Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
W alternatywnej rzeczywistości Księżyc jest bliźniaczą planetą Ziemi.
Czy okaże się światem idealnym, spełnieniem ludzkich marzeń?
Dla mieszkańców pogrążonej w chaosie Ziemi Księżyc jawi się jako niezdobyty symbol nadziei – wyidealizowany świat, w którym wszystko może zacząć się od nowa. Nikt nie przypuszcza, że cywilizację na tej tajemniczej planecie stworzyły kobiety.
Na Ziemi trwa brutalna walka polityczna, a w jej cieniu rozgrywa się dramat miłości dwojga młodych ludzi pochodzących z różnych kultur. Tymczasem na Księżycu kobiety zmagają się z surową przyrodą i ograniczeniami narzuconymi przez naturę, tworząc społeczeństwo inne niż wszystko, co znane ludzkości.
Gdy wyprawa na Księżyc wreszcie dochodzi do skutku, następuje nieunikniona konfrontacja z jego mieszkankami – zderzenie dwóch wizji świata i całkowicie odmiennych systemów wartości.
Autor – znany z takich tytułów jak „Pusta Ziemia” (2018), „Logika Uniwersum” (2019, 2020), „Mars albo nieskończoność światów” (2020) oraz „e-Ziemia” (2022) – zabiera tym razem czytelnika w podróż do świata niedalekiego, lecz krańcowo różniącego się od naszego.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 551
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Wewnętrzny Wszechświat był błękitny jak bezchmurne niebo w pogodny dzień tuż przed świtem. Ciemny błękit miał odcień lekkiego smutku wywołanego tęsknotą. To uczucie dominowało teraz nad innymi, przepełniając wszystko, co dało się ogarnąć umysłem. Smutek tęsknoty starł się z radością oczekiwania, a nadzieja bliskiego połączenia napełniła ciepłą żółcią chłodny błękit. Wszechświat rozświetliło gorąco pragnień i niewzruszone przekonanie o rychłym spełnieniu. Pnie samotności nieustannie wzrastały ku górze, kumulując wszystkie emocje tłumione brakiem możliwości ekspresji. Z upływem czasu coraz bardziej zbliżały się do siebie, aż wreszcie zetknęły się, eksplodując gwałtownym rozrostem gałęzi, które splotły się tak mocno, że utworzyły nierozerwalną jedność. Przepełniony żarem uczuć Wszechświat nie był już chłodny, a rozświetlający go blask ogrzewał każdą komórkę ciała, dając mu energię, która wreszcie wybuchła potrzebą działania.
Laatea poruszyła się na leżance i powoli przyzwyczajając oczy do ostrego, porannego światła, uniosła powieki. Jej smukłe, nagie ciało było już w pełni rozgrzane promieniami słońca. Czuła się wypoczęta, zrelaksowana i pełna sił. Wstała z miejsca medytacji i uważnie obejrzała remental, o który opierało się jej łoże. Z satysfakcją stwierdziła, że stopniowo przekształca się w obraz jej wyobrażeń. „Do czasu przybycia Uwakei powinien być gotów” – pomyślała z zadowoleniem, po czym, nie oglądając się za siebie, podążyła w kierunku morza.
Szła wąską drogą wytyczoną pomiędzy niewielkimi, parterowymi domami stojącymi w równych rzędach po obu jej stronach. Po niedługiej chwili minęła ostatnie domostwo postawionej na wzniesieniu wioski i zagłębiła się w las. Dalej droga biegła prosto, a jej koniec wyraźnie odcinał się od ciemnej roślinności plamą jasnego światła. Po kilkunastu minutach dotarła do nadmorskich wydm, przekroczyła je i znalazła się na brzegu szerokiej zatoki. Podeszła do wody, pozwalając, by ciepłe fale omyły jej stopy. Rozkoszowała się tym doznaniem, wpatrując jednocześnie w odległy horyzont. W zasięgu wzroku znajdowała się jedynie woda pomarszczona niewielkimi falami. Ocean był pusty, bez najmniejszego śladu ludzkiej obecności.
Z zamyślenia wyrwał ją nagły odgłos donośnego plusku. To kurierka dostrzegła kobietę na plaży i dawała wyraz swojemu zniecierpliwieniu, uderzając z wielką siłą płaskim ogonem w taflę wody. Każde uderzenie podrywało w górę deszcz kropel skrzących się w promieniach słońca.
„No tak” – pomyślała Laatea – „przypłynęła z Tike-Lau, jak zwykle pierwsza”. Jeszcze raz przesunęła wzrokiem po horyzoncie, wciąż całkowicie pustym. Odwróciła się i przeszła kilkadziesiąt kroków po wilgotnym piasku, podchodząc do kurierki. Ta, widząc, jak się zbliża, zaczęła wydobywać się z wody. Niezgrabnie wyczołgiwała się na piasek, pomagając sobie przy tym ruchami całego ciała. Przednie płetwy, świetnie radzące sobie w wodzie, stanowiły jedynie niewielką pomoc w poruszaniu się na lądzie. Kurierka wydostała się wreszcie z wody i teraz leżała na piasku, wystawiając w górę grzbiet, do którego był przymocowany kontener pocztowy. Woda już z niej spłynęła, lecz pozostała wilgoć nadawała subtelny blask delikatnej łusce pokrywającej całe ciało.
Laatea zawsze czerpała wielką przyjemność z patrzenia, jak w miarę zbliżania się do stworzenia barwa łuski zmienia się w zależności od kąta, pod jakim była widziana. Dopiero z bliska można było dostrzec, że jest niemal bezbarwna, jedynie z lekkim złotym odcieniem, a wszystkie efekty wizualne wynikały z załamywania się światła na jej skomplikowanej strukturze.
– Aleś ty niecierpliwa – stwierdziła Laatea, po czym nie kryjąc podziwu, dodała: – Tak niecierpliwa, jak szybka.
Kucnęła przy kurierce, objęła jej długą szyję i z czułością położyła dłoń na głowie, dziękując w ten sposób za trud pokonanej drogi. Przez chwilę obie patrzyły sobie w oczy, wyczytując w nich z jednej strony radość ze spełnionego zadania, a z drugiej wdzięczność za jego wykonanie. Po zakończeniu tego zwykłego, acz niezbędnego rytuału, Laatea wstała i odczepiła kontener pocztowy. Uwolniona od bagażu kurierka wydostała się całkowicie z wody i swobodnie rozciągnęła na piasku, wystawiając ciało do słońca.
Laatea zostawiła odpoczywającą kurierkę, podniosła kontener i przeszła do stojącego pod wydmą budynku poczty. Nieduża, jednoizbowa budowla została posadowiona na wysokim kamiennym cokole, zabezpieczającym ją przed zalaniem przez zdarzające się czasami wysokie fale. Laatea weszła po schodach do wnętrza i wyłożyła na stół zawartość kontenera. Z dużą wprawą sortowała pocztę, oddzielając przesyłki adresowane na Tranaiki od tych, które miały trafić na inne wyspy. Z tych ostatnich szykowała paczki przeznaczone do umieszczenia w kontenerach skierowanych do przeniesienia dalej przez kurierki.
Do późnego popołudnia powinny przybyć już wszystkie, a do końca dnia przesyłki zostaną posegregowane, podzielone na pakiety i załadowane do kontenerów. Jutro rano każda kurierka otrzyma swój bagaż i wyruszy w drogę do jednej z sąsiadujących z Tranaiki wysp. Jeszcze dziś wieczorem przyjdzie pora na rozniesienie przesyłek do adresatek mieszkających na tutejszej wyspie.
Laatea przerwała na chwilę pracę, kierując wzrok na zatokę, a potem dalej – na bezkresny ocean, wciąż tak przeraźliwie pusty, bez śladu ludzkiej obecności aż po linię horyzontu. Ileż to razy wpatrywała się tak daremnie w morze, czując się coraz bardziej samotna i opuszczona…
Wiele miesięcy upłynęło od chwili, gdy Uwakea opuściła Tranaiki, wyruszając w podróż bez określonej daty powrotu. Każdy kolejny dzień samotności był dla Laatei coraz trudniejszy, a ciężar rozstania tylko w niewielkim stopniu łagodziły przychodzące z rzadka listy. Każdy rozpakowywany kontener budził w niej nadzieję, że znajdzie w nim wiadomość dla siebie. To dlatego zajęła się pocztą, gdyż ciągłe wyczekiwanie na list tylko pogłębiało trapiącą ją tęsknotę. Uważała, że dbając o pocztę, pomaga w misji Uwakei, a jednocześnie czuła, że to odpowiedzialne zadanie przysługuje jej bardziej niż komukolwiek innemu.
Nagle jej serce zabiło mocniej, gdy wyjmując kolejny list z kontenera, zobaczyła na nim swoje imię.
„Nareszcie jest” – pomyślała, choć miała ochotę krzyknąć z radości, oznajmiając całemu światu, że wreszcie się doczekała. List był nadany z Etarui, a więc Uwakea była już całkiem niedaleko. Teraz, trzymając go w dłoni, nie spieszyła się z czytaniem, odkładając tę przyjemność na później, nie chcąc, by pozostałe obowiązki zakłóciły jej radość. Przez cały dzień przyjmowania przypływających na wyspę kurierek i odbierania kolejnych kontenerów nie otworzyła listu, jedynie od czasu do czasu brała go do ręki i próbowała odgadnąć treść.
To była jej prywatna gra, polegająca na próbie zgadywania tego, co robi Uwakea, wyobrażaniu sobie jej myśli i uczuć. Fantazja często prawidłowo podpowiadała Laatei obrazy zgodne z tymi opisanymi w listach. Traktowała to jako dowód wzajemnej bliskości i siły łączących je uczuć.
Dwie ostatnie kurierki przypłynęły niemal jednocześnie. Laatea zabierała właśnie kontenery, gdy usłyszała za plecami dziecięcy głos:
– Daj mi jeden, pomogę.
Odwróciła głowę i zobaczyła idącą w jej stronę dziewczynkę. Onaaka często przychodziła do niej na pocztę. Chociaż była jeszcze dzieckiem, już starała się być użyteczna dla innych, dlatego chętnie pomagała Laatei w pracy. Odpowiedzialna za pocztę kobieta z zadowoleniem przyjmowała towarzystwo i pomoc dziewczynki, zapoznając ją ze wszystkim czynnościami. „Może to ona w przyszłości przejmie moje obowiązki” – rozważała w myślach, zastanawiając się nad przyszłością.
Jeśli nie było nic do zrobienia, Onaaka po prostu dotrzymywała jej towarzystwa. Wyczuwała smutek rozstania trapiący Laateę i swoją obecnością chciała choć w niewielkim stopniu go złagodzić. Dużo czasu spędzały razem przy pracy albo rozmawiały na interesujące dziewczynkę tematy, które najczęściej koncentrowały się wokół tajemnic odległego i wciąż nieznanego do końca świata.
– Proszę, weź ten! – Laatea podała dziewczynce jeden z kontenerów i zapytała: – Czy chcesz posortować obydwa?
– Z chęcią – odpowiedziała Onaaka.
– To świetnie, a ja w tym czasie… – zawiesiła głos i pokazała swój list.
– Uwakea napisała. – Domyśliła się dziewczynka i dodała ze zrozumieniem: – Zajmę się pocztą, a ty czytaj. Sama jestem ciekawa nowinek.
Laatea zostawiła Onaakę wewnątrz budynku, a sama usiadła na najwyższym stopniu schodów i zagłębiła się w lekturze.
Dziewczynka szybko uporała się z przesyłkami i usiadła obok. Na jej pytające spojrzenie Laatea zrelacjonowała:
– Uwakea nareszcie wraca. Napisała z Etarui, że jest już w drodze powrotnej. Kurierki są szybsze od statku, a to znaczy, że przybędzie w ciągu najbliższych dni. Napisała też, że wie, jak dotrzeć na południe, ale nie podała żadnych szczegółów.
– Czy to znaczy, że teraz wyruszy wreszcie z wyprawą na zimne morza?
– Wiesz, że to jest misja jej życia. – Laatea posmutniała, a ton jej głosu stał się poważny. – Boję się o nią. Wolałabym, żeby była tu ze mną i nie ruszała się z wyspy. Mam nadzieję, że nie uczyni niczego ryzykownego, obiecała mi, że nie popłynie, jeśli nie znajdzie skutecznego sposobu na przeżycie tam… – Laatea machnęła ręką w stronę morza, wskazując odległy horyzont, a potem zmieniając temat, zapytała:
– Pójdziesz ze mną? Trzeba dostarczyć przesyłkę dla Amninei. Wybiorę się do niej pod wieczór.
– Do Amninei? Zawsze! – wykrzyknęła entuzjastycznie Onaaka. Nie kryjąc radości, dodała: – Już dawno u niej nie byłam.
Spojrzała w kierunku słońca, zniżającego się już nad horyzontem, i stwierdziła:
– Kiedy dojdziemy, będzie już ciemno. Poprosimy, by dała nam popatrzeć przez teleskop na gwiazdy, dobrze?
– Jasne, trzeba skorzystać z okazji.
Praca na poczcie została zakończona. Wszystkie kontenery zostały załadowane i szczelnie zamknięte. Przez noc pozostaną w budynku, a rano wypoczęte kurierki poniosą je do miejsc przeznaczenia. Laatea wzięła przesyłkę adresowaną do Amninei i wyruszyła wzdłuż brzegu. Zeszła z suchego, sypkiego piasku, w którym grzęzły stopy na skraj plaży, i dalej szła po mokrej powierzchni, chwilami zalewanej drobnymi falami. Zwracając się do towarzyszącej jej dziewczynki, powiedziała:
– Wiesz Onaa, cieszę się, że idziemy razem, to taki kawał drogi. Ale myślę, że dziś nie będzie dogodnych warunków do obserwacji gwiazd. Popatrz na Księżyc, jest niemal w pełni. Niebo będzie zbyt jasne.
Obie spojrzały w górę, gdzie na wciąż jasnym niebie rysowała się blada, ale już wyraźna wielka tarcza Księżyca.
– To najwyżej popatrzymy na niego – zadecydowała Onaaka – poza tym stęskniłam się za Amnineą. Ona zawsze tak ciekawie opowiada o gwiazdach.
Przez pewien czas szły w milczeniu po przybrzeżnym piasku, pozwalając, by fale ciepłego morza omywały im stopy. Plaża była pusta, z wyjątkiem miejsca, gdzie odpoczywały kurierki. Te uczynne stworzenia od zawsze wybierały to samo miejsce na spędzenie nocy. W innych częściach wybrzeża również można było je spotkać; te, które nie przenosiły poczty, wychodziły na ląd wszystkich dostępnych z morza plaż.
Laatea z towarzyszącą jej dziewczynką doszły do długiego falochronu ograniczającego miejsce, gdzie cumowały statki. Dzisiaj w tym niewielkim porcie nie było żadnego z nich. Dalej zatoka wcinała się głębiej w ląd. Onaaka pokazała ręką prostą drogę wiodącą w poprzek i zapytała:
– Może przepłyniemy? Będzie krócej i szybciej.
Laatea tylko wskazała na niesioną przesyłkę, dając do zrozumienia, że w wodzie uległaby zniszczeniu.
– To ja popłynę – oświadczyła dziewczynka i z tajemniczą miną zapowiedziała – pokażę ci, czego się nauczyłam.
Weszła na falochron i dalej na długi pomost. Ustawiła się na jego skraju. Przez chwilę szykowała się, po czym wzięła rozbieg i najszybciej jak zdołała, przebiegła pomost, odbijając się z całych sił od jego krawędzi. Wyciągnięta jak struna wpadła do wody i energicznie pracując całym ciałem, coraz szybciej płynęła tuż pod powierzchnią. Nagle wykonała gwałtowny ruch i wyskoczyła nad wodę, robiąc efektowny skok. Po krótkim locie po łuku znów zanurkowała i jeszcze raz powtórzyła swój wyczyn. Wynurzyła się, by sprawdzić, czy Laatea wszystko widziała, a gdy dostrzegła, jak ta z zachwytem kręci głową, już spokojnie popłynęła na drugą stronę zatoki.
Musiała poczekać na towarzyszkę, która potrzebowała więcej czasu, aby obejść zatokę. Kiedy Laatea zrównała się z dziewczynką, skomentowała:
– Brawo! Piękny skok, daleki i w dodatku podwójny. Kiedy byłam w twoim wieku, też tak potrafiłam. No, może nie aż tak ładnie... Tobie wyszło doskonale – pochwaliła jeszcze raz Onaakę.
Wróciła myślami do czasów dzieciństwa i po chwili, z nutą refleksji w głosie, zauważyła:
– Wszystkie dzieci od zawsze chcą nauczyć się skakać. To świetna zabawa, ale cóż… Dorastamy, ciało się zmienia i teraz żadna z nas nie zdoła już wykonać takiego skoku.
Poszły dalej. Stopniowo plaża zmieniała się. Szeroki pas piasku zwężał się, ustępując miejsca skałom, które płaskimi taflami wchodziły w morze. Jednocześnie brzeg wyspy wznosił się coraz wyżej, tworząc klif górujący nad całą okolicą. Po godzinie szybkiego marszu zeszły z plaży i podążyły ścieżką prowadzącą na sam szczyt. Tu stał dom Amninei zbudowany u samego podnóża wysokiej, kamiennej piramidy. Na jej wierzchołku wzniesiono obserwatorium astronomiczne. Miejsce celowo wybrano tak, by z samej góry nic nie zasłaniało widoku i można było bez przeszkód obserwować całą kopułę niebieską.
W domu nikogo nie było, tymczasem z otworu w ścianie obserwatorium wydobywało się światło.
– Musi tam być – stwierdziła Laatea, wskazując ręką na wierzchołek piramidy. – Świeci się na górze, widocznie nad czymś pracuje.
Zaczęły wspinać się po stromych schodach. Amninea usłyszała, jak nadchodzą i wyszła na niewielką platformę, by przywitać gościnie.
– Laa, tak się cieszę – odezwała się pierwsza. – O, jest i Onaaka; taki kawał drogi przyszłaś, jak miło.
Podeszła do dziecka i przez chwilę tuliła je do siebie.
– Chcesz popatrzeć na Księżyc? – zapytała bardziej dla zasady, gdyż odpowiedź była oczywista, jak zawsze.
Weszły do środka obserwatorium. Astronomka rozsunęła dach, odsłaniając niebo, na którym wysoko widoczna była jasna tarcza Księżyca. Podeszła do środka pomieszczenia, gdzie na podwyższeniu stał umocowany do podstawy teleskop. Amninea nakierowała go na Księżyc, po czym udzieliła krótkiej instrukcji.
– Złap za tę korbę i patrz uważnie. Staraj się trzymać Księżyc w środku pola widzenia. Jeśli będziesz powoli kręcić korbą w prawo, to teleskop będzie podążał za jego ruchem.
Zostawiwszy Onaakę przy teleskopie, wzięła od Laatei przesyłkę i obie podeszły do stojącego z boku stołu.
– Pozwolisz, że przejrzę? – zapytała, a widząc potakujący gest Laatei, rozpakowała paczkę i szybko przejrzała znajdującą się w niej korespondencję. Z widocznym poruszeniem przeczytała list, po czym, nie kryjąc radości, powiedziała:
– Popatrz. – Pokazała plik kartek, pokrytych rysunkami i obliczeniami. – To przesyłka z Kraamoa. Tamtejsze astronomki nie znalazły błędu w moich rachunkach. Wiesz, co to oznacza? Musi istnieć jeszcze jedna planeta w naszym Układzie, bo coś zakłóca ruch planet zewnętrznych. Ech, gdyby można było skonstruować lepszy sprzęt… – dodała, patrząc na teleskop.
– A obserwatorium na Kraamoa? Nie są w stanie jej dostrzec? Tam mają chyba silniejszy teleskop.
– Nie jest dużo lepszy od tego, a siódma planeta jest daleko i ma bardzo małą jasność. Trudno ją znaleźć. W każdym razie obliczyłam jej hipotetyczne położenie – może tam ją zaobserwują. A może ja ją wreszcie zobaczę…
– Amni! – przerwała im rozmowę Onaaka – widzę białe chmury i taką wielką plamę, zielono-brązową na brzegu i żółtą na środku. A obok jakieś niebieskie pasmo.
– Ta wielka plama to kontynent – zaczęła wyjaśniać Amninea. – Księżyc ma jeden ogromny kontynent, położony w przeważającej części na półkuli północnej. Przypuszczamy, że jest porośnięty jakąś roślinnością, ale z pewnością inną niż na Ziemi, o odmiennej barwie. Co ciekawe, te obszary zielono-brązowe zmieniają cyklicznie kolor w ciągu roku, a ta żółta część w środku – nie. Wszyscy obserwatorzy potwierdzają, że przez cały rok jej wygląd prawie się nie zmienia. Akurat teraz Księżyc jest zwrócony do nas stroną, na której leży ten kontynent; jeśli poczekasz dłużej, kiedy glob się obróci, zobaczysz tę część, gdzie rozciąga się ocean. Teraz widać tylko taki niebieski pas z boku.
– A nie ma tam wysp, jak u nas?
– Dostrzegłam tylko nieliczne. Księżyc jest całkiem inny. U nas wzdłuż równika ciągną się niezliczone wyspy, większe i mniejsze, tam wszystkie lądy skupione są w jednym kontynencie.
– U nas też jest na północy jakiś wielki ląd, może nawet kontynent – zauważyła Laatea.
– Może... – potwierdziła astronomka, ale zaraz powątpiewająco zapytała: – Może to tylko wielka wyspa? A zresztą – od jakiej wielkości wyspa staje się kontynentem? Nikt tego jeszcze nie rozstrzygnął.
– Ciekawe, czy są tam ludzie, tacy jak my? – zapytała Onaaka, odrywając na chwilę wzrok od Księżyca.
– A któż to może wiedzieć? Może kiedyś uda się stworzyć taki przyrząd, którym da się dojrzeć szczegóły na powierzchni, będące śladem rozumnej działalności. Na razie możemy tylko spekulować.
Amninea spojrzała na teleskop – długą, trzymetrową rurę, rozszerzającą się z jednego końca i zwężającą z drugiego, gdzie z okiem przy soczewce Onaaka wciąż z zainteresowaniem obserwowała Księżyc.
– Pomyśl tylko – zwróciła się do Laatei – może nie umiemy jeszcze zbudować takiego teleskopu, który pokazałby szczegóły powierzchni Księżyca, ale i tak mamy większe pojęcie o jego geografii niż o naszej Ziemi.
– No tak, masz na myśli ziemie nieznane... To wciąż białe plamy na mapie. Nie wiem, czy uda nam się kiedykolwiek tam dotrzeć. Tyle lat i tyle prób poszło na marne.
– No właśnie – astronomka podchwyciła temat – a co z planami Uwakei?
– Napisała mi, że wraca i że ma pomysł, jak tam dotrzeć. Powinna do nas przybyć lada dzień.
– Amni! – Przysłuchująca się rozmowie Onaaka oderwała wzrok od teleskopu i zapytała: – Czy ty odkryłaś nową planetę?
– Nie wiem, postawiłam taką hipotezę na podstawie obliczeń. Żeby to udowodnić, trzeba ją zobaczyć.
– Opowiedz mi o planetach – poprosiła dziewczynka.
– Popatrz na ten rysunek. – Amninea przysunęła lampę bliżej wiszącego na ścianie obrazu i wskazując palcem, mówiła. – W środku naszego układu jest Słońce, a wokół niego krążą planety. Jest sześć planet, a właściwie siedem – bo przecież nasz Księżyc to też planeta, która z Ziemią tworzy razem układ podwójny. Ziemia jest trzecią planetą, licząc od Słońca, dwie wewnętrzne możesz zobaczyć tylko przed świtem albo wkrótce po zachodzie. Druga jest najjaśniejszym obiektem na niebie, oczywiście nie licząc Księżyca.
– Już wiem, wiem, widziałam ją nie raz – pochwaliła się Onaaka.
– Planety zewnętrzne są trzy – kontynuowała astronomka. – Następna w kolejności po Ziemi świeci czerwonym światłem, a kolejna jest jak mały Układ Słoneczny. Pokażę ci ją kiedyś przez teleskop, ale nie dziś, tylko wtedy, gdy niebo będzie ciemne. Zobaczysz, że ma cztery własne księżyce, które ją okrążają. A ostatnia planeta jest niezwykła. Otacza ją pierścień, bardzo dziwny…
Onaaka z uwagą oglądała rysunek, a później, kiedy astronomka zasuwała dach, kręciła się jeszcze po pomieszczeniu, oglądając rysunki, którymi Amninea dokumentowała swoje obserwacje. Razem opuściły obserwatorium. Astronomka zabrała ze sobą korespondencję do domu, mówiąc, że będzie teraz miała nad czym myśleć przez wiele dni. Stała później u wejścia, patrząc, jak Onaaka i Laatea schodzą po ścieżce wiodącej w dół w kierunku morza. W tę wyjątkowo jasną noc, jak zwykle podczas pełni Księżyca, obie postacie były wyraźnie widoczne. Amninea odprowadzała je wzrokiem do chwili, gdy ścieżka zakręciła u podnóża klifu i wysoki brzeg zasłonił sylwetki oddalających się dwóch postaci.
Nie uszły daleko. Były już na plaży, gdy nagle Laatea poczuła dziwny, trudny do określenia niepokój. Stanęła, usiłując zrozumieć swój stan i wtedy, w panującej ciszy, rozległ się głośny chlupot. To kurierki w pośpiechu rzucały się w morze i szybko odpływały od brzegu. Laatea spojrzała na ocean – woda cofała się powoli, odsłaniając coraz więcej przybrzeżnych skał, połyskujących wilgocią w świetle Księżyca.
W tym momencie z głębi pamięci przypłynęły obrazy – wysoka fala wdzierająca się na ląd, przerażone mieszkanki, usiłujące uciekać, woda zalewająca wszystko, porywająca domy, ludzi i zwierzęta.
Odkąd pierwszy raz wyszła z morza, nie zdarzyła się taka katastrofa, ale pamiętała ją i wiedziała, co za chwilę nastąpi. Szybko rozejrzała się wokół, a gdy dostrzegła pobliski sygnalizator, nie wahała się ani chwili. Gwałtownym ruchem obróciła Onaakę w kierunku, z którego przyszły i popychając ją silnie, krzyknęła:
– Uciekaj, uciekaj na klif! To tsunami!
W jej głosie brzmiało przerażenie, ale i zdecydowanie, które sprawiło, że Onaaka, nie pytając o nic, pobiegła co sił z powrotem. Laatea najszybciej jak mogła, popędziła w przeciwnym kierunku w stronę sygnalizatora. Nie było daleko, ledwo kilkadziesiąt kroków i już stała u jego podstawy. Szybkimi skokami pokonała kilka wysokich kamiennych stopni tworzących cokół, z którego wyrastał pionowy, drewniany słup.
Chwilę mocowała się z dźwignią, która nieużywana od wielu lat stawiała zdecydowany opór. Wreszcie drgnęła, a potem ustąpiła, przesuwając się w dół z jęczącym skrzypieniem. Przymocowana do dźwigni linka wyrwała z umieszczonego na szczycie gniazda blokadę i wijąc się, opadła. Uwolniony w ten sposób ciężki głaz zawieszony na linie u szczytu wieży zaczął obniżać się, wprawiając w ruch kołowrót. System dźwigni i przekładni ruszył. Zamocowana u szczytu syrena rozkręcała się coraz szybciej, wydając donośne niskie buczenie. Chwilę później mechanizm pociągnął kolejną linkę, uruchamiając następny sygnalizator. Do wycia pierwszej syreny dołączył głos drugiej, a potem coraz dalsze i cichsze – kolejne.
Laatea zrobiła już wszystko, co mogła, by ostrzec mieszkanki wyspy. Dopiero teraz pomyślała o sobie. Jeden rzut oka na morze wystarczył, by groza sytuacji stała się oczywista. W świetle Księżyca wyraźnie rysowała się ściana wody, pędząca ku brzegowi z nieubłaganą siłą. Zrozumiała, że nie zdoła już uciec i że właśnie tu, na plaży, śmierć może zakończyć jej młode życie.
Nie miała już czasu na myślenie. Działała instynktownie. Przywarła do słupa stanowiącego podporę sygnalizatora. Chwyciła leżącą obok linkę i kilkakrotnie owinęła ją wokół ciała, ciasno przywiązując się do słupa. Objęła go nogami i rękoma. Przez głowę przemknęła jej myśl, że nie doczeka powrotu Uwakei. Całym wysiłkiem woli zmusiła się do odrzucenia tej wizji, po czym skupiła się na swoim wnętrzu. Wzięła ostatni, głęboki wdech, zamknęła oczy i powędrowała w głąb siebie.
Wszechświat był czarny i zimny, pusty i wypełniony absolutnym bezruchem. Laatea rozpłynęła się w tej nieprzeniknionej przestrzeni, odcinając zmysły od otaczającej ją rzeczywistości. Wtedy zalała ją fala. Nozdrza dziewczyny zamknęły się odruchowo, a serce spowolniło pracę, uderzając ledwo raz na kilka minut. Nie myślała o niczym – umysł wyłączył się jak podczas najgłębszego snu, a ona pozostawała w odrętwieniu tak długo, jak tylko wystarczało jej powietrza. W tym stanie zużywała go niewiele. Teraz jej los zależał już tylko od czasu spędzonego pod wodą.
Sygnalizator był zbudowany wyjątkowo solidnie. Doświadczenia wielu pokoleń ludzkich dostarczyły wiedzę i umiejętności, które spowodowały, że konstrukcja przetrwała napór wody. Laatea ocknęła się dopiero wtedy, gdy fala tsunami przeszła i woda spływała już z powrotem do oceanu. Dziewczyna była słaba i zmęczona. Siedziała zanurzona po pierś w wodzie, która wciąż opadała. Poluzowała linę, ale brakowało jej sił, by wstać. Zauważyła, że Księżyc był już nisko nad horyzontem, ale jego światło wciąż oświetlało okolicę. Obraz był upiorny. Powyrywane drzewa, naniesione z dna morskiego części podwodnych roślin i znajdująca się wszędzie wokół woda, tworzyły nieznaną wcześniej scenerię. Takiej jeszcze nigdy nie oglądała za życia.
Uniosła głowę, próbując wypatrzeć ślady Onaaki, ale wciąż trwająca noc uniemożliwiła dostrzeżenie jakichkolwiek szczegółów. Brakowało jej sił nawet na to, by utrzymać głowę w górze. Nie była w stanie nic zrobić, musiała cierpliwie czekać na wschód słońca, mając nadzieję, że do tego czasu woda spłynie z okolicy w takim stopniu, że zdoła przedostać się na klif.
Resztką sił udało się jej obrócić i oprzeć o podstawę sygnalizatora. Na wpół leżąc, zapadała w przerywany, niespokojny sen, z którego budziła się co chwilę. W tych krótkich momentach świadomości spoglądała na zrujnowaną plażę, lecz obrazy z trudem torowały sobie drogę do jej umysłu. Tuż przed świtem, gdy woda opadła poniżej poziomu cokołu, położyła się na kamiennej podstawie i zapadła w ciężki, głęboki sen.
Obudziła się, gdy słońce stało już całkiem wysoko na niebie. Jego ciepło docierało do jej ciała, rozgrzewając ją i przywracając do życia. Czując powracającą energię, powoli wstała i kierując twarz ku promieniejącej tarczy, wyciągnęła ku niej ręce w geście, którym od zawsze jej lud witał Słońce.
– Bądź pozdrowiona, Dawczyni Życia i Siły – powiedziała po cichu, tak jak w dzieciństwie nauczyły ją matki.
Gdy zeszła z platformy, woda zalegała już tylko w zagłębieniach terenu. Ledwo ruszyła w stronę klifu, gdy dostrzegła dwie zbliżające się szybko sylwetki. To Amninea i Onaaka nie czekając dłużej, wyszły jej szukać. Laatea podbiegła do dziewczynki, jakby chciała upewnić się, że ta na pewno ocalała.
– Żyjesz – stwierdziła z wyraźną ulgą.
– Ty też… A tak się o ciebie bałam. Zostałaś tu… sama… Złapała Laateę za rękę na potwierdzenie, że ta jest cała i zdrowa.
– Onaaka okazała się wyjątkowo sprytna – zaczęła opowiadać Amninea. – Nie pobiegła drogą wzdłuż klifu, tylko wprost do jego podstawy i potem wspięła się po skałach. To ją uratowało, bo szybko znalazła się na wysokości, do której nie dotarły fale. Wdrapała się aż na samą górę i przyszła do mnie, do domu. Musiałyśmy czekać całą noc, aż woda opadnie i będziemy mogły zejść. A ty… ocalałaś chyba cudem. Jak się czujesz? Dasz radę dojść do wioski?
– W porządku, odzyskałam już siły. Chodźmy!
Wieś ocalała. Nauczone doświadczeniem dawnych katastrof mieszkanki wybudowały domy na wzniesieniu, w pewnym oddaleniu od brzegu, dzięki czemu fala nie dotarła do samych zabudowań. Tsunami przyszło nocą, gdy większość z nich była już w domach. Mimo to sygnał ostrzegawczy, który z narażeniem życia uruchomiła Laatea, ocalił wiele istnień. Wciąż jednak nie był znany los kilku osób.
Kobiety podzieliły się na trzyosobowe grupy i wyruszyły na poszukiwanie zaginionych. Jedna z nich przeszukiwała zrujnowany budynek poczty, kiedy dotarła tam Laatea wraz z Onaaką i Amnineą. Na widok ocalałych prace poszukiwawcze zostały przerwane. Cała grupa skupiła się razem i dość pospiesznie, wciąż przeżywając grozę minionej nocy, wymieniała się doświadczeniami i informacjami.
Laatea spojrzała na resztki budowli i ze smutkiem w głosie stwierdziła:
– Trzeba to wszystko odbudować. Poczta jest ważna, musimy niezwłocznie zabrać się do pracy. A wy… na razie nie będziecie miały zajęcia.
Ostatnie zdanie skierowała do kurierek, które w oczekiwaniu na przesyłki cierpliwie leżały na plaży, zdając się nie zauważać wszechobecnego spustoszenia.
– Wracajmy do wioski, nie mamy tu już nic do roboty – odezwała się jedna z kobiet grupy poszukiwawczej.
– Dobrze – zgodziła się Laatea – ale przeszukajmy po drodze teren. Może znajdziemy gdzieś porwane przez wodę kontenery pocztowe.
Ustawiły się w tyralierę i ruszyły powoli w stronę wioski, rozglądając się dookoła w poszukiwaniu utraconych przedmiotów. Jeden z kontenerów utknął w zaroślach niedaleko, inny odnalazł się w pobliżu zabudowań. Na pozostałe, porwane przez falę tsunami, nikt nie natrafił. Przerwano ich poszukiwania, przynajmniej na razie.
Kiedy kobiety weszły do wioski, Laatea ujrzała na centralnym placu grupę mieszkanek otaczających dwa ciała leżące na ziemi. Poczuła ogarniającą ją grozę. Już wiedziała, że katastrofa pochłonęła ofiary. Przyspieszyła kroku i wtedy ją zauważono. Od grupy odłączyła się jedna postać, jej matka, która zastąpiła jej drogę, mówiąc:
– Laa, to będzie dla ciebie trudne. Twoja przyjaciółka, Zuana…
– Zuana – wyszeptała Laatea ze zgrozą. – Przecież ona nie ma kontynuacji…
Nie wiedziała, czy bardziej przeraża ją fakt, że już nigdy nie zobaczy przyjaciółki żywej, czy też to, że dla Zuany nadszedł kres ostateczny. To, co widziała wokół, miało dla niej wymiar surrealistycznego snu, a nie rzeczywistości. Wypatrywała Zuany wśród stojących wokół kobiet, nie mogąc wciąż uwierzyć, że to jej martwe ciało spoczywa na noszach ułożonych na ziemi. Ruszyła powoli w jego kierunku.
Pośród panującego posępnego milczenia zbliżała się do środka kręgu. Zgromadzone kobiety rozstępowały się powoli, robiąc jej przejście. Gdy mijała je, niektóre delikatnie kładły dłoń na jej głowie, okazując w ten sposób wdzięczność za czyn, którego dokonała zeszłej nocy. Wieść, że to ona uruchomiła sygnał ostrzegawczy, rozeszła się już wśród mieszkanek Tranaiki wraz z przybyciem Amninei do wioski.
Laatea uklękła przy ciele. Długo wpatrywała się w martwą twarz dziewczyny, jakby wciąż tliła się w niej nadzieja, że ta zaraz otworzy oczy. Przez moment miała wrażenie, że to tylko sen, chwilowy stan letargu, z którego Zuana za chwilę ocknie się i wstanie, by kontynuować przerwane tak nagle zajęcia. Przysunęła się bliżej do przyjaciółki, swojej rówieśniczki, z którą wiązało ją tak wiele wspomnień, tak wiele wspólnie spędzonych chwil w dzieciństwie... Odruchowo ujęła jej dłoń, jakby nie zdając sobie sprawy, że życie odeszło od niej na zawsze. Śmierć Zuany wciąż wydawała się nierealna, niemożliwa. Laatea wpatrywała się w zamknięte powieki, szukając choćby cienia ruchu, najmniejszego znaku życia. Nie potrafiła uwierzyć w jej śmierć, nie docierał do niej fakt, że to dzieje się naprawdę. Nie odrywając oczu od niezmiennie zamkniętych powiek, powoli pochylała głowę do chwili, gdy czołem dotknęła czoła zmarłej. Trwała tak dłuższą chwilę, czując się coraz bardziej bezradna wobec faktu, któremu nie była już w stanie zaprzeczyć.
– Laa, wstań. Nic już nie możemy zrobić. – Starsza kobieta, matka Zuany podeszła do Laatei i pomogła jej powstać. Chociaż sama boleśnie przeżywała śmierć córki, spróbowała pocieszyć jej przyjaciółkę, mówiąc: – Jeszcze nieraz będziesz świadkiem śmierci. Pociesz się myślą, ile istnień ocaliłaś. Gdyby nie ty, nie wiadomo, ile ciał leżałoby tu teraz.
– Ale Zuana nie ma kontynuacji… Dlaczego właśnie ona musiała zginąć? – zapytała Laatea, a w jej głosie rozpacz mieszała się ze zgrozą.
– Tak czasem bywa. Musisz się z tym pogodzić, jak my wszystkie – odparła kobieta z cichą rezygnacją. Po chwili dodała: – Chciałam cię prosić, abyś to ty ją pożegnała.
Widząc milczące zdziwienie w oczach Laatei, wyjaśniła.
– Masz do tego prawo. Siostra Zuany będzie ci towarzyszyć. Zrób to dla mnie… i dla niej. – Wskazała na ciało córki, a w jej głosie zabrzmiał głęboki smutek. – Tak nie powinno być. To córki powinny żegnać matki, a nie na odwrót.
– Laa… – zwróciła się do niej córka Baitei, drugiej ofiary tsunami. W jej głosie brzmiała prośba, ale i stanowczość. – My też prosimy cię, abyś poprowadziła ceremonię.
– Ale ja… jestem za młoda – zaprotestowała cicho Laatea, czując, jak spojrzenia zgromadzonych skupiają się na niej.
– Twoja odwaga uratowała wiele istnień – odparła dziewczyna, patrząc jej prosto w oczy. – Tylko tak możemy okazać ci wdzięczność.
•
Ogród Pamięci położony był nieopodal wioski, na stoku wzgórza będącego skrajem pasma górskiego prowadzącego w głąb wyspy. Stok wypełniały niezliczone kamienne obeliski w formie czworokątnych graniastosłupów o ostrym zwieńczeniu, pokryte napisami na każdej z czterech ścian.
W dniu pogrzebu zgromadziły się w tym miejscu wszystkie mieszkanki wyspy. Było dokładnie południe, gdy Laatea uderzyła dłutem w obelisk, wykuwając obok imienia Zuany datę jej śmierci. Odsunęła się o krok, patrząc na napis. Poprawiła jedną z liter i ponownie obejrzała swoje dzieło.Ścianę obelisku wypełniały imiona przodków Zuany, a jej własne znajdowało się poniżej imion matek, obok imienia siostry.
Czując bezbrzeżny smutek, Laatea wykuła pod imieniem Zuany grubą, poziomą linię – znak, że już nigdy nie pojawi się poniżej żadne imię. Postała jeszcze chwilę przy obelisku, po czym powoli zeszła ze wzgórza, wracając do wioski, gdzie wciąż spoczywały ciała Zuany i Baitei. Towarzyszące jej kobiety zatrzymywały się przy obelisku, by obejrzeć świeżo wykuty napis, a potem podążały w ślad za nią.
Gdy słońce chyliło się ku zachodowi, wszystkie mieszkanki Tranaiki wyruszyły w stronę morza. Szły powoli w milczeniu, a jedynym dźwiękiem, który im towarzyszył, był szelest kroków po piasku i cichy plusk fal. Ciała zmarłych ułożono na przycumowanej do przystani łodzi, której dziób skierowany był ku zachodzącemu Słońcu. Uczestniczki ceremonii stanęły twarzą do promieniejącej tarczy słonecznej, a na przedzie zajęła miejsce Laatea. Nigdy wcześniej nie prowadziła takiego obrzędu, lecz w jej pamięci znajdowały się wszystkie potrzebne słowa i wiedza o sprawowanych z okazji pogrzebu czynnościach.
Stanęła na podwyższeniu tyłem do morza. Rozłożyła szeroko ramiona, w geście objęcia wyspy – całego ich świata – i zawołała:
– O Święta Równowago!
– Bądź wieczna! – odpowiedziały zgodnym chórem zgromadzone.
– Jak było wczoraj…
– Tak jest dzisiaj!
– Jak jest dzisiaj…
– Niech będzie zawsze!
Odwróciła się twarzą do Słońca i wyciągając ku niemu ręce, wypowiedziała formułę:
– Bądź pozdrowiona, Dawczyni Życia i Siły!
Zeszła z podwyższenia i weszła do płytkiej przybrzeżnej wody. Uklękła, po czym zanurzyła złączone razem dłonie w morzu. Zaczerpnęła tyle wody, ile zdołała. Pochyliła głowę, kryjąc twarz w dłoniach, z których skapywały pojedyncze krople. Trwała tak długo, pogrążona w medytacji nad ludzkim życiem i tym niezwykłym czasem przed narodzinami i po śmierci, który od zawsze łączył się z wodą. Klęczała tak do chwili, gdy odczuła, że powraca do niej spokój, wynikający ze zrozumienia istoty i sensu życia. Choć smutek po stracie przyjaciółki nie opuszczał jej jeszcze przez wiele dni, to wewnętrznie była już opanowana i pogodzona z losem.
Ponownie napełniła złączone dłonie wodą i wstała. Powoli, z namaszczeniem, wylewając wodę na ciało Zuany, wypowiedziała:
– Wodo, któraś jest kolebką życia – oddajemy ci twoje dziecko.
Jeszcze raz powtórzyła te słowa, wylewając morską wodę na ciało Baitei. Na koniec stanęła naprzeciw obu zmarłych i kierując słowa bezpośrednio do nich, wypowiedziała ostatnie pożegnanie:
– Baiteo – ty wciąż żyjesz wśród nas i obyś żyła wiecznie!
– Zuano – oby piastunka ożywiła choć cząstkę twojej istoty!
Odeszła na bok, by każda z uczestniczek ceremonii mogła podejść do łodzi i po raz ostatni pożegnać zmarłe. Czekała cierpliwie, obserwując długi korowód kobiet przesuwających się powoli przed ciałami Baitei i Zuany. Te, które tego potrzebowały, powtarzały jej rytuał z wodą.
Widząc wreszcie, że ta część ceremonii dobiega końca, podeszła do leżącej w pobliżu kurierki. Kucnęła naprzeciw niej, a kiedy ta podniosła głowę, ujęła ją w obie dłonie i przysunęła do swego czoła. Chwila wystarczyła, by kurierka pojęła, czego od niej oczekuje. Odwróciła się i pomagając sobie przednimi płetwami, doczołgała się do wody. Zgrabnie zanurzyła się w toni, po czym szybko podpłynęła do łodzi.
– Keluno, już czas – powiedziała Laatea do siostry Zuany, wsiadając do łodzi. Usiadła z przodu i lekko uderzyła dłonią w burtę. Na ten dźwięk czekająca w pobliżu kurierka przełożyła głowę przez pętlę umocowaną do dziobu łodzi, a następnie energicznymi ruchami płetw pociągnęła ją w kierunku pełnego morza.
Laatea nie kierowała łodzią, zdała się całkowicie na instynkt i wyczucie ciągnącego ich stworzenia. Płynęły szybko w kierunku zachodzącego słońca, a jedynie od czasu do czasu tempo zwalniało, gdy kurierka zanurzała głowę w wodzie, wypatrując celu w morskiej toni. Wreszcie łódź zatrzymała się. Woda była tu przejrzysta, wyraźnie widoczne było dno, pokryte piaskiem i kamieniami. Wśród nich spoczywała piastunka.
Laatea wstała i z pomocą Keluny zepchnęła ciało Zuany z pokładu łodzi.
– Z morza wyszłaś i do morza wracasz – wypowiedziała zwyczajową formułę, a następnie obie z Keluną wskoczyły do wody.
Pomagając sobie nawzajem, zanurkowały wraz z ciałem Zuany i podpłynęły w pobliże piastunki. Ta, wyczuwając ruch w pobliżu, wyciągnęła długie, elastyczne ramiona i chwyciła podawane jej ciało.
•
Kolejne dni po tsunami wypełniła nieustanna praca. Odbudowa poczty i przywrócenie jej do działania było zadaniem Laatei, któremu oddała się całkowicie. Katastrofa dotknęła wiele wysp leżących w pobliżu Tranaiki, wyrządzając każdej z nich mniejsze lub większe szkody.
Przez pierwsze dni po uderzeniu fali komunikacja między wyspami była całkowicie przerwana. Chociaż wszystkie kurierki, wiedzione niezawodnym instynktem ocalały, znajdując schronienie w głębi morza, to zniszczeniu uległa infrastruktura pocztowa. Ulokowana na samym wybrzeżu nie oparła się niszczycielskiej sile żywiołu. Część przesyłek przygotowanych do wysyłki poprzedniego dnia zaginęła bezpowrotnie i o tym trzeba było, w miarę możliwości, powiadomić nadawców.
Laatea zgromadziła odnalezione kontenery i w prowizorycznych warunkach, wciąż nie w pełni odbudowanego budynku, przygotowywała z nich przesyłki z komunikatem o skutkach katastrofy na Tranaiki. W kolejnych dniach poczta wznowiła działalność, choć w ograniczonym zakresie. Zaczęły też docierać kurierki z sąsiednich wysp, a wieści o katastrofie rozchodziły się stopniowo do wszystkich punktów odbioru.
Minął prawie miesiąc od tsunami, gdy do poczty wbiegła Onaaka i nie ukrywając rozpierających ją emocji, zawołała do Laatei:
– Żagiel, widziałam żagiel na horyzoncie! Chodź szybko, płynie do nas!
Laatea odłożyła trzymany w dłoni kontener i nie zastanawiając się ani chwili, pobiegła w kierunku przystani. Serce biło jej szybko, a w głowie miała tylko jedną myśl: „Czy to ona, czy wreszcie ją zobaczę?”
Żagiel był już wyraźnie widoczny. Statek nieprzerwanie sunał wprost na wyspę, ale później skręcił, ukazując dwa wysokie maszty.
– Czy nas ominie? – spytała zawiedziona Onaaka.
– Na pewno nie – odpowiedziała Laatea. – Widocznie wiatr zmienił kierunek i muszą halsować. Popatrz tylko, jaki on duży.
Jak mała dziewczynka stawała się coraz bardziej niecierpliwa. Wytężała wzrok, chcąc jak najszybciej dostrzec, kto znajduje się na statku. Musiała jednak poczekać jeszcze chwilę, aż wreszcie jednostka zbliżyła się na tyle, by mogła rozpoznać tak długo wyczekiwaną sylwetkę. Uwakea stała na dziobie, z równą uwagą obserwując osoby zgromadzone na nabrzeżu. Nie czekała, aż załoga umocuje cumy. Wyskoczyła na brzeg, jak tylko znalazł się w jej zasięgu, i już po chwili stanęła naprzeciw Laatei.
Długo, niezmiernie długo, trwały w bezruchu, patrząc sobie głęboko w oczy, odnajdując w ich wyrazie potwierdzenie łączących je uczuć. Wreszcie ich głowy powoli zbliżyły się do siebie i nastąpił kulminacyjny moment, gdy dotyk połączył je w ten niezwykły sposób, jakiego doświadczają jedynie te, które zaznały miłości.
Żadna nie odezwała się ani słowem, bo słowa nie były jeszcze potrzebne. Wymieniały swoje uczucia, emocje i wrażenia – to, co po tak długiej nieobecności miało największe znaczenie – smutek samotności towarzyszącej rozstaniu, narastającą z każdym dniem tęsknotę, a teraz szaloną radość ze spotkania, szczęście z obecności tej drugiej i nadzieję, że to rozstanie było ostatnim.
Pierwsza przerwała ciszę Laatea. Już wiedziała, że to, co nieuniknione, zbliża się wielkimi krokami. Odczuła siłę i determinację, jaka biła od jej ukochanej. Nie ukrywała smutku, wypowiadając słowa, które z trudem przechodziły jej przez gardło:
– Więc jednak postanowiłaś wyruszyć, Uwa. Ja to czuję.
– Tak, ale wrócę, na pewno wrócę. Do ciebie... – zapewniła Uwakea i starając się ze wszystkich sił, by jej słowa brzmiały przekonująco, wyjaśniła: – Mam plan, sposób i środki, by dotrzeć do celu, a potem bezpiecznie powrócić. Wtedy zostanę na Tranaiki na zawsze. Z tobą.
A chwilę później, wciąż czując niepokój Laatei, dodała głosem, z którego biły pewność siebie i zdecydowanie:
– Jeszcze nigdy żadna wyprawa nie miała takich szans powodzenia.
Plac Zgromadzeń nieprzypadkowo przylegał do Ogrodu Pamięci. W tym miejscu mieszkanki wyspy czuły szczególną więź z przodkiniami, zaś atmosfera panującej tu zadumy nad losem i przemijaniem sprzyjała odbywaniu obrad.
Przybycie Uwakei było wydarzeniem szczególnym, które zrządzeniem losu zbiegło się w czasie z niedawną katastrofą. Te dwa tematy miały zdominować zebranie, które rozpoczęło się nazajutrz, późnym popołudniem.
Wszystkie mieszkanki Tranaiki były ciekawe wieści, które przywiozła Uwakea, dlatego też ona rozpoczęła obrady. Zajęła miejsce przed siedzącymi w półkręgu kobietami i zaczęła sprawozdanie ze swej misji:
– Wkrótce miną dwa lata, odkąd wyruszyłam z Tranaiki. Znacie powód, dla którego na tak długo opuściłam dom i moją ukochaną Laateę. Misja mojej matki jest przecież również moją misją.
Spojrzała w twarze zebranych, dostrzegła w nich pełne zrozumienie, więc mówiła dalej:
– Pamiętam, jak niemal trzydzieści lat temu miała miejsce ostatnia wyprawa na Morza Południowe, kolejna, która kontynuowała rozpoczęte wcześniej badanie obszarów położonych na dalekim południu. Ta ekspedycja, w której uczestniczyła moja matka, kobiety z Tranaiki i innych wysp, dotarła najdalej ze wszystkich. Podobnie jak wcześniejsze była próbą zbadania tych odległych i niegościnnych terenów. Ostatnia ekipa podjęła próbę dotarcia na dalekie południe dwa razy. Pierwszy raz ekspedycja zawróciła na Tranaiki z powodu zimna, ale następna próba, podjęta po dwóch latach, dotarła z pewnością dalej. Mamy na to pewne dowody. Niestety, z tamtego rejsu nikt nie powrócił. Do dziś pozostaje zagadką, dlaczego i do dziś przy imieniu mojej matki nie mogę wykuć daty jej śmierci. Od tamtej pory nie znalazły się chętne ani na Tranaiki, ani na innych wyspach, by zorganizować kolejną wyprawę.
– Bo to pewna śmierć – wtrąciła Keluna i wyjaśniła: – Nie jesteśmy zdolne, by przeżyć na zimnych morzach. To nie jest miejsce dla nas.
– Masz rację – zgodziła się Uwakea. – Nie jesteśmy zdolne do życia w tamtych warunkach, ale to nie znaczy, że nie możemy tam dotrzeć i bezpiecznie wrócić. Zaraz wam wszystko objaśnię.
Przerwała na moment, spoglądając na Ogród Pamięci, gdzie wśród lasu obelisków znajdował się ten jeden, szczególnie dla niej ważny, po czym kontynuowała:
– Wiecie, że chcę kontynuować tę misję. Chciałabym dopłynąć jak najbliżej bieguna południowego, a jeśli się uda, dotrzeć nawet do niego. Nie muszę wam tłumaczyć, jak ważne jest dla mnie wyjaśnienie tajemnicy zaginięcia ostatniej ekspedycji. Żeby tego dokonać, musimy lepiej przygotować się do wyprawy i nie powtórzyć wcześniejszych błędów. Dlatego też, szukając najlepszych rozwiązań, popłynęłam na zachód, odwiedzając kolejne wyspy, aż dotarłam do Etarui. Tam buduje się największe okręty i tam spędziłam prawie pół roku, poznając trudną sztukę konstrukcji statków. Dużo czasu przebywałam też wśród żeglarek. Przeglądałam nowe mapy i rozmawiałam z tymi, które pływały najdalej. Spotkałam tam również córki tych, które wyruszyły z moją matką na poprzednią wyprawę. Tak – stwierdziła, odpowiadając na pytające spojrzenia – one również są gotowe towarzyszyć mi w nowej ekspedycji. A przynajmniej większość z nich.
Omiotła wzrokiem siedzące przed nią kobiety, szukając wśród nich tych, które mogłyby dołączyć do wyprawy. Nie dostrzegła jednak wyraźnych oznak aprobaty, więc mówiła dalej:
– Ostatnim celem mojej podróży była Nolandia. To ogromna wyspa, rozciągająca się daleko na północ. Opowiem wam pokrótce, jak tam jest. Południowe wybrzeże nie różni się istotnie od naszej wyspy, ale im dalej w głąb lądu, tym bardziej zmienia się on za sprawą coraz chłodniejszego klimatu. My, mieszkanki okolic równikowych, nie mamy problemu z ciepłem. Tu nigdy nie robi się zimno, nawet nocą temperatura jest wystarczająca, by móc normalnie funkcjonować.
Może nie wiecie, ale Nolandia jest zamieszkana nie tylko w południowej, ale również w centralnej części, a to dlatego, że tam, bardziej na północy, znajdują się złoża rud metali. Większość wyrobów metalowych, których i my używamy, pochodzi właśnie stamtąd.
Tam po raz pierwszy doświadczyłam stanu letargu termicznego. Wieczorem, gdy robi się chłodniej, człowiek staje się ociężały, traci siły, nie tylko do ruchu, ale nawet do myślenia. Potem popada się w odrętwienie, podobne trochę do głębokiego snu, a może jeszcze bardziej do głębokiej medytacji, takiej pozbawionej wszelkich myśli. Następnego dnia, gdy temperatura wzrasta, siły i energia powracają. Dopiero tam prawdziwego znaczenia nabiera sens słów, którymi witamy Słońce – Dawczynię Życia i Siły. Tu, na naszej Tranaiki, także lubimy wygrzewać się w słońcu, ale tam jest to absolutnie niezbędne.
Opowiem wam jeszcze o klimacie. Im dalej od równika, tym bardziej klimat się zmienia. Pojawiają się pory roku – jedna jest ciepła i sucha, a druga chłodna i wilgotna. Właściwie wiedziałyśmy o tym wcześniej, jest to przecież opisane w książkach, ale doświadczyć tego osobiście, to niezwykłe przeżycie.
Przez pewien czas mieszkałam w górniczej osadzie w głębi wyspy i tam poznałam kobiety, które wędrowały daleko na północ. Tak jak my szukałyśmy odpowiedzi na pytanie, co znajduje się na południu, tak one chciały zbadać północne krańce Nolandii. Opowiedziały mi niezwykłą historię o ekspedycji, która nie zdążyła powrócić przed zimą. Panowało wówczas powszechne przekonanie, że członkinie wyprawy zginęły, a tymczasem wszystkie powróciły następnego roku. Okazało się, że zbudowały schronienie, gdzie przeczekały cały zimny okres w stanie hibernacji, z której wybudziły się dopiero, gdy ustąpiły zimowe chłody.
Pomyślcie, czy nie kryje się w tym jakaś nadzieja? Jeśli można przetrwać kilka miesięcy w takim stanie, to może da się również przeżyć i całe lata. Może moja matka wciąż żyje, gdzieś tam na odległych wyspach Mórz Południowych?
Uwakea przerwała, widząc, jak wielkie wrażenia wywarły jej słowa na zgromadzonych, a potem mówiła dalej:
– Zapewne jesteście ciekawe, jak radzą sobie mieszkanki tych zimnych terenów. Otóż ich domy mają grube ściany, a wewnątrz ogrzewają je podczas chłodnych dni. Odkryły znajdujący się wewnątrz ziemi płyn, który poddają specjalnemu procesowi. W jego wyniku otrzymują łatwopalną ciecz, wydzielającą dużo ciepła.
Sięgnęła do torby i wyjęła szklaną butelkę wypełnioną jasnym, przejrzystym płynem. Wylała nieco cieczy na niewielkie zagłębienie w kamieniu i zdecydowanym ruchem uderzyła w krzesiwo. Płyn natychmiast zajął się żółtawym ogniem od padającej iskry.
– To jeszcze nie wszystko. Na Nolandii wynaleziono jeszcze to. – Wyjęła z torby kawałek grubej pikowanej tkaniny, przeciętej tak, żeby widać było zbite wewnątrz delikatne włókna i objaśniła: – Z tego materiału można uszyć ubranie szczelnie okrywające całe ciało. Będzie izolować i zatrzymywać ciepło, a to pozwoli poruszać się przez pewien czas w chłodzie.
Podała próbkę tkaniny najbliżej siedzącej kobiecie, by każda z obecnych mogła ją dokładnie obejrzeć.
– Tego wszystkiego nie miały poprzednie ekspedycje – przypomniała ten fakt i podkreśliła z naciskiem: – My zbudujemy statek, który będzie miał ciepłe schronienie pod pokładem. Weźmiemy zapasy paliwa i będziemy nim ogrzewać wnętrze. Uszyjemy ciepłe kombinezony i w nich będziemy wychodzić na zewnątrz. To wszystko pozwoli nam wypłynąć na zimne Morza Południowe i bezpiecznie powrócić.
Popatrzyła po twarzach zgromadzonych, wyraźnie zaskoczonych taką ilością nowych informacji i pomysłów. Dokończyła relację, mówiąc:
– Znalazłam chętne do załogi statku na Etarui, dołączą do nas dwie dziewczyny z Nolandii. Jesteśmy odważne i zdecydowane wyruszyć. Może któraś z was też zechce z nami popłynąć? To będzie wielka wyprawa, największa ze wszystkich dotychczasowych. Potrzeba wysiłku wielu ludzi, by zbudować i wyposażyć statek. My same – przyszłe załogantki – nie podołamy trudom organizacji. Proszę was o zgodę i pomoc w przygotowaniu ekspedycji.
Uwakea skończyła. Usiadła, oczekując na reakcję zgromadzonych.
– Czy wiesz, dokąd płynąć? Jak daleko i którędy? – zapytała Amninea.
– Tak. Mam mapę z zaznaczonym miejscem, do którego na pewno dopłynęła ostatnia ekspedycja. Wysłały stamtąd kurierkę z wiadomością. To najdalej wysunięty na południe punkt, gdzie woda jest jeszcze wystarczająco ciepła dla kurierek. Znam trasę, którą płynęły, i ich dalsze zamiary. Podążę ich śladem. Co więcej, na tej przesłanej nam mapie zaznaczono również przebieg prądów morskich. Wykorzystamy to i dzięki temu nasza podróż będzie szybsza.
– Czy to w ogóle ma sens? – rozległ się głos matki tragicznie zmarłej Zuany. Siedząca nieco z dala kobieta wstała, by być widoczna dla wszystkich, po czym stwierdziła:
– Ledwo miesiąc minął od chwili, gdy straciłyśmy Zuanę i Baiteę. Nie tylko ja czuję wciąż ból po ich śmierci. Czy potrzebne są kolejne ofiary? Czy mamy jakikolwiek powód, by narażać życie? Co pcha cię, Uwakeo, na tę niebezpieczną wyprawę?
Zapytana wstała. Przez dłuższą chwilę zbierała myśli, chcąc jak najlepiej wyrazić swoje przekonania. W końcu powiedziała:
– Amninea całymi nocami obserwuje gwiazdy. Dlaczego? Dlaczego mieszkanki Nolandii tyle lat próbowały i wreszcie dotarły do północnych krańców wyspy? Czy nie jest tak, że chcemy poznać i zrozumieć świat, w którym żyjemy? Gdzieś tam daleko na Morzach Południowych kryje się nieznany świat, który ma swoje tajemnice. Wspomniałaś Zuanę i Baiteę – dlaczego zginęły? Dlaczego wielka fala zawsze nadchodzi z południa? Ja, podobnie jak te, które popłynęły wcześniej, chcę poznać tę tajemnicę. Chcę wiedzieć, gdzie żyjemy, i spróbować lepiej zrozumieć ten świat.
– Zadałaś wiele pytań, Uwa. Może zbyt trudnych, przekraczających nasze możliwości. Wątpię, byśmy mogły znaleźć na nie wszystkie odpowiedzi – zauważyła Keluna, po czym sama postawiła stanowczo pytanie. – Czy jednak jest to naprawdę konieczne?
Podniosła dłoń do góry, nie dopuszczając Uwakei do głosu, i mówiła dalej:
– Poczekaj, Uwa, jeszcze nie skończyłam. To prawda, że nie wiemy, co znajduje się na południu – tam, w rejonie bieguna. Czy jest tam morze, czy ląd? Jest biegun południowy i biegun północny, i pewnie jeszcze wiele nieodkrytych wysp, gdzieś tam daleko na zimnych wodach. Nikt jeszcze nigdy tam nie dotarł, ale czy rzeczywiście warto podejmować ten niebezpieczny wysiłek, tylko dlatego, że są miejsca, gdzie nie stanęła ludzka stopa? Tu, na Tranaiki i na tysiącach podobnych wysp, mamy wszystko, co potrzebne do życia. Czego więcej nam potrzeba?
– A Równowaga? – odezwał się inny głos i zacytował świętą formułę. – „Jak jest dzisiaj, niech będzie jutro”. Ty chcesz naruszyć Równowagę, zmienić przyszłość, sprawić, że jutro będzie inne niż dzisiaj.
– Równowaga nie jest stanem, który istnieje z niedziałania – odezwał się głos polemiczny – ale przeciwnie, to stan, który osiągamy wysiłkiem naszym i innych stworzeń zamieszkujących Ziemię. Ostatnia katastrofa naruszyła Równowagę, a my od miesiąca staramy się ją przywrócić. Jeszcze dziś zdecydujemy o jej przywróceniu wśród nas. Im więcej wiemy o naszym świecie, tym łatwiej będzie nam zachować Równowagę. A wtedy jutro będzie jak dzisiaj, ale to wcale nie znaczy, że nasze życie musi być dokładnie takie samo.
– Tak, to prawda – potwierdziła Amninea. – Święta Równowaga to stan doskonałości, idealna harmonia przenikająca świat. Ale ta idea nie nakazuje nam żyć w bezczynności i niewiedzy. Ignorancja i niedziałanie nie są cnotami. Ja obserwuję gwiazdy. Prawdopodobnie odkryłam nową planetę i wiem, że większość nocy przez następne lata poświęcę na próby jej zobaczenia. Bo dla mnie ujrzenie jej i udowodnienie, że istnieje, jest równie ważne jak zbadanie Mórz Południowych dla Uwakei.
– Wysłuchajcie jeszcze mnie. – Laatea podeszła do siedzącej Uwakei, na jej głowie położyła w wyrazie wdzięczności dłoń, podkreślając tym gestem wagę swojej wypowiedzi. – Wiecie, że ja szczególnie obawiam się tej wyprawy. Przeraża mnie myśl, że może zakończyć się tak jak poprzednie… że Uwakea nie wróci. A jednak rozumiem ją i... popieram – dodała z wyczuwalnym wahaniem w głosie. – Może, gdybyśmy wiedziały, skąd biorą się wielkie fale, potrafiłybyśmy lepiej się zabezpieczyć, a wtedy Zuana i Baitea wciąż byłyby z nami. Uwakeo, podziwiam twoją odwagę i dzielność. Będę na ciebie czekać. Wierzę, że wrócisz…
Widząc, że nie ma już chętnych do zabrania głosu, Uwakea wstała, mówiąc:
– Wiele jest ważnych powodów, dla których powinnyśmy zorganizować ekspedycję. Ale nawet gdyby ich nie było, to i tak trzeba wyruszyć w kierunku bieguna tylko dlatego, że on istnieje1. Ten fakt jest dla nas wyzwaniem. To cel, który musimy osiągnąć, bo nie ma nikogo innego, kto mógłby zrobić to za nas. To warunek naszego rozwoju i postępu.
Zamilkła na krótką chwilę, a potem podsumowała:
– Nie jesteśmy jednomyślne, zatem głosujmy.
Odeszła na kilkanaście metrów i czekała cierpliwie, aż wszystkie osoby popierające jej stanowisko zbliżą się do niej. Zwolenniczki otoczyły ją, z trudem znajdując wolne miejsca na placu. Oponentki pozostały na miejscach.
Nie trzeba było liczyć – przeciwniczki wyprawy znalazły się w wyraźnej mniejszości. Wola większości stawała się prawem. Uwakea wiedziała, że od tej chwili będzie mogła liczyć na nieograniczoną pomoc przy organizacji ekspedycji.
Dłuższą chwilę zabrał powrót wszystkich na miejsca. Przed zgromadzonymi pozostała tylko Wutakea. Poczekała, aż zapadnie cisza, po czym odezwała się:
– Odejście Zuany i Baitei naruszyło Równowagę. Przywróćmy ją jak najszybciej. Teraz przyszła kolej na mnie i Meneanę. Proszę was o akceptację i zgodę na kontynuację.
– Mam jeszcze jedną sprawę – odezwała się niespodziewanie Uwakea. – Przed chwilą podjęłyśmy decyzję o ekspedycji na Morza Południowe. Wierzę, że powrócę, ale przecież nikt nie ma tej pewności. Jestem młoda, Laatea jeszcze młodsza, i nasza kolej na kontynuację jeszcze nie nadeszła, jednak te okoliczności są szczególne. Dlatego proszę, byście zgodziły się, abym to ja, wraz Laateą, skorzystała z prawa poza kolejnością. Meneana ma już jedną córkę, proszę więc o przekazanie mi jej prawa do kontynuacji.
Nikt nie zaprotestował. Meneana wstała i potwierdziła:
– Ja też nie zgłaszam sprzeciwu. Mogę jeszcze poczekać, tym bardziej że śmierć Zuany i Baitei nastąpiła tak nagle i do tego przedwcześnie. Uwa, Laa – zróbcie to teraz!
Żadna z obecnych nie wniosła nowego punktu pod obrady, zatem Wutakea mogła zamknąć zgromadzenie. Wyszła na środek i stając na podwyższeniu, podsumowała:
– Dziś zdecydowałyśmy o wysłaniu ekspedycji na Morza Południowe i naszym udziale w przygotowaniach. Dziś zdecydowałyśmy o kontynuacji mojej, Keanei, Uwakei i Laatei.
Zrobiła krótką przerwę, w czasie której wszystkie kobiety powstały. Rozłożyła szeroko ręce i zawołała:
– O Święta Równowago!
– Bądź wieczna! – odpowiedziały zgodnym chórem zgromadzone.
– Jak było wczoraj…
– Tak jest dzisiaj!
– Jak jest dzisiaj…
– Niech będzie zawsze!
Kiedy mieszkanki Tranaiki wracały do wioski, do Uwakei podeszła Keluna, mówiąc:
– Wiesz, Uwa, że jestem przeciwna tej wyprawie. Narażać się na niebezpieczeństwo... Po co? Nie, nie chcę już o tym dyskutować – stwierdziła stanowczo, widząc, że Uwakea gotowa jest do obrony swojego stanowiska. – Wszystko zostało już powiedziane i postanowione. Nie przekonałaś mnie. Wiesz, że nie popłynę z tobą, ale chcę zrobić wszystko, by ci pomóc. Chcę, żebyś wróciła do nas. Pomogę ci w przygotowaniach, możesz uwzględnić mnie we wszystkich pracach, w których mogę się przydać.
– Dobrze – odpowiedziała z wdzięcznością Uwakea. – Jesteś mądra i zdolna. Na pewno nam pomożesz w przygotowaniach. Szkoda, że nie popłyniesz…
– Nie – potwierdziła ponownie Keluna. Nie miała chęci na dalszą polemikę, ale pragnęła jedynie podzielić się swoimi refleksjami. Starannie dobierała słowa, mówiąc: – Świat jest ogromny, a my słabe. Nie jesteśmy przystosowane do życia w innych miejscach niż tu, gdzie mieszkamy. Nie myśl, że nie jestem ciekawa, co jest tam – machnęła ręką w kierunku południowym – i tam – wskazała na górę. Dla mnie jednak są wartości większe od ciekawości. Tu mi dobrze… I pamiętaj, że jest jeszcze cały wewnętrzny Wszechświat – ogrom nieskończonych możliwości…
Po morzu niosły się wysokie fale. Popychany silnym wiatrem statek wspinał się na ich grzbiet, po czym mocno przechylony z impetem spływał w dół. Powietrze było chłodne, a wrażenie to potęgował wiejący wiatr. Zza horyzontu zaczęła wyłaniać się ciemna plama. Już nie sposób było uznać ją za chmurę. Bez wątpliwości przed statkiem znajdował się ląd. Nagle obraz przybliżył się gwałtownie. W polu widzenia znalazły się góry – pasmo kopulastych stożków, o ściętych wierzchołkach. Szczyty najwyższych z nich pokrywała wyraźna biel. Z wierzchołka jednej z gór, położonej w oddali, wypływało pasmo dymu tworzące rozległą, ciemną chmurę. Po chwili obraz znów widoczny był z oddali, po czym zaczął przesuwać się horyzontalnie, a potem wypełniła go już tylko woda bezkresnego morza…
Uwakea obudziła się, lecz wciąż miała zamknięte oczy, przed którymi jeszcze długą chwilę widniały obrazy ze snu, które przecież pokazywały nie zmyśloną, ale prawdziwą rzeczywistość. Wyciągnęła rękę w bok, szukając oparcia w dotyku towarzyszki, ale miejsce obok było puste. Otworzyła oczy i ujrzała Laateę siedzącą przy otwartym oknie, wygrzewającą się w promieniach porannego słońca.
Laatea wpatrywała się w nią z czułością, a widząc, że ta obudziła się, przywitała ją słowami:
– Nie mogę się na ciebie napatrzeć. Nie wiesz nawet, jak bardzo cieszę się, że znów jesteś ze mną.
Uwakea podeszła do ukochanej. Wyjrzała przez okno, podziwiając stojący przez domem remental. Położyła dłoń na głowie Laatei i z czułością w głosie rzekła:
– Twoja miłość jest najlepszym, co mnie dotąd spotkało. Wiem, że chciałabyś, żebym już się stąd nie ruszała. Tak się stanie… ale jeszcze nie teraz. Muszę tam popłynąć, muszę. Nie odzyskam wewnętrznego spokoju, jeżeli nie wypełnię misji.
Pokazała ręką na remental i mówiła dalej:
– Nie jestem jeszcze w stanie udać się do swojego wnętrza tak jak ty. Nie potrafię jeszcze stworzyć takiego dzieła… ale to tylko kwestia czasu. Kiedy wrócę, wszystko będzie jak dawniej. Teraz mój umysł wypełnia co innego.
– Znów te obrazy? – zapytała Laatea.
– Tak. Ten widok wciąż mi towarzyszy. Te dziwne góry z białymi szczytami i ta chmura…
– Tam płynęła twoja matka?
– Tak. To są jej wspomnienia z przedostatniej wyprawy. Wtedy zawróciły, nie dopłynąwszy do lądu. To był też cel następnej ekspedycji, z której już nie powróciły. Wiesz, Laa, ja czuję zew tego lądu, on mnie wciąż przywołuje. Widzę, jak silne musiało być pragnienie, by tam dotrzeć, jakie budziło emocje... Ten obraz gór widzianych przez lunetę był chyba najsilniejszym wspomnieniem mojej matki, skoro wciąż przychodzi do mnie w snach.
– Jak myślisz, czy one tam dotarły?
– To możliwe… Nie, to nawet pewne. Przecież na ostatnią wyprawę wyruszyły wcześniej, więc w tym rejonie znalazły się w środku lata. Było zdecydowanie cieplej. To stamtąd wysłały kurierkę z wiadomością. Tą ostatnią.
Uwakea podeszła do ściany, która w całości zabudowana była przez regał podzielony licznymi półkami i szufladami. Przez chwilę szukała tej właściwej, wreszcie znalazła, otworzyła i z wnętrza wyjęła plik spiętych kart.
– To dziennik podróży, który dostarczyła kurierka – wyjaśniła, otwierając go na ostatniej stronie. Przeczytała głośno:
…morze spokojne, powietrze ciepłe. Temperatura wody wolno, ale systematycznie spada, dlatego nie ryzykujemy dalszego płynięcia z kurierką. Wysyłamy ją z dotychczasowym zapisem podróży. Na horyzoncie ląd. Kierujemy się w jego kierunku. To nasz najbliższy cel, a później, jeśli będą sprzyjające warunki, zbadamy obszar morza na południe od wysp…
– Dalej jest już tylko zapis położenia statku – dodała. – To właśnie tamto miejsce ze snu
– Boję się tej wyprawy – stwierdziła Laatea. – Rozumiem cię i wiem, że popłyniesz, że musisz to zrobić… Pomagam ci, jak tylko potrafię, i niczego bardziej nie pragnę niż tego, by ci się udało... I żebyś wróciła do mnie… Proszę, nie ryzykuj. Obiecaj mi, że zawrócisz, jeśli zrobi się niebezpiecznie. Pomyśl, jeśli dotarłabyś do tego lądu, a nawet do samego bieguna, ale nie zdołałabyś powrócić, to czy taka wyprawa miałaby jakąkolwiek wartość? Lepiej wrócić, nie osiągnąwszy celu, niż zginąć tam nadaremnie. Przecież kiedyś, w przyszłości taka wyprawa może okazać się prosta i bezpieczna. Na pewno tak będzie.
– Widzisz, Laa, zawsze najpierw sąpionierki – te, które nie mają środków ani sposobów na osiągnięcie celu, a mimo to podejmują ten trud. Gdyby nie one, nigdy nie dokonałybyśmy niczego wielkiego. Każde zamierzenie byłoby odkładane na bliżej nieokreśloną przyszłość, a w praktyce nigdy nie zostałoby zrealizowane. Pamiętasz, jak opowiadałam o wyprawie, która jako pierwsza dotarła do północnych rejonów Nolandii – o tych, które przehibernowały zimę?
Widząc potakujący gest, kontynuowała:
– Historia była bardziej dramatyczna. One wyruszyły śladem poprzedniej wyprawy, która zaginęła kilka lat wcześniej, i odnalazły ich ostatni obóz. Niestety, wszystkie członkinie ekspedycji były martwe. Na miejscu pozostał jednak zapisany dziennik, prowadzony do końca przez jedną z nich. Miała na imię Neakea… Te zapiski okazały się bezcenne. To dzięki ich doświadczeniom następna wyprawa ocalała.
– Znasz szczegóły?
– Tak. One już wtedy wiedziały, że zapadną w stan hibernacji, ale nie miały jeszcze świadomości, że zbyt wielki spadek temperatury ciała prowadzi do śmierci. O tym właśnie pisała Neakea w dzienniku.
Uwakea wyjęła kolejny plik kartek i pokazała je Laatei.
– To odpis tego dziennika. Dostałam go w prezencie, w nadziei, że nam pomoże. Możesz przeczytać go w wolnej chwili.
Widząc zmartwienie rysujące się na twarzy Laatei, dodała szybko, chowając dziennik do szuflady:
– Nie martw się. Tym razem osiągniemy sukces, zobaczysz… Obiecuję ci, że nie będę ryzykować, ale teraz myślmy tylko o nas. Wkrótce będzie pełnia Księżyca – nadchodzi nasz czas, pora na taniec miłości.
– Uwa, chciałabym, żeby nasza córka miała na imię Zuana.
– Zuana… jak twoja przyjaciółka. Dobrze. Wiesz, Laa, myślę, że może cząstka Zuany znajdzie się i w niej. Przecież ona odeszła tak niedawno…
•
Laatea od dawna miała upatrzone miejsce, gdzie mogła w spokoju przygotować się do tańca miłości. Jeszcze za dnia udała się do lasu, by zebrać porcję owoców okli, a późnym popołudniem wyszła samotnie na brzeg morza. Skręciła w stronę obserwatorium Amninei i ruszyła dalej w tym kierunku, mijając je po godzinie marszu.
Szła wzdłuż wysokiego klifu coraz węższym pasem plaży, aż dotarła do miejsca, gdzie woda stykała się bezpośrednio z pionową skałą. Odnalazła znane tylko sobie i Zuanie miejsce, gdzie podmyta przez fale morskie skała zawaliła się, tworząc pochyłe podejście na kształt żlebu, umożliwiające dotarcie na górę. Przytrzymując się rękoma występów skalnych, wspięła się na znajdującą się niemal pod samym szczytem klifu skalną półkę. Była to niewielka, pozioma platforma, skierowana w stronę morza i osłonięta z boków przez wystające fragmenty skał. Odkryła to miejsce w dzieciństwie, wędrując po okolicy z Zuaną. Obie uznały wtedy, że jest ono idealne dla rytuału, który kiedyś w przyszłości miały odbyć.
Wyjęła z torby owoce i niespiesznie zabrała się do jedzenia. Miał to być jej ostatni posiłek i jedyny, który musiał wystarczyć na kilka następnych dni. Chociaż nie odczuwała głodu, zjadła wszystko, co ze sobą przyniosła. Gdy skończyła, położyła się na rozgrzanej skale, w oczekiwaniu na zachód słońca.
Kiedy wielka żółta tarcza zniknęła za linią horyzontu, była już gotowa. Usiadła z twarzą skierowaną w stronę morza, opuściła ręce, chwytając dłońmi stopy, a następnie zamknęła oczy. Skoncentrowała się na swoim wnętrzu, starając się całkowicie odizolować od świata. Jeszcze przez pewien czas słyszała dochodzące z zewnątrz odgłosy, czuła na skórze powiew morskiej bryzy i zapach wody rozpryskującej się przy uderzeniach fal o skały. Odbiór bodźców zewnętrznych stawał się coraz słabszy. Skutecznie odcinała się od otoczenia i wkrótce nie odczuwała już niczego. Była tylko ona, w nieskończonej przestrzeni wszechogarniającej ciemności. Nie czuła ciężaru ciała, miała wrażenie, że unosi się w bezcielesnej postaci, w miejscu bez początku i końca, bez góry i dołu… Nic wokół nie istniało, była tylko ona – czysty, świadomy umysł pozbawiony zmysłów i ciała.
Wszechświat był biały jak niezapisana karta papieru. Nieskończony i całkowicie pusty, gotowy, by wypełnić go treścią. Bez ograniczeń, bez formy, mógł pomieścić w sobie życie jej, jej matek i wszystkich przodkiń. Laatea poczuła, że zaczyna zanurzać się w przeszłość. Rozpoczął się proces…
Z początku pojawiły się obrazy, dźwięki i zapachy. Później dotarły bodźce dotykowe. Wrażenia zmysłowe. Emocje, pragnienia i uczucia. Życie zapisane w pamięci. Teraz odtwarzała je w całości. Nie był to film puszczony od początku do końca, lecz mozaika fragmentów pozbawiona chronologii. Starała się je uporządkować, zacząć od samego początku, od pierwszej sceny, którą zapamiętała. Chwilami udawało jej się przeżywać ponownie całe, długie sekwencje życia, ale potem jedno wydarzenie, silniej niż inne wryte w pamięć, zaczynało dominować. Wtedy przeżywała je ponownie, a za chwilę jeszcze raz i kolejny…
Równocześnie zaktywizowała się podświadoma część mózgu. Intensywne procesy działały w sobie tylko wiadomy sposób i jedynie chwilami jakimś przebłyskiem myśli dawały znać o sobie. Wtedy do świadomości Laatei docierało jakieś całkiem zapomniane wspomnienie, czasem mniej lub bardziej określone wrażenie, bądź emocja. Niektóre z tych stanów przyjmowała i starała się przetworzyć świadomym procesem, inne pozostawiała dla podświadomej części umysłu, rozumiejąc, że jest to zadanie dedykowane właśnie dla niej.
Była spokojna, cierpliwa i konsekwentna. Wiedziała, że tak musi być. Z pamięci wypływały po raz nie wiadomo który najbardziej wyraziste epizody, zarówno te dobre, przyjemne, jak i przykre, które wolałaby zapomnieć, lecz nie potrafiła. Beztroskie chwile dzieciństwa i odkrywcze poznawanie świata. Emocje towarzyszące miłości i rozpacz wobec tragedii śmierci. Wiele razy przeżywała te wszystkie sceny, kiedy jej związek z Uwakeą tworzył się i rozkwitał. Ponownie doświadczała chwil początkowego zauroczenia, narastających pragnień, a później emocji, uniesień i szczęścia odwzajemnionego uczucia. Wciąż pojawiała się Zuana, ich wspólne dziecięce zabawy i odkrywanie świata. Dzielenie się doświadczeniem i dorosłymi przemyśleniami. A potem, raz po raz, widziała śmierć przyjaciółki i wciąż od nowa przeżywała rozpacz i poczucie bezsilności. Sceny przeplatały się ze sobą, a nowe wspomnienia pojawiały się pośród tych przeżywanych wielokrotnie.
Minęło wiele godzin od chwili, gdy rozpoczęła proces, aż wreszcie w umyśle Laatei nie pojawiła się już żadna nowa scena z jej własnego życia. Teraz sięgnęła głębiej do pamięci, tam, gdzie spoczywały sceny z życia jej matek i jeszcze te starsze, które zdołały przekazać jej z życia poprzedzających ją przodkiń. I znów przez kolejne godziny przeżywała sceny z życia tych, które ją ukształtowały ciałem i duchem.
Koniec zwieńczyło dominujące nad zmęczeniem uczucie odprężenia, i jeszcze jedno, nieznane wcześniej – ta niezwykła świadomość rozpoczęcia kontynuacji. W jej ciele powstał zarodek nowego życia czekający już tylko na warunki do rozwoju.
Laatea straciła poczucie czasu. Kiedy rozpoczynała proces, zmierzchało, a teraz było wczesne przedpołudnie. Położyła się jeszcze na chwilę, delektując ciepłem słonecznym ożywiającym jej ciało, po czym wstała i ruszyła w drogę powrotną. Przechodząc obok domu Amninei, zajrzała do niej, a kiedy spojrzała na kalendarz, zorientowała się, że na skale spędziła dwie noce i jeden dzień.
– Długo – skomentowała Amninea. – Jak na twój młody wiek, to naprawdę długo. Ale to dobrze – dodała – jest większa szansa na utrwalenie.
Widząc w oczach Laatei ciężar wysiłku, jaki musiała udźwignąć, zadeklarowała:
– Odprowadzę cię do domu. Musisz wypocząć, bo czeka cię jeszcze wiele emocji.
Nie mniej zmęczona Uwakea dotarła do domu jeszcze później – dopiero pod wieczór. Nie rozmawiały ze sobą, ich oczy wyrażały wszystko, co obie przeżyły. Położyły się blisko siebie, znajdując w dotyku ciał potrzebne wsparcie. Sen ogarnął je niemal natychmiast, przynosząc upragniony odpoczynek. Był im potrzebny, bo następnej nocy przypadała pełnia Księżyca.
•
Taniec miłości – rytuał i akt połączenia, tak wyczekiwany od lat, nadszedł wreszcie dla Laatei i Uwakei. Przed zachodem słońca wsiadły do łodzi i odpłynęły od brzegu. Nie skorzystały z pomocy kurierki, w tej intymnej chwili musiały być same. Uwakea wiosłowała, podczas gdy Laatea, siedząc na dziobie, uważnie wpatrywała się w toń, wypatrując piastunki. Kiedy znalazły ją wreszcie, Uwakea rzuciła kotwicę, a potem obie czekały, aż wzejdzie Księżyc. Wokół panowała cisza, której nie mącił nawet cichy plusk fal uderzających w piasek nieodległej plaży. Laatea siedziała nieruchomo wpatrzona w jakiś odległy punkt na horyzoncie. Od czasu do czasu spoglądała na Uwakeę z tym szczególnym wyrazem twarzy, jaki pojawia się u kochanek w najintymniejszych momentach życia. Teraz nadeszła ta niezwykła chwila, gdy świat zewnętrzny przestaje istnieć, i jest tylko ona, jej ukochana i miłość, dzięki której ma dokonać się ostateczne spełnienie. Akt, dzięki któremu tworzy się życie, a samej osiąga nieśmiertelność.
Noc była jasna. Ogromna tarcza Księżyca rozświetlała całą przestrzeń. Uwakea spojrzała w dół – w toni wodnej ujrzała zarys piastunki, która spostrzegła już ich obecność. Wyciągała ku nim liczne ramiona, które jak niesamowite długie cienie rysowały się pod wodą.
– Teraz – szepnęła Uwakea i obie wskoczyły do wody.
Z początku zbliżyły się do piastunki, podpływając do niej i muskając jej długie, giętkie ramiona, po czym odpłynęły w bok, koncentrując się wyłącznie na sobie. Okrążały się pod wodą, kreśląc zawiłe figury i tylko z rzadka wypływały na powierzchnię dla zaczerpnięcia oddechu. Taniec był powolny, niespieszny, stanowił połączenie głęboko w podświadomości zakodowanych wzorców i twórczej improwizacji. Wyrażał uczucia i pragnienia. W symboliczny sposób odtwarzał historię ich związku. Wzajemne poznawanie, narastającą fascynację i momenty zwątpienia. Budzące się i rozkwitające uczucie. Wahania, emocje i podejmowanie decyzji. Aż wreszcie – ostateczne porozumienie. Poczucie szczęścia płynące z odwzajemnionego uczucia.
Taniec wszedł w kolejną fazę. Teraz oddalały się nieco od siebie, by po chwili znów zbliżyć się, podpływając jednocześnie z dwóch stron. Gdy były już blisko, chwytały się za ręce, zbliżały głowy i wpatrywały intensywnie w swoje oczy. Kilkakrotnie muskały się czołami, ale wciąż unikały pełnego kontaktu. Potem ponownie oddalały się od siebie, a cały układ tańca powtarzał się raz za razem.
Stopniowo schemat ulegał zmianie, przechodząc do fazy końcowej. Coraz częściej znajdowały się blisko siebie, aż wreszcie ich czoła zetknęły się. Teraz stały się jednym ciałem. Już nie tylko odczuwały wzajemne emocje i uczucia – w tej jedynej, niezwykłej chwili podzieliły się myślami i każda zobaczyła siebie oczyma drugiej.
Splecione ramionami, wciąż połączone dotykiem czoła, powoli opadały na dno. Gdy znalazły się w zasięgu ramion piastunki, ta złapała je i przygarnęła silnie do swojego ciała. Nie przerywając kontaktu Laatei i Uwakei, odczekała, aż z ich ciał uwolnią się ziarna życia, po czym chwyciła je zgrabnie i oba pochłonęła. Przez chwilę tkwiła jeszcze nieruchomo na dnie, trzymając w uścisku obie kobiety, pogrążone wciąż w stanie ekstatycznego oszołomienia. Nadszedł w końcu moment, kiedy uznała akt za dokonany. Dopiero wtedy wypuściła kobiety ze swych objęć, rozdzielając je delikatnym, ale stanowczym ruchem ramion. Na pożegnanie odepchnęła je zdecydowanie, kierując ku powierzchni. Odsunęła się nieco i obserwowała je do chwili, gdy obie wypłynęły na powierzchnię. Potem udała się w kierunku głębszej wody, pełznąc powoli po dnie.
W spowijającym wodę magicznym blasku Księżyca Laatea i Uwakea unosiły się jeszcze pewien czas na powierzchni delikatnie pofalowanego morza, a później szczęśliwe, choć zmęczone, długo odpoczywały w łodzi, zanim powróciły do domu.
