By przeżyć te wakacje, potrzeba hartu ducha!
Róża, Natalka, Karolina, Zuźka i Darek – przyjaciele z podwórka – nie zaprzątają sobie głowy wakacjami. Bo dlaczego mieliby to robić? W okolicy, z której pochodzą, nikt nie ma pieniędzy, żeby wyjechać nad morze. Zamiast tego wybierają się więc do opuszczonego domu, gdzie znajdują dwa tajemnicze obrazki. Nie mają pojęcia, że to niewinne znalezisko pozwoli im cofnąć się do przeszłości… i to dosłownie.
Przyjaciele trafiają do świata sprzed wieków, gdzie muszą odnaleźć się pośród ludzi z tamtych czasów, dawnych obyczajów i nie zawsze przyjaznego otoczenia. Ulica nauczyła ich, jak radzić sobie w trudnych warunkach, ale… czy to wystarczy, by bezpiecznie wrócili do domu?
„Bidulka” to opowieść pełna przygód, ciepła i humoru. O dzieciakach, które myślą, że nie posiadają nic, a tak naprawdę mają wszystko, czego trzeba. Siebie, odwagę i waleczne serca – nawet jeśli nie zawsze sprawne.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 475
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Lech Kostrzewa
Bidulka
– Róża! Róża!
Wołająca wychyliła się z okna na pierwszym piętrze. Spojrzała w lewo, w prawo i jeszcze raz przebiegła wzrokiem to, co dało się dojrzeć. Widziała niewiele. Na wprost podwórko, z prawej strony brama wejściowa, z lewej kawałek drugiego podwórka. Westchnęła, oparła się rękami o parapet i zawołała głośno:
– Róża! Na obiad!
Głos przebiegł przez pierwsze, potem drugie podwórko i wydostał się poza ogrodzenie za komórkami. Wpadł między drzewa i wysoką trawę opuszczonego, już zupełnie dzikiego ogrodu. Dosłyszały go dwie dziewczynki. Starsza była wysoka i mogła mieć około jedenastu lat, druga to maluch pięcio- lub sześcioletni. Stały przed czymś, co przypominało kwadratowy szałas zrobiony z gałęzi, na które narzucono dużo świeżej trawy.
– Bidulka, wychodź – powiedziała starsza. – Wołają cię na obiad.
Z szałasu na czworakach wygramoliła się dziewczynka. Gdy wstała, okazała się wyższa i potężniejsza od koleżanek. Widać było, że to otyłość, ale otyłość nienaturalna u niej. Rysy twarzy, choć lekko zniekształcone nadwagą, nadal przebijały dość wyraziście.
– No, legowisko umoszczone. Możecie powkładać zabawki – odezwała się Róża. Wstając, strzepywała z twarzy źdźbła trawy.
– Po obiedzie urządzimy tu piknik – powiedziała dziewczynka, która zawołała Różę.
– Dobrze, Zuźka, ale po piątej, bo po obiedzie muszę leżakować, przecież wiesz.
– No jasne, spotkamy się potem.
W tej chwili najmłodsza, trzymająca się z tyłu dziewczynka krzyknęła przestraszona. Zaraz też dały się słyszeć głośne śmiechy czterech chłopców. Jeden z nich, podkradłszy się, złapał przed chwilą za ramiona niczego niespodziewające się dziecko. Zuzia zmarszczyła brwi i powiedziała z naganą:
– Wy barany, osły jedne, nie wiecie, że z takiego straszenia można dostać zawału? – Tu wymownie spojrzała na Różę. – A już ty, Darek, to powinieneś mieć więcej oleju w głowie i nie pokazywać głupot przy tych dzieciakach.
Darek spojrzał na kolegów i zagryzł wargi. Mógł mieć z dziesięć lat, a jego towarzysze zabawy to chłopcy sześcio- i siedmioletni. Czy ta Zuźka zawsze musi mi przypominać, że bawię się z dzieciakami, myślał. Co ja zrobię, że na naszym podwórku nie ma starszych chłopaków?
– No dobrze, dobrze – powiedział pojednawczo. – Nic się nie stało. A ten szałas to nawet, nawet.
Schylił się, żeby wejść do środka, ale Zuzia zagrodziła mu drogę.
– To domek dla dziewczyn. Sami sobie zbudujcie. Najlepiej namiot dla Indian. – Roześmiała się. – Albo nie, dla kowbojów. – Zaśmiewała się dalej Zuzia, pokazując ręką na plastykowy rewolwer trzymany przez jednego z chłopców.
Darek poczerwieniał. Już chciał coś powiedzieć, ale powstrzymał się. Pozostali trzej chłopcy nie bardzo rozumieli, co się dzieje, z czego dziewczynki się śmieją. Darek kiwnął na nich głową i powiedział:
– Idziemy na nasz teren.
– To ja biegnę – odezwała się Róża do dziewczynek. – Tylko nie zaczynajcie pikniku beze mnie! – krzyknęła, przeciskając się przez dziurę w ogrodzeniu.
– Już jestem, mamo – powiedziała Róża, stając w drzwiach do kuchni.
Mama krzątała się przy garnkach, coś w nich mieszając.
– No wreszcie. Już miałam iść po ciebie. Gdzie ty chodzisz?
– Byłam na drugim podwór…. w ogrodzie – zdecydowała się powiedzieć prawdę.
Mama pokręciła głową z dezaprobatą.
– Po co ty tam chodzisz? Same chaszcze i robaki. Może i jakieś dzikie zwierzaki.
– Nie, tam jest fajnie – zaoponowała Róża. – Zbudowałyśmy z Zuzią i Marlenką szałas do zabawy.
– I po co to?
– A tak, będziemy tam sobie siedzieć. Urządzimy piknik. – Zastanowiła się, po czym z prośbą w głosie powiedziała: – Czy mogłabym wziąć sok i ciasteczka?
Mama uśmiechnęła się, ale odwracając się do Róży przybrała poważny wyraz twarzy.
– Jak zjesz cały obiad, to się zastanowię.
Zadźwięczał dzwonek.
– Idź, otwórz.
Róża poszła do przedpokoju i uchyliła drzwi. W progu stała kobieta.
– Cześć, Bidulka.
– Dzień dobry, ciociu.
Kobieta wyminęła Różę i weszła do kuchni.
– Cześć, Małgorzata. Ja tylko na chwilę.
– Siadaj, Irenko.
– Postoję. Wpadłam tylko powiedzieć, że do miasta przyjeżdża uzdrowiciel. Będzie w sobotę na promenadzie.
Mama Róży usiadła na taborecie.
– Ten, co pokazują go w telewizji?
Pani Irena pokiwała głową.
– Słyszysz, Róża? – powiedziała pani Małgorzata do stojącej w drzwiach córki. – Uzdrowiciel będzie leczył u nas. Pójdziemy w sobotę na promenadę, z samego rana, żeby zająć dobre miejsca.
– Tylko weźcie coś do siedzenia, bo to może długo potrwać. No, to już lecę. – Pani Irena odwróciła się i wyszła z kuchni.
– Dzięki, Irenko – krzyknęła za nią pani Małgorzata.
Podczas obiadu mama mówiła tylko o uzdrowicielu, nawet nie zauważyła, że Róża wpatruje się w swój talerz, którego największą część zajmował szpinak, potem brokuły, ziemniaki i średniej wielkości kotlet. Gdy w końcu spojrzała na córkę, oprzytomniała.
– Wcinaj, wcinaj – powiedziała. – To zdrowe. Pomoże twojemu organizmowi.
Te słowa powtarzała pani Małgorzata od lat niemal przy każdym posiłku. Róża pokiwała głową. Nabrała porcję na widelec. Wiedziała, że mama nie odpuści i tak czy siak będzie musiała zjeść wszystko.
– Ale będę mogła wziąć sok i ciasteczka?
– Tak, tak – odpowiedziała w zamyśleniu pani Małgorzata. – Wiesz, że ten uzdrowiciel uleczył już wielu ludzi? Pisali o tym w gazetach.
– Skąd mama wie? Przecież u nas nie czyta się gazet.
– W warzywniaku ludzie mówili. Jak jest kolejka, to rozmawiają o różnościach. A ja towar podaję, pieniądze biorę, wydaję resztę, ale wszystko słyszę, co mówią.
– Już mnie mama woziła do uzdrowicieli.
– To nie byli uzdrowiciele. To zielarze. Dawali nam różne zioła. A ten leczy przez fale. To co innego.
Róża powątpiewająco pokręciła głową.
– Ty, dziecko, nie kręć głową. Trzeba szukać pomocy, gdzie tylko się da. Jak ci się nie poprawi, wezmą cię na operację. Powiedzieli, że jak skończysz dwanaście lat. A to już niedługo – westchnęła pani Małgorzata.
– To może mnie wyleczą na tej operacji?
Mama spojrzała na Różę i oczy jej się zaczerwieniły. Otarła je.
– No, nie ma co o tym gadać teraz. Odpocznij i możesz iść. Ojciec niedługo przyjdzie z fabryki, to mu powiem o uzdrowicielu.
Róża ułożyła się na tapczanie. Po obiedzie zawsze tak robiła, bo tak kazali lekarze. Trzeba leżeć spokojnie przez godzinę. Popatrywała na zegarek, a gdy czas minął, wstała i poszła do kuchni. Zapakowała do reklamówki sok pomarańczowy i ciastka.
– Weź sweter, bo może się schłodzić – powiedziała mama.
Róża poszła do pokoju i z poręczy krzesła wzięła sweter. Spojrzała na regał z książkami i zabawkami, a po chwili zastanowienia zdecydowanym ruchem wzięła z półki szmacianą lalkę ze złotymi warkoczami i w sukience w kratę. A co tam, niech się śmieją. Ukochana lalka, Lilka, towarzyszyła jej od zawsze. Była wierną powierniczką, słuchaczką wszystkich zdarzeń z życia, szczęśliwych i tych mniej, ze zdecydowaną przewagą ostatnich.
Dziewczynka powoli zeszła po schodach i poszła na drugie podwórko. Było jeszcze trochę czasu do umówionej godziny, więc zamierzała sobie posiedzieć i porozmawiać z Lilką. Od dziury w ogrodzeniu zobaczyła, że przed szałasem kręci się Darek z chłopakami. Zatrzymała się, ale po chwili odważnie ruszyła do przodu, zdecydowana bronić terytorium swojego i koleżanek.
– A ty, gruba, czego tu szukasz? – krzyknął Darek, gdy ją zobaczył. – Spadaj stąd, teraz my się tu bawimy.
Róża nie spodziewała się takiego powitania. Zaszkliły jej się oczy i stała bezradnie. Ale zaraz dał się słyszeć szelest i z krzaków wyszła Zuzia z Marlenką. Spojrzała na Różę i już wiedziała, że coś się stało.
– Ożeż ty ciulu niemyty! Ty wredny typie, poczekaj… – powiedziała tonem, w którym wzbierała złość. – Co on ci zrobił?
Róża wzruszyła ramionami, kułakiem przecierała oczy. Zuzia wybuchła.
– Wynoś się stąd, ale już! Idź się bawić w kowbojów z dzieciakami! No już, spadaj, bo jak cię kopnę w… – mówiła, nakręcając się coraz bardziej, jednak w ostatniej chwili powstrzymała się przed wypowiedzeniem słów, które cisnęły jej się na usta.
– Masz szczęście, że tu są dzieci – spojrzała na trzech chłopców i Marlenkę – bo inaczej bym sobie z tobą porozmawiała.
Darek wyglądał na mocno speszonego, a jego koledzy spoglądali na Zuzię z otwartymi ustami. Róża stała z boku. Już się uspokoiła. Była wdzięczna za pomoc, zresztą Zuzia nie pierwszy raz się za nią wstawiła.
Darek usiadł przed szałasem i grzebał patykiem w ziemi. Wiedział, że w potyczce słownej z Zuzią nie ma szans, a z dziewczyną się przecież nie pobije. Zwłaszcza że wynik takiego starcia też nie był z góry przesądzony. Należało przeczekać burzę i jakoś załagodzić sprawę.
Zuzia była znana w całej okolicy z zadziorności i niewyparzonego języka. To po tatusiu, mówiono. Rzeczywiście, przeklinania nauczyła się od ojca, którego w dzielnicy nazywano przeklętym – to znaczy, że klął przy każdej okazji i bez okazji. Po prostu nie potrafił inaczej. Klnie jak szewc, takie zdanie wypowiadali po cichu sąsiedzi, chociaż tata Zuzi był kamieniarzem. A Zuzia od małego tak się osłuchała z przekleństwami, że podobno już jej pierwsze słowa były niecenzuralne. Gdy zaczęła mówić na dobre, klęła, zmiękczając wyrazy, jak to dzieci, co u jednych wywoływało śmiech, u innych zgrozę. I tak przeklinanie weszło Zuzi w nawyk. Było przyczyną jej kłopotów w przedszkolu, a potem w szkole. Jak podrosła i zaczęła rozumieć znaczenie przekleństw taty, przynajmniej niektórych, ograniczyła swój repertuar do tych, które wydawały jej się najłagodniejsze. Tylko gdy była mocno zdenerwowana, traciła kontrolę nad słowami, a mogła nimi zadziwić nawet największych chuliganów w mieście.
– To co, może pobawimy się razem? – zapytał Darek, gdy Zuzia w końcu ucichła.
– Zapytaj Różę, czy się zgodzi.
Darek spojrzał na Różę, która pokiwała głową, że tak, zgadza się.
– I przeproś – rozkazującym tonem powiedziała Zuzia.
– No bez przesady… – zaczął Darek, ale przerwał.
Spojrzał na Zuzię, która wzięła głęboki oddech i wydawało się, że zaraz wróci do wypowiadania niezbyt pochlebnych słów pod jego adresem.
– Przepraszam, przepraszam – powiedział szybko, żeby zapobiec nowemu potokowi wyrazów z ust dziewczynki.
– To możemy zaczynać – oznajmiła spokojnie Zuzia.
Dziewczynki powyjmowały z reklamówek rarytasy, wśród których były chipsy i orzeszki w czekoladzie. Róża wyjęła Lilkę i położyła obok siebie. Teraz sobie z nią nie pogada, ale wieczorem…
Darek, gdy zobaczył lalkę, zaczął się krztusić. Zatkał sobie usta dłonią, żeby się nie roześmiać. Zuzia spojrzała na niego ostrzegawczo. Darek odchrząknął kilka razy i ucichł.
– A wy co macie? – spytała Zuzia chłopców, chociaż było widać, że niczego ze sobą nie przynieśli. – No dobra, poczęstujemy was, chociaż nie zasłużyliście. – Spojrzała znacząco na Darka.
Kiedy wszystko, co przyniosły dziewczynki, zostało zjedzone, rozłożyli się wygodnie na trawie. Patrzyli na leniwie płynące po niebie chmury. Pierwszym to patrzenie znudziło się młodszym chłopcom, którzy weszli do szałasu. Zaraz też doszły stamtąd śmiechy, a szałas zaczął się trząść.
– Ej, wy tam! – krzyknęła Zuzia. – Spokój ma być, bo rozwalicie domek.
W szałasie ucichło. Chłopcy czuli przed Zuzią duży respekt i woleli się jej nie narażać.
– Nudne te wakacje – odezwał się Darek.
– Nie narzekaj – powiedziała Zuzia. – Wy to chociaż możecie pograć w piłkę na podwórku. A my? Możemy co najwyżej posiedzieć na ławce. Żeby nie ten ogród, to już w ogóle nie byłoby żadnej zabawy.
– No – potwierdził Darek. – Wiecie co? – Ożywił się nagle. – Słyszałem, że organizują turniej piłkarski. Gdzie będą też drużyny mieszane. Z chłopaków i dziewczynek. Może wystartujemy? W każdej drużynie ma być po sześciu zawodników.
Zuzia spojrzała na niego z zainteresowaniem. W szkole grała w piłkę i była niezłą zawodniczką. Na podwórku też kiedyś kopała piłkę, ale odkąd nadziała się dłonią na zardzewiały gwóźdź w drzwiczkach którejś z komórek, które wyznaczały ich boisko, skończyła z podwórkową grą. Do tego w ranę wdało się zakażenie i długo leczyła rękę.
Ale zapał Darka zaraz przygasł.
– Nie damy rady zebrać drużyny – powiedział i wskazał oczami na chłopców i Marlenkę. – Do turnieju zapisują tych, co skończyli dziesięć lat. A tylko my mamy skończone dziesięć lat. – Spojrzał na Zuzię i Różę. – A Bidulka i tak by nie mogła grać przez tę jej chorobę. No chyba że… no, jakby to ukryła.
– Co ty, ocipiałeś? Chciałbyś, żeby się dziewczynie pogorszyło? – zawołała Zuzia. – Zresztą i tak nie zbierzemy drużyny.
Milczeli chwilę.
– Ojciec chciał mnie wysłać na lipiec do dziadków na wieś – odezwał się Darek.
– E, to masz fajnie.
– Ale już nie pojadę, bo dziadek zachorował i jest w szpitalu.
– Ja mogłabym jechać do cioci, ale mama mnie nigdzie nie puści przed operacją – mówiła w zamyśleniu Róża. – Ta ciocia tyle razy mnie zapraszała, a ja jeszcze u niej nie byłam.
– Wiecie co? – odezwała się Zuzia. – Chodźmy do tego domu, co jest na końcu ogrodu.
Marlenka i trzech chłopców, którym znudziła się zabawa w szałasie i usiedli przy nich, popatrzyli na nią z przestrachem w oczach. Darek też nie wyglądał na zachwyconego pomysłem.
Jeżeli ogród był zakazany dla dzieci, lecz rodzice po cichu godzili się z tym, że tu przychodzili, to już dom w ogrodzie stanowił miejsce absolutnie dla nich zabronione. Cały teren był własnością jakiegoś człowieka, który przeżył tu całe życie. Władze miasta postanowiły rozszerzyć przylegającą do ogrodu szkołę i tego człowieka, już staruszka, wywłaszczono. Otrzymał mieszkanie w bloku i musiał się wyprowadzić. Różne rzeczy opowiadano o nim, o jego domu na końcu ogrodu i jakichś tajemnicach, które miały go okrywać. O ile dzieci przełamały strach przed wchodzeniem do ogrodu, to od opuszczonego domu rzeczywiście trzymały się z daleka.
Zakaz ten złamał ze trzy miesiące temu Darek, kiedy poszedł na wagary specjalnie po to, żeby udać się do tego opuszczonego domu i odnaleźć psią kryjówkę. Po właścicielu została suka, której nie zabrał. A ona się oszczeniła. Czasami dochodziły z murowanej piwnicy obok domu szczenięce piski, które słychać było w ogrodzie. Darek bardzo chciał mieć psa i postanowił zabrać jednego szczeniaka. Tego feralnego dnia ostrożnie zaczął wchodzić na podwórze przy domu. Naraz z półotwartych drzwi piwnicy wypadła suka. Darek zaczął uciekać, ale pies szybko go dogonił i zatopił zęby w jego pośladku. Po tym, uspokojony tym, że odgonił napastnika, wrócił do szczeniaków.
Słysząc propozycję Zuzi, wszystko sobie przypomniał.
– Nie wiem, czy to jest dobry pomysł – powiedział.
– No co ty, psów już tam nie ma.
Darek spojrzał na Zuzię, nie będąc pewnym, czy sobie nie drwi z niego, ale nie, mówiła poważnie. Dostał wtedy bolesny zastrzyk. No i przez prawie dwa tygodnie mógł siadać tylko na jednym pośladku. Psy odłowiono, bo tata Darka zgłosił całe to zdarzenie. Na szczęście suka nie miała wścieklizny, bo inaczej Darek dostałby serię jeszcze bardziej bolesnych zastrzyków.
– No to jak, idziemy? – Zuzia podniosła się z trawy.
Róży też nie podobał się ten pomysł, ale co było robić? Nie mogła odmówić koleżance, więc wstała. Z ociąganiem podniósł się również Darek. Poszli powoli ścieżką prowadzącą do domu. Dobre dziesięć metrów za nimi szła Marlenka z chłopcami, którzy lękliwie zerkali na boki. Doszli do podwórza. Uważnie popatrzyli na dom. Był parterowy, dosyć rozległy. Obok murowana piwnica. Drzwi do niej były uchylone, jak wtedy, gdy przyszedł tu Darek.
– Wchodzimy? – zapytała Zuzia.
– Eee, może lepiej nie – powiedziała wystraszona Róża.
– No, bo jak się nasi rodzice dowiedzą… – zaczął Darek, ale przerwał, a jego oczy zrobiły się okrągłe.
Wszyscy patrzyli jak zahipnotyzowani. Zarośla wokół domu falowały, choć wiatru nie było. Dzieci przeszył dreszcz strachu.
Naraz Darek wyciągnął dłoń i wskazał na okno.
– Wi… dzie… li… ście? – wyjąkał.
– Nie, a co? – spytała Zuzia.
– Tam ktoś jest. Przeszedł przy tym oknie – mówił Darek. – O, teraz! – krzyknął i pokazał na drugie okno, po czym odwrócił się i zaczął uciekać.
Za nim pobiegli krzyczący chłopcy, do których dołączyła Marlenka. Róża była przestraszona, ale przy Zuzi tak bardzo się nie bała. Patrzyły obie w okna domu. W jednym z nich rzeczywiście zamajaczył cień. Tego już było dla Róży za wiele. Odwróciła się i popędziła do ogrodzenia przy komórkach. W dłoni kurczowo ściskała Lilkę.
– O, ja pier… – Zuzia nie dokończyła i też ruszyła biegiem, bo i ją w końcu dopadł strach.
Przy dziurze w ogrodzeniu wpadła na Darka i Różę. Dzieciaków już nie było. Darek oddychał ciężko, a Róża trzymała się za serce.
– Boli cię? – spytała Zuzia.
– Trochę, zaraz przejdzie.
– Tylko nie mów nic swojej mamie, bo ona powie mojemu ojcu i on mi wpierniczy.
– Nic nie powiem.
– Lepiej ci? – spytała z troską Zuzia.
– No.
– To dobrze. Idziemy do domu. Cześć.
– Cześć, cześć – powiedzieli Darek i Róża.
Poszli w kierunku swoich klatek.
Róża po cichutku weszła do mieszkania, ale mama miała dobry słuch i usłyszała trzask zamka w drzwiach.
– To ty, Róża? Co tak późno? Już prawie ósma. Chodź na kolację.
To już ósma? Nawet nie wiadomo, kiedy ten czas zleciał, myślała Róża, idąc do pokoju. Odłożyła lalkę na regał i poszła do łazienki. Spojrzała w lustro. Wyglądała normalnie, nie trzęsła się. No, już mi przeszło, powiedziała do siebie myślach.
– Siadaj, już podaję kanapki – mówiła mama, nakładając na chleb plasterki sera, pomidora i ogórka. Przy stole siedział tata.
– No więc ten uzdrowiciel będzie miał jeden seans na promenadzie. – Mama wróciła do tematu rozmowy, którą wcześniej prowadzili.
– Uhm – mruknął tata, patrząc na okno.
– Tylko jeden seans na całe miasto – podkreśliła mama.
– Uhm.
– Dlatego musimy tam być skoro świt, żeby zająć dobre miejsca. Na pewno przyjdzie masa ludzi. Wiesz, będzie ścisk i nie damy rady być bliżej niego, jak się spóźnimy.
– Uhm.
– Co ty tak mruczysz i mruczysz? Mógłbyś powiedzieć, co o tym myślisz. – W głosie Małgorzaty zabrzmiała pretensja.
– No tak… ja myślę, że… no… że z tym uzdrowicielem to tylko takie… no… gadanie.
– Gadanie?! – podniosła głos. – Ty jak zawsze jesteś niedowiarkiem. Żeś niedowiarek, to wie cała kamienica. I nie tylko. Wszędzie tak mówią.
Tata spuścił głowę. Już się nie odezwał.
– W warzywniaku teraz o niczym innym nie gadają, tylko o tym uzdrowicielu. I mówią, co pisali o nim w gazetach. Tylu ludzi nauzdrawiał.
Tata ledwo dostrzegalnie kręcił głową. Pewnie z tego niedowiarstwa, pomyślała Róża.
Mama westchnęła głęboko i powiedziała płaczliwym tonem:
– No a co ja mam zrobić? Trzeba próbować wszystkiego, żeby nasza Bidulka była zdrowa. Za granicą pewnie dawno by ją wyleczyli. Tylko że to kosztuje tyle, co ty zarobisz przez całe życie. Albo i więcej.
Mama odłożyła nóż i przetarła dłonią oczy.
– Nie martw się. Wszystko będzie dobrze – pocieszał ją tata. – Zobacz, jaka to fajna dziewczyna. – Wskazał ręką na Różę. – Wyzdrowieje, przekonasz się.
– Oby – powiedziała mama, stawiając talerz z kanapkami na stole. – Bo, bo… – Nie dokończyła i usiadła na krześle.
Po kolacji Róża szybko rozścieliła swój tapczan. Chciała się położyć i poszeptać z Lilką zanim przyjdą rodzice. Wprawdzie spali na kanapie w przeciwległym rogu pokoju, ale mama miała wyczulony słuch i usłyszałaby ich rozmowę.
– Ale się najadłam dzisiaj strachu. Żebyś ty wiedziała, Lilka, jak się bałam. I naprawdę widziałam cień. W oknie. Jakby ktoś tam w środku przechodził. A wcześniej te zarośla tak szumiały. Brr… jeszcze teraz mnie trzęsie, jak o tym pomyślę. Co to mogło być? Lepiej trzymać się jak najdalej od tego miejsca. I tak mamy cały ogród dla siebie. Chociaż… Może to, co widzieliśmy, to jakaś tajemnica? Coś tajemniczego, ale fajnego. Nie jakieś tam straszydła. Tata mówi, że nie ma straszydeł. Że to tylko wyobraźnia nam podpowiada jakieś takie różne widziadła. Za to mama wierzy w duchy. I mówi, żeby nie wywoływać wilka z lasu, to nie będą nas te duchy straszyć. To znaczy trzeba w nie wierzyć i myśleć o nich dobrze. I bądź tu mądry, Lilka. Wierzyć, czy nie wierzyć? Ale wiesz co?! Pójdziemy do tego domu i wejdziemy do środka. Zobaczymy, czy nas coś nastraszy… Może jednak nie próbować, bo jak coś wyskoczy z któregoś kąta, to mnie tak nastraszy, że rozboli mnie serce. Albo skończy się i gorzej, tak jak kiedyś, gdy musieli mnie reanimować. Co ty na to, Lilka? Muszę o tym powiedzieć Zuźce. Ciekawe, czy ona by się nie bała tam znowu iść, po tym jak uciekaliśmy stamtąd. Powiem jej, że…
Oczy Róży zaczęły się zamykać. Próbowała je otwierać, mrugała, ale nie dała rady. Powieki jej opadły i zasnęła. Lilka dalej się w nią wpatrywała ze swojego miejsca na poduszce.
Bidulka
ISBN: 978-83-8423-614-7
© Lech Kostrzewa i Wydawnictwo Novae Res 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody Wydawnictwa Novae Res.
REDAKCJA: Novae Res
KOREKTA: Novae Res
OKŁADKA: Oliwia Błaszczyk
Wydawnictwo Novae Res należy do grupy wydawniczej Zaczytani.
Grupa Zaczytani sp. z o.o.
ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia
tel.: 58 716 78 59, e-mail: [email protected]
http://novaeres.pl
Publikacja dostępna jest na stronie zaczytani.pl.
Opracowanie ebooka Katarzyna Rek
