Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Czwarty tom cyklu powieści o Lisowczykach — legendarnych jeźdźcach Rzeczypospolitej, których odwaga, bezwzględność i burzliwe losy odcisnęły ślad na kartach historii.
Za karpackimi przełęczami Michał Korejwo musi przeprowadzić transport koni, prochu i listów przez wrogie Górne Węgry, choć spory o łup i posłuszeństwo rozsadzają oddział od środka. Niedokończona sprawa Korejwówki wymaga jego powrotu, lecz Michał ryzykuje życie w obcym zaciągu. Tropem lisowczyków rusza kapitan Fekete – zamyka brody i pali zapasy siana, by zablokować marsz ku cesarskim posterunkom.
Jedynym ratunkiem stają się leśne drogi przy starych hutach i kamieniołomach. Gdy pościg depcze im po piętach, lisowczycy muszą zaufać reformowanemu kaznodziei i powierzyć mu życie, choć intencji obcego przewodnika nikt nie jest pewien.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 402
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tomasz Krzywonos
Bez pana, bez wiary
Tomasz Krzywonos
Copyright © 2026 Tomasz Krzywonos
Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana, przechowywana w systemie wyszukiwania informacji ani przekazywana w jakiejkolwiek formie bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy.
ISBN: 9788384330845
Wydawca: Tempest & Tale
Wydanie pierwsze, 2026
Ta książka jest dziełem fikcji. Wszelkie podobieństwo do rzeczywistych osób, żywych lub zmarłych, wydarzeń lub miejsc jest całkowicie przypadkowe.
Od wiosny 1617 roku szliśmy na wschodnim trakcie pod przepustką Jana Karola Chodkiewicza. Przez lato i następny rok wpisywałem do księgi służbę, nowe zdobycze i potrącenia. Po rozliczeniu tego odcinka kancelaria Chodkiewicza wystawiła nam kwit zwalniający spod jego bieżącej komendy i kierujący nas do obozu królewicza Władysława; mieliśmy tam osłonić powrót czaty. Dawne długi, puszka i prawo rot pozostały w naszych księgach, ale od tej chwili żaden rozkaz z litewskiej kancelarii nie biegł już za nami.
W drugiej połowie października 1618 roku gościniec prowadzący od strony Wochny zamienił się w głębokie, rozjeżdżone koryto. Ziemia, zmieszana z topniejącym śniegiem i jesiennym deszczem, lepiła się do końskich pęcin i zwalniała marsz. Ostroróg prowadził zwiad przodem, sprawdzając szerokość przejazdu między podmokłymi łąkami a skrajem lasu, podczas gdy Stanisław Czapliński trzymał główną grupę w zwartym szyku. Siedziałem na srokatym wałachu blisko tylnej straży, starając się osłaniać prawą dłoń przed wilgotnym wiatrem. Nadgarstek, nadwerężony dawnymi urazami, rwał tępym bólem przy każdym mocniejszym szarpnięciu wodzy.
Droga zwężała się przy łagodnym zakręcie, gdzie na niewielkim wzniesieniu stał bojarski ostrożek. Było to proste umocnienie z grubych, częściowo okorowanych pni wbitych w ziemię, otoczone płytkim rowem. Palisada zamykała widok na wschód i wymuszała przejście wąskim pasem ubitego gruntu tuż pod ścianą drewna.
Kolumna zwolniła, aż wreszcie stanęła. Parskanie koni, skrzypienie rzędów i ciche przekleństwa pachołków przeszły wzdłuż szeregu. Mój wałach bił kopytem w kałużę. Wychyliłem się z siodła. Zwiad Ostroroga stał kilkadziesiąt kroków przed nami, tuż przed zwężeniem. Ludzie patrzyli w stronę ostrożka.
Czapliński podjechał do przodu. Jego gniady koń minął mnie spokojnym stępem. Rotmistrz miał na sobie grubą, wełnianą delię narzuconą na pancerz, a jego twarz nie zdradzała napięcia. Zawsze sprawdzał przeszkody osobiście, nie ufając cudzym ocenom odległości i siły przeciwnika. Zbliżył się do ludzi Ostroroga, zamienił z nimi kilka słów i skierował konia ku drewnianej bramie ostrożka, chcąc sprawdzić, czy drogę zamyka zbrojna załoga, czy tylko miejscowi chłopi skryli się za palisadą.
Wyjechał na otwartą przestrzeń przed rowem. Zatrzymał wierzchowca, uniósł rękę i zawołał coś w stronę zamkniętych wrót.
Zza palisady padł pojedynczy strzał.
Huk rusznicy był krótki, stłumiony przez wilgotne powietrze. Z wąskiej szczeliny między pniami wypłynął kłąb siwego dymu. Koń Czaplińskiego wspiął się, szarpiąc łbem. Rotmistrz wypuścił wodze i zsunął się z siodła wprost w błoto. Koń odskoczył w bok, plącząc się w rzemieniach, po czym pobiegł w stronę naszych szeregów.
Ostroróg krzyknął, poderwał konia i poprowadził kilku zwiadowców prosto pod palisadę. Jego ludzie dopadli rowu i wyciągnęli pistolety, celując w szczyt umocnień i w szczeliny między pniami. Z tyłu kolumny ruszył Kopyto. Jego ciężka rota przepchnęła się przez błoto, zajeżdżając drogę przed leżącym Czaplińskim i tworząc zasłonę między ostrożkiem a dowódcą.
Zeskoczyłem z wałacha. Oddałem wodze najbliższemu pachołkowi i pobiegłem do przodu, omijając końskie zady. Ziemia ślizgała się pod podeszwami. Dobiegłem do Czaplińskiego w tej samej chwili, w której z drugiej strony dopadł do niego Tomasz.
Cyrulik rzucił w błoto skórzaną torbę z narzędziami. Czapliński leżał na wznak, z oczami wpatrzonymi w szare, niskie niebo. Oddychał płytko, a przy każdym wdechu z jego ust wydobywała się krwawa piana. Kula trafiła go z bliska, przebijając wełnę i pancerz tuż pod obojczykiem.
– Trzymaj go – rzucił Tomasz, wyciągając nóż.
Ukląkłem w błocie i przycisnąłem prawe ramię Czaplińskiego do ziemi, nie zważając na ból w nadgarstku. Ciało rotmistrza drgnęło, gdy Tomasz wbił ostrze w grubą wełnę delii i rozciął materiał w dół, aż po skórzany kaftan i kolczugę. Krew wsiąkała w sukno, barwiąc je niemal na czarno. Cyrulik odrzucił nóż i zaczął szarpać zapięcia kaftana, ślizgając się palcami na mokrej skórze.
Ostroróg krzyczał coś przy palisadzie, nakazując swoim ludziom objechać ostrożek od tyłu. Kopyto trzymał konie w rzędzie, osłaniając nas przed kolejnym strzałem. Nikt nie strzelał. Zza drewna nie dochodziły komendy ani odgłosy kroków.
Tomasz rozerwał wreszcie spodnie warstwy i odsłonił ranę. Ołowiana kula weszła głęboko, gruchocząc kość pod obojczykiem. Krew pulsowała ciemnym strumieniem, zalewając szyję i ramię Czaplińskiego. Cyrulik wepchnął w otwór zwitek czystej szarpi i nacisnął z całej siły.
Czapliński zadygotał. Jego dłoń zacisnęła się na rzemieniu leżącym w błocie, a potem powoli rozluźniła. Oddech zatrzymał się na chwilę, po czym z piersi wydarł się długi, charkotliwy świst. Piana na ustach opadła. Twarz znieruchomiała.
Tomasz uciskał ranę jeszcze przez kilkanaście uderzeń serca. Patrzył na twarz dowódcy, na krew wyciekającą spod szarpi. W końcu cofnął ręce. Krew natychmiast wypełniła zagłębienie obojczyka. Cyrulik wytarł dłonie o skórzany fartuch, sięgnął po nóż i schował go do torby.
Spojrzałem na Czaplińskiego. Nie było żadnego pożegnania. Nie wskazał następcy, nie wydał rozkazu dotyczącego puszki, rejestrów ani kierunku marszu. Zginął podczas zwykłego sprawdzania drogi, trafiony przez człowieka, którego twarzy nawet nie zdążył zobaczyć.
Kopyto zsiadł z konia i podszedł do nas. Zbroja na jego piersi zazgrzytała. Spojrzał na ciało, potem na Tomasza. Cyrulik pokręcił głową. Kopyto splunął w błoto, odwrócił się w stronę swoich ludzi i podniósł rękę.
– Brać go na konia – rozkazał niskim głosem. – Zawinąć w opończę i troczyć przez siodło.
Dwaj pachołkowie zeszli z wierzchowców i podbiegli z opończą. Pomogłem im podnieść ciało rotmistrza. Było ciężkie, bezwładne. Ziemia wokół nas zdążyła już nasiąknąć krwią. Ułożyliśmy go brzuchem na grzbiecie prowadzonego luzem wałacha i związaliśmy rzemienie pod brzuchem zwierzęcia, żeby nie zsunął się w marszu.
Ostroróg podjechał ze swoimi ludźmi. Jego koń dyszał, z nozdrzy buchała para.
– Za bramą pusto – powiedział, patrząc na przytroczone ciało. – Jeden strzelec. Uciekł w las, jak tylko wypalił. Nie mamy czasu za nim iść. Zmierzch idzie.
Kopyto skinął głową, ujął wodze i wsiadł w siodło.
– Wracamy – rzucił. – Droga wolna.
Nie było narady koła ani sporu o dowodzenie. Zapadał zmrok, a my wciąż staliśmy na otwartym terenie. Ostroróg poprowadził oddział na czoło kolumny, a Kopyto zajął miejsce w środku, tuż za koniem niosącym ciało Czaplińskiego. Wróciłem do swojego wałacha, wytarłem ręce o trawę na poboczu i dosiadłem wierzchowca. Prawy nadgarstek rwał po szamotaninie w błocie.
Ruszyliśmy dalej. Droga omijała ostrożek i prowadziła wzdłuż długiego ogrodzenia, za którym leżały pastwiska i bojarskie stajnie. Większość zabudowań stała pusta, ale na jednym z wybiegów, pod szopą, stłoczyło się kilka mocnych, roboczych koni, spędzonych tu pewnie z okolicznych wsi.
Kolumna mijała ogrodzenie w szybkim tempie. Nagle z szeregów przede mną wyłamało się kilkunastu jeźdźców z różnych pocztów, w tym kilku od Kopyty. Zjechali z gościńca, przesadzili płot i wpadli na wybieg.
Zaczęli zaganiać konie ku rozbitej bramie. Zwierzęta rżały i rzucały się w bok, ale ludzie sprawnie zarzucali im na szyje konopne pętle.
Z przodu kolumny padł ostry okrzyk. To Hryhorij odwrócił się w siodle.
– Do szyku! – wrzasnął Kozak, wskazując drogę. – Zostawić to!
Jeźdźcy na wybiegu nawet nie zwolnili. Jeden z nich, prowadząc już dwa złapane konie, wyjechał przez bramę i dołączył do kolumny. Hryhorij spojrzał na Kopytę, ale rotmistrz jechał ze wzrokiem wbitym przed siebie, tuż za ciałem Czaplińskiego. Nie zamierzał zatrzymywać marszu dla kilku koni.
Wyprowadzili z wybiegu resztę stada. Zwierzęta, przestraszone i szarpiące się na uwięzi, mieszały szyk, ale nikt więcej nie próbował powstrzymać rabunku. Hryhorij odwrócił się i zajął swoją rotą.
Patrzyłem, jak prowadzą zdobycz. Za życia Czaplińskiego każdy taki koń musiałby zostać natychmiast zgłoszony Kwatermistrzowi, oceniony i wpisany do rejestru, zanim trafiłby do podziału. Teraz ludzie po prostu wzięli je dla siebie. Nie było już człowieka, którego wszyscy uznawali i przed którym musieli się rozliczyć.
Dotarliśmy do obozu królewicza Władysława późnym wieczorem. Rozległe obozowisko ciągnęło się wzdłuż rzeki, pełne dymu z ognisk, błota i zapachu mokrej wełny. Znaleźliśmy miejsce na skraju zgrupowania litewskiego, gdzie wcześniej wyznaczono nam kwatery. Konie oporządzano w milczeniu. Ciało Czaplińskiego złożono na podwyższeniu z desek, przykryto płachtą płótna i postawiono przy nim dwóch wartowników.
Zaniosłem juki i torbę do namiotu, który dzieliłem z Kwatermistrzem i jego pachołkami. Wewnątrz było zimno, ale przynajmniej nie wiał wiatr. Zsunąłem ciężkie buty, usiadłem na derce i otworzyłem torbę.
Prawy nadgarstek zesztywniał. Przez chwilę rozcierałem go lewą dłonią, czując pod palcami zgrubienia na kościach. Potem wyciągnąłem oprawiony w skórę rejestr, kałamarz z rogu i zapasowe pióro.
Rozwiązałem rzemienie spinające księgę. Poczułem zapach atramentu i starego papieru. Przerzuciłem karty z zimowymi wpisami, rozliczeniami z Wielkiego Rajdu i notatkami o długach. Dotarłem do miejsca, gdzie zapisałem stan wyjściowy z wiosny 1617 roku, zatwierdzony w obozie Chodkiewicza.
Na górze strony widniał nagłówek: Lisowczycy pod komendą Stanisława Czaplińskiego. Poniżej znajdowała się lista rot, liczba czynnych ludzi, rannych i wozów. Na samym dole strony, obok mojego podpisu i czerwonego laku Kopyty, był ciemny ślad kciuka Czaplińskiego, którym zatwierdził spis.
Zamoczyłem pióro w kałamarzu. Przesunąłem dłonią po czystej stronie, obok spisu rot.
Musiałem zapisać śmierć w tej samej księdze, w której dwa lata wcześniej notowałem zgon Lisowskiego. Wtedy trzeba było zwołać nowe koło, wyznaczyć zastępców i uregulować długi.
Napisałem datę. Pismo wyszło nieco krzywe z powodu zesztywniałego nadgarstka, ale litery były czytelne.
Dnia tego, pod Wochną, podczas objazdu drogi, zginął od kuli z rusznicy rotmistrz naczelny Stanisław Czapliński. Ciało sprowadzono do obozu.
Tylko tyle. Żadnych słów o tym, jak upadł, ani o tym, że nie zostawił dyspozycji. Zapis w księdze musiał służyć prawu i podziałowi, nie wspomnieniom. Podmuchałem na atrament, odczekałem chwilę, aż wpis wyschnie, i zamknąłem rejestr. Związałem rzemienie.
Schowałem księgę z powrotem do torby. Wstałem z derki, podszedłem do wejścia i odsunąłem płachtę.
Noc była ciemna, bezgwiezdna. W obozie płonęły ogniska, rzucając pomarańczowe światło na mokre namioty i wozy. Sto kroków w prawo, przed kwaterą roty Kopyty, stała zwarta grupa ludzi przy dużym ogniu. Widziałem zarys ich pancerzy i długie rohatyny oparte o ramiona. Pilnowali koni i wozów swojej roty.
Spojrzałem w lewo. Za linią taboru paliło się drugie ognisko. Ludzie Ostroroga trzymali własną wartę. Byli lżej uzbrojeni, siedzieli na siodłach z pistoletami na kolanach i obserwowali drogę od strony litewskiego obozu. Ich posterunek nie łączył się z ludźmi Kopyty. Nie było wspólnego hasła ani łączników krążących między rotami.
Konie zabrane z bojarskiego wybiegu stały uwiązane przy wozach Kopyty, a ludzie Ostroroga nie podchodzili, żeby pytać o ich podział. Opuściłem płachtę namiotu i wróciłem na posłanie. Księga leżała w torbie, bezpieczna przed wilgocią. Jutro rano trzeba będzie zacząć porządkować ten stan, o ile do świtu roty nie rozejdą się we własnych kierunkach.
Stukanie siekiery o drewno zaczęło się na długo przed świtem. Dźwięk niósł się płasko w zimnym, wilgotnym powietrzu, mieszając się z rżeniem koni i chrzęstem zamarzniętego błota pod butami. Kwatermistrz znalazł gdzieś na obrzeżach litewskiego obozu kilka sosnowych desek i kazał pachołkom zbić z nich nosze. Ziemia była zbyt mokra i zbyt miękka, żeby kopać głęboko, ale Czapliński musiał zostać pochowany przed wymarszem.
Wyszedłem z namiotu. Wiatr natychmiast przeniknął przez wełnę opończy. W obozie panował ruch, lecz nie przypominał zwykłego zwijania kwater. Zamiast pakować wozy i siodłać konie bojowe, ludzie wynosili z namiotów prywatne juki. Przez środek obozowiska, między wygasłymi ogniskami, szło kilkunastu towarzyszy prowadzonych przez Jana z roty ciężkiej. Ciągnęli za sobą objuczone wałachy.
Z przeciwnej strony, od linii wozów taborowych, nadszedł Kopyto. Miał na sobie przeszywanicę, bez pancerza, i szedł sztywno. Zastąpił drogę Janowi, stając na środku błotnistej ścieżki.
– Zostaw tego gniadego – powiedział Kopyto, nie podnosząc głosu. Wskazał palcem na drugiego konia w szeregu. – I tamtego dereszowatego też. To są luzaki ze wspólnego tabunu.
Jan zatrzymał się, a za nim stanęli jego ludzie. Było ich łącznie około trzydziestu. Mieli przy sobie pełne uzbrojenie, szable przy pasach i pistolety w olstrach.
– To są konie, które sami zdobyliśmy pod Briańskiem – odparł Jan. Trzymał wodze krótko, blisko końskiego pyska. – Odpracowały swoje pod jukami, teraz idą z nami. Wychodzimy.
– Wychodzicie ze swoimi pocztami – rzucił Kopyto. – Luzaki, które niosły wspólny owies, zostają. Należą do rot, nie do was.
– Roty nie ma. Czapliński leży na deskach.
Kopyto zrobił krok do przodu i złapał za kantar gniadego wałacha. Koń szarpnął łbem, ale rotmistrz trzymał mocno. Zmusił zwierzę do cofnięcia się o pół kroku, wbijając obcasy w rozmiękłą ziemię.
– Zostawisz go – powtórzył Kopyto. – Albo będziesz musiał przejść po mnie.
Z tyłu, zza namiotów, zaczęli wychodzić ludzie Kopyty. Mieli w rękach rohatyny i obuszki. Nie ustawiali się w szyk, po prostu stawali za plecami swojego rotmistrza. Jan rozejrzał się, oceniając przeciwników. Jego pachołkowie cofnęli się nieznacznie, ciągnąc za sobą uwiązane zwierzęta. Nikt nie chciał wyciągać szabli w środku obozu, przy świadkach z litewskich chorągwi, ale nikt też nie chciał oddać koni.
Przyspieszyłem kroku, omijając rozrzucone szczapy drewna. Zanim dotarłem do grupy, z boku podjechał Ostroróg. Siedział na lekkim wierzchowcu, owinięty w ciemny płaszcz. Za nim stało kilkunastu zwiadowców.
Kopyto spojrzał na niego.
– Zastąp im drogę od gościńca – polecił. – Nie wyjdą z naszymi luzakami.
Ostroróg nie drgnął. Jego koń przestąpił z nogi na nogę, rozchlapując wodę z kałuży.
– Moi ludzie mają niezapięte popręgi i konie do kucia – powiedział spokojnie. – Nie będę ich rzucał przeciwko trzydziestu zbrojnym.
– Zabierają wspólne mienie.
– Zabierają to, co uważają za swoje. Nie jestem sądem ani hetmanem, żeby rozstrzygać, który koń niósł czyj owies. Jeśli chcesz ich zatrzymać, zatrzymuj własną rotą. Moi nie będą przelewać krwi przed pogrzebem dowódcy.
Kopyto puścił kantar wałacha i odwrócił się do Ostroroga. Zanim zdążył odpowiedzieć, między wozami pojawił się Hryhorij. Szedł szybko, w otoczeniu Semena i kilku innych Kozaków. Nie patrzył na Kopytę ani na Jana. Skierował się prosto na tył grupy odchodzących, gdzie pachołkowie trzymali mniejsze konie juczne.
Hryhorij podszedł do jednego z pachołków, chwycił za rzemień i bez słowa wyrwał mu go z rąk. Potem zrobił to samo z drugim koniem. Pachołek spojrzał na Jana, szukając wsparcia, ale dowódca odchodzących milczał.
– Te cztery są z mojego podziału – odezwał się Hryhorij twardym akcentem. Wskazał na mniejsze, krępe zwierzęta. – Wyżywione z mojego siana. Kto położy na nich rękę, straci ją. Reszta mnie nie obchodzi.
Kozacy stanęli przy odzyskanych koniach. Ostroróg obserwował to z siodła. Jan wykorzystał zamieszanie. Szarpnął wodze, odciągnął gniadego wałacha i ruszył do przodu, omijając ludzi Kopyty szerokim łukiem. Jego poczet ruszył za nim, pociągając kilkanaście spornych luzaków. Kopyto nie wydał rozkazu do ataku. Bez wsparcia zwiadu i przy obojętności Kozaków starcie mogło zmienić się w rzeź własnych towarzyszy.
Odchodzący przeszli przez obóz. Ich konie zostawiały w błocie głębokie ślady.
Zatrzymałem się przy wozie Kwatermistrza. Śmierć Czaplińskiego rozprzęgła roty. Przez ostatnie miesiące dyscyplina dawała ludziom osłonę, porządek i gwarancję zapłaty; teraz widzieli tylko drogę i własne juki, które trzeba było wywieźć, zanim ktoś inny położy na nich rękę.
Wiatr przybrał na sile, szarpiąc płótnem namiotów. Skierowałem się w stronę kwatery kancelarii, by sprawdzić stan dokumentów, gdy od głównego wozu zaopatrzeniowego dobiegły podniesione głosy.
Kwatermistrz stał na dyszlu, opierając się oburącz o ciężki, żelazny drąg służący do blokowania osi. Przed nim zebrała się kolejna grupa – towarzysze z roty lekkiej i kilku z ciężkiej, gotowi do drogi. Patrzyli na dębową skrzynię okutą żelaznymi taśmami, przywiązaną grubymi linami do ramy wozu. W środku tkwiła żelazna kaseta puszki powszechnej.
– Zdejmijcie liny – powiedział wysoki towarzysz w wytartej skórzanej kurtce. Znałem go. Miał na imię Krzysztof, walczył pod Rżewem. – Odchodzimy dzisiaj. Chcemy swojego działu ze srebra, które tam leży.
Kwatermistrz uderzył drągiem w deskę wozu.
– Nikt nie dotknie puszki bez koła i rotmistrza – warknął. – Zamek jest opieczętowany.
– Rotmistrz leży na deskach. Koła nie ma, bo połowa ludzi już siodła konie. Rozbij zamek i wydziel nam to, co nasze. Nikt nie prosi o cudze.
Spojrzałem na bok. Kilkanaście kroków dalej, przy mniejszym wozie, stał Zawada. Opierał się plecami o koło, trzymając w rękach zwinięty rzemień. Obserwował scenę, ale nie podchodził bliżej. Dawny wyrok zakazywał mu zbliżania się do puszki na mniej niż dziesięć kroków; przestrzegał go co do stopy. Gdy jeden z jego towarzyszy przechodził obok z ciężkim worem prywatnego dobytku, Zawada bez słowa odebrał od niego ciężar, zarzucił sobie na ramię i zaniósł pod konie.
Krzysztof postąpił krok naprzód. Jego dłoń spoczęła na rękojeści szabli.
– Nie zmuszaj nas do rąbania tego drąga – powiedział. – Zdejmuj kłódkę.
Kwatermistrz uniósł żelazny pręt. Zza wozów wyszło trzech jego pachołków z nabitymi rusznicami, które oparli o burty, mierząc wprost w stojących towarzyszy. Nikt się nie poruszył.
Wycofałem się do namiotu. Wyciągnąłem ze skórzanej torby gruby rejestr. Oprawa była zimna w dotyku. Chwyciłem go pod ramię, zaciskając zęby, gdy nadgarstek zapiekł od ciężaru, i wróciłem pod wóz. Pachołkowie z rusznicami zrobili mi przejście, nie opuszczając luf. Stanąłem obok Kwatermistrza, przodem do Krzysztofa.
Rozwiązałem rzemienie i otworzyłem księgę. Wiatr natychmiast uderzył w karty. Przytrzymałem twardy papier lewą dłonią, szukając odpowiedniej kolumny.
– Krzysztof z roty Kopyty – powiedziałem głośno, żeby przebić się przez wiatr. – Masz zapisany udział ze zdobyczy pod Karaczewem. Zgadza się.
Krzysztof zmrużył oczy.
– Zgadza się. Zatem płaćcie.
– Nie. – Przesunąłem palcem w dół strony. – Skrzynia nie zostanie otwarta. W rejestrze są wpisane należności, które mają pierwszeństwo. Zostały zatwierdzone przez koło jeszcze po śmierci Lisowskiego, a Czapliński potwierdził ich utrzymanie śladem palca w rejestrze.
– Jakie należności? – rzucił ktoś z tyłu grupy.
Przewróciłem stronę.
– Czterdzieści cztery worki z czarnym lakiem – przeczytałem i podniosłem na nich wzrok. – Po dwadzieścia pięć złotych dla rodzin poległych w Wielkim Rajdzie. Dziesięciu kurierów wiezie je na Litwę i do Korony. Koło zatwierdziło prawo do drugiej wypłaty, a srebro w puszce miało ją zabezpieczać, dopóki nie dostanę potwierdzenia doręczenia. Konkretnej rezerwy jeszcze nie wydzielono. Jeśli kurierzy zostaną obrabowani albo zginą w drodze, trzeba będzie odważyć brakującą sumę i dopiero wtedy wypłacić ją wdowom.
Zaszeleściła kolejna karta.
– Dalej. Trzech trwale rannych spod Muromia. Każdy otrzymał asygnatę, Bartłomiej od Kopyty także. Wszystkie trzy należności są zapisane w rejestrze. Po dziesięć złotych dla każdego. Bartłomiej chodzi o dwóch kulach. Pieniądze są tutaj. Jeśli rozbijecie skrzynię i weźmiecie srebro z ogólnego podziału, zabierzecie pieniądze wdowom po Jakubie, Jerzym i Voglu. Zabierzecie zapłatę Bartłomiejowi za to, że stracił nogę, osłaniając wasz odwrót.
Krzysztof puścił rękojeść szabli. Za złamanie prawa wdowiego i sierocego groziła zemsta rot. Nikt nie chciał odpowiadać za kradzież pieniędzy należnych rodzinom poległych, z którymi podczas Wielkiego Rajdu dzielili głód pod Torżkiem.
– Nasz udział tam jest – powiedział Krzysztof, choć jego głos stracił pewność.
– Jest – potwierdziłem, zamykając rejestr z głośnym trzaskiem. – I zostanie zapisany na wasze nazwiska. Kiedy dostarczę księgi nowemu dowódcy, wasze roszczenia będą widniały jako dług kompanii wobec was. Ale dzisiaj nie dostaniecie ani łuta srebra z tej puszki.
Krzysztof patrzył na mnie przez chwilę. Potem przeniósł wzrok na żelazną kłódkę, na lufy rusznic i na Kwatermistrza, który nadal trzymał drąg oburącz.
– Zabieramy nasze juki – rzucił w końcu. – I własne konie. Do tego nikt nam nie zabroni podejść.
Odwrócił się i ruszył w stronę swoich namiotów, a reszta grupy za nim. Żaden nie zrezygnował z odejścia, ale puszka powszechna pozostała nietknięta.
Zawada zarzucił na ramię kolejny tobół i zaniósł go w stronę koni odchodzącej roty. Zawiązałem rzemienie księgi i skinąłem głową Kwatermistrzowi. Opuścił drąg. Pachołkowie zdjęli palce ze spustów i oparli rusznice o ziemię.
Około południa nosze dla Czaplińskiego były gotowe. Deski złożono w płytkie koryto i wyścielono suchą słomą wyciągniętą z wozów. Ziemia na skraju obozu, tuż przy rzadkim sosnowym zagajniku, stawiała opór. Górna warstwa błota ustępowała łatwo, ale głębiej leżała glina i kamienie. Czterech pachołków na zmianę rąbało grunt kilofami, wyrzucając ciężkie, szare bryły.
Ciało rotmistrza, owinięte w grube, szare płótno, leżało na noszach. Tomasz cyrulik zszył krawędzie materiału dratwą, żeby ziemia nie dostała się do środka. Byliśmy na obrzeżach litewskiego obozu; kapelani mieli swoje obowiązki przy regularnych chorągwiach, a my nie posyłaliśmy po żadnego z nich.
Stanąłem nad krawędzią dołu. Obok mnie stali Kopyto, Ostroróg, Hryhorij i Kwatermistrz. Reszta towarzyszy, którzy jeszcze nie odjechali, utworzyła luźny półokrąg wokół grobu. Wiatr ustawał, ale mróz tężał, szczypiąc w twarz.
Zza naszych pleców dochodził skrzyp kół, brzęk wędzideł i odgłosy komend. Kolejne poczty wyjeżdżały na wschodni trakt, nie czekając na koniec pogrzebu. Chcieli oddalić się od obozu, zanim jakikolwiek nowy dowódca spróbuje narzucić im władzę. Pułk rwał się na kawałki za naszymi plecami, gdy patrzyliśmy na dno dołu.
Kopyto dał znak ręką. Dwóch pachołków podniosło nosze i podsunęło konopne liny pod głowę i nogi zmarłego.
– Opuszczać powoli – rzucił Hryhorij.
Pachołkowie zaparli się butami w błoto i zaczęli popuszczać powrozy. Płótno zeszło w dół, ocierając się o krawędzie gliny. Liny zwiotczały, gdy ciało spoczęło na dnie.
Nie było mowy pożegnalnej. Nikt nie wyliczał przewag Czaplińskiego pod Moskwą ani nie wspominał, jak objął komendę po Lisowskim. Kopyto zdjął czapkę, odsłaniając krótko ostrzyżoną głowę. Ostroróg zrobił to samo.
– Ojcze nasz – zaczął Tomasz, patrząc w dół. Jego głos był równy, jakby dyktował receptę na maść.
Odpowiedzieliśmy mu niskim, chropowatym mrukiem. Kiedy Tomasz wypowiedział „amen”, Kopyto podniósł garść mokrej ziemi i rzucił ją na płótno. Glina uderzyła głucho o materiał.
Pachołkowie chwycili za łopaty i zaczęli zasypywać dół. Ostroróg odwrócił się i natychmiast poszedł w stronę swoich ludzi, gotowych do obrony kwatery przed maruderami. Hryhorij skinął głową Semenowi i obaj wrócili do wozów.
Zostałem przy grobie, patrząc, jak dół zapełnia się szarą ziemią. Pachołkowie ułożyli z kamieni niski kopiec, żeby dzikie zwierzęta nie rozkopały płytkiego wykopu.
Kiedy odeszli z łopatami, Kopyto założył czapkę.
– Długo tego nie utrzymamy, Korejwo – powiedział. Patrzył w stronę drogi, gdzie znikała kolejna grupa jeźdźców. – Bez rozkazu z góry rozpadniemy się na bandy szukające żeru po wsiach.
– Zapiszę stan na dzisiejszy wieczór. Skreślę tych, którzy odeszli. Zobaczymy, ilu nas zostanie.
– Zapisuj. Ale atrament nie zatrzyma konia w miejscu.
Kopyto odwrócił się i ruszył w stronę swojej kwatery. Poszedłem za nim. Mijaliśmy opuszczone ogniska i miejsca po namiotach, z których został tylko wygnieciony śnieg i porzucone, połamane sprzęty.
Przed dawną kwaterą odchodzącej grupy, tuż obok miejsca, gdzie Zawada nosił rano juki, stał jeden osiodłany koń. Wokół niego kręcił się Tomasz. Cyrulik nachylał się nad młodym pachołkiem, który siedział na ziemi, oparty plecami o koło porzuconego wózka.
Zbliżyłem się. Pachołek miał na sobie zbyt dużą, podartą kurtkę. Trząsł się gwałtownie, twarz miał rozpaloną i lepką od potu. Oddychał z trudem, chwytając powietrze krótkimi, świszczącymi haustami. Znałem go z widzenia. Służył u jednego z towarzyszy, którzy odeszli z Krzysztofem.
Tomasz dotknął szyi chłopaka, po czym odciągnął mu powiekę kciukiem.
– Gorączka obozowa – stwierdził cyrulik. – Płuca zajęte.
– Gdzie jego pan? – zapytałem.
– Odjechał. Widział, że chłopak nie utrzyma się w siodle, a do wozów nie mieli dostępu. Zostawił mu konia, żeby go dogonił, jak wydobrzeje.
Pachołek próbował wstać, chwytając się szprych koła, ale dłonie mu się ześlizgnęły i opadł z powrotem na błoto. Towarzysz zostawił mu wierzchowca chyba tylko dla uspokojenia własnego sumienia.
– Zamarznie tu do nocy – powiedział Tomasz, wycierając ręce o fartuch. – Nie przeniosę go sam do naszego wozu.
Kopyto zatrzymał się, zawrócił i podszedł bliżej.
– Podnieś go – rozkazał swojemu zbrojnemu, który stał w pobliżu.
Żołnierz chwycił chłopaka pod pachy i dźwignął w górę. Pachołek jęknął, z głową opadłą bezwładnie na ramię zbrojnego.
– Gdzie go wziąć, panie rotmistrzu?
Kopyto wskazał na niską, drewnianą szopę, w której rota trzymała paszę i sprzęt. Dach był dziurawy, ale ściany chroniły przed wiatrem, a w środku leżało siano.
– Złóżcie go tam. Dajcie mu derkę z wozu i gorącej wody.
Zbrojny pociągnął pachołka w stronę szopy, a Tomasz poszedł za nim ze skórzaną torbą. Kopyto patrzył, jak znikają za drzwiami. Rotmistrz zbierał to, co zostawało na ziemi.
– Konia dołączyć do moich luzaków – dodał, wskazując na pozostawione zwierzę. – Wpisać do rejestru pod moją rotę. Jako znaleźne.
– Wpiszę – odpowiedziałem.
Kopyto wszedł do swojej kwatery, zostawiając mnie samego na ścieżce.
Wróciłem do namiotu. Usiadłem na derce, otworzyłem rejestr na stronie ze stanem wyjściowym i sięgnąłem po pióro.
Pieczęcie, lak i ślad palca były nienaruszone. Nie wolno mi było zmieniać zatwierdzonego bilansu, choć nazwiska ludzi, którzy odeszli, nadal w nim pozostawały. Przewróciłem kartę. Na nowej stronie wpisałem datę i nagłówek: Stan bieżący po odejściu pocztów.
Prawy nadgarstek bolał równomiernie. Wymieniłem Krzysztofa, Jana i ich ludzi, przy każdym dodając odsyłacz do pozycji ze stanu wyjściowego oraz słowo „odszedł”. Konie wyprowadzone z pułku zapisałem osobno jako ubytki bieżące, wskazując odpowiednie pozycje.
Kiedy skończyłem, zamknąłem rejestr i schowałem go do torby. Na zewnątrz robiło się coraz cichiej, w miarę jak ubywało ludzi i koni. Wiatr szarpał płótno, a zapach mokrego popiołu mieszał się z chłodem nadchodzącej nocy.
Jeszcze tej nocy Krzysztof wrócił sam, zostawiwszy swoją grupę na trakcie. Powiedział, że nie wyrzeka się udziału ani prawa do głosu, więc dopisałem jego nazwisko na tej samej, bieżącej karcie, przy wcześniejszym wpisie, z adnotacją: „powrócił przed kołem”.
Trzej jeźdźcy wjechali do obozu od strony zachodniego traktu, kiedy ludzie Kwatermistrza wydawali poranną porcję owsa. Konie przybyszów były ubłocone powyżej pęcin, a ich oddechy parowały gęsto w zimnym powietrzu. Towarzysz jadący na przedzie miał na sobie karacenę i narzuconą na nią wilgotną burkę. Zatrzymał się przed wozami roty Kopyty, rozejrzał po krzątających się pachołkach i kazał wskazać kwaterę dowódcy.
Siedziałem na dyszlu rozbitego wozu, próbując rozprostować zesztywniałe palce prawej dłoni. Zsunąłem skórzaną rękawicę i wstałem, widząc, jak Kopyto wychodzi zza rzędu uwiązanych wałachów. Rotmistrz nie miał na sobie pancerza, tylko gruby, wełniany kaftan.
– Gdzie Czapliński? – zapytał przybysz, opierając dłoń na łęku siodła.
– W ziemi – odpowiedział Kopyto. – Zginął pod Wochną. Kto pyta?
Towarzysz ściągnął wodze. Jego wierzchowiec przestąpił w miejscu, rozchlapując wodę z płytkiej kałuży.
– Janusz Sienieński. Przywożę uniwersał od pułkownika Piotra Kopaczewskiego.
Kopyto splunął pod kopyta konia. Żadne pełne koło naszego pułku nie wybrało Kopaczewskiego pułkownikiem. Rotmistrz założył ręce na piersi.
– Nie mamy pułkownika – powiedział. – Mieliśmy rotmistrza naczelnego.
– Kopaczewski zebrał pod swoją komendą siedem chorągwi – odparł Sienieński, sięgając za pazuchę burki. Wyciągnął złożony, opieczętowany papier. – Tytułuje się pułkownikiem i wzywa wszystkie roty dawnego pułku Lisowskiego do natychmiastowego złączenia się z jego siłami pod Możajskiem. Mam to na piśmie.
Ostroróg, który nadszedł od strony wozów zwiadu, zatrzymał się kilka kroków za Kopytą. Miał na sobie ciemny płaszcz, a twarz nieporuszoną.
– Korejwo – rzucił Kopyto, nie odrywając wzroku od Sienieńskiego. – Chodź tutaj i przeczytaj to.
Podszedłem do jeźdźca. Sienieński podał mi dokument. Papier był gruby, lekko pofalowany od wilgoci, a czerwony lak nosił wyraźny odcisk sygnetu. Przełamałem pieczęć, rozłożyłem arkusz i przebiegłem wzrokiem po rzędach równych, pisarskich liter.
– Zgadza się – powiedziałem, podnosząc głowę. – Dokument wystawiony dwudziestego czwartego października. Piotr Kopaczewski nakazuje wszystkim rotom i pocztom, które służyły pod Aleksandrem Lisowskim, stawić się pod jego komendą. Gwarantuje utrzymanie prawa wojskowego, ale nie wspomina o naszych dawnych rejestrach ani długach.
– Bo te roszczenia go nie obchodzą – stwierdził Ostroróg. Podszedł i stanął obok Kopyty. – Jeśli poddamy się pod jego uniwersał, wejdziemy tam jako pojedyncze roty. Rozbije nas, żeby uzupełnić własne braki.
– Macie rozkaz – naciskał Sienieński. – Kto za nim nie pójdzie, zostanie uznany za swawolnika, który odłączył się od pułku.
– Pułk jest tam, gdzie jest księga i puszka – warknął Kopyto. – A księga i puszka są tutaj. Kopaczewski nie szedł z nami przez Tuszyn ani pod Orzeł. Nie będę mu oddawał koni, które sami zdobyliśmy.
Zza wozów wyszedł Hryhorij, zwabiony podniesionymi głosami. Kozak stanął w milczeniu i słuchał.
– Walenty Rogawski też zbiera ludzi – odezwał się jeden z towarzyszy z roty lekkiej, który przysłuchiwał się rozmowie, czyszcząc lufę pistoletu. – Przysłał wczoraj swoich pachołków do bocznych kwater. Mówią, że uzna nasze dawne rachunki, jeśli poprzemy jego wybór na rotmistrza.
Sienieński obrócił konia.
– Rogawski nie ma siły, żeby utrzymać nas wszystkich – powiedział głośniej, żeby usłyszeli go inni w obozie. – Zgrupowanie pod Możajskiem to jedyna bezpieczna droga powrotu do Korony. Kto ma rozum, siodła konia i jedzie ze mną.
– Kto ma rozum, poczeka na koło – przerwał mu Kopyto. – Zsiadaj z konia, Sienieński. Dam ci owsa i miejsce przy ogniu. Ale żadna rota nie wyjdzie z tego obozu, dopóki nie spiszemy warunków.
Posłaniec zawahał się, spojrzał na zbrojnych Kopyty i Ostroroga, po czym zsunął się z siodła.
Dwie godziny później obóz zebrał się na wydeptanym placu między wozami taboru. Pachołkowie i luźna czeladź pozostali przy koniach. W kole stanęli towarzysze, rotmistrzowie i starszyzna. Kwatermistrz kazał wytoczyć pustą beczkę po soli, na której położyłem płaską deskę. Wyciągnąłem z torby gruby rejestr, odkręciłem mosiężny kałamarz i przygotowałem pióro.
Kopyto wszedł do środka kręgu. Miał na sobie pancerz, a jego głos niósł się twardo nad głowami zebranych.
– Czapliński nie żyje, a my mamy dwa wezwania – zaczął. – Kopaczewski chce nas wziąć pod swoją komendę. Rogawski przysłał ludzi z obietnicą, że zachowa nasz porządek. Wybieramy, za kim pojedziemy i co stanie się z naszym srebrem, zapłatą dla rannych i długami rot.
Wskazał ręką na mnie.
– Pisarz ma księgę. Każdy, kto chce z nami iść, musi przyjąć to, co jest w niej zapisane.
Sienieński przepchnął się do pierwszego rzędu.
– Kopaczewski ma siedem chorągwi. Jeśli dołączycie do niego, będziecie mieli osłonę i prawo łupu na całej drodze powrotnej. Długi rozliczycie ze swojej zdobyczy.
– Moja zdobycz jest moja – przerwał mu Hryhorij. Kozak postąpił krok naprzód, stając przed posłańcem. – A dług kompanii wobec moich ludzi to czternaście grzywien i osiem łutów srebra. Został zapisany po Wielkim Rajdzie. Kopaczewski mi tego nie odda, bo powie, że to stary rachunek.
Ostroróg skinął głową.
– Kilka moich koni wymaga pilnego kucia, a mamy braki w prochu – dodał zwiadowca. – Jeśli Kopaczewski weźmie nas pod siebie, rzuci moją rotę na szpicę, nie pytając o stan kopyt. Rogawski służył z nami. Wie, że zwiad musi mieć sprawne konie. Zgodził się pokryć nasze potrzeby z puszki powszechnej.
– Puszka jest nasza – odezwał się Krzysztof, który wczoraj rano żądał rozbicia skrzyni. – Rogawski nie ma prawa kłaść na niej ręki.
– Rogawski jej nie dotknie – odpowiedział Kopyto. – Skrzynia zostaje u Kwatermistrza. Wdowy dostaną swoje wypłaty, a ranni swoje należności. Jeśli Rogawski to potwierdzi i przyłoży pieczęć do naszego rejestru, uznamy go. Jeśli spróbuje przejąć kasę, rozejdziemy się.
Zanurzyłem pióro w atramencie i zacząłem zapisywać imiona przemawiających i zgłaszane przez nich warunki. Prawy nadgarstek rwał przy każdym pociągnięciu, ale nie mogłem przerwać. Bez zapisu każde słowo mogło zostać podważone przy następnym postoju.
Na skraju kręgu zobaczyłem Zawadę. Stał oparty o długą rohatynę. Do następnego zatwierdzonego przez koło podziału srebra nie wolno mu było podchodzić do puszki na mniej niż dziesięć kroków. Aż do spłaty długu nie mógł zaś pomagać przy rozładunku ani brać łupów do ręki; należne udziały wciąż mu naliczano i obracano na potrącenia. Nie zabierał głosu, ale słuchał uważnie. Zależało mu na tym, żeby nowy dowódca nie zażądał natychmiastowej egzekucji.
Targi trwały jeszcze przez godzinę. Kilku towarzyszy z roty lekkiej poparło Sienieńskiego, dowodząc, że większa siła Kopaczewskiego zapewni im bezpieczeństwo przed regularnymi oddziałami moskiewskimi. Większość jednak trzymała się Kopyty i Ostroroga. Bali się utraty niezależności rot i tego, że obcy pułkownik przejmie ich zdobycz.
Wreszcie Kopyto podniósł rękę, uciszając zebranych.
– Kto za Rogawskim, na prawą stronę – zarządził. – Z warunkiem zachowania ksiąg, długów, urzędu pisarza i wozów pod nadzorem naszego Kwatermistrza. Kto za Kopaczewskim, na lewą.
Ludzie zaczęli przechodzić na obie strony. Ostroróg, Hryhorij i większość ciężkiej roty przeszli na prawo. Kwatermistrz stanął obok nich. Po lewej stronie zebrało się około czterdziestu towarzyszy, głównie z rozproszonych pocztów i części roty lekkiej.
Spojrzałem na Zawadę. Przeszedł na prawą stronę, stając za plecami ludzi Kopyty. Wolał znany rygor – obcy pułkownik mógł potraktować go surowiej niż własny rotmistrz.
Zapisałem wynik w rejestrze.
Koło zdecydowało o uznaniu Walentego Rogawskiego za dowódcę, pod warunkiem nienaruszalności puszki powszechnej, ksiąg, potrąceń i należności wdowich oraz rannych. Pocztów odchodzących do Piotra Kopaczewskiego nie trzymamy dłużej w naszym prawie.
Posypałem stronę drobnym piaskiem, żeby osuszyć atrament.
– Zrobione – powiedziałem, zamykając księgę.
Kopyto odwrócił się do Sienieńskiego i ludzi po lewej stronie.
– Macie godzinę na zabranie swoich koni i prywatnych rzeczy. Nie dotykacie luzaków taborowych, owsa ani prochu. Wyjeżdżacie i nie wracacie.
Sienieński nie dyskutował. Skinął głową i ruszył w stronę namiotów.
Kiedy plac opustoszał, przeniosłem rzeczy na wóz Kwatermistrza. Miałem przygotować odpisy stanu dla tych, którzy odchodzili, żeby mogli udowodnić dawną służbę, gdyby ktoś próbował ich oskarżyć o dezercję. Siedziałem na skrzyni z narzędziami kowalskimi, pisząc szybko na luźnych arkuszach papieru.
Pół godziny później usłyszałem kroki na błocie. Podniosłem głowę. Przed wozem stał kupiec w grubym, podbitym futrem płaszczu, ze skórzaną torbą przewieszoną przez ramię. Znałem go z widzenia; woził listy i drobne towary między obozami a miastami Korony.
– Pan Michał Korejwo? – zapytał, sięgając do torby.
– Tak.
Kupiec wyciągnął złożony kilkakrotnie arkusz taniego papieru, zapieczętowany szarym woskiem.
– Poczta z Wołynia. Przekazana przez dwóch innych ludzi, zanim trafiła do mnie. Szukałem was od tygodnia.
Odebrałem list. Papier był brudny na krawędziach, a wosk lekko popękany. Zapłaciłem kupcowi dwoma drobnymi srebrnymi monetami z sakiewki. Kupiec schował pieniądze, skinął głową i odszedł w stronę wozów litewskich.
Złamałem pieczęć. Rozłożyłem arkusz. Pismo było drobne, stłoczone, by zaoszczędzić papier. Poznałem rękę proboszcza spod Krzemieńca. List był datowany na koniec sierpnia.
Michale. Piszę, by uwiadomić o sprawach domu. Zapowiedziana na początek lata licytacja Korejwówki została zatrzymana. W grodzie wybuchł spór o rachunki przedstawione przez Marcina Hołubca, a sędzia odmówił podbicia wyroku bez rozpatrzenia naszych skarg. Ziemia nie została sprzedana obcym.
Odetchnąłem. Korejwówka nadal była nasza.
Hołubiec utrzymał jednak sekwestr. Jego ludzie nadal siedzą we dworze i korzystają ze spichlerzy. Zebrali tegoroczny plon i wywieźli go przed przybyciem urzędników. Matka Twoja, Antoni i Hryć pozostają na plebanii. Ich utrzymanie kosztuje. Drewno na opał i mąka podrożały po mokrej wiośnie. Pieniędzy, które przysłałeś, ledwie wystarcza na bieżące potrzeby.
Przesunąłem wzrokiem niżej. Wewnątrz złożonego listu znajdował się mniejszy skrawek papieru. Było to pokwitowanie, napisane wyraźniejszym pismem i opatrzone prostym krzyżykiem w miejscu podpisu.
Kwituję odbiór dziesięciu bitych talarów na rzecz utrzymania i ochrony sługi kościelnego, pobitego przez ludzi Hołubca.
Obróciłem mały kwit w palcach. Pieniądze dotarły. Ale w liście proboszcza nie było ani słowa o tym, czy świadek stawił się w sądzie, czy złożył zeznanie przed urzędnikiem grodzkim, ani czy jego słowa zostały wpisane do akt.
Złożyłem list. Ziemia nie została sprzedana, ale dwór nadal był w rękach grabieżcy, a moja rodzina żyła z łaski na plebanii. Hołubiec grał na zwłokę, wiedząc, że bez mojej obecności, papierów u proboszcza, odpisów ocalonych przez Szymona i świadectwa pobitego sługi nikt nie wyrzuci go z Korejwówki siłą.
Miałem przygotowane pieniądze na drogę. Odłożone z żołdu, w skórzanej tubie, wystarczyłyby na konia, zapasy i zbrojną eskortę. Mogłem wyjechać natychmiast po przekazaniu kancelarii.
Spojrzałem na stos odpisów leżących na desce przede mną.
Dopiero pod wieczór Rogawski przysłał przez pachołka krótki rewers. Przyjmował warunki koła, potwierdzał nienaruszalność puszki i ksiąg oraz moc dawnych zapisów; pod tekstem widniał jego lak. Dołączyłem kartę do rejestru.
Gdy roty odchodzące do Kopaczewskiego opuściły obóz, zabrałem rejestr, mosiężny kałamarz i skórzaną tubę. Skierowałem się do kwatery towarzysza Macieja, którego starszyzna wyznaczyła na mojego zastępcę. Maciej siedział przy małym ogniu, wycierając szmatą zamek pistoletu.
Położyłem rejestr na ziemi obok niego.
– Oddaję ci księgę – powiedziałem. – Odpisy dla odchodzących wydałem. Zapisy doprowadziłem do dzisiejszego wieczoru. Puszka powszechna zgadza się z rejestrem.
Maciej odłożył pistolet i spojrzał na grubą oprawę. Nie wyciągnął ręki.
– Słyszałem, co mówiłeś na kole – odezwał się powoli. – O tych czterdziestu czterech wdowach i trzech rannych.
– Prawo do wypłaty jest w księdze. Klucz mam ja. Ty musisz tylko pilnować, żeby nikt nie wydał srebra na co innego, dopóki nie odważysz należności z puszki dla tych, do których pomoc nie dotarła.
Maciej potrząsnął głową.
– A długi tych, którzy dzisiaj odjechali do Kopaczewskiego? Dwóch z nich miało niezamknięte potrącenia za utracone konie. Komu mam to teraz potrącić? Rozpłynęli się.
– Zapiszesz to jako stratę pułku.
– A co z roszczeniami Zawady? Co z długiem wobec Kozaków Hryhorija? – Maciej podniósł się z ziemi, patrząc na mnie z rosnącą niechęcią. – Pułk się rozchodzi, Korejwo. Część ludzi pojechała za Kopaczewskim, reszta idzie do Rogawskiego. Rogawski przyjmie nasze warunki dzisiaj, ale za miesiąc, jak braknie mu srebra na żołd, zacznie szukać w naszej puszce. A ja będę tym, który ma mu powiedzieć, że prawo mu zabrania?
– Taki jest urząd pisarza. Masz opierać się na księdze.
– Nie wezmę tego. – Maciej cofnął się od rejestru. – Nie będę odpowiadał za pieniądze, które odjeżdżają z ludźmi, ani za długi, których nie mam jak wyegzekwować. Nie przyjmę pieczęci. Jeśli chcesz jechać na Wołyń, zostaw księgę Kwatermistrzowi. Niech on się z tym użera.
– Kwatermistrz pilnuje wozów i zapasów. Nie zna się na prawie i nie obroni rejestrów przed nowym rotmistrzem.
– W takim razie sam ich broń. Ja się pod tym nie podpiszę.
Odwrócił się i wszedł do swojego namiotu, zostawiając mnie przed ogniem.
Patrzyłem na rejestr leżący na ziemi. Skórzana oprawa błyszczała w świetle płomieni. Maciej miał rację. Nikt z pozostających towarzyszy nie miał dość posłuchu, żeby dopilnować potrąceń, długów i kar, które trzymały nas razem po śmierci Lisowskiego i Czaplińskiego. Bez pisarza nowa komenda Rogawskiego zignorowałaby stare zapisy. Pieniądze dla rannych poszłyby na paszę i proch, a udziały ludzi Kopyty i Ostroroga przepadłyby w ogólnym rachunku nowego pułku.
Schyliłem się. Prawy nadgarstek zapulsował, gdy podnosiłem ciężką księgę.
Włożyłem rejestr z powrotem do torby. Wyciągnąłem z kieszeni niedokończony spis dokumentów do oddania, który zacząłem przygotowywać po południu. Zgniotłem papier w dłoni i wrzuciłem go do ogniska. Arkusz zajął się natychmiast, zwinął i sczerniał w ogniu.
Wróciłem do wozu Kwatermistrza. Mój srokaty wałach stał już osiodłany, przywiązany do koła. Pachołkowie pakowali ostatnie skrzynie.
– O której ruszamy? – zapytałem Kwatermistrza, który mocował płótno na wozie.
– Za godzinę – odpowiedział, zaciągając węzeł. – Ostroróg wysłał już zwiad przodem, żeby sprawdzić drogę do obozu Rogawskiego.
– Dobrze. Puszka jedzie na środkowym wozie?
– Tak. Przykryta workami z owsem.
Sprawdziłem popręg wałacha, choć wiedziałem, że pachołek zapiął go porządnie. Dotknąłem skórzanej tuby przytroczonej do siodła, w której leżał list od proboszcza i zniszczony brulion z Wielkiego Rajdu. Korejwówka musiała poczekać. Nie mogłem porzucić urzędu, nie zostawiając za sobą człowieka, który potrafiłby go utrzymać.
Wsunąłem but w strzemię i wsiadłem na konia. Kolumna formowała się w ciemności, pełna zgrzytów żelaza i cichych przekleństw. Ludzie Kopyty stanęli wokół wozów, tworząc zbrojną osłonę. Ruszyliśmy w stronę gościńca, zostawiając za sobą resztki opuszczonego obozu i dym dogasających ognisk.
Jesień pod Braiłowem pachniała mokrą słomą, końskim nawozem i dymem z wilgotnego drewna. Miasteczko nad Bohem nie miało dość karczem ani zajazdów, by pomieścić wszystkich zjeżdżających się ludzi, więc dawni towarzysze rozproszyli się po stajniach, stodołach i wynajętych izbach u miejscowych mieszczan. Szedłem wąską, wydeptaną ścieżką między płotami, omijając głębokie kałuże, w których odbijało się szare niebo.
Zimę po naszym odwrocie z ziem moskiewskich spędziłem nad księgami, szukając potwierdzeń dla starych długów i spornych należności. Rozpad komendy po śmierci Czaplińskiego sprawił, że każda rota ciągnęła w swoją stronę, a rotmistrzowie próbowali wyciągnąć ze wspólnej kasy jak najwięcej na utrzymanie własnych ludzi. Latem wreszcie udało mi się skłonić Macieja do przyjęcia formalnego zastępstwa w kancelarii. Zgodził się pilnować wdowiej rezerwy pod warunkiem, że przed wyjazdem zamknę rachunki z zaciągu moskiewskiego. Odłożyłem przekazanie pieczęci do czasu, aż roty zbiorą się ponownie, ponieważ sam potrzebowałem odebrać swoją zaległą wypłatę. Ziemia pod Krzemieńcem czekała, Hołubiec nadal trzymał dwór, ale bez pełnej sakwy nie chciałem wracać na Wołyń. Odłożone srebro wystarczyłoby na konia, zapasy i zbrojną eskortę, lecz prawnik w grodzie, opłaty i ochrona świadków mogły pochłonąć je szybciej, niż zdążyłbym złożyć pierwszy pozew.
Zatrzymałem się przed szeroką, otwartą bramą zajazdu, który Walenty Rogawski wynajął na swoją kwaterę. Dziedziniec był zryty końskimi kopytami i zasłany resztkami siana. Rogawski stał na drewnianym ganku, oparty o barierkę. Miał na sobie gruby, podbity wilczym futrem płaszcz. Poniżej, na błotnistym podwórzu, stał towarzysz w wytartej karacenie, trzymając za wodze dwa wychudzone wałachy. Za nim stało trzech pachołków, z których tylko jeden miał przy sobie długą broń.
– Obiecywałeś dwanaście koni, Zatorski – powiedział Rogawski. Głos miał zmęczony, ale twardy. – Przyprowadzasz cztery. Z czego dwa nadają się tylko do ciągnięcia wozu z drewnem.
– Dwanaście koni mam zapisane w rejestrze u pisarza – odparł Zatorski, podnosząc głowę. – Reszta stoi pod Winnicą. Potrzebuję zaliczki, żeby spłacić tamtejszego gospodarza i wyprowadzić zwierzęta. Daj mi zadatek na poczet zaciągu, a pojutrze przyprowadzę ci pełny poczet.
– Wysłannicy Jerzego Drugetha nie płacą za obietnice. Płacą za kopyta, które staną na przeglądzie. – Rogawski wyprostował się i zszedł stopień niżej. – Nie dam ci zaliczki z własnej kieszeni na konie, których nie widziałem. Zaciąg jest prywatny. Węgrzy wykładają srebro, my dajemy jazdę. Jeśli nie masz pełnego pocztu, zapiszę cię z tymi czterema.
– Z czterema końmi nie wezmę na siebie rzędu towarzyskiego. To ledwie wóz i luźna czeladź.
– To sprzedaj jeden pancerz i wykup konie z Winnicy.
Rogawski odwrócił się. Zatorski szarpnął wodze, zaklął pod nosem i poprowadził swoje wałachy w stronę wyjścia z dziedzińca. Minął mnie bez słowa, obryzgując moje buty rzadkim błotem.
Wszedłem na ganek. Rogawski spojrzał na mnie, przecierając twarz dłonią.
– Ilu nam brakuje do obiecanego stanu? – zapytał, zanim zdążyłem się odezwać.
Wyciągnąłem zza pazuchy złożony arkusz papieru.
– Z tych, którzy przysłali deklaracje przed miesiącem, stawiła się połowa – powiedziałem, sprawdzając liczby. – Wielu robi to samo co Zatorski. Przyprowadzają ułamek pocztu i liczą, że zadatek od Węgrów pozwoli im dokupić resztę. Mają ludzi, ale stracili wierzchowce przez zimę i wiosnę. Zjedli je, sprzedali albo zajeździli.
– Drugeth potrzebuje jazdy przeciwko Bethlenowi, nie pieszych pachołków. – Rogawski uderzył pięścią w drewnianą barierkę. – Jeśli na przeglądzie okaże się, że mamy trzysta koni zamiast obiecanych sześciuset, Węgrzy obetną stawkę dla wszystkich. I wtedy ci, którzy przyprowadzili pełne roty, rozniosą mnie na szablach.
– Kopyto i Ostroróg trzymają stan – zauważyłem, składając papier. – Mają własne zapasy i własne konie.
– Dlatego siedzą na najlepszych kwaterach w Braiłowie i zachowują się tak, jakby to oni przyjmowali mnie na służbę, a nie odwrotnie.
Rogawski miał rację. Dawne koło dało mu warunkowy mandat, lecz nowy zaciąg nie został nim objęty: każdy rotmistrz, który miał dość ludzi, budował własne państwo w obrębie rozproszonego pułku. Rogawski podjął się pośrednictwa między Drugethem a lisowczykami, ale jego władza opierała się wyłącznie na obietnicy węgierskiego srebra. W Braiłowie nie zwoływano jeszcze koła, które mogłoby potwierdzić go wobec wszystkich nowych pocztów.
Zostawiłem go na ganku i ruszyłem w stronę północnej części miasteczka, gdzie znajdowały się obszerne zabudowania gospodarcze należące do miejscowego rzeźnika. Kopyto zajął je na kwaterę dla swojej roty już tydzień temu, płacąc właścicielowi z góry twardym pieniądzem.
Kiedy wszedłem na rozległe, ogrodzone wysokim płotem podwórze, uderzył mnie zapach dziegciu i palonego rogu. W rogu dziedzińca kowal rozgrzewał w palenisku podkowy, a kilku pachołków trzymało niespokojne wałachy. Na środku placu Kopyto przeglądał ludzi, którzy chcieli zaciągnąć się do jego roty.
Rotmistrz stał w rozkroku, z rękami założonymi na plecach. Zbroja na jego piersi była świeżo wypolerowana, a grube, wełniane spodnie wpuszczone w wysokie buty jeździeckie. Przed nim stał rząd kilkunastu mężczyzn. Niektórzy mieli na sobie resztki zbroi, inni tylko skórzane kaftany.
– Pokaż ręce – powiedział Kopyto do mężczyzny stojącego na skraju szeregu.
Mężczyzna wyciągnął dłonie. Kopyto spojrzał na nie, potem na jego twarz.
– Znam cię. Jeździłeś u Lipskiego pod Myślą.
– Tak jest, panie rotmistrzu. Zostałem bez konia po przeprawie.
– U mnie bez konia będziesz nosił wodę dla reszty. – Kopyto przeszedł do następnego. – A ty skąd?
– Służyłem u pana Zborowskiego.
Kopyto nie zatrzymywał się długo przy nowych. Szukał znajomych twarzy, weteranów z Wielkiego Rajdu, ludzi, którzy potrafili wytrzymać długi marsz o głodzie i nie łamali szyku przy pierwszym wystrzale.
Po drugiej stronie podwórza Ostroróg sprawdzał nowych zwiadowców. Kazał im siadać na oklep na narowistego, siwego wałacha i przejeżdżać między wbitymi w ziemię palikami, trzymając w jednej ręce naładowany pistolet. Wałach rzucał łbem i próbował zrzucić jeźdźca przy każdym ostrzejszym zakręcie. Trzeci z kolei kandydat nie utrzymał równowagi, zsunął się z grzbietu i wylądował w błocie, upuszczając broń. Ostroróg odwrócił się i kazał wsiadać następnemu.
Podszedłem bliżej stajni, gdzie przygotowywano rzędy dla koni. Pod szerokim okapem dachu stał Filip. Znałem go dobrze. Jeszcze przed wymianą pod Lichwinem stracił dwa palce prawej dłoni – serdeczny i mały. Rana zagoiła się, zostawiając grubą, czerwoną bliznę, ale dłoń straciła dawną siłę chwytu.
Filip pochylał się nad ciężkim, skórzanym popręgiem. Obok niego stał młody pachołek, który nie potrafił poradzić sobie ze sztywnym rzemieniem.
– Nie ciągnij tego jak baba przędzę – powiedział Filip, odpychając chłopaka ramieniem.
Oparł lewą dłoń na boku konia, przytrzymując rzemień. Prawą, okaleczoną ręką chwycił za metalową sprzączkę. Zacisnął na żelazie trzy palce, aż knykcie zbielały mu pod brudną skórą. Zaparł się nogami w ziemię, pociągnął mocno w górę całym ramieniem i przełożył bolec przez dziurkę w rzemieniu.
– Tak to się robi – rzucił do pachołka, puszczając popręg. – Ma trzymać, jakbyś go przybił gwoździem. Jak siodło zjedzie ci na bok w galopie, to zostaniesz z rozbitą głową.
Filip zauważył mnie. Wytarł ręce o spodnie i skinął głową.
– Panie pisarzu.
– Widzę, że dajesz sobie radę z rzędami, Filipie.
Spojrzał na swoją prawą dłoń, otwierając i zamykając trzy ocalałe palce.
– Trzeba się uczyć na nowo – odpowiedział spokojnie. – Szabli już w niej nie utrzymam tak, żeby odbić mocne cięcie. Ale rohatynę oprę pod pachą, a lewą mogę ciąć z karku. Rotmistrz powiedział, że dopóki potrafię zapiąć popręg i utrzymać się w siodle, mam miejsce w rocie.
Kopyto nie kierował się litością. Wiedział, że Filip z trzema palcami wciąż był więcej wart w polu niż pięciu nowych pachołków, którzy uciekliby przy pierwszym huku armat.
Zostawiłem ich przy pracy i skierowałem się do własnej kwatery. Wynająłem niewielką, ciemną izbę na tyłach domu miejscowego kupca. Było tam ledwie dość miejsca na łóżko z siennikiem, prosty stół i moją skórzaną tubę z dokumentami.
Kiedy wszedłem na podwórze, zobaczyłem kobietę stojącą pod drzwiami mojej izby. Miała na sobie gruby, szary płaszcz z kapturem zarzuconym na głowę. Buty miała oblepione zaschniętym błotem. W ręku trzymała niewielki, płócienny tobołek.
Zatrzymałem się. Kobieta odwróciła głowę na dźwięk moich kroków. Miała zaciętą, zmęczoną twarz i ciemne oczy. Patrzyła na mnie bez uległości.
– Pan Michał Korejwo? – zapytała. Głos miała suchy, lekko ochrypły.
– Tak. Czego szukacie?
– Nazywam się Katarzyna. Jestem wdową po Jakubie z roty pana Ostroroga.
Poczułem nagły chłód na karku. Jakub zmarł podczas Wielkiego Rajdu od rany głowy, przy taborze pod Rżewem. Był jednym z czterdziestu czterech poległych, dla których w styczniu 1617 roku odważyliśmy po dwadzieścia pięć złotych ze wspólnej puszki. Dziesięciu kurierów wyruszyło wtedy z obozu, niosąc rodzinom na Litwie i w Koronie worki opieczętowane czarnym lakiem.
– Wejdźcie do środka – powiedziałem, otwierając drzwi.
Wewnątrz było zimno. Nie rozpalałem w piecu od rana. Wskazałem jej ławę pod oknem, a sam podszedłem do stołu. Rozwiązałem skórzaną torbę i wyciągnąłem gruby rejestr. Położyłem go na blacie.
– Kurier nie dotarł? – zapytałem, opierając dłonie o twardą oprawę księgi.
Katarzyna usiadła powoli. Położyła tobołek na kolanach.
– Nikt nie dotarł. Czekałam dwa lata. Mieszkam pod Wilnem. Przez ten czas słyszałam od wracających żołnierzy, że Jakub zginął, ale nikt niczego mi nie przekazał. Dopiero miesiąc temu pewien kupiec powiedział mi, że lisowczycy zbierają się pod Braiłowem. Przyjechałam z wozami zaopatrzeniowymi.
Otworzyłem rejestr. Przewertowałem strony zapisane moim własnym pismem. Znalazłem wpisy ze stycznia 1617 roku. Lista nazwisk, kwoty, nazwiska kurierów.
Przy nazwisku Jakuba widniało nazwisko kuriera: Maciej Borkowski. Miał dostarczyć pięć worków do Wilna i okolic.
– Wysłałem pieniądze przez Macieja Borkowskiego – powiedziałem, przesuwając palcem po papierze. – Odważone, opieczętowane czarnym lakiem kancelarii. Dwadzieścia pięć złotych.
– Nie znam żadnego Borkowskiego. W mojej wsi się nie pojawił.
Zamilkłem. Borkowski zginął? Został obrabowany w drodze? Czy po prostu zabrał srebro z pięciu worków i uciekł, wiedząc, że rozpadający się pułk nie wyśle za nim pościgu? Nie miałem jak tego sprawdzić. Ale zasada była jasna, zapisana w rejestrze i zatwierdzona przez Czaplińskiego: jeśli kurier nie doręczył pieniędzy, wdowa miała prawo do ponownej wypłaty.
Puszka ze srebrem jechała z taborem pod opieką Kwatermistrza. Zabrałem rejestr, zawołałem Katarzynę i poszedłem z nią do wozów.
Kwatermistrz był na miejscu. Kiedy wyjaśniłem mu sprawę, wyciągnął mosiężną wagę i odważniki. Wyjąłem klucz po Marku i otworzyłem żelazną puszkę powszechną. Postawiłem wagę na burcie obok rejestru.
Katarzyna podeszła bliżej. Patrzyła na moje ręce, gdy układałem na szalce odważniki odpowiadające wadze dwudziestu pięciu złotych w bitym srebrze. Na drugiej szalce zacząłem kłaść monety – talary, półtalary, trochę drobniejszej monety dla wyrównania. Waga drgnęła, szalki zrównały się powoli.
Zgarnąłem srebro do skórzanego woreczka i zawiązałem go mocno rzemieniem.
Zamknąłem puszkę powszechną, schowałem klucz i położyłem woreczek na burcie wozu przed nią.
– To wasza należność po Jakubie – powiedziałem. – Za zwłokę odpowiada pułk.
Kobieta wzięła woreczek. Jej dłonie były szorstkie, zniszczone pracą. Zważyła srebro w dłoni, po czym schowała je głęboko pod płaszcz. Nie dziękowała, nie płakała.
– Chcę pokwitowanie – powiedziałem, podsuwając jej czysty kawałek papieru i pióro. – Nazywacie się Katarzyna. Zapiszę, że odebrałyście pieniądze osobiście w Braiłowie. Postawcie znak.
Ujęła pióro niezgrabnie i postawiła krzyżyk w miejscu, które wskazałem. Posypałem papier piaskiem.
– Z Bogiem – powiedziała cicho, po czym odeszła między wozy.
Zostałem przy burcie. Wiatr szarpał płachtami taboru. Oparłem się o wóz, patrząc na otwarty rejestr.
Od dawna odkładałem sprawdzenie listy kurierów z 1617 roku. Teraz zacząłem ją uważnie przeglądać. Borkowski wziął pięć worków. Jeśli nie dotarł do Katarzyny, prawdopodobnie nie dotarł do żadnej z pozostałych czterech rodzin. A to był tylko jeden kurier z dziesięciu. Sprawdziłem kolumnę, w której miałem notować potwierdzenia dostarczenia.
Strona była w połowie pusta.
