Opis

Chrisowalandis jest bezrobotnym pięćdziesięciolatkiem, który choruje na cukrzycę, odwiedza psychiatrę, nie ma szczęścia w miłości i z trudem stara się związać koniec z końcem. Jego życie to pasmo udręk – od trudnego dzieciństwa wypełnionego przemocą i drwinami aż po dorosłość, która miała być wspaniała, ale okazała się rozczarowaniem. Tylko wiara w Boga sprawia, że ciągle ma nadzieję na poprawę swojej sytuacji.
Przekonany o tym, że jest gruby, głupi i do niczego się nie nadaje, Chrisowalandis ciągle próbuje zmienić swój los, ale szybko odczuwa na własnej skórze, że w oczach opinii publicznej zadłużenie jest gorsze od biedy.
Jak może widzieć świat ktoś, kogo obojętnie mijamy na ulicy? Jakie są jego lęki i tęsknoty? Makis Tsitas oddaje głos bohaterowi, który dotąd pozostawał niesłyszalny, a my mamy szansę zatrzymać się i go wysłuchać. Jeśli tego nie zrobimy, nie uda nam się zrozumieć zmieniającej się rzeczywistości.
Powieść została wyróżniona Nagrodą Literacką Unii Europejskiej.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 264

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Mo­jej ‌sio­strze Teo­do­rze

Al­bo­wiem ‌świad­kiem mi ‌jest Bóg, jak ‌tę­sk­nię za ‌wami wszyst­ki­mi we wnę­trzu ‌Je­zu­sa ‌Chry­stu­sa.

apo­stoł Pa­weł, ‌List ‌do Fi­li­pian1, ‌81

Bóg ‌mi świad­kiem

IST­NIE­JĄ ‌CZTE­RY ‌RO­DZA­JE SZE­FÓW: ‌od­no­szą­cy ‌suk­ce­sy, za­dłu­że­ni, ka­na­lie ‌i świ­ry. Mnie ‌się tra­fił czwar­ty.

Wie­le razy ‌ze mną roz­ma­wiał, ‌a ja za­wsze mia­łem ‌wra­że­nie, że nie wie, ‌czy ‌to ja przed nim ‌sto­ję, czy ‌ktoś ‌do mnie po­dob­ny. To zna­czy, ‌czy to ‌by­łem ja, Chri­so­wa­lan­dis – ‌pra­cow­nik i przy­ja­ciel – czy może ‌mój brat bliź­niak. Tyle ‌że nie mam ‌bra­ta bliź­nia­ka, ‌lecz dwie ‌sio­stry.

Tak więc zda­rza­ło ‌się, że spo­ty­ka­li­śmy się ‌przy wej­ściu do firmy, ‌a on ‌krzy­czał ‌do mnie: „Leć, bo nie zdą­żysz!”, ‌i pę­dził do win­dy, a gdy ‌do niej wsia­dał, ‌wo­łał: „Nie krad­nij!”, i zmu­szał ‌mnie, ‌bym po­ko­nał bie­giem osiem ‌pię­ter, gło­śno ‌licząc sto czter­dzie­ści ‌czte­ry stop­nie, ‌a on wrzesz­czał ‌z win­dy: „Da­waj, gru­ba­sie! Brak ‌ci ani­mu­szu?”.

Jego firmę ‌za­mknię­to ‌pod ko­niec lat osiem­dzie­sią­tych ‌i ni stąd, ‌ni zo­wąd ‌zo­sta­łem bez­ro­bot­ny. ‌Pra­co­wa­łem ‌u nie­go ‌je­de­na­ście lat, ‌ale nie­ste­ty ‌obu­dzi­łem się z ręką w noc­ni­ku, ‌pod­czas ‌gdy moi ‌ko­le­dzy od mie­się­cy wy­syłaliswo­je ofer­ty ‌pra­cy i na­tych­miast przeszlido in­nych ‌pra­cow­ni gra­ficz­nych. ‌Oczy­wi­ście wi­dzia­łem, że sta­tek ‌to­nie, spra­wy idą ‌tyl­ko ku gor­sze­mu ‌i że ra­czej nie ma przy­szło­ści, ‌ale nie chcia­łem w to uwie­rzyć. ‌Dla­te­go że łyk­ną­łem ‌baj­kę Czor­ta: ‌„Choć­by ‌wszy­scy inni odeszli, nie ma ‌mowy, byś ty ‌po­zo­stał ‌bez pra­cy”. Tak ‌da­łem się zro­bić w ko­nia.

Uj­rza­łem sie­bie wal­czą­ce­go z sa­mym sobą w bło­cie. Je­den klął na dru­gie­go i sta­rał się go uto­pić. Rów­no­cze­śnie obaj na­boż­nie śpiewali hymn Ka­sji.

Na­stęp­nie stali się in­nym Chri­so­wa­lan­di­sem, te­raz zwa­nym Psi­cho­wa­lan­di­sem, któ­ry po trzy­kroć za­krzyk­nął: „Dła­wi mnie ten wiatr”. Z dołu nie­wy­raź­nie sły­chać było arię z To­ski.

Prze­dziw­ny sen.

Nie po­tra­fię so­bie wy­obra­zić sie­bie sa­me­go jako że­bra­ka lub dziec­ka uli­cy. Po­dob­nie nie je­stem w sta­nie uj­rzeć ocza­mi wy­obraź­ni mo­ich ro­dzi­ców, jak sta­ją się ofia­ra­mi wy­ko­rzy­sty­wa­ny­mi przez ob­cych, a zwłasz­cza przez ja­kąś przy­szłą na­rze­czo­ną.

Mój oj­ciec ma te­raz osiem­dzie­siąt sześć lat, jest eme­ry­to­wa­nym ofi­ce­rem woj­ska, czło­wie­kiem po­świę­ca­ją­cym się ro­dzi­nie, lek­tu­rze, Ko­ścio­ło­wi. Wie­dzie spo­koj­ny ży­wot. Za­wsze o mnie dbał, po­ży­czał mi pie­nią­dze i słu­żył po­mo­cą.

Ma­wiał mi: „Uwa­żaj, uwa­żaj, uwa­żaj!”, ale ja by­łem jak dziu­ra­wy gar­nek bez po­kryw­ki, do któ­re­go wcho­dzi­ło, co tyl­ko chcia­ło. Mój oj­ciec był sro­gi, ale i ustę­pli­wy. Bo gdy ja go na­ci­ska­łem, on się wy­co­fy­wał. Tak.

„Ta­tu­siu, jadę do Lon­dy­nu, daj mi sto ty­się­cy”. Dał mi je.

„Ta­tu­siu, mam mały dług w ban­ku”. Spła­cił go na­tych­miast.

„Ta­tu­siu, mam pro­blem, mo­żesz mi po­móc?”. Przy­biegł.

„Ta­tu­siu, mu­szę zo­stać przy­ję­ty do szpi­ta­la”. Po­mógł mi.

W żad­nej kwe­stii nie po­wie­dział mi „nie”. Te­raz, gdy o tym roz­my­ślam, wy­da­je mi się, że był jak pies, któ­ry szcze­kał, ale nie gryzł – ja jed­nak tego nie ro­zu­mia­łem. Sza­nu­ję go i po­wa­żam. Do cza­su, gdy skoń­czy­łem dwa­dzie­ścia lat, bar­dzo się go ba­łem. Po­tem po pro­stu sza­no­wa­łem go, bo dużo prze­szedł. To czło­wiek z do­świad­cze­niem ży­cio­wym. Oj­ciec ni­g­dy nie chce ni­cze­go złe­go dla swo­je­go dziec­ka. Cie­szył się, że od za­wsze cią­gnę­ło mnie do mo­na­ste­rów i ko­ścio­łów, on rów­nież jest po­boż­nym czło­wie­kiem. Cała na­sza ro­dzi­na taka jest.

Kie­dy w wie­ku osiem­na­stu lat po­sze­dłem do szko­ły ofi­cer­skiej w Trikali, po­wie­dział mi: „Zna­ko­mi­cie”, ale gdy ją rzu­ci­łem i od­sze­dłem, bo już dłu­żej nie mo­głem wy­trzy­mać, nie wy­ra­ził żad­ne­go sprze­ci­wu wo­bec mo­jej de­cy­zji.

Ni­g­dy nie sta­nął mi na dro­dze. Tak.

Być może, tak so­bie my­ślę, wła­śnie dla­te­go nie wy­pro­wa­dzi­łem się jesz­cze z domu, choć skoń­czy­łem pięć­dzie­siąt­kę. Bo czu­ję bez­pie­czeń­stwo i cie­pło.

Za­dzwo­ni­łem do daw­nej ko­le­żan­ki z pra­cy, by jej ży­czyć wszyst­kie­go naj­lep­sze­go i za­py­tać o ja­kieś moż­li­wo­ści współ­pra­cy, a ona ucię­ła krót­ko: „Chri­so­wa­lan­di­sie, za­sta­łeś mnie przy drzwiach, po­ga­da­my in­nym ra­zem”.

Pa­trz­cie, pa­trz­cie, pa­niu­sia już mnie nie po­trze­bu­je, do­brze się usta­wi­ła w pro­jek­cie Ate­ny 2004 i zgar­nia dwa ty­sią­ce euro na mie­siąc z bo­nu­sa­mi, ale kie­dyś fe­styn się skoń­czy i wte­dy zo­ba­czy­my…

Zresz­tą wie­lu mo­ich daw­nych ko­le­gów, któ­rym nie­gdyś wie­lo­krot­nie wy­świad­cza­łem przy­słu­gę, te­raz, gdy po­pro­si­łem ich o po­moc, za­cho­wa­ło się wo­bec mnie cy­nicz­nie. Po­dob­nie nie­któ­rzy przed­się­bior­cy pro­wa­dzą­cy małe firmy: gdy by­łem u Czor­ta, nad­ska­kiwali mi, że­bym im da­wał zle­ce­nia, a te­raz, kie­dy śmie­tan­ka się skoń­czy­ła, uda­ją, że mnie nie zna­ją. Nie szko­dzi, z Bo­giem. Niech oni wszy­scy mają się do­brze. To jest bło­go­sła­wień­stwo od mo­je­go sta­rusz­ka, że mó­wię „z Bo­giem”, a na­wet do­da­ję „dzię­ku­ję” – po to, by mieć czy­ste su­mie­nie – tym, któ­rzy mnie skrzywdzili. Na tyle, na ile mogę, słu­cham mo­je­go sta­rusz­ka. Po­wie­dział mi, co po­wi­nie­nem ro­bić w ży­ciu, jak je kon­tro­lo­wać, by nie skoń­czyć w psy­chia­try­ku.

Gdy ktoś bied­nie­je, szu­ka spo­so­bu, jak po­wią­zać ko­niec z koń­cem bez pie­nię­dzy. Pra­gnie na­pić się gdzieś kawy za dar­mo. Pra­gnie usiąść gdzieś i po­roz­ma­wiać. Zro­bi­łem po­waż­ne ba­da­nia na te­mat bra­ku gro­sza przy du­szy.

Z tego wła­śnie po­wo­du w każ­dą nie­dzie­lę rano, po na­bo­żeń­stwie u Świę­tej Ire­ny, na uli­cy Eolou, wpa­dam do Ko­ścio­ła an­gli­kań­skie­go, gdzie po­da­ją kawę. Co wię­cej, jeśli wej­dziesz do środ­ka i weź­miesz udział w ich mszy, jako do­dat­ko­wy po­da­ru­nek ofe­ru­ją ci re­li­gij­ną książ­kę. Oczy­wi­ście po an­giel­sku. (Może i nie mó­wię w tym ję­zy­ku, ale żad­na książ­ka nie zmar­nu­je się przy mnie).

Sta­ram się ra­dzić so­bie po kry­jo­mu. Tak.

Moja mat­ka to świę­ty czło­wiek, ko­bie­ta nie­zwy­kle ro­dzin­na i po­moc­na – straż­nicz­ka do­mo­stwa. Jed­nak prze­stra­szo­na. Pa­mię­tam, jak stoi wy­pro­sto­wa­na za ple­ca­mi ojca, gdy tyl­ko po­sta­wi­ła przed nim na sto­le ta­lerz, albo jak śmie­je się z ca­łej du­szy, zu­peł­nie sama, w ukry­ciu, na wpół scho­wa­na w sza­fie, roz­wie­sza­jąc jego wy­pra­so­wa­ne ko­szu­le. Spo­glą­da­łem na nią z lę­kiem i roz­my­śla­łem: „No tak, pew­nie mama zwa­rio­wa­ła”.

Moja star­sza sio­stra jest wy­kła­dow­czy­nią teo­lo­gii. Dziew­czy­na od­da­na lek­tu­rze. Su­ro­wa i skrom­na. Wy­róż­nia­ła się na tle ca­łej ro­dzi­ny i krew­nych. Nad­zwy­czaj­nie pra­co­wi­ta. Ma dwa fa­kul­te­ty, a jesz­cze do tego, w wie­ku pięć­dzie­się­ciu lat, za­czę­ła pi­sać dok­to­rat. Zu­peł­nie nie przej­mu­je się tym, że zmar­no­tra­wi­ła już na to czte­ry lata, i na­dal go pi­sze. Do­pro­wa­dzi ją do obłę­du ten Plo­tyn. Oso­bi­ste­go ży­cia zero. Nie­ste­ty.

Moja młod­sza sio­stra to cały Chri­so­wa­lan­dis w wer­sji żeń­skiej. (Mó­wię o do­brych ce­chach mo­je­go cha­rak­te­ru, nie zaś o tych, któ­re do­pro­wa­dzi­ły mnie do roz­wią­zło­ści i złe­go pro­wa­dze­nia się). Te­raz już zaj­mu­je się do­mem. Bra­ku­je po­waż­nych prac dla cho­ro­wi­tej dziew­czy­ny w wie­ku czter­dzie­stu czte­rech lat. Ma się za­trud­nić jako sprze­daw­czy­ni? Za­raz pew­nie przyj­dzie do niej ja­kiś fa­cet, by ją za­pro­sić wie­czo­rem na kawę. Gdy była w naj­lep­szych la­tach, a mój oj­ciec sta­rał się, by za­trud­nio­no ją w sek­to­rze pu­blicz­nym, od­mó­wi­ła. Na szczę­ście po­prze­sta­je na ma­łym.

Co do mnie, moż­na by mnie okre­ślić sło­wa­mi: „Za­płacz nade mną, mat­ko, za­płacz nade mną”. Moje ży­cie roz­po­ście­ra się na bez­kre­snym polu peł­nym czer­wo­nych pi­kant­nych pa­pryk. Gdy upa­dam (za­wsze na twarz), zo­sta­ję po­pa­rzo­ny. Ta­kie jest moje ży­cie. Nie­zmien­nie wpa­dam w ja­kieś si­dła, lą­du­ję w cier­ni­stych chasz­czach i po­krzy­wi­skach, nie pa­mię­ta­jąc, że je­stem bosy. Za­wsze za­po­mi­nam wdziać obu­wie. Nie mam na­wet pan­tofli, choć z góry wiem, do­kąd zmie­rzam. Nie­ste­ty, taki wła­śnie je­stem.

Jed­nak oka­za­łem skru­chę. Bóg mi świad­kiem. Oka­za­łem gorz­ką skru­chę za wszyst­ko, co uczy­ni­łem. Chcę to zo­sta­wić za sobą i zna­leźć od­wa­gę na ja­kiś nowy po­czą­tek.

Nie chcę ani ko­cha­nek, ani ko­biet lek­kich oby­cza­jów, ani dzi­wek. Chcę być bli­sko Boga. On zaś niech mi ze­śle w da­rze ko­bie­tę po­waż­ną, wte­dy w po­rząd­ku, z przy­jem­no­ścią przyj­mę z nią sa­kra­ment mał­żeń­stwa. Jeśli zaś mi ta­kiej nie po­da­ru­je i pra­gnie, bym zo­stał mni­chem, też w po­rząd­ku.

Wie­lu lu­dzi od­su­ną­łem od sie­bie, bo zo­rien­to­wa­łem się, że nie mieli mi nic do za­ofe­ro­wa­nia. Są dziu­ra­wy­mi wia­dra­mi. Bez dna.

Chcę, żeby mnie słu­chał, gdy mo­dlę się do Nie­go. Od­dal ode mnie po­ku­sy, Pa­nie.

Pra­gnę tak­że mieć mniej przy­ja­ciół. Nie­wie­lu, ale do­brych. Spo­koj­nych, za­cnych, by mnie nie tłamsili. Niech nie bę­dzie tak, że jed­ną ręką po­da­ją mi ma­skę prze­ciw­ga­zo­wą, a dru­gą do­da­ją dwu­tle­nek wę­gla. Na co cze­ka­ją? Aż ze­psu­je się ma­ska, że­bym się udu­sił? Ta­ki­mi się sta­li­śmy. Taka jest, nie­ste­ty, ateń­ska men­tal­ność, któ­ra nie po­zwa­la nam wa­hać się w kwe­stii ani na­szych dłu­gów, ani na­szych prac. Moje sło­wa pły­ną w tej chwili z bólu du­szy.

Pe­wien bli­ski mi ka­płan rzekł kie­dyś do mnie: „Kto znaj­du­je przy­ja­cie­la, znaj­dzie skarb”2. Może zna­leź­li­śmy przy­ja­ciół i po­rzu­ci­li­śmy ich? Może zna­leź­li­śmy zło­to i po­mi­nę­li­śmy je, szu­ka­jąc dia­men­tów? Wiel­ki błąd. Zro­bi­łem tak i po­ża­ło­wa­łem tego. Zro­bi­łem to świa­do­mie i w peł­nej ja­sno­ści umy­słu. Po­rzu­ci­łem ich – wiel­kich i ma­łych, du­chow­nych i świec­kich – po­szu­ku­jąc dia­men­tów. Ale gdzie one są? No gdzie?

Du­cho­we pa­ła­ce są nie­zrów­na­nie waż­niej­sze od ma­te­rial­nych. Ma­te­rial­nych dóbr po­żą­da­ją lu­dzie w ma­sce, lu­dzie uda­ją­cy przy­ja­ciół. Praw­dzi­wi przy­ja­cie­le dba­ją o du­cho­we skar­by, któ­re są w two­jej du­szy, i na­wet jeśli do­brze miał­byś je scho­wa­ne, oni ro­bią wszyst­ko, by je wy­do­być na po­wierzch­nię. Wszy­scy po­zostali to nie są przy­ja­cie­le, ale szkod­ni­ki, a szkod­nik nie dys­po­nu­je taką ja­sno­ścią umy­słu, żeby mógł wy­bie­rać czło­wie­ka z za­le­ta­mi. Dla­te­go że czło­wiek, któ­ry jest szkod­ni­kiem, nie ma ani uczuć, ani du­cho­we­go spo­ko­ju i ci­szy. Na­wet mięk­kiej po­dusz­ki do spa­nia. Bo nie ma czy­stej świa­do­mo­ści. Tak.

Nie wiem. Cie­kaw je­stem, czy są jesz­cze ide­ali­ści, sko­ro wi­dzi­my, że więk­szość pra­co­daw­ców (przy­naj­mniej dzie­więć­dzie­siąt pro­cent) do­piesz­cza ob­co­kra­jow­ców, po­nie­waż dzię­ki temu za­osz­czę­dzą psie pie­nią­dze.

Cała Gre­cja po­pa­dła w za­ra­zę. Du­cho­wą i ma­te­rial­ną. W Ate­nach jesz­cze go­rzej.

Pan I. i pan T., ile­kroć mnie wi­dzą, za­wsze mnie wo­ła­ją, bym przy­łą­czył się do nich, i mi sta­wia­ją. Mają gru­by port­fel, po­bie­ra­ją so­wi­te eme­ry­tu­ry, każ­dy z nich in­ka­su­je sześć, sie­dem czyn­szów. Wi­dzą czło­wie­ka bez gro­sza przy du­szy i sta­wia­ją. Gdy ja­kiś czas temu po­wie­dzieli: „Chri­so­wa­lan­di­sie, no chodź, na­pij się cze­goś”, wy­buch­ną­łem pła­czem – nie wiem dla­cze­go. Pew­nie z mi­ło­ści.

Kie­dy in­dziej, gdy znów mnie wy­patrzyli i za­wołali, nie usia­dłem z nimi, po­czu­łem wstyd. Mam prze­cież pięć­dzie­siąt lat, więc dla­cze­go inni mają mi sta­wiać. Jak ni­sko sto­czy­łem się za spra­wą Czor­ta…

Po Czor­cie pra­co­wa­łem w dwóch miej­scach, za­wsze w na­szej bran­ży. (Sztu­ki gra­ficz­ne aż do lat dzie­więć­dzie­sią­tych trzy­ma­ły się jesz­cze moc­no). Jed­nak nie płacili, a trze­cia pra­ca, któ­rą zna­la­złem, była bar­dzo da­le­ko, w Ko­ro­pi, przez co do­dat­ko­wo pod­upa­dłem na zdro­wiu. Ko­ri­da­los – Ko­ro­pi – Ko­ri­da­los, na­li­czy­łem sie­dem­dzie­siąt ki­lo­me­trów tam i z po­wro­tem. Krót­ko mó­wiąc, dwie i pół go­dzi­ny, by do­je­chać, i dwie go­dzi­ny, by wró­cić. Autobus z Ko­ri­da­los na Omo­nię, stam­tąd dru­gi aż do skrzy­żo­wa­nia Mar­ko­po­ulou, a na­stęp­nie tak­sów­ką do stre­fy prze­my­sło­wej. To samo wie­czo­rem. Zmę­czy­łem się, wy­czer­pa­łem, wy­da­łem ostat­ni grosz. Tyl­ko na sam trans­port po­trze­bo­wa­łem dwu­dzie­stu ty­się­cy mie­sięcz­nie. Za­czy­na­łem ro­bo­tę o ósmej rano i koń­czy­łem o siód­mej wie­czo­rem. Za­nim do­tar­łem do domu, była już dzie­wią­ta trzy­dzie­ści, dzie­sią­ta. Wie­le razy nie zdą­ży­łem na­wet wziąć prysz­ni­ca, ja­dłem i przed te­le­wi­zo­rem ła­pał mnie sen. Tak. „Alfa-Alfa Wy­daw­nic­two”, jak ma­wiał je­den ko­le­ga, ozna­cza „Al­bań­skie Wy­daw­nic­two”. Pra­cow­ni­cy w więk­szo­ści byli Al­bań­czy­ka­mi. Oczy­wi­ście nie ośmielali się od­zy­wać. Mieszkali tam w po­bli­żu, w ja­kichś ru­de­rach. Pięć, sześć osób w jed­nym po­ko­ju i każ­da z nich pła­ci­ła po dzie­sięć ty­się­cy za czynsz.

Wkła­da­łem w pra­cę dla tej fir­my całe ser­ce (za­wsze tak ro­bię), ale ze stro­ny pra­co­daw­ców nie było żad­ne­go uzna­nia. Nie­ste­ty. Litograf, ty­po­graf, skła­dacz, dru­karz z lat osiem­dzie­sią­tych te­raz są na mar­gi­ne­sie, mu­szą ro­bić coś in­ne­go, by prze­żyć. Lu­dzie nie­zwy­kle war­to­ścio­wi, z do­świad­cze­niem i ta­len­tem, w dzi­siej­szych cza­sach nie są już w sta­nie zna­leźć pra­cy. Po­żar­ły nas tech­no­lo­gie. To tra­gicz­ne. Kel­ne­rzy znaj­du­ją pra­cę w ski­la­di­kach*, por­tie­rzy w noc­nych klu­bach, gra­ba­rze, po­szu­ki­wa­cze przy­gód, ja­pi­szo­ny, cu­dzo­ziem­cy i my, któ­rzy po­świę­ci­li­śmy się dla książ­ki. Ilu z nas po­zo­sta­ło sta­ry­mi ka­wa­le­ra­mi, by przy­słu­żyć się sztu­ce Gu­ten­ber­ga, jak ją na­zy­wa­ją Niem­cy?

Te­raz już nie chcę cho­dzić do do­mów pu­blicz­nych. Oka­za­łem skru­chę, wy­spo­wia­da­łem się i wio­dę ra­czej cno­tli­wy ży­wot. Szu­kam dziew­czy­ny, żeby się z nią oże­nić. Ba­dam swo­je per­spek­ty­wy. Być może trze­ba bę­dzie zrzu­cić parę kilo. Tak. Bra­łem ży­cie gar­ścia­mi. Otóż mia­łem tak wiel­ką, skry­tą gamę do­świad­czeń z ko­bie­cym cia­łem i ko­bie­cym za­cho­wa­niem, że – niech mi Bóg po­mo­że – chcę zna­leźć dziew­czy­nę do­brą, a nie ja­kąś la­fi­ryn­dę. Oczy­wi­ście nie cho­dzi o to, że­bym mo­jej żo­nie wy­ja­wił swo­je ta­jem­ni­ce. Gdy zdra­dzisz je ja­kiejś dziew­czy­nie, z pew­no­ścią od­wró­ci się, żeby na cie­bie splu­nąć, na­wet jeśli sama jest nie­mo­ral­na i ro­bi­ła gor­sze rze­czy. To kwe­stia ego­izmu, mówi ci: „Po tak wie­lu ka­ta­stro­fach stat­ku przy­sze­dłeś do mnie, by za­rzu­cić ko­twi­cę w moim por­cie? Spa­daj, sta­ry łaj­da­ku!”.

Chcę zna­leźć ko­bie­tę, któ­ra nie by­ła­by dziw­ką, ale by sza­no­wa­ła mnie tak, jak dziw­ka sza­nu­je męż­czyzn. Gdy by­łem mło­dy, wsze­dłem raz do bur­de­lu, pod­sze­dłem do bur­del­ma­my i po­wie­dzia­łem:

– Nie mam trzech ty­się­cy drachm, mam dwa i pół, mogę wejść?

– Nie.

– Dla­cze­go?

– Dla­te­go że ko­bie­ta, któ­ra się kła­dzie do łóż­ka, nie ma ceny, i że­byś to so­bie do­brze wbił do gło­wy.

Czyli pie­nią­dze, któ­re jej da­jesz, to tak jak­by ona ich nie do­sta­wa­ła, po­my­śla­łem.

Mój spo­wied­nik mówi, że po­wi­nie­nem trzy­mać się z dala od dzi­wek, po pierw­sze dla­te­go, że roz­no­szą ty­sią­ce cho­rób, po dru­gie – bo jeśli się od tego wszyst­kie­go nie ode­tnę, nie dam rady sce­men­to­wać związ­ku z ko­bie­tą i do gro­bo­wej de­ski będę ła­zę­gą. Na­tu­ral­nie nie jest to ta­kie ła­twe, ale mówi mi, że mu­szę do­kła­dać sta­rań, za­wsze być czuj­ny.

Gło­śno wo­łam do Pana, gło­śno bła­gam Pana. Wy­le­wam przed Nim swą tro­skę, wy­ja­wiam przed Nim swą udrę­kę. Gdy duch mój we mnie usta­je, Ty znasz moją ścież­kę. Na dro­dze, po któ­rej kro­czę, ukry­li na mnie si­dło3.

Jak­że się ra­do­wa­łem, gdy uro­dzi­ła się moja młod­sza sio­stra! Mia­łem sześć lat, a star­sza dzie­sięć. Cią­gle sta­łem nad jej ko­ły­ską. Ga­pi­łem się na nią, uśmie­cha­ła się do mnie, a moje ser­ce trze­po­ta­ło. Nie chcia­łem, by inni się do niej zbliżali – gnie­wa­łem się. W dniu, w któ­rym skoń­czy­ła czter­dzie­ści lat, zebrali się w domu krew­ni i ko­le­dzy ojca. Uczepili się sa­lo­nu i nie mieli za­mia­ru wyjść. W pew­nej chwili wner­wi­łem się i wrza­sną­łem na nich: „Zo­staw­cie ją w spo­ko­ju! Ma przez was za­wro­ty gło­wy! No pro­szę, do­pro­wa­dzi­li­ście ją do pła­czu!”, a po­tem: „Do­bra, a nie ma­cie wła­snych do­mów?”. Do­sta­łem od ojca so­lid­nie w twarz, pra­wie mi szczę­ka po­szła.

Nie wiem, ale za­wsze, gdy wi­dzę ko­bie­tę, przy­po­mi­nam so­bie o Eu­mor­fii i roz­my­ślam, jak ha­nieb­nie się wo­bec mnie za­cho­wa­ła. Głę­bo­ko mnie na­zna­czy­ła ta hi­sto­ria. To czar­na pla­ma na moim ser­cu.

Gdy raz zo­ba­czy­łem ją na uli­cy, ze­bra­ło mnie na wy­mio­ty. Na­tych­miast zmie­ni­łem kie­ru­nek. Po­czu­łem obrzy­dze­nie. Wiel­kie obrzy­dze­nie. Bar­dziej wo­bec sie­bie sa­me­go. Jak ni­sko się sto­czy­łem! Jak ko­bie­ta może wziąć so­bie męż­czy­znę, któ­ry się świet­nie trzy­ma, i do­pro­wa­dzić go do tego, by stał się śmie­ciem…

Wpa­dłem bie­giem do bra­my ja­kiejś ka­mie­ni­cy i wy­buch­ną­łem spa­zma­tycz­nym pła­czem. Wa­li­łem gło­wą w ścia­nę i krzy­cza­łem w du­chu: „Głup­cze, głup­cze, głup­cze!”. Nie zo­rien­to­wa­łem się, jak zna­la­złem się w domu. Mój psy­chia­tra, pan Za­lmas, zwięk­szył mi daw­kę, dzię­ki cze­mu szyb­ciej uda­ło mi się uspo­ko­ić.

Nie chcę jej wi­dzieć, nie chcę jej znać.

Dla­te­go też na­sza du­sza po­win­na być ni­czym twier­dza, do któ­rej nie ma wstę­pu byle jaka ku­rew­ka. Nie po­win­na pierw­sza lep­sza zdzi­ra znaj­do­wać tyl­nych drzwi i roz­bi­jać nas na ka­wał­ki, do­ko­ny­wać du­cho­we­go pod­bo­ju. Mu­si­my mieć bra­my za­ry­glo­wa­ne na sie­dem spu­stów i py­tać, kto puka.

Na uli­cy Pa­ne­pi­sti­miou ku­pi­łem małą ti­ro­pi­tę. Za­pła­ci­łem jed­no euro i trzy­dzie­ści cen­tów. To zna­czy czte­ry­sta trzy­dzie­ści drachm. Ta sama ti­ro­pi­ta przed zmia­ną wa­lu­ty kosz­to­wa­ła sześć­dzie­siąt pięć drachm. Pła­ce zaś po­zo­sta­ły do­kład­nie ta­kie same, cał­ko­wi­cie je za­mro­żo­no. Do­kąd to wszyst­ko do­pro­wa­dzi?

Daw­niej by­łem bar­dzo za­mknię­tym ty­pem, wca­le nie mó­wi­łem o so­bie ani o tym, co mnie zaj­mu­je. Ale ja­kiś czas temu pod­ją­łem jed­nak de­cy­zję, żeby wy­ty­czyć nową dro­gę praw­dy i wszyst­ko bez lęku mó­wić mo­je­mu spo­wied­ni­ko­wi. Do­ra­dzi­ła mi to pew­na do­bra i wy­jąt­ko­wo war­to­ścio­wa dziew­czy­na, bli­ska przy­ja­ciół­ka mo­jej star­szej sio­stry. Po­wie­dzia­ła, bym mó­wił spo­wied­ni­ko­wi wszyst­ko, bo kie­dy się z nim roz­ma­wia pod­czas spo­wie­dzi, to tak, jak­by mó­wić do sa­me­go Boga.

Dla­te­go lu­bię czę­sto jeź­dzić na Świę­tą Górę, gdzie są lu­dzie na wy­so­kim po­zio­mie. Pod­czas mo­jej ostat­niej wi­zy­ty przy­tra­fi­ło mi się na­stę­pu­ją­ce cie­ka­we zda­rze­nie: w dro­dze do Ksi­ro­po­ta­mou spo­tka­łem pew­ne­go mło­dzień­ca, któ­ry był jak­by otu­ma­nio­ny, bez gro­sza i głod­ny – na pierw­szy rzut oka wi­dać było, że coś jest nie tak.

– Przy­ja­cie­lu, zmie­rzasz do mo­na­ste­ru? – pyta mnie.

– Tak.

– Je­steś tu po raz pierw­szy czy cię zna­ją?

– Zna­ją mnie – od­po­wie­dzia­łem nie­co zmie­sza­ny, że świę­ci mę­żo­wie mogli mnie zo­ba­czyć z tym ćpu­nem.

– Mo­żesz po­śred­ni­czyć, by i mnie ugościli?

Wcho­dzę do mo­na­ste­ru, idę do ojca Za­cha­ria­sza i mó­wię mu to i tam­to.

– Chodź­my do igu­me­na.

Kie­ru­je­my się do igu­me­na, a on od razu oświad­cza: „Czło­wiek nas po­trze­bu­je”.

I na­tych­miast dali mu jeść i pić, po­zwolili się umyć i za­ofe­rowali po­kój do spa­nia.

Po­tem igu­men po­pro­sił nas obu do domu go­ścin­ne­go i po­czę­sto­wał wiel­kim pę­kiem wi­no­gron róż­ne­go ro­dza­ju o wy­bor­nym sma­ku, a mło­dzień­co­wi ofia­ro­wał tak­że po­ucza­ją­cą książ­kę. Na­stęp­nie udzie­lił nam rad i wspo­mniał o wie­lu in­te­re­su­ją­cych i uży­tecz­nych spra­wach. Ja zo­sta­łem do week­en­du, z ko­lei mło­dzie­niec – jak się do­wie­dzia­łem – oko­ło dzie­się­ciu dni. Gdy miał wy­jeż­dżać, dali mu pie­nią­dze i kupili bi­le­ty do Aten. Z ta­kiej gli­ny ule­pie­ni. Mi­ło­sier­ni.

Owe­go dnia oj­ciec Ni­ko­di­mos mó­wił nam o raju i pie­kle. Opo­wie­dział hi­sto­rię, któ­rą za­wsze mam w gło­wie.

Pe­wien mnich roz­ma­wiał za po­śred­nic­twem mo­dli­twy z in­nym mni­chem, któ­ry już nie żył, i do­wie­dział się, że tam­ten jest w pie­kle. Bar­dzo go to zmar­twi­ło, prze­stra­szył się i rzekł: „Boże mój, pro­szę Cię, po­każ mi, co ozna­cza pie­kło”. Bóg od­po­wie­dział mu: „Ju­tro się do­wiesz”. Na­stęp­ne­go dnia po­słał im do mo­na­ste­ru ro­ba­ka z pie­kła. Ów ro­bak tak strasz­nie cuch­nął, że bra­cisz­ko­wie zmu­sze­ni zostali do prze­pro­wadz­ki, musieli ucie­kać tak da­le­ko, jak się dało. Mnich za­tem za­py­tał: „Czy tak wła­śnie śmier­dzi, Boże mój, w pie­kle?”. Ów zaś od­po­wie­dział: „Tak cuch­nie je­den ro­bak. W pie­kle są trzy mi­lio­ny ta­kich ro­ba­ków”.

Bar­dzo mi się po­do­ba ta opo­wieść i czę­sto o niej roz­my­ślam. Za każ­dym ra­zem, gdy ją wspo­mi­nam, mó­wię: „Naj­wyż­szy czas skoń­czyć z głup­stwa­mi. Cze­mu mam znów się sta­czać w dziw­kar­stwo, znów tyle kła­mać, drwić z ro­dzi­ców?”.

Mam wra­że­nie, że mój sza­cu­nek dla nich jest tro­chę ob­łud­ny. Po­wi­nie­nem był im wię­cej ofe­ro­wać. Po­win­ni mnie w koń­cu zo­ba­czyć ustat­ko­wa­ne­go. Po­wi­nie­nem zro­bić im parę wnu­cząt, któ­re by się im sza­le­nie po­do­ba­ły.

Ja jed­nak czu­ję, że mam du­szę próż­nia­ka, i dla­te­go drę­czą mnie strasz­ne wy­rzu­ty su­mie­nia. Ale wie­rzę, że z Bożą po­mo­cą wszyst­ko się na­pra­wi. Tyl­ko Bóg może. Tak.

Ja­kaś para przy­szła, trzy­ma­jąc się za rącz­ki, i usia­dła na­prze­ciw mnie. Pa­ki­stań­czyk z Gre­czyn­ką. Pa­trz­cie pań­stwo! Gre­czyn­ka ślicz­na jak ob­ra­zek ma fa­ce­ta Pa­ki­stań­czy­ka! Co jest, do licha! Wstyd mi. Wsty­dzę się bar­dzo. Za grec­ką mę­skość.

Moja star­sza sio­stra jest ty­pem za­mknię­tym. Moje prze­ci­wień­stwo. Nie jest za­męż­na. Nie mogę jej kry­ty­ko­wać, bo przy­naj­mniej ma pen­sję i żyje god­nie. Obym i ja mógł żyć w taki spo­sób. Bar­dzo się zmar­twię, jeśli się do­wiem, że ze­szła z wła­ści­wej dro­gi. Jest skraj­nie tra­dy­cyj­na: dom – pra­ca, pra­ca – dom. Nic in­ne­go. I czy­ta­nie. Żad­nych spa­ce­rów, kaw ani skle­pów. Jest dziew­czy­ną wy­co­fa­ną, nie ja­kąś wa­riat­ką. Nie chcę sióstr wa­ria­tek. Tak. Może i spo­glą­dam na wa­riat­ki, im­po­nu­ją­ce, no­wo­cze­sne, ale gdy wcho­dzę do domu, zmie­niam ob­li­cze, sta­ję się mni­chem.

Zwra­ca­łem się z proś­ba­mi do se­tek lu­dzi. Zda­ję so­bie spra­wę, że cza­sy są trud­ne, ale wiem, któ­rzy pra­co­daw­cy mają pro­ble­my finan­so­we, a któ­rzy nie. W pew­nej wiel­kiej in­tro­li­ga­tor­ni co roku wi­du­ję co­raz mniej Gre­ków, a co­raz wię­cej cu­dzo­ziem­ców. Czter­dzie­ści pro­cent ubez­pie­czo­nych pra­cow­ni­ków w Gre­cji to ob­co­kra­jow­cy… Bio­rą ni­ską dniów­kę, bez nad­go­dzin, i za­wsze mó­wią „tak”, o co­kol­wiek się ich po­pro­si. Ro­bią to z dwóch po­wo­dów: po pierw­sze, by zdo­być za­ufa­nie sze­fa, po dru­gie, by po­zbyć się Gre­ków, któ­rych uwa­ża­ją za swo­ich rywali. Nie do wy­obra­że­nia! Cu­dzo­ziem­cy uwa­ża­ją Gre­ków za rywali! Do tego do­szli­śmy!

Może po­wi­nie­nem zmie­nić oby­wa­tel­stwo? Za­cho­dzę w gło­wę.

Na­zywali mnie wa­ze­li­nia­rzem, mówili o mnie słu­gus, wołali na mnie: pa­cho­łek Czor­ta. Myśleli, że tego nie wiem. Wie­dzia­łem wszyst­ko, ale co mia­łem ro­bić?

Tak sądzili, bo tyl­ko mnie za­bie­rał ze sobą na spa­ce­ry w nie­dzie­le. (Jego żona była na­ło­go­wą kar­cia­rą i obce jej były świę­ta i dni wol­ne). Ja mia­łem swo­ją po­li­ty­kę i zga­dza­łem się z dwóch po­wo­dów: po pierw­sze, po­nie­waż są­dzi­łem, że się za­wsty­dzi i syp­nie ja­kimś gro­szem za nad­go­dzi­ny, a po dru­gie, że prze­nie­sie mnie na lep­sze sta­no­wi­sko. Jed­nak na próż­no. Ja mu da­wa­łem cu­kier, a on mi gorz­ką tru­ci­znę.

Dzwo­nił do mnie w nie­dzie­lę rano i mó­wił: „Przy­jedź do Ki­fi­sii”. Nie py­tał, czy coś ro­bię w tej chwili albo czy coś mia­łem za­pla­no­wa­ne na póź­niej, rzu­cał mi tyl­ko pro­ste „przy­jedź”. Ja zaś pę­dzi­łem w pod­sko­kach. Trzy razy się prze­sia­da­łem. Gdy­by tak choć raz pod­je­chał mnie za­brać, ale za nic w świe­cie. Ku­tas zła­ma­ny.

La­tem jeź­dzi­li­śmy nad mo­rze, zimą w góry. Pod­czas dro­gi, nie prze­czę, ga­wę­dzi­li­śmy o wie­lu in­te­re­su­ją­cych kwe­stiach. Gdy jed­nak brał na ję­zy­ki moje sio­stry, do­pro­wa­dzał mnie do sza­łu. Ma­wiał, że mnie drę­czą, że za­su­wam dla nich, a one na­wet mi za to nie po­dzię­ku­ją (w spo­sób oczy­wi­sty było to wie­rut­ne kłam­stwo).

– Jak się nie wsty­dzą, kro­wy, że cię ob­cią­ża­ją i nie wy­cho­dzą za mąż…

– Prze­cież cała na­sza trój­ka jest sta­nu wol­ne­go.

– A nie pie­przy­cie się cza­sem całą trój­ką? – za­py­tał raz, ka­na­lia, a ja mia­łem ocho­tę otwo­rzyć drzwi i rzu­cić się w prze­paść.

Bez­dusz­ny, nic nie ro­zu­miał i jak za­wsze na­ka­zu­ją­co rzu­cił:

– Żeby mi się do­brze pro­wa­dzi­ło, mu­sisz mi śpie­wać.

No więc śpie­wa­łem go­dzi­na­mi, bez koń­ca pod­czas każ­dej prze­jażdż­ki. Za­wsze za­czy­na­łem od Mo­rze sze­ro­kie, prze­cho­dzi­łem do Mau­thau­sen, a po­tem do Oby ser­ca mia­ły ry­gle i Miau, ko­tecz­ku, Moja zmęt­nia­ła gło­wa, Moja hi­sto­ria, mój grzech i tsa­mi­ka**, pie­śni wy­spiar­skie i rem­be­ti­ka***, a on, roz­anie­lo­ny, wci­skał gaz do de­chy, i za­wsze mój re­per­tu­ar za­my­kał się wiel­ką proś­bą:

Będę żył jak wol­ny ptak,

nie na po­śmie­wi­sko w klat­ce trwać,

by ja­kiejś ka­na­rzy­cy świer­go­tać.

Wie­dzia­łem, że de­dy­ko­wał to swo­jej żo­nie – kar­cia­rze.

Pew­ne­go razu, gdy je­cha­li­śmy do Ma­ra­to­nu na „małe ouzo”, po­pro­sił mnie, bym za­śpie­wał Je­stem or­łem bez skrzy­deł, a na­stęp­nie wdep­nął gaz do de­chy. Gdy prze­ra­żo­ny za­py­ta­łem, czy mam prze­stać śpie­wać, od­po­wie­dział: „Nie, śpie­waj da­lej, do­brze nam się je­dzie”. Wte­dy rzu­ci­łem: „Pro­szę cię, przed nami wy­wrot­ka, z tyłu cię­ża­rów­ka, jak ją wy­mi­niesz?”. On jed­nak da­lej przy swo­im, pro­sił jesz­cze o Stran­gers in the Ni­ght, do­ci­ska­jąc gaz.

Żad­ne­go sza­cun­ku dla mo­jej oso­by. Tak.

In­nym ra­zem, gdy za­miast w nie­dzie­lę, wy­je­cha­li­śmy w so­bo­tę, mó­wię do nie­go:

– Chcę się ostrzyc.

– Te­raz, gdy prze­je­dzie­my przez Ka­la­mos, za­pro­wa­dzę cię do jed­ne­go do­bre­go fry­zje­ra. Za­pła­cisz dwie, trzy stów­ki.

– Dwie, trzy stów­ki? A co to ja ko­zioł­kiem je­stem? Co to za fry­zjer, do któ­re­go mnie pro­wa­dzisz?

– Nie mó­wi­łeś mi wcze­śniej, że mam ci za­re­zer­wo­wać wi­zy­tę w Ko­lo­na­ki****.

Za­wsze tak ro­bił, że czu­łem się par­szy­wie. Miał mnie na po­sył­ki od siód­mej rano do je­de­na­stej wie­czo­rem. Przy­tło­czo­ne­go, wy­głod­nia­łe­go osła, za­ła­do­wa­ne­go aż po szy­ję.

Pew­ne­go dnia pod­le mnie oszu­kał co do tego, że je­ste­śmy przy­ja­ciół­mi. Po­sze­dłem wte­dy do nie­go i po­wie­dzia­łem:

– Pro­szę cię, daj mi pięć­dzie­siąt ty­się­cy za­licz­ki na ope­ra­cję mo­jej młod­szej sio­stry.

– Idź do biu­ra ra­chun­ko­we­go – od­po­wie­dział oschle, na­wet nie za­szczy­ciw­szy mnie spoj­rze­niem. Oczy­wi­ście księ­go­wa ni pary z gęby, ode­sła­ła mnie do pana Po­żal-się-Boże (jego wspól­ni­ka), a on (z tej sa­mej gli­ny) stwier­dził:

– Gru­ba­sie, nie mamy ani gro­sza.

Ileż, ileż znie­wag, na­wet w obec­no­ści cu­dzo­ziem­ców.

Pew­ne­go razu – mie­li­śmy wów­czas w biu­rze dy­rek­tor­kę kre­atyw­ną pew­nej wiel­kiej firmy re­kla­mo­wej i roz­ma­wia­li­śmy o jej bro­szur­kach – przy­cho­dzi Czort i gdy ja mó­wi­łem jej o ce­nach, prze­ry­wa mi w pół sło­wa:

– Dość się na­ga­da­łeś, leć te­raz po ja­kąś kawę.

Chu­ju zła­ma­ny, jed­ne­go czło­wie­ka masz, by go wy­sta­wiać jak skle­po­wą wi­try­nę (z ty­lo­ma klien­ta­mi co­dzien­nie się kon­tak­to­wa­łem), i wła­śnie jego po­ni­żasz? Sia­dasz i roz­po­wia­dasz wśród in­nych, że nie za­wsze na­le­ży­cie wy­ko­nu­ję moją pra­cę? Była to jed­nak spra­wa dla psy­chia­try, jak mi po­wie­dział mój le­karz. Otóż po­ni­żał pod­wład­nych, by umac­niać swo­ją po­zy­cję w firmie. Że rze­ko­mo ja ro­bię in­te­re­sy na­wet z tymi, któ­rzy są bez­u­ży­tecz­ni. W każ­dym ra­zie zno­sił, jak mu się sprze­ci­wia­ła i drwi­ła z nie­go nie­ja­ka Omle­cia­ra; moż­na by po­wie­dzieć, że na­wet spra­wia­ło mu to przy­jem­ność. („Omle­cia­ra” – ja ją tak na­zwa­łem. I przy­lgnę­ło do niej. Mia­ła gębę prysz­cza­tą i ko­ści­stą, wy­trzesz­czo­ne oczy i ha­czy­ko­wa­ty nos. Poza tym metr trzy­dzie­ści wzro­stu w ka­pe­lu­szu). Jeśli więc pra­co­daw­cy po­do­ba się, że drwi so­bie z nie­go ja­kaś dziew­czyn­ka, jest ja­sne jak słoń­ce, że to gru­ba spra­wa. Na­tu­ry psy­chicz­nej, oczy­wi­ście.

„Omle­cia­ra”, mó­wi­ła mi pani Ch., sprzą­tacz­ka, „prze­cią­ga go przez ucho igiel­ne”. Oczy­wi­ście ozna­cza to trzy rze­czy: albo rze­czo­na zna ja­kąś jego ta­jem­ni­cę, albo on jest ma­so­chi­stą, albo go kom­plet­nie po­rą­ba­ło. Du­sza ludz­ka jest jak ot­chłań.

Jaki je­stem ra­do­sny. Im wię­cej dni mija, tym bar­dziej moja sio­stra do­cho­dzi do zdro­wia po wy­le­wie. Za­czę­ła jeść, a przede wszyst­kim już się uśmie­cha.

Gdy mó­wię o sio­strze, za­wsze czu­ję się po­ru­szo­ny…

Bóg dał czło­wie­ko­wi dwie istot­ne rze­czy: wol­ność i cie­le­sną nie­po­dziel­ność. Wia­do­mo, że prze­waż­nie czło­wiek ro­dzi się zdro­wy. Sam się nisz­czy i sam po­wo­du­je więk­szość cho­rób. Szczę­ki grze­chu są śmier­cio­no­śne, jak po­wia­da apo­stoł Pa­weł. Tak więc sami two­rzy­my pro­ble­my, za­rów­no cie­le­sne, jak i psy­cho­lo­gicz­ne oraz finan­so­we, al­bo­wiem nie po­wie­rzy­li­śmy się Bogu. Dla­cze­go? Być może po­win­ni­śmy od­świe­żyć na­sze za­sa­dy, znów za­cząć wieść na­tu­ral­ne ży­cie? Osta­tecz­nie, czy czło­wiek uro­dził się, żeby kon­stru­ować bom­by, bu­do­wać hi­per­luk­su­so­we auta, mer­ce­de­sy, ja­gu­ary i rolls-roy­ce’y, czy żeby upra­wiać przy­do­mo­wy ogród, czy­tać i pi­sać książ­ki bądź roz­ma­wiać z uczo­ny­mi ludź­mi? (Któ­rzy to ucze­ni nie­ste­ty znaj­du­ją się już na mar­gi­ne­sie).

Wol­ność ru­chów, ini­cja­ty­wa, wol­na wola: Alfa i Ome­ga. Tego nas na­uczył Chry­stus. To nam prze­ka­zał za po­śred­nic­twem No­we­go Te­sta­men­tu.

Mi­gaw­ka z so­bot­nie­go po­ran­ka w ka­wiar­ni Neon: dziew­czy­na pięk­na jak z ob­raz­ka, oko­ło dwu­dzie­stu pię­ciu lat, cho­dzi z sie­dem­dzie­się­cio­lat­kiem. Cze­go od nie­go chce? Z pew­no­ścią go wy­do­ić. No do­bra, nie po­wiem, są też ko­bie­ty, któ­re gu­stu­ją w star­szych, ale niech róż­ni­ca mię­dzy nimi nie jest więk­sza niż trzy­dzie­ści lat… A dzia­dzio był ży­wot­ny. Jed­ną ręką trzy­mał espres­so, a dru­gą ją ma­cał. W pu­blicz­nym miej­scu! To są tak zwa­ne „ob­le­śne sta­ru­chy”. Może i je­stem śred­nie­go wzro­stu, ale dbam, by mój umysł pra­co­wał, a czy­ta­nie zna­czą­co przy­czy­nia się do tego, choć nie­ste­ty z po­wo­du cu­krzy­cy bar­dzo szyb­ko się mę­czę. Gdy­bym miał dy­plom, wszyst­ko by­ło­by ina­czej.

Wzią­łem dwie zna­ko­mi­te książ­ki: Wi­zy­ta du­chow­ne­go u cho­re­go świę­te­go Ni­ko­de­ma Ha­gio­ry­ty i Sło­wa do mo­dli­twy świę­te­go Grze­go­rza z Nys­sy, ale nie mogę czy­tać wię­cej niż trzy stro­ny na­raz, i to przy­mu­sza­jąc się. Gdy wie­czo­rem pa­dam do łóż­ka, czu­ję po­twor­ne zmę­cze­nie i chcę się uspo­ko­ić, zre­lak­so­wać, by nikt do mnie nie mó­wił, za­nim słod­ko od­dam się w ob­ję­cia Mor­fe­usza. Oczy­wi­ście naj­pierw się mo­dlę, kła­dę dłoń na ser­cu i pro­szę: „Boże mój, miej pod swo­ją opie­ką moją ro­dzi­nę, a mnie daj spo­kój i po­go­dę du­cha”. Pra­gnę w koń­cu po­go­dzić się ze sobą sa­mym. Gdy po­go­dzisz się ze sobą sa­mym, ro­zu­miesz już, kim je­steś, i albo lą­du­jesz, albo wzno­sisz się do lotu, mó­wiąc: „Te­raz mogę po­le­cieć szy­bow­cem, wy­ko­ny­wać ja­strzę­bie ma­new­ry nad mo­rza­mi i gó­ra­mi, bez na­ra­ża­nia ży­cia”.

Chcę się wy­ci­szyć, za­po­mnieć o stre­sach, ban­kach, pra­cy, Czor­cie, Omle­cia­rze, Eu­mor­fii i ca­łym jej łaj­dac­twie.

Gdy­bym miał się oże­nić, chciał­bym ko­bie­tę koło trzy­dziest­ki piąt­ki, skrom­ną i nie­ubie­ra­ją­cą się „eks­trim”. Cze­goś ta­kie­go bym nie chciał. I to w głę­bi ser­ca dla­te­go, by nie sta­ła się bar­dzo pięk­na i pro­wo­ka­cyj­na, tak by wszy­scy mówili: „No pro­szę, nie­udacz­nik wziął so­bie bab­kę ze wszyst­ki­mi za­le­ta­mi”.

Wo­lał­bym ja­kąś Fran­cuz­kę (naj­le­piej z Pa­ry­ża). Są­dzę, że do fran­cu­skiej krwi pa­su­ją Gre­czyn­ki, po­dob­nie jak Fran­cuz­ki do Gre­ków. By­ło­by naj­le­piej, gdy­by ślub od­był się w Pa­ry­żu, ale to wią­za­ło­by się z wie­lo­ma wy­dat­ka­mi. Poza tym nie wiem, czy moi krew­ni mo­gli­by po­je­chać. Ale tu­tej­szy ro­syj­ski ko­ściół też jest w po­rząd­ku. Przy­stro­jo­na kwia­ta­mi sala, dwóch ka­pła­nów i chór ko­biet o pięk­nych gło­sach, śpie­wa­ją­cy ro­syj­skie hym­ny w sty­lu bi­zan­tyń­skim. Po ślu­bie praw­dzi­we tra­dy­cyj­ne we­se­le z ro­dzin­ną or­kie­strą z Kar­dit­sy. Byle nie prze­cią­gać. Że­bym ja też mógł na­cie­szyć się pan­ną mło­dą. Ona zaś mną. Pod­ją­łem bo­wiem de­cy­zję: już wię­cej nie pój­dę do łóż­ka z ko­bie­tą przed ślu­bem. Nie­chaj wio­dę ży­wot skrom­ne­go mni­cha. Bóg wi­dzi wszyst­ko, a gdy się pysz­nię, ka­rze mnie. Mu­szę być bar­dziej po­wścią­gli­wy.

Jak mi kie­dyś po­wie­dzia­ła moja młod­sza sio­stra: „Noś ubra­nia na swo­ją mia­rę”. Mia­ła ra­cję. Nie mogę no­sić bu­tów w roz­mia­rze trzy­dzie­ści osiem ani ge­ne­ral­skich ga­lo­nów. Ani ze mnie ge­ne­rał, ani dzie­ciak na małe bu­ci­ki.

Chciał­bym nor­mal­ne­go ży­cia, ta­kie­go, ja­kie wiódł miesz­cza­nin w la­tach dwu­dzie­stych lub trzy­dzie­stych. Z wy­god­nym i cie­płym do­mem. Z ka­mie­nia. Ewen­tu­al­nie mógł­by się tam znaj­do­wać for­te­pian. I słu­cha­li­by­śmy so­bie ro­dzin­nie wia­do­mo­ści z ra­dia, wy­bor­nie i wspa­nia­le. To dla mnie świę­ta pora dnia. Je­dli­by­śmy bez sło­wa. Tak jak czy­nią to star­cy na Świę­tej Gó­rze. Z taką róż­ni­cą, że cała na­sza uwa­ga – za­miast w stro­nę mni­cha­lek­to­ra czy­ta­ją­ce­go opo­wie­ści – by­ła­by zwró­co­na w kie­run­ku po­waż­ne­go pre­zen­te­ra wia­do­mo­ści (nie zaś ja­kie­goś stron­ni­cze­go dzien­ni­ka­rza). In­for­ma­cja to rzecz świę­ta. Nie­za­leż­nie od tego, że w Gre­cji zde­wa­lu­owa­ła się i sta­ła się te­atrem, zresz­tą bar­dzo kiep­skiej ja­ko­ści. Zmie­ni­ła się w show-biz­nes. Nie­ste­ty.

Chciał­bym żyć w epo­ce Dio­ni­si­sa Pa­pa­ja­no­po­ulo­sa, w cza­sach Wa­si­li­sa Lo­go­the­ti­di­sa. Jak­że chciał­bym być są­sia­dem Je­or­gii Wa­si­lia­dou*****. Sia­dy­wa­li­by­śmy na jej we­ran­dzie (ona w chu­ście, z ru­bi­no­wą szmin­ką na ustach, a ja w szla­fro­ku) i pi­li­by­śmy kawę. Woda nie ogrze­wa­ła­by się, by­ła­by za­wsze chłod­na, a kon­fi­tu­ra figowa pięk­nie by pach­nia­ła.

Moja star­sza sio­stra za­wsze była su­ro­wa. Gdy za­czę­ły się roz­mo­wy te­le­fo­nicz­ne z Eu­mor­fią, wpa­dła w fu­rię. Zro­zu­mia­ła, dzię­ki ko­bie­cej in­tu­icji, że tam­ta chcia­ła mnie zła­pać w si­dła, więc pra­gnę­ła mnie ochro­nić. Ja jed­nak wów­czas nie by­łem w sta­nie do­pu­ścić tego do świa­do­mo­ści, mi­łość zmą­ci­ła mi ro­zum. Gdy po­je­cha­łem do Lon­dy­nu, by dla rze­czo­nej zna­leźć miesz­ka­nie, jej mat­ka za­dzwo­ni­ła do mo­ich bli­skich i po­pro­si­ła o mój nu­mer ko­mór­ki. Ni­ko­mu nie po­wie­dzia­łem, do­kąd jadę, moja sio­stra do­wie­dzia­ła się od niej i się wście­kła.

„Nie wie­dzieli, po co tam je­dziesz? Co cię, do licha, na­pa­dło, że szu­kasz miesz­ka­nia dla ich cór­ki? Masz za dużo pie­nię­dzy, Chri­so­wa­lan­di­sie? Cał­kiem ci od­bi­ło?”, wrzesz­cza­ła do te­le­fo­nu, a ja nie ode­zwa­łem się ani sło­wem.

Nie chcę już pa­mię­tać tych gorz­kich chwil, mo­men­tów de­struk­cyj­nej mi­ło­ści w dziel­ni­cy Pan­gra­ti. Pra­gnę wy­ma­zać je z pa­mię­ci.

Te­raz moje ży­cie się zmie­ni­ło, ale przez tyle lat ob­ra­ca­ło się wo­kół burdeli. Za­wsze po­lo­wa­łem na pięk­ne ko­bie­ty i są­dzi­łem, że uda mi się je zdo­być. To jed­nak nie do zro­bie­nia; spra­wa (te­raz to po­ją­łem) wy­ma­ga wiel­kiej ma­estrii, a mnie jej bra­ku­je. Je­dy­nie za pie­nią­dze mogę otrzy­mać taki kom­fort. Jaki tego po­wód? Win­ny jest mój wy­gląd. Nie no­szę szy­kow­nych ubrań, nie uży­wam per­fum, nie mam przy­ja­ció­łek la­ta­wic, dziew­czyn, z któ­ry­mi so­bie miło ga­wę­dzisz, a po­tem ci mó­wią: „Za­krę­ci­ło mi się w gło­wie”, i pro­szą, że­byś je za­brał sa­mo­cho­dem do domu, jed­nak po dro­dze zba­cza­cie do ho­te­lu i wszyst­ko miód-ma­li­na. Ja zaś w sy­tu­acji, w ja­kiej się znaj­du­ję, nie mam ani sa­mo­cho­du, ani pie­nię­dzy na ho­tel.

Przy­śnił mi się pan Gri­go­ris, mój daw­ny prze­ło­żo­ny w Ana­the­si. Bar­dzo mnie ko­chał, po­zwa­lał mi wcze­śniej wy­cho­dzić z pra­cy, da­wał mi kie­szon­ko­we, ku­pił mi sza­chy, tryk­tra­ka i chiń­czy­ka.

„Ty je­steś dzie­cia­kiem”, ma­wiał mi, „a dzie­ci po­win­ny się ba­wić. Na­uczy­ciel uczy, igu­men prze­wo­dzi, pa­sterz pa­sie, a dziec­ko się bawi”.

Pa­mię­tam, na krót­ko przed śmier­cią przy­szedł mnie od­wie­dzić i wło­ży­łem mu po kry­jo­mu do kie­sze­ni dwa­dzie­ścia ty­się­cy. Był bez­ro­bot­ny od dłuż­sze­go cza­su, a ostat­nio żył z lichej ren­ty in­wa­lidz­kiej, bo cho­ro­wał na raka. Ten, któ­ry nie­gdyś był wład­cą i po­ma­gał wszyst­kim bę­dą­cym w po­trze­bie.

Gdy go wspo­mi­nam, za­wsze so­bie mó­wię: „Gdzie je­steś, pa­nie Gri­go­ri­sie, ze swo­imi ka­lam­bu­ra­mi i żar­ta­mi? To ty na­uczy­łeś mnie fa­chu (był naj­wy­bit­niej­szym eks­per­tem w na­szej bran­ży), ty mnie wie­le na­uczy­łeś. Gdzie te­raz je­steś?”.

Po­grą­ży­łem się w wiel­kim smut­ku, gdy umarł, całe dnie pła­ka­łem. Nie­ste­ty, do­wie­dzia­łem się o tym mie­siąc póź­niej. I w owej chwili po­czu­łem, jak­by ktoś roz­darł mi ser­ce, za­brał ka­wa­łek mnie i od­szedł na za­wsze. Jak la­ta­wiec uno­szą­cy się wy­so­ko w Po­st­ny Po­nie­dzia­łek******, na któ­ry spo­glą­dasz w górę, a jeśli w pew­nej chwili pęk­nie linka, on nie opa­da, ale wzno­si się jesz­cze wy­żej i tra­cisz go z oczu; tak wła­śnie ja­kaś ręka ucię­ła linkę i pan Gri­go­ris od­szedł da­le­ko, na za­wsze. Chcę go spo­tkać w in­nym ży­ciu. Ewan­ge­lia po­wia­da, że spra­wie­dli­wi po­wsta­ną i będą śpie­wać psal­my przed Bo­giem. Może obaj bę­dzie­my psal­mi­sta­mi w chó­rze Naj­wyż­sze­go i bę­dzie­my śpie­wać Ho­san­na, wszy­scy ra­zem, z anio­ła­mi i świę­ty­mi.

Gdy idę do ko­ścio­ła, za­wsze go wspo­mi­nam: „Za spo­kój du­szy skrom­ne­go słu­gi Bo­że­go Gri­go­ri­sa” – i za każ­dym ra­zem czu­ję to samo ukłu­cie w ser­cu.

My­ślę, że czcząc jego pa­mięć, nie mu­szę zmie­niać pra­cy, ale jak do­bry żoł­nierz po­wi­nie­nem tkwić na blan­kach, jako jego praw­dzi­wy uczeń po­wi­nie­nem mieć za bez­cen­ny amu­let du­cho­we war­to­ści, któ­re od nie­go otrzy­ma­łem. Jak ban­kier, któ­re­mu po­wie­rzy­łeś bi­żu­te­rię wiel­kiej war­to­ści, nie od­da­je jej ni­g­dzie, ale strze­że jak oka w gło­wie, tak też i ja tego, co otrzy­ma­łem od pana Gri­go­ri­sa, nie od­da­ję, ale trzy­mam, by być jak­by du­cho­wym ban­kie­rem dru­kar­stwa i dzia­łal­no­ści wy­daw­ni­czej w Gre­cji.

Chciał­bym mieć dzie­ci z trzech po­wo­dów: po pierw­sze dla­te­go, że Bóg po­wie­dział: „Mnóż­cie się i na­peł­niaj­cie zie­mię”, po dru­gie, żeby się o mnie trosz­czy­ły, gdy będę sta­ry, i po trze­cie, żeby spra­wić ra­dość moim ro­dzi­com. Tak bar­dzo pra­gnę­li­by mieć wnu­ki, któ­re mógł­by im dać ich syn. To je­dy­ne, co mogę im dać, sko­ro aż do pięć­dzie­siąt­ki nie uda­ło mi się za­ofe­ro­wać im pie­nię­dzy. Nie­ste­ty. Do­tych­czas mia­łem dla nich je­dy­nie zgry­zo­ty, chciał­bym im w koń­cu spra­wić tro­chę ra­do­ści.

Chciał­bym mieć tyle dzie­ci, ile mi Bóg da. Gdy­bym miał moż­li­wo­ści finan­so­we, nie prze­szka­dza­ło­by mi mieć trój­kę, czwór­kę, a na­wet piąt­kę. I miał­bym duży dom, by­śmy wszy­scy ra­zem mieszkali – na­wet gdy dzie­ci do­ro­sną, po to, by mi nie po­wie­dzia­ły: „Ta­tu­siu, do wi­dze­nia”, tak jak i ja nie zro­bi­łem tego swo­je­mu ojcu, i nie chciał­bym, żeby Wszech­do­bry dał mi taki kie­lich go­ry­czy. Chciał­bym, by miesz­ka­ły ra­zem ze mną i słu­cha­ły rad swo­je­go sza­lo­ne­go ta­tu­sia – oby tyl­ko nie wy­je­cha­ły da­le­ko. Bar­dzo by mnie to zmar­twi­ło. Chy­ba że miał­bym pie­nią­dze i wy­słał je na stu­dia za­gra­nicz­ne. Wów­czas jeź­dził­bym raz w mie­sią­cu, by się z nimi zo­ba­czyć. Póź­niej one wra­ca­ły­by do bez­pie­czeń­stwa oj­cow­skie­go domu. Za­wsze ro­dzic pra­gnie mieć swo­je dzie­ci przy so­bie.

Wo­lał­bym mieć chłop­ców niż dziew­czyn­ki, bo dziew­czy­ny są trud­niej­sze do opa­no­wa­nia i ro­bią, co chcą, ze swo­imi oj­ca­mi. Znacz­nie trud­niej jest okieł­znać płeć żeń­ską niż mę­ską.

Tak. Wła­śnie tak ro­man­tycz­nie mi­ja­ło­by mi ży­cie, od­by­wa­li­by­śmy nie­koń­czą­ce się spa­ce­ry po ogrom­nych ale­jach Pa­ry­ża. Sia­da­li­by­śmy w nie­zwy­kle ele­ganc­kich ka­wiar­niach i re­stau­ra­cjach, gdzie pa­nu­je cał­ko­wi­ty spo­kój, bo Fran­cu­zi roz­ma­wia­ją przy­ci­szo­ny­mi gło­sa­mi, mają swo­je ma­nie­ry – trzy­ma­ją się pew­nych for­muł (nie­za­leż­nie od tego, że cich­cem cię ob­ra­bia­ją). Sia­dy­wa­li­by­śmy całą ro­dzi­ną w jed­nym ze wspa­nia­łych lokali dziel­ni­cy Sa­int-Ger­ma­in, za­ma­wiał­bym im, co tyl­ko za­pra­gną, pła­cił­bym i da­wał so­wi­ty na­pi­wek. Za­sad­ni­czo, bar­dzo bym chciał, by moje dzie­ci mnie ko­cha­ły. Bez­in­te­re­sow­nie.

Gdy by­łem młod­szy, w pra­cy win­ni mi byli ja­kieś pie­nią­dze. Pew­ne­go dnia mój oj­ciec mówi: „Pój­dę ju­tro je ode­brać”. Ja wca­le nie chcia­łem, gdyż moi pra­co­daw­cy byli łaj­da­ka­mi i oba­wia­łem się, że mogą za­cho­wać się wo­bec nie­go pa­skud­nie i że zro­bi mu się przy­kro – wów­czas był jesz­cze w okre­sie przed par­kin­so­nem; uda­ło nam się dzię­ki ta­blet­kom i le­ka­rzom. Ja mu mó­wi­łem, żeby nie je­chał, on na­le­gał, więc się wście­kłem, trza­sną­łem drzwia­mi i wy­sze­dłem. Osta­tecz­nie jed­nak po­szedł i przy­niósł mi pie­nią­dze – to jest praw­dzi­wy oj­ciec! Wte­dy po­pro­si­łem go o wy­ba­cze­nie. Zresz­tą było to nie­ma­ło pie­nię­dzy: sto trzy­dzie­ści pięć ty­się­cy przed ty­lo­ma laty. Na­stęp­ne­go dnia po­sze­dłem do mo­je­go spo­wied­ni­ka i py­tam go, co mam ro­bić. Od­po­wie­dział mi: „Nie martw się, Bóg ci wy­ba­czy”.

Z owych lat po­zo­stał we mnie wiel­ki żal, bo ten czło­wiek (że też na­zy­wam go czło­wie­kiem), ten czło­wiek, Czort, zu­żył mnie, po­grze­bał mnie, moje naj­lep­sze lata. Moje naj­lep­sze je­de­na­ście lat – aż okręt za­to­nął. Ra­zem ze mną.

Pra­co­wa­łem tam go­dzi­na­mi – są­dzi­łem, i da­lej tak uwa­żam, że do­bra książ­ka jest jak do­bry chleb. Do­bry chleb wy­ma­ga do­bre­go przy­go­to­wa­nia, do­brej ja­ko­ści mąki, ale przede wszyst­kim do­brych pie­ka­rzy. Po­dob­nie książ­ka, któ­ra jest du­cho­wym po­ży­wie­niem, nie może być po­wie­rza­na ja­kie­muś cu­dzo­ziem­co­wi. Jed­nak te­raz już wszy­scy ich za­trud­nia­ją – są tań­si. Wy­glą­da to tak: idzie­my so­bie do dru­kar­ni, a tu ro­bo­tę od klien­ta przej­mu­je ja­kiś Al­bań­czyk – automa­tycz­nie upa­da wte­dy ima­ge firmy i pro­duk­tu. Nie moż­na po­wie­rzać pra­cy ko­muś, kto nie ma z nią związ­ku. Dru­kar­stwo to tra­dy­cyj­ny za­wód, nie­gdyś prze­ka­zy­wa­ny z po­ko­le­nia na po­ko­le­nie. Te­raz wszę­dzie za­szły zmia­ny: w pra­cow­niach, dru­kar­niach i in­tro­li­ga­tor­niach. Czu­ję się par­szy­wie; świę­te miej­sce, ta­kie jak to zwią­za­ne z książ­ką, nie może być osa­czo­ne przez ja­kieś ple­mię lu­dzi, któ­rzy nie mają i nie będą mieć – przy­naj­mniej przez na­stęp­ne sto lat – żad­ne­go związ­ku z książ­ką. To łu­pież­cy. Przyszli, by wy­szar­pać han­dlo­wy ka­wa­łek i za­ro­bić pie­nią­dze. Jed­nak książ­ka nie jest wy­łącz­nie pro­duk­tem han­dlo­wym, nie jest biu­sto­no­szem czy szyn­ką.

Mój oj­ciec w la­tach mło­do­ści był bar­dzo dum­ny jako praw­dzi­wy żoł­nierz. Do­wód­ca. Gdy za­czę­ły się pierw­sze pro­ble­my ze zdro­wiem, za­bro­nił nam przy­cho­dzić do szpi­ta­la na wi­zy­ty. Czuł się jak zra­nio­ny orzeł i nie chciał ni­czy­jej litości.

Nie są­dzę, by wie­rzył w to, że w wiel­kiej po­trze­bie za­cho­wał­bym się wo­bec nie­go tak do­brze. Gdy w pew­nej chwili po­wie­dzia­łem mu: „Oj­cze, gdy by­łem mło­dy, nic dla cie­bie nie zro­bi­łem”, od­po­wie­dział mi: „Nie szko­dzi, ale ro­bisz te­raz, gdy cię po­trze­bu­ję”.

Mój pierw­szy kon­takt z grze­chem roz­pu­sty zda­rzył się, gdy mia­łem oko­ło sie­dem­na­stu lat, w pew­nym bur­de­lu na rogu ulic Me­nan­drou i Pe­ire­os. Do­kład­nie na­prze­ciw znaj­do­wał się przy­sta­nek autobu­so­wy. Zo­ba­czy­łem otwar­te okno i ko­bie­tę na pa­ra­pe­cie opar­tą na łok­ciu. Obok niej filiżan­kę kawy i do­nicz­kę peł­ną kwia­tów. Dziew­czy­na ski­nę­ła do mnie, jak­by po­zdra­wia­jąc, a gdy zro­zu­mia­ła, że wzbu­dzi­ła we mnie cie­ka­wość, rzu­ci­ła: „Nie wpad­niesz do mnie na po­ga­węd­kę?”.

Bar­dzo chcia­łem pójść, ale mia­łem swo­je wąt­pli­wo­ści. W koń­cu wsze­dłem z bi­ciem ser­ca. Wcze­śniej sły­sza­łem od in­nych chło­pa­ków, że bur­de­le to raj na zie­mi; ja też chcia­łem go do­świad­czyć. Wte­dy nie mia­łem kom­plek­sów, nie by­łem taki gru­by.

Otwie­ra mi pani koło pięć­dzie­siąt­ki, nie zaś dziew­czy­na przy oknie. Wie­dzia­łem, że była to tak zwa­na bur­del­ma­ma, mimo wszyst­ko bar­dzo słod­ka ko­bie­ta. Za­pro­wa­dzi­ła mnie do po­ko­ju, gdzie cze­ka­ła inna. Ślicz­niut­ka bru­net­ka. Bar­dzo się wsty­dzi­łem, ale po­zwo­li­łem, by mnie ro­ze­bra­ła. My­śla­łem, że naj­pierw ma mnie umyć, a po­tem zro­bi­my to, o czym opo­wiadali moi przy­ja­cie­le. Ona jed­nak nie­ustan­nie mnie pie­ści­ła i mó­wi­ła do mnie tak słod­ko, jak jesz­cze ni­g­dy w ży­ciu nie sły­sza­łem. Nie­ste­ty, nie wy­trzy­ma­łem, za­nim do cze­goś do­szło. Czu­łem, że zro­bi­ła to ce­lo­wo, aby skoń­czyć tak szyb­ko, jak się da, i wię­cej moja noga tam nie po­sta­ła.