Błagalnice - Ajschylos - ebook

Błagalnice ebook

Ajschylos

0,0
6,49 zł

lub
Opis

Błagalnice to utwór Ajschylosa, jednego z najwybitniejszych, obok Sofoklesa i Eurypidesa, tragików ateńskich. Powszechnie uważany za rzeczywistego twórcę tragedii greckiej.

Bohaterki tej sztuki Ajschylosa, uciekają przed przymusowym małżeństwem ze swoimi egipskimi kuzynami.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 37

Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Wydawnictwo Avia Artis

2022

ISBN: 978-83-8226-742-6
Ta książka elektroniczna została przygotowana dzięki StreetLib Write (https://writeapp.io).

OSOBY DRAMATU

CHÓR DANAID. DANAOS. KRÓL ARGIWÓW. GONIEC.

BŁAGALNICE

Wybrzeże morskie. Po jednej stronie morze, po drugiej Argos. Ołtarze Apollona, Hermesa, Posejdona. CHÓR DANAID, wraz z służebnicami, zbliża się od morza, z oliwnemi gałązkami w ręku. Nieco później ojciec ich, DANAOS.

PRZODOWNICA CHÓRU. O zbawco Zeusie, skieruj wzrok łaskawy Na kres tej naszej wyprawy, Którejśmy siły wspolnemi, Ujść Nejlosowych porzuciwszy miały, Drogami wód dokonały. Z boskiej, ze Syrją graniczącej ziemi Precz uciekłyśmy, nie, by ludu gniew Kazał nas wygnać za wylaną krew, Lecz, wstręt uczuwszy do grzechu Małżeńskich ślubów z Ajgipta synami, Z tą naszą bracią stryjeczną, Przypłynęłyśmy w pospiechu Do tych wybrzeży. Ojciec Danaos płynął razem z nami: On to swą radą skuteczną, Zważywszy bole, Najchwalebniejszą jeszcze wybrał dolę,

Każąc przez morskie uciekać głębiny Do tej argiwskiej dziedziny, Skąd się wywodzi nasz ród. Albowiem tutaj ku naszej macierzy, Którą giez straszny ostrym kolcem bódł, Zeus się przybliżył i stał się swym tchem Zapłodzicielem jej łona. I oto któraż z ziem, Naszej litując się nędzy Przyjmie najprędzej Nas, w biednej dzierzące dłoni Błagalne, wełną owite gałązki, Jeśli nie ona, Bacząca na krewne te związki? O grodzie! o ty ziemio! o ty, jasna toni! O wy najwyżsi niebianie I wy, czcigodne bóstwa, co święte mieszkanie W podziemnej macie krainie, I Zeusie, ty zbawco trzeci, Strzegący domostw zbożnych ludzi, Błagamy was ninie, Raczcie łaskawie przyjąć swoje dzieci, Przyjaźnem tchnieniem tej gleby Raczcie tę rzeszę powitać niewieścią! W chwili Tej naszej gorzkiej potrzeby Niech was pobudzi Prośba, przejęta boleścią, Abyście synów Ajgiptowych łodzie Precz odrzucili Na morskie, wzburzone powodzie! Zanim w swej pysze

Na brzeg ten wstąpią, niechaj głębie morza Wichr rozkołysze! Niechaj przepadną Pośród błyskawic i gromów, Śród burz, siekących deszczem, Zanim w zuchwalstwie złowieszczem Do swych zawloką nas domów, Zanim swą ręką zdradną Ci nasi wstrętni bratowie — Niech na to Temis boża Karą odpowie! — Na swoje rzucą nas łoża! CHÓR. Teraz cię temi słowy Wzywam, potomku Zeusowy, Ty, coś jest czci naszej stróż Tam, poza krańcem mórz; Ty, któryś powstał z trawożernej krowy, Gdy Zeus ją dotknął swem tchnieniem; Dobiegł do kresu jej czas, By Epafosa nazwać cię imieniem.

*

Mówiąca o tem, wspomnę, Jakie cierpienia ogromne Znosiła pośród tych niw Nasza Pramacierz!... Dziw, Dziw to dla wszystkich, że my, dziś bezdomne, Z takich rodziców powstały!

O kłamny dowód któż posądzi nas? Prawda zabłyśnie w swej potędze całej!

*

Śledzący tu ptaków lot,

Gdyby wróż jaki posłyszał, jak w daj

Idzie nasz żal,

Naszego bolu grot,

Zapewne pomyślałby on,

Że to w słowika zmieniona

Jęczy nieszczęsna Terejowa żona,

Jastrzębi widząca szpon —

*

Że, chroniąc się z krzewu w krzew

Przed tym pościgiem, oskarża swój los;

Że płacze w głos,

Że jej żałosny śpiew,

Nabrzmiały krwawicą mąk,

Coraz żałośniej się szerzy

Nad dolą syna, co zginął z macierzy

Niemacierzyńskich rąk.

*

I ja też sama, tych iońskich skarg Świadoma, Nad Nilem opalone krwawię sobie lice I pierś, przywykłą do łez, Szarpię rękoma! Kwiat bolu zrywam z trwogą i ze drżeniem warg, Czy kto z zamieszkujących oną mgieł ziemicę O naszej drogi zatroszczył się kres?

*

Lecz wy bogowie rodzimi tych ziem, Co blaski Ócz swych zwracacie ku prawu, jeżeli Dać nie możecie nam Pełni swej łaski Wbrew losom, złamcie pychę, brońcie ślubów!... Wiem, Że biednym niedobitkom opieki udzieli Schron nasz ostatni, święty, boży chram.

*

Niech prawda wypełnia się boża!

Ale gdzież znajdzie się człek,

Coby Zeusowych myśli poznał bieg?

Przecież nas biją swą jasnością w oczy,

Choć noc przeznaczeń je mroczy.

*

Nie zginie gdzieś pośród bezdroża,

Co z głowy swej wywiódł bóg.

Lecz w gęstwiach gubią się zakosy dróg,

Któremi święta jego wola chodzi,

W mgieł się chowają powodzi.

*

On, niestrudzony, Ludzi bezbożnych strąca Z największych szczytów nadziei. Któż wobec mocy jego się ostoi? Nie ma przeciwko niej zbroi: Co raz zamierzy potęga, dzierząca Niebiańskie trony, Wszystko się spełnia z kolei.

*

Spojrzyj, o Panie, Na owej pychy kwiaty, Na tę niesforną brać młodą, Pragnącą z nami wejść w małżeńskie śluby! Lecz szał ten źródłem jest zguby! Zawiśnie nad nią karząca dłoń Aty I żal powstanie: Tak ją te chucie zawiodą!

*

Taki żal

Rwie się w dal

Z tej nieszczęsnej piersi mej!

Taki z warg

Ciężar skarg

W łzach mi spływa!

O jej! O jej!

Jam żywa,

A śpiewam na własnym pogrzebie!

Pod twą się uciekam obronę,

Pragnę cię zjednać dla siebie,

O Apio , ty ziemio wzgórz!

Obcy mój język ci znany,

Same-li na mnie łachmany,

Ach! nieraz już

Sydońską darłam zasłonę.

*

Śród tych dróg

Gdy mnie bóg

Nie zawiedzie w śmierci kraj,

Hojna dań Spadnie nań Z mojej ręki. O jej! O jej! Czyż męki Straszna mnie fala pogrzebie? Pod twą się uciekam obronę, Pragnę cię zjednać dla siebie, O Apio ty, ziemio wzgórz! Obcy mój język ci znany, Same-li