Bieszczady. Archipelag samotności - Benedykt Gadaszewki - ebook
NOWOŚĆ

Bieszczady. Archipelag samotności ebook

Benedykt Gadaszewki

0,0

15 osób interesuje się tą książką

Opis

Słowa tej książki rodziły się z ciszy – tej porannej, unoszącej się nad Teleśnicą, Kalnicą i Werlasem. We mgle niosącej zarysy i echa dawnych historii.

Michał “Gier” Giercuszkiewicz wyrasta tu jak samotna wyspa na bieszczadzkim archipelagu: surowy, z tą hardością lodowego uścisku bieszczadzkiej nocy, która nie odstrasza, lecz przyciąga prawdę. To opowieść o życiu utkanym z wody, drewna, śmiechu i milczenia; o wolności, która pachnie dymem z ogniska i chłodem oddechu o świcie. Chwile pojawiają się tu i znikają jak ślady na plaży po przypływie – kruche, nietrwałe, a jednak opowiadające prawdę o człowieku.

Bieszczady w tej książce nie są miejscem, lecz stanem ducha. Cisza ma tu własny pogłos, a samotność staje się przestrzenią dojrzewania. To proza, która ocala doświadczenie, rozświetla pęknięcia w murze i pozwala na chwilę zamieszkać w tym, co najprostsze i najprawdziwsze.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows

Liczba stron: 340

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 

 

Spis treści

Prolog do opowieści o Michale Giercuszkiewiczu

Tam zaczyna się opowieść

Dwa tygodnie ciszy i gwiazd

Góra, która wybrała pierwsza

Strażnik ognia na lodzie

Dwóch ludzi – jeden ogień

Herbata z prądem i jelenie o świcie

Trzech samotników, jeden dąb

Jak się wraca z toni

Wyspa i skarb z dna zalewu

Sine Wiry tam i z powrotem

Marta na tratwie

Przesłanie Pana Cogito

Rafał i klacz w Michałowie

Po Hammonda i do Siczki

Droga z Hammondem do Ustrzyk Dolnych

Sierpień, który nie minął. Koncert KSU 2008

Urodziny Michała, 26–28 września 2008

U Raduliego. Owczarnia w Jaworkach

Kino Świat – kino duszy

Sum w Martwym Lesie

Kasia i Marek – rejs

Jurek Kawalec – pożegnanie z Teleśnicą

Michał u szeptuchy Kazimiery

Marek w Kalnicy

Kobiety Michała – pory życia, nie epizody

30 lat wymówek.Ogień, który nie gaśnie

Między brzegami: do tych, co odeszli,dla tych, co zostali

Wędrowiec, który nie szukał sceny Werlas, 27 września 2025

 

 

Dla Avianny – najsłodszej z maleńkich ludzi

 

 

Świat tej książki powstał z tego, co usłyszane, zapamiętane, przeżyte i wymyślone. Jak w Bieszczadach – prawda miesza się tu z legendą, a prawdziwi ludzie z opowieściami o nich. Jeśli ktoś odnajdzie w bohaterach cząstkę siebie lub kogoś bliskiego, niech wie, że to tylko echo, nie portret.

Jedynym wyjątkiem jest Michał „Gier” Giercuszkiewicz, którego życie, obecność i legenda stały się dla mnie inspiracją do napisania tej książki. Nie jest to jednak jego biografia, lecz hołd – zapis wdzięczności i pamięci o człowieku, który potrafił żyć tak jak chciał.

Ben Gadaszewski

 

 

 

Prolog do opowieści o Michale Giercuszkiewiczu

 

 

 

 

Michał wybrał drogę bez świateł, bez tłumu, bez oklasków. Wiedział, że prawdziwy rytm nie rodzi się na scenie, tylko tam, gdzie nikt nie patrzy – na wodzie, w trzasku lodu, szepcie ognia, w ciszy, która nie udaje niczego.

Każdy człowiek dostaje od losu tratwę. Nie zawsze piękną czy wygodną, ale zawsze własną. Jedni ją sprzedają, inni porzucają, jeszcze inni próbują przerobić na jacht.

Michał jej nie przerabiał. On ją zbudował od zera. Z wyboru, z uporu, z prawdy. I odpłynął tam, gdzie kończy się świat ludzi, a zaczyna świat ciszy. Wybrał tę ciszę zamiast sceny, bo tam wreszcie mógł usłyszeć siebie.

Dopłynął dokładnie tam, gdzie zaczyna się archipelag samotności. Świadomej, pozwalającej usłyszeć to, co w mieście ginie w zgiełku – własny rytm.

Tratwa Michała nie miała celu – bo cel jest dla tych, którzy się spieszą. Zatoka tłumiła wrzask jak czas zasklepiający rany. Życie Michała to opowieść o człowieku grającym z naturą w rytmie niedopowiedzianym. Z Fokkerem, który wył, jakby znał wszystkie Michałowe tajemnice.

Bieszczady. Archipelag samotności nie jest miejscem, które odnajdziesz na mapach. To wybrane zdarzenia i miejsca z życia człowieka, który odważył się tam wejść. I właśnie tam – w tej ciszy, w tym rytmie – zaczyna się ta opowieść.

 

Tam zaczyna się opowieść

 

 

 

 

W Bieszczadach nic nie zaczyna się głośno. Tu każdy początek jest jak pierwszy oddech mgły – cichy, niepozorny, a jednak nieodwracalny.

Czasem wystarczy jeden krok w las, jedno spojrzenie na dym z retorty, jedno spotkanie – żeby całe życie zmieniło kierunek.

 

Spojrzenie wędrowca

Niebo nad Bieszczadami tamtego poranka miało kolor blachy. Las wstrzymywał oddech. Szedłem ścieżką między bukami, a powietrze pachniało wilgocią, latem i czymś jeszcze – czymś żywym, co nie dało się nazwać, ale było obecne.

I nagle pojawia się polana – surowa i trochę tajemnicza. Nie ma tu turystycznych atrakcji ani głośnych tłumów. Są tylko stalowe retorty – piece o cylindrycznych kształtach pokryte sadzą, ustawione w rzędzie jak milczący strażnicy przemijającego czasu. Wokół unosi się dym o zapachu spalonego drewna – nie duszący, lecz aromatyczny, jakby przesycony historią bieszczadzkiej pracy. To tu wypala się węgiel drzewny, zgodnie z dawnym rzemiosłem, które przetrwało lata. Obok leżą: rozłupane drewno, metrówki, sterty gałęzi, siekiera wbita w pień – wszystko wygląda, jakby zatrzymało się w czasie.

Cisza przerywana jest tylko sykiem ognia i skrzypieniem blachy, gdy proces wypału wchodzi w kolejny etap przemienienia. A nad tym wszystkim – bezkresne niebo, może przysłonięte lekką mgiełką poranka, może przejrzyste pod wieczorną złotą godziną. Gdy słońce schodzi za Jaworem, dym z retort maluje powietrze pastelowymi smugami. To chwila, którą pamięta się długo...

Tego dnia dotarłem do Zatoki Teleśnickiej. Tam Bieszczady zmieniają ton – z industrialnej surowości na wodną melancholię. Woda była spokojna jak lustro, odbijała fragmenty nieba i ciche łodzie zacumowane przy brzegu. I właśnie tam – między retortą a tratwą, między dymem a ciszą – zaczyna się opowieść o Michale „Gierze” Giercuszkiewiczu. O muzyku, człowieku, który nie próbował ujarzmić Bieszczadów, tylko pozwolił im mówić przez siebie. O jego rytmie, samotności, jego obecności niepotrzebującej sceny, bo miała wodę i las.

 

Wypał

Na wypale dzień zaczyna się od światła wdzierającego się przez mgłę jak pierwszy akord. Cisza – to przestrzeń, w której każdy krok, każdy oddech staje się częścią opowieści.

Był sierpień, gorący, ale nie duszny – ten bieszczadzki skwar miał w sobie coś z wolności, jakby każdy promień słońca znał ciężar zmęczonej twarzy. Polana z retortami czekała na mnie jak zawsze, bez pośpiechu, otulona lekkim dymem i zapachem węgla, który nie był brudny, ale surowy – prosty jak sam ten świat.

Tam spotkałem Michała. Już wtedy zdawał się legendą nie tylko Bieszczadów, ale i dawnej sceny. Pierwszy perkusista Dżemu, człowiek rytmu i ognia. Zagrało między nami – Michał niósł w sobie coś, co było jak kontrapunkt wobec mojej mieszczańskiej codzienności. Był jak przerwa pomiędzy gwałtownymi uderzeniami serca – potrzebna do nabrania dystansu do siebie i świata. Ja niosłem dobrostan dla ciała.

– „Pewnie ciężki znów będzie dzień” – zanuciłem fragment utworu Dżemu na tyle głośno, żeby dotarło do zbliżającego się Michała. – Może browarek na powitanie dnia?

Wezyr, radośnie machając ogonem, podbiegł do Michała.

– To jest jakiś plan – odparł ten z grymasem udającym uśmiech. – Wczoraj wypadłem poza leśną drogę i gdyby nie dzielne buki, pływałbym w zalewie. Właśnie ma przyjechać znajomy z ciężkim sprzętem i będziemy wyciągać jeepa.

– Pomogę, jak trzeba.

– Właśnie pomagasz. – Wskazał na butelkę, przechylił Żywca i zaczął łapczywie połykać chłodny złocisty napój. Rozejrzał się dookoła. – Tu z Marianem wypalam swoje dźwięki – powiedział, wskazując retortę syczącą cicho jak werbel w balladzie o wolności.

W tym dymie było coś więcej – nie tylko drewno i ogień, ale też czas, który zawieszał się między nami. Michał zagrał na blaszanym wieku beczki, a rytm odbijał się od buków i wracał jak echo młodości, której nie chciało się żegnać.

Potem schodziliśmy w dół, ku wodzie. Zatoka Teleśnicka była spokojna jak zawsze – tafla zbyt gładka, by uwierzyć, że gdzieś dalej kryje się ogrom zapory.

– Gdzie masz łajbę? Zostawię bagaże i jadę do roboty. Mam biblioteki w Bieszczadzie do objechania, ale po południu będę miał luz, to może coś z ognia zjemy?

– Tutaj zacumowałem. – Wskazał kępę szuwarów. – Ja też ogarnę swoje tematy, ale jeśli masz jeszcze jakieś wolne browary, to chętnie się nimi zaopiekuję.

– Michał, mam Jasia Wędrowniczka czerwońca. Jeśli ci trzeba, to, jak mawiał Hugo-Bader, na jednego łyka-gldyka się zgodzę, ale uważaj, bo kiepsko się nakrętka trzyma. Wrzuć butelkę do potoku przy tratwie i niech się chłodzi. Jak wrócę, wzniesiemy kilka zacnych toastów.

– Super, bardzo chętnie.

– To ja lecę do roboty, a ty ogarnij sytuację z autkiem. Zadzwonię z Ustrzyk, żebyś po mnie przypłynął.

Pojechałem do pracy. Czarna, Lutowiska i Ustrzyki Dolne w drodze powrotnej. Szefowe bibliotek – Beatka, Joasia i Ania – czekały na nową dostawę książek, a moja objazdowa hurtownia świadczyła owe usługi jako jedyna w całych Bieszczadach. Szybko poszło. Bibliotekarki wiedziały, czego im trzeba, a ja naprzeciw tym oczekiwaniom wychodziłem – fachowcy po obu stronach.

Dzwonię, jak byliśmy umówieni, ale po stronie Michała cisza. Dobry sygnał, bez odbioru. Zacząłem przeczuwać, że nie wszystko pójdzie zgodnie z planem. Woda była przyjemnie nagrzana, więc zapakowałem ważne rzeczy do reklamówki i, robiąc sobie z niej czapkę, popłynąłem w stronę tratwy. To raptem trzysta – czterysta metrów w spokojnej wodzie, a obok pies Wezyr – mój labrador, przyjaciel na dobre i na złe. Z tratwy dobiegała głośna muzyka. Janek „Kyks” Skrzek śpiewał, że „jak coś robisz – to rzecz święta...”, ale Michała przy tratwie nie było. Wygramoliłem się po drabince na taras od frontu i przez ścianę ze szkła zajrzałem do środka.

Michał leżał na wznak, miarowo oddychając. Na stole stał prawie w połowie wypity Jaś Wędrowniczek i kilka nienaruszonych butelek piwa. Nie było sensu go budzić, bo to mogło spowodować kłopoty. Jak się wyśpi, to się obudzi, a jak się obudzi, to będzie „monter”, jakby dzień się zresetował. Tak Michał miał – pełny reset zarówno umysłu, jak i ciała po godzinnej drzemce. Rozłożyłem wędki, otworzyłem browara i zaczął się relaks. Płyta się skończyła, więc Michał spał już chwil kilka, a ja, zatopiony w ciszy, nawet nie próbowałem analizować sytuacji.

Rzucałem wędką wzdłuż brzegu, pół metra za wodorosty. To tam czają się zieloni zabójcy. Najskuteczniejsi łowcy od milionów lat, którzy bez zmian – bo i po co – dotrwali w swojej pierwotnej formie do współczesności. Szczupaki – ryby, które mają paszczę jak kaczory i zagięte do wewnątrz ostre jak igły zęby. Jak coś złapią, już nie wypuszczają. Mają też dziwny układ trawienny – to praktycznie pustka na trzy czwarte ryby i pęcherz pławny. Byłoby super upolować wymiarową sztukę na kolację przy ognisku, ale to wcale nie jest takie oczywiste od czasu, gdy jacyś „geniusze” od zarybiania wpuścili do zalewu suma, a ten bez skrupułów zaczął pożerać wszystko, bez względu na okresy tarła. Podpływa i pożera pilnujące ikry bezbronne, zatroskane ryby.

Michał się przebudził. Przetarł twarz i oczy, zobaczył, że miotam wędką na tarasie przed oknami tratwy.

– Od dawna jesteś? – zapytał. Miał jeszcze lekką banię. Wezyr zataczał kręgi wokół nóg i łasił się, prosząc o czochranie grzbietu.

– No, ja jestem. A gdzie się podziała połowa Jasia? Wywędrowała sobie?

– Wiesz, Ben, miałeś rację z tym zakręcaniem. Faktycznie, nie dało się domknąć butelki. – Uśmiechnął się pokojowo. – Marian trochę pomógł, ale też nie dał rady...

Michał nie czuł się w żaden sposób zażenowany, przynajmniej tak wyglądał. A ja, uznając, że o wódę kopii kruszyć nie warto, spokojnie zapytałem, jaki jest plan na wieczór.

– U Bolka w barze jest dziś impreza. Lokalsi mają grać, więc może popłyniemy? Zdzichu Polak pytał o ciebie. Mówił, że miód kręcił i ma na zbyciu. Wie, że masz być u mnie na kei, więc pewnie u Bolka się zjawi i pogadacie o biznesach. A teraz to ja muszę się napić, żeby mi zwoje odpaliły.

– Dobra, Michał, to płyńmy, ale ty wiosłujesz.

– „Już nie mam sił” – zanucił fragment utworu Ryśka Riedla.

Odbiliśmy od kei. Odpuściłem Michałowi wiosłowanie, zakładając, że to on będzie dymał wiosłami w drodze od Bolka.

– Michał, jak to naprawdę było w czasie, gdy Rysiek jeszcze łapał się skarp, gdy nurt porywał go w stronę otchłani? Krążą ploty, że poprosił cię w szpitalu o „działkę”. Jak było?

– Jak Rysiek leżał w szpitalu, ja byłem na Wyspie Skalistej. W tym czasie nie ruszałem się stąd, więc odpowiedz sobie sam. Fakt, bywało, że dawaliśmy razem ostro w żyłę, ale dlatego rozstałem się z Dżemem. Ani oni, ani ja nie mieliśmy do siebie cierpliwości, i teraz ich bardziej rozumiem niż wtedy, gdy to się działo. Zapytaj Bastka, syna Ryśka, czy ma do mnie żal. Nie ma, bo nie ma o co. Właśnie zapowiada się, że przyjedzie. Może coś pogramy?

Resztę drogi milczeliśmy. Tylko rytmiczny plusk wioseł odpowiadał na wszystkie znaki zapytania.

U Bolka powoli gromadzili się wczasowicze z domków na brzegu i ci przyjezdni, którym bardzo pasował klimat tego baru – z Agnieszką i Bolkiem tworzącymi tak wyjątkową atmosferę, że chciało się wracać do ludzi i miejsca.

Zdzich i Jurek Polakowie czekali przy suto zastawionej kuflami ławie. Wieść gminna niesie, że jeszcze dziesięć – piętnaście lat wcześniej, gdy na imprezę wchodzili bracia Polakowie, zapadała cisza, i dopiero gdy weszli na pozytywną orbitę, impreza ponownie się zakręcała.

– Jak tam, Zdzich, pszczółki zapierdalały sobie? Ukręciłeś co nieco dla Kubusia Puchatka?

– Taaa, nawet nieźle, i spadzi naniosły, więc ile chcesz, tyle bierz. Mama ci wyda i z nią się rozlicz, bo mnie kasa dziwnie znika. Za dużo pokus.

Pogadaliśmy o planowanym kłusowaniu – nad wodą i w wodzie. Nakręciłem się na wypad o świcie z siecią i wstępnie się umówiliśmy. Nie o ryby mi chodziło, a o to uczucie „zbieracza łowcy” podczas polowania. Przygoda wymieszana z ryzykiem bycia przyłapanym. Powrót do korzeni, gdy zamiast strażników polowali na polujących inni polujący.

– Dalej chodzisz na skróty przez górę do Ustrzyk? Nie boisz się? Misia z młodym gdzieś tam krąży. Wiesz, jak misie biegają?

– To będzie biegła, ale uciekając przede mną. – Zdzich uśmiechnął się zawadiacko. – Ja to bym chciał spotkać misia, byłoby na ostro. Zawsze mam przy sobie „niespodziankę” na takie zdarzenie.

– Taaa, Zdzich, zaczynasz pieprzyć, że niby na misia polujesz? Michał przynajmniej ma w podłodze tratwy „werbel ratunku” – klapę do wody w razie odwiedzin misia, ale zastanawiam się, kto lepiej pływa, jakby co, i na ile miś byłby zdeterminowany, żeby gonić chudzielca. He, he, he...

– No, żartuję – ze śmiechem zamknął temat Zdzich.

W głośnych bitach z głośników i opowieściach o ludziach lasu upłynął wieczór. Wypiliśmy po kilka piw, bez szaleństwa. Kiedy wracaliśmy na keję, Michał zapytał, czy wezmę mu bębny na Śląsk, bo ma granie w Leśniczówce w Chorzowie. Zrobiło mi się sporo miejsca po udanych biznesach z bibliotekami, więc zgodziłem się na transport w myśl zasady: „Zrób coś też i ty dla rock and rolla”.

– Wiesz, Józef chce mnie odwiedzić z rodzinką, to znaczy z żoną i córkami. Chcą pobyć dwa tygodnie.

– Ten Józef? Mistrz Skrzek?

– Dokładnie ten. I wiesz, jest takie coś (ulubione powiedzonko Michała), że nie będę miał jak przywieźć bębnów na keję, a mamy popracować nad pewnymi koncepcjami brzmienia bieszczadzkiej ciszy na krótko przed zmierzchem, kiedy trele mieszają się z ostatnim krzykiem zasypiających ptaków. Zupełnie przez przypadek nie będziesz się wybierał w te strony w najbliższym czasie?

– A będę. Za dwa tygodnie biorę moje dziewczyny i przyjeżdżamy na trzy tygodnie tu, nad wodę. Mam wynajęty domek od Greli, wiesz, który?

– Jasne. A będziesz miał trochę miejsca? Ten Boxer wydaje się dość pojemny.

– Damy radę, Michaś. Muszę trochę ogarnąć brzeg, póki woda jest niska. Jakieś szkła w błocie i ogólnie ten syf, co został na brzegu po tak zwanych turystach, co to śmieci dla nich za ciężkie do zabrania z sobą po wypoczynku. Chcę, żeby moje dziewczynki mogły bezpiecznie biegać, bez niespodzianek ze szkła i stali. Mam kilka worków i jeśli mi pomożesz, to ja pomogę tobie. Pasuje?

– Mam lepszy pomysł. Są we wsi chłopaki, którym się nie przelewa. Wpadną i szybko ogarną otoczenie, a ty to do kontenera przy ośrodku koło Bolka i pozamiatane.

Siedzieliśmy na tratwie z Wezyrem przy nodze, z browarem w dłoni, a Michał – jak zawsze – nie mówił dużo. Spojrzał w stronę brzegu, gdzie dym z ogniska mieszał się z zapachem wody i starego drewna.

– Wiesz, Ben... czasem myślę, że to wszystko, co tu mamy, ta tratwa, te retorty, te rozmowy, to nie jest ucieczka. To jest powrót. Do siebie. Do tego, czego nie trzeba tłumaczyć.

Zamilkliśmy na chwilę.

– Jak Józef przyjedzie, to pogadamy o brzmieniu. Nie o nutach. O tym, co się dzieje między dźwiękami. Bo Bieszczady mają swój rytm, nie w metrum, tylko w pauzie niebędącej przerwą, a przestrzenią.

– Michał, a ty naprawdę myślisz, że da się to nagrać? Tę ciszę przed zmierzchem, ten moment, gdy ptaki milkną, a woda zaczyna mówić?

– Nie wiem, Ben. Ale wiem, że warto próbować. Bo jak się nie spróbuje, to zostaje tylko żal, że się nie usiadło z bębnami na brzegu, gdy świat jeszcze chciał słuchać. To co z bębnami? – zapytał raz jeszcze.

Zgodziłem się. Nie dlatego, że miałem miejsce w Boxerze, ale dlatego, że rock and roll to nie tylko scena. To gest mówiący: jestem z tobą, nawet jeśli nie gramy.

Michał wstał, przeciągnął się, spojrzał na niebo.

– Dziś nie będzie deszczu. Dziś będzie ogień. I może nawet jakiś tekst, który zostanie.

To był pierwszy takt w balladzie o człowieku, który nie chciał być legendą, ale stał się nią przez to, że był prawdziwy.

Opowieść popłynęła dalej – jak dym, jak rytm, jak wspomnienie, które nie gaśnie. A Bieszczady, jak zawsze, przyjęły ją w swoje echo.

Wieczór opadł na Zatokę Teleśnicką jak miękka kołdra. Michał siedział obok mnie, Wezyr spał przy naszych nogach, a woda odbijała ostatnie światło dnia. I wtedy zrozumiałem, że to nie był przypadek – ani retorty, ani tratwa, ani ten człowiek. To był początek drogi, która sama mnie znalazła. Kiedy tamtego dnia odbiliśmy od brzegu, wiedziałem jedno: to nie była zwykła znajomość. Noc przyszła powoli, jakby nie chciała przeszkadzać. Dym z ogniska mieszał się z ciszą, a woda niosła echo, którego jeszcze nie rozumiałem. Dopiero później pojąłem, że to nie ja znalazłem Michała. To echo jego życia znalazło mnie – i wybrało.

Dwa tygodnie ciszy i gwiazd

 

Niektóre spotkania zaczynają się nie od słów, lecz od światła na wodzie, od śmiechu dzieci, od ciszy przyjmującej człowieka jak dom. Są ludzie, którzy przyjeżdżają w Bieszczady na chwilę – i tacy, którzy przyjeżdżają po odpowiedź. A czasem odpowiedź przychodzi w postaci rodziny wnoszącej ze sobą muzykę, czułość i nowe życie na tratwie.

 

Dni ze słońcem, śpiewem ptactwa, nieruchomą taflą zalewu, gdzie czasem tylko chlapnęła większa ryba, która postanowiła zjeść mniejszą. Idealna harmonia NATURY. Nie dźwiękiem budzika zaczyna się dzień. Zaczyna się światłem, które nie spieszy się z wejściem. Sierpniowe przebudzenie dnia – z ptasim chórem, z taflą zalewu tak nieruchomą, że nawet czas się w niej przegląda, i ze specyficzną ciszą, niebędącą pustką, tylko przestrzenią dla dźwięku.

Spokojną toń zaburza rytmiczny chlupot wioseł – to Michał płynie do nas na proszone śniadanie. Wita się jak zawsze – uśmiechem i zwykłym „dzień dobry”. Ja odpowiadam parafrazą Ryśka: „Pewnie dobry to będzie dzień”.

Siadamy przy ławie z desek przed domkiem Greli. Na przeciwległym brzegu, w naturalnej niecce brzegowej – tratwa Michała. Jeszcze spowita mgłą, unoszoną przez słońce jak zasłona w teatrze. Jak w utworze Bastka Riedla Po co więcej: „...Weź mnie jak woda łagodną falą. Weź mnie jak słońce ciepłą rosę”. Na ławie: kawa, kanapki z konserwą, serem i pomidorem – na bogato jak na bieszczadzkie standardy. Michał pałaszuje ochoczo jak miś, który wie, że czas lata to szansa na uzbieranie zapasów tłuszczyku na chude miesiące, gdy jesienią i zimą nikt nie odwiedza tych stron – bo, o zgrozo, po co!!!

– On już jedzie w Bieszczad – mówi między kęsami. – Józef już w Sanoku. Za godzinę powinien być na wypale. Idę zrobić miejsce koło retort na auto, bo za chwilę będzie tłoczno. Pomożesz, Ben Benek? – Z uśmiechem zwrócił się do mnie ksywką, którą pewnego wieczoru, upaleni i napici, wymyśliliśmy, bo ja jestem Ben, ale także Benek, a Michał gra na „benbenku” – ha. I jeszcze ustaliliśmy bezdyskusyjnie, że pojutrze to takie jutro, ale dopiero po jutrze. Dobre było tamto zioło, bo zagrało na wesoło.

– Jasne, zjemy i działamy.

Marian, szef wypału, wskaże miejsce, a my tylko ogarniemy z ewentualnych przeszkadzajek. Idziemy na górę – to raptem dwieście kroków – wiem, bo nieraz liczyłem, gdy był czas ewakuacji znad wody, bo deszcz czy pora powrotu, a tu każdy krok to jazda na jednej łyżwie po lodowcu. Mogliby smar do łożysk robić z tego, co deszcz robił z bieszczadzką glebą.

Marian już odpalał załadowane piece. Przywitał nas jak zwykle przyjaźnie, bo to dobry człowiek jest i w zgodzie z utworem Ryśka: „...Kochać wszystkich ludzi i pokój z sobą nieść...”. Marian to osobna historia.

Józef wysiada z auta, z nim dwie dziewczynki, siedem i osiem lat, szczęśliwe, że już nie muszą pytać: „Tato, daleko jeszcze?”. Ten refren zaczyna się po oddaleniu o kilometr od domu i trwa z powtórzeniami godnymi kosmicznego pulsara. Z przodu wysiada żona Józefa, Alina – piękna kobiecą delikatnością i wrażliwością taką, że nawet motyle przysiadają w pobliżu. Dziewczynki to Karina i Luiza – rozbiegły się, goniąc motyle. Krzyknąłem do nich: „Księżniczki, patrzcie pod nóżki, proszę!”, ale raczej bezskutecznie. Dopiero Alina sprowadziła dziewczynki do względnego posłuszeństwa – wszak to dziki Bieszczad jest, z pięknem, ale i niespodziankami.

Michał przedstawia nas sobie, mówiąc, że jestem dobrym kolegą i wiem, jak postępować w tej dzikiej krainie. Pomagam znieść bagaże – auto to najnowszy model najbezpieczniejszego auta świata według wielu znawców, a mianowicie Volvo 850. Bagaży jest pod korek i cieszę się w duchu, że ostatni tydzień to była lampa i ścieżka jest sucha, a woda w zatoce ciepła jak zupa. Moje dziewczynki – Olga i Kasia – witają nieznajome i widzę, że w oczach już są plany wspólnej zabawy.

Postanawiamy niezobowiązująco z Józefem, że odwiedzimy ich na tratwie w wolnej chwili – no bo jakie tu są inne niż wolne... Michał w swój naturalny sposób dokonuje wprowadzenia do rzeczywistości najbliższych dni. Zapoznaje rodzinę Skrzeków ze wszystkimi (???) wygodami, ale i niewygodami tratwy i okolicy. To manifest życia na tratwie, gdzie wygoda to nie luksus, lecz świadome współistnienie. Jak przystało na gospodarza tej dzikiej enklawy, wita, ale i wtajemnicza w rytuał Bieszczadu – z humorem, czułością i szczyptą filozofii.

Józef przywiózł rozkładane prycze i koce do spania, bo miejsca stałe są tylko trzy, ale to w końcu wakacje. Michał objaśnia ważne rzeczy. Tłumaczy, że nie niszczymy pajęczyn w sufitowych kątach, bo to pułapki na muchy, a jedzenie wisi na sznurkach pod sufitem i lepiej dla wszystkich, żeby muchy nie przylatywały na śniadanie. Komarów nie ma – to jedyne takie miejsce w Polsce, gdzie przy tak wielkiej wodzie nie było chmar tego uprzykrzacza wypoczynku. A ogólnie powinno być okej, bo pogoda w sierpniu to zawsze słoneczny pewniak. Michał staje na środku tratwy, jakby to był pokład starego żaglowca, a nie drewniana konstrukcja na wodzie. Wzrok skupiony, głos spokojny, a w nim iskra przewodnika znającego każdy sęk w desce.

– No to witajcie, Skrzekowie, po drugiej stronie lustra. Tu się żyje inaczej. Nie lepiej, nie gorzej, po prostu inaczej. – Zaczyna od pokazania najważniejszych sprzętów: Kuchenka gazowa – działa, ale trzeba ją traktować z szacunkiem. Zbiornik na wodę – nie luksus, ale wystarczy na herbatę i zupę. Latarki – bo wieczór tu zapada nagle, jakby ktoś zgasił światło. Toaleta – „ekologiczna”, czyli z widokiem na gwiazdy.

Józef rozstawia prycze, koce układa z precyzją, jakby to był hotel z trzema gwiazdkami – gwiazdkami, które naprawdę widać nocą, ale przecież to wakacje, nie konferencja.

Michał powtarza, rozwiewając przerażenie w oczach Aliny:

– Pajęczyn w kątach nie ruszamy. To nasze pułapki. Pająki są ciche, skuteczne i nie narzekają.

Dzieci słuchają z szeroko otwartymi oczami, a Alina uśmiecha się, jakby właśnie odkryła nową definicję komfortu.

– Komarów nie ma? Serio? – upewnia się.

– Nie pytaj, dlaczego. Może magia, może wiatr, może po prostu Bieszczad wie, że tu się odpoczywa.

Dziewczynki się cieszą i mówią, że nie będzie trzeba się drapać. Gospodarz obiecuje świeżą rybę.

– Albo i nie. Zależy, czy będą chciały współpracować. – Ale nikt nie protestuje. Bo tu nie chodzi o menu, a o bycie razem, w rytmie tratwy. – Pogoda w sierpniu – przypomina – zawsze okej. Nawet jak pada, to tylko po to, żeby potem było jeszcze piękniej. To mój niepisany kodeks tratwy, gdzie każdy wie, że wygoda to nie miękki materac, ale świadomość, że jesteś częścią czegoś większego.

Alina wzięła sporo atrybutów mądrej edukacji pozaszkolnej – niemniej woda wokoło to pokusa. Józef – widząc perspektywę lekkiej nudy dla dziewczynek, proponuje, aby ściągnąć moją Olgę i Kasię już nazajutrz – do wspólnej zabawy dla wypełnienia czasu, a i nauki o podstawach zachowania w dzikim lesie.

Michał dzwoni z zapytaniem, czy nie chcielibyśmy pobyć na tratwie. Zgadzam się bez wahania. Bo wiem, że swobodne dzieci to szczęśliwe dzieci, a tratwa to teren doświadczalny dla wyobraźni. Ustalamy, że jutro wpadniemy, bo dziś już zaplanowane – zakupy i takie tam. Pytam, czy coś im kupić po ich wstępnym rozeznaniu warunków na tratwie, ale nie, dziękują, a Michał nawet o browara nie prosi, bo to specjalni goście, więc trzeźwość to podstawa.

Michał z Józefem siedzieli do późna na pomoście przed keją – słuchając nocy i patrząc w gwiazdy, które właśnie tu, nad Zatoką Teleśnicką, wlewają się potokiem i przeglądają w lustrze wody. To jest „wielki spektakl na niebie” i śmiało można dołączyć do tego utworu wokalizę Pink Floyd. Gwiazd jest tyle, że zlewają się w Drogę Mleczną właśnie w całkowitym mroku, a Józef – którego zachwyca firmament nad głową – nuci, „aby wszystkiego nauczyć się na pamięć”.

– Wiesz, Józef – mówi Michał – czasem mam wrażenie, że najwięcej dzieje się wtedy, gdy nic się nie dzieje.

– To jak z muzyką. Pauza jest równie ważna jak dźwięk. Poznałem mądrego człowieka na którymś ze spotkań u wojewody – powiedział Józef. – To doktor Marek Krzystanek. Wrzucił mi kilka zdań, a one do dziś wibrują w mojej wyobraźni. Na przykład: „Tajemnica szczęśliwego życia tkwi w psychice – w tym, jak odbieramy rzeczywistość, jakimi emocjonalnymi filtrami się posługujemy”.

Michał dodaje:

– I te filtry trzeba czasem przemyć. Jak okulary po deszczu.

– „Klucz do dobrostanu leży w naszych rękach – możemy pracować nad tym, jak myślimy, czujemy, reagujemy”. Dlatego tu jesteśmy. Bo Bieszczad nie daje gotowych odpowiedzi. Ale uczy, jak je znaleźć w sobie. „Zdrowie psychiczne to nie tylko brak choroby – to zdolność do samoregulacji, do świadomego życia”. I do ciszy. Bo jak człowiek nie potrafi być w ciszy, to znaczy, że jeszcze nie zna siebie. To o tobie, Misiek – mówi Józef, patrząc w wodę pełną odbitego od gwiazd światła.

Jeszcze chwilę trwa burza mózgów, aż Michał przynosi z domku pudełko z diodami. Uruchamia rejestrator. Chce zatrzymać chwilę, w której dwóch mężczyzn mówi o tym, jak żyć świadomie, spokojnie, prawdziwie.

– To będzie zapis nie tylko tej nocy – mówi Michał. – To będzie partytura do nowej płyty, która we mnie od wielu lat dojrzewa.

Kolejny dzień jest kontynuacją symfonii, której pierwsze nuty zagrały gwiazdy, a teraz przejmują je dzieci, woda i czułość ludzi wiedzących, że nauka to nie teoria, tylko obecność. Michał i Józef – dwaj mistrzowie ciszy – spędzili noc jak filozofowie. Zapowiada się szkoła życia w wersji bieszczadzkiej, gdzie lekcje odbywają się wśród trzcin, a podręcznikami są kijek, kamień i ślad łapy w błocie.

Dziewczynki – Karina, Luiza, Olga i Kasia – zaczynają swój własny rozdział, a Alina z mądrością i czułością prowadzi je przez świat, który nie ma dzwonka na przerwę. Alina rozkłada swój arsenał edukacyjny: lupy, zeszyty z grubym papierem, kredki, książki o roślinach, owadach i ptakach, i coś, co wygląda jak zestaw dla małego biologa – ale w rękach Aliny to klucz do świata niemieszczącego się w klasie. Jej podopieczne najpierw zerkają nieśmiało, ale woda wokoło i zew człowieczy do zanurzenia się robi swoje – kredki zostają na kocu, a stopy już chlupoczą w zatoce. Dziewczynki zaczynają zabawę: budują tratwę z patyków, uczą się rozpoznawać liście, rysują laurkę dla lasu na korze brzozy – serduszko i słońce. Alina tłumaczy, że każdy owad ma swoją rolę, nawet ten wyglądający jak śmieszny robal.

– Ten na przykład – wskazuje ilustrację – pomaga sprzątać liście.

Olga i Kasia wtapiają się w ten świat, jakby znały go od zawsze. Karina i Luiza się śmieją.

– Abrakadabra! – woła Karina.

– Patrz, jezioro to brama! – dodaje Luiza, chlapiąc wodą.

– Ja też chcę przejść! – wykrzykuje Olga, podskakując.

– Ale fajnie! – Kasia klaszcze w dłonie, gdy kijek staje się magiczną różdżką, a tafla jeziora – portalem do innego wymiaru.

Uczą się, jak rozpoznać tropy zwierząt. Jak słuchać lasu, a nie tylko patrzeć. Że pajęczyna to nie przeszkoda, tylko architektura, że woda nie jest jedynie do chlapania, a małe istotki to życie, które trzeba szanować. Alina tłumaczy, że każdy liść ma swoją historię, a Michał pokazuje, jak rozpalić ognisko bez pośpiechu, bo ogień to nie tylko ciepło – to rytuał. Józef siedzi z boku z przymkniętymi oczyma, patrzy na dzieci i nuci coś – może nową melodię, może starą modlitwę.

Wieczorem Michał i Józef zaczynają cicho grać – dla gwiazd, dla wody, dla tych, którzy słuchają nawet we śnie?

Kolejny dzień. Wyjmuję z torby dmuchane pływaczki na korpus i rączki – wiem od wczoraj, że dziewczynki nie boją się wody, ale pływanie to jeszcze nie ten etap. Pytające spojrzenie w kierunku rodziców wskazujące na ekwipunek, żeby w razie odmowy nie było rozczarowania. Józef i Alina spoglądają na siebie i po chwili jest decyzja. Proszą, aby bardzo, ale to bardzo ostrożnie rozpocząć naukę. Nie dlatego, że się boją. Dlatego, że szanują wodę. Moje dziewczynki ubierają nowe koleżanki w kapoki i pływaczki na rączki.

Do wody wchodzimy od strony łagodnego brzegu. Czekam już na swoje i Józefowe dzieci. Cała oktawa pisków, gdy dziewczynki tracą grunt pod stopami, ale trzymam je pewnie za rączki, lekko unosząc nad powierzchnią. Moje dziewczynki są jak rybki w wodzie – już od kilku lat potrafią pływać i nie wymagają asekuracji, choć nie tracę uważności.

Na pomoście Alina, Józef i Michał, w każdej chwili gotowi na reakcję. Stoję na dnie – pewnie – powolutku puszczając asekuracyjne dłonie, żeby dziewczynki zostały tylko z wodą. Chwila jest arcyważna, bo od niej zależy wiara w to, że się uda. Zachłyśnięcie byłoby katastrofą, ale ja wiem, bo widzę i dobrze znam zasady, że skoro ludzkie ciało jest fizycznie lżejsze od wody, utrzyma się na niej. A jeśli ciało człowieka jest wsparte wypornością kapoka i dmuchańców, to niemożliwe jest pójście pod wodę, nawet pomimo usilnych starań.

Dziś to dzieci Józefa i Aliny mają swój pierwszy raz. Moje dziewczynki też w wodzie, ale w tej chwili to nie one są bohaterkami. Podpowiadają koleżankom – nie z obowiązku, ale w geście przyjaźni. Alina woła dziewczynki – przerwa na odpoczynek i ogrzanie na słońcu. Wszystkie cztery są po chwili gotowe do ponownego zanurzenia i zabawy. Ja już czekam – stoję pewnie, przygotowany na każdą reakcję. Kolejny raz salwa pisków poza skalą. Trzymam Karinę i Luizę za rączki, unosząc lekko nad powierzchnią, by dać im poczucie bezpieczeństwa. Powoli puszczam asekuracyjne dłonie. Zostają same z wodą. To chwila przełomowa. Obracam utrzymujące się na wodzie dziewczynki wokół własnej osi. One pływają, poruszając aktywnie nóżkami, jak prosiłem. Oddechy są łapczywe, jakby w obawie, że woda się podniesie do ust, ale nic takiego się nie dzieje.

Po piętnastu minutach zabawy wychodzimy z wody. Dziewczynki Aliny i Józefa zachwycone, moje z lekkim poczuciem dumy, że one mają ten etap dawno za sobą. A dorośli z pomostu uspokojeni, ale i wdzięczni. Wracamy na swój brzeg – z obietnicą, że jutro wrócimy. Zostawiamy kapoki na tratwie, bo a nuż Michał postanowi popływać z dziewczynkami.

Michał i Józef siedzą na pomoście, patrząc w gwiazdy, słuchając ciszy, która jest pełna dźwięków. To czas nie tylko muzyki, ale i refleksji, jakiej nie da się przeżyć w hałasie codzienności. W tej scenerii tworzy się mentalny przewodnik dla tych, którzy potrafią wsłuchać się w siebie. Michał trzyma nogi w wodzie. Nad głowami grają gwiazdy i myśli.

– Wiesz, Józef – mówi Michał – lubię przebywać wśród tych, którzy nie boją się ciszy.

Józef kiwa głową.

– Myślę o płycie, takim Notatniku z pomostu. Której można by słuchać w chwilach, gdy człowiek chce się zatrzymać.

Alina siedziała kilka kroków dalej z kubkiem herbaty z mięty. Patrzyła na Luizę i Karinę, jakby chciała zapamiętać każdą ich emocję. Nie mówiła nic, ale jej oczy mówiły wszystko: „To był ich moment. Ich przejście. Ich siła”. Józef jakby szukał słów w innym wymiarze, spojrzał na dziewczynki, potem na Alinę, i tylko skinął głową – jakby potwierdzał, że dzieje się coś ważnego.

Wieczorem, gdy ognisko już trzaskało, a zapach dymu mieszał się z zapachem mokrych włosów, Luiza i Karina usiadły blisko siebie. Dzieci opowiadały o minionym dniu. Nikt nie przerywał. Bo to nie była zwykła opowieść, tylko świadectwo odwagi. Alina uśmiechnęła się cicho. Józef zagrał kilka nut – muzykę, która pasowała do ich nastroju.

 

Po tygodniu ćwiczeń i kolejnego zdejmowania kapoków z sióstr następuje ten moment, gdy pozostaje prawda wody i prawda tygodnia nauki. Dorośli kolejny raz skupieni na krawędzi pomostu. Moje dziewczynki pływające kilka metrów od tratwy – jakby poświadczając, że się da!!! Tłumaczę dziewczynkom, że to będzie próba i że będę tuż obok, więc są bezpieczne. Robimy próbę na płytkiej wodzie – mnie sięgającej trochę powyżej pasa. Płytka. Ale wystarczająca, by zanurzyć strach i wynurzyć odwagę. Rodzice i Michał wiedzą, co się wydarzy. Biorę Luizę jako pierwszą, Karina czeka na brzegu. Układam plecy i głowę Luizy na lewym ramieniu. Mam dłoń jak wiosło, więc praktycznie tworzę podparcie pod całe plecy dziecka, a potem drugą ręką unoszę uda, tuż ponad kolanami, i mówię:

– Teraz machaj, jakbyś uciekała przed dużym misiem.

Luiza uśmiecha się i macha nóżkami, jakby faktycznie to był sprint. Proszę, żeby wciągnęła dużo powietrza i zatrzymała się na chwilę. Luiza spełnia prośbę, a ja nadaję jej ciału ruch w stronę brzegu, asekurując, ale już bez dotyku, patrząc, czy wszystko okej. Luiza, chlapiąc jak fontanna przed kasynem w Nevadzie, płynie – pierwszy metr, potem drugi.

Mówię:

– Wypuść powietrze i natychmiast wciągnij świeże!

Luiza łapczywie bierze wdech, a ja przez chwilę wspieram plecy dla utrzymania pływalności ciała. Udaje się – Luiza dopływa do płytkiej wody, w której już czeka Karina. Jest dumna jak królowa w chwili koronacji. Teraz i Karina przechodzi swoją inicjację i także z pełnym sukcesem. Mówię dziewczynkom, że kiedy włączą ramiona i dłonie w ruch nóżek, to i w pionie utrzymają się na wodzie i popłyną, dokąd będą chciały. Muszą tylko pamiętać o oddychaniu i utrzymywaniu powietrza w płucach. Pokazuję im, jak to robią pieski, kręcąc młynka przed sobą i wzbijając fontanny napowietrzonej wody.

Pytające spojrzenie w stronę Aliny i Józefa – mam zgodę. Więc po kolei na głębszą wodę – dziewczynki podekscytowane, ale gotowe na wyzwanie. I znowu sukces – pełna asekuracja, ale już zbędna w tym momencie. dziewczynki oswoiły się z myślą, że woda i one to jedno i nie trzeba się bać. Spojrzenia dorosłych – ulga. To był chrzest odwagi – w ruchu, w oddechu, w spojrzeniu. Ja się zastanawiam, czyjej bardziej – czy tych w wodzie, czy tych na pomoście. Widzę dumę na twarzach rodziców. Alina pewnie już układa tekst: „Nie ma nic nadzwyczajnego...”. Ale przecież jest. Józef milczy. Lecz w jego oczach już rodzi się melodia, która w bieszczadzkiej ciszy odnajdzie partyturę. Mistrz Józef opowie ową w dźwiękach, które w ciszy Bieszczadu po raz pierwszy zabrzmią pod sklepieniem migoczącej Drogi Mlecznej.

Przy wieczornym ognisku wrażenia dziewczynek – ważne, bo to właśnie one zapisują się najgłębiej. I skoro przed nimi jeszcze tydzień wakacji, to ten wieczór po inicjacji jest jak punkt zwrotny. Dzieci siedzą blisko siebie, mokre włosy schną w cieple płomienia. W oczach – iskry dnia, który był jak pierwszy lot. Luiza macha nogami, jakby wciąż była w wodzie.

– Myślałam, że będzie strasznie... Ale było super! Jakbym była łódką i woda mnie nosiła!

Karina chichocze obok:

– Ja się bałam, że pójdę na dno. A potem... woda mnie podniosła! Jak huśtawka!

Karina dodaje:

– Bałam się, że nie dam rady. Ale... jak zanurzyłam się cała, pomyślałam, że jestem rybką.

Obie patrzą na siebie, oczy im błyszczą.

– Już się nie boję! – mówi Luiza.

– Ja też nie! – odpowiada Karina. – Teraz jesteśmy siostry rybki!

Olga i Kasia słuchają z uśmiechem. Nie z wyższością, lecz z dumą, że młodsze koleżanki przeszły przez coś ważnego. Dorośli słuchają. Alina siedzi z kubkiem herbaty, patrzy na dziewczynki. W jej oczach widać wdzięczność za ten dzień. Józef milczy – rejestruje każdy dźwięk wiatru i plusk wody. Jakby już słyszał melodię, która opowie to wszystko bez słów. Michał siedzi na pomoście, patrzy w wodę i mówi cicho:

– Dziewczynki zaliczyły przejście z wakacyjnej przygody do rytuału wtajemniczenia. Nie tylko w pływanie, ale w świadomość miejsca, czasu i siebie nawzajem. To już nie tylko zabawa. To nauka, która zostaje w duszy. Tak to widzę.

Jeszcze tydzień przed nimi. Ale już wiadomo, że to nie będą wakacje w czterech ścianach, bo one nie mają sufitu – nad nimi jest niebo. Smażą się kiełbaski na patykach. Dziewczynki zajęte rozmowami o wrażeniach z wody. Dorośli milczą, a Józef zapisuje nutami krajobraz. To tło dla nagrań bębnów Michała. Dźwięki: trzask ognia, śmiech dzieci, cichy plusk wody, oddech lasu i ten jeden moment, gdy wszyscy milkną, bo nad nimi rozsypuje się niebo. Tratwa zasypia, ale strażnicy dźwięków wychodzą na łowy. Michał mówi:

– To początek płyty, którą planuję od piętnastu lat. Świadectwo, że byliśmy tu razem. Że jesteśmy częścią czegoś większego. Płyta będzie miała tytuł: Szepty ciszy. Albo Wolność?

Józef dodaje cicho:

– Gwiazdy nie są daleko, są w nas. W każdym, kto odważył się wejść do wody, spojrzeć w niebo i powiedzieć: „Chcę się nauczyć”. – Spojrzał wymownie w stronę śpiących córek.

Nadszedł dzień wyjazdu Aliny i Józefa. Alina na pożegnanie dała Michałowi szkic teleśnickich brzegów w cieniu odbitych wzgórz. Michał powiesił go w kei na belce – dziękując Alinie. Zapakowali się do łodzi i Michał jak Charon przewozi gości – nie przez Styks, ale na stronę życia. Tego codziennego, bez symfonii gwiazd i treli ptaków. Józef staje przede mną – wyciąga dłoń w geście pożegnania. Mówi, że zdobyłem zaufanie całej czwórki i za ten czas chce mi podziękować. Tylko jak – widzi, że nie piję alkoholu, a to byłoby najprostsze. Ma w samochodzie płyty, więc żebym wybrał coś dla siebie, a on napisze dedykację. Wybieram płytę z utworem, który od zawsze „ryje mi beret” – Z miłości jestem... Józef zapisuje słowa: „Benowi – za czas, który był jak muzyka: pełen harmonii, pauz i pięknych dysonansów”. Wręcza mi płytę.

Na wypale machamy z Olgą, Kasią i Michałem za odjeżdżającymi w Volvo. Gdy auto zniknęło za zakrętem, a echo pożegnania ucichło, tratwa znów stała się cicha. Jednak była to cisza pamiętająca śmiech dzieci, rozmowy przy gwiazdach i pierwsze zanurzenia w odwadze. Michał spojrzał na szkic Aliny, który zabrał, żeby pokazać Marianowi, i powiedział tylko jedno:

– Zostawili tu światło. I dobrze.

I wtedy pojąłem, że te dwa tygodnie to nie był zwykły czas, ale fragment partytury, którą pisze samo życie – a my tylko uczymy się jej słuchać. Powolutku, jak po opadnięciu kurtyny po spektaklu, choć echo spektaklu trwa.

Schodzimy z wypału ku wodzie.

– Michał, jak wytrzymałeś na sucho przez te dwa tygodnie? – pytam.

Michał się uśmiecha. Patrzy w przestrzeń drugiego brzegu.

– To było pijaństwo, Benek. Ale nie zanurzałem się w alkoholu. W dźwiękach, w rozmowach. W tym, co się działo pomiędzy. To była największa bania, większa niż najostrzejsze picie. Jak rejestr na najczulszym mikrofonie, wśród dźwięków i rozmów, które na koniec okazywały się ciszą. Tak rozmawiają ci, co rozumieją ciszę.

Woda w zatoce milczy. Ale w tej ciszy jest wszystko: śmiech dziewczynek, głos Aliny, klawisze Józefa. I to jedno zdanie: „Z miłości jestem...”.

Góra, która wybrała pierwsza

 

 

 

 

Nie każda ziemia czeka na właściciela. Są miejsca wybierające człowieka dopiero wtedy, gdy widzą, że potrafi słuchać. Zakup góry w Teleśnicy nie był transakcją, lecz powołaniem, które przyszło w ciszy, w zaufaniu i w rytmie Bieszczadu.

 

W Teleśnicy lato pachniało jak zawsze – wodą, trawą i ciszą. Ta cisza była przyzwoleniem na bycie sobą. Sprzątałem brzeg zatoki. Dla rodziny, byśmy mogli wypoczywać w czystej, bezpiecznej naturze. Worki, rękawice, śmieci po „wypoczynku” – wszystko jechało ze mną busem do kontenera przy cmentarzu w Łobozewie. Lata mijały, a śmieci nie znikały. Ale fama rosła.

Któregoś dnia przyszedł do domku starszy człowiek – Władysław. Mówi, że słyszał o mnie od Michała i innych ludzi we wsi. Wie, że dbam o środowisko. A on ma do sprzedania osiem hektarów ziemi. I chciałby, żeby trafiły w dobre ręce. Pytam:

– Gdzie ta ziemia? Czy to jakieś skarpy? Ile ma kosztować?

Odpowiedzi – zaskakujące. Ziemia to pagórek we wsi, prawie płaska łąka. Dojazd kiepski, ale jest. Cena? Szesnaście tysięcy złotych. Był 1998 rok. Ziemia rolna nie była droga, ale to było w Bieszczadzie – okazja.

Umówiliśmy się na następny poranek. Władek pojawił się punkt dziesiąta. Pojechaliśmy. Ziemia leżała ponad sklepem Stefanii, w centrum wsi. Z południowo-zachodnią wystawą terenu. Piękna i łagodna – jak rasowa klacz arabska. Pytam raz jeszcze o cenę. A tu nagle zmiana. Władek był rano w gminie w Ustrzykach. Tam mu powiedziano, że metr ziemi to nie dwadzieścia, a czterdzieści groszy. Nowa cena: trzydzieści dwa tysiące. Patrzę na niego i mówię:

– Władek, weź tę górkę i upchnij sobie w d... Bo tak się nie robi. Dziękuję za spieprzony poranek w czasie wakacji.

Wróciłem nad wodę, potem do domu. Zacząłem budować chałupę w Mikołowie. Któregoś dnia dzwoni Michał. Mówi, że Władek chce pogadać.

– Nie mamy o czym – mówię.

Ale Michał się upiera:

– To dobry dil ma być.

Okej. Mówię, że będę za tydzień na tratwie. Niech podjedzie na wypał, pogadamy.

Siedzimy z Miśkiem na tratwie. Whisky sączy się leniwie. Woda milczy, las oddycha. A my – dwaj kompani – chłoniemy ciszę niepotrzebującą słów. I nagle – jakby ktoś włączył megafon w sercu puszczy – z leśnej granicy wychodzi Władysław. Krzyczy. Jakby chciał spłoszyć wszystko, co żywe w tych lasach. Płynę po niego. Biorę go na tratwę. Gadamy. Władek zgadza się na dwadzieścia tysięcy. A gdy mówię, że teraz nie mam kasy, stwierdza, że poczeka.

Michał siedzi obok. Świadek. Cichy, ale czujny. Wypłacam Władkowi dwa tysiące zaliczki. A on, jakby to była przysięga z czasów Piasta, mówi, że do maja przyszłego roku czeka. Jeśli zrezygnuję – zaliczka przepada. Nie ma papierów ani paragrafów. Jest uściśnięta dłoń, jest świadek, jest staropolska umowa. Michał przybija nasze dłonie. Uśmiech. Whisky. I góra, która jeszcze nie wie, że stanie się częścią mojej historii. Ta transakcja to przyjęcie do grona opiekunów Ziemi.

 

Góra, która mnie wybrała

Maj przyszedł jak zwykle – zielony, pachnący, z obietnicą w powietrzu. Władek dotrzymał słowa. Michał znów był obok. Formalności załatwione. Pieczątki, podpisy, urzędowe „tak”. Ale to nie one miały znaczenie. Bo gdy stanąłem na tej górze – tej łagodnej, południowo-wschodniej strażniczce wsi – poczułem, że to nie ja ją kupiłem. To ona mnie wybrała.

Michał mówi:

– Stałeś się właścicielem pięknego fragmentu planety. Nie tylko ziemi. Nie tylko trawy, drzew, kamieni. Ale przestrzeni, która od tej pory będzie twoją odpowiedzialnością. Twoim azylem. Punktem odniesienia.

Góra nie pytała o plany. Nie oczekiwała inwestycji. Ona po prostu była. I czekała. A ja – z tratwą, z whiskaczem, z Michałem jako świadkiem – stałem się jej gospodarzem. Nie królem ani właścicielem w sensie paragrafów. Tylko człowiekiem, który będzie jej słuchać.

 

Góra z własnym akordem

Zaraz po wyjściu od notariusza – papier w ręku, ale dusza już na wzgórzu – kupiłem dwunastoletnią whisky. Dla podkreślenia znaczenia. Na wzgórze wjechała kapela ze Śląska: Jurek Kawalec, Andrzej Urny, Krzysztof Głuch i Rafał „Dziadek” Rękosiewicz. Nie przyjechali grać, tylko uczcić. Gratulacje, śmiech, toast. A potem jakby ktoś uderzył w strunę czekającą od wieków.

Rafał mówi:

– Benie... Każdy człowiek powinien mieć swoją górę. Ty masz tę. A ona ma ciebie.

Zapadła cisza. Góra nie była już tylko ziemią. Była sceną, świątynią, domem dla dźwięków i myśli.

Muzycy rozłożyli się na trawie. Whisky krążyła jak opowieść. A ja – z nimi, wśród nich, dzięki nim – poczułem, że to nie ja ją zdobyłem. To ona mnie przyjęła.

Rafał „Dziadek”:

– Wiesz, Benie... my mamy swoje wyspy. Ja mam Hammonda, Jurek ma bas, Andrzej gitarę, Krzysiek klawisze. Ale ty... ty masz górę. I ona ma ciebie.

Ja (z uśmiechem): – Ja mam osiemdziesiąt tysięcy metrów źdźbeł trawy. I każde z nich wie, że jestem tu nie po to, żeby je kosić, tylko żeby słuchać.

Jurek Kawalec (patrząc w dal): – To jest jak bas, nie musi być głośny. Ale jak go zabraknie, wszystko się sypie.

Krzysiek Głuch (z zamyśleniem): – Miejsce to nie tylko ziemia. To tonacja, w której człowiek się stroi. Ty się zestroiłeś z tą górą, Benek. I ona gra z tobą.

Andrzej Urny (z butelką w ręku): – Ja mam studio w piwnicy. Ale jak tu stoję, to czuję, że to jest studio bez ścian. I że dźwięk tu się nie odbija – tylko rozchodzi.

Ja (patrząc na nich wszystkich): – Może to nie ja ją wybrałem. Może to ona mnie zawołała. A wy jesteście świadkami, że odpowiedziałem.

Misiek to łącznik – między mną a wsią, między muzyką a codziennością, między górą a tymi, którzy ją znają od dziecka. Nie gra na instrumencie, ale stroi relacje. W tonacji ciszy.

Michał (patrząc na wszystkich, spokojnie): – Wiecie co... Ja nie mam wyspy z dźwięków, ale mam ścieżki prowadzące do ludzi.

Ja (z uśmiechem): – Ty jesteś jak przewodnik po mapie, której nikt nie rysował, ale wszyscy według niej chodzą.

Michał (kiwając głową): – Góra to punkt styku. Ty ją masz, ale ona może być też dla innych.

Rafał (z uznaniem): – Michał, ty jesteś jak cisza między nutami. Bez ciebie melodia się sypie.

Michał (półgłosem): – Wiesz, Benek... Ludzie ze wsi pytają, czy mogą dzierżawić łąkę. Dla bydła. Dla siana. Nie chcą jej mieć. Chcą z nią współżyć.

Ja (zamyślony): – To dobrze. Góra nie chce być samotna. Nie po to mnie wybrała, żebym ją ogrodził, tylko żebym otworzył.

Michał (z uśmiechem): – To pogadamy z nimi. Ale najpierw... – Jeszcze jeden łyk whisky. – Za górę, która ma gospodarza. I za gospodarza mającego górę.

 

Sklep u Stefanii i dzierżawa za pasztet

Idziemy z Michałem do sklepu u Stefanii. Zimą to jego miejsce wpisów – zeszyt, rozmowa przy piecu. Siczka i ja wpadamy, żeby wyrównać rachunki. Zwykła sprawa. Ale w Bieszczadzie zwykłe sprawy mają niezwykłe tło. Michał wskazuje mi parę młodych ludzi. Stąd. Z wioski. Witają się, jakbyśmy byli dziedzicami, a oni parobkami. Poddanie w gestach, w tonie – zupełnie nieuzasadnione. Bo tu nie ma pańskich – są ludzie, którzy wiedzą, że ziemia to wspólna sprawa. Pytają o dzierżawę. O to, ile bym chciał za łąkę. Patrzę na Michała, potem na nich, i mówię:

– Ja mam górę, ale Michał ma zimę. Jeśli jakaś świnka zakończy żywot przed świętami... To może jakiś smalec. Może pasztet. Może coś, co rozgrzeje człowieka, który grał dla ciszy.

Michał się uśmiecha. Nie mówi nic. Młodzi kiwają głowami. Nie pytają więcej, bo zrozumieli, że umowa została zawarta. Nie na papierze. W spojrzeniu, zaufaniu, w świadomości, że góra nie jest na sprzedaż, ale może być wspólna.

Kiedy młodzi ze wsi skinęli głowami, a Michał tylko uśmiechnął się pod nosem, zrozumiałem jedno: ta góra była po to, żeby ją dzielić.

Wieczorem, kiedy wróciłem na wzgórze, trawa szumiała, jakby mówiła coś do mnie – nie głośno, nie natarczywie, tylko tak, jak mówi się do kogoś, kogo się przyjęło. I wtedy już wiedziałem, że ta góra nie jest moją własnością, a moim zadaniem. A ja – tylko jednym z jej strażników, wpisanym w jej tonację jak nuta w partyturę świata.

 

 

 

Strażnik ognia na lodzie

 

 

 

 

Zima w Teleśnicy nie pyta, czy jesteś gotów.Ona przychodzi bez litości, bez świadków, bez muzyki.Na tratwie ogień w piecu nie jest symbolem, a życiem. A czuwanie – jedyną formą modlitwy.