Opis

Mike Tyson - syn alfonsa i prostytutki, jeszcze niedawno najlepiej zarabiający sportowiec świata. W drugiej połowie lat osiemdziesiątych zamiatał ringi najtęższymi zabijakami na naszej planecie. Kim był naprawdę? Ulicznym bandytą, który umiejętnie sterując ogromną wewnętrzną agresją, zrobił oszałamiającą karierę, czy raczej zagubioną duszą, ciągle szukającą miłości i opieki, których pozbawiony był jako dziecko dorastające w slumsach Brooklynu? Książka Przemysława Słowińskiego na pewno pomoże odpowiedzieć na to pytanie. Autor bowiem nie ogranicza się do rejestru ringowych osiągnięć „Bestii”, ale wiele też pisze o życiu prywatnym, rodzinnym (nie pomijając zdarzeń nieprzynoszących jego bohaterowi chwały): bójkach na nowojorskich ulicach, burzliwym małżeństwie z Robin Givens, oskarżeniu o gwałt, pobytach w więzieniu. Napisana żywym i barwnym językiem biograficzna powieść Słowińskiego z pewnością jest propozycją nie tylko dla miłośników boksu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 284

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność

Podobne


Redakcja i korekta

Zespół

Zdjęcie na okładce

© 2011 Brian Birzer - brianbirzer.com

Redakcja techniczna, skład, łamanie i opracowanie wersji elektronicznej

Maksym Leki

Wydanie I, Chorzów 2016

Wydawca

Wydawnictwa Videograf SA

41–500 Chorzów, Aleja Harcerska 3 C

tel. 32–348–31–33, 32–348–31–35

fax 32–348–31–25

[email protected]

www.videograf.pl

© Wydawnictwa Videograf SA, Chorzów 2016

ISBN 978–83–7835–523-6

I cała ziemia z podziwem spoglądała na bestię.

I kłaniali się bestii, mówiąc: Któż podobny do bestii?

I kto będzie mógł z nią walczyć?

Apokalipsa Św. Jana (13 – 3)

Prolog

Kwiecień 1984 roku. Miejscowość Colorado Springs, centrum przygotowań olimpijskich pięściarzy USA.

Ostatnia walka turnieju kwalifikacyjnego Olimpic Trials, mającego wyłonić ostateczny skład reprezentacji na zbliżające się igrzyska w Los Angeles.

Do ringu weszli właśnie zawodnicy wagi ciężkiej. Dwaj mocno zbudowani murzyńscy chłopcy. Widać wyraźnie, że są bardzo podenerwowani. Za kilka minut przed jednym z nich otworzą się drzwi do wielkiej kariery, do sławy, zaszczytów i pieniędzy. Drugi będzie mógł tylko spakować walizki i wrócić do domu. Świat nie zna litości dla pokonanych.

Gong i niższy chłopak rusza do furiackiego ataku na przeciwnika. Jest wyraźnie silniejszy fizycznie. Zbudowany jak nosorożec, potężny, krępy, budzi respekt prężącymi się pod skórą węzłami mięśni. Bite przez niego raz za razem z całą mocą sierpowe prują powietrze, nie mogąc jednak znaleźć drogi do głowy rywala. Gdyby doszły celu, mogłyby powalić wołu. Gdyby doszły.

Nieco wyższy i szczuplejszy chłopak o wąskich ramionach i bardzo długich rękach jest wyraźnie sprytniejszy. Widząc, że wiele nie wskóra, wdając się w otwartą walkę, ucieka stale wokół ringu, a przyparty do lin wiesza się na przeciwniku, przytrzymuje mu chytrze ręce i odskakując, próbuje odgryzać się prostymi. W trzeciej rundzie, kiedy zmęczenie osłabia nieco impet nacierającego boksera, przechodzi kilkakrotnie do kontrataku, kłując go szybkimi i celnymi ciosami. Nie robią one na rywalu żadnego wrażenia, ale czynią je na sędziach. On też po dziewięciu minutach zostaje ogłoszony zwycięzcą pojedynku. Będzie reprezentował swój kraj na Igrzyskach Olimpijskich.

Dodajmy, uprzedzając wypadki, że będzie reprezentował godnie. Zdobędzie złoty medal, pokonując w finale wysoko na punkty kanadyjskiego faworyta, Willie de Witta. Nazywa się Henry Tillman. Spotkamy go jeszcze na kartach tej książki, ale nie o nim będzie to opowieść. Jej bohaterem będzie ten przegrany, niższy chłopiec, który siedzi w tej chwili w najdalszym kącie szatni, z trudem hamując napływające do oczu łzy. Ma dosyć wszystkich i wszystkiego, a boksu zwłaszcza. Postanawia nigdy więcej nie zakładać rękawic.

Na szczęście zmieni tę decyzję.

Nazywa się Mike Tyson.

Rozdział I

Nowy Jork jest bardzo dziwnym miastem; jednych przyciąga i fascynuje, drugich przygniata i przeraża. Kaniony kamienic i mrowie ludzkie, rzeki samochodów, młynek wielobarwnych neonów, zazwyczaj gęstą wilgocią nasycone powietrze, w lecie tropikalne upały, w zimie gwałtowne deszcze i diablo porywiste wiatry, na pewno nie zaliczają się do jego zalet.

Nie są też zaletą liczne grupy narodowościowe z wszystkich państw Europy oraz wielu Azji i Afryki. W tej najbardziej kosmopolitycznej metropolii na świecie ukazują się pisma w blisko dwustu językach.

To dziwne miasto przecina na ukos „szeroka droga”, czyli Broadway, słynny z jarmarcznej reklamy w swej środkowej części; pionowo natomiast przecięte jest bogatą Piątą Aleją, która klasyfikuje wszystkie poza nią ulice: na zachód (West Side) jako gorsze i na wschód (East Side) jako lepsze. Mieszkać na East Sidzie należy w Nowym Jorku do dobrego tonu, chociaż bynajmniej nie cała wschodnia strona jest dobra. Od Czternastej do Trzydziestej Czwartej ulicy na wschodzie, tak jak i na zachodzie, żyje emigrancka biedota z dużymi skupiskami Portorykańczyków, nędzarzy współczesnej Ameryki. W górze zaś, od Dziewięćdziesiątej Szóstej po Harlem, zaczynają się skupiska murzyńskie, przetykane ośrodkami włoskimi.

Sercem Nowego Jorku jest kamienna wyspa, Manhattan, podpierająca niebo słupami świateł swoich drapaczy chmur, których powstało tu najwięcej na świecie, a to z dwu prostych przyczyn: wyspa jest mała – 31 mil kwadratowych (12,5 mili długości, 2,5 mili szerokości) i skalista, dzięki czemu może utrzymać bez trudu najwyższy dom.

Tuż przed Manhattanem, na małej wysepce Bedloe, wznosi się na czterdziestoczterometrowym cokole podarowany Stanom Zjednoczonym w 1886 roku przez Francuzów czterdziestosześciometrowy posąg Wolności Oświetlającej Świat (Statue of Liberty Enlightening the World), której diadem na głowie i pochodnia w ręku, oświetlone dniem i nocą, pełnią funkcję latarni morskiej dla statków wpływających do czterech nowojorskich portów.

Przerzucone nad trzema rzekami, które opływają wyspę Manhattan – East River, Harlem i Hudson – żelazne mosty i kamienne wiadukty prowadzą do rozległych dzielnic Nowego Jorku, położonych na lądzie stałym i pobliskich wyspach. Cztery dzielnice, które wraz z Manhattanem tworzą miasto Nowy Jork – to Bronx, Queens, Richmond i Brooklyn. Faktycznie zrośnięte z Nowym Jorkiem jest też tuż za Hudsonem położone miasto Newark, formalnie przynależne do stanu New Jersey.

Gdy z centrum finansowego na dolnym Manhattanie, tak zwanego downtown, skierujemy się ulicą Park Row w kierunku wschodnim, mijając po prawej stronie majestatyczne gmaszysko Pace University, dotrzemy po chwili do słynnego z samobójczych skoków mostu Brooklyńskiego. Ponad brudnoszarymi wodami East River łączy on Manhattan z inną wyspą nowojorskiej metropolii – Long Island.

Po drugiej stronie mostu jednopiętrowe kamieniczki stanowią uderzający kontrast z sięgającymi chmur wieżowcami Manhattanu. Ulice są czyste, kamieniczki zadbane, kolorowe żydowskie sklepiki kuszą klientów na każdym niemal rogu. To Brooklyn. Mieszkają tu głównie nieźle opłacani urzędnicy rozlicznych biur i przedsiębiorstw pobliskiego Manhattanu, toteż na każdym kroku rzucają się w oczy spokój, porządek i dostatek.

Jeżeli jednak ruszymy dalej w głąb Brooklynu – co stanowczo odradzam – krajobraz zacznie się powoli zmieniać. Coraz więcej walających się puszek po coca–coli i wszelkiego innego śmiecia. Kamieniczki coraz bardziej odrapane, z widocznym piętnem pospiesznych inwestycji z kasy władz federalnych. Sklepiki biedniejsze, zdewastowane ławki, poobtłukiwane schodki. Sznury z suszącą się bielizną. Coraz częściej zobaczyć można tak dobrze znane i z polskiego pejzażu koszmarne blokowiska. Coraz więcej okien zabezpieczonych grubymi żelaznymi kratami. Wszędzie pełno kolorowych dzieciaków, oddających się namiętnie swemu ulubionemu zajęciu: uszkadzaniu ulicznych hydrantów. Utworzone w ten sposób fontanny zmieniają drogi i chodniki latem w bajora, zimą zaś w ślizgawki. Prawdziwy raj dla brzdąców, zmora i utrapienie dla przechodniów.

Lokatorzy tej części Brooklynu to – w zależności od ulicy – portoki, kubki albo chicanosy, czyli portorykańska, kubańska i meksykańska biedota. Mieszczą się tu jeszcze najtańsze kwatery, tak zwane cold water flats (pokoje z zimną wodą) lub railroad flats (pokoje kolejowe) o powierzchni kolejowych przedziałów. Wejście do nich prowadzi z długiego korytarza, gdzie w jednym końcu jest kran z zimną wodą i zlew dla wszystkich lokatorów, w drugim – wspólna ubikacja. Rzucenie taksówkarzowi adresu w tej części Brooklynu spotka się niewątpliwie ze stekiem wyzwisk i żądaniem natychmiastowego opuszczenia samochodu. Rozsądni ludzie nie zaglądają tam po zmierzchu, a najrozsądniejsi nawet za dnia.

Jeżeli chciałbyś, Drogi Czytelniku, mimo wszystko odwiedzić te okolice, udaj się tam najlepiej wozem opancerzonym, bo jeżeli zaparkujesz tam zwykły samochód, to po powrocie na pewno nie znajdziesz już kół, akumulatora i radia. Nie zapomnij także zabrać ze sobą choć paru dolarów w gotówce dla rabusiów. Kiedy cię napadną – a to więcej niż pewne – możesz nimi wykupić swoje zdrowie lub nawet życie. Jeżeli bowiem okaże się, że nie masz przy sobie ani grosza i napracowali się, bijąc cię, na darmo, najpewniej połamią ci w odwecie kilka kości.

Dzieci, które właśnie tam się rodzą, nie pałają zbytnią sympatią do innych ludzi i do świata, który skazał ich na porażkę. Dokładniej mówiąc, cechuje je wyjątkowa wrogość i agresja. Urodzeni w takich dzielnicach mają znikome szanse na normalne życie. Bieda, alkohol, narkotyki, patologiczne rodziny, przestępczość są w takich rejonach zjawiskiem najzupełniej normalnym. W takiej atmosferze rodzą się i w takiej umierają.

Żyjąc w takich gettach, patrzą, jak kilkaset metrów dalej rozpierają się w swych nowiutkich limuzynach ci, którym się powiodło. Ci, którym musiało się powieść, bo urodzili się na przykład w Catskill albo w willach wschodniej części Central Parku. Chodzą wieczorami na Manhattan i obserwują przez szyby drogich restauracji, jak bogacze obżerają się kawiorem i homarami, zapijając te frykasy francuskim szampanem. To wszystko budzi jeszcze większą agresję i chęć wyrwania się za wszelką cenę z przeklętego kręgu. Udaje się to jednak tylko nielicznym. Jeżeli źle zacznie się życie – a trudno je tutaj zacząć inaczej – potem jest już tylko równia pochyła i staczanie się coraz niżej i niżej.

Jednym z tych nielicznych, którym się udało, był Michael Gerald Tyson.

*

Urodził się 30 czerwca 1966 roku w najgorszej części Brooklynu, tak zwanym Brownsville, dzielnicy nędzy i nikczemności. Życie tam to nieustanna walka o przetrwanie. Jego matka, Lorna Smith, była prostytutką, ojciec – Jimmy Kirkpatrick – alfons i drobny złodziejaszek, zajmował się głównie piciem i płodzeniem nieślubnych dzieci. Jimmy porzucił Lornę na dwa miesiące przed narodzeniem Mike’a, a nazwisko przyszły champion boksu odziedziczył po wciąż jeszcze formalnym mężu matki, niejakim Perselu Tysonie. W późniejszym czasie Lorna wydała się za Edwarda Gillisona, którego w listopadzie 1983 roku potrącił śmiertelnie na ulicy policyjny radiowóz.

Mały Mike dorastał na ulicy. On, jego brat Rodney i siostra Denise często chodzili głodni, spali w ubraniach – w domu ciągle wyłączano prąd za nieopłacone rachunki. Mike, aby prze–żyć, musiał nauczyć się szybko samemu zdobywać pieniądze. Uzyskiwał je w sposób najbardziej typowy dla ludzi urodzonych w Brownsville: razem z kolegami napadał ludzi i kradł. Już jako dziesięciolatek był dobrze znany brooklyńskiej policji. Notorycznie wagarował, ale nawet gdyby pilnie uczęszczał na zajęcia, nie zmieniłoby to niczego. Szkoły w Brownsville są bowiem najpodlejsze z podłych. Pełne przemocy, narkotyków i alkoholu, a pedagodzy trzeciej kategorii mają za zadanie co najwyżej nauczyć dzieciaki jako tako pisać, czytać i liczyć.

Oprócz matki i rodzeństwa mały Mike kochał jedynie gołębie, które trzymał w klatce na podwórzu. Dbał o nie, karmił, poświęcał im wiele czasu i uwagi. Pozostałej części świata nienawidził, a świat odpłacał mu tym samym.

W 1979 roku jako trzynastoletnie dziecko został skazany za napad z bronią w ręku. Nie był to właściwie napad. Chodziło o postraszenie i przepędzenie z boiska do koszykówki chłopaków z konkurencyjnego gangu z sąsiedniej ulicy. Rewolwer wcisnęli mu do ręki starsi koledzy, a Tyson strzelał tak, by nikogo nie trafić, jednakże jego kartoteka kryminalna była już dostatecznie zababrana i w rezultacie wylądował w Tryon School w Johnstown, karnej instytucji dla niepoprawnych chłopców, czyli po prostu w poprawczaku. Pobudliwy i agresywny, sprawiał i tam poważne trudności wychowawcze.

Piekielnie silny i nad wiek rozwinięty fizycznie (mając czternaście lat mierzył prawie 180 centymetrów i ważył ponad 80 kilogramów), zasłynął w krótkim czasie jako uczestnik niezliczenie wielu bójek. Nie zawsze wychodził z nich zwycięsko. Niektórzy dużo starsi koledzy też wiedzieli, do czego służą pięści; bywało, że Mike mimo dzielnej postawy przegrywał walki przez nokaut. Po jednym z takich przegranych spotkań wkroczył pewnego dnia do sali bokserskiej z mocnym postanowieniem zgłębienia tajników walki na pięści, tak aby w przyszłości nikt nigdy go już nie sprał. Liczył sobie wtedy wiosen czternaście. Kiedyś chciał być najlepszym złodziejem, teraz postanowił zostać najlepszym bokserem. Szczególnie, kiedy zobaczył gdzieś zarejestrowane na filmach walki Muhammada Alego.

Zajęcia z młodzieżą z poprawczaka prowadził niejaki Bobby Stewart, były zawodowy bokser. Przez lat bez mała dwadzieścia doskonalił zastępy młodych ludzi w szlachetnej walce na pięści, ale jak dotąd jeszcze nie widział dzieciaka, który nie mając nigdy na rękach rękawic, potrafiłby tak wiele. Mike błyskawicznie i wiernie odtwarzał każdą pokazaną akcję, a trenera zdumiewała jego niezwykła siła, szokowała szybkość i zwinność kogoś, kto na pozór sprawiał wrażenie raczej nieruchawego kloca. To był czystej wody talent, jaki trafia się raz na kilkadziesiąt lat.

Wiedząc, że w miejscu takim jak to niewiele będzie mógł uczynić, by tego talentu nie zmarnować, wykonał pewien telefon, który na zawsze odmienił życie Mike’a Tysona.

– Halo, Cus – powiedział. – Masz chwilę czasu?

– To zależy – odrzekł ostrożnie głos po drugiej stronie kabla.

– No to wpadnij na chwilę do mojej salki treningowej. Zobaczysz coś, czego w życiu jeszcze nie widziałeś.

– Co to za chłopak i co zrobił, że znalazł się w tej twojej zapchlonej budzie?

– Łatwiej powiedzieć, czego nie zrobił – mruknął Stewart. – Był aresztowany ze czterdzieści razy.

– Chryste! To więcej niż Al Capone. I ty myślisz, że wezmę go do domu?

– Nic nie myślę – odpowiedział trener. – Przyjedź tylko i zobacz.

Głos po przeciwnej stronie należał do niejakiego Constantine’a d’Amato. Constantine, zwany Cusem, był w bokserskich kręgach postacią dobrze znaną. Trener i wychowawca wielu wspaniałych pięściarzy, wyszkolił i wprowadził na tron aż dwóch mistrzów świata: José Torresa, championa wagi półciężkiej w latach 1965–66, i króla wszechwag z lat 1956–62, Floyda Pattersona, wcześniejszego złotego medalistę wagi średniej z Igrzysk Olimpijskich w Helsinkach. Dodatkowo jeszcze Patterson zapisał się w kronikach tego sportu zdobyciem prestiżowego tytułu zawodowego mistrza świata wagi ciężkiej, mając zaledwie dwadzieścia jeden lat i jedenaście miesięcy, jako najmłodszy zawodnik w historii. Następnego dnia po telefonie Stewarta d’Amato pojawił się w salce treningowej Tryon School.

– I co sądzisz o tym chłopaku? – zapytał go podekscytowany Bob.

– Co sądzę? Sądzę, że uderza, jakby chciał zabić.

Wystarczyło kilka minut obserwacji treningu Mike’a, by stary pięściarski wyga zrozumiał, że ma przed sobą diament. Diament, który trzeba tylko odpowiednio oszlifować, aby otrzymać brylant, jakiego świat jeszcze nie widział.

– Jak się nazywasz? – zapytał maltretującego pracowicie bokserski worek czarnego osiłka.

– Mike.

– A dalej?

– Tyson.

– A więc chodź za mną, Mike’u Tysonie. Twój pobyt w poprawczaku dobiegł końca.

*

D’Amato prowadził wraz ze swą towarzyszką życia Camille Ewald tak zwany rodzinny dom dziecka. Do tego właśnie domu, położonego w Catskill pod Nowym Jorkiem, przeniósł po załatwieniu odpowiednich formalności młodego Tysona. Camille nie przypadł początkowo do gustu – jeszcze jedna gęba do wykarmienia – z czasem jednak polubiła wiecznie nachmurzonego i małomównego chuligana.

Przeprowadzka z ponurej nory, jaką była Tryon School, do luksusowej rezydencji w Catskill była dla Mike’a prawdziwym darem niebios, ale młody ulicznik traktował początkowo i ten dom jako inny rodzaj więzienia. Z czasem jednak mądrość i dobroć Cusa oraz łagodność Camille zaczęły przełamywać jego opory. Powoli przystosowywał się do życia w nowych warunkach. Do czystości, do własnego pokoju – do którego Cus nie pozwalał nikomu wchodzić – do języka nieprzeplatanego gęsto przekleństwem. Zaczął doceniać takie wartości jak prawdomówność, dobroć i uczciwość, a także to, że kiedy spóźniał się do domu na obiad po treningach, Cus nie pozwalał nikomu tknąć jego porcji. Po wielu latach, już jako sławny i bardzo bogaty człowiek, wspominał o tym z sentymentem i uznaniem.

Po niespełna roku pobytu Tysona w Catskill zmarła jego matka, którą mimo wszystko bardzo kochał i której stratę boleśnie przeżył. Biednej kobiecinie nie dane było dożyć chwili, kiedy jej syna będzie znać i podziwiać cały świat. Załamanemu Mike’owi starał się przyjść z pomocą Cus, jak tylko potrafił.

– Wiesz, kto to jest prawdziwy profesjonalista? – zapytał pewnego dnia chlipiącego w kącie chłopca.

– Ten, kto dostaje forsę za...

– To nie ma nic wspólnego z forsą. Profesjonalista to ktoś, kto umie zapanować nad emocjami.

Wieczorem tego samego dnia Cus podszedł do pochylonej nad zlewem przy szorowaniu naczyń Camille.

– Wiesz, Milly, Mike teraz, tego... no... – jąkał się, nie wiedząc, jak zacząć.

– Mówże po ludzku – zdenerwowała się jego towarzyszka życia.

– No bo widzisz... Teraz, kiedy jego matka nie żyje...

– Chcesz go adoptować? – przerwała mu z domyślnym błyskiem w oku.

– No, szczerze mówiąc... właśnie taki miałem zamiar, ale... co ty na to?

Kobieta popatrzyła na niego groźnie. Po chwili jednak jej oblicze złagodniało.

– Myślę, że to świetny pomysł – powiedziała.

I tak Mike Tyson został adoptowanym synem Cusa i Camille. Stary opiekun stał się dla chłopca nie tylko przybranym ojcem, ale i najwyższym autorytetem zarówno w sprawach dotyczących boksu, jak i wszystkich innych dziedzin życia. Od pierwszego dnia Cus uczył go też, jak żyć. Normalnie to są dwie różne sprawy. Jedną jest uczenie, jak być bokserem, jak najlepszym bokserem, drugą zaś, jak być człowiekiem. W tym wypadku było inaczej. U Cusa Tyson uczył się równocześnie, jak żyć i jak być dobrym człowiekiem. Obaj panowie godzinami wiedli niekończące się dysputy o sporcie, sławie, marzeniach, odwadze, przyzwoitości, pracy, kobietach i tysiącu innych spraw, o których tylko dwóch przyjaciół może ze sobą rozmawiać.

Mike Tyson był dzieckiem ulicy, pełnym gniewu. Ten gniew mógł spożytkować w najrozmaitszy sposób. Brakowało mu ukierunkowania życia. Człowiekiem, który to uczynił, był Cus d’Amato. Cierpliwie tłumaczył Mike’owi, co wolno, a czego nie, co powinien, a czego nie powinien. Kiedyś, kiedy Tyson pochwalił mu się, że mógł zrobić coś niewłaściwego, ale nie zrobił tego, stary opiekun zapytał:

– A dlaczego tego nie zrobiłeś?

– Bo to by ci się nie spodobało, Cus – padła odpowiedź.

– Dureń jesteś – ofuknął go przybrany ojciec. – Nie powinieneś tego robić dlatego, że to nie spodobałoby się mnie, ale dlatego, że jest to po prostu złe. To właśnie musisz sobie raz na zawsze zapamiętać.

Dużo mówili o tym, jak odnieść sukces. Mike opowiadał Cusowi o słynnych aktorach, których chciałby poznać.

– Rób po prostu dobrze to, co robisz, a pewnego dnia oni wszyscy będą wyciągać szyje, aby chociaż przez chwilę zobaczyć słynnego Tysona – poradził mu opiekun.

I miał rację. Już kilka lat później sławy Hollywoodu przepychały się w tłumie po to tylko, żeby dostąpić zaszczytu uściśnięcia ręki mistrza.

D’Amato uczył również Mike’a kontrolować emocje i opanowywać strach.

– Nie martw się, że się boisz – tłumaczył. – Martw się, gdy się nie boisz. Strach jest najlepszym przyjacielem sportowca. Musisz tylko wykorzystać ten strach. Obrócić go w siłę. Jeżeli robisz coś w sposób bohaterski, ludzie mają cię za bohatera. Tchórz i bohater czują dokładnie to samo. Każdy człowiek kryje w sobie tchórza. Bohaterem zostaje się tylko dzięki wewnętrznej dyscyplinie.

Do tej dyscypliny Cus zmuszał Mike’a w sposób bardzo surowy. Czasami nawet przemocą ściągał z łóżka, kiedy o czwartej nad ranem nie chciało mu się wstać na codzienną zaprawę. Trzeba jednak przyznać, że Mike trenował pilnie i z zapałem. Pod czujnym okiem d’Amato czynił stałe i błyskawiczne postępy. Ponieważ staruszkowi Cusowi nie starczało już sił ani zdrowia, aby prowadzić codzienne wyczerpujące zajęcia, najął do pracy trenera. Bardzo obiecującego trenera nazwiskiem Teddy Atlas, dzisiaj znanego jako jeden z najlepszych fachowców w swojej branży na świecie. Usługi Atlasa kosztowały sporo i nie wystarczało na nie skromne dwieście dolarów, które na Tysona – jak na każdego wychowanka rodzinnego domu dziecka – przeznaczał miesięcznie rząd Stanów Zjednoczonych. To i wiele innych spraw związanych z promocją wschodzącej gwiazdy boksu finansowali jednak panowie Jim Jacobs i Bill Cayton, których d’Amato potrafił przekonać do zainwestowania w karierę przyszłego mistrza świata.

Cus nie opuszczał żadnego treningu swego przybranego syna. Na każdym kroku służył mu pomocą i radą.

– Bądź cały czas w ruchu – przypominał mu ciągle. – Niech przeciwnik nie znajdzie twojej głowy tam, gdzie ją przed chwilą widział. Kiedy on wyprowadzi cios, ona ma być już gdzie indziej. I od razu kontruj. W żebra. I w szczękę. Kapujesz? åwicz dalej. Nie obrywasz, nie przegrywasz. Proste. Naucz się trzy–mać gardę. I być w ciągłym ruchu. Nikt nie będzie cię mógł wtedy trafić.

– ...Zawsze trzymaj podbródek przy piersi. Wszystko jedno, czy idziesz ulicą, czy oglądasz telewizję. Zawsze trzymaj podbródek przy piersi. A oczy miej dookoła głowy.

– ...Patrz na pierś, a nie na pięść, bo oberwiesz. Rób unik, jak napnie pierś.

– ...Podstęp, to podstawa. Nigdy nie zdradzaj swoich prawdziwych zamiarów. Mistrzowie boksu, to mistrzowie podstępu.

– ...To nieważne, jak mocno uderzasz. Setki zawodników mają cios. Przede wszystkim trzeba unikać uderzeń. To najważniejsza rzecz w boksie.

Wkrótce Mike stał się prawdziwym postrachem juniorów wagi ciężkiej. Prawie wszystkie walki wygrywał przez nokaut i nie mógł się z nim równać nikt pomiędzy Atlantykiem a Pacyfikiem. Każde jego uderzenie krzywdziło, a on sam, dzięki znakomitemu balansowi tułowia, był niezwykle trudny do trafienia. Bywało, że zawodnicy, którzy mieli z nim walczyć, celowo przegrywali walki eliminacyjne, byle tylko nie trafić na Tysona. Mike po prostu przerażał swych rywali. Dobrze zapamiętał słowa Cusa, że bokser wygrywa nie tylko dzięki fizycznej sile, ale także, a nawet przede wszystkim, dzięki psychicznej przewadze nad rywalem.

Największym sukcesem Tysona było w tym okresie zwycięstwo w tak zwanej Olimpiadzie Juniorów w 1982 roku. Pojechał na nią jedynie z Atlasem, zostawiając w domu chorego d’Amato. W dniu finałów Teddy zatelefonował do Cusa.

– Zwycięstwo – zameldował. – W ósmej.

– Jak to w ósmej? – zdenerwował się Cus. – Przecież amatorzy walczą tylko trzy rundy.

– W ósmej sekundzie – wyjaśnił Atlas.

– O cholera! – zdumiał się d’Amato. – Zastrzelił go czy co?

Witający w Catskill zwycięzcę opiekun był najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. W pewnej chwili jednak twarz mu się zachmurzyła, surowym spojrzeniem obrzucił swego wychowanka.

– A dlaczego w ósmej sekundzie? – zapytał. – Dlaczego tak późno?

Rozradowanemu Tysonowi opadła szczęka. Czego jak czego, ale takiej reprymendy się nie spodziewał. Dopiero po chwili zrozumiał, że Cus po prostu sobie żartuje. Obaj wybuchnęli gromkim śmiechem.

– Gratuluję, Mike. – Przybrany ojciec objął świeżo upieczonego mistrza. – Jestem z ciebie naprawdę dumny.

*

Tak dobrze zapowiadająca się współpraca Tysona z Atlasem została jednak wkrótce przerwana w okolicznościach dosyć dramatycznych.

Cus, którego zasługi w uczynieniu z młodocianego bandyty człowieka i znakomitego boksera są niewątpliwe, popełniał jednak często duży błąd, zbytnio pobłażając Mike’owi.

José Torres – wychowanek d’Amata, starszy kolega Tysona i były mistrz świata:

„Mike był straszliwie narwany. Znikał z domu na całe dni, uciekał ze szkoły, kiedyś chciał nawet pobić nauczyciela. Cus pozwalał mu zdecydowanie za wiele. Liczył się jednakże przede wszystkim idylliczny wizerunek: podopieczny i jego starszy opiekun. To się dobrze sprzedawało”.

Torres bardzo nie lubił Tysona, czemu dawał wyraz w licznych wywiadach, nie szczędząc pod jego adresem złośliwości. Może był zazdrosny o względy Cusa, a może chodziło tu o coś zupełnie innego, ale mówiąc o wybrykach młodego Mike’a i pobłażliwości jego przybranego ojca, nie mijał się z prawdą. Rozzuchwalony bokser przekraczał czasami granice przyzwoitości. Szczególnie w stosunku do kobiet, które od najmłodszych lat były jego wielką namiętnością i które z czasem miały się okazać jego zgubą.

Pewnego razu zdecydowanie zbyt natarczywie zaczął zalecać się do siostrzenicy Atlasa Jamie. Jamie miała dopiero piętnaście lat, ale wszystkie wypukłości i krągłości już na swoim miejscu, twarz prowokująco zmysłową i fantastyczne nogi. Bardzo dobrze wiedziała, jak z tych walorów robić użytek. Kiedy jej matka poskarżyła się Teddy’emu na zachowanie Tysona, trener wpadł w prawdziwą furię. Zaczaił się wieczorem w parku na wracającego skądś zalotnika i ruszył na niego znienacka, jak atakująca kobra. Chwycił Mike’a za klapy kurtki i z całej siły przyparł do drzewa.

– Tego już za wiele, chłopcze – wycharczał przez ściśnięte gardło. – Wiesz, o czym mówię, prawda?

– Chodzi ci o Jamie? – odparł zaskoczony atakiem Tyson.

– Właśnie chodzi mi o Jamie.

– Nic jej nie zrobiłem. To ona na mnie leci.

– Leci na ciebie? – Wydawało się, że furia rozsadzi za chwilę Atlasa na kawałki. – To przecież dziecko. Jeżeli jeszcze raz ją zaczepisz, jeżeli zaczepisz kogokolwiek z mojej rodziny, zabiję cię. Rozumiesz? Przysięgam na Boga, że cię zabiję.

Mike ochłonął już nieco po niespodziewanym ataku, wróciła zwykła pewność siebie. Spojrzał z powątpiewaniem na szczupłe ramiona trenera i z lekceważącym uśmiechem powiedział:

– Nie strasz mnie, Ted, bo wiesz, co robię z ludźmi, kiedy się boję.

– Nie wierzysz mi? – Oczy Atlasa zdawały się ciskać błyskawice. Sięgnął do kieszeni i nagle w jego ręku pojawił się rewolwer. – Nie wierzysz?

Tyson nie odezwał się, ale widać było po jego zachowaniu, że nie wziął słów trenera poważnie. Zrozumiał, że to nie przelewki, dopiero gdy Teddy posłał kulkę w drzewo, o milimetry od jego głowy. Huk wystrzału sprowadził do parku innych ludzi. Zrobił się wielki skandal, w rezultacie którego d’Amato z jeszcze większym hukiem wywalił Atlasa z posady trenera.

*

Tymczasem Tyson dorósł jeszcze i zmężniał. Ważył już prawie 100 kilogramów, muskuły miał twarde jak stal. Mierzył wprawdzie tylko 182 centymetry – wzrost jak na wagę ciężką niezbyt imponujący – ale jego potworna siła oraz niesamowita szybkość i dynamika przy niezłej już technice zaczęły teraz siać panikę także wśród dorosłych wielkoludów. Dwumetrowe kolosy padały pod jego ciosami jak muchy, a kiedy w 1984 roku wygrał prestiżowy turniej o Złote Rękawice (Golden Gloves), wydawał się pewnym kandydatem na Igrzyska Olimpijskie, które już za kilka miesięcy miały się rozpocząć w Los Angeles.

Jego najgroźniejszym rywalem był mistrz Stanów Zjednoczonych Henry Milligan, który jednak pogrzebał swoje szanse, ponosząc kompromitującą porażkę przez k.o. z rąk Aurelia Toyo w oficjalnym meczu USA–Kuba, rozegranym na początku roku w Nevadzie. Był jeszcze Henry Tillman, ale i on przegrał w nie najlepszym stylu pojedynek z Kiryłowem podczas meczu z Bułgarią w Rapid City. Pokonał wprawdzie Tysona w zawodach Box Offs, ale sam znalazł się na deskach i spodziewano się powszechnie, że w decydującym rewanżowym pojedynku Mike nie da mu najmniejszych szans.

Stało się jednak inaczej. W walce, której przebieg już znamy, Tillman uciekał wokół ringu, kłując sporadycznie lekkimi ciosami. Nie dał się trafić żadną z miotanych przez Tysona straszliwych bomb, a w walce amatorskiej oznacza to zwycięstwo. Zabrakło Mike’owi doświadczenia, zawiodły go nerwy, kiedy chciał za wszelką cenę znokautować przeciwnika. Górę wzięły spryt oraz rutyna starszego i bardziej doświadczonego Tillmana.

Rozdział II

Nadzieje na mający być ukoronowaniem kilku lat morderczej pracy olimpijski medal prysły jak przysłowiowa mydlana bańka. A sukces był tym bardziej prawdopodobny, że igrzyska zostały zbojkotowane przez wszystkie państwa bloku komunistycznego (z wyjątkiem Rumunii). W 1980 roku w związku z dokonaną kilka miesięcy wcześniej inwazją wojsk radzieckich na Afganistan Stany Zjednoczone i część państw zachodnioeuropejskich nie wzięły udziału w Igrzyskach Olimpijskich w Moskwie, cztery lata później zaś, w ramach rewanżu, Czernienko nie wysłał do Ameryki Rosjan i zakazał jechać tam satelitom. W związku z tym w Los Angeles nie pojawiło się wielu znakomitych pięściarzy.

Nie przyjechał główny faworyt, Aleksander Jagubkin z ZSRR. Zabrakło straszliwego Kubańczyka Aurelia Toyo. W domu pozostał wspaniały technik, Węgier Gyula Alvics. Nieobecni byli także zawsze groźni: Skrzecz z Polski, Kohnert z NRD i Kiryłow z Bułgarii.

Mike prawie załamał się po porażce. Od czego jednak miał nieocenionego Cusa?

– Trudno, tym razem się nie udało – powiedział d’Amato. – Ale nie zamartwiaj się. Jesteś jeszcze bardzo młody i wszystko przed tobą. Pracuj tylko dalej, tak jak pracujesz, a gwarantuję ci, że zostaniesz mistrzem świata zawodowców. I to prędzej, niż się spodziewasz.

Wkrótce po tej rozmowie Mike Tyson podpisał pierwszy profesjonalny kontrakt.

*

Cus zaangażował znakomitego trenera, Kevina Rooneya. Sprawami finansowymi zajęli się menedżerowie Jim Jacobs i Bill Cayton, których Tyson znał już od dawna, a z Jacobsem był bardzo zżyty i zaprzyjaźniony.

6 marca 1985 roku, w obecności trzech tysięcy widzów zgromadzonych w Empire Plaza Convention Center, Albany, NY, nastąpił zawodowy debiut Mike’a Tysona. W przeciwległym narożniku stanął Hector Mercedes, który niczym poza nazwiskiem nigdy przedtem ani potem się nie wyróżnił. Oczywiście poza tym, że był pierwszym zawodowym przeciwnikiem późniejszej supergwiazdy.

Po niespełna dwóch minutach było po wszystkim. Trafiony kilkoma ciosami w tułów Mercedes nie zdołał podnieść się z klęczek.

Za tę walkę Tyson zarobił całe pięćset dolarów amerykańskich. Przy późniejszych jego honorariach, sięgających dziesiątek milionów, ta kwota może wydawać się śmieszna, ale tak to już jest na tym świecie, że aby zarobić miliony, trzeba zacząć od setek, a czasami nawet i dziesiątek. Omne initium difficile est. Cus wręczył Mike’owi setkę, pięćdziesiątkę dostał Kevin Rooney, a reszta zasiliła konto bankowe przyszłego mistrza – „na dobry początek”.

Swoistą ciekawostkę z tej walki stanowi historia plakatów reklamujących pierwszy profesjonalny pojedynek Tysona. Współdziałająca z Jacobsem i Caytonem w promocji pierwszych jego potyczek Lorraine Miller kazała ich wydrukować trzysta. Plakaty jednak nie spodobały się Cusowi. Uznał, że fotografia Mike’a jest za mała, i pani Miller musiała zamówić nowe. Tych odrzuconych używała jako podpałki w domowym kominku. Kilka lat później kolekcjonerzy bombardowali ją telefonami i listami, oferując tysiąc dolarów za egzemplarz.

Zarówno przed walką, jak i po d’Amato, występując gdzie się tylko dało – w prasie, radiu czy telewizji – głosił wszem wobec, że jego podopieczny to przyszły mistrz świata wszechwag.

– Nie pytajcie mnie, czy Mike Tyson będzie mistrzem świa–ta – odpowiadał indagującym go dziennikarzom. – To pytanie nie ma żadnego sensu. Sens ma wyłącznie pytanie, kiedy Mike Tyson będzie mistrzem świata.

Miesiąc później, 10 kwietnia 1985 roku, Mike ponownie stanął na ringu w Convention Center. Tym razem przebywał tam pięćdziesiąt dwie sekundy, tyle bowiem czasu potrzebował, aby rozbić Trentona Singletona. Biedny Singleton trzy razy zdążył zapoznać się z matą, nim sędzia Sid Rubinstein przerwał pojedynek.

Następnym rywalem był facet nazwiskiem Donald Halpin, weteran dwudziestu siedmiu potyczek, z których wygrał jednak tylko dziewięć. Doświadczony Don zbierał przez pełne trzy rundy straszliwe lanie. Krwawił z rozbitego nosa, nic nie widział na zupełnie zapuchnięte prawe oko, ale mężnie próbował od czasu do czasu się odgryzać. Wreszcie na początku czwartego starcia Mike wysłał go potężnym lewym sierpem w krainę snów. Lekarze potrzebowali aż dziesięciu minut, by Halpin zdolny był opuścić ring o własnych siłach.

Małżonek Lorraine Miller, Bob, zajmujący się wtedy selekcją kolejnych ofiar Tysona, wybrał mu na następnego rywala niejakiego Ricarda Spaina, który stoczył do tej pory jedną walkę zawodową i gładko wygrał ją przez nokaut. W tym wypadku chodziło o to, aby Mike zrobił jak najkorzystniejsze wrażenie w debiucie na ringu w Atlantic City, po raz pierwszy bowiem walczył poza rodzinnym Nowym Jorkiem.

Ricardo był barankiem wydanym na rzeź bestii. Ważył dobre dziesięć kilo mniej niż Tyson i nie miał z nim żadnych szans. Już kilka sekund po gongu Mike powalił go potężnym ciosem z prawej w nasadę szczęki. Spain wstał co prawda i wznowił walkę, lecz po kilku sekundach znowu znalazł się na deskach w wyniku precyzyjnie bitego lewego sierpa. Tym razem na dobre. Wszystko do kupy, łącznie z wyliczeniem, trwało dokładnie trzydzieści dziewięć sekund.

Ponieważ w prasie zaczęły pojawiać się głosy zarzucające Tysonowi dobieranie sobie tylko niewyvsokich i niezbyt mocnych przeciwników, na kolejnego rywala został wybrany dwumetrowy, tyczkowaty John Alderson, mający dotąd w dorobku trzy walki, wszystkie wygrane przez k.o. Spotkanie odbyło się 11 lipca w Trump Plaza Hotel w Atlantic City i po dwóch jednostronnych rundach okropnie zbity Alderson odmówił dalszego udziału w masakrowaniu własnej twarzy.

Tydzień później, 17 lipca, naprzeciw Tysona stanął Larry Sims z Ohio, nędzny odpadek bokserskiego sportu. Miał twarz boksera, któremu kariera sportowa się nie udała, ale który bardzo długo nie mógł się z tym pogodzić. I rzeczywiście, ta twarz nie kłamała. Larry stoczył aż dwadzieścia jeden walk, ale tylko trzy z nich zakończyły się jego zwycięstwem. W bokserskich kręgach znany był jednakowoż jako tak zwany surviver, czyli facet o wyjątkowo twardej szczęce, który potrafi przetrwać wiele, toteż liczono, że zmusi Mike’a do wysiłku przez całe sześć rund, na tyle bowiem zakontraktowany był pojedynek. Liczono na próżno. Przetrwał dwie pełne rundy i dwadzieścia cztery sekundy trzeciej, gdy wiedziony chrześcijańską miłością bliźniego sędzia Joe Cortez przerwał to poniżające widowisko.

Następną ofiarą był Lorenzo Canady, mający w dorobku trzy wygrane walki, w tym jedną przed czasem. Do uziemienia go Mike potrzebował sześćdziesięciu pięciu sekund.

Po tym spotkaniu nazwisko Tysona stało się znane także kibicom w naszym kraju. Uważni czytelnicy popularnego miesięcznika „Boks” mogli przeczytać w numerze z października 1985 roku wydrukowaną drobniuteńką czcionką krótką notatkę:

Cus d’Amato, trener Floyda Pattersona, twierdzi, że znalazł boksera, który zostanie najmłodszym mistrzem Świata w wadze ciężkiej. Jego nazwisko – Mike Tyson.

W numerze listopadowym zaś umieszczono pisaną równie drobnym maczkiem informację:

Obiecujàcy pi