Biegiem przez USA. Niezwykła historia polskiego Forresta Gumpa - Tomasz Sobania,Adrian Kowarzyk - ebook
NOWOŚĆ

Biegiem przez USA. Niezwykła historia polskiego Forresta Gumpa ebook

Tomasz Sobania, Adrian Kowarzyk

0,0

Opis

Jeśli biegniesz po marzenia, nie zatrzymuj się

Zaczęło się niepozornie. Skończyło na przebiegnięciu Stanów Zjednoczonych.

Tomasz Sobania, biegacz ekstremalny z małego śląskiego miasteczka, wkręcił się w ten sport przypadkiem, bo często musiał gonić uciekający pociąg do szkoły. Dziś nazywany jest polskim Forrestem Gumpem.

Uwierzył w coś, co dla innych było czystym szaleństwem i najpierw przemierzył Polskę, potem Europę, aż w końcu przebiegł wszerz całe USA. W ciągu 139 dni pokonał 125 maratonów, walcząc z kontuzjami, zmęczeniem, pogodą oraz… własnymi demonami.

Ta książka to szczera opowieść o jego zmaganiach, determinacji, pragnieniach i bolesnych upadkach. Historia, która pokazuje, że nie ma rzeczy niemożliwych, a człowiek niesiony wiarą w sukces może osiągnąć więcej, niż myśli.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 278

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Adrian KowarzykTomasz Sobania

Biegiem przez USA

Niezwykła historia polskiego Forresta Gumpa

PROLOG

Nigdy się nie poddałem.

Do tego momentu nie złamało mnie nic, co napotkałem podczas wypraw po Europie. Przetrwałem kontuzje, złą pogodę, dzikie zwierzęta, zmęczenie, brak poczucia sensu, problemy z ekipą, fizjoterapeutę-alkoholika. Potrafiłem zorganizować setki tysięcy złotych na moje wyjazdy, zaplanować logistykę i dopiąć swego, choćby cel był odległy nawet o trzy tysiące sześćset kilometrów od linii startu.

Ale w USA było inaczej. Ten bieg od początku wymagał ode mnie więcej niż wszystkie dotychczasowe razem wzięte. Musiałem udźwignąć presję, którą wywierali na mnie ludzie dookoła (a może przede wszystkim ja sam), poradzić sobie z bieganiem dystansu maratońskiego dziennie, być odpowiedzialnym za najmniejszą pierdołę i jeszcze nakręcić film dokumentalny we współpracy z iście hollywoodzką ekipą filmową – to było ponad siły jednego człowieka.

I oto mijał trzeci miesiąc wyprawy. Byłem w okolicach Amarillo w Teksasie. Dopiero co zostawiłem za sobą słynną Route 66 i odbiłem w stronę Roswell – światowej stolicy UFO w Nowym Meksyku. Otaczały mnie rozległe pola, na których niewiele rosło – krajobraz rodem z westernów. Od rana czułem ciężar prawie dziewięćdziesięciu dni bezustannej walki i tysięcy momentów, w których zastanawiałem się, czy na koniec okaże się, że było warto.

Byłem coraz bardziej przytłoczony, nie wiedziałem, skąd mam wziąć siłę na jeszcze półtora miesiąca walki. Do celu – mety w Los Angeles – zostało mi ponad półtora tysiąca kilometrów. To tak, jakby przebiec przez całą Polskę, tam i z powrotem. Mijała godzina za godziną, a mój stan psychiczny tylko się pogarszał. Kiedy dobiegłem do trzydziestego piątego kilometra, wydarzyło się coś, czego nigdy bym się nie spodziewał.

Pierwszy raz w życiu się poddałem.

„To nie jest historia o bieganiu.

To historia o tym,

że człowiek może więcej, niż mu się wydaje”.

PRZEDMOWA

To ja. Tomek Sobania. Gość, który przebiegł przez USA.

Dzisiaj mam dwadzieścia siedem lat. Ta książka ma uchwycić właśnie ten moment mojego życia – po dziesięciu latach wypraw w Europie i USA. Jeśli więc bierzesz ją do ręki, przygotuj się na ostrą jazdę bez trzymanki. To nie będzie zwykła opowieść, bo ja nie jestem zwykły.

Jestem marzycielem, jestem sportowcem, jestem człowiekiem, któremu ciągle mało. Za dziesięć lat może już trochę ostygnę i nie będę tak głodny sukcesów jak teraz, więc to chyba dobry moment, żeby podsumować dotychczasowe wyprawy i przelać to na papier.

Znajdziesz tu opowieść o biegu przez USA, ale też skróconą historię poprzednich biegów, a nawet moich początków, kiedy nic jeszcze o bieganiu nie wiedziałem, a jedynie miałem poczucie, że nie chcę żyć jak wszyscy.

Sam jestem ciekaw, co z tego wyjdzie. Czego dowiem się o sobie podczas prac nad tą książką? Jak Ty ją odbierzesz? Czy zostawię po sobie wrażenie zadufanego w sobie czy może wyjątkowo szlachetnego?

Jedno wiem na pewno – nie będę tutaj udawał kogoś, kim nie jestem. Razem z Adrianem Kowarzykiem, z którym pracujemy nad tą książką, chcemy jak najwierniej opowiedzieć Wam o moich doświadczeniach i pokazać, kim się stałem po przebiegnięciu kilkunastu tysięcy kilometrów.

Zapraszam do mojego świata.

Tomek Sobania

Adrian

Pierwszy raz o Tomku usłyszałem przez zupełny przypadek, w zaprzyjaźnionym polonijnym radiu Deon Chicago, we wrześniu 2024 roku. Mówił, że za dwa tygodnie zacznie swój bieg przez całe USA, co zabrzmiało jak totalne szaleństwo i od razu uruchomiło w mojej głowie skojarzenia z filmowym Forrestem Gumpem.

Ten chłopak miał w głosie niesamowitą pewność siebie, ale nie taką rezonującą z przerośniętego ego. Pobrzmiewały w nim realny upór, motywacja i ogromne pokłady wiary w to, że jest w stanie osiągnąć swój cel. Co dla mnie nietypowe – z miejsca w niego uwierzyłem i z zainteresowaniem obserwowałem jego poczynania.

Potem były wspólne wywiady ukazujące się w serwisie Polskiej Agencji Prasowej i w końcu depesza o ukończeniu biegu, która rozsławiła ten wyczyn. Opublikowała ją większość najważniejszych polskich mediów oraz wiele zagranicznych. Następnie pojawił się pomysł napisania wspólnej książki.

Zastanawiałem się, czy pisanie biografii dwudziestosiedmiolatka to nie przesada. Jednak ten gość, mimo młodego wieku, już stworzył piękną i inspirującą historię. Pokonał dziesiątki morderczych maratonów w całej Europie, dzięki czemu w Barcelonie spotkał się z Robertem Lewandowskim, a w Watykanie z samym papieżem Franciszkiem. W końcu przebiegł wszerz całe USA, a to osiągnięcie wykraczające poza możliwości 99,9% ludzi.

Pragnę znaleźć odpowiedź na pytanie, kim jest Tomasz Sobania. Jakie ma motywacje, co ukształtowało cechy jego charakteru, skąd wziął się w nim ten mistrzowski gen i jaką drogę przeszedł (przebiegł?), by znaleźć się w tym miejscu?

Aby to zrobić, uzyskać pełny obraz i zrozumieć, co tak naprawdę stoi za jego niezwykłymi czynami, musimy zacząć od początku. To ważne dla całej opowieści. Ale spokojnie! Obiecuję, że nie będziesz się nudzić.

Mojemu synowi Ignacemu.

Nigdy nie rezygnuj ze swoich marzeń :)

Adrian Kowarzyk

AKT I

CZŁOWIEK, KTÓRY ZACZĄŁ BIEGAĆ

ROZDZIAŁ 1

Zwykły chłopak z niezwykłym pragnieniem

W godzinach szczytu w ciągu każdych dziesięciu minut warszawskie metro przewozi średnio około trzech i pół tysiąca pasażerów. To dokładnie tyle samo, ilu mieszkańców liczy Toszek na Śląsku, rodzinne miasto Tomka. Prawdopodobnie nigdy wcześniej o nim nie słyszałeś. To jedno z setek typowych polskich miasteczek – za małe, by zachować w nim pełną anonimowość, i jednocześnie za duże, by każdy mógł znać się z każdym. Zbyt mało atrakcyjne, by przyciągnąć nowych mieszkańców, ale na tyle rozwinięte, by zatrzymać tu większość dotychczasowych…

To miasteczko, w którym właściwie wszystko jest przewidywalne, życie toczy się stałym i niespiesznym rytmem, a ludzie nie oczekują czegokolwiek ponad to, co ich otacza i co już dobrze znają.

Tymczasem Tomek od zawsze miewał nieszablonowe i ambitne pomysły. Opowiadał wokoło o swoich wielkich marzeniach i planach. Czasem spotykał się z podziwem i wsparciem, ale częściej z brakiem zrozumienia, a nawet szyderczym śmiechem. Podskórnie czuł też, że jest inny, nie do końca pasujący do otoczenia, trochę jak na siłę wciśnięty puzzel. To po prostu nie była jego układanka, ale jeszcze do tego dojdziemy. Najpierw parę słów o jego najbliższych.

Nie ma miejsca jak dom

W domu panował typowy matriarchat, w którym rządy sprawowała mama Anna. Ogarniała większość spraw, łącznie z nieokiełznaną gromadką składającą się z czwórki dzieci, podczas gdy tata (Emil) akurat znowu był za granicą – pracował jako kierowca ciężarówki. Zresztą gdy wracał, niewiele się zmieniało. Były to „rządy silnej ręki”, gdyż w innym wypadku niemożliwe byłoby zachowanie choćby względnego porządku. Jednocześnie nie brakowało tu domowego ciepła.

Tomek jest trzecim dzieckiem z kolei – sześć lat młodszym od najstarszej siostry, cztery lata od drugiego w kolejności przyjścia na świat brata i jednocześnie kilka lat starszym od najmłodszej siostry. Siłą rzeczy, gdy dorastał, Ewa, najstarsza z rodzeństwa, miała już swoje życie, więc najwięcej czasu spędzał z małą Basią oraz średnim Wojtkiem.

Ważną osobą w jego dzieciństwie była także Oma, czyli babcia, bo tak godajom na Śląsku. Elżbieta jeździła na wózku, gdyż z powodu cukrzycy amputowano jej obie nogi. Tomek wspomina ją jako bardzo dzielną i kochaną, otaczającą ich miłością kobietę, która opiekowała się rodzeństwem, kiedy mama była na dyżurze w szpitalu, a tata w trasie. Często grali razem w warcaby, chińczyka czy inne gry. Modlili się u niej, oglądali bajki i czytali książki. Oma była dla niego kimś naprawdę ważnym.

Sport

Pamiętam taką scenę – stoję z kolegami na linii startu wyznaczonej przez drzewo na jednym z końców przedszkolnego podwórka. Odliczamy od trzech i… start! Pędzę przed siebie jak szalony, powietrze muska mi twarz, oddech przyspiesza, a ja gnam ile sił w nogach w stronę płotu na drugim końcu podwórka.

To jego pierwsze żywe wspomnienie związane ze sportem. Nie pamięta nawet, czy dobiegł na metę jako pierwszy, ale nie to było wtedy najważniejsze. Te chwile szczęścia i beztroski sprawiły, że na zawsze polubił sport.

Jego tata Emil pamięta, że Tomek od zawsze dużo biegał i uwielbiał grać w piłkę. Mówi, że był wręcz nie do zniesienia, bo zawsze ostatni schodził z boiska, obrażony na to, że inni chcieli kończyć, kiedy on pragnął kontynuować mecz. Z kolei brat Wojtek przytacza ich kłótnie, kiedy to – jak bracia – nieraz nawet lekko się pobili. Choć Wojtek był cztery lata starszy i sporo większy, miał nie lada problem, bo pomimo mniejszej siły Tomek nigdy nie odpuszczał i zawsze walczył do końca. Bywało, że bitka trwała do momentu, aż nie zainterweniowała mama, rozdzielając poróżnionych braci.

W kolejnych latach chłopak ochoczo brał udział w lekcjach WF-u i dodatkowych zajęciach sportowych. To były dobre okazje do zmierzenia się z rówieśnikami. Dyscyplina miała wtedy drugorzędne znaczenie, choć najbardziej lubił grać w piłkę nożną, siatkówkę i kosza. Najlepiej szło mu właśnie w koszykówce, ale, jak sam przyznaje, nie był najlepszy w żadnej z trenowanych dyscyplin.

Przełomowy okazał się pewien moment podczas zawodów w czwartej klasie szkoły podstawowej. Klasy grały między sobą w ramach danego rocznika, a następnie zwycięzcy mierzyli się ze starszym rocznikiem. Tomek stał na bramce. Przeciwnik był wymagający – mistrzowie klas piątych. Stawka była wysoka – porażka oznaczała odpadnięcie z turnieju, a wygrana – starcie w finale z szóstoklasistami.

Zagrał wtedy mecz życia, wyłapując wszystkie piłki, poza jedną. Skończyło się wynikiem 1:1 i rzutami karnymi, które bronił jak oszalały. Jego klasa, skazywana od początku na porażkę, ostatecznie wygrała to starcie. Ich nauczyciel WF-u powiedział wtedy: „Bramkarz wygrał wam ten mecz”. Tomek był dumny jak jeszcze nigdy wcześniej i dziś, z perspektywy czasu, ocenia, że mógł być to jeden z punktów zwrotnych w jego życiu. Od tego momentu już zawsze towarzyszył mu głód zwycięstwa.

Wielkie marzenia, wielkie plany

Który chłopak nie marzy o zostaniu piłkarzem? Ja marzyłem i to od razu o graniu w FC Barcelonie razem z Ronaldinho. U mnie na marzeniach się nie kończyło – ja miałem konkretny plan: jak skończę osiemnaście lat, polecę do Barcelony, wejdę na stadion, pokażę, co potrafię, i już będę grał!

Wielkie i nawet najbardziej szalone marzenia to jedno, ale w przypadku Tomka zawsze towarzyszył im szczegółowy plan. Spisywał wszystko, co musi zrobić, krok po kroku. Takie kamienie milowe, które dzięki konsekwencji miały doprowadzić go do celu. Nie wątpię, że to jeden z filarów jego sukcesu. Zawsze starał się „metodycznie urealniać nawet najbardziej nierealne pomysły”.

Będąc w gimnazjum, znalazł się w drużynie juniorów w lokalnym klubie KS Zamkowiec Toszek, gdzie zagrał jeden świetny mecz, dzięki któremu został bramkarzem w podstawowym składzie. Potem przyszło im się zmierzyć z najlepszą drużyną w lidze i – jak przyznaje – poszło mu naprawdę fatalnie, przez co ponieśli porażkę. Tym razem był to najgorszy mecz w jego życiu.

To pierwsze bolesne niepowodzenie i bomby, które poleciały w stronę bramki, uruchomiły w jego głowie myśli, że z czasem uderzenia będą coraz silniejsze. A że był raczej szczupły, a jego sylwetka – daleka od typowo atletycznej, przestraszył się tego. W jednym momencie gra w piłkę przestała sprawiać mu frajdę. Porzucił plan i marzenia o grze w Barcelonie, a w zamian postanowił, że… napisze i wyda autorską powieść. Bo czemu by nie?

ROZDZIAŁ 2

Ukończyć szkołę czy napisać książkę?

Adrian: Tomek, ale jaka powieść? Przecież mieliśmy pisać książkę o bieganiu…

Tomek: Ja wiem, ale o bieganiu jeszcze będzie. Najpierw musimy opowiedzieć o tym, co mnie ukształtowało. Latami pisałem książki, nieraz siadając do pracy, kiedy zupełnie nie miałem na to ochoty. To mnie nauczyło wielkiej wytrwałości, która później przydała mi się w sporcie.

A.: OK, przekonałeś mnie. To jak było z tą powieścią? Myśl o napisaniu książki pojawiła się zaraz po tym nieszczęsnym meczu czy kiełkowała w twojej głowie od jakiegoś czasu?

T.: Hmmm, to na pewno było wcześniej. Usiądź i posłuchaj.

Myśl o napisaniu powieści pojawiła się w jego głowie dużo wcześniej, ale w tamtym momencie idealnie wpisała się w nowy cel, dla którego bez mrugnięcia okiem mógł porzucić swoją niedoszłą piłkarską karierę. Jak zwykle towarzyszył temu konkretny plan.

Wielu ludzi, mających w sobie duże pokłady kreatywności, próbuje coś tworzyć. Nieważne, czy chodzi o wiersze, muzykę czy rysowanie. Niestety, większość z tych dzieł ląduje w szufladach, gdzie przepada w bezmiarze czasu, przygnieciona przez problemy codzienności. Przegrywa starcie z tak zwaną prozą życia. Tomek jednak od samego początku miał postanowienie, że ukończy książkę i na pewno nie skaże jej na wieczne zapomnienie w czeluściach szuflady.

Miał wtedy jedenaście lat, a jego plan był dziecinnie prosty: napisać książkę w zeszycie, później zawieźć ten zeszyt do wydawnictwa, wydać książkę i… zostać milionerem! A w wolnych chwilach prelekcje i spotkania autorskie. Nic trudnego!

Chciał podzielić się tym pomysłem z całym światem, ale najwyraźniej ten nie był jeszcze na to gotowy. Mama, która wychowywała czwórkę dzieci i twardo stąpała po ziemi, chciała, by Tomek miał w przyszłości poważny zawód, i raczej martwiła się, niż cieszyła, jego kolejnym szalonym pomysłem.

Z kolei tata, który zawsze był dla niego tak samo ważny i mimo pracy z dala od rodziny – paradoksalnie bardzo obecny, nigdy nie traktował dziecięcych marzeń jako głupiego wymysłu. Nieważne, czy akurat był w Niemczech, Francji czy Hiszpanii, właściwie codziennie rozmawiali przez telefon.

Pewnego razu, gdy tato był w Polsce i spacerowali całą rodziną po parku w Toszku, a Tomek znów próbował wszystkich zainteresować swoim kolejnym genialnym planem, mama zapytała, czemu ciągle o tym opowiada. Tata odpowiedział jej wtedy coś w rodzaju: „Wielcy ludzie tak mają”.

Nigdy nie negował pomysłów syna, a ten po wielu latach zrozumiał, że co prawda nie do końca świadomie, ale tata był dla niego w pewnym sensie kotwicą, dając nadzieję i poczucie bezpieczeństwa.

Bo czasem cały świat może negować Twoje racje, ale wystarczy jedna osoba, która w Ciebie wierzy, by podtrzymać tę iskrę, która kiedyś przerodzi się w prawdziwy ogień. Tym razem udało się go rozpalić, choć Tomek mało przez to nie wyleciał ze szkoły. Musiał też nieco przearanżować swój plan, bo koniec końców tamta książka mu nie wyszła. Ale kilka lat później napisał inną…

Szkoła życia

Lata spędzone w podstawówce były dla niego wspaniałym czasem. Nauka przychodziła mu stosunkowo łatwo, gdyż był naprawdę zainteresowany tym, co działo się na lekcjach – do tego stopnia, że nie musiał już uczyć się w domu. Zresztą nienawidził zadań domowych i zamiast tracić na nie czas po szkole, robił je w trakcie lekcji albo podczas przerw. Po południu zdecydowanie wolał poświęcić czas choćby na czytanie książek.

Test szóstoklasisty zaliczył z najlepszym wynikiem w szkole, ale potem zaczęły się schody, bo okazało się, że w gimnazjum nie wystarczy już samo aktywne słuchanie na zajęciach. Pojawiły się też pierwsze oznaki buntu, bo Tomek zaczął podważać sens uczenia się rzeczy, które uważał za bzdurne i życiowo nieprzydatne. Obrał więc strategię działania po linii najmniejszego oporu. Wystarczały mu oceny pozwalające na promocję do kolejnej klasy i nie zależało mu już na tym, aby były jak najlepsze.

Jak mówi, nie wie, co go podkusiło, ale po gimnazjum z sukcesem aplikował do najlepszego liceum w Gliwicach – I LO im. Edwarda Dembowskiego. Był tam jedyną osobą z Toszka i totalnie nikogo nie znał, ale już pierwszego dnia zakumplował się z jednym chłopakiem, a potem znalazł kolejnych znajomych, więc przynajmniej nie czuł się jak intruz.

Problemem było co innego – jego plan. Nauczyciele byli wymagający i trzeba było przykładać się do nauki, tymczasem on sporo czasu poświęcał na pisanie i działania w celu wydania książki. A to okazało się o wiele trudniejsze, niż pierwotnie zakładał.

Skąd wziąć pieniądze?

Książka, którą tworzył w szkole podstawowej, a która ostatecznie nie ujrzała światła dziennego, była pisana odręcznie w dwóch zeszytach. Tata zasugerował mu, by tworzył ją na komputerze, bo w końcu „ktoś będzie musiał ją przeczytać”. Fakt. Od tej pory postanowił pisać po jednej stronie dziennie, tym razem jednak używając do tego klawiatury.

Przez pół roku robił to konsekwentnie i z pełną determinacją, tłumacząc sobie, że czas i tak minie, a on za sześć miesięcy albo będzie miał gotową książkę, albo nic się już nie zmieni. Uznał, że warto spróbować. Specjalnie wstawał wcześniej i pisał przed szkołą, w jej trakcie oraz po lekcjach, bezgranicznie poświęcając się temu zadaniu.

W końcu udało mu się ukończyć dzieło. Wysłał propozycje do różnych wydawnictw. Odpowiedziało mu gdyńskie Novae Res – to samo, które dziesięć lat później wyda książkę znajdującą się teraz w Twoich dłoniach. Niemniej jednak wtedy był zupełnie nieznanym, z ich punktu widzenia, autorem, na początku swojej pisarskiej drogi, a wydawanie go wiązało się z duży ryzykiem, toteż warunkiem współpracy było partycypowanie w kosztach. Słowem – musiał wyłożyć połowę środków dla planowanego nakładu. Skąd nastolatek bez bogatych rodziców ma nagle wziąć prawie siedem tysięcy złotych?

Tomek dowiedział się o istnieniu portalu polakpotrafi.pl i postanowił założyć zbiórkę. Przypomnę, że był to rok 2015, kiedy wszelkie crowdfundingi i inne internetowe zrzutki nie były jeszcze tak popularne jak dziś. Zgodnie z warunkami serwisu musiał uzbierać pełną kwotę w ciągu trzydziestu dni, inaczej całość wróci do wpłacających, a zbiórka uznana zostanie za nieudaną. Obliczył, że by to osiągnąć, ludzie muszą wpłacać po dwieście-trzysta złotych dziennie, co wydawało się nie takie trudne do osiągnięcia. Kolejna naiwność.

Efekt motyla

Po trzynastu dniach, czyli mniej więcej w połowie zbiórki, na liczniku wpłat było trzysta pięćdziesiąt złotych, z czego połowę zawdzięczał ojcu. Nagle poczuł, że wielka szansa na sukces zaczyna mu umykać i jeśli teraz czegoś nie zrobi, to będzie to koniec marzeń o wydaniu książki. Po sześciu latach od momentu, kiedy postanowił pisać, poniesie ostateczną porażkę…

Wtedy wydarzyło się coś niezwykłego. Mama Tomka wydrukowała karteczki z informacją o jego pomyśle, instrukcją, jak wejść na stronę zbiórki, i prośbą o wsparcie. Następnie wręczyła je listonoszowi. Ten okazał się najlepszą agencją marketingową świata, roznosząc ulotki do skrzynek pocztowych przy okazji doręczania listów.

Tomek szczerze przyznaje, że nie zamierzał rozgłaszać informacji o zbiórce w swoim miasteczku i prosić o pieniądze, bo zwyczajnie się tego wstydził. Nie chciał, by mieszkańcy brali go za żebraka. Okazało się, że niepotrzebnie. Kartkę w skrzynce znalazł między innymi znajomy Tomka, Rafał, który udostępnił apel na popularnym portalu społecznościowym, a tego, co wydarzyło się później, nie dało się już zatrzymać.

Do młodego autora zaczęły docierać informacje o tym, że wielu ludzi z Toszka chce mu pomóc. Znali go ze szkoły, kościoła czy zakupów w tym samym sklepie. To właśnie potęga małych miejscowości. Mieszkańcy okazali ogromne wsparcie i zielony pasek zaczął się zapełniać z dnia na dzień. Jedni wpłacali po pięć złotych, inni dwadzieścia, a niektórzy aż tysiąc! Tomek zdążył zebrać całą kwotę, nawet z małą górką, w wyznaczonym terminie.

To był ważny moment, a być może nawet najistotniejszy punkt zwrotny w jego życiu. Zrozumiał, że jak czegoś bardzo chce, to NAPRAWDĘ może to osiągnąć. Pokonał wszystkie przeciwności losu, nie porzucił swojego celu, znalazł wydawnictwo i zebrał potrzebne środki.

Gdyby to się nie powiodło, najpewniej nie byłby dziś tą samą osobą. Być może nie próbowałby realizować coraz śmielszych pomysłów i koniec końców nigdy byś o nim nie usłyszał?

Gdy w jego ręce trafiły pierwsze egzemplarze Speculo, położył się z jednym z nich na łóżku i zaczął płakać ze szczęścia. Przecież od sześciu lat czekał na ten moment. W wieku siedemnastu lat wydał książkę! Udało się!

Na premierę na zamku w Toszku przyszło około stu osób, więc było to niemałe wydarzenie. Wśród nich byli także sąsiedzi i znajomi, którzy wsparli jego zbiórkę i tym samym stali się częścią tego sukcesu. Cały wieczór im dziękował, podpisywał i wręczał książki. Było to tak emocjonalne doświadczenie, że dwie kolejne noce nie spał, przypominając sobie ten moment.

Narodziny buntownika

Nauczyciele, delikatnie mówiąc, nie podzielali jego entuzjazmu w związku z wydaniem książki. Kiedy na lekcji polskiego koleżanka Tomka powiedziała do nauczycielki:

– A wie pani, że Tomek wydał książkę?

Ta odpowiedziała tylko:

– Tak? To dobrze.

A później, gdy miał umówiony wywiad w radiu i nie mógł być z tego powodu na lekcji, usłyszał, że to, co robi, to jest dziecinada i ma się wziąć do roboty, bo nie zda matury.

Podobnie było z wychowawczynią klasy i z dyrektorem szkoły, który zabronił mu pojechać w pierwszą trzydniową trasę z prelekcjami. Niestety na początku rodzice także byli temu przeciwni, ale w końcu Tomek ich ubłagał i obiecał, że nadrobi wszystko, co ominie go na lekcjach.

To wszystko obudziło w nim buntownika, wyposażonego w duże pokłady przekory. Postanowił, że nigdy nie da sobie wejść na głowę. W żadnej kwestii. Ten bunt wyrażał się na wiele sposobów. Jednym z nich było zaprzestanie czytania lektur. Oczywiście to nie było tak, że nie czytał książek w ogóle. Odrzucał jedynie te, które dyktowała mu szkoła, co generowało łatwe do przewidzenia problemy.

Podczas jednej z niezapowiedzianych kartkówek z lektury (której dla zasady nie przeczytał), Tomek nie napisał ani słowa. Czas się kończył. Pomyślał, że głupio oddać niezapisaną kartkę, bo da w ten sposób satysfakcję nauczycielce. Pierwszą myślą było napisanie „WOLNOŚĆ”, ale to byłoby zbyt proste. W ciągu kilku sekund do głowy przyszedł mu krótki wiersz. Pierwsze litery każdego wersu układały się właśnie w hasło „wolność”. Taką pracę oddał nauczycielce.

WIEDZA SAMA

OWO TCHNIENIE

LEŻY TYLKO

NA GÓR SZCZYTACH

OSIĄGALNA

ŚWIATŁEM

ĆMY

W głowie Tomka pojawiały się wątpliwości, czy na pewno robi dobrze, czy nie powinien posłuchać otoczenia, porzucić swoich planów i wziąć się za naukę. Pamięta bezsenne noce, kiedy przewracał się w łóżku, gnębiony natłokiem pytań pojawiających się w jego głowie. Jednocześnie bacznie obserwował rzeczywistość i widział, jak ludzie dookoła niego kończą studia i wcale nie przekłada się to na zdobycie przez nich dobrej pracy – takiej na miarę ich wykształcenia.

Inni, dużo starsi, narzekali na niskie emerytury czy to, że nie mogą się dostać do lekarza. On nie chciał takiego życia. Uznał, że byłby głupi, gdyby poszedł wydeptaną przez nich ścieżką, bo to doprowadzi go do tego samego miejsca co ich. Słuchał wewnętrznego głosu, który mówił mu, że musi zrobić coś innego, aby móc się wyrwać i żyć tak, jak chce. Być panem własnego losu.

Nic dziwnego, że ze szkoły najbardziej lubił dźwięk dzwonka kończącego lekcje. Ten moment, gdy mógł wyjść z budynku placówki, mocniej zacisnąć paski plecaka i po prostu pobiec przed siebie – dopiero wtedy czuł się naprawdę wolny.

Właśnie przez to pokochał bieganie. To był mocno wyczekiwany moment – gdy nikt już nie będzie mu niczego mówił i nakazywał. Gdy będzie sam z myślami, niesiony przez swoje nogi.

Mama z bratem zgodnie dodają, że Tomek zawsze nastawiał sobie budzik na ostatnią chwilę, tak aby móc jak najdłużej poleżeć w łóżku. Z tego powodu nie raz musiał biec ile sił w nogach, by w ogóle udało mu się zdążyć na pociąg. Pani Anna wskazuje, że to chyba rodzinna tradycja, bo jej tata tak samo spóźniony biegał na peron. To wtedy w Tomku ujawnił się gen wyczynowca i jednocześnie… ułańska fantazja.

ROZDZIAŁ 3

Narodziny biegacza

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji

Biegiem przez USA: Niezwykła historia polskiego Forresta Gumpa

ISBN: 978-83-8423-630-7

© Adrian Kowarzyk, Tomasz Sobania i Wydawnictwo Novae Res 2026

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody Wydawnictwa Novae Res.

REDAKCJA: Maria Bickmann-Dębińska

KOREKTA: Emilia Kapłan

OKŁADKA: Oliwia Błaszczyk

Wydawnictwo Novae Res należy do grupy wydawniczej Zaczytani.

Grupa Zaczytani sp. z o.o.

ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia

tel.: 58 716 78 59, e-mail: [email protected]

http://novaeres.pl

Publikacja dostępna jest na stronie zaczytani.pl.

Opracowanie ebooka Katarzyna Rek