Biblioteka o Północy - Matt Haig - ebook + audiobook + książka
BESTSELLER

Biblioteka o Północy ebook i audiobook

Matt Haig

4,2

56 osób interesuje się tą książką

Opis

Mądra, przejmująca i podnosząca na duchu opowieść o żalu, nadziei i drugiej szansie

Gdzieś poza krańcami wszechświata znajduje się biblioteka wypełniona niezliczoną liczbą książek, z których każda jest historią innej rzeczywistości. Wszyscy czasami zastanawiamy się, jak inaczej mogłoby wyglądać nasze życie, ale co wówczas, gdyby to naprawdę było możliwe? Co, gdybyśmy zyskali okazję wejścia do takiej biblioteki i przekonania się na własnej skórze, czy jakieś inne życie byłoby rzeczywiście bezwarunkowo lepsze?

Nora Seed staje w obliczu takiej właśnie szansy. Kiedy śmierć kota okazuje się ostatnią kroplą, która przepełnia czarę, postanawia rozstać się z tym światem i... trafia do Biblioteki o Północy. Otrzymuje możliwość nowego życia i dokonania innych niż dotąd wyborów - może wybrać inny kraj zamieszkania, uratować związek z narzeczonym, zrealizować marzenie o zostaniu glacjolożką. Każdy taki wybór to nowa przygoda, w trakcie której Nora musi odkryć, co tak naprawdę składa się na satysfakcjonujące życie. A przede wszystkim musi znaleźć odpowiedź na najważniejsze pytanie: co sprawia, że w ogóle warto żyć…

„Pasjonująca, krzepiąca lektura... Wizja nieograniczonych możliwości, nowych dróg, nowego życia, które jest dla nas gdzieś dostępne. Biblioteka o Północy pokazuje nam w tych trudnych, niespokojnych czasach, że możemy żyć inaczej, tak, jak chcemy”.

„The New York Times”

„Piękna bajka, współczesny odpowiednik filmu To wspaniałe życie, niesamowicie aktualna, ukazująca się w okresie, kiedy wszyscy utknęliśmy w świecie, który chcielibyśmy zmienić”.

Jodi Picoult, autorka powieści Bez mojej zgody

NAGRODA PORTALU GOODREADS ZA NAJLEPSZĄ POWIEŚĆ 2020 ROKU

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 336

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 40 min

Lektor: Agnieszka Krzysztoń

Oceny
4,2 (1151 ocen)
506
396
198
41
10
Sortuj według:
werterowski

Nie oderwiesz się od lektury

Piękna, prosta, egzystencjonalna podróż przez życie… Albo i życia. Pomimo setek możliwości, które mogła doświadczyć główna bohaterka, w ostateczności zrozumiała, że liczy się to jedno - prawdziwe życie. Nieidealne, pełne błędów, rozczarowań, smutków. Jego sens polega na tym, żeby pomimo tych przeciwności, iść dalej.
60
mimbloszka

Nie oderwiesz się od lektury

Jeśli masz w sobie pełno żalu, niespełnionych szans i wahań, pretensji do życia, - sięgnij po tą książkę. Sięgnij po nią również wtedy, gdy wodząc palcem po wirtualnym regale, nie wiesz na co się zdecydować. Ta książka Cię obudzi, przerwie letarg poszarzałych chwil, podkręci nasycenie krajobrazu i smak kawy. Bo tym czego uczy nas Matt Haig jest najprostsza z prawd, o której zwykliśmy wciąż zapominać. WARTO ŻYĆ. I wyciskać własne życie jak najsłodszą pomarańczę. Do ostatniej kropli.
51
eesta

Dobrze spędzony czas

krótka, bardzo prosty język, wręcz banalny ale przyjemna książka, polecam
10
Maniana1972

Nie oderwiesz się od lektury

Wspaniała. Wyjątkowa i napisana z ogromnym poczuciem humoru.
00
DanielCR

Dobrze spędzony czas

Książka dla ludzi żyjących marzeniami/wspomnieniami i/ lub marzących o innym lepszym życiu. Dobrze spędzony czas.
00

Popularność




Matt Haig Biblioteka o Północy Tytuł oryginału The Midnight Library ISBN Copyright © Matt Haig, 2020 All rights reserved Published by arrangement with Canongate Books Ltd, 14 High Street, Edinburgh EH1 1TE Copyright © for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2021 Cover art and design by Sara Wood and Jim Tierney Redaktor prowadzący Dariusz Wojtczak Redakcja Marta Stołowska Projekt typograficzny i łamanie Grzegorz Kalisiak Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 [email protected] Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Dla wszystkich pracowników służby zdrowia.

Oraz dla pracowników opieki społecznej.

Dziękuję wam.

 

„Nigdy nie będę tymi wszystkimi ludźmi, którymi chcę być, i nie przeżyję tych żyć, które chciałabym przeżyć. Nigdy nie nauczę się tych wszystkich rzeczy, które chcę umieć. A dlaczego tego chcę? Chcę przeżyć i odczuć wszystkie możliwe w moim życiu odcienie, tony i odmiany fizycznego i duchowego doświadczenia”.

Sylvia Plath

 

„Między życiem a śmiercią znajduje się biblioteka — tłumaczyła. — A w tej bibliotece półki ciągną się w nieskończoność. Każda książka daje ci szansę na wypróbowanie życia innego, niż prowadziłaś. Możesz w ten sposób sprawdzić, jak wyglądałoby twoje życie, gdybyś dokonała innych wyborów… Czy postąpiłabyś inaczej, gdybyś mogła cofnąć decyzje, których teraz żałujesz?”

Rozmowa o deszczu

Na dziewiętnaście lat przed tym, zanim postanowiła umrzeć, Nora Seed siedziała w cieple małej szkolnej biblioteki w Hazeldene School, w mieście Bedford i wpatrywała się w szachownicę rozłożoną na niskim stoliku.

— Noro, moja droga, to naturalne, że martwisz się o swoją przyszłość — powiedziała bibliotekarka, pani Elm, której oczy migotały jak promienie słońca odbite od powierzchni pokrytej szronem.

Kobieta wykonała swój pierwszy ruch, przenosząc skoczka nad schludnym rzędem białych pionków.

— To naturalne, że będziesz się przejmowała egzaminami — podjęła. — Ale, Noro, możesz zostać, kimkolwiek zechcesz. Pomyśl o wszystkich możliwościach. Jakież to ekscytujące.

— Tak. Chyba tak.

— Przed tobą całe życie.

— Całe życie.

— Możesz robić wszystko, zamieszkać wszędzie. Gdzieś, gdzie jest trochę mniej zimno i mokro.

Nora pchnęła pionek o dwa pola do przodu.

Trudno było nie porównywać pani Elm z matką, która traktowała Norę jak błąd wymagający korekty. Na przykład, kiedy Nora była niemowlęciem, matkę tak bardzo denerwowało, że jej lewe ucho mocniej odstaje niż prawe, że przyklejała je córce do głowy taśmą klejącą, co następnie ukrywała pod wełnianą czapeczką.

— Nienawidzę zimna i wilgoci! — stwierdziła z mocą bibliotekarka.

Miała krótkie siwe włosy i życzliwą, lekko pomarszczoną owalną twarz, która prezentowała się blado nad jaskrawozielonym golfem. Pani Elm była kobietą dość wiekową, ale właśnie z nią — ze wszystkich osób w szkole — Nora dogadywała się najlepiej i nawet w te dni, kiedy nie padało, spędzała popołudniową przerwę w małej bibliotece.

— Chłód i wilgoć nie zawsze idą w parze — oznajmiła teraz bibliotekarce. — Antarktyda jest najbardziej suchym kontynentem na Ziemi. Formalnie rzecz ujmując, to pustynia.

— No proszę, najwyraźniej jest to miejsce w sam raz dla ciebie.

— Nie sądzę, by znajdowała się dostatecznie daleko stąd.

— Cóż, może powinnaś więc zostać astronautką. Podróżować po Galaktyce.

Nora uśmiechnęła się.

— Na innych planetach deszcz jest jeszcze gorszy.

— Gorszy niż w Bedfordshire?

— Na Wenus z nieba spada czysty kwas.

Pani Elm wyjęła z rękawa papierową chusteczkę i delikatnie wydmuchała nos.

— Widzisz? Z takim umysłem jak twój można wszystko.

W tym momencie za nakrapianym deszczem oknem przebiegł jasnowłosy chłopiec. Nora wiedziała, że jest dwie klasy niżej od niej. Albo gonił kogoś, albo ktoś ścigał jego. Odkąd jej brat wyjechał, czuła się niepewnie. A biblioteka była dla niej azylem.

— Tato uważa, że wszystko zaprzepaściłam, gdy przestałam pływać.

— Cóż, nie będę się z nim spierać, ale powiem ci, że na świecie istnieje wiele ciekawszych zajęć niż szybkie pływanie. Masz przed sobą wiele różnych możliwości. Tak jak ci powiedziałam w ubiegłym tygodniu, możesz zostać glacjolożką. Trochę poszperałam i…

I właśnie wtedy zadzwonił telefon.

— Jedną minutkę — powiedziała cicho pani Elm. — Lepiej odbiorę.

Chwilę później Nora patrzyła, jak kobieta rozmawia przez telefon.

— Tak. Ona jest teraz tutaj. — Na obliczu bibliotekarki odmalował się szok. Odwróciła się do Nory tyłem, ale jej słowa i tak głośno rozbrzmiały w wyciszonym pomieszczeniu: — O nie. Nie, o mój Boże! Oczywiście…

Dziewiętnaście lat później

Mężczyzna przy drzwiach

Na dwadzieścia siedem godzin przed tym, zanim postanowiła umrzeć, Nora Seed siedziała na swojej zniszczonej kanapie i, czytając w komórce o szczęśliwym życiu innych ludzi, czekała, aż coś się wydarzy. A potem nagle, ni z tego, ni z owego, rzeczywiście coś się wydarzyło.

Ktoś, z pewnego szczególnego powodu, zadzwonił do jej drzwi.

Zastanawiała się przez chwilę, czy w ogóle powinna otwierać. Chociaż była dopiero godzina dwudziesta pierwsza, Nora miała już na sobie piżamę. Wstydziła się swojej zbyt dużej koszulki z napisem „ECO WORRIER” i kraciastych spodni.

Chcąc wyglądać na osobę nieco bardziej cywilizowaną, wsunęła kapcie i odkryła, że osoba przy drzwiach to mężczyzna, którego zresztą rozpoznała.

Był wysoki, tyczkowaty, chłopięcy, o uprzejmej twarzy, lecz jego spojrzenie było bystre i przeszywające, jakby potrafił przeniknąć wzrokiem przez ścianę.

Dobrze go było zobaczyć, choć Nora była trochę zaskoczona, zwłaszcza że gość miał na sobie sportowe ubranie i mimo zimnej, deszczowej pogody wyglądał na zgrzanego i spoconego. Kontrast między nimi sprawił, że Nora wydała się sobie jeszcze bardziej zaniedbana niż pięć sekund wcześniej.

Czuła się też bardzo samotna. Wprawdzie odpowiednio długo studiowała filozofię egzystencjalną, więc wiedziała, że samotność stanowi fundamentalną część ludzkiego życia w zasadniczo pozbawionym znaczenia kosmosie, to jednak na widok mężczyzny szczerze się ucieszyła.

— Ash — powiedziała z uśmiechem. — Jesteś Ash, prawda?

— Tak, zgadza się.

— Co tu robisz? Miło cię widzieć.

Kilka tygodni temu siedziała i grała na swoim pianinie elektrycznym, a on przebiegał akurat Bancroft Avenue, zobaczył ją w oknie, tutaj, pod numerem 33A, i pomachał do niej. A kiedyś — parę lat wcześ­niej — zaprosił ją na kawę. Może znów zamierzał to zrobić.

— Mnie też miło… — odpowiedział, lecz jego zmarszczone czoło sugerowało coś innego.

Kiedy odzywała się do niego w sklepie, zawsze mówił wesołym głosem, teraz jednak, wnosząc z tonu, coś wyraźnie leżało mu na sercu.

Podrapał się po czole. Wydał z siebie kolejny dźwięk, choć nie zdołał wypowiedzieć pełnego słowa.

— Biegasz? — rzuciła bez sensu. Bez wątpienia wyszedł na jogging.

Ale przez chwilę rzeczywiście wyglądał na zadowolonego, że może podjąć ten trywialny temat.

— Tak, przygotowuję się do półmaratonu w Bedford. Odbędzie się w tę niedzielę.

— Och, racja. Wspaniale. Też myślałam, żeby się do niego przygotować, ale potem sobie przypomniałam, że nie znoszę biegać.

Wcześniej w jej głowie zdanie to zabrzmiało zabawnie. Gdy je wypowiedziała, już zabawne nie było. Właściwie nie miała aż tak negatywnego stosunku do biegania. A mimo to zaniepokoiła ją powaga na twarzy gościa. Milczenie szybko zmieniło się w coś więcej niż tylko niezręczną ciszę.

— Mówiłaś mi, że masz kota — odezwał się w końcu Ash.

— Tak, mam.

— Zapamiętałem jego imię. Wolter. Rudy pręgowany?

— Tak. Nazywam go Wolts. Uznał imię Wolter za zbyt pretensjonalne. Okazuje się, że on nie interesuje się osiemnastowieczną francuską filozofią i literaturą. Jest całkiem przyziemny. Wiesz, jak na kota.

Ash patrzył na jej kapcie.

— Obawiam się, że nie żyje.

— Co?

— Leży nieruchomo na poboczu drogi. Zobaczyłem imię na obróżce… Myślę, że potrącił go samochód. Przykro mi, Noro.

Tak bardzo przestraszyła ją ta nagła zmiana nastroju, że ciągle się uśmiechała, jakby uśmiech mógł ją utrzymać w świecie, w którym przebywała wcześ­niej, w którym Wolts nadal żył, a ten mężczyzna, któremu sprzedawała gitarowe śpiewniki, zadzwonił do jej drzwi z innego powodu.

Przypomniała sobie, że Ash jest chirurgiem. Nie weterynarzem. Leczył ludzi, więc jeśli twierdził, że jakaś istota jest martwa, to ta istota wedle wszelkiego prawdopodobieństwa rzeczywiście nie żyła.

— Tak mi przykro.

Norę ogarnęło znajome uczucie żalu. Powstrzymywała się od płaczu chyba tylko dzięki przyjętej wcześniej dawce sertraliny.

— O Boże.

Ledwo mogła oddychać, kiedy wyszła na mokre, popękane płyty chodnikowe Bancroft Avenue i ujrzała swojego biednego rudego futrzaka, który leżał na połyskującym od deszczu asfalcie obok krawężnika. Głowa stworzenia dotykała boku chodnika, a łapy zatrzymały się w połowie galopu, jakby kot ścigał właśnie wyimaginowanego ptaka.

— Och, Wolts. O nie. O Boże!

Wiedziała, że powinna odczuwać rozpacz i litość, bo przecież zginął jej koci przyjaciel — i naprawdę tych emocji doświadczała — ale musiała się równocześnie przyznać do czegoś innego. Kiedy patrzyła na nieruchomy, spokojny wyraz pyszczka Woltera — na ten całkowity brak bólu — z ciemności wyłoniło się inne nieodparte uczucie.

Zazdrość.

Teoria Strun

Kiedy Nora była młodsza, jej tato miał zwyczaj stawać przy bocznej krawędzi basenu, zaciskając szczęki i spoglądając raz na stoper, a raz na córkę, która próbowała pobić rekord życiowy. O tym dawno zapomnianym surowym spojrzeniu, którym ojciec często taksował ją po treningu, pomyślała teraz, gdy spóźniła się na popołudniową zmianę w Teorii Strun.

— Przepraszam — powiedziała Neilowi, który przebywał w biurze, brudnym, małym pomieszczeniu pozbawionym okien. — Umarł mój kot. Ubieg­łej nocy. Musiałam go pochować. To znaczy… ktoś pomógł mi go pogrzebać. Potem zostałam sama w mieszkaniu, nie mogłam zasnąć i zapomniałam nastawić budzik, więc obudziłam się dopiero przed południem, a potem musiałam się spieszyć…

Wszystko to było prawdą i wyobrażała sobie, że uwiarygodni to oświadczenie swoim wyglądem — twarz bez makijażu, prowizoryczny luźny kucyk i ta sama nabyta w ciucholandzie zielona sztruksowa sukienka z fartuszkiem, którą nosiła przez cały tydzień — oraz otaczającą ją ogólną atmosferą zmęczenia i rozpaczy.

Neil podniósł wzrok znad komputera i odchylił się na krześle. Połączył dłonie i zetknął ze sobą palce wskazujące, a następnie podłożył je sobie pod brodę, jakby był Konfucjuszem rozważającym głęboką filozoficzną prawdę o wszechświecie, a nie rozmawiającym ze spóźnioną pracownicą szefem sklepu ze sprzętem muzycznym. Na ścianie za nim wisiał ogromny plakat Fleetwood Mac, którego prawy górny róg odkleił się i opadał niczym ucho szczeniaczka.

— Słuchaj, Noro, lubię cię.

Neil był nieszkodliwy. Pięćdziesięciokilkuletni miłośnik gitar, który lubił opowiadać kiepskie żarty i całkiem znośnie grał na żywo w sklepie covery Dylana.

— I wiem, że masz pewne problemy ze zdrowiem… psychicznym.

— Wszyscy mają teraz takie problemy.

— Wiesz, co mam na myśli.

— Czuję się znacznie lepiej… ogólnie — skłamała. — To nie jest problem natury psychiatrycznej. Lekarz mówi, że mam depresję sytuacyjną. Tyle że ciągle mi się przydarzają nowe… sytuacje. Ale nie wzięłam przez to wszystko ani jednego wolnego dnia. Poza tym, kiedy moja mama… Tak. Poza tym.

Neil westchnął. Ilekroć to robił, zawsze z jego nosa dobywał się gwizd. Złowrogi dźwięk B.

— Noro, jak długo tu pracujesz?

— Dwanaście lat i… — wiedziała to aż nazbyt dobrze — …jedenaście miesięcy oraz trzy dni. Z przerwami.

— To dużo czasu. Czuję, że zostałaś stworzona do lepszych rzeczy. A masz już pod czterdziestkę.

— Mam trzydzieści pięć lat.

— Tak wiele się wokół ciebie dzieje. Uczysz ludzi gry na pianinie…

— Jedną osobę.

Strzepnął okruch ze swetra.

— Czy wyobrażałaś sobie, że utkniesz w rodzinnym mieście i będziesz pracowała w jakimś sklepie? Wiesz, kiedy miałaś czternaście lat? Kim chciałaś wtedy zostać?

— Jako czternastolatka? Chciałam uprawiać pływanie. — Była najszybszą czternastolatką pływającą stylem klasycznym i wicemistrzynią kraju w kraulu. Przypomniała sobie, jak stała na podium podczas mistrzostw w pływaniu.

— Więc co się stało?

Zamknęła oczy. Przypomniała sobie cuchnące chlorem rozczarowanie związane z zajęciem drugiego miejsca.

— Byłam pod wielką presją.

— Ale presja nas tworzy. Zaczynasz jako bryłka węgla, a presja zmienia cię w diament.

Nie poprawiła go w kwestii wiedzy na temat diamentów. Nie powiedziała mu, że chociaż po spaleniu diament zamienia się w węglowy proszek, węgiel jest substancją za bardzo niejednorodną, by w wyniku jakiegokolwiek nacisku stać się diamentem. Według nauki zaczynasz jako węgiel i kończysz jako węgiel. I może tak właśnie brzmiała prawdziwa lekcja życia.

Wygładziła pasmo swoich kruczoczarnych włosów w stronę kucyka.

— Co masz na myśli, Neil?

— Nigdy nie jest za późno, by zacząć spełniać swoje marzenia.

— Jestem przekonana, że na to konkretne marzenie jest już zdecydowanie za późno.

— Masz naprawdę dobre wykształcenie, Noro. Dyplom z filozofii…

Popatrzyła w dół i przyglądała się małemu pieprzykowi na swojej lewej ręce. Był świadkiem wszystkiego, przez co przeszła. I, ot tak, tam pozostał, o nic nie dbając. Po prostu był pieprzykiem.

— W Bedford nie ma zbyt wielkiego zapotrzebowania na filozofów, Neil. Jeśli mam być szczera.

— Wyjechałaś na uniwersytet, spędziłaś rok w Londynie, a potem wróciłaś.

— Nie miałam wielkiego wyboru.

Nie chciała rozmawiać o swojej zmarłej matce. Ani o Danie. Ponieważ gdy Neil się dowiedział, że Nora zrezygnowała ze ślubu na dwa dni przed wyznaczoną datą, uznał to za najbardziej fascynującą historię miłosną od czasu Kurta Cobaina i Courtney Love.

— Każdy człowiek ma wybór, Noro. Istnieje coś takiego jak wolna wola.

— Cóż, no chyba że podpisujesz się pod deterministycznym poglądem na wszechświat.

— Ale dlaczego tutaj?

— Mogłam się zatrudnić tutaj albo w schronisku dla zwierząt. Ty lepiej płacisz. Poza tym, no wiesz, muzyka.

— Grałaś w zespole. Z bratem.

— Tak. W The Labyrinths. Nie mieliśmy przyszłości.

— Twój brat mówi co innego.

To ją zaskoczyło.

— Joe tak twierdzi? Skąd wiesz…

— Kupił wzmacniacz. Marshall DSL40.

— Kiedy?

— W piątek.

— Był w Bedford?!

— O ile nie był to jego hologram. Jak w przypadku Tupaca1.

Pomyślała, że prawdopodobnie Joe odwiedzał Raviego. Ravi był najlepszym przyjacielem jej brata. Joe porzucił grę na gitarze i przeniósł się do Londynu dla gównianej roboty w branży IT, której nienawidził, a Ravi z kolei utknął w Bedford. Występował teraz z zespołem o nazwie Slaughterhouse Four, z którym grał covery w tutejszych pubach.

— Zgadza się. To interesujące.

Brat zapewne wiedział, że piątek jest jej dniem wolnym. Tak, była tego prawie pewna. Ten fakt coś w niej poruszył.

— Jestem tutaj szczęśliwa.

— Tyle że to… nieprawda.

Miał rację. Cierpiała w środku. Jej umysł się buntował.

Uśmiechnęła się szerzej.

— Chciałam powiedzieć, że jestem zadowolona z pracy tutaj. Zadowolona w sensie… no wiesz… usatysfakcjonowana. Neil, potrzebuję tej roboty.

— Jesteś dobrym człowiekiem. Martwisz się o świat. O bezdomnych, o środowisko.

— Potrzebuję pracy.

Wrócił do swojej pozy Konfucjusza.

— Potrzebujesz wolności.

— Nie chcę wolności.

— To nie jest instytucja charytatywna. Chociaż muszę powiedzieć, że szybko się taką staje.

— Posłuchaj, Neil, czy chodzi o to, co powiedziałam w ubiegłym tygodniu? O tym, że powinieneś zmodernizować firmę? Mam kilka pomysłów, jak dotrzeć do młodych ludzi…

— Nie — odrzekł defensywnym tonem. — Ten sklep sprzedawał kiedyś tylko gitary. Teoria Strun, rozumiesz? Potem rozszerzyłem ofertę. Udało się. Niestety, czasy są trudne i nie mogę ci płacić za to, że odstręczasz klientów, patrząc na nich z miną ponurą jak deszczowy weekend.

— Co takiego?

— Obawiam się, Noro… — Zamilkł na chwilę, wziął wdech i ją dobił: — Będę musiał pozwolić ci odejść.

Życie to cierpienie

Gdy Nora wędrowała po Bedford, szukając powodów, by mimo wszystko żyć dalej, niebo było pełne ciężkich, szarych jak sadza chmur, jakby stanowiło odbicie jej nastroju i myśli. Miasto było jednym wielkim pasmem rozpaczy. Pokryte tynkiem mozaikowym centrum sportowe, w którym jej nieżyjący tato patrzył kiedyś, jak przepływała kolejne długości basenu, meksykańska restauracja, do której zabrała Dana na fajitas, szpital, w którym leczono jej mamę…

Dan przysłał jej wczoraj esemesa.

Noro, tęsknię za twoim głosem. Możemy porozmawiać? D x

Odpisała, że jest „strasznie zajęta” (kupa śmiechu). Nie mogła odpisać nic innego. Nie dlatego, że już mu nie współczuła, ale dlatego, że nie chciała ryzykować, iż ponownie go zrani. Zrujnowała mu przecież życie.

W pijackich esemesach, które dostawała wkrótce po niedoszłym ślubie, powiadamiał ją, że jego życie to chaos.

Ale wszechświat zmierza w kierunku chaosu i entropii. To było podstawowe prawo termodynamiki. Może było to również podstawowe prawo egzystencji.

Tracisz pracę, a potem jest tylko gorzej.

Wiatr szeptał między drzewami.

Zaczęło padać.

Pragnąc się schronić przed deszczem, ruszyła w kierunku kiosku z głębokim przeczuciem — jak się okazało, całkowicie uzasadnionym — że sytuacja pogorszy się jeszcze bardziej.

Drzwi

Przez czas powolnego mrugnięcia Nora widziała w wyobraźni ducha ojca, wpatrującego się w swój stoper, jakby czekał, aż córka do niego dopłynie. Otworzyła oczy i weszła do kiosku z gazetami.

— Postanowiłaś się schronić przed deszczem, co? — zapytała kobieta za ladą.

— Tak. — Nora trzymała głowę pochyloną. Rozpacz rosła w niej jak ciężar, którego nie była w stanie unieść.

Na widoku stały egzemplarze „National Geographic”.

Kiedy patrzyła teraz na okładkę czasopisma — wizerunek czarnej dziury — zdała sobie sprawę, że zdjęcie przedstawia ją samą. Była czarną dziurą. Umierającą, rozpadającą się gwiazdą.

Jej tato subskrybował kiedyś „National Geographic”. Nora pamiętała, jak zafascynował ją artykuł o Svalbardzie, norweskim archipelagu na Oceanie Arktycznym. Nigdy nie widziała miejsca, które byłoby tak odległe. Przeczytała wtedy o naukowcach prowadzących badania wśród lodowców i zamarz­niętych fiordów oraz o ptakach — maskonurach. Potem, pod wpływem sugestii pani Elm, zdecydowała, że chce zostać glacjolożką.

*

Zobaczyła w kiosku, obok czasopism, niechlujną, skuloną postać Raviego — przyjaciela brata i ich dawnego kolegi z zespołu — pogrążonego w lekturze jakiegoś artykułu. Przyglądała mu się najwyraźniej o ułamek sekundy za długo, bo kiedy odchodziła, usłyszała jego pytanie:

— Nora?

— Cześć, Ravi. Słyszałam, że Joe był w Bedford.

Krótkie kiwnięcie głową.

— Tak.

— Czy on… hm… Widziałeś go?

— Właściwie to tak.

Zapadła cisza, którą Nora odczuła jako ból na całym ciele.

— Nie powiedział mi, że przyjeżdża.

— Był tylko przejazdem.

— Jak się miewa?

Ravi się zawahał. Kiedyś Nora go lubiła, a on był lojalnym przyjacielem jej brata. Ale, podobnie jak w przypadku Joego, teraz wyrosła między nimi bariera. Nie rozstali się w najlepszym stylu. (Kiedy Nora mu powiedziała, że odchodzi z zespołu, rzucił na podłogę swoje pałki do gry na perkusji i wyszedł z sali prób).

— Myślę, że jest przygnębiony.

Kiedy przemknęło jej przez głowę, że Joe czuje się, być może, tak źle jak ona, wyimaginowane brzemię, które jej ciążyło, stało się jeszcze cięższe.

— Nie jest sobą — kontynuował Ravi gniewnym tonem. — Będzie się musiał wyprowadzić ze swojego małego mieszkania w Shepherd’s Bush. Pewnie dlatego, że nie może grać na gitarze prowadzącej w popularnym zespole rockowym! Chociaż powiem ci, że ja też jestem bez grosza. Koncerty w pubach nie bardzo się opłacają. Nawet jeśli zgadzasz się przy okazji czyścić toalety. Czyściłaś kiedyś toalety w pubie, Noro?

— Jeśli to mają być zawody w użalaniu się nad sobą, ja również mam beznadziejny okres.

Ravi zarechotał. Potem przybrał surową minę.

— „Grają najmniejsze skrzypce świata” — zacytował.

Nie była w nastroju na wysłuchiwanie takich tekstów.

— Więc chodzi o The Labyrinths? Nadal?

— Zespół wiele dla mnie znaczył. I dla twojego brata również. Dla nas wszystkich. Mieliśmy podpisać umowę z Universalem. Tak. Dokładnie. Album, single, trasa koncertowa, promocja. Bylibyśmy teraz jak Coldplay.

— Nienawidzisz Coldplay.

— Nie o to chodzi. Moglibyśmy mieszkać w Malibu. Zamiast tego… Bedford. Dlatego twój brat nie jest niestety gotów na spotkanie z tobą.

— Miałam ataki paniki! W końcu wszystkich was bym zawiodła. Powiedziałam wytwórni, że powinna kontynuować współpracę z zespołem beze mnie. Zgodziłam się pisać piosenki. Nie moja wina też, że się wtedy zaręczyłam. Że byłam z Danem. Nie mogłam tego połączyć.

— No tak. I jak się udało?

— Ravi, to nie fair!

— Jasne, „nie fair”. Świetne określenie.

Kobieta za ladą gapiła się na nich z zainteresowaniem.

— Zespoły muzyczne nie działają długo. Bylibyśmy jak deszcz meteorów. Błysnęlibyśmy i zgaśli.

— Deszcze meteorów są cholernie piękne.

— Daj spokój. Wciąż jesteś z Ellą, prawda?

— Ale mógłbym być z Ellą i grać w popularnym zespole, mieć kasę! Dostaliśmy szansę. Właśnie tak! — Wskazał na swoją dłoń. — Nasze piosenki to był ogień!

Nora bezwiednie poprawiła go w myślach: nie „nasze”, a „moje” i od razu się za to znienawidziła.

— Twoim problemem nie była trema. Ani ślubna gorączka. Myślę, że twój problem polega na tym, że boisz się żyć.

To zabolało. W odpowiedzi słowa same popłynęły z jej ust:

— A twoim problemem — odrzekła drżącym głosem — jest ciągła chęć obwiniania innych za gówniane życie, jakie prowadzisz.

Pokiwał głową, jakby go spoliczkowała. Odłożył czasopismo.

— Do zobaczenia, Noro.

— Przekaż Joemu pozdrowienia — rzuciła za nim, kiedy wychodził ze sklepu na deszcz. — Proszę.

Dostrzegła okładkę magazynu „Twój Kot”. Był na niej rudy, pręgowany kocur. W jej głowie coś krzyczało głośno niczym symfonia z okresu Sturm und Drang. Jak gdyby duch jednego z niemieckich kompozytorów utknął w jej umyśle, wywołując w nim chaos i intensyfikując emocje.

Kobieta za ladą powiedziała coś, czego Nora nie dosłyszała.

— Słucham? — spytała.

— Nora Seed?

Kobieta — blond bob, sztuczna opalenizna — była uśmiechnięta, swobodna i zrelaksowana tak, jak Nora już się zrelaksować nie potrafiła. Oparta na łokciach pochylała się nad swoją ladą i patrzyła na nią niczym na lemura w zoo.

— Tak.

— Jestem Kerry-Anne. Pamiętam cię ze szkoły. Pływaczka. Supermózg. Czy pan, jak mu tam… Bland­ford… nie poświęcił ci kiedyś apelu? Mówił, że w końcu weźmiesz udział w olimpiadzie, no nie?

Nora skinęła głową.

— I co? Wzięłaś?

— Zrezygnowałam z pływania. Wolałam zająć się muzyką… Wtedy. Potem, no wiesz, życie.

— Więc co robisz teraz?

— Jestem… w trakcie zmiany.

— Czyli że masz kogoś? Faceta? Dzieci?

Nora pokręciła głową. Miała ochotę schować ją w piasek. Własną głowę. W piasek. Tak żeby już nigdy więcej nie musiała rozmawiać z nieznajomymi.

— Wiesz, nie czekaj z tym. Czas leci. Tik-tak, tik-tak.

— Mam trzydzieści pięć lat! — Żałowała, że nie ma tu z nią Izzy, która nie znosiła takich głupich gadek. — I nie jestem pewna, czy chcę…

— Ja i Jake, gdy się poznaliśmy, byliśmy jak króliki. Mamy dwa małe potwory. Ale warto, wiesz? Po prostu czuję się teraz kompletna! Mogę ci pokazać kilka fotek.

— Boli mnie głowa od… patrzenia na ekran.

Dan pragnął mieć dzieci. Nora nie wiedziała, czy chce. Macierzyństwo ją przerażało. Bała się pogłębienia depresji. Nie umiała zająć się sobą, a co dopiero kimś innym.

— Ciągle mieszkasz w Bedford?

— Tak.

— Myślałam, że wyjechałaś.

— Wróciłam. Moja mama była chora.

— Ojej, przykro mi. Mam nadzieję, że do tej pory wydobrzała?

— Lepiej już pójdę.

— Ale nadal pada.

Kiedy Nora uciekła ze sklepu, żałowała, że nie ma przed sobą kolejnych drzwi, przez które mogłaby przechodzić, jedne po drugich, jedne po drugich, aż pozostawi za sobą… wszystko.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1 Zastrzelonego w 1996 roku rapera Tupaca ożywiono na jeden koncert za pomocą hologramu. (Wszystkie przypisy w tekście pochodzą od tłumaczki.)