Bezpieczna odległość - Schweblin Samanta - ebook
NOWOŚĆ

Bezpieczna odległość ebook

Schweblin Samanta

3,5

20 osób interesuje się tą książką

Opis

„Pełna dręczących obrazów i ważnych pytań”. New York Times Book Review Niesamowita powieść psychologiczna z elementami horroruz krótkiej listy nominowanych do międzynarodowej nagrody Man Booker 2017! Ta powieść jest jak senny koszmar, jak opowiastka o duchach rozgrywająca się w rzeczywistym świecie… Młoda kobieta, Amanda, umiera w wiejskim szpitalu. Przy jej łóżku czuwa chłopiec imieniem Dawid. Nie jest jej synem, a ona nie jest jego matką. Wspólnie opowiadają przerażającą historię o udręczonych, pełnych toksyn duszach, a także o sile i desperacji. Niemalże widmowy głos Dawida zmusza kobietę do zmierzenia się z prawdą o jej stanie – przypomina sobie porzucenie męża i wyjazd na argentyńską wieś, a także obsesję na punkcie bezpieczeństwa własnej córeczki – „bezpieczną odległość”. Schweblin, z wirtuozerią godną najlepszych głosów nowoczesnej literatury, snuje opowieść o współczesnej Argentynie, jej zagrożeniach i bolączkach, o niebezpieczeństwach, jakie niesie uprawa genetycznie zmodyfikowanej żywności, a także o obezwładniającej potrzebie rodziców, by uchronić własne dzieci przed wszelkim złem. „Niewielka powieść, która wywołuje burzę. Zgrabna, lecz wybuchowa mieszanka. Schweblin z wirtuozerią łączy studium nad matczyną trwogą z horrorem o podłożu ekologicznym”. The Economist „Hipnotyzująca, wciągająca lektura w świetnym stylu”. The Oprah Magazine

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 107

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Distancia de rescate

© Samanta Schweblin, 2014

Copyright © 2020 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2020 for the Polish translation by Tomasz Pindel

(under exclusive license to Wydawnictwo Sonia Draga)

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Justyna Chmielewska

Korekta: Magdalena Bargłowska Aleksandra Pietrzyńska, Iwona Wyrwisz

ISBN: 978-83-66512-98-6

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórców i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:[email protected]

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E - wydanie 2020

Dla mojej siostry Pameli

Po raz pierwszy od dawna spuścił wzrok i spojrzał na swoje dłonie. Jeśli kiedyś doznaliście czegoś takiego, wiecie, co mam na myśli.

Jesse Ball, The Curfew

Są jak robaki.

Ale robaki jakiego rodzaju?

No takie zwykłe, jak wszędzie.

To mówi ten chłopak, szepcze mi słowa do ucha. A ja zadaję pytania. Robaki w ciele?

Tak, w ciele.

Takie, co żyją w ziemi?

Nie, inne.

Jest ciemno, nic nie widzę. Prześcieradła są szorstkie, marszczą się pod moim ciężarem. Nie mogę się ruszać, mówię.

To przez te robaki. Trzeba być cierpliwym i czekać. I w tym czasie odnaleźć tę chwilę, w której rodzą się robaki.

Po co?

Bo to ważne, bardzo ważne, dla wszystkich.

Próbuję przytaknąć, ale ciało mnie nie słucha.

Co jeszcze dzieje się w ogrodzie przy domu? Czy ja też tam jestem?

Nie, nie ma cię, ale Carla, twoja matka, jest. Poznałam ją kilka dni wcześniej, zaraz po tym, jak się wprowadziłyśmy.

Co Carla robi?

Dopija kawę i stawia filiżankę na trawie, obok leżaka.

I co jeszcze?

Wstaje i odchodzi. Zapomina o klapkach, leżą parę metrów dalej, przy schodkach do basenu, ale nic jej nie powiem.

Dlaczego?

Wolę poczekać i zobaczyć, co zrobi.

I co robi?

Wiesza sobie torbę na ramieniu i idzie w tym swoim złotym bikini do samochodu. Jest między nami jakiś rodzaj wzajemnej fascynacji, ale też, dla kontrastu, krótkie momenty niechęci, wyczuwam je w bardzo konkretnych sytuacjach. Jesteś pewien, że takie uwagi są potrzebne? Mamy na to czas?

Takie obserwacje są bardzo ważne. Co robicie w ogrodzie?

Właśnie wróciłyśmy znad jeziora i twoja matka nie chce wejść do mojego domu.

Woli nie robić ci kłopotu.

Jakiego kłopotu? Muszę wchodzić i wychodzić, raz i drugi, najpierw po lemoniadę, potem po krem do opalania. Nie wydaje mi się, żeby tak oszczędzała mi kłopotu.

Dlaczego poszłyście nad jezioro?

Chciała, żebym jej pokazała, jak się prowadzi samochód, mówiła, że zawsze chciała się nauczyć, ale gdy już znalazłyśmy się nad jeziorem, żadna z nas nie miała dość cierpliwości.

Co robi teraz w ogrodzie?

Otwiera drzwi mojego samochodu, siada za kierownicą i przez chwilę grzebie w torbie. Ja spuszczam nogi z leżaka i czekam. Jest strasznie gorąco. Potem Carla przestaje grzebać i chwyta oburącz kierownicę. Siedzi tak przez chwilę, wpatrzona w bramę, a może w swój dom stojący znacznie dalej.

Co jeszcze? Dlaczego nic nie mówisz?

No bo uczepiłam się tej opowieści, wszystko widzę bardzo wyraźnie, ale czasem ciężko mi iść dalej. Może to przez to, co mi wstrzykują pielęgniarki?

Nie.

Ale ja za kilka godzin umrę. Tak będzie, prawda? Dziwne, że jestem taka spokojna. Możesz mi nic nie mówić, ale ja i tak wiem, choć przecież czegoś takiego nie da się sobie powiedzieć.

Żadna z tych rzeczy nie jest ważna. Tracimy czas.

Ale to prawda, co? Że umrę?

Co jeszcze dzieje się w ogrodzie?

Carla opiera czoło o kierownicę, drżą jej ramiona, zaczyna płakać. Myślisz, że zbliżamy się do miejsca, w którym rodzą się robaki?

Mów dalej, niczego nie pomijaj.

Carla nie wydaje żadnych dźwięków, ale i tak wstaję i idę w jej stronę. Od razu mi się spodobała, od tego dnia, kiedy zobaczyłam ją z dwoma wielkimi plastikowymi wiadrami, w słońcu, z tym jej rudym kokiem i w dżinsowych ogrodniczkach. Nie widziałam nikogo w takich spodniach, od kiedy miałam kilkanaście lat, i to ja zaczęłam się narzucać z tą lemoniadą, zaprosiłam ją na mate następnego dnia, i następnego też. To są ważne szczegóły?

Ta konkretna chwila kryje się w szczególe, trzeba być bardzo uważnym.

Przechodzę przez ogród. Mijam basen, patrzę na jadalnię i widzę, że Nina, moja córka, wciąż śpi wtulona w swojego pluszowego kreta. Wsiadam do samochodu, zajmuję miejsce koło kierowcy. Zostawiam drzwi otwarte i opuszczam szybę, bo panuje straszny upał. Wielki kok Carli trochę się sypie, rozpada z jednej strony. Opieram się plecami o fotel, świadoma, że już tu jestem, znów przy niej, a ona na mnie patrzy.

– Jeśli ci o tym powiem – mówi – nie będziesz mnie chciała więcej widzieć.

Zastanawiam się, co powiedzieć, coś w rodzaju: „Carla, błagam, nie bądź śmieszna”, ale zamiast tego patrzę na palce u jej stóp, wyprostowane na pedałach, na jej długie nogi, na szczupłe, ale mocne ramiona. Peszy mnie świadomość, że dziesięć lat starsza ode mnie kobieta może być tak wyraźnie piękniejsza.

– Jeśli ci powiem – mówi – nie będziesz chciała, żeby bawił się z Niną.

– Ależ, Carla, proszę, dlaczego miałabym nie chcieć?

– Nie będziesz chciała, Amando. – Oczy Carli zaszły łzami.

– Jak ma na imię?

– David.

– Twój jest? To twój syn?

Potakuje. Ten syn to ty, Davidzie.

Wiem, mów dalej.

Wyciera łzy grzbietem dłoni, grzechoczą jej złote bransoletki. Ja cię w ogóle jeszcze nie widziałam, ale kiedy wspomniałam panu Geserowi, on się opiekuje tym domem, który wynajmujemy, że spotykam się z Carlą, od razu zapytał, czy cię poznałam. Carla powiedziała:

– Był mój. Teraz już nie jest.

Patrzyłam na nią i nie rozumiałam.

– Już do mnie nie należy.

– Carla, dziecko ma się przecież na całe życie.

– Nie, kochana – mówi. Ma długie paznokcie i celuje nimi w moje oczy.

Wtedy przypominam sobie o papierosach mojego męża, otwieram schowek i podaję jej razem z zapalniczką. Niemal wyrywa mi je z dłoni, a między nami unosi się zapach kremu do opalania.

– Kiedy David się urodził, był cudowny.

– No pewnie – odpowiadam, ale zaraz zdaję sobie sprawę, że powinnam siedzieć cicho.

– Jak mi go pierwszy raz dali na ręce, bardzo się denerwowałam. Byłam przekonana, że brakuje mu jednego palca. – Trzyma papierosa między wargami, uśmiecha się do wspomnienia, potem zapala. – Pielęgniarka mówiła, że tak się czasami dzieje przez znieczulenie, że kobieta dostaje jakiejś obsesji. Dopóki dwa razy nie przeliczyłam wszystkich dziesięciu paluszków u rąk, nie uwierzyłam, że jest w porządku. Teraz wiele bym dała, żeby Davidowi brakowało tylko paluszka.

– A co z nim jest nie tak?

– Był taki cudowny, Amando, naprawdę, moje słoneczko. Cały dzień uśmiechnięty. Najbardziej lubił spędzać czas poza domem. Od malutkiego uwielbiał bawić się na placu zabaw. Widziałaś, że tu nie da się chodzić z wózkiem. W miasteczku owszem, ale stąd na plac zabaw idzie się między gospodarstwami i tymi chatkami przy drodze, pełno tam błota. Ale on tak bardzo chciał, że nawet jak miał trzy latka, nosiłam go na rękach, całe dwanaście przecznic. Na widok huśtawki od razu krzyczał. Gdzie tu jest popielniczka?

Była pod deską rozdzielczą. Otworzyłam i wskazałam jej.

– Wtedy David się rozchorował, mniej więcej w tym wieku właśnie, sześć lat temu. To był trudny czas. Zaczęłam pracować na fermie Sotoma­yora, pierwszy raz w życiu miałam zatrudnienie. Zajmowałam się księgowością, choć tak naprawdę niewiele to miało wspólnego z księgowością. Powiedzmy, że pilnowałam mu porządku w papierach i pomagałam robić rachunki, no ale było to jakieś zajęcie. Chodziłam załatwiać sprawy do miasta, zawsze elegancko ubrana. Ty jesteś ze stolicy, dla ciebie to co innego, ale tu, żeby się wystroić, trzeba mieć pretekst, a ten akurat był idealny.

– A twój mąż?

– Omar zajmował się hodowlą koni. Serio, było, jak mówię. Wtedy to był inny człowiek.

– Chyba go wczoraj widziałam, kiedy wyszłyśmy z Niną na spacer. Mijał nas furgonetką, pomachałyśmy mu, ale nie odpowiedział.

– Tak, taki jest Omar dziś – mówi Carla, kręcąc głową. – Kiedy go poznałam, jeszcze się uśmiechał i hodował konie wyścigowe. Trzymał je po drugiej stronie miasteczka, za jeziorem, ale kiedy zaszłam w ciążę, przeniósł wszystko tutaj. Ten tam to dom moich rodziców. Omar powtarzał, że jak w końcu dopisze mu szczęście, to zarobimy kupę kasy i wszystko odnowimy. Ja marzyłam o dywanach. Pewnie, tutaj to szaleństwo, ale strasznie chciałam. Omar miał dwie płodne klacze, wysokiej klasy, które urodziły Tristeza Cat i Gamuza Fina, dwa konie już sprzedane, biegały i wciąż biegają w Palermo i San Isidro. Potem przyszły na świat jeszcze dwie klaczki i jeden ogier, nie pamiętam ich imion. Żeby w tym interesie dobrze szło, trzeba mieć dobrego rozpłodowca, a Omarowi użyczano najlepszych. Ogrodził część ziemi dla klaczy, dalej zrobił wybieg dla źrebiąt, zasiał lucernę, a potem spokojnie budował stajnię. Umowa była taka, że prosił o tego ogiera, i dawali mu go na dwa, trzy dni. Kiedy źrebaki szły na sprzedaż, jedna czwarta zarobku trafiała do właściciela ogiera. To kupa kasy, bo jeśli ogier jest dobry, a źrebaki zadbane, można takiego jednego sprzedać za dwieście, dwieście pięćdziesiąt tysięcy pesos. Tak że przez parę dni ten ogier był tu u nas. Omar nie spuszczał z niego oka przez cały dzień, snuł się za nim jak zombi, żeby liczyć, ile razy pokrył każdą klacz. Kiedy chciał gdzieś pójść, czekał, aż wrócę od Sotomayora, i wtedy była moja kolej, no ale ja tylko co jakiś czas rzucałam okiem zza firanki, sama rozumiesz. W każdym razie któregoś popołudnia zmywałam naczynia i nagle mnie tknęło, że od dłuższej chwili nie widziałam ogiera. Podchodzę do drugiego okna i do jeszcze innego, przez które widać teren za domem, i nic: klacze są, ale po ogierze ani śladu. Biorę Davida na ręce, on już wtedy zaczynał chodzić i przez cały ten czas próbował nadążyć za mną po domu, i wychodzę. W takich przypadkach nie ma zbyt wielu opcji: koń jest albo go nie ma. Ewidentnie z jakiegoś powodu przeskoczył ogrodzenie. Dziwna sprawa, ale zdarza się. Poszłam do stajni, modląc się w duchu, żeby tam był, ale też nic. Popędziłam w stronę rzeczki, która jest bardzo wąska i płynie takim jakby jarem, więc koń może tam stać i pić wodę tak, że z domu w ogóle go nie widać. Pamiętam, że David pytał, co się dzieje, wzięłam go na ręce, wychodząc z domu, a on zacisnął mi ramiona wokół szyi, trudno mu się mówiło przez te susy, którymi sadziłam nad potok. „Mama, tam!”, powiedział. I rzeczywiście, ogier stał i pił wodę z rzeki. Teraz nie mówi już do mnie „mamo”. Zeszliśmy w dół, David chciał, żebym go postawiła na ziemię. Powiedziałam mu, żeby nie podchodził do konia. Zbliżałam się do zwierzęcia małymi kroczkami. Na początku się odsuwał, ale byłam cierpliwa i w końcu mi zaufał. Zdołałam złapać go za uzdę. Co za ulga, pamiętam dobrze, odetchnęłam i powiedziałam na głos: „Jakbyś ty przepadł, to i dom by nam przepadł, nieszczęśniku”. Widzisz, Amando, to jest jak z tym palcem, którego, jak mi się wydawało, brakowało Davidowi. Człowiek myśli: „Stracić dom to najstraszniejsze, co może się zdarzyć”, a potem dzieją się znacznie gorsze rzeczy i oddałoby się ten dom i całe życie, żeby móc tam wrócić i puścić uzdę tego przeklętego konia.

Słyszę stukanie w prowadzące do salonu drzwi z moskitierą i obie obracamy się w stronę mojego domu. Nina stoi w progu i przytula swojego kreta. Jest ledwie rozbudzona, wciąż jeszcze tak śpiąca, że nasza nieobecność wcale jej nie przestrasza. Robi kilka kroków, nie wypuszczając pluszaka, łapie za poręcz i całą uwagę skupia na pokonaniu trzech schodków w dół, po czym staje na trawie. Carla znów rozpiera się w fotelu i bez słowa patrzy na małą w lusterku wstecznym. Nina przygląda się swoim stopom. Znowu próbuje tego dokonać, od kiedy tu przyjechałyśmy, stara się wyrwać trochę trawy palcami stóp.

– David przykucnął nad rzeczką, buty miał całe przemoczone, wsadził ręce do wody i zaczął oblizywać sobie palce. Wtedy zobaczyłam tego martwego ptaka. Leżał bardzo blisko, może z metr od Davida. Krzyknęłam, przestraszona, on też się wystraszył, poderwał się gwałtownie i z tego impetu wylądował tyłkiem w wodzie. Biedny David. Podeszłam do niego, ciągnąc za sobą ogiera, który rżał i nie chciał się ruszyć, więc jakoś tam próbowałam podnieść małego jedną ręką i potem szarpałam się z dzieckiem i koniem, tarabaniąc się pod górę. Omarowi nic nie powiedziałam. Bo i po co? Co się miało stać, to się stało, i po sprawie. Tyle że następnego dnia rano koń leżał. „Nie ma go – powiedział Omar. – Uciekł”. Już miałam mu opowiedzieć, że wczoraj też raz zwiał, ale wtedy on go wypatrzył leżącego na pastwisku. „Kurwa” – powiedział. Ogier miał tak napuchnięte powieki, że nie było mu widać oczu. Pysk, chrapy, wszystko miał tak nabrzmiałe, że wyglądał jak jakieś inne zwierzę, jak potwór. Ledwie miał siłę, żeby wydawać z siebie chrapliwe dźwięki, a Omar stwierdził, że serce mu wali jak maszyna parowa. Wezwał pilnie weterynarza, zjawili się sąsiedzi, wszyscy zmartwieni, biegali w tę i we w tę, a ja wróciłam, zupełnie zrozpaczona, do domu, wyjęłam Davida z kołyski, w której jeszcze spał, zamknęłam się w pokoju, siedziałam z nim na łóżku i się modliłam. Modliłam się jak wariatka, nigdy w życiu się tak nie modliłam. Pewnie się zastanawiasz, dlaczego nie poleciałam do przychodni, zamiast zamykać się tam w pokoju, ale czasami po prostu brakuje czasu, żeby szukać potwierdzenia nieszczęścia. To, co wypił koń, dostało się także do ust mojego Davida, więc jeśli koń tam zdycha, to i jego szanse były żadne. Miałam tego pełną świadomość, bo już za wiele tu u nas słyszałam i widziałam: zostało mi mało czasu, parę godzin, może minut, żeby znaleźć jakieś wyjście, więc czekanie pół godziny na wiejskiego lekarza, który pewnie i tak się spóźni, nie miało najmniejszego sensu. Potrzebowałam kogoś, kto uratuje życie mojego syna, niezależnie od ceny.