Bractwo Ciem - Katarzyna Kasmat-Łyskaniuk - ebook
NOWOŚĆ

Bractwo Ciem ebook

Katarzyna Kasmat-Łyskaniuk

5,0

51 osób interesuje się tą książką

Opis

Bladesi od lat trzymają mieszkańców Ashwood w strachu. Przemoc i zastraszanie z użyciem noży to dla nich codzienność… i rozrywka. Kiedy ich rządy obejmują kolejny teren, Bractwo Ciem stawia im opór. Bladesi nie zamierzają ustąpić, a Yara próbuje przetrwać w świecie, gdzie nikt nie okazuje słabości. Gdy konflikt między grupami wymyka się spod kontroli, dziewczyna trafia w ręce wrogów.

 

Yara boi się, że stanie się stawką w tych porachunkach. Postanawia więc nie wyjawiać swojej tajemnicy, która może kosztować ją życie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 405

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Magdalenka128

Nie oderwiesz się od lektury

Bractwo Ciem Katarzyny Kasmat-Łyskaniuk to mroczny romans osadzony w świecie brutalnych gangów walczących o władzę nad Ashwood. Od początku wyczuwalne są niebezpieczeństwo, napięcie i atmosfera miasta, w którym okazanie słabości może mieć tragiczne konsekwencje. Historia jest pełna przemocy, walki o dominację, sekretów i silnych emocji. Polecam ją osobom lubiącym dark romance, wrogie gangi, motocyklistów i bohaterów funkcjonujących poza granicami prawa.
10



Bractwo Ciem

Katarzyna Kasmat-Łyskaniuk

„Światło nie może istnieć bez mroku”.Maxime Chattam

Prolog

Lasy Ashwood znałam jak własną kieszeń. Od lat chodziłam tam, by się ukryć, gdy zależało mi, aby nikt mnie nie zauważył. Mnie i moich siniaków. Draven nie lubił, gdy ktoś je widział. Mogły sprowadzić kłopoty. Starał się nie zostawiać śladów na twarzy, ale czasem za bardzo ponosiły go nerwy. Wolał, żebym pozostawała niewidoczna dla ludzi z miasta. Taka więc się stałam. A gęstwiny bardzo mi to ułatwiały.

Z bieganiem radziłam sobie gorzej. Nie byłam tak szybka jak brat i jego ludzie.

Dźwięki burzy i padający rzęsiście deszcz zagłuszały mój ciężki, rwący oddech i głośno bijące serce. Zapach strachu ciągnął się za mną jak dym, który mogli zwęszyć.

Potknęłam się. Runęłam na kolana, raniąc je połamanymi gałęziami i drobnymi kamykami. Mój krzyk bólu i strachu został stłumiony przez głośny grzmot z nieba.

Musiałam wstać, biec dalej. Uciekałam między drzewami, żeby trudniej było mnie złapać. Gardło bolało od wdychanego szybko powietrza, nogi ledwo dawały radę, mokre włosy przykleiły się do twarzy, utrudniając widzenie. Wszędzie panowała ciemność. Mroczne sylwetki drzew straszyły, gałęzie, niczym powykrzywiane ręce, chciały po mnie sięgnąć. Błyskawice zdawały się ze mnie śmiać, bo gdy choć na moment zdążyłam przyzwyczaić się do mroku, rozświetlały przestrzeń.

Nie, nic nie było straszniejsze niż to, co zaraz zrobi ze mną własny brat.

– Yara! – wybrzmiało gdzieś za mną.

Odwróciłam się, nie przestając biec. Mroczny las przecinały już nie tylko pioruny, ale również światła latarek. Bladesi też znali ten teren aż za dobrze.

Byłam zgubiona.

Uderzyłam czołem o grubą gałąź. Twardy cios zatrzymał mnie w miejscu, zakręciło mi się w głowie. Mokrymi palcami odsunęłam włosy i dotknęłam zdartej skóry, krzywiąc się z bólu.

– Yara! – wydzierał się. – Jak cię znajdę, to… – Nie usłyszałam reszty, zagłuszył go grzmot, ale to nieważne. Będzie gorzej niż to, co wykrzykiwał. Cokolwiek to było.

Biegnij! – motywował głos wewnątrz. Ale niby dokąd? Biegłam, nie miałam wyjścia. Odwróciłam się ponownie, szukając świateł latarek. Oddaliły się, chyba udało mi się ich zmylić. Pędziłam w stronę widocznej już na horyzoncie drogi.

Gdy do niej dotarłam, boleśnie oślepiło mnie światło. Coś eksplodowało w czaszce, odbierając władzę nad ciałem.

Leżałam na mokrym asfalcie, a deszcz uderzał niczym kamienie w moje zamknięte powieki, ranił skórę, która i tak zbyt wiele wycierpiała. Miałam wrażenie, że boli mnie wszystko, ale wciąż trzeźwo myślałam.

Chyba umieram… Czy to źle? Nie. Lepiej umrzeć w taki sposób, niż odpowiadać za zdradę Bladesów, czyli tak właściwie mojego brata. Nie wykonałam polecenia i wiedziałam, jak bolesna będzie kara. Dziś Draven przekroczył granicę, po której wolałam nie żyć.

– Kurwa! Jebany deszcz! – Obok mnie znalazło się kilka osób. Ktoś dotknął mojego policzka. – Mała! Żyjesz?

Chciałam zapewnić tego kogoś, że tak. Niech odejdzie, ja sobie poradzę. Niech po prostu mnie zostawi w spokoju. Nie mogłam jednak się poruszyć, wydać żadnego dźwięku.

– Żyje! Zabierzmy ją stąd!

– To nie jest przypadkiem ta laska? Ta od soku?

– Tak. To ona. – Rozpoznałam głos Adiela.

Uciekłam od Bladesów, trafiłam w ręce Ciem.

Miałam przejebane. Trzymałam się nadziei, że może jednak zaraz umrę.

Położyli mnie na tylnym siedzeniu samochodu, a ktoś usiadł koło mnie. Słyszałam ryk silników motocykli. Auto ruszyło, a mnie nagle zrobiło się duszno. Mokre ubranie przykleiło się do ciała, deszcz uderzał rytmicznie o karoserię, mieszając się z dźwiękiem silnika pędzącego wozu.

– Szybciej, Adnan – powiedział ktoś, nie byłam pewna, czy to znowu Adiel. Zrobiłam się zbyt senna, by pozostawać na powierzchni świadomości.

– Szybciej się nie da – odburknął. – Robię, co mogę. Nie widzisz, jaka jest pogoda? Jebane Ashwood.

– Nie zasypiaj, mała. Nie zasypiaj – mówił głos. – Znam kogoś. Zaraz otrzymasz pomoc. Nie będę mógł żyć z tym, że cię zabiłem, słyszysz? – Dotykał mojego policzka. – Otwórz oczy. Proszę, otwórz oczy.

Nie chciałam tego robić.

Pozwól mi umrzeć. Wszędzie będzie lepiej niż w Ashwood.

Rozdział 1

Dzień był piękny. Słońce ogrzewało skórę, gdy wylegiwałam się na polanie pośrodku lasu, niedaleko naszego ukrytego, starego domu. Gdy przewróciłam się na trawę, był to przyjemny upadek na miękkie podłoże. Słoneczny dzień w Ashwood to święto – nie zdarzał się często.

– Wstawaj. – Kian podał mi dłoń, którą chwyciłam, żeby się podnieść. Gdy nasze ciała się zrównały, objął mnie w talii z promiennym uśmiechem, który koił wszystkie nerwy. – Jesteś coraz lepsza, kochanie. – Ucałował mnie w nos.

Roześmiałam się, po czym złączyłam nasze usta. Przyjemne napięcie rozeszło się błyskawicznie po ciele. Kian był jak lek. Jego dotyk, pocałunki i ciepło, które dawał, stały się jedynym, czego trzymałam się w tym świecie. Nie zaznałam wiele miłości w życiu. Po raz pierwszy czułam, że jestem dla kogoś ważna. I było to uzależniające uczucie. Tylko dlatego się złamałam i ciągnęłam nasz zakazany romans. Draven nie mógł się o nas dowiedzieć, zabiłby Kiana, a nie chciałam się nawet zastanawiać, co zrobiłby ze mną.

– Jutro muszę zabrać się z nimi. – Przesunął pocałunki na szyję, przez co wciągnęłam gwałtownie powietrze.

– Wiem… – wyjęczałam z żalem. Lubiłam nasz kradziony czas. Treningi na świeżym powietrzu, gdy uczył mnie, jak się bronić. To była tylko zabawa, nasza jedyna forma rozrywki. Oboje wiedzieliśmy, że przed Dravenem nie obronię się nigdy. Nieważne, jak wiele się nauczę. Wzięłam głęboki oddech i na wydechu powiedziałam: – Muszę naszykować jedzenie.

– Lepiej tak zrób. – Puścił mnie jak oparzony, mimo że jeszcze sekundę temu miał ochotę na coś więcej.

To, że ze sobą sypialiśmy, było bardzo ryzykowne, dlatego robiliśmy wszystko, by nie podpaść mojemu bratu. Kian był jednak jedynym promykiem w moim życiu przepełnionym mrokiem, pogardą i przemocą. Tylko jego miałam tak naprawdę. Gdyby nie on, już dawno straciłabym jakąkolwiek nadzieję.

Weszłam do domku, żeby ogarnąć obowiązki. Ukochany wrócił do prac, które zlecił mu Draven. Często zasypywał go zadaniami, mając pewność, że wszystko zostanie wykonane dobrze. Wykorzystywał to, że Kian był prawdziwą złotą rączką. Dzięki sile rąbanie drewna również nie sprawiało mu większego problemu. Nam też pasowały powierzane mu zajęcia. Mogliśmy dzięki temu ukraść trochę chwil dla siebie bez wzbudzania podejrzeń.

Przyszykowałam jedzenie i zabrałam się za porządki. A było co sprzątać. Codziennie. Mężczyźni z Blades zachowywali się czasem jak bydło, które wyrwało się z zamknięcia. Za to nie lubili bałaganu. O ironio… Musiałam dla nich prać, gotować, sprzątać, dbać o nich. Zrobili sobie ze mnie służącą, którą pomiatali.

Ich było dziesięciu, ja jedna.

Żyłam tak od zawsze, nawet w czasach, gdy jeszcze mieliśmy rodziców. Stęchły zapach alkoholu znałam od kołyski, awantury stały się normalnością, tak samo jak obcy w domu. Draven był pięć lat ode mnie starszy, ale nie miał w sobie genu opiekuńczości. Nie widział we mnie małej siostrzyczki, którą trzeba chronić. Szybko wdał się w rodziców. Zboczył na ścieżkę bezprawia, olał szkołę i sprowadzał do naszego domu coraz to nowszych kolegów.

Wszyscy zapewniali mi absolutne minimum do przeżycia. Miałam istnieć po to, by im usługiwać. A jednocześnie być niewidzialna. Nie wtrącać się, nic nie mówić, znosić potulnie kary i zniewagi. Gdy próbowałam się buntować, Draven bił mnie, a później łapał za włosy i syczał w twarz:

– Powinnaś być wdzięczna, do kurwy nędzy. Dzięki mnie jesz i masz gdzie spać. Chronię cię. Żaden z nich cię nie dotknął, bo ja na to nie pozwalam. A mógłbym… Chcesz robić za materac chłopaków?

– Nieee… – jęczałam przerażona wizją wielokrotnych gwałtów.

– Więc bądź posłuszna! – Zadawał kolejny cios.

Stałam się posłuszna. Każdego można złamać. Szczególnie osobę, która nigdy nie miała okazji rozłożyć skrzydeł, czuć się wartościowa i ważna. Przecież rodzice, gdy jeszcze żyli, wcale nie traktowali mnie lepiej.

Czasem myślałam o tym, że skoro mam już dwadzieścia jeden lat, to mogłabym uciec i zacząć od nowa. Zdarzało się, że marzyłam o tym podczas zasypiania. Każdego ranka jednak doganiała mnie rzeczywistość. Przed Bladesami nie można uciec. Nie mieli nic ważnego do roboty, więc cieszyłby ich nowy cel. To byłaby dla nich tylko kolejna rozrywka. Urządzić polowanie i mnie dopaść. Znaleźliby mnie. A zanim by im się udało, skrzywdziliby po drodze wiele osób. Znałam ich aż za dobrze. Nie miałam złudzeń.

Skosztowałam gotowego gulaszu, po czym spojrzałam na zegar wiszący na ścianie. Odetchnęłam z ulgą, bo powinnam się ze wszystkim wyrobić. Wtedy usłyszałam, że wrócili. Samochody zaparkowały na polanie przed domem, a mi zaczęły drżeć ręce. Szybko chwyciłam ścierkę, by wytrzeć do czysta stary, wielki stół i krzesła. Każdy mebel w tym domu był uszkodzony przez noże. Z tego byli znani Bladesi. Trafiliby w cel nawet z odległości. A ćwiczyli, na czym się dało. Dlatego wszyscy się ich bali.

Drzwi otworzyły się z głośnym skrzypnięciem, od razu poczułam na sobie oceniający wzrok brata.

– Gdzie jedzenie? – zapytał niby spokojnie, ale wyczułam groźbę w głosie. Był w złym humorze.

– Gotowe – odpowiedziałam cicho, odwracając się po miski.

– Nie jest, kurwa, gotowe, skoro nie mam w ręce łyżki, a przed sobą żarcia, Yara! – krzyknął. – Dlaczego ty jesteś taka głupia? Matka upuściła cię w dzieciństwie na podłogę i jebłaś, kurwa, łbem?!

Wzdrygnęłam się. Nie tylko z powodu krzyku, ale również dlatego, że Rafael stanął obok i przyglądał się mi z uśmieszkiem.

– Nie denerwuj brata, słodka brzoskwinko.

– Skąd wiesz, jak smakuje jej brzoskwinka? – zarechotał Zack. – Próbowałeś?

Nóż przeleciał przez pomieszczenie i wbił się obok ręki Zacka. Wszyscy spojrzeli na Dravena.

– Zamknąć mordy, bo głodny jestem. Siadać, do kurwy! – Uderzył dłonią w blat. – Nikt z was nie zasługuje na dziewicę, barany.

Serce w piersi zabiło mi mocniej. Gdy usłyszałam, że Kian wchodzi do środka, mało chochla nie wypadła mi z dłoni. Oblałam się potem, a moja twarz na pewno zdradzała prawdę. Całe szczęście, że stałam do nich tyłem. Co zrobiłby Draven, gdyby wiedział, że nie jestem dziewicą? Do tego sypiałam z Kianem, bo okazywał mi miłość. To obudziłoby w bratu demona.

– Jak tam, Kian? – Skupił się na nim, gdy podawałam pierwsze miski z jedzeniem.

– Zrobione. – Otarł pot z czoła brudną ręką. – Umyję się szybko.

– Chcę pogadać – odparł grobowo brat, wskazując głową na wolne krzesło.

Kian nie miał wyjścia, usiadł, a ja podawałam im miski i łyżki. Na środku postawiłam koszyk z pieczywem i wróciłam do obowiązków.

Moja pora jedzenia nadchodziła, gdy oni skończyli. I wcale na to nie narzekałam. Im mniej kontaktu z nimi, tym lepiej.

– Jutro mamy robotę, panowie. Powinno pójść szybko. Zapasy jedzenia się kończą i potrzebujemy kasy na zakupy. Jedziemy wszyscy.

Chciałam już wyjść z pomieszczenia, gdy brat spojrzał na mnie.

– Zostaniesz jutro sama, ale dom ma błyszczeć. Zrób mnóstwo jedzenia. Będzie impreza.

– Dobrze. – Kiwnęłam potulnie głową.

Wiedziałam już, jak to się skończy. Kobiety, alkohol i narkotyki, a ja zasnę w szopie, bo mój pokój będzie potrzebny do bzykania. I wbrew pozorom z tym też się nigdy nie kłóciłam. Wolałam szopę niż ich towarzystwo. Istniało ryzyko, że gdy Draven będzie zajęty lub uśnie pijany, nie uratuje mnie przez łapami mężczyzn.

Potrafiłam się dobrze schować na czas ich imprez. Poza tym musiałam wstać pierwsza. I posprzątać, nim towarzystwo się obudzi.

Skończyli jeść. Ocierali pyski w oczekiwaniu na uprzątniecie stołu. Układali plan na jutro, przekrzykując się w pomysłach. Mieli na kogoś napaść. Gdy zbierałam brudne naczynia, zerknęłam na Kiana. Zderzyliśmy się ze sobą spojrzeniami, a okropne emocje niemal roztrzaskały mnie od środka. Dostrzegłam w nim smutek i nieme przeprosiny.

Był jednym z nich. Jutro planowali imprezę, na którą sprowadzą kobiety. Choć starałam się unikać tych posiadówek, niejedno już widziałam i słyszałam. Nie miałam pewności, na ile Kian gra, a na ile musi się dostosować. Pił równo z nimi czy równo z nimi korzystał z chętnych kobiet?

Jak bardzo zależało mu na wizerunku wśród członków Blades?

Czy kochał mnie na tyle, żebym była ważniejsza od tego, co myśli o nim Draven?

A może mój brat już zdążył wpuścić w niego toksyny i stworzyć kolejnego niewolnika? Zrobił tak z nami wszystkimi bez żadnego problemu. Czemu z Kianem miałoby być inaczej?

Rozdział 2

Impreza trwała w najlepsze. Starałam się przeczekać w moim kąciku w szopie. Miałam tu stary materac. Przyniosłam sobie wcześniej kołdrę i koc. Próbowałam zasnąć, nie zwracając uwagi na wrzaski, głośną muzykę i zachowanie zebranych. Napad się udał. Wystarczy pieniędzy na imprezę, jedzenie i inne podstawowe środki.

Robiło mi się coraz bardziej przyjemnie. Usiłowałam myśleć o wszystkim, tylko nie o tym, co dzieje się w domku w środku lasu. Byłam jedyną osobą na świecie, której to przeszkadzało. Tu, na odludziu, mogli robić, co chcieli.

Jęknęłam w pościel, słysząc, że wypadli na dwór. Śmiali się i krzyczeli do siebie różne rzeczy. Byli już wstawieni i naćpani. Wiedziałam, co teraz nastąpi. Mierzyli swoją męskość, rzucając nożami do celu. Podniecone ich mrokiem kobiety piszczały zadowolone. Każda marzyła, żeby tej nocy zaliczyć jednego z tych złych chłopców. Im nie przeszkadzało to, że je wykorzystają i oleją, nie okazując najmniejszego szacunku.

Bolały mnie wnętrzności na myśl, że mój Kian też tam jest. A jeśli któraś z kobiet miała na niego ochotę i będzie się do niego dobierać? Co zrobi?

Zabawa trwała kilkadziesiąt minut, aż w końcu odgłosy z dworu zaczęły cichnąć. Z całych sił starałam się wyrzucić z głowy obraz Kiana z jedną z tych kobiet, żeby w końcu zasnąć i nie myśleć o niczym. Czasem to, co było w mojej głowie, męczyło bardziej niż codzienność wśród Bladesów. To szalenie wyczerpujące.

– Podobało ci się? – usłyszałam zachrypnięty, pijany głos Zacka i zamarłam.

– Tak – zachichotała równie wstawiona dziewczyna, na co wypuściłam z siebie powietrze z ulgą.

Deski zatrzeszczały. Oparli się o ścianę szopy.

– To teraz ty mi pokaż, jak potrafisz się zabawić, kotku – mruknął. – Pokaż, jak obchodzisz się z moim mieczem.

Myślałam, że zwymiotuję. Wygrzebałam się spod kołdry i koców. Zarzuciłam na siebie kurtkę i odsunęłam jedną z desek, by uciec drugim wyjściem w stronę lasu. Nie zamierzałam słuchać ich schadzki.

To wyjście zrobił dla mnie potajemnie Kian. Niby zamykałam się w szopie dla bezpieczeństwa, ale nigdy nie wiadomo, co strzeli im do głowy.

Kiedy tylko znalazłam się na ścieżce w mrocznym lesie, spłynęła na mnie ulga. Miałam wrażenie, że tylko w takich momentach jestem bezpieczna. Że drzewa dają mi więcej bezpieczeństwa, niż kiedykolwiek otrzymałam od jakiegokolwiek człowieka.

Uciekałam jako dziecko przed imprezami rodziców. Mimo upływu lat nie zmieniło się nic. I najgorsze, że nie widziałam dla siebie lepszej przyszłości.

Moje prywatne małe piekło.

Gdyby nie Kian… Pewnie zrobiłabym coś bardzo głupiego.

***

Oczywiście, że się nie wyspałam. Najpierw godzinę spacerowałam po lesie, później zakradłam się z powrotem do szopy, ale męczyły mnie złe myśli i ogólne napięcie, dopóki impreza się nie skończyła. Oni w końcu zasnęli, ja powinnam już wstawać. Może udało mi się złapać ze dwie godziny zdrowego snu, lecz wstawanie okazało się koszmarem.

W końcu zgrzałam się w kurtce, pod kołdrą i kocami. Powinnam ją wcześniej ściągnąć, ale uczucie odpływania zbyt kusiło, by się na nowo wybudzać. Teraz byłam nie tylko zmęczona, ale również spocona. Wyszłam na zewnątrz, nabierając w płuca rześkiego porannego powietrza. Przetarłam twarz i ruszyłam w stronę domu, kuląc się, żeby zatrzymać w sobie jak najwięcej ciepła.

Weszłam do środka, drzwi zaskrzypiały, zamknęłam je za sobą szybko, żeby nie wpuszczać zimna. Rozejrzałam się ledwo przytomnym wzrokiem. Wszędzie panował bałagan. Podłoga kleiła się od rozlanych trunków. W stół, wokół rozsypanego jedzenia i poprzewracanych butelek, wbite były noże. Wiedziałam też, co oznaczają białe smugi na blacie.

Na kanapie spał Zack i jakaś dziewczyna ledwo co nakryta kurtką. Nie miała na sobie majtek. W pierwszym ludzkim odruchu chciałam ją czymś jeszcze okryć, później stwierdziłam, że lepiej nie budzić tych diabłów. Przeszłam dalej. Ominęłam zamknięte pokoje, zajrzałam do łazienki. W umywalce czekały na mnie do posprzątania wymiociny. Przewróciłam oczami, domyślając się, że to dzieło jednej z zaproszonych lasek. Mogła przynajmniej to robić do toalety.

Ruszyłam po schodach na górę, omijając śpiącego Rafaela. Obudzi się połamany. I dobrze mu tak. Nie będzie miał sił na sprośne żarciki. Niech cierpi.

Z ciężko bijącym sercem zajrzałam do swojego pokoju. Skrzywiłam się z obrzydzeniem, dostrzegając kolejnego z chłopaków i dziewczynę obok. Wsunęłam głowę głębiej. Kian spał w fotelu, nakryty kocem. Z moim ulubionym jaśkiem pod głową. Bez żadnej dziewczyny. Ulga, jaka na mnie spłynęła, była nie do opisania. Ta poduszka to jedyna rzecz, której nie będę musiała prać, by bez obrzydzenia położyć się we własnym łóżku. Obeszłam resztę domu, oceniając, za co się wziąć i ile mi to zajmie.

Wróciłam na dół. Okryłam jednak Zacka i jego dziewczynę kocem, by móc otworzyć drzwi. Chłód mógłby ich obudzić, a tego wolałam uniknąć. Po cichu wynosiłam butelki przed dom. Nie mogłam ich pakować tu, bo narobiłabym zbyt wiele hałasu. Do worka wrzucałam to, co nie nadawało się do jedzenia, a to, co dało się uratować, chowałam do szafek i lodówki. Tu każdy kęs był ważny, chociaż chłopaki raczej nie przejmowały się tym tak jak ja. Nie oni odpowiadali za posiłki. Mieli to w dupie. Najwyżej Draven wyżyje się na mnie i zażąda jedzenia. Wymyłam krzesła, stół i blaty, a następnie udałam się do łazienek. Były tu dwie, choć na taką liczbę osób to nadal za mało. Nie doszukiwałabym się również luksusów. Dla nich ważniejsze były inne wydatki, takie jak imprezowanie.

Powinno mnie obrzydzać to, co musiałam sprzątać. Wymiociny, mocz i zużyte prezerwatywy. Przywykłam jednak. Zakładałam rękawiczki i działałam, wyłączając myślenie. Czułam, że znów budzi się we mnie bunt, a to kończyło się zawsze tak samo. Gniewem brata. Musiałam uciszyć wewnętrzne wzburzenie, nim rozrośnie się na dobre i pogorszę swoją sytuację.

Wyniosłam przed dom worki ze śmieciami i otworzyłam kolejny, żeby wrzucić do niego butelki. Pakowałam je, gdy drzwi się otworzyły. Podniosłam gwałtownie głowę, bojąc się awantury o to, że obudziłam któregoś z tych jełopów.

– Pomogę ci. – Kian ziewnął, zapinając kurtkę. – Chłodny poranek, co?

Wzruszyłam ramionami, nie miałam sił na rozmowy, więc wróciłam do pracy. Kian chwycił worki i wyniósł je tam, gdzie były składowane, nim je wywoził. Gdy wrócił, pomógł mi spakować ostatni i kiwnął, żebym z nim poszła.

Znaleźliśmy się z boku domu, daleko od pokoi, ale nadal mogliśmy zostać zauważeni czy podsłuchani.

– Coś się stało? – spytał, chowając zmarznięte dłonie do kieszeni kurtki.

– Spałeś z którąś z nich? – spytałam szeptem, z którego wylewało się zmęczenie życiem.

– Nie, Yara – odpowiedział spokojnie.

– Nie wierzę. – Pokręciłam głową. – Nie wierzę, że nigdy tego nie robisz. Dawno by się z ciebie nabijali.

– Przecież wiele razy robiłem – stwierdził, przekrzywiając głowę. – Ale to było przed tobą. Nawet nie zwracają uwagi na to, co robię, a czego nie. Ufają mi. Nie muszą mnie w żaden sposób testować.

– W moim łóżku śpi naga kobieta, a ty byłeś na fotelu.

– Gdzieś spać musiałem. – Wzruszył ramionami. – To było jedyne wolne miejsce, a poszedłem tam, gdy oni już chrapali.

– Co się napatrzyłeś na jej wdzięki, to twoje – warknęłam, odwracając twarz w bok, bo zachciało mi się płakać.

– Yara… – wypowiedział moje imię z ciepłem. – Gdybym mógł, udowodniłbym ci teraz, że wolę ciebie, ale ktoś może wyjrzeć przez okno.

– Wiem. – Przygryzłam boleśnie dolną wargę, by zatrzymać resztę słów, które opadały na dno duszy, tworząc kolejne pokłady gęstej smoły. Chciałam krzyczeć, zrobić w końcu awanturę, jakiej nigdy nie widzieli. To jednak sprowadziłoby na nas kłopoty.

– Chodźmy. – Zrobił krok w przód.

– Ja tak dłużej nie wytrzymam – dodałam płaczliwie, a Kian zatrzymał się w miejscu, patrząc na mnie z szokiem wymalowanym na twarzy. – Nie dam już rady – kontynuowałam. – To nie jest życie. Mam dwadzieścia jeden lat. Ile to jeszcze może trwać? Zestarzejemy się tu?

– To nie jest dobry moment na takie myśli, wierz mi. Ćmy drażnią Dravena. Sytuacja jest coraz bardziej napięta. Jeśli nie chcesz, żeby jego gniew spadł na ciebie, odpuść.

– Co mnie obchodzą Ćmy? – burknęłam.

– Mieszają nam. I to bardzo. Jeszcze nie wiem, co planuje twój brat, ale nie będzie to pokojowa herbatka. Dobrze o tym wiesz.

– To może pójdę do Ciem, powiem, gdzie go znaleźć, i ten koszmar się skończy?

– Zabiją go!

– Mam, kurwa, po nim płakać?! – Też się wzburzyłam, na co rozejrzał się wokół.

– Ciszej, Yara – upomniał mnie, po czym zbliżył się gniewnie. – I co dalej? Przejdziesz do nich? Wiesz, że tam jest gorzej niż tu?

– To niemożliwe. – Zaśmiałam się histerycznie.

– Nie? – Uniósł brew. – To mało wiesz. Tam pieprzą każdą kobietę. Każdy z nich pieprzy każdą z nich, rozumiesz? Takiej przyszłości sobie życzysz? Myślisz, że zaakceptują zdrajcę? Będziesz ich szmatą, niczym więcej.

– Nie muszę do nikogo przechodzić.

– Więc lepiej być całe życie ściganą? Nie masz kasy, nie masz dokąd pójść. Co ze sobą zrobisz, gdy Draven zginie? Kto wtedy powstrzyma Zacka i Rafaela? Wiesz, co z tobą zrobią?

– Miałam nadzieję, że ty mnie obronisz – wyrzuciłam mu.

– Oczywiście, ale ja jestem jeden, a ilu będziemy mieć wrogów? Ja wcale nie skończę lepiej niż ty.

– Dobrze. Rób, co chcesz. – Odeszłam szybkim krokiem.

– Yara. – Ruszył za mną, złapał i przyciągnął do siebie. – Rozumiem cię, ale nie rób nic głupiego. Daj mi czas. Wymyślę rozwiązanie, dobrze?

– Będziemy wolni? – Wzrokiem wymuszałam na nim obietnicę.

– Tak, ale nie możesz wzbudzać niczyich podejrzeń. Zgoda?

– Zgoda.

Wróciliśmy do domku, udając, że wcześniejsza rozmowa się nie odbyła. Skończyłam sprzątać, nastawiłam pranie i zaczęłam szykować ciepłe śniadanie. Nigdy nie byłam w stanie odgadnąć, ilu z nich obudzi się z wilczym apetytem, a ilu nie zdoła przełknąć kęsa, ale zawsze musiałam być gotowa, żeby zaspokoić ich potrzeby. Kian siedział przy stole z nosem w telefonie, a kiedy panienka Zacka zaczęła się przeciągać, zerknął w jej stronę. Pierś dziewczyny wyskoczyła spod okrycia, przez co oblała mnie zazdrość.

Kian był bardziej ludzki niż reszta, ale to nadal dziki mężczyzna. Nie uprawialiśmy seksu od niemal dwóch tygodni, nie było na to czasu. Czy mogłam wierzyć, że inne kobiety na niego nie działają? Że nie korzysta z okazji, gdy któraś sama pcha łapy w jego spodnie? Znów skupił się na telefonie, a dziewczyna otworzyła oczy.

– Dzień dobry. – Uśmiechnęła się promiennie.

Nie zareagowałam. Pewnie wyszłam na zazdrosną jędzę, ale ileż można trzymać emocje na wodzy? To wykańcza.

Kian też na nią nie zareagował, wrócił do ekranu telefonu. Okryła się bardziej i patrzyła przez chwilę w sufit, a później na Zacka. Odłożyłam na bok pokrojone warzywa i wyciągnęłam jajka z lodówki, kiedy usłyszeliśmy zadowolony pomruk. Jednocześnie spojrzeliśmy w stronę kanapy, od razu krzywiąc się z obrzydzenia.

– Wypierdalajcie gdzieś indziej – warknął Kian, a ja obserwowałam, jak pod kocem dłoń kobiety porusza się w miejscu penisa Zacka.

– Wszystko zajęte. Patrz albo nie przeszkadzaj. Ewentualnie sam wypierdalaj. – Puścił do mnie oczko. – Może się czegoś nauczysz, koteczku – zamruczał.

Trzasnęłam drzwiami lodówki, chwyciłam kurtkę i wyszłam. Miałam dosyć. Najpierw chciałam iść prosto do lasu, ale nie wiedzieć czemu skręciłam do szopy. Nim zaczęłam wrzeszczeć lub wyżywać się na przedmiotach, dotarł do mnie dźwięk zamykanej kłódki. Odwróciłam się gwałtownie. Kian zrzucił z siebie kurtkę, a następnie przeciągnął przez głowę koszulkę. Moim oczom ukazało się jego piękne, umięśnione ciało. Gdy się zbliżał, na przedramieniu poruszała się głęboka blizna w kształcie ostrza. Każdy z nich taką miał. Okaleczenie się było swego rodzaju rytuałem przyjęcia do Bladesów.

– Kian – wyszeptałam.

– Są zajęci sobą – odparł twardo, nim zderzył ze sobą nasze usta. Pocałował mnie namiętnie, z uczuciem. Niepotrzebna była mi już kurtka, którą właśnie ze mnie ściągał, bo zrobiło mi się gorąco. – Pokażę ci, której kobiety pragnę, Yara – wymruczał, całując moją szyję. – Zaraz nie będziesz miała żadnych wątpliwości.

Rzucił kurtkę na jedną z wielkich skrzyń, po czym chwycił mnie niczym piórko i posadził na niej. Zdjął mi spodnie, podobnie jak buty. Wciągnął mój język między wargi i zaczął go ssać, rozpinając pasek. W mgnieniu oka założył prezerwatywę, mocniej rozłożył moje uda i wszedł we mnie. Pieprzył mnie mocno, trzymając za włosy tak, żebym patrzyła mu prosto w oczy.

– Kocham cię, Yara – powtarzał. – Więc nie rób głupot, jasne?

– Tak… – wyjęczałam.

Znów zaczął mnie całować, by zagłuszyć dźwięki rozkoszy. Nie powinniśmy dać się złapać. Mrowiło mnie całe ciało, a on dobrze je znał. Wiedział, że nadchodzi orgazm, więc dał z siebie więcej. Marzyłam o tym, że kiedyś zostaniemy całkiem sami, bez strachu. I będziemy mogli się kochać, jak chcemy, gdzie chcemy i ile razy chcemy. Te myśli sprawiły, że odleciałam gdzieś ponad ziemię, trzymana w ciepłych, silnych, bezpiecznych ramionach.

Tylko dzięki tym ulotnym chwilom jeszcze się nie zabiłam.

Do domku wróciliśmy osobno. Ja pierwsza. Kian chwilę później z drewnem, by rozpalić w kominku. Zack i jego kobieta zniknęli, reszta spała. Kiedy kończyłam szykować śniadanie, pojawił się Draven. Rzucił plik pieniędzy na blat.

– Zrób zakupy. Wszystko, czego potrzebujemy.

– Dobrze.

– Wieczorem będziemy bardzo głodni, gdy wszystko z nas zejdzie. Przygotuj coś dobrego, sycącego i tłustego.

– Dobrze. – Podałam resztkę pieczywa, która została w domu, i wytarłam ręce. Stanęłam przed bratem, patrząc mu w oczy. Był okropnie zmęczony imprezą. – Draven…

– Kup, co potrzebujesz. – Potarł twarz. – Podpaski, majtki czy co tam musisz. Ale nie przesadź.

– Dziękuję. – Kiwnęłam głową. Właśnie o to chciałam zapytać, czy mogę kupić coś dla siebie. Byłam kobietą i chociaż wolał tego tematu unikać, czasem musiałam go poruszać. Miałam inne potrzeby niż oni.

Położył obok mnie kluczyki, wybierając którym autem mam jechać.

– Zatankuj do pełna – polecił, nim poszedł obudzić resztę.

Z radością wyszłam z domu. Nie chciałam być przy tym śniadaniu i słuchać wspomnień minionej nocy.

Minusem było, że znów czekało mnie sprzątanie po tej hołocie.

Rozdział 3

Krążyłam po sklepie, skupiając się na produktach. Były potrzebne naprawdę porządne zakupy, a jeśli czegoś bym zapomniała, chłopaki miałyby kolejny powód, by mi dokuczyć. Trochę wykorzystałam imprezowe zmęczenie Dravena i sytuację, że szafki kuchenne świeciły pustkami. Zapasy się skończyły. Wiedziałam, że brat nie zauważy, jeśli wydam odrobinę więcej. Kupiłam sobie odżywkę do włosów, dezodorant, mgiełkę do ciała, krem i maszynkę do golenia. A nawet lepszy żel do mycia niż ten dla nich. To, że codziennie okrywał mnie syf ich charakterów, nie znaczyło, że nie lubiłam czuć się zadbana i pachnąca. Złapałam również na promocji kilka zwykłych damskich koszulek.

Musiałam wymyślić, jak to wszystko przemycić i ukryć, skoro dziś raczej się nigdzie nie wybierali, mieli kaca i zjazdy. Na szczęście nie znali zakamarków domu, bo nigdy w nim nie sprzątali.

Przypomniałam sobie, że produkty do sprzątania też się kończyły, więc należało dokupić nowe.

W końcu się zatrzymałam i jeszcze raz sprawdziłam zawartość wózka. Musiałam zaplanować tak wiele posiłków dla całej gromady. Dbać, by nie skończył im się papier, żel czy maszynki. Wszystko to było na mojej głowie.

Sok pomarańczowy! – przypomniało mi się. Draven zawsze się nim leczył po imprezach. Zostawiłam wypełniony po brzegi wózek i zawróciłam. Zgarnęłam wielką butelkę soku i szybkim krokiem wracałam do pozostawionych zakupów. Wpadłam na kogoś, a napój wypadł mi z rąk, uderzając głośno o podłogę. Otworzyłam szeroko oczy, dostrzegając, kto stoi przede mną. Na szyi miał wytatuowaną wielką ćmę. Nie było więc najmniejszych wątpliwości.

– Prze… praszam – wydukałam, próbując opanować ogarniający mnie strach.

– Jak leziesz? – usłyszałam obok siebie, na co wielkolud uniósł brew, więc to było skierowane do niego.

Nagle pojawiło się ich pięciu. Poczułam, jak ciśnienie w moich żyłach wzrasta. Powinnam uciekać?

– To chyba pani? – dodał mężczyzna, który wcześniej upomniał kumpla.

W szoku spojrzałam w jego wesołe, niebieskie oczy. Trzymał w ręce mój sok.

– Tak. – Odebrałam zgubę. – Dziękuję i przepraszam – powtórzyłam, chcąc, żeby jak najszybciej odeszli i dali mi przejść.

Kian miał rację. Nie byłam wystarczająco odważna, by powiedzieć Ćmom, gdzie teraz znajdą mojego brata i całą ekipę. Po co się okłamywać? Kiana również nie zostawiliby w spokoju.

– To my przepraszamy. – Uśmiechnął się. – Prawda? – Spojrzał na kolegę, a ja razem z nim.

– Oczywiście. Chociaż to ona na mnie wpadła.

– Nie jej wina, że jesteś wyciosany jak kawał belki. – Roześmiał się.

– Przestań, Adiel – mruknął kolejny z nich. – Nie podrywaj dziewczyny, która widocznie nie jest zainteresowana. Zaraz nam tu zejdzie na zawał, biedaczka.

– Nie ma się czego bać. – Adiel puścił mi oczko. – Nie gryzę. Chyba że lubisz.

– Nie, nie lubię. – Przełknęłam ciężko, a on posłał mi cudowny uśmiech, który mówił, że z nim bym polubiła. Aż przeszły mnie ciarki, chociaż nie byłam w stanie stwierdzić, czy to tylko przerażenie.

Wzięłam głęboki oddech, starając się zebrać w sobie odwagę.

– Czy mogę przejść?

Rozstąpili się niczym Morze Czerwone. Na zawołanie. Dziwny prąd przeszedł przez moje ciało, bo nigdy jeszcze żaden mężczyzna nie posłuchał tego, co do niego mówię. Teraz posłuchało pięciu. Pięciu, którzy mogliby w minutę odebrać mi życie.

Wróciłam do wózka, wrzuciłam sok i musiałam użyć siły, żeby nim ruszyć w stronę kasy. Był naprawdę ciężki. Dotarłam, zaczęłam wypakowywać zakupy, gdy Ćmy stanęły tuż za mną. Nie czułam się z tym komfortowo. Zerknęłam na kilka produktów w ich małym koszyku.

– Możecie przede mną. – Machnęłam ręką.

– Nie trzeba. – Adiel pokręcił głową. – Nie śmiałbym wciskać się przed kobietę. Pomożemy. – Kiwnął do znajomego.

Wzięli się do roboty i wrzucali moje zakupy na taśmę.

– Jesteś sama? – zagadał. – Możemy pomóc ci to zapakować do auta.

– Poradzę sobie, dziękuję – odpowiedziałam zbyt szybko, nerwowo.

– Słuchaj. – Wyprostował się, wbijając we mnie spojrzenie. – Wiem, że wiesz. Twoje trzęsące się ręce mówią same za siebie. Nie masz się czego bać. Nigdy nikogo nie skrzywdziliśmy.

Za nim rozległ się donośny śmiech pozostałych chłopaków, na co przewrócił oczami.

– Nikogo, kto na to nie zasługiwał. Nie ruszamy spokojnych ludzi, skarbie. Nie bój się. Pani się ze mną zgodzi, prawda? – Wskazał na kasjerkę, na którą od razu popatrzyłam.

Uśmiechnęła się pod nosem, zaczynając kasować moje produkty. Nie wyglądała na wystraszoną ich obecnością, ale to nie oznaczało, że ja nie powinnam.

Gdyby wiedział, że należę do Bladesów, ta miła rozmowa wyglądałaby zupełnie inaczej… A co, jeśli jednak tak nie było? A może gra? Pojadą za mną? Dotrę w ogóle do domu?

Zapłaciłam i zwyczajnie uciekłam, nim oni zdążyli skasować swoje rzeczy. Nie mogłam jednak wygrać tego wyścigu, miałam zbyt wiele toreb do spakowania do bagażnika. Czułam, że Adiel za mną stanął. Jego obecność spowodowała, że po karku przebiegły mi dreszcze. Zdecydowałam się odwrócić. Spojrzeć w niebieskie oczy, które zapewne skrywały tak wiele tajemnic. Nie ufałam mu. Był jak chłopaki z Blades. Oni też starali się być mili dla kobiet, które sprowadzali do domu. Przynajmniej do czasu, aż stawały się im niepotrzebne. Później pokazywali prawdziwą twarz. Niebezpieczni mężczyźni zawsze oznaczali kłopoty.

– To smutne – stwierdził.

– Co jest smutne? – Stałam dzielnie wyprostowana.

– Tak wiele zakupów, jak dla dużej rodziny. Mąż nie mógł ci pomóc?

– Może jest w pracy?

– A jest? – Uniósł brew, jakby wyczuł kłamstwo.

– A może pomagam biednym?

– A pomagasz? – Ciągnął grę, uśmiechając się przebiegle. – Nie wydajesz się bogata.

– Szybko oceniasz ludzi.

Sięgnęłam po kolejną z toreb, ale on był szybszy. Zabrał mi ją i schował do bagażnika. To samo zrobił z resztą. Nie pozwolił mi ich tknąć. Zamknął klapę, po czym jego twarz znalazła się zbyt blisko mojej. Przestałam oddychać.

– Kto tu ocenia ludzi? – wychrypiał, powoli oblizał usta i cofnął się o krok. – Miłego dnia… – Zawiesił głos, czekając, aż wypowiem swoje imię.

Musiałabym stracić rozum, żeby to zrobić.

– Dziękuję za uratowanie mojego soku, Adiel. – Kiwnęłam głową. – Tobie również miłego dnia.

Wsiadłam do auta, trzęsącymi dłońmi odpaliłam silnik i widziałam w lusterku, jak Adiel powoli odchodzi z pustym wózkiem. Pewność siebie unosiła się wokół niego niczym gęsta aura. Należało pozostać czujną. Nie mogłam tak po prostu wrócić do domu. Wolałam wybrać okrężną drogę i upewnić się, że mnie nie śledzą.

Dotarłam do celu bez ogona. Do naszego domu prowadziła mało uczęszczana droga, nie schowaliby się. Musieliby biec między drzewami, a wtedy niemożliwe, żeby mnie dogonili. Po raz pierwszy w życiu byłam wdzięczna, że Draven uczynił mnie niewidoczną dla innych ludzi. Większość nie kojarzyła mnie jako jego siostry, wiedzieli nieliczni. Nie istniałam dla świata. Jedyny, który miałam, to świat Bladesów.

Weszłam do środka z pierwszymi ciężkimi torbami. Nie było śladu po chłopakach i ich gościach. Nie licząc oczywiście syfu, który zostawili po śniadaniu. Domyślałam się, że poszli spać, żeby leczyć nieprzespaną noc. Zachowywałam się więc cicho. W sumie ułatwili mi pochowanie produktów, o których nie powinni wiedzieć. Nastawiłam dla nich kolację. Najedzą się tłustego mięsa, pieczonych ziemniaków, mnóstwa witamin z kolorowej sałatki. W lodówce już chłodził się sok pomarańczowy.

Gdy posiłek był częściowo przygotowany, poszłam się wykąpać. Nie mogłam się doczekać, by użyć nowych kosmetyków, wcześniej starannie pochowanych w najgłębszych zakamarkach łazienki. Zamknęłam się od środka i dosunęłam jedną z szafek pod drzwi. Bałam się ich. Nie lubiłam być bezbronna, a już na pewno nie naga.

Mieli ze mną jak w raju. Ja z nimi jak w piekle.

Wykąpana, pachnąca i chwilowo zadowolona opuściłam łazienkę. Uśmiechnęłam się mimowolnie do Kiana, który stał oparty o ścianę. Wyglądał tak słodko, zaspany, z potarganymi włosami, jeszcze nie do końca obecny duchem. Zbliżył się powoli, lecz pewnie, jakby był przekonany, że reszta nadal śpi.

– Pięknie pachniesz – wyszeptał mi do ucha.

Ciało zareagowało na niego natychmiast, jak zawsze. Te drobne okruchy miłości i czułości wystarczały, by ziemia drżała pod moimi stopami, a świat zwężał się tylko do niego. Dla Kiana zrobiłabym wszystko. Zabiłabym. Nawet Dravena, jeśli kiedykolwiek próbowałby go skrzywdzić.

Otrzymałam przelotny pocałunek, który obiecywał wiele, ale nic z tego. Dom był pełen ludzi.

– Lać mi się chce. – Zaśmiał się, wymijając mnie. To byłoby na tyle, jeśli chodzi o romantyzm.

Ze związanymi mokrymi włosami wróciłam do kuchni, aby skończyć przygotowywać kolację. Piękne zapachy kusiły, ściągając chłopaków do pomieszczenia. Zasiadali po kolei przy stole i rozmawiali. Nie słuchałam ich, byłam w swoim świecie. Całkowicie skupiona na przyrządzaniu posiłku, zatopiona we wspomnieniach o pocałunkach Kiana.

– Pierdolę te Ćmy! – krzyknął Rafael, uderzając czymś o stół.

Zamarłam z łyżką w ręce. W głowie pojawił się obraz skupionych oczu Adiela. Zadrżałam na myśl, że wwiercał się tym spojrzeniem w swoje ofiary. Wtedy jego oczy na pewno przybierały przerażająco zimną barwę.

Nie odważyłam się odezwać. Nie ufałam Ćmom. Ale nie ufałam również swoim. Nie należało wspominać o dzisiejszym spotkaniu. Może mogłabym zwierzyć się Kianowi, ale wolałam tego nie robić. Bałam się, co zrobi z tą wiedzą. Nasz romans to jedno, ale nie byłam pewna, jak bardzo lojalny jest wobec mojego brata w innych tematach.

– Dojebiemy ich. – Draven się zaśmiał. – Mam taki plan… – Pokręcił głową z zachwytem, gdy podawałam do stołu. – Taki zajebisty plan!

Nie zdradził niczego. Pewnie przez wzgląd na mnie. Przeraziło mnie to. Zazwyczaj paplali bez opamiętania, nie zwracając na mnie uwagi. Wiedzieli, że nikomu nie powiem. Skoro teraz trzymali język za zębami, oznaczało to, że ten plan był dla mnie zbyt mocny. Mimo że widziałam i słyszałam już wiele.

Nie bałam się o Ćmy, nawet ich nie znałam. Bałam się konsekwencji. Bladesi byli okrutni, nieobliczalni i brutalni. Obie grupy to godni przeciwnicy. Mogło się wydarzyć dosłownie wszystko…

Przeczuwałam, że zadarcie z nimi skończy się źle. Nie tylko dla chłopaków. Zemsta dopadnie również mnie. W tym domu niestety nikt nie posłuchałby kobiety…

Rozdział 4

Dni zlewały się w jedno. Zaczęło ubywać zapasów, za to narastała nienawiść do Ciem. Nie rozumiałam, co dzieje się między tymi dwiema grupami. Podejrzewałam, że Bladesi zaczęli rozrabiać na ich terenie. Za coś trzeba było żyć. Gdzieś trzeba było kraść, napadać, włamywać się i oszukiwać. Pochłaniali coraz więcej obszaru, ale napotkali opór. Wcześniej, mimo że niejedno słyszałam o Ćmach, raczej nie wchodzili sobie w drogę.

Dziś w domu zostali Zack, Rafael i Kian. Reszta gdzieś pojechała, ale nie wiedziałam dokąd. Napięcie było wyczuwalne w każdym kącie. Draven od kilku dni chodził nabuzowany, chciałam, żeby ktoś spuścił powietrze z tego balonu, nim pęknie. Nie mówili, co się dzieje, ale nie musieli. To dało się wyczuć. Każdy był nerwowy. Jak gdyby nadchodziła wielka burza…

Pragnęłam im wykrzyczeć, żeby wzięli się w garść, wymyślili wyjście z sytuacji, dali sobie spokój… Ale co ja mogłam?

Wyszłam na podwórko, żeby ogarnąć obejście. Jedzenie już się robiło, pranie również. Zazwyczaj uspakajała mnie myśl, że wszystko mam pod kontrolą, więc gdy się najedzą i będą mieli podstawione pod nos, cokolwiek zechcą, emocje trochę opadną.

Odłożyłam miotłę i ruszyłam za szopę do Kiana, który właśnie wyładowywał się, rąbiąc drewno.

– Kian… – Stanęłam za nim, wycierając dłonie o bluzę. To raczej był nerwowy gest, nie potrzeba.

Wbił siekierę w pień i otarł czoło rękawem.

– No? Co jest? – spytał zasapany.

– Martwię się. – Podchodziłam bliżej krok za krokiem. – Nie potrafię myśleć o niczym innym.

– O co konkretnie? – Spojrzał na mnie podejrzliwie.

– Masz mnie za idiotkę? Może i dla innych jestem powietrzem, ale dla ciebie? Żyję tu z wami. Słyszę, czuję i wiem swoje.

– Yaraaa – przeciągnął moje imię. – O cokolwiek się martwisz, nie musisz. – Chciał wrócić do pracy. Próbował dać mi do zrozumienia, że powinnam zakończyć temat i odejść. Ale nie mogłam.

Stanęłam tuż przed nim, więc musiał odrzucić kolejny klocek, by na mnie spojrzeć.

– Ćmy nie są zwykłymi ludźmi. – Próbowałam przemówić mu do rozumu. – Potrafią się bronić. Mogą też zaatakować jako pierwsi. Zrobią ci krzywdę.

– Bzdury. – Przewrócił oczami, ale to mnie nie uspokoiło, więc westchnął z rezygnacją. – Nie idziemy prosto na Ćmy, jeśli to cię uspokoi.

– Draven chce z nimi zadrzeć – upierałam się. – Nie okłamuj mnie, Kian!

Chwycił mnie za policzki, zapewne bojąc się, że zbyt głośno się uniosłam i któryś z chłopaków nas usłyszy.

– Kochanie, nic złego się nie wydarzy. I nic mi się nie stanie. Zaufaj mi, dobrze?

– Na kiedy to planujecie?

– Nie ma żadnej daty, okej? I jeszcze plan nie jest dopracowany. Ty się niczym nie martw. – Ucałował mnie w czoło. – Nawet nie zbliżę się do Ciem. Ufasz mi?

– Tak – odpowiedziałam, nie będąc wcale taka pewna, czy powinnam.

– Wrócę cały.

– Obiecaj – błagałam niemal płaczliwie.

Milczał.

– Jeśli ciebie nie będzie, nie będę miała po co dłużej żyć, Kian.

– Co masz na myśli? – Zmarszczył czoło, a w jego oczach dostrzegłam lęk.

– Znoszę to wszystko tylko dla ciebie – wyznałam szczerze. – Jeśli coś ci się stanie, spotkamy się po drugiej stronie.

– Oszalałaś? – wyrzucił nerwowo.

– Nie – odpowiedziałam pewnie.

– Och, Yara. – Wypuścił z siebie powietrze, po czym spojrzał mi wprost w oczy. – Obiecuję. Obiecuję, że wrócę cały z tego, co planuje Draven. Nic mi nie grozi. Po prostu mi zaufaj.

Nie potrafiłam wydobyć z siebie słowa. Pod powiekami zebrały się łzy. Zdobyłam się tylko na kiwnięcie głową. Kian pocałował mnie czule w usta. Przejechał palcami po policzkach i patrzył, jakby chciał dodać mi otuchy.

– Wracaj do swoich obowiązków – wyszeptał, po czym kolejny raz mnie pocałował.

Puścił mnie, a ja się odsunęłam. Odwróciłam się już w stronę domu, gdy zawołał:

– Yara? Wytrzyj policzki. Masz na nich pył z moich palców.

Zrobiłam, co kazał. Wyszłam zza szopy. Serce stanęło mi na chwilę, gdy dostrzegłam, że w moją stronę idzie Zack. Nie mogłam już nigdzie uciec, bo mnie zauważył. Przybrałam więc maskę na twarz i szłam dalej.

– Co tam? – zagadał.

– Wszyscy jesteście palantami – burknęłam, na co się roześmiał. Musiałam jakoś odwrócić jego myśli od tego, że to mogła być schadzka. Miał uważać, że nie mogę patrzeć na żadnego z nich. Tak było lepiej.

Cały dzień nie potrafiłam usiedzieć w miejscu. Szukałam sobie pracy, żeby uspokoić nerwy i jakoś rozjaśnić w głowie. Wymyślałam sposoby na to, żeby wszystko się ułożyło. Żeby jakoś załagodzić atmosferę w domu i odciągnąć chłopaków od obsesji na punkcie Ciem.

Wieczorem, gdy podawałam kolację, gula rosła mi w gardle na myśl, że muszę przemówić do tej hołoty. Znalazłam się w pułapce. Gdy nie powiem, będzie źle. Jeśli powiem, znów zrobi się nerwowo. To straszne, że bałam się odezwać przy ludziach, których znałam tak długo. We własnym domu. Przy własnym bracie. Nie tak powinno być. Stres zjadał mnie od środka, gdy oni uderzali sztućcami o miski z porządną zupą pełną warzyw i mięsa.

Oparłam się o blat, zbierając w sobie. W podbrzuszu kotłowało mi się coraz więcej lęku. Westchnęłam, otarłam spocone z nerwów dłonie o spodnie i ciężko przełknęłam, mając wrażenie, że gardło się zablokowało.

– Draven? – zaczęłam cicho.

Zerknął na mnie od niechcenia, wsuwając kolejną porcję jedzenia do ust.

– Hm?

– Powinnam znowu pojechać na zakupy. Zapasy się kończą.

Przeżuł powoli. Wszyscy zamilkli. Nie mieliśmy kasy. Gdyby mieli, to by nią szastali. Od dwóch dni byli trzeźwi, a to mówiło samo za siebie.

– Nic nie udało nam się dziś zarobić – burknął. – Wymyśl coś.

Oczywiście, że zrzucił odpowiedzialność na mnie. Miałam wykarmić dziesięciu mężczyzn w taki sposób, żeby wyszło jak najtaniej, ale jednocześnie chcieli dostawać porządne posiłki, które dadzą im siłę i napełnią brzuchy.

– Postaram się – powiedziałam cicho. – Będę gotować z tego, co mam, ale musimy oszczędzać.

– Zarobimy – wtrącił uspokajająco Kian. – To kwestia maksymalnie kilku dni.

– Niby, kurwa, gdzie?! – uniósł się brat. – Masz pomysł? Bo mi się skończyły. W wielu miejscach jesteśmy spaleni, a te jebane Ćmy blokują nam dostęp do żyły złota. Tam to byśmy się obłowili.

– Może… – zaczęłam cicho, żeby bardziej ich nie denerwować. – Skoro nie możemy chwilowo radzić sobie jak do tej pory… – Przełknęłam, zbierając się na odwagę. – Może spróbujemy innego sposobu?

– Na przykład? – Draven oparł się wygodnie, zamieniając w słuch. – Jakie masz pomysły, siostrzyczko?

– Każdy z nas ma jakiś talent. Jesteście bardzo silni i wiele potraficie. Ja również. Może znikniecie na chwilę z radaru? Każdy z nas znajdzie jakąś drobną pracę, choćby na kilka godzin, bez umowy. Byle przynieść do domu jakąś gotówkę – wyrzucałam z siebie nerwowo. – Kian może wykonywać drobne naprawy, ja mogę dorabiać jako kucharka lub sprzątaczka. Jest wiele takich prac. Budowy, magazyny, lokale, bary. Przyjmą nas chętnie bez papierów.

Cisza w pomieszczeniu stała się nieznośna. Moje serce biło tak głośno, że pulsowała mi skóra na piersi. Każdy czekał na werdykt Dravena. A on tylko mrugał. I nic. Im dłużej to przeciągał, tym bardziej się stresowałam. Modliłam się w duchu, żeby się zgodził. Ja mogłabym wyjść do ludzi, odetchnąć, może znaleźć wyjście z sytuacji, a oni nie zadarliby z Ćmami. Nie kradliby przez jakiś czas, więc nie ścigałaby ich policja. Przecież to plan idealny!

Napiętą do granic atmosferę przerwał wybuch śmiechu. Draven śmiał się głośno, niemal do łez. Spojrzał na chłopaków, więc jak na zawołanie mu zawtórowali.

– Do pracy. – Uderzył dłonią w udo, jakbym opowiedziała najlepszy kawał na świecie. – Słyszeliście ją? Chce iść do pracy.

Wstał, ocierając kąciki oczu. Tak go rozbawiłam. Podszedł do mnie. Mięśnie zamieniły się w kamień, gdy oplótł mnie ramieniem. Zerknęłam na chłopaków. Tylko Kian się nie śmiał. W napięciu obserwował sytuację, zerkając to na mnie, to na mojego brata.

Oboje wiedzieliśmy.

Wdech.

Wydech.

Uderzyłam ciałem o lodówkę.

– Do pracy?! – wydarł się, aż zapiszczało mi w czaszce. Złapał moją głowę i uderzał nią o drzwi chłodziarki. – Mamy iść do pracy?! Ludzie nas tu nienawidzą, idiotko! Boją się nas! – Puścił mnie tylko po to, by dać mi w twarz. Raz, drugi, trzeci. – Kto dał ci prawo głosu?! – wrzeszczał. – Kto?!

Ledwo brałam oddech. Świat wokół pociemniał równie mocno co wściekłe oczy brata. Kopnął mnie, więc zsunęłam się na ziemię. Byłam poszarpana, policzki płonęły z bólu i upokorzenia. Chwycił moje włosy i boleśnie odciągnął głowę w tył.

– Dałem ci prawo do decydowania?

– Nie – wydusiłam. Musiałam odpowiedzieć, inaczej nigdy by nie skończył.

– Właśnie! Więc milcz, bo jesteś zbyt głupia na takie prawo! – Odrzucił moją głowę, jakby się mnie brzydził, i sobie poszedł.

Usłyszałam, że z powrotem usiadł.

– Wstawaj – warknął, nie zważając na to, co właśnie mi zrobił.

Powoli podnosiłam się z podłogi, uważając na obolałe miejsca.

– Wstawaj! – krzyknął, nawet nie zorientowałam się, kiedy wyciągnął nóż i nim rzucił. Ten wbił się w szafkę niedaleko mojego ramienia.

– Draven! – Kian się poderwał. – Zabijesz ją!

– Jestem mistrzem ostrza. Nie zabiję – odpowiedział cicho. – Oddaj mi moją własność, suko. I bierz się do roboty. Nie ty tu jesteś od myślenia.

Musiałam wyciągnąć nóż, który wbił się mocno w drewno szafki. Zaparłam się i pociągnęłam. Upadłam na tyłek, co znów wzbudziło śmiech mężczyzn.

Skaleczyłam się, ale nikogo nie obchodziła moja krew. Wytarłam dokładnie ostrze z czerwonych plamek. Dłoń owinęłam ścierką i ruszyłam w stronę brata. W milczeniu położyłam obok niego nóż. Spojrzałam na Kiana. Oddychał ciężko, ale na mnie nie patrzył, w dłoniach drżała mu łyżka. Reszta wróciła do jedzenia, jakby nic się nie wydarzyło. Nie przejęli się.

Poszłam do łazienki. Oparłam się o drzwi, przywracając równy oddech. Nie miałam jednak czasu, by się uspokoić, zostać na trochę sama. Zapewne zaraz zaczną się tu dobijać, bo jak śmiem tak długo zajmować łazienkę. Opatrzyłam ranę, rozczesałam potargane włosy i patrzyłam w odbiciu na płonące czerwienią policzki i siniejącą skroń. Płakałam bezgłośnie, żeby na nowo nie rozjuszyć Dravena. W oczach ziała pustka. Nie było we mnie emocji poza rozpaczą. Ledwie kilka kroków od dziesięciu osób… moja dusza umierała po cichu.

© Katarzyna Kasmat-Łyskaniuk

© Wydawnictwo Black Rose, Zamość 2026

ISBN 978-83-68677-84-3

Wydanie pierwsze

Redakcja

Justyna Szymkiewicz

Korekta

Kinga Dąbrowicz

Danuta Perszewska

Magda Adamska

Skład i łamanie

Andrzej Zyszczak – Zyszczak.pl

Projekt okładki

Melody M. – Graphics Designer

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Książka ani jej części nie mogą być przedrukowywane ani w żaden inny sposób reprodukowane lub odczytywane w środkach masowego przekazu bez pisemnej zgody autorki i wydawcy.