Bricolage. Zapiski rezonera - Krzysztof Łęcki - ebook

Bricolage. Zapiski rezonera ebook

Krzysztof Łęcki

0,0

Opis

Zbiór felietonów publikowanych przez profesora Krzysztofa Łęckiego w "Głosie. Gazecie Polaków w Republice Czeskiej"" 

 Pierwszy felieton profesora Łęckiego ukazał się na łamach „Głosu” we wtorek 27 marca 2018 roku. Zaanonsowałem go słowami: „Dziś na naszych łamach debiutuje dr hab. Krzysztof Łęcki z Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach, jeden z najbardziej cenionych polskich socjologów. Zaprosiłem go do współpracy, bo wiem, że prawdziwy świat, prawdziwe życie zaczyna się gdzieś indziej, a pan Krzysztof, który jest bardzo wnikliwym obserwatorem rzeczywistości, pomoże nam znaleźć drogę do lepszego jutra”. I tak właśnie jest od siedmiu lat.

Tomasz Wolff, redaktor naczelny „Głosu”

 Felietonista, z którym jego czytelnicy zgadzaliby się zawsze, zdaje mi się dość podejrzaną figurą, kimś w rodzaju Poloniusza, który za wszelką cenę chce się wkraść w łaski swojego „elektoratu”. Znacznie bliższa intelektualnie i emocjonalnie jest mi figura felietonisty, który potrafi zachęcić czytelników do rewizji swoich przemyśleń, argumentów i stanowisk; który pisze bez gniewu i uprzedzenia, ale gardzi gładkimi (a są inne?) frazesami. Felietonista bowiem, wsłuchując się w głos ludu, powinien umieć mówić swoim własnym głosem.

Wstępniak

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 397

Rok wydania: 2025

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Gabrysi

i… więcej niż „Pół Świata”

WSTĘPNIAK

W jednej ze scen Hamleta tytułowy bohater zwraca się do Poloniusza: „Czy dostrzegasz ów obłok, niemal w kształcie wielbłąda?” – Poloniusz odpowiada: „Na sakramenty, jest on w rzeczy samej jak wielbłąd!” – Ale Hamlet, nie mając wielkiego mniemania o Poloniuszu, w jednej chwili zmienia zdanie, i rzuca: „Wydaje mi się, że jest podobny do łasicy”. – No cóż Poloniusz znowu „widzi” dokładnie to, co Hamlet – więc nadskakująco potwierdza: „Grzbiet ma jak łasica”. To nie koniec. Bo Hamlet dla zabawy, ale chyba nie tylko dla zabawy – dalej dręczy Poloniusza, i znowu podaje inną wersję swojego widzenia obłoku, który teraz zdaje mu się podobny do wieloryba. I Poloniusz ochoczo przyświadcza, że jest tak właśnie. Poloniusz jest co prawda ministrem, ale wie, że – przynajmniej na razie – Hamlet jest kimś ważniejszym, kimś, kto co prawda żadnej władzy nie ma i nawet niespecjalnie zanosi się na to, żeby kiedykolwiek miał zasiąść na tronie, ale… W polityce wszystko, no, prawie wszystko jest możliwe… Sytuacja z szekspirowskiego dramatu ma swoje pospolite odpowiedniki. „Jak Pani ma na imię? A jakby Pan chciał, żebym miała?”. Otóż felietonista jest kimś, kto ma do zaproponowania własną perspektywę oglądu rzeczywistości; można się z nim zgadzać bądź nie zgadzać, ale, jeśli to dobry felietonista, to warto się z nim nie zgadzać. Oczywiście, felietonista, jak każdy chciałby mieć w kwestiach, które rozważa, rację. Ale taki, którego warto czytać, przyjmuje, że nie ma monopolu na trafną diagnozę i prognozę. Powiadają Francuzi, nie przeczyć temu co jest, i nie tłumaczyć tego, czego nie ma… – i to jest program minimum kogoś, kogo tekstom w ogóle warto poświęcić uwagę. Oczywiście – felietonista stara się na swój, często bardzo subiektywny sposób – coś wyjaśniać. Niekiedy nawet wyjaśnienia te zdają się składać na autorską, „ogólną teorię wszystkiego”. Cóż, powie ktoś – teoria… „– To tylko teoria… – Czy potrafisz wyjaśnić w lepszy sposób wszystko o czym wiemy?”. Cytat z naukowej dyskusji? Nie, to fragment sensacyjnej powieści Lee Childe’a Nieprzyjaciel. Sensowne zdania znaleźć można nie tylko w naukowych opracowaniach – także w sensacyjnych powieściach czy felietonach.

Czego w dobrych felietonach szukać próżno (jeśliby kto szukał, oczywiście)? Otóż – frazesu. Tak, bodaj największym wrogiem felietonisty jest frazes, wszechobecny, wyświechtany do cna frazes. I nie jest tak, że frazes toczy, jak nowotwór, życie publiczne i publiczną debatę dopiero teraz, dzisiaj, w epoce mass-mediów. Przekonywał wszak Aleksander Świętochowski już 110 lat temu: „My jesteśmy przede wszystkim narodem grzmiącego słowa. Jaka jest rzeczywistość, do czego nas zmusza i na co pozwala konieczność to drobiazg, główna rzecz – dobra poza, gest, deklamacja /…/ Frazes rzucił nas w niezliczoną ilość otmętów złudzenia; frazes uwieńczył nas wszystkimi wawrzynami Donkiszotów; frazes ciągle nas bałamuci, oszukuje, ośmiesza i kopie nam coraz większy grób”. Przy czym, zaznaczmy, frazes to, rzecz jasna, nie tylko i wyłącznie polska specjalność. Wreszcie jak pisał bardzo dawno temu Erich Maria Remarque w powieści Łuk tryumfalny – „żyjemy w epoce konserw. – Jak to? Ravic wskazał gazety – Nikt nie potrzebuje myśleć samodzielnie. Wszystko już ktoś przemyślał, przeczuł, przeżuł. Konserwy. Trzeba je tylko otworzyć. Trzy razy na dzień dostarczane do domu. Nie trzeba nic uprawiać, hodować, trawić w ogniu pytań, wątpliwości, pragnień. Konserwa z puszki”. Tak, są ludzie, którym papka gotowych frazesów wystarcza – nie umieją bez nich żyć, a już na pewno nie umieją bez nich rozmawiać.

A nie umieją bez nich rozmawiać, bo przyjmując za swoje plemienne totemy i tabu, porozumiewać się mogą tylko ze współplemieńcami. Felietonista, z którym jego czytelnicy zgadzaliby się zawsze, zdaje mi się dość podejrzaną figurą, kimś w rodzaju Poloniusza, który za wszelką cenę chce się wkraść w łaski swojego „elektoratu”. Znacznie bliższa intelektualnie i emocjonalnie jest mi figura felietonisty, który potrafi zachęcić czytelników do rewizji swoich przemyśleń, argumentów i stanowisk; który pisze bez gniewu i uprzedzenia, ale gardzi gładkimi (a są inne?) frazesami. Felietonista bowiem, wsłuchując się w głos ludu, powinien umieć mówić swoim własnym głosem.

BARCELONA, WENECJA, LEPANTO

I

Można się założyć, że Polakom znacznie łatwiej przychodzi przypomnieć sobie rok 1683 i wiktorię wiedeńską Jana III Sobieskiego, niż rok 1571. Zbliżają się wakacje, podejdźmy więc do tematu trochę „turystycznie”. Zacznijmy od Barcelony. Ktoś nieco bardziej uważny znajdzie w pobliżu barcelońskiego portu dość niepozorny postument ukoronowany plastyczną wariacją na temat galery; postawiono go na uboczu, gdzieś tam, jakby przypadkowo, na mniej atrakcyjnym odcinku trasy spacerowej. A na nim napis „Lepanto” – nieco zresztą zamazany – i może nawet jeszcze bardziej wyblakłe cyfry składające się na rok 1571. To ważny rok w dziejach Europy, a więc i całej cywilizacji zachodniej. Właśnie w roku 1571 miała miejsce bitwa pod Lepanto, jej stawką było panowanie nad Morzem Śródziemnym, a rywalizowało o tę dominację Imperium Osmańskie z… No właśnie, tu musiałbym zrobić mały wykład o tragicznie podzielonej i rozdzieranej wewnętrznymi konfliktami chrześcijańskiej Europie końca XVI wieku i powikłanych meandrach polityki europejskich przywódców tamtych czasów. Powiedzmy zatem w skrócie, że w bitwie morskiej pod Lepanto rywalami Turków Osmańskich były niektóre kraje chrześcijańskiej Europy, dokładniej zaś te katolickie kraje, które udało się papieżowi Piusowi V scalić w tzw. „Ligę Świętą”, byli to więc Hiszpanie i Wenecjanie (w Wenecji zobaczyć można przynajmniej dwa obrazy poświęcone bitwie pod Lepanto, jeden, Veronesego, w Pałacu Dożów, drugi – w Museo Correr). Tak na marginesie, w tamtych czasach, ale przecież nie tylko wtedy, arcykatolicka Francja sprzyjała muzułmańskiej Turcji… Bitwę pod Lepanto wygrali chrześcijanie i choć znawcy wojskowości nie przyznają jej decydującego znaczenia militarnego, to była ona przecież przełomem. Oto niezwyciężona wydawało się wtedy flota turecka przegrała na tyle wyraźnie, że odtąd galery władców muzułmańskich poważniej już Europie nie zagroziły. To właśnie od czasów Lepanto Turcja przestała być w Europie postrzegana jako niepokonane, wielkie mocarstwo, zaczęła być odbierana jako jedno z wielu państw, które mogą co prawda rozpętać wojenną zawieruchę, ale nie zagrażają istnieniu chrześcijańskiej Europy.

II

W tym kontekście warto przypomnieć postać papieża Piusa V. To jeden z bohaterów studium Rogera Crowleya Imperia morskie. Batalia o panowanie na Morzu Śródziemnym 1521–1580, przy czym jest Pius V bohaterem nie tylko w tym sensie, że na kartach książki Crowleya występuje, jest nim przede wszystkim dlatego, że to jego poparta wiarą nieugięta wola zatrzymała ekspansję muzułmańską na Europę. Dzisiaj brzmi to tak egzotycznie, że aż nieprawdopodobnie – Turcy w XX wieku trafiali wszak do Europy jako biedni gastarbeiterzy. Uściślijmy więc: w XVI wieku tureckie imperium Osmanów zagrażało chrześcijańskiej Europie w stopniu dzisiaj trudno wyobrażalnym – w tym samym roku 1521, w którym Hernan Cortes podbijał w Nowym Świecie imperium Azteków, Sułtan Sulejman podpisywał się obok wielu innych, jakże licznych tytułów jako Najwyższy Władca Europy, a zdobycie Rzymu leżało jak najbardziej w jego planach. I nie były to bynajmniej sułtańskie mrzonki. Zresztą – Rzym, ba, nawet Anglicy na swej wyspie nie byli bardzo pewni swego (w Greenwich też oglądać można obraz przedstawiający scenę z bitwy pod Lepanto). Tak, w XVI wieku zagrożenie muzułmańskie było realne, nie tylko dlatego, że było możliwe – także dlatego, że realnie się dokonywało. W kolejnych kampaniach wojennych Turcy wypierali chrześcijan z Rodos i Cypru. Malta – prawdziwa brama do zachodniej części Morza Śródziemnego, ocalała cudem, naprawdę cudem. Poprzednik Piusa V, Pius IV, był, jak pisze Crowley, człowiekiem opanowanym i tolerancyjnym, należał do ludzi obytych w świecie, miał zmysł polityczny i nienaganne maniery. Ten papież renesansu próbował stawić czoła islamskiej nawale, lecz mimo przypisywanego mu i tak bardzo zachwalanego przez współczesnych zmysłu politycznego, nie był w stanie tego uczynić. Papież Pius V – tu znowu przywołam Crowleya – „wszystko co miał, zawdzięczał Kościołowi, któremu służył z niepokojącą żarliwością”. Nie cieszył się popularnością. Nie szczędzono mu zjadliwej złośliwości. W świadectwach z epoki czytamy na przykład: „Byłoby dla nas lepiej, gdyby obecny Ojciec Święty nas opuścił, niezależnie od tego, jak wielka, niezwykła, niezrównana i wyjątkowa jest jego świętobliwość”. A przecież to właśnie za jego pontyfikatu udało się nadać realny kształt Lidze Świętej, sojuszowi państw katolickich skierowanemu przeciw wojowniczemu islamowi. Nikt nie zachwycał się politycznym zmysłem Piusa V, to on zdołał połączyć wysiłki zachłannych Wenecjan i oportunistycznych Hiszpanów. I w październiku 1571 roku właśnie ta koalicja zadała Turkom decydujący cios w bitwie morskiej pod Lepanto. Europa była ocalona.

III

Kilkanaście lat temu dokonano rekonstrukcji innej, znacznie bardziej znanej bitwy – starcia pod Trafalgarem. Wszystko odtworzono perfekcyjnie. Zatarto tylko jeden fakt historyczny, ale za to fakt o znaczeniu jednak podstawowym – kto z kim mianowicie pod Trafalgarem walczył. Ktoś, kto z lekcji historii tego nie pamiętał, mógł sądzić, że to nie Anglicy ścierali się z Francuzami, ale jacyś abstrakcyjni niebiescy z niemniej abstrakcyjnymi zielonymi. Jak widać w pisaniu nowych dziejów Europy troska o historyczne szczegóły umundurowania idzie ramię w ramię z manipulowaniem sensem rzeczywistej historii Starego Kontynentu. No cóż, pamiętajmy przestrogę Józefa Szujskiego: fałszywa historia jest mistrzynią fałszywej polityki.

MEANDRY PROPAGANDY

I

Propagandę rozpoznać łatwo: wrogowie są „odrażający, brudni, źli” (by przywołać tytuł czarnej komedii Ettore Scoli), gdy głosiciele propagandy – cóż za niespodzianka! – są „piękni, czyści i dobrzy”. I jeszcze jedno – każda, podkreślam każda, propaganda obraża ludzką inteligencję. Rzecz jasna: obraża jeśli, w konkretnych przypadkach, ma co obrażać. Agitacja i propaganda zawsze były i są śmiertelnymi wrogami prawdy; obiektywna propaganda to wszak oksymoron. Ta, której świadkami – i ofiarami przy okazji – jesteśmy dzisiaj, na pewno obraża inteligencję ludzi, choć może niestety nie wszystkich, do których jest kierowana. Są wszak i tacy, którzy nie tyle wierzą w propagandę, co propagandy w propagandzie najzwyczajniej nie dostrzegają. Ocenianie ludzi jako oszołomów, gdy innych przeciwnie – jako ludzi rozumnych, tylko (podkreślam – tylko) na podstawie identyfikacji z jakimś sposobem uprawiania polityki, to oczywiście tylko propaganda dla lubiących samych siebie idiotów, to sposób myślenia partyjnych propagandzistów. Kiedyś chociaż przylepiał się jakiś wstyd do funkcji i roli propagandzisty. Musiało tak być, skoro znany stalinowiec Jakub Berman w 1951 roku na naradzie poświęconej twórczości artystycznej przekonywał: „Nie gardźcie rolą agitatora i propagandysty”. Dzisiaj, w dobie politycznego public relations i spin-doktorów takie rozterki muszą zdawać się anachroniczne.

II

Tytuł książki dwóch amerykańskich psychologów – Anthony’ego Pratkanisa i Elliota Aronsona Wiek propagandy mógłby sugerować, bądź to, że propaganda jest czymś względnie nowym, bądź też, że ostatnimi czasy mamy do czynienia z niezwykłym natężeniem propagandy. Każdemu, kogo denerwuje współczesna propaganda, proponuję zatem krótką podróż do starożytnego Egiptu, w którym panował wówczas Ramzes II zwany Wielkim. Otóż właśnie wtedy, ok. 1300 roku przed Chrystusem doszło do bitwy pod Kadesz. Walczyli wtedy ze sobą Egipcjanie i Hetyci, a rezultatem bitwy stał się pierwszy traktat pokojowy w dziejach. Rzecz w tym, że rezultat bitwy pod Kadesz nie był jednoznaczny – Ramzes II zaatakowany niespodzianie przez Hetytów odparł natarcie, a ostatecznie uratowało go nadciągnięcie reszty jego armii. W wyniku zawartego z Hetytami rozejmu Egipt musiał się pogodzić z rezygnacją z ziem, które bądź wcześniej utracił, bądź uważał za swoje, bądź po prostu miał chętkę na to, by je od siebie uzależnić. Ramzes nie zdobył Kadesz, nie wyparł Hetytów. Więcej – w Syrii wybuchło antyegipskie powstanie, sądzono bowiem, że wspomniana bitwa to tryumf Hetytów nad nielubianymi w Syrii Egipcjanami. A przecież liczne reliefy, płaskorzeźby na ścianach egipskich świątyń pokazują bitwę pod Kadesz jako wielki tryumf faraona. W staroegipskiej inskrypcji można przeczytać: „Drżały przed nim wszystkie obce ludy, ich wodzowie składali mu trybut, wszyscy buntownicy korzyli się przed potęgą jego majestatu”. Okazuje się, że nic to, iż Ramzes II nie zdołał odbić utraconych na rzecz Hetytów terytoriów. Nic to, że pod Kadesz ledwie udało mu się ocalić własną głowę. Na ścianach świątyni oglądamy Ramzesa tryumfatora.

III

Są ludzie, którzy propagandę robią. To specjaliści. Lepsi czy gorsi, ale specjaliści. Nie muszą w nią wierzyć, wystarczy, że ją robią, taki mają akurat zawód, a może i powołanie. Są też tacy (ilu ich jest? – trudno doprawdy oszacować), którzy, nic nie mając wspólnego z robieniem propagandy, szczerze w nią wierzą. Ci często pełnia rolę „pożytecznych idiotów”, jak to bodaj Lenin określił. Zdarzają się, rzecz jasna, i tacy, którzy – obojętnie: robiąc propagandę czy nie – są na jej wpływ impregnowani. Niekiedy zmuszani są sprawiać wrażenie, że w propagandę wierzą, ale to inna sprawa. To wszystko oczywiste, nic w tym szczególnego. Szczególny przypadek, to ludzie, którzy – jak zauważył amerykański socjolog Peter L. Berger – wierzą we własną propagandę, w propagandę, którą sami stworzyli. Prowadzić to może do sytuacji nader niezręcznych – na przykład dla towarzyszy wierzącego we własną propagandę wodza. Spójrzmy na przykład z historii bliższej niż starożytna. Wspomina ambasador brytyjski w Niemczech w latach 1937–1938 Nevile Henderson, jak po zajęciu stolicy Czech Adolf Hitler wprawił w konfuzję swoje otoczenie. Otóż, „(…) 15 marca, zaraz po przybyciu do Pragi, Führer wyraził chęć udania się przede wszystkim do szpitali. (…) »Aby odwiedzić rannych Niemców, ofiary czeskich prześladowań«. Tego rodzaju ofiar nie było, więc poplecznicy Führera mieli zapewne niejakie trudności z tłumaczeniem, że wizyta w szpitalu jest niepotrzebna”. Jak zwykle w takich przypadkach – przywiązani do swego stanowiska ludzie doskonale wiedzą, że nie jest to moment, kiedy można krzyknąć „król jest nagi!”.

IV

Zdarza się, że w systemie demokratycznym różnorodność rozmaitych propagand sprowadza się do spolaryzowania – jesteśmy tylko „my” i „oni”. W Ferdydurke Witolda Gombrowicza stają naprzeciw siebie dwie wrogie grupy, symbolizujące rożne postawy życiowe, estetyczne; dowodzą nimi szablonowo perwersyjny Miętus i groteskowo idealistyczny Syfon – nie ma tu dobrego wyboru. Jeden i drugi święcie wierzy w głoszoną przez siebie propagandę, wierzą w nią aż do śmieszności. Stoczony między nimi słynny pojedynek na miny to metafora jałowych sporów, gdzie argumentów ze świecą szukać, za to zajadłości po obu stronach nie brakuje. Trudno oprzeć się wrażeniu, że na polskiej scenie publicznej odgrywana jest jakaś wersja tamtego, groteskowego pojedynku.

Jest zatem i śmieszno, i straszno.

A już na pewno – głupio.

„STATEK SZALEŃCÓW”?

Polityce polskiej ton nadaje resentyment. Wydawać się może nawet, że już teraz resentyment bez reszty polską politykę opanował. I to dla nas wszystkich bardzo, ale to bardzo, niedobrze. Bo dominujący resentyment tworzy dla jakości życia politycznego sytuację nie tylko niepokojącą, niezdrową ale wręcz niszczącą. Dla jasności – resentyment nie jest, jak często się to słowo rozumie, jakimś specjalnym rodzajem sentymentu; resentyment jest pojęciem o ściśle określonym znaczeniu. Pisał Max Scheler: „Formalne przejawy resentymentu mają […] wszędzie tę samą strukturę: afirmuje się, ceni, chwali coś, jakieś A, nie ze względu na jego wewnętrzną jakość, lecz w (niewysłowionej) intencji zanegowania, zdeprecjonowania, zganienia czegoś innego, jakiegoś B. A »wygrywa się« przeciw B”. Tak, zdarza się niestety, że życiem politycznym zaczyna rządzić tak właśnie rozumiany resentyment. I dzieje się tak nawet wówczas jeśli nie słyszało się o niemieckim filozofie i socjologu Maxie Schelerze. Dość paradoksalnie resentyment łączyć się może zarówno ze zdecydowanie częściej przywoływaną w prywatnych rozmowach koncepcją wyboru tzw. „mniejszego zła” (to wersja „soft”), jak i trwaniem na pozycji zdeklarowanego, pozbawionego wszelkich wahań i wątpliwości „twardego elektoratu” (to wersja „hard”). Pierwsi wiedzą, że zamykają oczy, drudzy – mają oczy szeroko zamknięte.

Resentymentalny schemat jest wspólny dla obu wersji. I w praktyce ma konstrukcję cepa. Oto ktoś nie lubi/nie znosi/nienawidzi jednej ze stron politycznego sporu, pogardza nią, budzi ona w nim obrzydzenie. I dlatego właśnie skłonny jest przymknąć oko na wszelkie wady strony drugiej – która staje się jego partyjnym wyborem, politycznym domem. Jakiekolwiek informacje, że „jego strona” też popełnia błędy, że także nie jest bez winy, wywołują wtedy silny dysonans poznawczy – informacje o (rzekomych, w takim przypadku, rzecz jasna) błędach i winach „swoich” politycznych faworytów trzeba wyprzeć czy w jakiś inny sposób zdezawuować. Tym właśnie wytłumaczyć chyba można niezwykłą popularność partyjnych harcowników, którzy przebijając się nawzajem w najbardziej chamskich odzywkach podbijają bębenka złych emocji „swojego” elektoratu, jak się tylko da. Resentymentalny efekt, na który nie bez podstaw liczą harcownicy jest, jako się rzekło, prosty. Liczą mianowicie na niedopuszczanie do siebie przez wyborcę informacji, które w jakikolwiek sposób zakłócają przyjęty obraz świata i wytrącają z niezmiennie dobrego samopoczucia opartego na przekonaniu, że umie się bezbłędnie i niezawodnie oddzielić dobro od zła, światłość od mroku. I dalej idzie już prosto – święte oburzenie na chamstwo „tamtych” przy jednoczesnym bagatelizowaniu, bądź niedopuszczaniu do świadomości chamstwa „swoich”. A w wersji skrajnej – nawet jawnej uciechy, że „nasz” tamtym dowalił, „zmasakrował”, „zaorał” czy co tam jeszcze.

Ktoś może powie: kiedy dwu mówi to samo, to jednak nie zawsze znaczy to samo – ale doprawdy, bardzo słaba to argumentacja. Zostawmy na boku „masakry” i „zaorywania”. Weźmy na tapetę przykład bardziej subtelny. Daniel Passent w jednym ze swoich felietonów (Odebrać gronostaje, „Polityka” nr 15, 11.04–17.04) wykpiwa skandowanie hasła „Precz z komuną”. Uznaje, że Polska anno domini 2018 ma inne problemy i przed zupełnie innymi staje wyzwaniami niż obalanie komunizmu. No i dobrze. Ale kiedy takie same hasła, tak, tak, takie same hasła – „Precz z komuną” niosą uczestnicy antypisowkich demonstracji, to co? Ano – nic… prosta redukcja dysonansu poznawczego, o której wspominałem, załatwia tu wszystko. I kropka. No cóż, gdyby nie było dzisiaj tak bardzo „i śmieszno, i straszno” to wyzywanie od komunistów w hasłach niesionych w dwu wrogich demonstracjach musiałoby uderzać komizmem. Przyznaję, że dokładnie nie pamiętam, ale zdaje mi się, że nikt inny, jak tylko Jan Stanisław Lec kiedyś taki związek komizmu i komunizmu zapisał w zupełnie innych czasach. Komizm… Bohater arcydzieła filmowego Andrzeja Munka Zezowate szczęście, modelowy oportunista Jan Piszczyk, który w jednej ze scen przypadkowo trafia pomiędzy dwie wrogie manifestacje – rozpaczliwie rzuca w stronę każdej z nich odmienne hasła. Dzisiaj transparentem z hasłem „Precz z komuną” Piszczyk obsłużyłby i zadowolił obie strony polsko-polskiej wojny.

W tym samym numerze „Polityki”, w którym zamieszczono felieton Passenta, Jan Hartman gorąco argumentuje przeciw postawie, którą tygodnik ten rozpropagował jako symetryzm. Symetrysta w tym rozumieniu, to ktoś, kto stara się zachować jednakowy dystans – czy to do posunięć rządu, czy działań opozycji. Nic dziwnego – określenie to ma wszak w rozumieniu redaktorów „Polityki” zwykle charakter wybitnie pejoratywny… Tak, toczy się wojna polsko-polska i równy dystans pachnie Hartmanowi oportunizmem. Aż tu nagle, w dopiero co wydanym, „jubileuszowym” zbiorze felietonów Daniela Passenta (Daniel Passent, W 80 lat dookoła Polski, Warszawa 2018) czytam w Przedmowie redaktora naczelnego „Polityki” Jerzego Baczyńskiego, że „Był Passent, przez wszystkie lata uprawiania swego złośliwego ironicznego pisarstwa, krytykowany, pomawiany, atakowany z każdej politycznej i ideologicznej strony. Z tego zbioru da się odczytać dlaczego: otóż Daniel Passent jest radykalnym – jak byśmy dziś powiedzieli – symetrystą, poszukiwaczem złotego środka, zasadniczo zdystansowanym wobec każdej historycznej epoki, jakby wciąż zdziwionym, że można tak brzydko i źle się różnić”. Jest zatem, jak widać, dla redaktorów „Polityki” symetryzm zły i dobry. Ten dobry, to przypadek kierowcy, „który chciałby jechać środkiem jezdni, ale stale ściąga go w lewo”, jak sam siebie charakteryzuje Passent w przywoływanej książce (s. 253).

Pierwotnie zamierzałem dać temu felietonowi tytuł „resentyment i symetryzm”, ale zupełnym przypadkiem trafiłem na facebooku na jedno z moich ulubionych dzieł Hieronima Boscha Statek Szaleńców. I pomyślałem, że może obraz Boscha, a zwłaszcza jego tytuł znacznie lepiej oddają sens zagrożeń, które starałem się zarysować. Oczywiście, powie, ktoś – to nie jest diagnoza, ba, nie jest to nawet nie prognoza. To prawda, to przede wszystkim – przestroga.

FELIETON PRZED SĄDEM

„Więzienie za felieton?” – takie pytanie widniało na okładce jednego z tygodników. Gazetę zakupiłem, sygnalizowany pytaniem materiał przeczytałem. Jako felietonista z prawie dwudziestoletnim stażem jestem, rzecz jasna, żywo zainteresowany tym, czy za felieton – a, konkretnie, za jakie treści przemycający felieton – można dzisiaj trafić za kratki. Nie oznacza to, że znacznie szerszy temat „felieton pod sąd” jest czymś zupełnie nowym na polskiej scenie publicznej. Tak, w III Rzeczpospolitej odczytywano już w salach sądowych felietony, tyle, że wcześniej z powództwa cywilnego, celem sprawdzenia czy nie naruszyły czyjejś godności osobistej albo też dobrego imienia. I tak, już wiele lat temu, zapomniany dzisiaj prałat Henryk Jankowski sądził się z pisarzem i felietonistą Pawłem Huelle, Aleksandra Jakubowska poczuła się obrażona felietonem Pawła Śpiewaka („to słówko »zlecenie« w ustach pani minister i rzekomego zabójcy brzmią zastanawiająco zbieżnie”), a niezliczona ilość osób i instytucji pewnym felietonem Stanisława Michalkiewicza odczytanym w Radio Maryja.

Nie zawsze zresztą felieton zdążył trafić przed oblicze sądu. Jeden z dawnych wydawców pisma „Sukces” niejaki Jakubas nawet nie czekał, aż ktoś poczuje się obrażony felietonem pisarki-skandalistki Manueli Gretkowskiej. Po prostu polecił swoim pracownikom nożykami wycinać kartkę z trefnym tekstem z kilkudziesięciu tysięcy egzemplarzy „Sukcesu”, który zapachniał mu sądową klęską. Głośna od czasu do czasu feministka, Kazimiera Szczuka, broniła Gretkowskiej. W rozmowie z dziennikarką przekonywała: „Przyzna pani, że autorom felietonów przysługuje ustawowo większa swoboda niż ministrom czy głowom państwa. Felietonista ma prawo pisać, co chce, felieton to gatunek eksterytorialny, rządzący się własnymi prawami” (Szczuka w szczelinie, z Kazimierą Szczuką rozmawia Katarzyna Surmiak-Domańska, „Duży Format”). Zupełnie inaczej bronił oskarżanego Michalkiewicza jego redakcyjny („Najwyższy Czas!”) kolega Marian Miszalski: „tekst Stanisława Michalkiewicza w Radiu Maryja to nie felieton, ale komentarz; nawet gatunków dziennikarskich nie rozróżniają, albo i rozróżniają, ale wolą bagatelizować treść poprzez bagatelizację formy... /.../ tekst Stanisława Michalkiewicza w Radiu Maryja jest analizą i komentarzem, ale stał się ot, »felietonem«...”. (Marian Miszalski, Śladami Bermana i Brystygierowej, „Najwyższy Czas!”). Czyli, w przypadku Gretkowskiej felietonowa forma była dla jej obrończyni usprawiedliwieniem (to tylko felieton…), gdy w przypadku Michalkiewicza jego obrońca uznał, że taka klasyfikacja byłaby obciążeniem (to przecież nie jest felieton…). I bądź tu mądry, i pisz wiersze…

Na marginesie, współczesna pisarka i felietonistka Izabela Filipiak przekonuje, że napisać dobry felieton, to jak napisać dobry wiersz. I nie jest to myśl nowa. Wszak już Antoni Słonimski wyznawał: „jestem felietonistą i poetą, ale te dwa rodzaje literackie mieszają się często i niespodziewanie”. Wróćmy jednak do sytuacji, w których felieton miesza się nie z poetyckim zapisem, a protokołem czy to z prokuratorskiego przesłuchania, czy sądowej rozprawy. Wróćmy zatem do wspomnianego na początku mojego felietonu artykułu Więzienie za felieton? Oto pewnego czytelnika oburzyło nazwanie w felietonie prezydenta Rzeczpospolitej – Adrianem [zob. Ucho prezesa], a Polski – durnym, kołtuńskim krajem i to oburzyło go do tego stopnia, że zażądał ścigania autora, Antoniego Szpaka, felietonistę tygodnika „Angora” za znieważenie narodu polskiego. Czytam w „Angorze” (nr 21, 22.5.2018), że „Prokuratura Rejonowa Łódź-Śródmieście poprosiła o opinie biegłego z Zakładu Lingwistyki i Psychologii Instytutu Ekspertyz Kryminalistycznych Analityks w Poznaniu”. Z nieoficjalnych źródeł ponoć wiadomo, że „biegła uznała, że artykuł (Szpaka – K.Ł.) zawiera treści znieważające naród polski, Rzeczpospolitą Polską oraz prezydenta RP, a także funkcjonariuszy publicznych piastujących najwyższe funkcje w państwie”, a także, że słowa Szpaka „godzą w wyobrażenia pokrzywdzonych o własnej godności i narażają ich na utratę zaufania”. Prokurator postawił Antoniemu Szpakowi zarzut znieważenia narodu polskiego. Artykuł 133 Kodeksu karnego przewiduje za ten czyn karę do trzech lat pozbawienia wolności.

No cóż, nie znam stanowiska prezydenta Andrzeja Dudy w tej sprawie. Ale mam nadzieję, że zareagował w podobny sposób jak, wreszcie nie tak dawno temu, prezydent USA Ronald Reagan. Ten, kiedy pokazano mu teksty pewnego wściekle i regularnie atakującego go felietonisty, miał zapytać bez gniewu, za to z nieudawaną troską: „Co gryzie tego gościa?”. Reagan nie miał po prostu najmniejszych wątpliwości, że z atakującym go obsesyjnie dziennikarzem musi być coś nie tak. Anegdotkę tę podaję za ciekawą książeczką Dinesha D’Souzy Listy do młodego konserwatysty. Jako się rzekło – nic nie wiem o stylu rzeczywistej reakcji prezydenta Andrzeja Dudy, dla mnie samego tekst Antoniego Szpaka za bardzo przypomina wszechobecny dzisiaj internetowy bluzg i hejt, bym miał go określać jako felieton. Czy Szpak zostanie skazany? Myślę, że wątpię. W każdym razie dowcipem nie zgrzeszył Szpak na pewno.

„CENA STRACHU”

Cena strachu to tytuł filmu Henriego-Georges’a, reklamowany jako „koncertowo zbudowany thriller awanturniczy, łączący w sobie podtekst egzystencjonalny z akcentami społecznymi”. Tyle o filmie – teraz rzeczywistość. Prezydent Francji Emmanuel Macron tak skomentował jeden z zamachów w Paryżu: „Francja ponownie zapłaciła krwawą cenę” (RMF24.pl). Tzw. Państwo Islamskie (IS) przyznało się do ataku terrorystycznego w Paryżu… Ja rozumiem, że politycy muszą coś tam mówić, łatwo przychodzi mi też przejść do porządku dziennego nad tym, że zwykle są to dęte frazesy – wielkie mowy polityków stanowią znikomą mniejszość i inaczej chyba być nie może. Ale słowa Macrona jednak mnie zastanowiły i to do tego stopnia, że zapytałem o ich sens mojego przyjaciela zaprzysięgłego frankofona: no właśnie, za cóż to, według Macrona, Francja płaci – i to kolejny już raz – krwawą cenę? Przyjaciel wyjaśnił mi, że pewnie w rozumieniu Macrona Francja płaci krwawą cenę za konsekwentne kultywowanie swoich sztandarowych wartości, że płaci krwawą cenę za wolność, równość, braterstwo, a także za tolerancję, która w dzisiejszym świecie stała się nie tylko wartością samą w sobie, ale w ogóle wartością najwyższą. No cóż, zostawmy rekonstrukcję poglądów Macrona tym, którzy uważają, że jakiekolwiek poglądy posiada. Ja sam widziałem i słyszałem jak obecny prezydent Francji z takim samym naciskiem przekonywał, już to, że jest socjalistą, już to, że absolutnie socjalistą nie jest. Scena ta każe mi sądzić, że poglądy Macrona są takie, jak nakazują przedwyborcze sondaże. Zostawmy na inną okazję przeanalizowanie kwestii równości, braterstwa i tolerancji. Zajmijmy się wolnością, za którą Francja i Francuzi płacić dzisiaj muszą – i wszystko wskazuje na to, że płacić będą musieli jutro – krwawą cenę. W tym celu przyjrzyjmy się refleksjom dawnych polityków, którzy nie tylko poglądy mieli, ale po latach ich poglądy stały się częścią klasyki myśli politycznej. Bo naprawdę mieli coś do powiedzenia. I to co mieli do powiedzenia było tak ważne i – w jakimś sensie – uniwersalne, że nie przypadkiem wraca się do ich przemyśleń po upływie wielu, wielu dziesiątek lat. Zacznijmy od Edmunda Burke’a i fragmentu jego słynnych Rozważań o rewolucji we Francji, książki powstałej w czasach kiedy rozbłysło hasło „Wolność, równość, braterstwo albo śmierć”, w czasach, kiedy cała oświecona Europa sadziła na cześć Rewolucji Francuskiej „drzewka wolności”, rytuał mogący przywodzić na myśl dzisiejsze rysowanie kredkami chodników po kolejnym ataku terrorystycznym. Pisał Burke – „Czy z tej racji, że pojętą abstrakcyjnie wolność można zaliczyć do błogosławieństw ludzkości, mam serio gratulować szaleńcowi, który wyrwał się z chroniących go ograniczeń i zbawczej ciemności celi, że znów może cieszyć się światłem i wolnością? Czy mam gratulować rozbójnikowi i mordercy, który uciekł z więzienia, odzyskania jego naturalnych praw?”. I jeszcze: „Będzie krew. Brak zdrowego rozsądku sprawi, że krew popłynie”. Niedługo potem zbiorowe masakry, masowe egzekucje i gilotyna wprawiona w ruch przez rewolucyjny trybunał pokazały, że formułowana w okresie rewolucyjnego entuzjazmu diagnoza Burke’a nie była wyrazem jakiejś histerycznej przesady. W dzisiejszej Francji trudno oczywiście dostrzec jakiekolwiek ślady rewolucyjnego entuzjazmu, przeciwnie – dominować się zdaje pełen rezygnacji pesymizm wobec fali wyzwań, którym ani francuskie elity polityczne, ani społeczeństwo francuskie najwyraźniej nie umieją stawić czoła. Ich rolą zdaje się kwitowanie kolejnych rat krwawej ceny, którą, jak uznali, muszą płacić. Inny wielki myśliciel, Alexis de Tocqueville tak pisał o wolności w pierwszym tomie swojego wielkiego, niestety niedokończonego dzieła Dawny ustrój i rewolucja, że jej urok „polega na rozkoszy, jaką jest mówienie, działanie, oddychanie bez przymusu, pod rządami Boga i praw jedynie”. Zaś wcześniej podkreśla, że nie idzie o rozkiełznaną i niezdrową wolność”, ale zastąpienie jej „przez spokojne i wolne panowanie prawa”. Podkreślanie roli prawa, aczkolwiek ze wszech miar słuszne, tworzy horyzont nie do obejścia nawet przez największe umysły. Bo, okazuje się nie tylko, co skądinąd oczywiste, że każde pozytywne prawo można zmienić. Trzeba wziąć tez pod uwagę, że w szczególnych przypadkach – można je zmienić w jego przeciwieństwo. Toteż by świadomie stawić czoła dzisiejszym wyzwaniom warto sięgnąć więc po przenikliwe komentarze sprzed ponad pół wieku, po teksty autorstwa Raymonda Arona. Aron był chłodnym do bólu komentatorem, doskonale zdającym sobie sprawę z tego, że bezpośrednie przyczyny wojen i emocje, które one powodują, niewiele mają wspólnego z ich dalekosiężnymi skutkami. Głośna była swego czasu jego analiza wojny w Algierii. Francuzi powinni przyznać Algierii niepodległość – wywodził Aron wbrew ówczesnym aspiracjom i marzeniom wielu Francuzów – bo Algierii nie można, czy też – po prostu – nie powinno się, przyłączyć do Francji. Argumentował to Aron m.in. czynnikami demograficznymi. Sytuacja w której Algieria stałaby się integralną częścią Wielkiej Francji, doprowadziłaby do tego, że za kilkadziesiąt lat większość w parlamencie francuskim stanowiliby muzułmanie. I oni mieliby okazję narzucić całemu społeczeństwu, także jego nie-muzułmańskiej części, swoje prawa. Jak można się domyślać pewnie nie nadmiernie liberalne. Tyle dzisiaj w felietonie staroci, że na koniec czuję się wręcz zobowiązany zaproponować coś bardzo, współczesnego, coś nowoczesnego, a nawet ponowoczesnego. Za Michelem Houellebecqiem przytaczam zatem fragment z jego ostatniej powieści Uległość: „/…/ o ile liberalny indywidualizm mógł tryumfować, gdy ograniczał się do rozpuszczania struktur przejściowych, takich jak ojczyzny, korporacje i kasty, o tyle musi przypieczętować swoją własną klęskę, jeśli ośmieli się zaatakować najwyższą strukturę społeczną, jaką jest rodzina, czyli demografia – a wtedy, logicznie, nadejdzie czas islamu”. I to by na dzisiaj było Houellebecqa na tyle.

ZROZUMIEĆ BASTYLIĘ

Lipiec dla Francuzów niezwyczajna pora – by sparafrazować Stanisława Wyspiańskiego. Wszak 14 lipca 1789 roku to uświęcona data, symbolicznie zapoczątkowująca Wielką Rewolucję Francuską. Ale właśnie, co niby Francuzi świętują? „Cofnijmy się jednak trochę w czasie”, jak mawiają dzisiejsi polscy politycy. Spróbujmy.

W perspektywie historycznej opada dziejowy muł i niektóre sprawy stają się wyraźniejsze. Otóż po ponad dwustu latach od wybuchu Francuskiej Rewolucji wyraźnie widać, że najlepszym diagnostą tego, co się wówczas we Francji działo, człowiekiem, który opisał naturę rewolucji nad wyraz przenikliwie – i to od razu, u samych jej początków – był Edmund Burke. O tym czym rzeczywiście stawała się rewolucja, jaki będzie jej dalszy ciąg, i jakie będzie miała konsekwencje – przeczytać można było w wydanych po raz pierwszy w roku 1790 Rozważaniach o rewolucji we Francji. Burke pisał swoje dzieło w czasach, kiedy cała oświecona Europa przyglądała się z zachwytem niezwykłemu karnawałowi wolności, jakim wydawać się mógł początek rewolucji we Francji. Jak wiadomo, dość wcześnie symbolem rewolucyjnego tryumfu stało się właśnie zdobycie przez zrewoltowane tłumy Bastylii. Uchodziła ona za symbol królewskiego despotyzmu. Ale w twierdzy znaleziono tylko siedmiu więźniów, dobrze odżywionych i zajmujących obszerne pomieszczenia – w tym czterech oszustów, jednego zboczeńca w stylu markiza de Sade’a i dwu szaleńców, którzy zresztą niedługo potem zostali zamknięci w szpitalu dla umysłowo chorych. A ciąg dalszy? Pisał Burke: „Będzie krew. Brak zdrowego rozsądku sprawi, że krew popłynie”. Niedługo potem zbiorowe masakry, masowe egzekucje i gilotyna wprawiona w ruch przez rewolucyjny trybunał pokazały, że diagnoza i prognoza postawione przez Burke’a w okresie największego rewolucyjnego entuzjazmu – kiedy kibicowała rewolucji bez mała cała postępowa Europa – nie była wyrazem histerycznej przesady. Na długo, bo na dziewięć lat przed dojściem do władzy Napoleona Bonaparte, Burke ostrzegał: „Przy słabości jednego rodzaju władzy i przy płynności wszystkich, oficerowie pozostaną w stanie buntu, dopóki jakiś ludowy generał, obdarzony prawdziwym autorytetem i sztuką zjednywania sobie wojska, nie zwróci na siebie oczu wszystkich ludzi podbijając serca i umysły. Armie będą posłuszne każdemu jego skinieniu. Lecz dzień, w którym to się stanie, osoba, która rządzi wojskiem, będzie waszym panem, panem waszego króla, panem waszego zgromadzenia, panem całej waszej republiki”. I w tym przypadku profetyzm Burke’a musi zadziwiać. Nikt jednak nie jest prorokiem we własnym kraju, ani – zwłaszcza – we własnej epoce. Figura Kasandry przychodzi tu na myśl prawie że automatycznie.

A przecież, pisze Leslie G. Mitchell w świetnej przedmowie do głównego dzieła Burke’a czyli Rozważań o rewolucji we Francji (tłum. D. Lachowska, Wydawnictwo UW, Warszawa 2008), że choć „Edmund Burke twierdził, że jak na cudzoziemca zna Francję z obserwacji i studiów całkiem nieźle. To właśnie w największej mierze podawali w wątpliwość jego krytycy (…). Burke nie dysponował tym zakresem informacji i kontaktów, do którego mógł się odwołać ktoś taki, jak Charles James Fox”. I nic dziwnego, bo też „zakres informacji o sprawach francuskich dostępny dla kogoś takiego jak Charles James Fox był niemal ambarasujący. Wielu jego najbliższych przyjaciół odwiedziło Paryż między 1789 i 1792 rokiem, i wysyłało zeń sprawozdania z pierwszej ręki”. Czy przyjaciele Foxa, przywódcy partii wigów, byli nie dość rozsądni, by widzieć nie tylko rewolucyjne blaski ale także i cienie? Czy po prostu relacjonowali zaślepieni rewolucyjną ideologią? Czy też może Fox wyciągał z nadsyłanych przez nich informacji fałszywe wnioski, sam trwając uparcie w przekonaniu, że Francja dzięki swoje rewolucji wyprzedziła swojego sąsiada zza Kanału Angielskiego w tryumfalnym pochodzie wolności? Nie umiem jednoznacznie odpowiedzieć na te pytania. Nie ulega jednak wątpliwości, że choć Fox dyskutował wielkimi tamtego świata, z księciem Orleanu, z Talleyrandem, gdy Burke – rozmawiał i korespondował wyłącznie z zupełnie szarymi Francuzami; że choć powszechnie uznawano, że Fox doskonale znał Francję, a Burke – wręcz przeciwnie, to właśnie ten ostatni naprawdę rozumiał to co się we Francji działo, więcej – z dzisiejszej perspektywy profetycznie przewidział logikę łańcucha rewolucyjnych zdarzeń.

Diagnozy prawdziwego światowca, za jakiego, nie bez racji, mógł uchodzić Charles James Fox, przegrały z analitycznym umysłem i intuicją Edmunda Burke’a. Narzuca się pytanie, czy w tym niewypowiedzianym oficjalnie pojedynku Fox był od razu na straconej pozycji czy jako polityczny diagnosta i prognosta musiał ponieść klęskę? No cóż, nie musiał – wystarczyło nie poprzestawać na bezkrytycznym słuchaniu rewolucyjnych entuzjastów i zadowalaniu się ich nad wyraz powierzchownymi wrażeniami. Trzeba było do tego wszystkiego dołożyć wartość dodaną – po prostu rzetelnie pomyśleć.

PS Po ponad 200 latach po roku 1989 wydano we Francji Czarną księgę rewolucji francuskiej. Pokazano w niej przekonująco, że rewolucja była rodzajem krwawego laboratorium ludobójstwa przeprowadzonego w imię fałszywie pojętych praw człowieka; że na gilotynie ginęli przede wszystkim ludzie pochodzący z najniższego stanu. Autorzy dzieła, wybitni historycy, udowadniają, że to nie lud francuski wywołał rewolucję, ale uprzywilejowana mniejszość w rzeczywistości nastawiona przeciwko ludowi i że to lud został przez tę rewolucję najbardziej pokrzywdzony. Wygrał motłoch.

Wolność, Równość, Braterstwo – to znają wszyscy. Mało kto podaje pełną wersję rewolucyjnego hasła: Wolność, Równość Braterstwo, albo Śmierć. Całkiem niedawno Fidel Castro zaproponował inną wersję – „Socjalizm albo śmierć”. Warto przypomnieć dzisiaj tę wydawałoby się egzotyczną jak Kuba alternatywę.

O PRAWDZIE (FRAGMENTY)

I

Jeden z kandydatów na prezydenta Warszawy zainicjował kampanię „Mów prawdę!”. No cóż, to tak łatwo powiedzieć... A co z prawdą, która w oczy kole?... „Cóż to jest prawda?” – zapytał Poncjusz Piłat, prokurator Judei w najbardziej znanym procesie w dziejach. Giorgio Agamben w zwięzłym szkicu Piłat i Jezus powiada, że niektórzy wyczuwają w tym osławionym pytaniu ironię, może – dodam już od siebie – daje się w nim wyczuć nie tylko ironia ale i szczypta sarkazmu. Może słyszano w pytaniu Piłata także nutę sceptyczną – cóż my, śmiertelnicy, wiemy o prawdzie? Może znajdowano w nim przesyconą tzw. znajomością życia wątpliwość co do tego, czy prawda jest się w stanie obronić? Czy może jednak rozumienie tego pytania powinno być znacznie prostsze – oto żyjąc w zgiełku zdarzeń nie wiemy jaka jest prawda. Giuseppe Tomasi di Lampedusa zastanawiał się w Gepardzie: „Ale czy prawda istotnie tak wyglądała? Prawda nie żyje nigdzie tak krótko, jak na Sycylii; coś prawdziwego zdarzyło się zaledwie przed pięcioma minutami, ale od tej chwili nieskłamana istota tej prawdziwości przepada, zostaje zamaskowana, upiększona, zniekształcona, zgnieciona, unicestwiona, a dokonuje tego fantazjowanie i interesowność, wielkoduszność, oportunizm; wstyd i lęk, wrogość, litość, wszystkie te namiętności, zarówno dobre, jak złe, rzucają się na prawdziwy fakt i rozdzierają go na strzępy; toteż sam fakt wkrótce znika na dobre”. Tyle di Lampedusa – ale jego uwagi nie brzmią przecież dzisiaj specjalnie egzotycznie, dotyczą w tym samym stopniu Sycylii wieku XIX, jak współczesnego nam świata. Świata, w którym głoszenie prawdy uznano za coś opresyjnego. Jak w powieści innego Włocha, Umberto Eco: „Czy w Paryżu mają na wszystko prawdziwą odpowiedź? – pyta benedyktyński nowicjusz Adso z Melku, – Nigdy – rzekł Wilhelm – ale są bardzo pewni swych błędów” (Imię róży). Ba, zdają się w jakiś perwersyjny sposób z własnych błędów dumni. W ustach Wilhelma z Baskerville to oczywiście krytyka średniowiecznych teologów. Od tamtych czasów wiele się zmieniło – dzisiaj paryscy filozofowie głoszą inną prawdę, prawdę, że nie ma prawdy, a gdyby nawet prawda była, to byłaby szkodliwa. Poza grami i zabawami filozofów „źle natchnionych” postaje jednak otwarte pytanie: Jeśli nie prawda, to co w zamian, to co oferuje się zamiast prawdy? Jaki ersatz ma prawdę zastąpić? I otóż okazuje się, że ci sami ludzie, którzy przed prawdą ostrzegali, są – gdy idzie o propozycje tego, czym prawdę zastąpić – w kropce. Spopularyzowane ostatnio pojęcie tzw. post-prawdy, to znaczy – powiedzmy wprost – zmanipulowanych faktów, zafałszowanego obrazu rzeczywistości zaczęło nagle doskwierać także tym, którzy wcześniej tak ochoczo się od prawdy odwracali plecami, ba, którzy potrzebę prawdy odrzucali. A przecież jeśli istnieje tylko i wyłącznie – wejdźmy na małą chwilę w uczony żargon – wielość narracji, dyskursów, wielość opowieści, z których żadna nie jest prawdziwa, bo prawda według postmodernistycznych mędrków nie istnieje, to czym się oburzać? Wreszcie – tam gdzie nie ma prawdy, tam rządzi siła: siła perswazji, manipulacji, kłamstwa.

II

Laureatka literackiego Nobla Swietłana Aleksijewicz w książce Czasy Secondhandu. Koniec czerwonego człowieka opisuje rozterki wielu zwykłych, szarych ludzi po upadku Związku Radzieckiego – „Kupiłem trzy gazety i w każdej mam inną prawdę. A jak poznać, która prawda jest prawdziwa? Dawniej przeczytało się rano »Prawdę« [dziennik, organ Komunistycznej Partii Związku Sowieckiego] i wszystko człowiek wiedział. Wszystko rozumiał”. No właśnie – człowiek wszystko wiedział i wszystko rozumiał… Czy jednak dzisiaj jest naprawdę tak bardzo inaczej? Nie wiem jak jest w Putinowskiej Rosji, ale w Polsce ludzi, którzy czytają jedną – w domyśle, swoją – gazetę i stąd wiedzą i wszystko rozumieją, jest jak się zdaje całkiem wielu. Więcej, przypuszczam, że znaczny procent, ba, większość z tych, którzy w ogóle czytają ogranicza się właśnie do lektury swojej gazety, ich gazeta im wystarcza. Jak przeczytają to wszystko już wiedzą i absolutnie wszystko rozumieją. Inne argumenty, racje strony przeciwnej, znają tylko z szyderczych omówień swojej gazety, więc rzecz jasna nie mogą poważnie się nad nimi zastanawiać. Kiedy widzą w krzywym zwierciadle przedstawiane im przez ich gazetę poglądy innych, to jedyne na co ich stać – pozwólcie Państwo, że użyję młodzieżowego slangu – to beka. Niekiedy zdawać się może, że gazeta pełni w ich życiu rolę niemal wszechobecnego suflera – zawsze podpowie im co mają myśleć i mówić – praktycznie na każdy temat. Co ciekawe ludzie jednej gazety świetnie czują się we własnym towarzystwie, choć może powinienem powiedzieć, dobrze czują się tylko we własnym towarzystwie – wbrew pozorom nie nudzą się wcale powtarzając za swoją gazetą/telewizją/portalem sądy, opinie – nawet powtarzanie słowo w słowo całych akapitów nie uchodzi za nudziarstwo. Wręcz przeciwnie – powtarzane za „swoją” gazetą/telewizją/portalem komentarze i opinie wysłuchiwane są z pełną uwagą, jako ważne, acz już tylko kolejne potwierdzenie tej wersji rzeczywistości, którą codziennie, nieustannie serwuje im ich ulubione medium. Otóż wydaje mi się, że kluczem do takiego czytania świata, czytania wyłącznie przez pryzmat swojej gazety jest po pierwsze potrzeba identyfikacji, po drugie potrzeba konformizmu – tak, tak, może wbrew pozorom istnieje i taka potrzeba, ale jest jeszcze coś – to potrzeba utrzymywania się w przekonaniu, że jest się mieszkańcem świata normalnego, gdy wszyscy, którzy reprezentują inne zdanie, niż to, które codziennie niezmiennie sufluje ich ulubiona gazeta, są czegoś tam nienormalni. Oni sami zdają się podobnie ”nienormalni” tym, których za nienormalnych uważają. Jedyne co ich wszystkich łączy, to wzdychanie do „normalności”. Niechby wreszcie było „normalnie”… I tylko ciągle ta nieznośna pospolitość skrzeczy.

CZY LEPIEJ SIĘ MYLIĆ?

Nabyłem ostatnio, niejako w pakiecie, dwie książki. Ich problematyka jest zbliżona – na dodatek łączy je to, że i w jednej, i w drugiej pojawia się postać głośnego niegdyś francuskiego pisarza i myśliciela J.-P. Sartre’a. Podejście Rogera Scrutona (autora pierwszej z książek) i Sarah Bakewell (autorki drugiej) są wobec minionej filozoficznej sławy francuskiego filozofa radykalnie odmienne. Już nawet tytuł pierwszej z zakupionych przeze mnie pozycji nie pozostawia w tej sprawie najmniejszych wątpliwości – Scruton zatytułował swoją książkę Głupcy, oszuści i podżegacze. Sartre jest, rzecz jasna, jednym z nich. W mającej zupełnie odmienny charakter pracy Sarah Bakewell pt. Kawiarnia egzystencjalistów Sartre przedstawiany jest jako oryginalny, ważny i poważny myśliciel. Tu uwaga: książki są zwykle dla mnie pretekstem dla zmierzenia się z rzeczywistością pozaliteracką. Nie inaczej jest i tym razem. Choć dla wielu to tylko niegdysiejsze śniegi – to postaram się przekonać, że to mylne wrażenie.

Zaznaczę, dla porządku, że nigdy nie byłem specjalnym wielbicielem autora Bytu i nicości. Dlaczego? Otóż od zawsze raziło mnie to, że Sartrowi wiara w wolność i postęp nie przeszkadzała znajdować sofistycznych usprawiedliwień dla piekła sowieckiego gułagu ani całować portretu innego krwawego dyktatora, Mao Zedonga. Nie przypadkiem Sartre’a przyrównano niegdyś do dziecka, które po zobaczeniu filmu Quo vadis płacze zamartwiając się tym, że nie dla wszystkich lwów wystarczyło chrześcijan... Nie znaczy to, że filozof był na cierpienia ludzi nieczuły. Wręcz przeciwnie. Był czuły – tyle, że inaczej. Weźmy prawdziwy dramat jaki dostrzegał Sartre w procedurze demokratycznych wyborów. W artykule pod znamiennym tytułem Wybory, pułapka dla imbecyli filozof rozkładał na czynniki pierwsze męki człowieka pozostawionego sam na sam ze sobą i kartką do głosowania w kabinie wyborczej... Pół świata jęczało wówczas pod butem Sowietów, III świat głodował, a Sartre, jak to zwykle on, umiał w takiej sytuacji znaleźć cierpiących inaczej... Cierpiących w kabinie wyborczej. Dalej, ci, którzy byli antyfaszystami już w latach 30. w hitlerowskich Niemczech mieli (i mają) powód do dumy. Co jednak ciekawe przebywający wówczas w Niemczech późniejszy guru ruchów wyzwoleńczych, tak, tak, właśnie Jean Paul Sartre, w ogóle na zauważył wówczas, w latach 30. w Niemczech, faszyzmu. Zręcznie pisze o tym okresie jego życia Bakewell: „Ze względu na dojście nazistów do władzy rok 1933 nie był najlepszy na przeprowadzkę do Niemiec. Jednak Sartre’owi nadarzył się dzięki temu dobry moment na zmianę kierunku życia. Nudziło go nauczanie, nudziła wiedza zdobyta na uniwersytecie /…/ musiał wpierw mieć przygody”. Czyli – Sartre pojechał w 1933 roku do Berlina, żeby przygodami zwalczyć nudę… A przecież w tym czasie łamano w Niemczech konstytucję, szalało Gleichschaltung, to jest ujednolicanie wszystkiego w życiu społecznym i politycznym, by w nowej postaci skrojone było na nazistowski krój; choć ustawy norymberskie wprowadzono 1935, to przecież skrajny antysemityzm nazistowskiej władzy nie budził wątpliwości. I co? No cóż, żądny wrażeń Sartre po rocznym pobycie w Berlinie jako plon swoich przygód przywiózł… zapisane zręby filozofii, której miał się później stać sztandarem, tj. egzystencjalizmu. Ale – choć, jak widać, refleks w dostrzeganiu rodzącego się faszyzmu nie należał do głównych zalet młodego filozofa, to co się odwlecze…

Bowiem Sartre (który, pewnie dalej poszukując przygód, w latach wojny udoskonalał swą filozofię) – dostrzegł i od razu bezlitośnie piętnował postępującą faszyzację w powojennej Francji, a generał de Gaulle był dla niego prawdziwym tyranem. „Lepiej mylić się z Sartrem niż mieć rację z Aronem”, liberalnym adwersarzem Sartre’a – powiadali swego czasu francuscy lewacy i doprawdy w tym akurat byli niezwykle konsekwentni, konsekwentni aż do skrajnego ogłupienia. W tej prawdziwej tragikomedii pomyłek idzie nie tylko o dość jednak spóźniony antyfaszyzm francuskiego filozofa. Oto Sartre w posłowiu do książki Algierczyka z wyboru, Frantza Fanona zatytułowanej Wyklęty lud ziemi nie tylko usprawiedliwia przemoc mieszkańców dawnych kolonii wobec ludzi Zachodu, ale nawet do niej zachęca.

I wreszcie na koniec – coś dla piłkarskich kibiców, ale przecież nie tylko dla nich. Oto Sartre narzekał, że „W piłce nożnej wszystko komplikuje obecność przeciwnej drużyny”. Ktoś dostrzeże w tym ironiczną uwagę poczynioną na temat drużyny, która nawet kiedy przeciwnika nie ma na boisku potyka się o własne nogi. Ja widzę w tym raczej odmianę infantylnej pretensji, którą Sartre żywił pewnie do całego świata. Otóż, rzeczywiście zamierzony efekt jego myślowych konstrukcji komplikowała zwykle nie dająca się do końca usunąć obecność rzeczywistości; rzeczywistości, którą Sartre uparcie chciał zmieniać, a która – jak realni przeciwnicy na piłkarskim boisku – nie chciała podporządkować się jego geniuszowi, z którym tak często można było się mylić.

PS Od jakiegoś czasu często natykam się w najróżniejszej maści publikacjach na cytat z Dantego: „Najmroczniejsze czeluście piekieł zarezerwowane są dla tych, którzy zdecydowali się na neutralność w dobie kryzysu moralnego”… Mniejsza o to, że cytat ów rozpropagowała ostatnio sensacyjna powieść Dana Browna Inferno i stąd bierze się pewnie jego niezwykła popularność. Znacznie ciekawsze zdaje się jednak to, że dzisiaj bardzo często powtarzają tę formułę – jak groźne memento – ludzie, którzy najwyraźniej w piekło nie wierzą. No chyba, że przyjęli efektowną formułę Sartre’a, że „piekło to inni”. Inni pisani wtedy oczywiście z małej litery.

KTO WIDZI LEPIEJ?

Ten felieton, wbrew pozorom, jakie stwarzać może tytuł, nie jest o okulistyce, jest o polityce. Ale najpierw, by złapać ogólniejszą perspektywę, „cofnijmy się nieco w czasie”, jak mawiają polscy politycy – i nie tylko oni zresztą. Znany z Nowego Testamentu Syn Marnotrawny, zanim skruszony wrócił na łono rodziny, czegoś się o życiu dowiedział. Wróciwszy, wiedział o życiu na pewno więcej niż jego poczciwy, lojalny, pracowity i urobiony po łokcie starszy brat, który ani nie hulał, ani nie żebrał. Czy – poza radością Ojca dającą się dostrzec tak łatwo (choć wcale nie łatwo zrozumieć – zapytajcie jego brata, który tyrał na roli, gdy Marnotrawny brat zabawiał się w wesołym towarzystwie) – zdobyta wiedza byłaby dodatkowym bonusem życiowej drogi wybranej przez Marnotrawnego Syna? Czy najpierw życie w luksusie i – później – w poniewierce dało mu wiedzę bez tego nie do zdobycia? Zostawmy Pismo święte – przyjrzyjmy się polityce.

I

A jak to jest w polityce? Czy trzeba najpierw się w polityce ubrudzić, żeby cokolwiek z niej rozumieć? Czy odwrotnie – „Tylko ofiary się nie mylą i tak rozumieć trzeba Jałtę” – jak przekonywał Jacek Kaczmarski, śpiewając o ludziach, którzy ucierpieli wskutek politycznego dealu Roosevelta, Churchilla i Stalina. Znany jest wszak zupełnie inny punkt widzenia. Poza obrębem władzy rodzą się tylko polityczne iluzje – takiego zdania był Napoleon Bonaparte. A coś o władzy i polityce wiedział. W słusznie minionych czasach najbardziej postępowego ustroju w ludzkiej historii czyli Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich, kiedy komunistyczni władcy podejmowali decyzje niezrozumiałe dla ogółu, w tym często decyzje zbrodnicze zafascynowani postępem osobnicy mawiali: „Im widnieje” (oni wiedzą lepiej). Czy rzeczywiście wiedzieli lepiej? Kiedy po roku 1989 jeden z ważnych polskich komunistów lat 50. Andrzej Werblan napisał książeczkę zatytułowaną Stalinizm w Polsce, to we wstępie do niej Bronisław Łagowski napisał: „[Werblan] oglądał polski stalinizm z wysokości centralnego ośrodka władzy, wokół którego od młodości funkcjonował, zanim zajął jedno z czołowych w nim miejsc. Była to pozycja uprzywilejowana, ale grubą nieścisłością byłoby nazwać ją wygodną. Podlegało się tam niesamowitej indoktrynacji i doprawdy nie mogę się nadziwić, że Andrzej Werblan po spędzeniu tylu lat w centrum marksistowskiej władzy zachował doskonale jasny intelekt. Niewiele podobnie szczęśliwych przypadków można by wymienić”. Czy człowiek umoczony w instalowanie stalinizmu w Polsce może być jego dobrym analitykiem? W tej sprawie zawierzam ocenie profesora Łagowskiego.

Inny przypadek. O prezydencie Senatu Wolnego Miasta Gdańsk Hermanie Rauschningu pisał Łagowski: Mamy tu jedyny chyba casus, kiedy to przynależność wybitnej jednostki do tej partii [NSDAP – K.Ł.] przyniosła przypadkowo korzyść ogólną: Herman Rauschning poznał nazizm od wewnątrz i uzmysłowił sobie to, co trudno było zrozumieć oddalonym obserwatorom. /…/ można się zgodzić w pewnym stopniu z powiedzeniem Rauschninga, że aby ujawnić cały bezmiar grozy niszczycielskiej tej polityki, »może trzeba być samemu dawnym narodowym socjalistą«” (Bronisław Łagowski, Rauschning i jego Rewolucja nihilizmu [w:] Co jest lepsze od prawdy? WL, Kraków 1986). Dla porządku dodam tylko, że Rauschning swoją Rewolucję nihilizmu, czyli krytykę narodowego socjalizmu zaczął pisać w roku 1937, a opublikował w roku 1939. W 1936 emigrował z III Rzeszy. Po roku 1945 z natury ludzkiej rzeczy, krytyk nazistowskich Niemiec było oczywiście więcej, zresztą i pod koniec wojny nawet Adolf Eichmann czuł, że nie może przedstawiać się dalej jako wyznawca kantowskiego imperatywu kategorycznego.

II

Zostawmy totalitarne pokusy. Problem ma wiele wymiarów. Poszukajmy w historii. Oto w 63 roku p.n.e. Rzymem wstrząsa tzw. spisek Katyliny – ogółowi znany głównie jako tytuł do chwały jednego z najsłynniejszych prawników, filozofów i polityków starożytności Marka Tuliusza Cycerona, który swymi słynnymi mowami i energicznymi działaniami spisek unicestwił. Cyceron – przeszedł do historii jako wzór cnót, Katylina – wręcz przeciwnie; jako arystokratyczny bankrut, pozbawiony jakichkolwiek zasad moralnych, zdolny spalić Rzym, byle tylko znowu na powierzchnię wypłynąć; jego zwolenników określa Cyceron jako wykolejeńców, zbójów nędzarzy. Znacznie mniej znana jest interpretacja niejakiego Salustiusza, człowieka o niespecjalnie budującej kondycji politycznej i moralnej. Jak można się dowiedzieć z Historii starożytnego Rzymu autorstwa Mary Beard – mimo „niezbyt chlubnej kariery, a może właśnie za jej sprawą dzieło Salustiusza jest jedną z najprzenikliwszych analiz politycznych jakie znamy”. Trudno w krótkim z natury felietonie rozwijać wersję Salustiusza. Powiem więc tylko, że odwołując się do faktów, które znaleźć można także w słynnych mowach Cycerona, tzw. „katyliniarkach”, Salustiusz dostrzega słuszne racje po stronie buntownika Katyliny, pisze o ogólnym kryzysie jaki dotknął w tamtym czasie Rzym, z niego właśnie wynikać by miało poparcie jakie uzyskał Katylina od „wielu prostych, postawionych pod ścianą ludzi, których podobny jak Kataliny los zmusił do sięgnięcia po rozpaczliwe środki”. A konsul Cyceron? Cyceronowi spisek dał okazję, by obrócić kłopoty Rzymu na własną chwałę, a jego konsulat należy uważać raczej za przyczynę spisku niż jego rozwiązanie. Słynny Cyceron i raczej nieznany Salustiusz… Dwie wersje, dwie zupełnie różne interpretacje tego samego dramatycznego zdarzenia. W historii popularnej dominuje wersja Cycerona – ale popularną historię zawsze wszak piszą zwycięzcy. Pozostaje pytanie – czy poza historią pisaną przez politycznych zwycięzców pozostają naprawdę tylko i wyłącznie iluzje?

TO NIE ZBRODNIA – TO BŁĄD

Nadgorliwość jest przesadna niejako z definicji, jest bowiem przesadna zawsze. Może miewa to niekiedy jakieś dobre strony, ale dzisiaj porozmawiajmy o złych.

Nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu, tak żartowano we wcale nieodległych czasach, w których niektórym zdawało się, że można było z faszyzmu już tylko sobie dworować. Czy rzeczywiście nadgorliwość jest od faszyzmu gorsza? No cóż, na pewno powiedzieć można tyle, że nadgorliwość faszyzmowi towarzyszy i to towarzyszy tak zastanawiająco często, że bez niej faszyzm jest właściwie trudny do pomyślenia. Co ciekawe i zastanawiające, nadgorliwość, choć to w tym szczególnym przypadku prymitywna z natury, dotyka – o dziwo – także ludzi, którzy na prymitywizm powinni być w zasadzie impregnowani, to znaczy tzw. intelektualistów. No cóż, kiedy o tym myślę, to przychodzi mi do głowy, że niekiedy słusznie wydawać się może, że są czasy kiedy intelektualiści bywają przereklamowani. I nie ma sprzeczności w tym, że ta, na pozór zaskakująca konstatacja przychodzić może do głowy także samym intelektualistom.

Intelektualiści też, jak najbardziej, mogą się mylić, popełniać różnorakie błędy, ba, zdarza się im to wcale często. Nieodżałowanej pamięci Tony Judt (skądinąd, właśnie, także intelektualista tout court) w jednej ze swych książek opowiada o pewnej diagnozie z francuskim intelektualistą w roli głównej. Oto dawno, dawno temu paryskiego intelektualistę król wysłał do Anglii, by tam przyjrzał się nowo otwartej linii kolejowej Manchester – Liverpool. I co? „Francuz siedział przy torach, robiąc staranne notatki, a solidna lokomotywa ciągnęła pierwszy w świecie pojazd szynowy tam i z powrotem między dwoma miastami. [I otóż] dokonawszy na podstawie swoich obserwacji sumiennych obliczeń, [intelektualista] przesłał raport do Paryża [o następującej treści] To niemożliwe. Takie coś nie ma prawa działać”. Tony Judt puentuje: „Oto intelektualista francuski w każdym calu”.

Dość oczywiste, że dalece nie wszyscy intelektualiści umieją wobec przypisanej sobie kondycji społecznej zachować jednocześnie i klasę, i dystans cechujący rozważania Judta. Nie zamierzam epatować przykładami trudnej do pojęcia głupoty i niegodziwości najbardziej znanych intelektualistów w historii. Zainteresowanych odsyłam do znakomitej książki Paula Johnsona zatytułowanej właśnie Intelektualiści. Wracając do – bywa, że silnie związanej właśnie z głupotą i konformizmem – nadgorliwości. Przypomina mi się taka oto wyczytana gdzieś historyjka. W hitlerowskich Niemczech pewien profesor, znawca starożytnej greki postanowił zasłużyć się rządzącej niepodzielnie Partii. Ponieważ wiek i temperament nie pozwalały mu na czynny udział w nazistowskich ekscesach postanowił przetłumaczyć dzieło Führera – Mein Kampf na… starożytną grekę. To, że tłumaczenie takie nie miało najmniejszego sensu, nie miało żadnego realnego znaczenia. Dla profesora ważne było, by zaznaczyć swój wkład w tworzenie nowego ładu. Ktoś powie głupota i konformizm – ja powiem: nadgorliwość. To zresztą nierozłączne siostry trzy. Inna siostrą nadgorliwości jest przesada. Przesada, podobnie jak nadgorliwość – ośmiesza. Ośmiesza tego, kto przesadza, nawet jeśli jego intencją było ośmieszenie kogoś właśnie przesadą.

Dzisiaj od przykładów tryumfującej nadgorliwości aż się roi. Nadgorliwości prymitywnej – ale wszak naprawdę trudno o inną. Ot, pewien mój znajomy, były poseł, ze stopniem naukowym doktora wysłał mi taki oto intymny wierszyk z przestrogą w tle: „Spotkanie było miłe,/ broń Boże nic na siłę./Patrzyłem w oczy piękne/trzymałem ją za rękę,/ A ona mnie za palec, /jakbym był jaki malec./ Ale już po północy, gdy wyciągnąłem kocyk/ I legliśmy wzdłuż siebie/ Poczułem się jak w niebie./ Wtem szczęście moje prysło,/ Choć było całkiem blisko/ Szepnęła „jestem… [tu następuje nazwa nielubianej przez autora partii]/ No i doznałem zwisu./ A teraz czas na morał/ co dźwięczy niczym chorał:/ To jedno musisz wiedzieć,/ Odbiorco mój kochany/ że [tu następuje nazwa nielubianej przez autora partii] rozpieprza wszystko,/ Nawet i twoje plany”. Dla jasności – ów znajomy nie był autorem cytowanego wiersza, niemniej z jakiegoś powodu uznał za stosowne mi go przesłać. No cóż, zwykle sprawiam wrażenie osobnika o dość wyszukanym smaku literackim, taką przynajmniej miałem dotychczas nadzieję, ale widać myliłem się, skoro uznano za stosowne uraczenie mnie poetycką grafomanią o podtekście i kontekście wyborczym. Grafomania? Nic, że droga wyboista, ważne, że kierunek słuszny, jak ironizował niegdyś Wojciech Młynarski. Ważne jest, by kogoś, kogokolwiek przekonać, do swoich politycznych racji, grafomania, jeśli tylko uzna się że może być skuteczna, absolutnie nie jest wykluczona. Niestety.

Jednak warto zauważyć, że jeśli choroba nadgorliwości dotyka intelektualistów i niedzielnych poetów, to równie groźna jest jej wersja prozaiczna – wtedy gdy idzie o nadgorliwość urzędników i partyjnych funkcjonariuszy. Nie wszystkie przy tym przypadki ich nadgorliwości były tak proste, jak mogłoby się wydawać. Przypomina Jerzy Urban jak to w roku 1953 (jeszcze przed śmiercią Stalina) w jednym z donosów na powiatowe władze napisano, że dopuściły one do występu jakiegoś amatorskiego zespołu tańca z Ukrainy czy tez Białorusi „i oni tańczyli poloneza w strojach szlacheckich, w związku z czym przedstawiciel KP PZPR przerwał występ w trakcie, nakazując ze sceny żeby muzyka przestała grać i wrzeszcząc »Spuścić kurtynę!«” I co? I „I sekretarz KP wyrzucił go za tę właściwą czujność z Komitetu, gdyż Pierwszy uważał, że ta czujność obraziła radzieckich gości, którzy sami wiedzą, co tańczyć i w czym” (J. Urban, Prima aprilis, towarzysze!, BGW, Warszawa 1991).

No właśnie, który z gorliwych partyjniaków – recenzujących radzieckiego poloneza w polskich szlacheckich strojach – bardziej zgrzeszył nadgorliwością?

O KŁAMSTWIE (FRAGMENTY)