krąży za­tem wo­kół za­miesz­ki­wa­nych przez Le­wisa praw­dzi­wych i wy­ima­gi­no­wa­nych świa­tów – głów­nie Oks­fordu, Cam­bridge i Na­rnii. W jaki spo­sób doj­rze­wa­nie jego po­glą­dów i świata wy­obraźni można sko­re­lo­wać ze świa­tem ma­te­rial­nym, w któ­rym prze­by­wał? Kto po­mógł mu wy­pra­co­wać wi­zję rze­czy­wi­sto­ści opartą na in­te­lek­cie i wy­obraźni?

W na­szej ana­li­zie zaj­miemy się fak­tem zy­ska­nia przez Le­wisa roz­głosu, a także oko­licz­no­ściami, które się do tego przy­czy­niły. Nie­mniej jed­nak sta­nie się sław­nym pi­sa­rzem to jedno, a po­zo­sta­nie nim 50 lat po śmierci to zu­peł­nie co in­nego. Nie­je­den kry­tyk w la­tach sześć­dzie­sią­tych uwa­żał po­pu­lar­ność Le­wisa za chwi­lową modę. Jego nie­uchronne odej­ście w za­po­mnie­nie było, zda­niem wielu, tylko kwe­stią czasu – naj­wy­żej dzie­się­cio­le­cia. Z tego wła­śnie względu w ostat­nim roz­dziale po­sta­ramy się wy­ja­śnić, nie tylko dla­czego Le­wis stał się tak wpły­wo­wym au­to­ry­te­tem, ale także dla­czego po­zo­staje nim do dziś.

Nie­które z bar­dziej zna­czą­cych pierw­szych bio­gra­fii Le­wisa na­pi­sali ci, któ­rzy znali go oso­bi­ście. Sta­no­wią one na­dal bez­cenne źró­dło wie­dzy o tym, ja­kim czło­wie­kiem był Le­wis, a także za­wie­rają war­to­ściowe uwagi na te­mat jego cha­rak­teru. Do­piero jed­nak ob­szerne na­ukowe opra­co­wa­nia z ostat­nich 20 lat wy­ja­śniły ważne hi­sto­rycz­nie kwe­stie (ta­kie jak udział Le­wisa w pierw­szej woj­nie świa­to­wej), zgłę­biły wiele aspek­tów jego roz­woju in­te­lek­tu­al­nego i za­pre­zen­to­wały kry­tyczne in­ter­pre­ta­cje jego naj­waż­niej­szych dzieł. W ni­niej­szej bio­gra­fii sta­ramy się ze­brać te róż­no­rodne wątki i przed­sta­wić spo­sób ro­zu­mie­nia Le­wisa ba­zu­jący na wcze­śniej­szych opra­co­wa­niach, a rów­no­cze­śnie wy­kra­cza­jący poza nie.

Zaj­mu­jąc się ro­snącą po­pu­lar­no­ścią Le­wisa, nie można nie uwzględ­nić jego nie­chęci do by­cia po­sta­cią pu­bliczną. Le­wis rze­czy­wi­ście był pro­ro­kiem swo­ich cza­sów i nie tylko; trzeba jed­nak do­dać, że był pro­ro­kiem mimo woli. Na­wet jego na­wró­ce­nie do­ko­nało się nie­jako wbrew wy­zna­wa­nym przez niego prze­ko­na­niom, zaś fakt, iż po na­wró­ce­niu po­dej­mo­wał te­maty zwią­zane z chrze­ści­jań­stwem, zo­stał spo­wo­do­wany w du­żej mie­rze mil­cze­niem lub nie­ja­snymi wy­po­wie­dziami tych, któ­rzy jego zda­niem le­piej nada­wali się do roz­trzą­sa­nia kwe­stii re­li­gij­nych i teo­lo­gicz­nych na sze­ro­kim fo­rum.

Do pew­nego stop­nia Le­wis robi także wra­że­nie eks­cen­tryka w ści­słym zna­cze­niu tego słowa – ko­goś nie­prze­strze­ga­ją­cego utar­tych, kon­wen­cjo­nal­nych norm i wzor­ców czy też trzy­ma­ją­cego się z dala od nich. Jego oso­bliwy zwią­zek z pa­nią Mo­ore, dość szcze­gó­łowo omó­wiony w tym opra­co­wa­niu, wy­kra­czał da­leko poza normy spo­łeczne obo­wią­zu­jące w Wiel­kiej Bry­ta­nii lat dwu­dzie­stych XX wieku. Mniej wię­cej od lat czter­dzie­stych wielu ko­le­gów z Oks­fordu uwa­żało go za out­si­dera, za­równo z po­wodu jego otwar­cie chrze­ści­jań­skich po­glą­dów, jak i ze względu na nie­nau­kową skłon­ność do pi­sa­nia po­pu­lar­nej be­le­try­styki i apo­lo­ge­tyki. W 1954 roku sam Le­wis ujął swoje od­da­le­nie od do­mi­nu­ją­cych nur­tów aka­de­mic­kich w słyn­nym zda­niu pod­czas wy­kładu in­au­gu­ra­cyj­nego na Uni­wer­sy­te­cie Cam­bridge, okre­śla­jąc sie­bie mia­nem „di­no­zaura”.

To od­da­le­nie od głów­nego nurtu za­zna­cza się także wy­raź­nie w ży­ciu re­li­gij­nym Le­wisa. Mimo że stał się on bar­dzo wpły­wo­wym gło­sem bry­tyj­skiego chrze­ści­jań­stwa, prze­ma­wiał ra­czej z jego obrzeży niż z cen­trum i nie po­świę­cał czasu na pie­lę­gno­wa­nie zna­jo­mo­ści z przed­sta­wi­cie­lami re­li­gij­nego es­ta­bli­sh­mentu. Być może wła­śnie ta ce­cha uczy­niła z niego ulu­bieńca nie­któ­rych me­diów, po­szu­ku­ją­cych au­ten­tycz­nie re­li­gij­nego głosu, nie­zwią­za­nego z oso­bami sto­ją­cymi na czele naj­więk­szych ko­ścio­łów.

W ni­niej­szej bio­gra­fii nie cho­dzi o to, by Le­wisa chwa­lić lub po­tę­piać, ale by go zro­zu­mieć – przede wszyst­kim zro­zu­mieć jego po­glądy i to, w jaki spo­sób wy­ra­żały się one w jego utwo­rach. Za­da­nie to uła­twia fakt pu­bli­ka­cji prak­tycz­nie wszyst­kiego, co Le­wis na­pi­sał za ży­cia, a także ist­nie­nie po­kaź­nego zbioru opra­co­wań na­uko­wych obej­mu­ją­cych jego myśl i twór­czość.

Mul­tum do­stęp­nych obec­nie ma­te­ria­łów bio­gra­ficz­nych i na­uko­wych do­ty­czą­cych Le­wisa i jego kręgu może przy­tło­czyć czy­tel­nika wie­lo­ścią szcze­gó­łów. Ktoś, kto stara się wy­ro­bić so­bie wła­sne zda­nie o Le­wi­sie, jest bom­bar­do­wany – uży­wa­jąc słów ame­ry­kań­skiej po­etki Edny St. Vin­cent Mil­lay (1892–1950) – spa­da­ją­cym z nieba „gwiezd­nym desz­czem fak­tów”[1]. W jaki spo­sób, py­tała, na­leży je po­łą­czyć, aby ob­ja­wiały sens, a nie po­zo­stały je­dy­nie na­gro­ma­dze­niem da­nych? Ni­niej­sza bio­gra­fia uzu­peł­nia in­for­ma­cje o ży­ciu Le­wisa, sta­ra­jąc się rów­no­cze­śnie do­trzeć do ich zna­cze­nia. Jak spleść ze sobą znane fakty tak, by uka­zały har­mo­nijną ca­łość? W tej bio­gra­fii nie cho­dzi o ko­lejny prze­gląd da­nych z ży­cia Le­wisa, ale o próbę od­kry­cia jego głęb­szych mo­ty­wa­cji i za­in­te­re­so­wań oraz okre­śle­nia ich cię­żaru ga­tun­ko­wego. Nie cho­dzi o stresz­cze­nie, lecz o ana­lizę.

Prze­ło­mowe zna­cze­nie dla stu­diów nad twór­czo­ścią Le­wisa miało opu­bli­ko­wa­nie w la­tach 2000–2006 jego li­stów ze­bra­nych, sta­ran­nie opa­trzo­nych przy­pi­sami i od­no­śni­kami przez Wal­tera Ho­opera. Ten zbiór ko­re­spon­den­cji, li­czący około trzech i pół ty­siąca stron, umoż­li­wia wgląd w ży­cie Le­wisa, jaki po pro­stu nie był do­stępny po­przed­nim po­ko­le­niom bio­gra­fów. Co może naj­waż­niej­sze, li­sty do­star­czają nie­prze­rwa­nego ciągu nar­ra­cji, sta­no­wią­cego nie­jako szkie­let opo­wie­ści o ży­ciu Le­wisa. Z tego względu w ni­niej­szej bio­gra­fii są one cy­to­wane czę­ściej niż wszyst­kie po­zo­stałe źró­dła. Prze­ko­namy się, że ich uważna lek­tura zmu­sza do prze­my­śle­nia, a na­wet sko­ry­go­wa­nia nie­któ­rych po­wszech­nie przy­ję­tych dat w ży­cio­ry­sie au­tora.

Jest to bio­gra­fia kry­tyczna, po­szu­ku­jąca do­wo­dów na praw­dzi­wość roz­po­wszech­nio­nych prze­ko­nań i za­ło­żeń oraz do­ko­nu­jąca po­pra­wek tam, gdzie to ko­nieczne. W więk­szo­ści przy­pad­ków ko­rektę można było prze­pro­wa­dzić pro­sto i de­li­kat­nie, nie wi­dzia­łem za­tem po­wodu, aby ab­sor­bo­wać tym czy­tel­ni­ków. Z dru­giej jed­nak strony uczci­wość na­ka­zuje mi od razu we wstę­pie uprze­dzić, że nu­żący, ale ko­nieczny pro­ces we­ry­fi­ko­wa­nia każ­dego faktu w świe­tle ist­nie­ją­cych do­wo­dów do­pro­wa­dził mnie do wnio­sku sta­wia­ją­cego mnie w opo­zy­cji nie tylko do wszyst­kich zna­nych mi ba­da­czy, ale także do sa­mego Le­wisa. Cho­dzi o datę jego „na­wró­ce­nia”, czyli od­zy­ska­nia wiary w Boga, które Le­wis w książce Za­sko­czony ra­do­ścią (Sur­pri­sed by Joy, 1955) umiej­sca­wia w „let­nim se­me­strze 1929 roku” (czyli gdzieś mię­dzy 28 kwiet­nia a 22 czerwca 1929 roku)[2].

Datę tę wier­nie po­wta­rzają wszyst­kie zna­czące opra­co­wa­nia na te­mat Le­wisa, ja­kie ostat­nio się uka­zały. Jed­nakże uważna lek­tura ist­nie­ją­cych do­ku­men­tów wska­zuje wy­raź­nie na datę póź­niej­szą, być może na ma­rzec 1930, ale ra­czej na letni se­mestr aka­de­micki tego roku. To twier­dze­nie od­róż­nia mnie od po­zo­sta­łych ba­da­czy Le­wisa i czy­tel­nik ma prawo wie­dzieć, że je­stem w tej kwe­stii zu­peł­nie od­osob­niony.

***

Z tego, co zo­stało już po­wie­dziane, ja­sno wy­nika, że na­pi­sa­nie no­wej bio­gra­fii Le­wisa z oka­zji pięć­dzie­sią­tej rocz­nicy jego śmierci w 1963 roku nie wy­maga dal­szego uspra­wie­dli­wie­nia. Być może jed­nak po­wi­nie­nem po­krótce uza­sad­nić, dla­czego to wła­śnie ja zo­sta­łem jej au­to­rem. W prze­ci­wień­stwie do wcze­śniej­szych bio­gra­fów Le­wisa – ta­kich jak jego dłu­go­letni przy­ja­ciele: Geo­rge Sayer (1914–2005) i Ro­ger Lan­ce­lyn Green (1918–1987) – ni­gdy oso­bi­ście nie po­zna­łem mo­jego bo­ha­tera. Le­wis był dla mnie au­to­rem, któ­rego od­kry­łem za po­śred­nic­twem ksią­żek 10 lat po jego śmierci, gdy sam mia­łem nie­wiele po­nad 20 lat. W ciągu ko­lej­nych dwóch de­kad ów au­tor stop­niowo zy­ski­wał mój sza­cu­nek i po­dziw, mimo że stale mnie zdu­mie­wał i bu­dził nie­słab­nące za­strze­że­nia. Nie dys­po­nuję rzu­ca­ją­cymi nowe świa­tło na jego po­stać wspo­mnie­niami, po­uf­nymi zwie­rze­niami ani pry­wat­nymi do­ku­men­tami, któ­rymi mógł­bym się po­słu­żyć. Wszyst­kie źró­dła wy­ko­rzy­stane w ni­niej­szej bio­gra­fii albo znaj­dują się już w do­me­nie pu­blicz­nej, albo są po­wszech­nie do­stępne do wglądu i ana­lizy.

Książka ta zo­stała na­pi­sana przez ko­goś, kto od­krył Le­wisa po­przez jego pi­sma, dla tych, któ­rzy także po­znali go w ten spo­sób. Le­wis, któ­rego znam, zo­stał za­po­śred­ni­czony przez jego słowa, a nie przez oso­bi­ste kon­takty. Pod­czas gdy inni bio­gra­fo­wie uży­wają w od­nie­sie­niu do niego imie­nia „Jack”, ja uzna­łem za wła­ściwe po­zo­stać przy na­zwi­sku, głów­nie po to, by pod­kre­ślić dzie­lący mnie od niego oso­bi­sty i kry­tyczny dy­stans. Moim zda­niem on sam ży­czyłby so­bie, aby przy­szłe po­ko­le­nia po­znały wła­śnie ta­kiego Le­wisa.

Dla­czego? Przez całe lata trzy­dzie­ste XX stu­le­cia on sam prze­ko­ny­wał, że dla zro­zu­mie­nia au­to­rów naj­waż­niej­sze są pi­sane przez nich tek­sty. Tak na­prawdę li­czy się to, co mó­wią tek­sty same w so­bie. Au­to­rzy nie po­winni bo­wiem czy­nić „wi­do­wi­ska” [spec­tacle]; mają być ra­czej „parą oku­la­rów” [set of spec­tac­les], przez które my, jako czy­tel­nicy, pa­trzymy na sa­mych sie­bie, na świat i na szer­szy po­rzą­dek, w któ­rym uczest­ni­czymy. Dla­tego Le­wis po­świę­cił zdu­mie­wa­jąco nie­wiele uwagi ży­cio­ry­sowi wiel­kiego an­giel­skiego po­ety Johna Mil­tona (1608–1674) i po­li­tyczno-spo­łecz­nemu kon­tek­stowi jego twór­czo­ści. Praw­dziwe zna­cze­nie miały dla niego pi­sma Mil­tona – jego my­śli. Na­leży za­tem do­pu­ścić, by naj­lep­szy zda­niem Le­wisa spo­sób trak­to­wa­nia Mil­tona ukształ­to­wał z ko­lei na­sze po­dej­ście do niego sa­mego. W ca­łej książce, ile­kroć było to moż­liwe, sta­ra­łem się na­wią­zy­wać do jego tek­stów, ba­dać ich wy­dźwięk i oce­niać ich zna­cze­nie.

Cho­ciaż nie zna­łem Le­wisa jako czło­wieka, po­tra­fię zro­zu­mieć – być może le­piej niż kto­kol­wiek inny – przy­naj­mniej nie­które aspekty świa­tów, w któ­rych się ob­ra­cał. Po­dob­nie jak Le­wis spę­dzi­łem dzie­ciń­stwo w Ir­lan­dii, głów­nie w mie­ście Do­wn­pa­trick, sto­licy hrab­stwa Down, któ­rego „ła­godne ni­skie wzgó­rza” Le­wis znał i ko­chał, i które tak pięk­nie opi­sy­wał. Wę­dro­wa­łem tam, do­kąd on wę­dro­wał, za­trzy­my­wa­łem się tam, gdzie on się za­trzy­my­wał, i za­chwy­ca­łem się tym, czym on się za­chwy­cał. Ja także czu­łem ukłu­cie tę­sk­noty, gdy pa­trzy­łem z mo­jego ro­dzin­nego domu na od­le­głe błę­kitne Góry Mo­urne. I po­dob­nie jak matka Le­wisa, Flora, uczy­łem się w Me­tho­dist Col­lege w Bel­fa­ście.

Znam także do­brze Oks­ford Le­wisa, gdzie stu­dio­wa­łem przez sie­dem lat i do­kąd – po krót­kim po­by­cie na dru­gim uni­wer­sy­te­cie Le­wisa, Cam­bridge – wró­ci­łem, by przez ko­lejne 25 lat wy­kła­dać i pi­sać, a osta­tecz­nie ob­jąć ka­te­drę teo­lo­gii hi­sto­rycz­nej i zo­stać, jak to się mówi w Oks­for­dzie, „Głową Domu”, czyli prze­wod­ni­czą­cym ko­le­gium. Po­dob­nie jak Le­wis w mło­do­ści by­łem ate­istą, a po­tem od­kry­łem in­te­lek­tu­alne bo­gac­two chrze­ści­jań­stwa. Tak jak on zde­cy­do­wa­łem się wy­ra­żać i prze­ży­wać moją wiarę w tej szcze­gól­nej for­mie, którą można zna­leźć w Ko­ściele an­gli­kań­skim. Co wię­cej – jako ktoś, kto czę­sto jest we­zwany do pu­blicz­nej obrony wiary chrze­ści­jań­skiej przed jej kry­ty­kami – do­ce­niam i wy­ko­rzy­stuję my­śli i po­dej­ścia Le­wisa, które czę­sto, choć nie za­wsze, za­cho­wały moim zda­niem coś z daw­nej bły­sko­tli­wo­ści i siły.

***

Na ko­niec słowo o me­to­dzie, którą po­słu­ży­łem się przy pi­sa­niu ni­niej­szej bio­gra­fii. Za­sad­ni­czą część pracy ba­daw­czej za­czą­łem od prze­czy­ta­nia wszyst­kich opu­bli­ko­wa­nych pism Le­wisa (także ko­re­spon­den­cji) w ści­śle chro­no­lo­gicz­nym po­rządku ich po­wsta­wa­nia, aby można było do­ce­nić roz­wój my­śli i stylu au­tora. A za­tem Błą­dze­nie piel­grzyma zo­stało przy­pi­sane do sierp­nia 1932 roku, kiedy zo­stało na­pi­sane, a nie do maja 1933 roku, kiedy je opu­bli­ko­wano. Po tym pro­ce­sie in­ten­syw­nej pracy na tek­stach źró­dło­wych, który za­jął mi 15 mie­sięcy, na­stą­piła lek­tura – cza­sem dość kry­tyczna – istot­nej li­te­ra­tury przed­miotu do­ty­czą­cej Le­wisa, jego kręgu przy­ja­ciół oraz in­te­lek­tu­al­nego i kul­tu­ro­wego kon­tek­stu, w któ­rym wszy­scy oni się ob­ra­cali, my­śleli i two­rzyli. Na ko­niec prze­ba­da­łem nie­pu­bli­ko­wane ma­te­riały ar­chi­walne, któ­rych wiele znaj­duje się w Oks­for­dzie, a które rzu­cają do­dat­kowe świa­tło na pro­ces kształ­to­wa­nia się umy­sło­wo­ści Le­wisa oraz na in­te­lek­tu­alny oraz in­sty­tu­cjo­nalny kon­tekst jego pracy.

Już na po­czątku stało się ja­sne, że ko­nieczne bę­dzie na­pi­sa­nie bar­dziej aka­de­mic­kiego stu­dium, po­dej­mu­ją­cego nie­które z na­uko­wych kwe­stii po­ja­wia­ją­cych się w trak­cie do­głęb­nych ba­dań. Ni­niej­sza bio­gra­fia unika ta­kich szcze­gó­ło­wych kwe­stii; przy­pisy i bi­blio­gra­fia zo­stały ogra­ni­czone do nie­zbęd­nego mi­ni­mum. Moim ce­lem przy pi­sa­niu tego tomu było opo­wie­dze­nie hi­sto­rii, nie zaś roz­strzy­ga­nie cza­sem nie­ja­snych i za­wsze bar­dzo dro­bia­zgo­wych spo­rów aka­de­mic­kich. Czy­tel­ni­ków może wszakże za­in­te­re­so­wać bar­dziej aka­de­mic­kie opra­co­wa­nie, za­wie­ra­jące na­ukowe ana­lizy i uza­sad­nie­nia nie­któ­rych twier­dzeń oraz wnio­sków za­war­tych w ni­niej­szej bio­gra­fii[3].

Wy­star­czy już jed­nak uspra­wie­dli­wień i wstę­pów. Na­sza opo­wieść za­czyna się w dawno mi­nio­nym, bar­dzo od­le­głym świe­cie – w ir­landz­kim mie­ście Bel­fast w la­tach dzie­więć­dzie­sią­tych XIX wieku.

Ali­ster E. McGrath

Lon­dyn

CZĘŚĆ 1

PRE­LU­DIUM

ROZ­DZIAŁ 1

ŁA­GODNE WZGÓ­RZA DOWN.DZIE­CIŃ­STWO W IR­LAN­DII.1898–1908

„Uro­dzi­łem się zimą 1898 roku w Bel­fa­ście jako syn praw­nika i córki pa­stora”[1]. Dwu­dzie­stego dzie­wią­tego li­sto­pada 1989 roku Clive Sta­ples Le­wis zo­stał wrzu­cony w świat ki­piący od po­li­tycz­nego i spo­łecz­nego nie­po­koju oraz gło­śno do­ma­ga­jący się zmian. Roz­dzie­le­nie wy­spy na Ir­lan­dię Pół­nocną i Re­pu­blikę Ir­lan­dii miało na­stą­pić do­piero za 20 lat, jed­nak na­pię­cia, które osta­tecz­nie do­pro­wa­dziły do tego sztucz­nego po­li­tycz­nego po­działu, były oczy­wi­ste dla wszyst­kich. Le­wis przy­szedł na świat w sa­mym sercu pro­te­stanc­kiej elity Ir­lan­dii (tzw. Ascen­dancy) w okre­sie, gdy każdy aspekt jej toż­sa­mo­ści – po­li­tyczny, spo­łeczny, re­li­gijny i kul­tu­rowy – był za­gro­żony.

W wie­kach XVI i XVII Ir­lan­dia zo­stała sko­lo­ni­zo­wana przez an­giel­skich i szkoc­kich osad­ni­ków, co wzbu­dziło silną po­li­tyczną i spo­łeczną nie­chęć wśród rdzen­nej, wy­własz­czo­nej lud­no­ści. Pro­te­stanccy ko­lo­ni­ści róż­nili się od miej­sco­wych ka­to­li­ków wy­zna­niem i ję­zy­kiem. Za rzą­dów Oli­vera Crom­wella w XVII wieku po­wstały „pro­te­stanc­kie plan­ta­cje” – wy­spy an­giel­skiego pro­te­stan­ty­zmu w mo­rzu ir­landz­kiego ka­to­li­cy­zmu. Rdzenne klasy rzą­dzące zo­stały szybko wy­parte przez nową pro­te­stancką elitę. Akt unii pod­pi­sany w 1800 roku spra­wił, że Ir­lan­dia stała się czę­ścią Zjed­no­czo­nego Kró­le­stwa, rzą­dzoną bez­po­śred­nio z Lon­dynu. Pro­te­stanci, choć mniej liczni i za­miesz­ku­jący głów­nie pół­nocne hrab­stwa Down i An­trim z głów­nym ośrod­kiem prze­my­słu – Bel­fa­stem, zdo­mi­no­wali ży­cie kul­tu­ralne, go­spo­dar­cze i po­li­tyczne ca­łej wy­spy.

Wszystko to jed­nak miało nie­ba­wem ulec zmia­nie. W la­tach osiem­dzie­sią­tych XIX wieku Char­les Ste­wart Per­nell (1846–1891) i inni za­częli do­ma­gać się home rule – au­to­no­micz­nych rzą­dów dla Ir­lan­dii. W la­tach dzie­więć­dzie­sią­tych ir­landzki na­cjo­na­lizm za­czął przy­bie­rać na sile, da­jąc Ir­land­czy­kom po­czu­cie toż­sa­mo­ści kul­tu­ro­wej, która oży­wiła ruch na rzecz home rule. Toż­sa­mość ta była mocno za­ko­rze­niona w ka­to­li­cy­zmie i zde­cy­do­wa­nie prze­ciwna wszel­kim an­giel­skim wpły­wom, na­wet ta­kim jak rugby i kry­kiet. Co waż­niej­sze, za śro­dek dys­kry­mi­na­cji kul­tu­ro­wej uznano rów­nież ję­zyk an­giel­ski. W 1893 roku po­wstała Liga Ga­elicka (Con­radh na Ga­elige), ma­jąca na celu pro­mo­wa­nie na­uki i uży­wa­nia ję­zyka ir­landz­kiego. Wi­dziano w tym ko­lejne po­twier­dze­nie ir­landz­kiej toż­sa­mo­ści prze­ciw­sta­wia­nej an­giel­skim nor­mom kul­tu­ro­wym, uzna­wa­nym za obce.

W miarę jak żą­da­nia home rule sta­wały się sil­niej­sze i bar­dziej prze­ko­nu­jące, wielu pro­te­stan­tów od­czu­wało co­raz więk­sze za­gro­że­nie, oba­wia­jąc się utraty przy­wi­le­jów i wy­bu­chu nie­po­ko­jów spo­łecz­nych. Nie dziwi za­tem, że pro­te­stancka spo­łecz­ność Bel­fa­stu na po­czątku XX wieku była bar­dzo za­mknięta; gdzie się tylko dało, uni­kano spo­łecz­nych i za­wo­do­wych kon­tak­tów z miesz­ka­ją­cymi po są­siedzku ka­to­li­kami. (Star­szy brat C.S. Le­wisa, War­ren [„War­nie”] wspo­mi­nał po la­tach, że nie roz­ma­wiał z żad­nym ka­to­li­kiem z tej sa­mej co on war­stwy spo­łecz­nej, do­póki nie wstą­pił do Kró­lew­skiego Ko­le­gium Woj­sko­wego w San­dhurst w 1914 roku)[2]. Ka­to­li­cyzm ja­wił się jako „inny” – dziwny, nie­zro­zu­miały, a przede wszyst­kim groźny. Ta­kie po­czu­cie wro­go­ści – i wy­ob­co­wa­nia – wzglę­dem ka­to­li­cy­zmu Le­wis wy­ssał z mle­kiem matki. Kiedy jako mały chło­piec uczył się ko­rzy­stać z noc­nika, jego pro­te­stancka nia­nia okre­ślała jego stolce mia­nem wee po­pes (ma­łych pa­pieży). Wielu uwa­żało i na­dal uważa, że Le­wis nie mie­ści się w gra­ni­cach praw­dzi­wej ir­landz­kiej toż­sa­mo­ści kul­tu­ro­wej ze względu na swoje pro­te­stanc­kie ul­ster­skie po­cho­dze­nie.

RO­DZINA

Prze­pro­wa­dzony w 1901 roku Ir­landzki Spis Po­wszechny od­no­to­wał imiona wszyst­kich, któ­rzy „spali lub za­miesz­ki­wali” w do­mo­stwie Le­wi­sów w Bel­fa­ście Wschod­nim wie­czo­rem w nie­dzielę 31 marca 1901 roku. Pro­to­kół za­wiera mnó­stwo oso­bi­stych szcze­gó­łów: po­kre­wień­stwo, wy­zna­nie, po­ziom wy­kształ­ce­nia, wiek, płeć, sta­no­wi­sko lub za­wód oraz miej­sce uro­dze­nia. Choć więk­szość bio­gra­fów po­daje ów­cze­sny ad­res ro­dziny Le­wisa jako „Dun­dela Ave­nue 47”, spis okre­śla ich miej­sce za­miesz­ka­nia jako „dom nr 21 przy Dun­della [sic!] Ave­nue (Vic­to­ria, Down)”. Wpis do­ty­czący ich go­spo­dar­stwa do­mo­wego przed­sta­wia do­kładny por­tret ro­dziny na po­czątku XX wieku:

Al­bert Ja­mes Le­wis, głowa ro­dziny, Ko­ściół Ir­lan­dii, czyta i pi­sze, 37 lat, męż­czy­zna, ad­wo­kat, żo­naty, mia­sto Cork

Flo­rence Au­gu­sta Le­wis, żona, Ko­ściół Ir­lan­dii, czyta i pi­sze, 38 lat, ko­bieta, za­mężna, hrab­stwo Cork

War­ren Ha­mil­ton Le­wis, syn, Ko­ściół Ir­lan­dii, czyta, 5 lat, męż­czy­zna, uczeń, mia­sto Bel­fast

Clive Sta­ples Le­wis, syn, Ko­ściół Ir­lan­dii, nie czyta, 2 lata, męż­czy­zna, mia­sto Bel­fast

Mar­tha Bar­ber, słu­żąca, pre­zbi­te­rianka, czyta i pi­sze, 28 lat, ko­bieta, nia­nia – słu­żąca do­mowa, nie­za­mężna, hrab­stwo Mo­na­ghan

Sa­rah Ann Con­lon, słu­żąca, ka­to­liczka, czyta i pi­sze, 22 lata, ko­bieta, ku­charka – słu­żąca do­mowa, nie­za­mężna, hrab­stwo Down[3].

Jak za­no­to­wano w spi­sie, oj­ciec Le­wisa, Al­bert Ja­mes Le­wis (1863–1929), uro­dził się w mie­ście i hrab­stwie Cork na po­łu­dniu Ir­lan­dii. Dzia­dek Le­wisa ze strony ojca, Ri­chard Le­wis, był wa­lij­skim ko­tla­rzem, który wy­emi­gro­wał do Cork ze swoją po­cho­dzącą z Li­ver­po­olu żoną na po­czątku lat pięć­dzie­sią­tych XIX wieku. Wkrótce po przyj­ściu Al­berta na świat ro­dzina prze­nio­sła się na pół­noc, do prze­my­sło­wego mia­sta Bel­fast, aby Ri­chard mógł wejść w spółkę z Joh­nem H. Ma­cIl­wa­inem i za­ło­żyć do­brze pro­spe­ru­jącą firmę, znaną pod na­zwą Ma­cIl­wa­ine, Le­wis & Co., En­gi­ne­ers and Iron Ship Bu­il­ders. Być może naj­cie­kaw­szym stat­kiem zbu­do­wa­nym przez tę nie­wielką spółkę był pier­wotny „Ti­ta­nic” – mały sta­lowy frach­to­wiec pa­rowy zbu­do­wany w 1888 roku, wa­żący za­le­d­wie 1608 ton[4].

W la­tach osiem­dzie­sią­tych XIX wieku prze­mysł stocz­niowy w Bel­fa­ście do­świad­czał jed­nak zna­czą­cych prze­mian; ry­nek zdo­mi­no­wały więk­sze stocz­nie, ta­kie jak Har­land i Wolff oraz Work­man Clark. Eko­no­miczne prze­trwa­nie „drob­nych stoczni” sta­wało się co­raz trud­niej­sze. W 1894 roku stocz­nia Work­man Clark prze­jęła firmę Ma­cIl­wine, Le­wis & Co. Słyn­niej­sza wer­sja „Ti­ta­nica” – także zbu­do­wana w Bel­fa­ście – zo­stała wy­pusz­czona ze stoczni Har­land i Wolff w 1911 roku i wa­żyła 26 ty­sięcy ton. Jed­nak pod­czas gdy słynny li­nio­wiec Har­landa i Wolffa za­to­nął w trak­cie dzie­wi­czego rejsu w 1912 roku, o wiele mniej­szy sta­tek Ma­cIl­wa­ina i Le­wisa pod róż­nymi na­zwami kur­so­wał spo­koj­nie po wo­dach Ame­ryki Po­łu­dnio­wej aż do roku 1928.

Ilu­stra­cja 1.1. Royal Ave­nue, jedna z głów­nych ulic han­dlo­wych Bel­fa­stu, 1897. Al­bert Le­wis otwo­rzył kan­ce­la­rię ad­wo­kacką pod nu­me­rem 83 przy Royal Ave­nue w 1884 r. i pra­co­wał w tym sa­mym biu­rze aż do cho­roby i śmierci w 1929 r.

Al­bert nie wy­ka­zy­wał za­in­te­re­so­wa­nia bu­dową stat­ków i oznaj­mił ro­dzi­com, że ma za­miar spró­bo­wać swych sił w ka­rie­rze praw­ni­czej. Ri­chard Le­wis, zna­jący do­sko­nałą re­pu­ta­cję Lur­gan Col­lege pod za­rzą­dem dy­rek­tora Wil­liama Thomp­sona Kirk­pa­tricka (1848–1921), zde­cy­do­wał się wy­słać Al­berta do tej szkoły z in­ter­na­tem[5]. Przez okres na­uki zdol­no­ści na­uczy­ciel­skie Kirk­pa­tricka wryły się na trwałe w pa­mięć Al­berta. Po ukoń­cze­niu szkoły w 1880 roku Al­bert prze­niósł się do Du­blina, sto­licy Ir­lan­dii, gdzie pra­co­wał przez pięć lat w kan­ce­la­rii Mac­lean, Boyle i Mac­lean. Po zdo­by­ciu nie­zbęd­nego do­świad­cze­nia i ad­wo­kac­kiej akre­dy­ta­cji za­wo­do­wej wró­cił w 1884 roku do Bel­fa­stu, aby roz­po­cząć wła­sną prak­tykę i otwo­rzyć kan­ce­la­rię przy pre­sti­żo­wej Royal Ave­nue.

Ustawa o Są­dzie Naj­wyż­szym Ir­lan­dii z 1877 roku usank­cjo­no­wała an­giel­ską prak­tykę ści­słego po­działu ad­wo­ka­tów na so­li­ci­tors i bar­ri­sters. Aspi­ru­jący praw­nicy mu­sieli za­tem zde­cy­do­wać, który za­wód za­mie­rzają wy­ko­ny­wać. Al­bert Le­wis zde­cy­do­wał, że chce pra­co­wać jako so­li­ci­tor, czyli ad­wo­kat wy­stę­pu­jący bez­po­śred­nio w imie­niu klien­tów i re­pre­zen­tu­jący ich w są­dach niż­szej in­stan­cji. Bar­ri­ster spe­cja­li­zo­wał się w ad­wo­ka­tu­rze są­do­wej; so­li­ci­tor za­trud­niał go, by re­pre­zen­to­wał jego klien­tów w są­dach wyż­szej in­stan­cji[6].

Matka Le­wisa, Flo­rence („Flora”) Au­gu­sta Le­wis (1862–1908), uro­dziła się w Qu­een­stown (dziś Cobh) w hrab­stwie Cork. Dzia­dek Le­wisa ze strony matki, Tho­mas Ha­mil­ton (1826–1905), był du­chow­nym Ko­ścioła Ir­lan­dii – kla­sycz­nym przed­sta­wi­cie­lem „pro­te­stanc­kiej elity”, która zna­la­zła się w sy­tu­acji za­gro­że­nia, gdy ir­landzki na­cjo­na­lizm sta­wał się co­raz bar­dziej zna­czącą i kul­tu­ro­twór­czą siłą w po­cząt­kach XX wieku. Ko­ściół Ir­lan­dii był ofi­cjal­nym ko­ścio­łem pań­stwo­wym na ca­łej wy­spie, mimo że sta­no­wił wy­zna­nie mniej­szo­ściowe w co naj­mniej 22 z 26 ir­landz­kich hrabstw. Kiedy Flora miała osiem lat, jej oj­ciec przy­jął no­mi­na­cję na ka­pe­lana Ko­ścioła Świę­tej Trójcy w Rzy­mie, gdzie ro­dzina miesz­kała od 1870 do 1874 roku.

W roku 1874 Tho­mas Ha­mil­ton wró­cił do Ir­lan­dii, by peł­nić obo­wiązki pro­bosz­cza Ko­ścioła Dun­dela w oko­licy Bal­ly­hac­ka­more w Bel­fa­ście Wschod­nim. Ten sam pro­wi­zo­ryczny bu­dy­nek słu­żył w nie­dzielę za ko­ściół, a w dni po­wsze­dnie za szkołę. Szybko stało się ja­sne, że po­trzeba trwal­szego roz­wią­za­nia. Wkrótce roz­po­częto bu­dowę no­wego ko­ścioła, za­pro­jek­to­wa­nego przez słyn­nego an­giel­skiego pro­jek­tanta ar­chi­tek­tury sa­kral­nej, Wil­liama But­ter­fielda. Ha­mil­ton zo­stał pro­bosz­czem nowo wy­bu­do­wa­nego ko­ścioła pa­ra­fial­nego św. Marka w Dun­dela w maju 1879 roku.

Obec­nie ir­landzcy hi­sto­rycy czę­sto wska­zują Florę Ha­mil­ton jako przy­kład co­raz bar­dziej zna­czą­cej roli ko­biet w ir­landz­kim ży­ciu aka­de­mic­kim i kul­tu­ral­nym pod ko­niec XIX wieku[7]. Flora zo­stała przy­jęta jako „do­cho­dząca” uczen­nica do Me­tho­dist Col­lege w Bel­fa­ście – była to szkoła dla chłop­ców za­ło­żona w 1865 roku, w któ­rej, w od­po­wie­dzi na po­wszechne za­po­trze­bo­wa­nie, stwo­rzono w 1869 roku „klasy dla dam”[8]. Uczęsz­czała do niej przez je­den se­mestr w 1881 roku, a na­stęp­nie pod­jęła stu­dia na Royal Uni­ver­sity of Ire­land w Bel­fa­ście (obec­nie Qu­een’s Uni­ver­sity), które ukoń­czyła, uzy­sku­jąc First Class Ho­no­urs (wy­róż­nie­nie pierw­szej ka­te­go­rii) z lo­giki i Se­cond Class Ho­no­urs (wy­róż­nie­nie dru­giej ka­te­go­rii) z ma­te­ma­tyki w 1886 roku[9]. (Jak zo­ba­czymy póź­niej, Le­wis nie odzie­dzi­czył nic z mat­czy­nego ta­lentu ma­te­ma­tycz­nego).

Kiedy Al­bert Le­wis za­czął uczęsz­czać do Ko­ścioła św. Marka w Dun­dela, prędko wpa­dła mu w oko córka pro­bosz­cza. Flora, jak się wy­daje, po­woli, ale nie­uchron­nie, zwró­ciła na niego uwagę głów­nie ze względu na jego za­in­te­re­so­wa­nie li­te­ra­turą. W 1881 roku Al­bert wstą­pił do Bel­mont Li­te­rary So­ciety i wkrótce zy­skał sławę jed­nego z naj­lep­szych mów­ców. Re­pu­ta­cja czło­wieka o li­te­rac­kich skłon­no­ściach to­wa­rzy­szyła mu przez całe ży­cie. W 1921 roku, gdy był u szczytu ka­riery ad­wo­kac­kiej, ga­zeta „Ire­land’s Sa­tur­day Ni­ght” za­mie­ściła jego ka­ry­ka­turę. Wid­niał na niej ubrany w ów­cze­sny strój ad­wo­kata wy­stę­pu­ją­cego przed są­dem, z czapką aka­de­micką pod jedną pa­chą i to­mem an­giel­skiej li­te­ra­tury pod drugą. Kilka lat póź­niej ne­kro­log Al­berta w ga­ze­cie „Bel­fast Te­le­graph” opi­sy­wał go jako „oczy­ta­nego eru­dytę”, zna­nego z li­te­rac­kich alu­zji pod­czas wy­stą­pień są­do­wych i czło­wieka, „który znaj­do­wał wy­tchnie­nie z dala od sal są­do­wych głów­nie w czy­ta­niu”[10].

Po od­po­wied­nio dłu­gich i przy­zwo­itych za­lo­tach Al­bert i Flora po­brali się 29 sierp­nia 1894 roku w Ko­ściele św. Marka w Dun­dela. Ich pierw­szy syn, War­ren Ha­mil­ton Le­wis, uro­dził się 16 czerwca 1895 roku w ich domu, „Dun­dela Vil­las”, w Bel­fa­ście Wschod­nim. Clive był ich dru­gim i ostat­nim dziec­kiem. No­tatka spi­sowa z 1901 roku wska­zuje, że pań­stwo Le­wis mieli w tym okre­sie dwie słu­żące. Co nie­ty­powe dla pro­te­stanc­kiej ro­dziny, jedna z nich, Sa­rah Ann Con­lon, była ka­to­liczką. Ugrun­to­waną nie­chęć Le­wisa do re­li­gij­nego sek­ciar­stwa – tak wy­raźną w jego po­ję­ciu „chrze­ści­jań­stwa po pro­stu” – oży­wiały być może wspo­mnie­nia z dzie­ciń­stwa.

Ze star­szym bra­tem, War­re­nem, od sa­mego po­czątku łą­czyła Le­wisa bli­ska więź, co wy­ra­żało się w nada­wa­nych so­bie na­wza­jem prze­zwi­skach. Clive Sta­ples Le­wis no­sił miano „Smal­l­pi­gie­bo­tham” (w skró­cie SPB), a War­nie – „Arch­pie­gie­bo­tham” (APB); te czułe przy­domki in­spi­ro­wane były czę­stymi (i naj­wy­raź­niej re­al­nymi) groź­bami niani, że zbije ich w pig­gy­bot­toms (pro­sięce pupy), je­śli nie będą się grzecz­nie za­cho­wy­wali. Bra­cia na­zy­wali ojca „Pu­da­ita­bird” albo „P’dayta” (z po­wodu spo­sobu, w jaki, jako miesz­ka­niec Bel­fa­stu, wy­ma­wiał słowo po­tato [ziem­niak]). Te dzie­cięce prze­zwi­ska na­brały zna­cze­nia raz jesz­cze, kiedy bra­cia zbli­żyli się do sie­bie po­now­nie i od­no­wili dawną za­ży­łość pod ko­niec lat dwu­dzie­stych XX wieku[11].

Sam Le­wis znany był w swo­jej ro­dzi­nie i wśród przy­ja­ciół jako „Jack”. War­nie da­tuje od­rzu­ce­nie przez brata imie­nia Clive na let­nie wa­ka­cje 1903 lub 1904 roku, kiedy to Le­wis na­gle oświad­czył, że od te­raz chce, by go na­zy­wano „Jack­sie”. To imię stop­niowo skra­cano do „Jacks” i osta­tecz­nie „Jack”[12]. Przy­czyna tego wy­boru po­zo­staje nie­ja­sna. Nie­które źró­dła su­ge­rują, co prawda, że imię „Jack­sie” było pa­miątką po psie Le­wi­sów, który zgi­nął w wy­padku, ale nie ma żad­nych do­ku­men­tów po­twier­dza­ją­cych to przy­pusz­cze­nie.

IR­LAND­CZYK BEZ PRZE­KO­NA­NIA. ZA­GADKA IR­LANDZ­KIEJ TOŻ­SA­MO­ŚCI KUL­TU­RO­WEJ

Le­wis był Ir­land­czy­kiem. Ir­land­czycy jed­nak prze­waż­nie o tym za­po­mi­nają albo wręcz ni­gdy nie wie­dzieli. Pa­mię­tam, że w la­tach sześć­dzie­sią­tych, kiedy do­ra­sta­łem w Ir­lan­dii Pół­noc­nej, je­śli w ogóle wy­mie­niano Le­wisa, to jako „an­giel­skiego” pi­sa­rza. Sam Le­wis jed­nak ni­gdy nie stra­cił od­nie­sie­nia do swo­ich ir­landz­kich ko­rzeni. Wi­doki, od­głosy i za­pa­chy ro­dzin­nego kraju – w prze­ci­wień­stwie do więk­szo­ści jego miesz­kań­ców – bu­dziły u niego w póź­niej­szym ży­ciu tę­sk­notę, a przy tym sub­tel­nie, lecz wy­raź­nie kształ­to­wały jego pro­za­tor­skie opisy. W li­ście z 1915 roku Le­wis z czu­ło­ścią przy­wo­łuje wspo­mnie­nia z Bel­fa­stu: „da­leki po­mruk stoczni”, sze­roką pa­no­ramę Bel­fast Lo­ugh, wzgó­rze Cave Hill oraz ota­cza­jące mia­sto nie­wiel­kie wą­wozy, łąki i pa­górki[13].

Ir­lan­dia Le­wisa to jed­nak coś wię­cej niż „ła­godne wzgó­rza”. Kul­tura ir­landzka od­zna­czała się upodo­ba­niem do nar­ra­cji, ujaw­nia­ją­cym się za­równo w mi­to­lo­gii, jak i w re­la­cjach hi­sto­rycz­nych, a także umi­ło­wa­niem do ję­zyka. Le­wis jed­nak ni­gdy nie fe­ty­szy­zo­wał swo­jego po­cho­dze­nia. Sta­no­wiło ono po pro­stu je­den z ele­men­tów, a nie ce­chę do­mi­nu­jącą jego toż­sa­mo­ści. Jesz­cze w la­tach pięć­dzie­sią­tych Le­wis czę­sto mó­wił o Ir­lan­dii jako o swoim „domu”, na­zy­wał ją „swoim kra­jem”, a w 1958 roku zde­cy­do­wał się na­wet spę­dzić tam spóź­niony mie­siąc mio­dowy z Joy Da­vid­man. Le­wis, raz ode­tchnąw­szy ła­god­nym, wil­got­nym po­wie­trzem swo­jej oj­czy­zny, ni­gdy nie za­po­mniał jej na­tu­ral­nego piękna.

Nie­wielu oso­bom zna­ją­cym hrab­stwo Down umkną za­wo­alo­wane od­nie­sie­nia do ir­landz­kich pej­zaży sta­no­wią­cych in­spi­ra­cję dla nie­któ­rych mi­strzow­skich opi­sów przy­rody w pro­zie Le­wisa. Opis nieba jako „szma­rag­do­wej” kra­iny w książce Po­dział osta­teczny po­brzmiewa echem ro­dzin­nych oko­lic Le­wisa, zaś do­lmeny w oko­li­cach Le­ga­nanny w hrab­stwie Down, wzgó­rze Cave Hill nie­da­leko Bel­fa­stu i Gro­bla Ol­brzyma (Giant’s Cau­se­way) mają swoje od­po­wied­niki w Na­rnii – być może we­sel­sze i sub­tel­niej­sze od ory­gi­na­łów, nie­mniej na­zna­czone ich pięt­nem.

Le­wis czę­sto na­wią­zy­wał do Ir­lan­dii jako źró­dła in­spi­ra­cji li­te­rac­kiej, za­uwa­ża­jąc, że jej kra­jo­brazy mocno po­bu­dzały jego wy­obraź­nię. Le­wis nie lu­bił ir­landz­kiej po­li­tyki i był skłonny wy­obra­żać so­bie bu­ko­liczną kra­inę zło­żoną wy­łącz­nie z ła­god­nych wzgórz, mgieł, je­zior i la­sów. Jak za­pi­sał kie­dyś w pa­mięt­niku, Ul­ster „jest bar­dzo piękny i gdy­bym tylko mógł de­por­to­wać Ul­ster­czy­ków i za­stą­pić ich ludźmi we­dług mo­jego upodo­ba­nia, nie pro­sił­bym o lep­sze miej­sce za­miesz­ka­nia”[14]. (Pod pew­nymi wzglę­dami Na­rnię można uznać wła­śnie za wy­ide­ali­zo­wany Ul­ster z ma­rzeń Le­wisa, za­peł­niony nie Ul­ster­czy­kami, ale isto­tami zro­dzo­nymi z jego wy­obraźni).

Na­zwa Ul­ster wy­maga wy­ja­śnie­nia. Po­dob­nie jak an­giel­skie hrab­stwo York­shire po­dzie­lone było na trzy czę­ści (na­zy­wane Ri­dings od sta­ro­nor­dyc­kiego słowa thri­th­jungr ozna­cza­ją­cego „trze­cią część”), Ir­lan­dia pier­wot­nie dzie­liła się na pięć re­gio­nów (na­zy­wa­nych po ga­elicku cúigi od có­i­ced ‘piąta część’). Po in­wa­zji Nor­ma­nów w 1066 roku zmniej­szono ich liczbę do czte­rech: Con­nau­ght, Le­in­ster, Mun­ster i Ul­ster. Za­miast ga­elic­kiego słowa cúige za­częto uży­wać okre­śle­nia pro­vince. Pro­te­stancka mniej­szość w Ir­lan­dii sku­piała się w pół­noc­nej pro­win­cji Ul­steru, skła­da­ją­cej się z dzie­wię­ciu hrabstw. Pod­czas roz­padu Ir­lan­dii sześć z tych dzie­wię­ciu hrabstw stwo­rzyło nowy pod­miot po­li­tyczny – Ir­lan­dię Pół­nocną. Na­zwa Ul­ster jest dziś czę­sto uży­wana jako sy­no­nim Ir­lan­dii Pół­noc­nej, zaś „Ul­ster­czyk” ozna­cza naj­czę­ściej – choć nie za­wsze – „pro­te­stanc­kiego miesz­kańca Ir­lan­dii Pół­noc­nej”, mimo że pier­wot­nie cúige Ul­steru obej­mo­wało także trzy hrab­stwa – Ca­na­van, Do­ne­gal i Mo­na­ghan – na­le­żące obec­nie do Re­pu­bliki Ir­lan­dii.

Le­wis przez całe ży­cie nie­mal co roku wra­cał do Ir­lan­dii na wa­ka­cje, wy­jąw­szy te lata, gdy prze­szko­dziła mu wojna lub cho­roba. Nie­zmien­nie od­wie­dzał hrab­stwa An­trim, Derry, swoje ulu­bione Down oraz Do­ne­gal – wszyst­kie na­le­żące do pro­win­cji Ul­ster w jej ory­gi­nal­nych gra­ni­cach. Raz na­wet roz­wa­żał wy­na­ję­cie na stałe domku w Clo­ghy w hrab­stwie Down[15] jako bazy do co­rocz­nych wa­ka­cyj­nych wę­dró­wek, które czę­sto obej­mo­wały for­sowne wy­cieczki w gó­rach Mo­urne. (Osta­tecz­nie uznał, że jego fi­nanse nie udźwi­gną ta­kiego luk­susu). Choć Le­wis pra­co­wał w An­glii, ser­cem przy­na­le­żał do pół­noc­nych hrabstw Ir­lan­dii, zwłasz­cza do hrab­stwa Down. W roz­mo­wie z po­cho­dzą­cym z Ir­lan­dii stu­den­tem Da­vi­dem Ble­akleyem za­uwa­żył kie­dyś: „Niebo to Oks­ford po­rwany z miej­sca i prze­nie­siony w sam śro­dek hrab­stwa Down”[16].

Część ir­landz­kich pi­sa­rzy in­spi­ro­wała się pro­ble­mami po­li­tycz­nymi i spo­łecz­nymi zwią­za­nymi z walką o nie­za­leż­ność od Wiel­kiej Bry­ta­nii, Le­wis na­to­miast znaj­do­wał in­spi­ra­cję przede wszyst­kim w ir­landz­kich pej­za­żach. Twier­dził, że od wie­ków in­spi­ro­wały one i kształ­to­wały po­ezję i prozę wielu jego po­przed­ni­ków, z któ­rych naj­waż­niej­szym był chyba Ed­mund Spen­ser, au­tor Fa­erie Qu­eene [Kró­lo­wej wiesz­czek], elż­bie­tań­skiego po­ematu, bę­dą­cego sta­łym te­ma­tem wy­kła­dów Le­wisa w Oks­for­dzie i Cam­bridge. Zda­niem Le­wisa to kla­syczne dzieło trak­tu­jące o „po­szu­ki­wa­niach, wę­drów­kach i nie­moż­li­wych do uga­sze­nia pra­gnie­niach” sta­no­wiło wy­raź­nie od­bi­cie wie­lo­let­niego po­bytu Spen­sera w Ir­lan­dii. Któż by nie za­uwa­żył „ła­god­nego, wil­got­nego po­wie­trza, bez­lu­dzia, nie­ostrych za­ry­sów wzgórz” czy „roz­dzie­ra­ją­cych serce za­cho­dów słońca” Ir­lan­dii? Zda­niem Le­wisa – który w tym miej­scu przed­sta­wia się jako ktoś, kto w rze­czy­wi­sto­ści jest „Ir­land­czy­kiem” – póź­niej­szy okres spę­dzony przez Spen­sera w An­glii osła­bił siłę jego wy­obraźni. „Wiele lat spę­dzo­nych w Ir­lan­dii sta­nowi tło naj­więk­szych dzieł po­etyc­kich Spen­sera, na­to­miast kilka lat spę­dzo­nych w An­glii to tło jego po­mniej­szych wier­szy”[17].

Także ję­zyk Le­wisa po­brzmiewa echem jego po­cho­dze­nia. W ko­re­spon­den­cji Le­wis sys­te­ma­tycz­nie używa an­glo-ir­landz­kich idio­mów lub gwary wy­wo­dzą­cej się z ga­elic­kiego, nie do­łą­cza­jąc żad­nych tłu­ma­czeń ani wy­ja­śnień – na przy­kład zwrotu to make a poor mo­uth („ro­bić nędzną gębę”, z ga­elic­kiego an béal bocht, co ozna­cza „na­rze­kać na biedę”) czy whist, now! (w zna­cze­niu „ci­cho bądź!”, po­cho­dzą­cego od ga­elic­kiego bí i do thost). Inne idiomy od­zwier­cie­dlają ra­czej lo­kalne idio­syn­kra­zje niż ga­elic­kie po­cho­dze­nie ję­zy­kowe, jak na przy­kład dzi­waczne wy­ra­że­nie as long as a Lur­gan spade („długi jak szpa­del z Lur­gan”, w zna­cze­niu po­nu­rej miny albo nosa na kwintę)[18]. Mimo że ak­cent Le­wisa znany z au­dy­cji ra­dio­wych z lat czter­dzie­stych jest ty­powy dla ów­cze­snego oks­fordz­kiego śro­do­wi­ska aka­de­mic­kiego, wy­mowa słów ta­kich jak friend, hour czy again de­li­kat­nie zdra­dza jego ir­landz­kie po­cho­dze­nie.

Dla­czego za­tem Le­wis nie jest znany jako je­den z naj­więk­szych ir­landz­kich pi­sa­rzy wszech cza­sów? Dla­czego nie ma ha­sła „C.S. Le­wis” w li­czą­cym 1472 strony, rze­komo wy­czer­pu­ją­cym Słow­niku li­te­ra­tury ir­landz­kiej z 1996 roku? Rzecz w tym, że Le­wis – trzeba przy­znać, że po czę­ści z wła­snego wy­boru – nie pa­suje do wzorca ir­landz­kiej toż­sa­mo­ści, do­mi­nu­ją­cego w dru­giej po­ło­wie XX wieku. Pod pew­nymi wzglę­dami Le­wis re­pre­zen­tuje wła­śnie te siły i wpływy, które zwo­len­nicy ste­reo­ty­po­wego po­dej­ścia do li­te­ra­tury ir­landz­kiej pra­gnę­liby od­rzu­cić. Po­dob­nie jak Du­blin był na po­czątku XX wieku ośrod­kiem dą­że­nia do home rule i do­po­mi­na­nia się o od­ro­dze­nie ir­landz­kiej kul­tury, tak Bel­fast, ro­dzinne mia­sto Le­wisa, sta­no­wił cen­trum oporu wo­bec tych ten­den­cji.

Jed­nym z po­wo­dów, dla któ­rych Ir­lan­dia po­sta­no­wiła za­po­mnieć o Le­wi­sie, jest fakt, że był on Ir­land­czy­kiem nie ta­kim jak trzeba. W roku 1917 Le­wis nie­wąt­pli­wie uwa­żał się za sym­pa­tyka nurtu „Szkoły No­wej Ir­lan­dii” i roz­wa­żał wy­sła­nie swo­ich wier­szy do du­bliń­skiego wy­daw­nic­twa Maun­sel i Ro­berts[19], sil­nie po­wią­za­nego z ir­landz­kim na­cjo­na­li­zmem, które w tym sa­mym roku opu­bli­ko­wało dzieła ze­brane wiel­kiego na­ro­do­wego pi­sa­rza ir­landz­kiego Pa­tricka Pe­arse’a (1879–1916). Przy­zna­jąc, że jest to „dru­go­rzędne wy­daw­nic­two”, Le­wis wy­ra­żał na­dzieję, że dzięki temu może po­trak­tują jego pro­po­zy­cję po­waż­nie[20].

Rok póź­niej sprawy te przed­sta­wiały mu się jed­nak zu­peł­nie ina­czej. W li­ście do dłu­go­let­niego przy­ja­ciela Ar­thura Gre­evesa Le­wis dzie­lił się oba­wami, że „Szkoła No­wej Ir­lan­dii” sta­nie się osta­tecz­nie „czymś w ro­dzaju ma­łego in­te­lek­tu­al­nego za­ułka, od­da­lo­nego od głów­nego traktu”. Do­ce­niał te­raz zna­cze­nie trzy­ma­nia się „sze­ro­kiego go­ścińca my­śli”, pi­sa­nia ra­czej dla sze­ro­kiej pu­blicz­no­ści niż dla wą­skiego grona okre­ślo­nego przez pro­gramy po­li­tyczne i kul­tu­rowe. Pu­bli­ko­wa­nie w wy­daw­nic­twie Maun­sela by­łoby zda­niem Le­wisa rów­no­znaczne ze zwią­za­niem się z ru­chem bę­dą­cym nie­wiele wię­cej niż „sektą”. Jego ir­landzka toż­sa­mość, in­spi­ro­wana kra­jo­bra­zami, a nie hi­sto­rią po­li­tyczną Ir­lan­dii, miała zna­leźć wy­raz w li­te­ra­tu­rze głów­nego nurtu, a nie na li­te­rac­kiej „bocz­nicy”[21]. Le­wis być może chciał wznieść się po­nad pro­win­cjo­na­lizm li­te­ra­tury ir­landz­kiej, jed­nak po­mimo tego po­zo­stał on jed­nym z jej naj­zna­ko­mit­szych i naj­słyn­niej­szych przed­sta­wi­cieli.

OTO­CZONY KSIĄŻ­KAMI. ZWIA­STUNY LI­TE­RAC­KIEGO TA­LENTU

Nie­wąt­pli­wie ir­landzki kra­jo­braz na­le­żał do czyn­ni­ków kształ­tu­ją­cych płodną wy­obraź­nię Le­wisa. Ist­niało jed­nak dru­gie źró­dło sta­no­wiące ważną in­spi­ra­cję jego mło­dzień­czego świa­to­po­glądu – li­te­ra­tura. Jed­nym z naj­trwal­szych wspo­mnień Le­wisa z dzie­ciń­stwa był dom pe­łen ksią­żek. Al­bert Le­wis, żeby za­ro­bić na utrzy­ma­nie, pra­co­wał co prawda jako ad­wo­kat z urzędu, ale w głębi serca był przede wszyst­kim wiel­bi­cie­lem li­te­ra­tury.

W kwiet­niu 1905 roku Le­wi­so­wie prze­pro­wa­dzili się do no­wego, więk­szego domu na przed­mie­ściach Bel­fa­stu – był to „Le­ebo­ro­ugh Ho­use” przy Cir­cu­lar Road w Strand­town, po­tocz­nie znany jako „Lit­tle Lea” albo „Le­aboro”. Po tym wiel­kim domu bra­cia mo­gli bu­szo­wać do woli, a ich wy­obraź­nia prze­kształ­cała go w ta­jem­ni­cze kró­le­stwa i obce kraje. Obaj za­miesz­ki­wali fan­ta­styczne kra­iny i część swo­ich po­my­słów prze­le­wali na pa­pier. Le­wis pi­sał o mó­wią­cych zwie­rzę­tach w „Kra­inie Zwie­rząt” (Ani­mal-Land), na­to­miast War­nie pi­sał o „In­diach” (które po­tem po­łą­czyli w rów­nie fan­ta­styczną kra­inę Bo­xen).

Le­wis wspo­mi­nał po­tem, że w no­wym domu wszę­dzie wi­dział pię­trzące się sterty i półki pełne ksią­żek[22]. W desz­czowe dni czę­sto znaj­do­wał po­cie­sze­nie i to­wa­rzy­stwo w lek­tu­rze, błą­ka­jąc się swo­bod­nie w kra­inach li­te­rac­kiej wy­obraźni. Wśród ob­fi­to­ści ksią­żek roz­sia­nych po „No­wym Domu” nie bra­ko­wało ro­man­sów ry­cer­skich i mi­to­lo­gii, które stały się dla dzie­cię­cej wy­obraźni Le­wisa no­wymi oknami na świat. Kra­jo­brazy hrab­stwa Down oglą­dane przez pry­zmat li­te­ra­tury oka­zały się bramą do da­le­kich krain. War­ren Le­wis po la­tach twier­dził, że im­puls dla ich wy­obraźni sta­no­wiły desz­czowa po­goda i tę­sk­nota za czymś, co daje wię­cej sa­tys­fak­cji[23]. Czy wy­prawy jego brata w kra­inę wy­obraźni za­po­cząt­ko­wało „wpa­try­wa­nie się w nie­osią­galne wzgó­rza”, wi­dziane przez strugi desz­czu pod sza­rym nie­bem?

Ilu­stra­cja 1.2. Le­wi­so­wie przed wej­ściem do Lit­tle Lea, 1905. Z tyłu od le­wej: Agnes Le­wis (ciotka), dwie słu­żące, Flora Le­wis (matka). Z przodu od le­wej: War­nie, C.S. Le­wis, Le­onard Le­wis (ku­zyn), Eileen Le­wis (ku­zynka) oraz Al­bert Le­wis (oj­ciec) trzy­ma­jący psa Nero.

Miano „Szma­rag­do­wej Wy­spy” Ir­lan­dia za­wdzię­cza wła­śnie du­żej ilo­ści opa­dów i mgłom, co za­pew­nia wy­soką wil­got­ność gleby i bujną zie­leń traw. Le­wis w cał­kiem na­tu­ralny spo­sób prze­niósł póź­niej wła­sne po­czu­cie by­cia uwię­zio­nym przez deszcz na czwórkę dzieci za­mknię­tych w domu sta­rego pro­fe­sora bez moż­li­wo­ści zba­da­nia oko­licy z po­wodu „desz­czu tak gę­stego, że przez okno nie było wi­dać ani gór, ani la­sów, ani na­wet stru­myka pły­ną­cego przez ogród”[24]. Czy dom pro­fe­sora z książki Lew, cza­row­nica i stara szafa jest wzo­ro­wany na Le­ebo­ro­ugh?

Z Lit­tle Lea mały Le­wis wi­dział od­le­głe wzgó­rza Ca­stle­re­agh, które zda­wały się ko­mu­ni­ko­wać coś roz­dzie­ra­jąco waż­nego, ale bo­le­śnie nie­osią­gal­nego. Stały się one sym­bo­lem li­mi­nal­no­ści, za­wie­sze­nia na progu no­wego, głęb­szego i bar­dziej sa­tys­fak­cjo­nu­ją­cego spo­sobu ży­cia i my­śle­nia. Gdy na nie pa­trzył, w jego sercu ro­dziła się doj­mu­jąca tę­sk­nota. Nie umiał po­wie­dzieć do­kład­nie, za czym tę­skni, wie­dział tylko, że do­świad­cza w so­bie ja­kiejś pustki i że ta­jem­ni­cze wzgó­rza jesz­cze wzma­gają to uczu­cie, nie da­jąc za­spo­ko­je­nia. W książce Błą­dze­nie piel­grzyma wzgó­rza te po­ja­wiają się jako sym­bol nie­zna­nego pra­gnie­nia serca. Le­wis miał wra­że­nie, że stoi na progu cze­goś cu­dow­nego i ku­szą­cego. Jak jed­nak do­stać się do tej ta­jem­ni­czej kra­iny? Kto otwo­rzy mu drzwi i wpu­ści go do środka? Nic dziw­nego, że w póź­niej­szych pró­bach udzie­le­nia przez Le­wisa od­po­wie­dzi na naj­waż­niej­sze ży­ciowe py­ta­nia sym­bol drzwi od­gry­wał zna­czącą rolę.

Ni­skie, zie­lone pa­smo wzgórz Ca­stle­re­agh, choć sto­sun­kowo bli­skie, stało się w ten spo­sób sym­bo­lem cze­goś od­le­głego i nie­osią­gal­nego. Wzgó­rza te były dla Le­wisa da­le­kim obiek­tem po­żą­da­nia, gra­nicą zna­nego mu świata, skąd można było usły­szeć ci­che gra­nie „ro­gów kra­iny el­fów”. „Dzięki nim po­zna­łem tę­sk­notę – Sehn­sucht – i jesz­cze za­nim skoń­czy­łem sześć lat, sta­łem się wier­nym czci­cie­lem Błę­kit­nego Kwiatu”[25].

Mu­simy za­trzy­mać się nad tym stwier­dze­niem. Co Le­wis ro­zu­miał pod po­ję­ciem Sehn­sucht? To nie­miec­kie słowo, na­su­wa­jące wiele sko­ja­rzeń ze świa­tem uczuć i wy­obraźni, we­dług słyn­nej de­fi­ni­cji po­ety Mat­thew Ar­nolda, ozna­cza „me­lan­cho­lijną, ci­chą, łzawą tę­sk­notę”. A co ozna­cza „Błę­kitny Kwiat”? Pi­sa­rze nie­miec­kiego ro­man­ty­zmu, tacy jak No­va­lis (1772–1801) i Jo­seph von Eichen­dorff (1788–1857), uży­wali ob­razu „Błę­kit­nego Kwiatu” jako sym­bolu ma­ja­ków i tę­sk­not ludz­kiej du­szy, zwłasz­cza tych, które bu­dzi – choć ich nie za­spo­kaja – świat na­tury.

Za­tem już na tym wcze­snym eta­pie Le­wis ba­dał i kwe­stio­no­wał gra­nice wła­snego świata. Co kryło się za jego ho­ry­zon­tem? Py­ta­nia, które tę­sk­noty te tak pro­wo­ka­cyj­nie bu­dziły w jego dzie­cię­cym umy­śle, po­zo­sta­wały jed­nak bez od­po­wie­dzi. Jaki kie­ru­nek wska­zy­wały? Czy wio­dły tam ja­kieś drzwi? A je­śli tak, to gdzie na­le­żało ich szu­kać? I do­kąd mo­gły one za­pro­wa­dzić? Po­szu­ki­wa­nie od­po­wie­dzi na te py­ta­nia miało za­jąć Le­wi­sowi ko­lejne 25 lat.

SA­MOT­NOŚĆ. WAR­NIE WY­JEŻ­DŻA DO AN­GLII

Wszystko, co wiemy o Le­wi­sie około 1905 roku, su­ge­ruje, że był sa­mot­nym, nie­mal po­zba­wio­nym przy­ja­ciół in­tro­wer­ty­kiem, któ­remu przy­jem­ność i speł­nie­nie da­wało czy­ta­nie ksią­żek w od­osob­nie­niu. Dla­czego w od­osob­nie­niu? Po wy­bu­do­wa­niu no­wego domu dla ro­dziny Al­bert Le­wis za­jął się za­pew­nie­niem sy­nom per­spek­tyw na przy­szłość. Jako fi­lar pro­te­stanc­kiego es­ta­bli­sh­mentu Bel­fa­stu uwa­żał, że naj­lep­sze dla ich roz­woju bę­dzie wy­sła­nie ich do An­glii, do szkół z in­ter­na­tem. Brat Al­berta, Wil­liam, wy­słał już swo­jego syna do an­giel­skiej szkoły, wi­dział w tym bo­wiem za­do­wa­la­jącą ścieżkę awansu spo­łecz­nego. Al­bert zde­cy­do­wał się na to samo. Pod­czas po­szu­ki­wa­nia szkoły, która naj­le­piej od­po­wia­da­łaby jego po­trze­bom, zwró­cił się po radę do pro­fe­sjo­na­li­stów.

Lon­dyń­ska agen­cja edu­ka­cyjna Gab­bi­tas & Thring, po­wstała w 1873 roku, zaj­mo­wała się re­kru­to­wa­niem na­uczy­cieli dla wio­dą­cych szkół an­giel­skich i udzie­la­niem po­rad ro­dzi­com pra­gną­cym za­pew­nić jak naj­lep­szą edu­ka­cję swoim dzie­ciom. Wśród na­uczy­cieli, któ­rym po­mo­gła zna­leźć od­po­wied­nie po­sady, były ta­kie przy­szłe sławy – dziś co prawda pa­mię­tane nie ze względu na swoją dawną ka­rierę na­uczy­ciel­ską – jak Wy­stan Hugh Au­den, John Be­tje­man, Edward El­gar, Eve­lyn Waugh czy Her­bert Geo­rge Wells. W 1923 roku ob­cho­dząca pięć­dzie­się­cio­le­cie ist­nie­nia firma mo­gła po­szczy­cić się ob­sa­dze­niem 120 ty­sięcy wol­nych po­sad na­uczy­ciel­skich oraz udzie­le­niem po­rad aż 50 ty­siącom ro­dzi­ców, któ­rzy zwra­cali się do niej w po­szu­ki­wa­niu naj­lep­szych szkół dla swo­jego po­tom­stwa. Jed­nym z nich był Al­bert Le­wis, który po­pro­sił o radę w spra­wie szkoły dla star­szego syna, War­rena.

Re­ko­men­da­cja, która na­de­szła nie­zwłocz­nie, oka­zała się zdu­mie­wa­jąco błędna. W maju 1905 roku, bez wni­kliw­szych i bar­dziej kry­tycz­nych do­cie­kań, ja­kich można by się spo­dzie­wać po czło­wieku na jego sta­no­wi­sku, Al­bert Le­wis wy­słał dzie­wię­cio­let­niego War­rena do Wy­ny­ard School w Wat­ford, na pół­noc od Lon­dynu. Była to być może pierw­sza z wielu po­my­łek, ja­kie oj­ciec Le­wisa po­peł­nił w re­la­cjach z sy­nami.

Jacks – bo ta­kim imie­niem Le­wis chciał być te­raz na­zy­wany – i jego brat, War­nie, miesz­kali w Lit­tle Lea ra­zem tylko mie­siąc; ich wspól­nym azy­lem był „Mały skrajny po­kój” na naj­wyż­szym pię­trze roz­le­głego do­mo­stwa. Te­raz, kiedy ich roz­dzie­lono, C.S. Le­wis zo­stał sam i po­bie­rał lek­cje od matki i gu­wer­nantki An­nie Har­per. Ale chyba naj­lep­szymi na­uczy­cie­lami były dla niego sterty ksią­żek, któ­rych nikt nie za­bra­niał mu czy­tać.

Przez dwa lata Le­wis prze­mie­rzał sa­mot­nie dłu­gie, skrzy­piące ko­ry­ta­rze i prze­stronne pod­da­sza, a je­dy­nymi jego to­wa­rzy­szami były nie­prze­li­czone tomy ksią­żek. Jego we­wnętrzny świat za­czy­nał na­bie­rać kształ­tów. Inni chłopcy w jego wieku ba­wili się na uli­cach albo w oko­li­cach Bel­fa­stu, on na­to­miast two­rzył, za­miesz­ki­wał i od­kry­wał swoje pry­watne światy. Zo­stał zmu­szony do sta­nia się sa­mot­ni­kiem – ten fakt bez wąt­pie­nia stał się ka­ta­li­za­to­rem jego wy­obraźni. Pod nie­obec­ność War­niego nie miał ni­kogo, z kim mógłby dzie­lić swoje tę­sk­noty i ma­rze­nia. Nie­zwy­kłego zna­cze­nia na­brały dla niego te­raz szkolne wa­ka­cje. Był to czas, gdy War­nie wra­cał do domu.

PIERW­SZE SPO­TKA­NIA Z RA­DO­ŚCIĄ

Mniej wię­cej w tym cza­sie ży­cie we­wnętrzne Le­wisa, już i tak bar­dzo bo­gate, przy­brało nowy ob­rót. Le­wis wspo­mi­nał po­tem trzy wcze­sne prze­ży­cia, które jego zda­niem ukształ­to­wały jedną z głów­nych kwe­stii jego ży­cia. Pierw­sze z nich miało miej­sce, gdy za­pach „kwit­ną­cej po­rzeczki” w ogro­dzie Lit­tle Lea wy­wo­łał wspo­mnie­nie „od­le­głego po­ranka w Sta­rym Domu” – w Dun­dela Vil­las, domu wy­naj­mo­wa­nym wów­czas przez Al­berta Le­wisa od krew­nego[26]. Le­wis opi­suje do­świad­cze­nie prze­lot­nego, roz­kosz­nego uczu­cia pra­gnie­nia, które go wów­czas ogar­nęło. Za­nim zdo­łał się zo­rien­to­wać, co się dzieje, prze­ży­cie się skoń­czyło; po­zo­stała po nim tyko „ni­kła tę­sk­nota za tę­sk­notą, która już ode­szła”. Le­wi­sowi wy­dało się to czymś nie­zmier­nie waż­nym: „w pew­nym sen­sie wszyst­kie chwile, które do tej pory prze­ży­łem, zbla­dły w po­rów­na­niu z tą jedną”. Ale co to wszystko zna­czyło?

Dru­gie do­świad­cze­nie wią­zało się z lek­turą książki Be­atrix Pot­ter Wie­wió­rek Orzeszko (1903). Mimo że Le­wis w tym cza­sie lu­bił wszyst­kie książki Be­atrix Pot­ter, wła­śnie ta z ja­kie­goś względu wzbu­dziła w nim doj­mu­jącą tę­sk­notę za czymś, co naj­wy­raź­niej wy­my­kało się opi­sowi i co okre­ślił po­tem jako „po­ję­cie je­sieni”[27]. Raz jesz­cze do­świad­czył „nie­zwy­kle sil­nego pra­gnie­nia”.

Trzeci raz uczu­cie to na­wie­dziło go, gdy prze­czy­tał kilka li­ni­jek z po­ematu szwedz­kiego po­ety Esa­iasa Te­gnéra (1782–1846) w tłu­ma­cze­niu Wad­swor­tha Long­fel­lowa[28]:

Z da­leka do­biegł mnie krzyk

Bal­der Piękny

nie żyje, nie żyje –

Słowa te zro­biły na Le­wi­sie pio­ru­nu­jące wra­że­nie. Jakby otwarły mu nowe drzwi, któ­rych ist­nie­nia do­tąd nie po­dej­rze­wał, i od­sło­niły wi­dok na nie­znaną kra­inę, wy­kra­cza­jącą poza do­tych­cza­sowe do­świad­cze­nie, do któ­rej pra­gnął wejść i nią za­wład­nąć. Przez chwilę zda­wało mu się, że nic in­nego nie ma zna­cze­nia. „Nie wie­dzia­łem, kim był ten Bal­der – wspo­mi­nał po la­tach – jed­nak na­tych­miast po­czu­łem się prze­nie­siony gdzieś da­leko, w roz­le­głe kra­iny pod pół­noc­nym nie­bem. Pra­gną­łem nie­mal do bólu cze­goś nie­okre­ślo­nego, ja­kiejś in­nej, da­le­kiej, sro­giej prze­strzeni”[29]. Ale jesz­cze za­nim zdał so­bie sprawę, co się z nim dzieje, prze­ży­cie mi­nęło, po­zo­sta­wia­jąc je­dy­nie tę­sk­notę za tym, by od­na­leźć je znowu.

Spo­glą­da­jąc wstecz na te trzy do­świad­cze­nia, Le­wis zro­zu­miał, że można je uznać za trzy prze­jawy jed­nej rze­czy­wi­sto­ści, którą jest „nie­za­spo­ko­jone pra­gnie­nie”, samo w so­bie „god­niej­sze po­żą­da­nia niż ja­kie­kol­wiek za­spo­ko­je­nie. Taki wła­śnie stan na­zy­wam Ra­do­ścią”[30]. Po­szu­ki­wa­nie tejże Ra­do­ści miało się stać głów­nym mo­ty­wem jego ży­cia i twór­czo­ści li­te­rac­kiej.

Jak za­tem po­win­ni­śmy ro­zu­mieć te do­świad­cze­nia, które ode­grały tak zna­czącą rolę w roz­woju Le­wisa, a zwłasz­cza w kształ­to­wa­niu jego „ży­cia we­wnętrz­nego”? Może po­mocne okaże się kla­syczne stu­dium Od­miany do­świad­cze­nia re­li­gij­nego, w któ­rym ha­rvardzki psy­cho­log Wil­liam Ja­mes (1842–1910) pod­jął próbę wy­tłu­ma­cze­nia zło­żo­nych, moc­nych do­świad­czeń, bę­dą­cych sed­nem ży­cia tak wielu re­li­gij­nych my­śli­cieli. Opie­ra­jąc się na sze­ro­kim wy­bo­rze pu­bli­ka­cji i oso­bi­stych świa­dectw, Ja­mes wy­róż­nił cztery cha­rak­te­ry­styczne ce­chy tego ro­dzaju do­świad­czeń[31]. Prze­ży­cia tego typu, po pierw­sze, cha­rak­te­ry­zuje „nie­wy­ra­żal­ność”. Są one nie do wy­ra­że­nia i nie można wier­nie wy­ra­zić ich sło­wami.

Po dru­gie, Ja­mes su­ge­ruje, że do­świad­cza­jące ich osoby prze­ży­wają stan „wej­rze­nia w głę­biny prawdy nie­do­stęp­nej dla in­te­lektu dys­kur­syw­nego”. In­nymi słowy, są one prze­ży­wane jako „pełne zna­cze­nia i wagi ilu­mi­na­cje i ob­ja­wie­nia”. Po­zo­sta­wiają „spe­cy­ficzne po­czu­cie au­to­ry­tetu”, prze­mie­nia­jąc poj­mo­wa­nie świata przez tych, któ­rzy ich do­świad­czają, i czę­sto wy­wo­łu­jąc głę­bo­kie po­czu­cie, że sta­no­wią one ob­ja­wie­nie no­wych głę­bin prawdy. Mo­tywy te nie­wąt­pli­wie sta­no­wią pod­łoże wcze­snych opi­sów „Ra­do­ści”, ta­kich jak stwier­dze­nie, że „wszyst­kie chwile, które do tej pory prze­ży­łem, zbla­dły w po­rów­na­niu z tą jedną”.

Po trze­cie, Ja­mes pod­kre­śla, że do­świad­cze­nia te są ulotne; „nie­moż­liwe do zno­sze­nia przez czas dłuż­szy”. Za­zwy­czaj trwają one od kilku se­kund do kilku mi­nut i nie spo­sób przy­po­mnieć so­bie wy­raź­nie, ja­kie były, choć roz­po­znaje się je, gdy się po­wtó­rzą; ich „ja­kość daje się w nie­do­sko­nały spo­sób od­two­rzyć w pa­mięci”. Ten aspekt ty­po­lo­gii do­świad­cze­nia re­li­gij­nego stwo­rzo­nej przez Ja­mesa znaj­duje wy­raźne od­bi­cie w pro­zie Le­wisa.

Na ko­niec Ja­mes stwier­dza, że ktoś, kto prze­żył po­dobne do­świad­cze­nie, od­czuwa, „że chwyta go i trzyma ja­kaś wyż­sza moc”. Do­świad­czeń tych nie po­wo­duje ak­tyw­ność pod­miotu; spa­dają one na lu­dzi, czę­sto z prze­możną siłą.

Prze­ko­nu­jące opisy do­świad­cze­nia „Ra­do­ści”, ja­kie znaj­du­jemy u Le­wisa, nie­wąt­pli­wie wpi­sują się w de­fi­ni­cję Ja­mesa. Le­wis po­strze­gał te prze­ży­cia jako głę­boko sen­sowne i otwie­ra­jące do in­nego świata drzwi, które nie­mal na­tych­miast za­my­kały się znowu, po­zo­sta­wia­jąc uczu­cie unie­sie­nia z po­wodu tego, co się stało, oraz pra­gnie­nie, by to od­zy­skać. Przy­po­mi­nały one chwi­lowe, ulotne epi­fa­nie, ujaw­nia­jące na­gle bo­le­sną ostrość i wy­ra­zi­stość rze­czy­wi­sto­ści, by za­raz po­tem, gdy tylko świa­tło zga­sło, a wi­zja się roz­wiała, po­zo­sta­wić po so­bie je­dy­nie wspo­mnie­nie i tę­sk­notę.

Do­świad­cze­nia te spra­wiały, że Le­wis prze­ży­wał stratę, a na­wet czuł się zdra­dzony. Jed­nak po­mimo fru­stra­cji i za­nie­po­ko­je­nia su­ge­ro­wały one rów­nież, że świat wi­dzialny może być tylko kur­tyną skry­wa­jącą roz­le­głe, nie­zba­dane prze­strze­nie, pełne ta­jem­ni­czych oce­anów i wysp. Myśl ta, od­kąd mu za­świ­tała, ni­gdy nie stra­ciła dla Le­wisa emo­cjo­nal­nego uroku i nie prze­stała po­cią­gać jego wy­obraźni. Mimo to, jak prze­ko­namy się za chwilę, miał on wkrótce uznać, że Ra­dość była je­dy­nie uro­je­niem, dzie­cin­nym ma­rze­niem, które kieł­ku­jący do­ro­sły ra­cjo­na­lizm miał zde­ma­sko­wać jako okrutne złu­dze­nie. Wy­obra­że­nia trans­cen­dent­nej kra­iny czy Boga mo­gły być „kłam­stwami tchnię­tymi przez sre­bro”[32], nie­mniej po­zo­sta­wały kłam­stwami.

ŚMIERĆ FLORY LE­WIS

Edward VII wstą­pił na tron An­glii po śmierci kró­lo­wej Wik­to­rii w 1901 roku i rzą­dził przez ko­lejne dzie­więć lat. Epoka edwar­diań­ska jest dziś czę­sto przed­sta­wiana jako idyl­liczny czas dłu­gich let­nich po­po­łu­dni i ele­ganc­kich przy­jęć w ogro­dach, bru­tal­nie prze­rwany przez pierw­szą wojnę świa­tową – Wielką Wojnę 1914–1918. Choć ten bar­dzo wy­ide­ali­zo­wany ob­raz epoki edwar­diań­skiej w du­żym stop­niu od­zwier­cie­dla po­wo­jenną no­stal­gię lat dwu­dzie­stych XX wieku, nie ulega wąt­pli­wo­ści, że wielu także wów­czas uwa­żało ją za wiek sta­bi­li­za­cji i bez­pie­czeń­stwa. Wiele spraw bu­dziło, co prawda, nie­po­kój – przede wszyst­kim ro­snąca po­tęga woj­skowa i prze­my­słowa Nie­miec oraz eko­no­miczna po­tęga Sta­nów Zjed­no­czo­nych, które to pań­stwa, jak nie­któ­rzy zda­wali so­bie z tego sprawę, sta­no­wiły zna­czące za­gro­że­nie dla im­pe­rial­nych in­te­re­sów Wiel­kiej Bry­ta­nii. Do­mi­no­wała jed­nak at­mos­fera sil­nego, sta­bil­nego mo­car­stwa, któ­rego szlaki han­dlowe chro­niła naj­po­tęż­niej­sza na świe­cie ma­ry­narka wo­jenna.

To po­czu­cie sta­bi­li­za­cji wi­dać wy­raź­nie we wcze­snym dzie­ciń­stwie Le­wisa. W maju 1907 roku Le­wis pi­sał do War­niego, że jest już pra­wie po­sta­no­wione, iż na część wa­ka­cji po­jadą do Fran­cji. Wy­jazd za gra­nicę był zna­czącą od­mianą w ży­ciu Le­wi­sów, któ­rzy za­zwy­czaj spę­dzali do sze­ściu ty­go­dni w let­ni­sko­wych miej­sco­wo­ściach pół­noc­nej Ir­lan­dii, ta­kich jak Ca­stle­rock czy Por­trush. Oj­ciec, za­jęty pracą w swo­jej kan­ce­la­rii praw­ni­czej, czę­sto by­wał na tych wy­jaz­dach prze­lot­nym go­ściem. Do Fran­cji, jak się oka­zało, nie do­tarł wcale.

Ilu­stra­cja 1.3. Pen­sjo­nat le Pe­tit Val­lon, Ber­ne­val-le-Grand, Pas-de-Ca­lais, Fran­cja. Pocz­tówka, ok. 1905.

Tym ra­zem Le­wis mógł de­lek­to­wać się spo­koj­nymi wa­ka­cjami spę­dza­nymi je­dy­nie w to­wa­rzy­stwie brata i matki. Flora Le­wis za­brała obu sy­nów 20 sierp­nia 1907 roku do Pen­sion le Pe­tit Val­lon, ro­dzin­nego pen­sjo­natu w ma­łym mia­steczku Ber­ne­val-le-Grand w Nor­man­dii, nie­da­leko Dieppe, gdzie zo­stali do 18 wrze­śnia. Pocz­tówka z po­czątku XX wieku wy­ja­śnia być może wy­bór Flory: nad fo­to­gra­fią uka­zu­jącą edwar­diań­skie ro­dziny od­po­czy­wa­jące bez­tro­sko na te­re­nie pen­sjo­natu wid­nieją na po­cze­snym miej­scu uspo­ka­ja­jące słowa: „Mó­wimy po an­giel­sku”. Wszel­kie na­dzieje Le­wisa na przy­swo­je­nie so­bie odro­biny ję­zyka fran­cu­skiego roz­wiały się, gdy od­krył, że wszy­scy po­zo­stali go­ście są An­gli­kami.

Miało to być idyl­liczne lato póź­nej epoki edwar­diań­skiej; nic nie za­po­wia­dało nad­cho­dzą­cych po­twor­no­ści. Ho­spi­ta­li­zo­wany we Fran­cji w cza­sie pierw­szej wojny świa­to­wej za­le­d­wie 18 mil (29 ki­lo­me­trów) na wschód od Ber­ne­val-le-Grand, Le­wis z ża­lem wspo­mi­nał te dro­gie i bez­pow­rot­nie utra­cone szczę­śliwe dni[33]. Nikt nie do­strze­gał po­li­tycz­nego praw­do­po­do­bień­stwa wy­bu­chu tak okrut­nej wojny ani znisz­czeń, ja­kie miała za sobą po­cią­gnąć – tak jak nikt z ro­dziny Le­wi­sów nie mógł wie­dzieć, że będą to ich ostat­nie wspólne wa­ka­cje. Rok póź­niej Flora Le­wis już nie żyła.

Na po­czątku 1908 roku stwier­dzono u niej po­ważną cho­robę. No­wo­twór roz­wi­nął się w ja­mie brzusz­nej. Al­bert Le­wis po­pro­sił swo­jego ojca, Ri­charda, miesz­ka­ją­cego ra­zem z nimi w Lit­tle Lea za­le­d­wie od kilku mie­sięcy, żeby z po­wro­tem się wy­pro­wa­dził. Po­trzebne było miej­sce dla pie­lę­gnia­rek, które miały opie­ko­wać się Florą. Zmiana ta oka­zała się jed­nak po­nad siły Ri­charda Le­wisa. Pod ko­niec marca do­stał wy­lewu, a w na­stęp­nym mie­siącu zmarł.

Kiedy stało się ja­sne, że Flora jest bli­ska śmierci, ze szkoły w An­glii we­zwano War­niego, żeby mógł być z nią w ostat­nich ty­go­dniach ży­cia. Cho­roba matki jesz­cze bar­dziej zbli­żyła braci. Jedno z naj­bar­dziej wzru­sza­ją­cych zdjęć z tego okresu przed­sta­wia War­niego i C.S. Le­wisa sto­ją­cych z ro­we­rami przed Glen­ma­chan Ho­use, nie­da­leko Lit­tle Lea na po­czątku sierp­nia 1908 roku. W świe­cie Le­wisa miały nie­ba­wem zajść dra­styczne i nie­od­wra­calne zmiany.

Flora zmarła we wła­snym łóżku 23 sierp­nia 1908 roku – w 45. uro­dziny Al­berta Le­wisa. W ka­len­da­rzu w jej sy­pialni wid­niał na ten dzień jakby po­grze­bowy cy­tat z Króla Le­ara: „Lu­dzie zno­sić mu­szą odej­ście swoje”[34]. War­nie od­krył póź­niej, że do końca ży­cia Al­berta Le­wisa ka­len­darz po­zo­stał otwarty na tej sa­mej stro­nie[35].

Ilu­stra­cja 1.4. C.S. Le­wis i War­nie z ro­we­rami przed do­mem ro­dziny Ewar­tów, Glen­ma­chan Ho­use, sier­pień 1908.

Zgod­nie z ów­cze­snym zwy­cza­jem Le­wis mu­siał zo­ba­czyć spo­czy­wa­jące w trum­nie ciało matki, aż na­zbyt wy­raź­nie na­zna­czone od­ra­ża­ją­cymi śla­dami cier­pie­nia. Było to dla niego trau­ma­tyczne do­świad­cze­nie. „Po śmierci mamy skoń­czyła się spo­kojna szczę­śli­wość dzie­ciń­stwa, zni­kło po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa i sta­bi­li­za­cji”[36].

W książce Sio­strze­niec cza­ro­dzieja matka Di­gory’ego Kirka na łożu śmierci jest opi­sana z czu­ło­ścią, która zdaje się po­brzmie­wać echem drę­czą­cych wspo­mnień Le­wisa o Flo­rze: „Le­żała spo­koj­nie, jak za­wsze, wsparta na po­dusz­kach, z wy­chu­dłą, bladą twa­rzą, na wi­dok któ­rej chciało się od razu pła­kać”[37]. Nie ulega wąt­pli­wo­ści, że frag­ment ten przy­wo­łuje ból sa­mego Le­wisa, zwłasz­cza wi­dok ciała matki w otwar­tej trum­nie. Zdaje się, że ule­cze­nie matki Di­gory’ego ze śmier­tel­nej cho­roby za po­mocą cza­ro­dziej­skiego jabłka z Na­rnii było ze strony au­tora próbą zła­go­dze­nia wła­snych głę­bo­kich zra­nień emo­cjo­nal­nych bal­sa­mem wy­obraźni; Le­wis usi­ło­wał po­ra­dzić so­bie z tym, co na­prawdę się stało, przez wy­obra­że­nie so­bie tego, co mo­głoby się stać.

Choć Le­wis był wy­raź­nie przy­gnę­biony śmier­cią matki, jego wspo­mnie­nia tego mrocz­nego okresu sku­piają się ra­czej na szer­szych im­pli­ka­cjach, ja­kie śmierć Flory miała dla ca­łej ro­dziny. Al­bert Le­wis, zma­ga­jąc się z cho­robą żony, naj­wy­raź­niej nie uświa­da­miał so­bie głęb­szych po­trzeb swo­ich sy­nów. Clive Sta­ples Le­wis opi­suje ten okres jako za­po­wiedź końca ży­cia ro­dzin­nego i za­siew pierw­szych zia­ren póź­niej­szego wy­ob­co­wa­nia. Po stra­cie żony Al­ber­towi gro­ziła także utrata obu sy­nów[38]. Dwa ty­go­dnie po śmierci Flory zmarł star­szy brat Al­berta, Jo­seph. Ro­dzina Le­wi­sów zna­la­zła się w kry­zy­sie. Oj­ciec i dwaj sy­no­wie zna­leźli się zu­peł­nie sami. „Mój kon­ty­nent za­to­nął jak Atlan­tyda, zo­stały z niego tylko wy­spy roz­siane po roz­le­głym mo­rzu”[39].

Mógł to być czas od­nowy oj­cow­skich uczuć i umoc­nie­nia sy­now­skiego przy­wią­za­nia. Nic ta­kiego się jed­nak nie stało. O tym, że zdrowy roz­są­dek za­wiódł Al­berta w tym prze­ło­mo­wym cza­sie, wy­raź­nie świad­czy de­cy­zja co do przy­szło­ści sy­nów, pod­jęta w ob­li­czu wiel­kiego kry­zysu, ja­kiego do­świad­czyli w tak mło­dym wieku. Za­le­d­wie dwa ty­go­dnie po trau­ma­tycz­nej śmierci matki C.S. Le­wis stał z War­niem na na­brzeżu por­to­wym, go­towy do wej­ścia na po­kład noc­nego pa­rowca, pły­ną­cego do an­giel­skiego portu Fle­etwood w hrab­stwie Lan­ca­shire. Po­zba­wiony in­te­li­gen­cji emo­cjo­nal­nej oj­ciec po­że­gnał swo­ich emo­cjo­nal­nie za­nie­dba­nych sy­nów w emo­cjo­nal­nie nie­ade­kwatny spo­sób. Wszystko, co do tej pory ota­czało Le­wisa, da­jąc mu po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa i toż­sa­mo­ści, zda­wało się te­raz zni­kać. Zo­stał wy­słany z Ir­lan­dii – da­leko od domu i ksią­żek – do ob­cego miej­sca, gdzie miał za­miesz­kać wśród ob­cych, z War­niem jako je­dy­nym to­wa­rzy­szem nie­doli. Wy­słano go do Wy­ny­ard School – szkoły okre­ślo­nej w Za­sko­czo­nym ra­do­ścią mia­nem „Bel­sen”.

ROZ­DZIAŁ 2

PA­SKUDNA AN­GLIA.LATA SZKOLNE.1908–1917

W 1962 roku Fran­cine Smi­th­line, uczen­nica z No­wego Jorku, na­pi­sała do C.S. Le­wisa, żeby mu po­wie­dzieć, jak bar­dzo po­do­bały jej się książki o Na­rnii i po­pro­sić o wię­cej in­for­ma­cji na te­mat jego lat szkol­nych. Le­wis w od­po­wie­dzi na­pi­sał, że cho­dził do trzech szkół z in­ter­na­tem, „z któ­rych dwie były okropne”[1]. „Ni­gdy ni­czego tak nie cier­pia­łem – pi­sał da­lej – na­wet oko­pów na fron­cie I wojny świa­to­wej”. Każ­dego, choćby przy­pad­ko­wego czy­tel­nika Za­sko­czo­nego ra­do­ścią musi zdu­mie­wać za­równo ży­wio­ło­wość, z jaką Le­wis nie­na­wi­dził swo­ich an­giel­skich szkół, jak i nie­wia­ry­god­ność stwier­dze­nia, że były one gor­sze od peł­nych śmierci oko­pów pierw­szej wojny świa­to­wej.

Pod ko­niec lat pięć­dzie­sią­tych jed­nym z więk­szych źró­deł na­pięć mię­dzy C.S. Le­wi­sem i jego bra­tem było prze­świad­cze­nie War­niego, że Le­wis w Za­sko­czo­nym ra­do­ścią (1955) przed­sta­wił prze­kła­many ob­raz swo­jego po­bytu w Ma­lvern Col­lege. Geo­rge Sayer (1914–2005), bli­ski przy­ja­ciel i au­tor jed­nej z naj­bar­dziej od­kryw­czych i wni­kli­wych bio­gra­fii Le­wisa, wspo­mi­nał, że Le­wis przy­zna­wał póź­niej, iż opis Ma­lvern to „kłam­stwa” od­zwier­cie­dla­jące zło­żoną in­te­rak­cję mię­dzy dwoma nur­tami jego ów­cze­snej oso­bo­wo­ści[2]. Wspo­mnie­nie Say­era każe czy­tel­ni­kom Za­sko­czo­nego ra­do­ścią za­sta­na­wiać się za­równo nad za­się­giem, jak i mo­ty­wa­cją tego do­ko­na­nego przez Le­wisa prze­kształ­ce­nia wła­snej prze­szło­ści.

Być może na jego ocenę wpły­nęło nie­zwy­kle ne­ga­tywne wra­że­nie, ja­kie w pierw­szej chwili zro­biła na nim An­glia, a które po­tem prze­nio­sło się na do­świad­cze­nia szkolne. Le­wis wy­zna­wał po la­tach: „Dziś nie mam nic prze­ciwko An­glii, ale wiele lat upły­nęło, za­nim po­zby­łem się nie­na­wi­ści, jaka zro­dziła się we mnie tam­tego dnia”[3]. Jego awer­sja do an­giel­skich szkół być może od­zwier­cie­dlała głęb­szą kul­tu­rową nie­chęć do sa­mej An­glii, tak do­bit­nie wy­ra­żaną w nie­któ­rych li­stach. Na przy­kład w czerwcu 1914 roku Le­wis na­rze­kał na to, że jest „za­pusz­ko­wany w tym pa­skud­nym, go­rą­cym kraju”, za­miast wę­dro­wać wśród świe­żej, buj­nej zie­leni Co­unty Down[4].

Wy­raź­nie jed­nak kryje się tu ja­kaś głęb­sza, bar­dziej in­stynk­towna nie­chęć. Le­wis za­pewne po pro­stu nie pa­so­wał do świata pry­wat­nych szkół epoki edwar­diań­skiej. To, co dla in­nych było nie­odzow­nym, choć cza­sem bu­dzą­cym nie­smak przy­go­to­wa­niem do ry­go­rów ży­cia w praw­dzi­wym świe­cie, przez Le­wisa zo­stało od­rzu­cone z po­gardą jako „obóz kon­cen­tra­cyjny”. In­sty­tu­cja, która w na­dziei ojca miała z niego uczy­nić do­brze pro­spe­ru­ją­cego oby­wa­tela, nie­mal zła­mała mu ży­cie.

Do­świad­cze­nie Le­wisa z bry­tyj­skimi szko­łami w na­stęp­stwie śmierci matki można pod­su­mo­wać na­stę­pu­jąco:

Wy­ny­ard School, Wat­ford („Bel­sen”): wrze­sień 1908 – czer­wiec 1910

Camp­bell Col­lege, Bel­fast: wrze­sień–gru­dzień 1910

Cher­bo­urg School, Ma­lvern („Char­tres”): sty­czeń 1911 – czer­wiec 1913

Ma­lvern Col­lege („Wy­vern”): wrze­sień 1913 – czer­wiec 1914

Pry­watne na­ucza­nie w Great Bo­okham: wrze­sień 1914 – czer­wiec 1917

Trzy szkoły, do któ­rych Le­wis zgła­szał za­strze­że­nia, to naj­praw­do­po­dob­niej te, które zde­cy­do­wał się przed­sta­wić pod zmie­nio­nymi na­zwami: Wy­ny­ard School, Cher­bo­urg School i Ma­lvern Col­lege. Jak się prze­ko­namy, jego wspo­mnie­nia z lat spę­dzo­nych w Great Bo­okham były o wiele bar­dziej po­zy­tywne, po­dob­nie jak ocena ich wpływu na jego roz­wój umy­słowy.

WY­NY­ARD SCHOOL, WAT­FORD: 1908–1910

Le­wis ze­tknął się z an­giel­ską edu­ka­cją po raz pierw­szy w Wy­ny­ard School, miesz­czą­cej się w dwóch ad­ap­to­wa­nych na po­trzeby szkolne po­nu­rych bu­dyn­kach z żół­tej ce­gły przy Lan­gley Road w Wat­ford. Ta mała pry­watna szkoła z in­ter­na­tem zo­stała za­ło­żona przez Ro­berta „Ol­die” Ca­prona w 1881 roku i na po­czątku swo­jego ist­nie­nia od­no­siła, jak się wy­daje, nie­wiel­kie suk­cesy. Do czasu przy­by­cia Le­wisa sprawy zdą­żyły jed­nak przy­brać nie­po­myślny ob­rót; w in­ter­na­cie miesz­kało za­le­d­wie ośmiu czy dzie­wię­ciu chłop­ców, dru­gie tyle sta­no­wili „dzienni ucznio­wie” do­cho­dzący z mia­sta. Brat Le­wisa uczył się tam już od dwóch lat i dość ła­two przy­wykł do su­ro­wego re­żimu szkoły. Le­wis jed­nak, ma­jący nie­wiel­kie do­świad­cze­nie ze­wnętrz­nego świata poza cie­płym ko­ko­nem Lit­tle Lea, był za­szo­ko­wany bru­tal­no­ścią Ca­prona i póź­niej okre­ślał szkołę mia­nem „Bel­sen”, za­po­ży­czo­nym od owia­nego złą sławą na­zi­stow­skiego obozu kon­cen­tra­cyj­nego.

Mimo po­cząt­ko­wych na­dziei, że wszystko się ułoży, Le­wis prędko znie­na­wi­dził Wy­ny­ard i uwa­żał swój po­byt w tej szkole za nie­mal cał­ko­witą stratę czasu. War­nie opu­ścił Wy­ny­ard w le­cie 1909 roku i prze­niósł się do Ma­lvern Col­lege, ska­zu­jąc młod­szego brata na sa­motne bo­ry­ka­nie się z in­sty­tu­cją, która naj­wy­raź­niej chy­liła się ku osta­tecz­nemu upad­kowi. Le­wis wspo­mi­nał na­ukę w Wy­ny­ard jako przy­mu­sowe wtła­cza­nie i wku­wa­nie wie­dzy, na którą skła­dała się „splą­tana dżun­gla dat, bi­tew, to­wa­rów eks­por­to­wa­nych oraz im­por­to­wa­nych i tym po­dob­nych szcze­gó­łów, za­po­mnia­nych pra­wie na­tych­miast i cał­ko­wi­cie bez­u­ży­tecz­nych”, na­wet gdyby zo­stały za­pa­mię­tane[5]. War­nie zga­dzał się z tą opi­nią: „Nie pa­mię­tam ani jed­nej wia­do­mo­ści, którą przy­swo­ił­bym so­bie w Wy­ny­ard”[6]. Nie było także bi­blio­teki, w któ­rej Le­wis mógłby kar­mić swoją bujną wy­obraź­nię. Szkoła zo­stała osta­tecz­nie za­mknięta la­tem 1910 roku, kiedy Ca­prona ofi­cjal­nie uznano za nie­po­czy­tal­nego.

Al­bert Le­wis zo­stał zmu­szony do zmiany pla­nów edu­ka­cyj­nych swo­jego młod­szego syna. War­nie kon­ty­nu­ował na­ukę w Ma­lvern Col­lege, na­to­miast Le­wis zo­stał wy­słany do Camp­bell Col­lege, szkoły z in­ter­na­tem w Bel­fa­ście, od­da­lo­nej za­le­d­wie o milę od Lit­tle Lea. Ko­ledż ten, jak Le­wis stwier­dził po la­tach, zo­stał „ufun­do­wany z my­ślą, by za­pew­nić chłop­com z Ul­steru wszyst­kie do­god­no­ści szkoły pry­wat­nej bez ko­niecz­no­ści wy­sy­ła­nia ich za mo­rze”[7]. Nie wia­domo, czy oj­ciec chciał zo­sta­wić go w tej szkole na stałe. Tak czy ina­czej Le­wis na­ba­wił się tam po­waż­nej cho­roby płuc i oj­ciec nie­chęt­nie wy­pi­sał go ze szkoły. Chło­piec nie czuł się w Camp­bell nie­szczę­śliwy. Co wię­cej, naj­wy­raź­niej miał na­dzieję, że bę­dzie mógł tam kon­ty­nu­ować na­ukę. Oj­ciec jed­nak miał inne plany. Jak się nie­stety oka­zało, nie­zbyt for­tunne.

CHER­BO­URG SCHOOL, MA­LVERN: 1911–1913

Po ko­lej­nych kon­sul­ta­cjach z firmą Gab­bi­tas & Thring Le­wis zo­stał wy­słany do Cher­bo­urg School (wy­stę­pu­ją­cej w Za­sko­czo­nym ra­do­ścią pod na­zwą „Char­tres”) w an­giel­skim wik­to­riań­skim uzdro­wi­sku Great Ma­lvern[8]. W XIX wieku Ma­lvern stało się po­pu­lar­nym ośrod­kiem wo­do­lecz­nic­twa ze względu na źró­dła wód mi­ne­ral­nych. Gdy tu­ry­styka uzdro­wi­skowa osła­bła pod ko­niec XIX stu­le­cia, wiele daw­nych ho­teli i pen­sjo­na­tów zo­stało za­adap­to­wa­nych na małe szkoły z in­ter­na­tem, ta­kie jak Cher­bo­urg School. Ta pry­watna szkoła pod­sta­wowa, która za cza­sów Le­wisa li­czyła około dwu­dzie­stu uczniów w wieku od ośmiu do dwu­na­stu lat, po­ło­żona była bli­sko Ma­lvern Col­lege, w któ­rym War­nie był już za­do­mo­wiony. Dwaj bra­cia mo­gli przy­naj­mniej znów się wi­dy­wać.

Naj­waż­niej­szym re­zul­ta­tem po­bytu Le­wisa w Cher­bo­urg School było zdo­by­cie sty­pen­dium na na­ukę w Ma­lvern Col­lege. Le­wis wspo­mina jed­nak kilka wy­da­rzeń do­ty­czą­cych jego ży­cia we­wnętrz­nego, dla któ­rych po­byt w szkole był je­dy­nie tłem, a nie źró­dłem czy też po­wo­dem. Jed­nym z naj­waż­niej­szych było od­kry­cie tego, co Le­wis okre­ślał mia­nem „Pół­nocy”. Od­kry­cie to miało miej­sce „na po­czątku” jego po­bytu w Cher­bo­urg School; Le­wis uwa­żał je za cał­ko­wi­cie, cu­dow­nie prze­mie­nia­jące, po­rów­ny­walne do zmiany mil­czą­cego, ja­ło­wego kra­jo­brazu Ark­tyki „w pej­zaż pe­łen zie­lo­nych łąk, pier­wiosn­ków i kwit­ną­cych sa­dów wśród ogłu­sza­ją­cego śpiewu pta­ków i szumu pły­ną­cej wody”[9].

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

SPIS ILU­STRA­CJI

1.1. Royal Ave­nue w Bel­fa­ście, 1897. Źró­dło: The Fran­cis Frith Col­lec­tion.

1.2. Le­wi­so­wie przed wej­ściem do Lit­tle Lea, 1905. Źró­dło: użyto za zgodą The Ma­rion E. Wade Cen­ter, Whe­aton Col­lege, IL.

1.3. Pen­sjo­nat le Pe­tit Val­lon, Ber­ne­val-le-Grand, Pas-de-Ca­lais, Fran­cja, ok. 1905. Źró­dło: do­mena pu­bliczna.

1.4. C.S. Le­wis i War­nie z ro­we­rami, sier­pień 1908. Źró­dło: użyto za zgodą The Ma­rion E. Wade Cen­ter, Whe­aton Col­lege, IL.

PRZY­PISY

WSTĘP
[1] Edna St. Vin­cent Mil­lay, Col­lec­ted Son­nets, Har­per, New York 1988, s. 140.
[2] C.S. Le­wis, Za­sko­czony ra­do­ścią, tłum. M. So­bo­lew­ska, Wy­daw­nic­two Esprit, Kra­ków 2010, s. 330. W in­nym miej­scu w tej sa­mej książce Le­wis mówi o swoim „po­now­nym na­wró­ce­niu” (re­co­nver­sion), w pol­skim tłu­ma­cze­niu po­mi­nięto ten szcze­gół (por. tamże, s. 172).
[3] A. McGrath, In­te­lek­tu­alny świat C.S. Le­wisa, tłum. P. By­lica, Fun­da­cja Pro­do­teo, War­szawa 2022.
ROZ­DZIAŁ 1
[1] C.S. Le­wis, Za­sko­czony ra­do­ścią, tłum. M. So­bo­lew­ska, Wy­daw­nic­two Esprit, Kra­ków 2010, s. 11.
[2] W.H. Le­wis, C.S. Le­wis – A Bio­gra­phy (1974), nie­pu­bli­ko­wany ma­szy­no­pis prze­cho­wy­wany w Wade Cen­trem Whe­aton Col­lege, Whe­aton, USA i w Bo­dle­ian Li­brary w Oks­for­dzie, s. 27.
[3] Do­stępne pod ad­re­sem: http://www.cen­sus.na­tio­na­lar­chi­ves.ie/re­els/na­i000721989/ [do­stęp: 15 II 2024]. Do­pi­sek „nie czyta” – in­nym cha­rak­te­rem pi­sma.
[4]Lloyds Re­gi­ster of Ship­ping, No. 93171.
[5] I. Wil­son, Wil­liam Thomp­son Kirk­pa­trick (1848–1921), „Re­view: Jo­ur­nal of the Cra­iga­von Hi­sto­ri­cal So­ciety” 2000–2001, Vol. 8, No. 1, s. 33.
[6] W ame­ry­kań­skiej prak­tyce role te po­łą­czyły się pod ko­niec XIX wieku. Ame­ry­kań­ski ad­wo­kat może speł­niać jedną z nich albo dwie na­raz.
[7] J. Har­ford, The Ope­ning of Uni­ver­sity Edu­ca­tion to Wo­men in Ire­land, Irish Aca­de­mic Press, Du­blin 2008, s. 78.
[8] J.W. Hen­der­son, Me­tho­dist Col­lege, Bel­fast, 1868–1938: A Su­rvey and Re­tro­spect, Go­ver­nors of Me­tho­dist Col­lege, Bel­fast 1939, Vol. 1, s. 120–130. Na­leży za­uwa­żyć, że szkoła, choć ufun­do­wana w 1865 roku, zo­stała otwarta do­piero w 1868 roku.
[9] Tamże, s. 127.
[10] „Bel­fast Te­le­graph”, 28 wrze­śnia 1929.
[11] Zob. zwłasz­cza list do War­rena Le­wisa z 2 sierp­nia 1928 roku, w: The Col­lec­ted Let­ters of C.S. Le­wis, ed. W. Ho­oper, Har­pe­rOne, San Fran­ci­sco 2004–2006, Vol. 1, s. 768–777, który ob­fi­tuje w te od­nie­sie­nia.
[12] W.H. Le­wis, Me­moir of C.S. Le­wis, w: The Let­ters of C.S. Le­wis, ed. W.H. Le­wis, Go­ef­frey Bles, Lon­don 1966, s. 2.
[13] List do Ar­thura Gre­evesa z 30 marca 1915 roku, w: The Col­lec­ted Let­ters of C.S. Le­wis, Vol. 1, s. 114.
[14] C.S. Le­wis, All My Road be­fore Me: The Diary of C.S. Le­wis, 1922–1927, ed. W. Ho­oper, Har­co­urt Brace Jo­va­no­vich, San Diego 1991, s. 105.
[15] List do War­rena Le­wisa z 12 stycz­nia 1930 roku, w: The Col­lec­ted Let­ters of C.S. Le­wis, Vol. 1, s. 871.
[16] D. Ble­akley, C.S. Le­wis at Home in Ire­land: A Cen­te­nary Bio­gra­phy, Strand­town Press, Ban­gor 1998, s. 53. Gdzie in­dziej Le­wis su­ge­ruje prze­nie­sie­nie Oks­fordu do hrab­stwa Do­ne­gal, a nie Down: zob. np. List do Ar­thura Gre­evesa z 3 czerwca 1917 roku, w: The Col­lec­ted Let­ters of C.S. Le­wis, Vol. 1, s. 313.
[17] C.S. Le­wis, Stu­dies in Me­die­val and Re­na­is­sance Li­te­ra­ture, Cam­bridge Uni­ver­sity Press, Cam­bridge 2007, s. 126.
[18] Inne przy­kłady zob. D. Clare, C.S. Le­wis: An Irish Wri­ter, „Irish Stu­dies Re­view” 2010, Vol. 18, No. 1, s. 20–21.
[19] List do Ar­thura Gre­evesa z 8 lipca 1917 roku, w: The Col­lec­ted Let­ters of C.S. Le­wis, Vol. 1, s. 325.
[20] List do Ar­thura Gre­evesa z 24 lu­tego 1917 roku, w: The Col­lec­ted Let­ters of C.S. Le­wis, Vol. 1, s. 330.
[21]