Bukiet róż - Kazimierz Kiljan - ebook
NOWOŚĆ

Bukiet róż ebook

Kazimierz Kiljan

5,0

16 osób interesuje się tą książką

Opis

Od kiedy Malwinka zamieszkała z Justyną, a ta przejęła nad nią opiekę, życie w antykwarycznej kamienicy nabrało rumieńców. Wszędzie słychać było śmiech dziewczynki, a Justyna, mimo dotychczasowych trudnych przeżyć, zaczęła promieniować szczęściem. Aż pewnego dnia w antykwariacie pojawia się nieznajomy mężczyzna. Kim jest i czego może chcieć?

Bukiet Uczuć to seria książek o miłości, tęsknocie i poszukiwaniu szczęścia.

Kazimierz Kiljan – pisarz i dziennikarz, autor wielu zbiorów poezji i powieści. Jest człowiekiem niezwykle wrażliwym na piękno otaczającego go świata, otwartym na ludzi i ich przeżycia duchowe. Te ostatnie absorbują autora w sposób szczególny. Lubi i potrafi pisać o uczuciach, o relacjach zachodzących między ludźmi, o ich troskach i marzeniach.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 273

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Heske
(edytowany)

Nie oderwiesz się od lektury

Ciepła i poruszająca opowieść ...mam nadzieję na szybki ciąg dalszy życia Justyny i Malwinki
00



Kazimierz Kiljan

BUKIET RÓŻ

Copyright © Oficynka & Kazimierz Kiljan, Gdańsk 2026

Wszystkie prawa zastrzeżone. Książka ani jej część nie może być przedrukowywana ani w żaden inny sposób reprodukowana lub odczytywana w środkach masowego przekazu bez pisemnej zgody Oficynki.

Wydanie pierwsze w języku polskim, Gdańsk 2026

Opracowanie redakcyjne: Katarzyna Pruska

Opracowanie e-booka: Dariusz Piskulak

Projekt okładki: Magdalena Zawadzka

Zdjęcia na okładce: © m.pilot/shutterstock.com

© Eugene Partyzan/shutterstock.com

© LAURA_VN/shutterstock.com; © Liz Ritchie/shutterstock.com

© Hong Vo/shutterstock.com; © Shirina 99/shutterstock.com

Ten e-book jest zgodny z wymogami

Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA)

ISBN 978-83-68740-19-6

www.oficynka.pl

e-mail:[email protected]

Człowiek jest silniejszy,kiedy stawia czoła wyzwaniom.To odwaga napędza nasdo działania.

Paulo Coelho

Prolog

Przez ostatnie kilka miesięcy życie Justyny zmieniło się nie do poznania. Nic już nie było takie jak dawniej, jak rok temu. Z jej serca zniknęła tamta nostalgia, słodko-gorzka zaduma, nieoczekiwane zapadanie się w siebie, zamyślenia. I to niekończące się, bolesne rozpamiętywanie tych, którzy odeszli, a dzięki którym jej życie zmieniło się tak zasadniczo.

W krótkim czasie, zupełnie nieoczekiwanie, z baśniowego Kopciuszka stała się księżniczką, której nie brakowało niczego. Dobry los postawił na jej drodze człowieka, który przewrócił jej dotychczasowy świat do góry nogami.

To prawda – wcześniej była osobą o ustabilizowanym statusie zawodowym i materialnym. Jako uzdolniona architektka kierowała uznaną pracownią projektową w dużej, renomowanej firmie i cieszyła się uznaniem wśród poważnych inwestorów. O ile jednak sfera zawodowa przynosiła jej wiele satysfakcji, o tyle w życiu osobistym nie powodziło się najlepiej. Nieudany związek małżeński, feralne próby ułożenia sobie życia na nowo, a w konsekwencji przesadna ostrożność i gorzki smak samotności.

Zrządzeniem losu poznała Karola von Bratzkiego, zacnego antykwariusza, emerytowanego profesora akademickiego, który od pierwszych chwil obdarzył ją szczególną sympatią, a następnie – ku zaskoczeniu wszystkich, a przede wszystkim samej Justyny – zapisał jej w testamencie ogromny spadek. To miała być forma wdzięczności za okazane mu serce, za pomoc w trudnych momentach życia.

Mimo iż tych dwoje dzieliła ogromna różnica wieku, połączyło ich coś niezwykłego, nić głębokiej przyjaźni, która przekroczyła nawet granice czasu.

To wszystko, co ją wówczas spotkało, było czymś niewiarygodnym, niespotykanym w świecie zdominowanym przez kult posiadania, w którym coraz trudniej było oczekiwać ludzkiego miłosierdzia i w którym nie było miejsca na sentymenty. Tak jak na wiele innych rzeczy, z którymi Justyna stykała się każdego niemal dnia w tej niezwykłej, pełnej tajemnic rezydencji rodziny von Bratzkich.

* * *

Siedząc jak co dzień za biurkiem w antykwariacie, rozglądała się z zadumą wokół siebie, jakby nadal nie dowierzała, że to wszystko dzieje się naprawdę. Że całe to zgromadzone wokół niej bogactwo znajdujące się wyżej, na trzech kondygnacjach okazałej kamienicy – niesamowity księgozbiór, dzieła sztuki, antyki, zbiory numizmatyczne, iście pałacowe wyposażenie wnętrz, bezcenne pamiątki rodowe dawnych właścicieli, wreszcie dobra zagraniczne – należy teraz do niej.

To był jeden z takich nostalgicznych poranków, kiedy, siedząc na miejscu swojego darczyńcy, pana Karola, miała podobne refleksje. W gruncie rzeczy bardzo przyjemne, zwłaszcza w chwilach, gdy z pomieszczenia za jej plecami dobiegały dobrze znane odgłosy: brzęk filiżanki czy porcelanowego dzbanka, w którym antykwariusz każdego poranka parzył ziołową herbatę. Nie przestał tego robić nawet po śmierci.

Kiedy Karol von Bratzki po uciążliwej chorobie odszedł do lepszego świata, pozostawiając w sercu Justyny ogromny smutek, długo zmagała się z bolesnymi uczuciami, przepełniona tęsknotą za tym niezwykłym człowiekiem. Brakowało jej go każdego dnia, na każdym niemal kroku. Najtrudniejsze były pierwsze dni po jego śmierci.

* * *

Pewnego deszczowego poranka antykwariat odwiedziła tajemnicza staruszka. Już samym wyglądem, sposobem bycia i wyraźnie kresowym akcentem poruszyła serce Justyny, która była jej ogromnie ciekawa.

Wiele osób odwiedzało antykwariat, aby spieniężyć wartościowe pamiątki i nieraz miała okazję spotykać interesujących ludzi, poznawać ich koleje losu. Być może i tym razem liczyła na taką właśnie historię.

I miała rację.

Okazało się, ku ogromnemu zaskoczeniu Justyny, że ta intrygująca staruszka –Florentyna Miecznikowska – jest najprawdziwszą herbową hrabiną, a na dodatek bliską znajomą pana Karola z lat młodości. Już to wystarczyło, by przykuć uwagę Justyny. Ta blisko dziewięćdziesięcioletnia kobieta o niespotykanym wyglądzie i manierach znajdowała się w potrzebie. Zamierzała sprzedać jeden z ostatnich rodzinnych starodruków uratowanych z ich pałacu pod Wilnem, a za uzyskane pieniądze kupić węgiel na zimę.

O skomplikowanej sytuacji egzystencjalnej hrabiny Justyna przekonała się kilka dni później, gdy odwiedziła staruszkę w jej pożałowania godnym lokum. Seniorka mieszkała w niewielkiej altanie znajdującej się w parku otaczającym dawny dworek, który po wojnie wszedł w posiadanie jej rodziny.

Problemy hrabiny Miecznikowskiej poruszyły Justynę do głębi. Nie mogła uwierzyć, że w dzisiejszym cywilizowanym świecie takie rzeczy mają miejsce. Niewiele myśląc, zaproponowała hrabinie kwaterę u siebie, w odziedziczonej rezydencji. Nie mogła pozwolić na to, aby tak zacna osoba cierpiała biedę i mieszkała w warunkach urągających godności.

Wkrótce obie panie zamieszkały pod jednym dachem. Florentyna otrzymała do swojej dyspozycji obszerny apartament na pierwszym piętrze, zajmowany niegdyś przez matkę pana Karola. Starsza pani była ogromnie przejęta tą zmianą, ale szybko zaaklimatyzowała się do nowych warunków, które do złudzenia przypominały wnętrza jej rodowego pałacu na Kresach.

Między kobietami zrodziła się głęboka przyjaźń, relacje tak bliskie, jakby obie były rówieśnicami. Spędzały ze sobą dużo czasu, niemal każdą wolną chwilę. Justyna całymi godzinami wysłuchiwała opowieści hrabiny z lat jej młodości, dowiadując się o zwyczajach panujących na ich dworze i o życiu towarzyskim wyższych sfer.

Niestety, ta sielanka nie trwała zbyt długo.

Drugie tak bolesne odejście bliskiej sercu osoby było dla Justyny przeżyciem, z którego długo nie mogła się otrząsnąć. Na każdym niemal kroku brakowało jej uroczej staruszki, która rozjaśniała codzienność niczym barwny ptak.

Po śmierci Florentyny Justynie pozostały rozliczne wspomnienia, także te związane z zaginionym na Czarnym Lądzie przyjacielem, doktorem Szymonem Mejerem, którego poznała dzięki seniorce podczas jej leczenia w szpitalu.

Hrabina robiła wszystko, aby zbliżyli się do siebie, aby nawiązali bliższe relacje z nadzieją na szczęśliwy związek. Niestety, kruczowłosy doktorek, jak go nazywała Florentyna, wyjechał po jej śmierci na misję medyczną do Afryki, skąd nie wrócił.

Szeroko zakrojone poszukiwania podejmowane przez państwa zaangażowane w prowadzenie misji nie przyniosły rezultatu. Doktor Mejer, podobnie jak wielu innych pracowników medycznych, został uznany za zaginionego.

Być może Justynie byłoby łatwiej zapomnieć o swoich bliskich przyjaciołach, gdyby nie to, że oni nie tak do końca opuścili jej dom. Zarówno pan Karol, jak i Florentyna nadal przebywali w rezydencji, dając znać o swojej obecności w mniej lub bardziej namacalny sposób. Justyna była do tych niezwykłych sytuacji przyzwyczajona; czasem była im nawet wdzięczna za ich obecność i duchowe wsparcie.

No właśnie.

Tak było w przypadku Florentyny, która pewnego dnia sprawiła, że w całym domu unosiła się niespotykana wcześniej woń – intensywny zapach konwalii, którego nikt w rezydencji nie używał. Justyna pamiętała go z lat młodości. Pasjami zrywała te delikatne białe kwiatki w przydomowym ogrodzie, w Lubaniu, i dekorowała nimi swój pokoik na poddaszu.

Nie znalazłszy źródła unoszącego się w powietrzu zapachu, najbardziej intensywnego w apartamencie Florentyny, zapytała ją wprost: „Co chcesz mi w ten sposób powiedzieć?”.

Nieracjonalna myśl, jaka się wówczas pojawiła w głowie Justyny, kazała jej pójść do centrum miasta. Nie zastanawiając się ani chwili nad sensem tego wyzwania, wyszła czym prędzej z domu i ruszyła w kierunku wrocławskiego Rynku.

Doskonale pamiętała, z jakim trudem przedzierała się przez tłum turystów wypełniających plac, aby w końcu ujrzeć uroczą dziewczynkę sprzedającą kwiaty. Siedziała obok pomnika Fredry, na bruku, w dużym kapeluszu na głowie, trzymając przed sobą kosze pełne pachnących konwalii.

Na samo wspomnienie tamtego dnia, tamtej chwili, oczy Justyny wypełniły się łzami. Uniosła głowę, aby poskromić oznaki wzruszenia, niemal takiego jak wówczas, gdy kupując bukieciki konwalii, odkryła z bólem serca, że dziewczynka jest głuchoniema. Dowiedziała się też, że prześliczna kwiaciareczka jest wychowanką domu dziecka.

Pokochała Malwinkę od pierwszej chwili i postanowiła coś dla niej zrobić. Na przekór wszystkim, którzy nie kryli swojego sceptycyzmu, podjęła walkę o zdrowie dziewczynki. Nikt nie dawał jej najmniejszych szans, nawet cienia nadziei, że to się może udać.

Justyna się nie poddawała. Pukała do wielu drzwi – gabinetów lekarskich, szpitali – szukała pomocy w kraju, za granicą. I w końcu ją znalazła.

W swoich staraniach dotarła do światowej sławy amerykańskiego profesora, Graysona Browna z Children’s Hospital of Philadelphia. Ten niezwykły, utalentowany, empatyczny lekarz podjął wyzwanie i zadeklarował pomoc.

Dzięki spadkowi, jaki zostawił po sobie Karol von Bratzki, Justyna mogła sfinansować wyjazd za ocean, pobyt w tamtejszej klinice i kosztowne leczenie.

Wyniki były imponujące. W efekcie Malwinka mogła stopniowo wracać do równowagi, do normalnego życia, i rozwijać się wśród zdrowych rówieśników.

Na tym jednak nie skończyły się oczekiwania Justyny. Pozostało coś jeszcze. To, o czym marzyła od dłuższego czasu – coś, o czym bała się komukolwiek powiedzieć. Nawet najbliższym przyjaciółkom.

– Udało się – wyszeptała pewnego dnia z ogromną ulgą na duszy. – Malwinka będzie ze mną, jest moja – dodała z nutą zadumy i spokojem w sercu; spokojem, którego brak od dłuższego czasu burzył jej wewnętrzną harmonię.

Nareszcie nie była sama.

Rozdział 1

Nowe wyzwania

Wczesne poranne wstawanie to dla Justyny od niedawna chleb powszedni. Od kiedy Malwinka zamieszkała razem z nią, radykalnie zmieniła swój porządek dnia. Szczególnie teraz, kiedy rozpoczął się rok szkolny i pojawiły nowe, słodkie obowiązki – jak je z dumą nazywała.

Zrywała się z łóżka dosyć wcześnie, aby zdążyć ze wszystkim na czas. Przygotowywała dla Malwinki ciepłe śniadanie i pudełkową przegryzkę na długą przerwę. Do tego zajmowała się poranną toaletą swojej podopiecznej.

Wprawdzie Malwinka miała już prawie trzynaście lat i była dosyć samodzielna, ale potrzebowała jeszcze pomocy, choćby ze względu na jej długie, gęste kruczoczarne włosy, które wymagały starannej pielęgnacji. O ile Justynie ta codzienna czynność sprawiała przyjemność, to Malwinka niespecjalnie ją lubiła i posykiwała z bólu podczas czesania. Bywało, że niesforne loki po niespokojnej nocy wyglądały, jakby je ktoś złośliwie poplątał ku udręce dziewczynki.

– Ciociu, czy ty musisz ciągnąć tak mocno, to mnie boli, naprawdę – użalała się od czasu do czasu na poranne zabiegi swojej opiekunki.

Ciociu, właśnie w ten sposób zwracała się do niej Malwinka. Justyna pozostawiła dziewczynce wolny wybór w tej kwestii. Szanowała jej uczucia względem mamy, którą mała nadal bardzo kochała. Były ze sobą zżyte, bardzo sobie bliskie, niemniej Justyna nie wymagała wyrzeczenia się tego, co dla dziewczynki było tak ważne. Rozumiała jej pamięć o rodzicach, szczególnie o mamie, bo o tacie mówiła nieco rzadziej. Z mamą najwyraźniej miała bliższe relacje. Tak jak to zwykle u dziewczynek bywa.

* * *

Od ich pierwszego spotkania na wrocławskim Rynku minęły ponad dwa lata. To był wystarczająco długi czas, aby mogły się poznać i polubić do tego stopnia, że już nie byłyby w stanie bez siebie żyć, szczególnie że przeszły razem tak wiele, od pierwszych spotkań w ośrodku, przez kilku pobytów w rezydencji, wspólny urlop w Łagowie i pobyt w Filadelfii aż po przejście przez trudny dla obu proces adopcyjny. Najbardziej uciążliwe były rozmowy z pedagogami i psychologami sądowymi, nacechowane silnymi emocjami, jak i sam proces sądowy oraz porządkowanie spraw spadkowych.

Było tego ogromnie wiele, zbyt dużo jak na trzynastoletnią dziewczynkę, która na dodatek miała obowiązki szkolne związane z nadrabianiem zaległości programowych i rehabilitacją logopedyczną.

Przebrnęły jednak przed ten trudny okres, wspierane ze wszystkich stron, zarówno przez opiekunów z ośrodka, jak i koleżanki Justyny, które nie mogły się doczekać finału sprawy.

– Kiedy się to wszystko skończy, żebyśmy mogły się wreszcie cieszyć naszym skarbkiem? – utyskiwała zniecierpliwiona Agata, która kochała Malwinkę nie mniej niż Justyna. – Dopóki nie zobaczę okrągłego stempla z orłem na dokumencie adopcyjnym, nie będę spać spokojnie. Zupełnie nie rozumiem tych wszystkich wątpliwości sądowych. Kto, jak nie ty, nadaje się na opiekunkę, na matkę adopcyjną? Że co, że jesteś samotna, że nie masz męża! W ilu to tak zwanych pełnych rodzinach dzieci doznają krzywdy i niedostatku? – Ponosiły ją emocje i dezaprobata wobec opieszałości sądu.

W końcu doczekali werdyktu i Justyna stała się pełnoprawną matką adopcyjną.

Jakaż to była radość, kiedy sędzia odczytał sentencję wyroku. Zebrani w sali sądowej obserwatorzy eksplodowali niespodziewanym entuzjazmem. Malwinka, nieco speszona reakcją zgromadzonych, skryła się w ramionach najszczęśliwszej na świecie… mamy.

Justyna promieniała ze szczęścia, roniąc łzy wzruszenia.

W ten sposób spełniły się jej marzenia o macierzyństwie, którego dotąd nie zaznała, mimo że nic z jej strony nie stało na przeszkodzie, aby mamą została. Jedynie to, że była osobą odpowiedzialną. Bez pewności, że ma przy sobie odpowiedniego, przykładnego mężczyznę z zadatkami na kochającego tatę, nie podejmowała takiej decyzji. Choć bardzo tego pragnęła.

Starała się jednak tego nie okazywać. Niemniej przyjaciółki doskonale o tym wiedziały. Były ze sobą bardzo blisko, od najmłodszych lat, i rozumiały się pod każdym względem. Pod tym szczególnie, zwłaszcza Agata, której także nie dane było cieszyć się macierzyństwem.

Po porannym wyprawieniu Malwinki do szkoły Justyna schodziła zwykle na dwie godziny do antykwariatu, aby uporządkować sprawy bieżące, przejrzeć pocztę, odpowiedzieć na korespondencję. To był od niedawna jej nowy porządek dnia.

W pewnym momencie podjęła decyzję o zmianie dotychczasowego trybu pracy. Wymagała tego nowa sytuacja życiowa związana z opieką nad dzieckiem, które szczęśliwym zrządzeniem losu znalazło się pod jej pieczą. Aby temu sprostać, postanowiła sięgnąć po fachową pomoc. Zatrudniła pracownicę, absolwentkę wydziału sztuki, która w godzinach otwarcia placówki zajmowała miejsce za jej biurkiem.

Od jakiegoś czasu to ona, Małgorzata Zwolińska, przejęła obowiązki Justyny związane z codziennym prowadzeniem antykwariatu, obsługą klientów, najczęściej studentów, którzy korzystali ze zgromadzonych w placówce unikatowych dokumentów, katalogów, opracowań naukowych… Do jej kompetencji należały również nabywanie i sprzedaż książek, oczywiście starych wydań, wartościowych pod względem bibliofilskim. Nie wszystkich jednak, bo o tych bardziej cennych, z kilkusetletnim rodowodem, decydowała sama szefowa.

Początkowo Justyna obawiała się, czy jej koncepcja się sprawdzi, czy ktoś tak młody i niedoświadczony potrafi ogarnąć niełatwą specyfikę rynku antykwarycznego. Dla pewności i własnego spokoju przez pewien czas ściśle nadzorowała pracę nowo zatrudnionej, instruowała cierpliwie, objaśniała, uczyła nowej profesji, co z dnia na dzień przynosiło lepsze efekty.

Małgorzata okazała się osobą bystrą, pojętną i wielce zainteresowaną tym, czym się zajmuje. Widać było, że obcowanie z artefaktami piśmienniczymi, starodrukami, literaturą czy sztuką sprawiało jej satysfakcję. Chłonęła i przyswajała niezbędną wiedzę nad podziw szybko i z wyraźną pasją. Dokształcała się przy tym na własną rękę i wertowała w wolnych chwilach wszelkie dostępne publikacje na ten temat.

Z każdym dniem Justyna czuła się spokojniejsza o dalszy losy antykwariatu, chyba nawet dumna ze swojego wyboru. Osobiście dokonała selekcji kandydatów na to stanowisko i ostatecznie postawiła na uroczą, skromną na pierwszy rzut oka dziewczynę. Może nieco wycofaną, introwertyczną, ale mającą w sobie coś zagadkowego, jakąś skrywaną w sobie ciekawość świata minionego. Widziała to w jej dużych czekoladowych oczach, którymi z zaciekawieniem patrzyła na wszystko, z czym się stykała.

Zanim Justyna dokonała tego wyboru, spotkała się z kilkoma innymi osobami, które odpowiedziały na anons o ofercie pracy. Zgłosiło się siedem osób, w tym dwóch mężczyzn. Ze wszystkimi odbyła rozmowy wstępne, z dwiema kobietami spotkała się dwukrotnie, aby ostatecznie zaproponować posadę Małgorzacie. I to, jak dotąd, był dobry wybór.

Udział w podjęciu tej decyzji miał też oczywiście pan Karol, który jak zawsze pilnował spraw antykwariatu. Tak było i tym razem. Justyna właściwie odczytała nieoczekiwany powiew wiatru, niewielki przeciąg, który z hałasem domknął uchylone okienko pod sufitem. I to była ta przysłowiowa kropka nad i.

Dzięki zmianie organizacji pracy nie musiała już przesiadywać całymi dniami w antykwariacie i ograniczać kontaktu ze światem zewnętrznym wyłącznie do relacji z klientami czy krótkich wyjść do marketu. Czasem tylko, choć stanowczo za rzadko, umawiała się z przyjaciółkami na zakupy w galeriach, a przy okazji na wspólną kawę i ploteczki. Na dłuższe babskie pogaduchy, na głębsze zwierzenia, miały swój wypróbowany sposób, rytualny „sabat czarownic”.

Kiedy uzbierało się w ich życiu więcej spraw wymagających omówienia, spotykały się w rezydencji, przy domowym cieście i winie, aby dać upust nagromadzonym emocjom. Domowa szarlotka zaspokajała podniebienia, a Bachus skutecznie rozwiązywał języki. Pod ich wpływem znikały wszelkie opory, a życiowe niepowodzenia okazywały się łatwiejsze do rozwiązania, niż się na początku wydawało.

Teraz kiedy Justyna dokonała radykalnych zmian w swoim otoczeniu, mogła w końcu cieszyć się pełnią życia. Przede wszystkim opieką nad Malwinką, którą kochała jak nikogo na świecie, ale także wszystkim, co posiadała. Była wszak osobą bajecznie zamożną, która mogła… jeśli nawet nie wszystko, to z pewnością dużo więcej.

Justyna korzystała z odziedziczonego majątku bardzo rozważnie, oszczędnie, uznając, że to niemoralne trwonić to, co ktoś gromadził przez kilka pokoleń. Trzeba było czasu, aby zaczęła przełamywać swoje opory. Pan Karol niejednokrotnie dawał jej do zrozumienia, żeby czerpała z odziedziczonych dóbr wedle własnej woli i potrzeby. Mimo to nie potrafiła tego robić.

Kilkukrotnie sięgała po list pożegnalny pozostawiony przez pana Karola, w którym pisał:

Już dawno zdecydowałem, aby wszystko, co posiadam, stało się po mojej śmierci Twoje. Przyjmij ten dar bez oporów. Jesteś wszak jedyną i najwłaściwszą osobą, która powinna przejąć nasze rodzinne dobra. Mam pewność, że potrafisz uczynić z tego prawdziwą wartość, że dzięki temu będziesz mogła zrealizować swoje marzenia. Jesteś osobą mądrą i szlachetną. Pod wieloma względami przypominasz mnie samego z lat młodości.

Żegnaj, Justynko, i zachowaj mnie w pamięci.

Niech Ci Bóg błogosławi.

Karol von Bratzki

Zawsze, za każdym razem, wzruszały ją te słowa. Czytając je, słyszała wyraźnie jego ciepły, drżący, nieco chrapliwy głos.

Pierwszym z takich przełomowych wydatków, na które się odważyła, był zakup samochodu, którym mogła w końcu zabrać Florentynę na wycieczkę do Wilna, do wytęsknionych miejsc jej młodości. Następnym były zakupy sprzętu medycznego dla szpitala, w którym leczyła się niedomagająca hrabina, kolejnym zaś wydatki związane z podróżą do Stanów i leczeniem Malwinki. Na te ostatnie miała wyraźną zgodę pana Karola, który od początku wspierał ją w staraniach o ratowanie zdrowia osieroconej dziewczynki.

DALSZA CZĘŚĆ DOSTĘPNA W WERSJI PEŁNEJ

Spis treści

Prolog

Rozdział 1

Nowe wyzwania

Rozdział 2

Ocieplanie relacji

Rozdział 3

Czas nauki i dorastania

Rozdział 4

Tajemniczy klient

Rozdział 5

Tajemniczy ogród

Rozdział 6

Zaniedbywane przyjaciółki

Rozdział 7

Śliwkowy kołacz

Rozdział 8

W jesiennym anturażu

Rozdział 9

Intrygująca woń

Rozdział 10

Na pomoc przyjaciółce

Rozdział 11

Przypalony budyń

Rozdział 12

Kto, jeśli nie ty

Rozdział 13

Frytki z ketchupem

Rozdział 14

Pierwszy krok

Rozdział 15

Sny o Florentynie

Rozdział 16

Tajemniczy schowek

Rozdział 17

Kopia czy oryginał

Rozdział 18

Ukryte w sejfie

Rozdział 19

Pokrętne plany

Rozdział 20

Klucze do nowego życia

Rozdział 21

Nad Stawem

Rozdział 22

Trudne rozmowy

Rozdział 23

Gość w dom…

Rozdział 24

Skromna inauguracja

Rozdział 25

Obstalować stroiciela

Rozdział 26

Powtórna wizyta

Rozdział 27

Arsene Lupin?

Rozdział 28

Zjawa w lustrze

Rozdział 29

Bukiet róż

Rozdział 30

Obudzone wspomnienia

Rozdział 31

Napar z miodem

Rozdział 32

Wątpliwości i dylematy

Rozdział 33

Co tu tak pachnie?

Rozdział 34

W natłoku spraw

Rozdział 35

Życiowe dylematy

Rozdział 36

Nocne mary

Rozdział 37

Jesienne zadumania

Rozdział 38

Nieproszeni goście

Rozdział 39

Prywatne śledztwo

Rozdział 40

Dogonić czas

Rozdział 41

Powrót do przeszłości

Rozdział 42

W czas zadumy

Rozdział 43

Lekarstwo na smutek

Rozdział 44

Bezsenna noc

Rozdział 45

Niepokoje, zadumania

Rozdział 46

Kubeł zimnej wody

Rozdział 47

Intrygujące spotkanie

Rozdział 48

Pomoc detektywa

Rozdział 49

Kobiece dylematy

Rozdział 50

Przerażona Malwina

Rozdział 51

Wychowawcze dylematy

Rozdział 52

Długo oczekiwane spotkanie

Rozdział 53

Afrykańska golgota

Rozdział 54

Krok od śmierci

Rozdział 55

Poznać prawdę

Rozdział 56

Weekend z emocjami

Rozdział 57

Ocieplone relacje

Rozdział 58

Wszystko jasne

Epilog