Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
20 osób interesuje się tą książką
Fascynująca historia wyjątkowej kobiety, która doprowadziła do przełomu w motoryzacji!
Rok 1888. Bertha Benz wspiera swojego ukochanego męża Carla. Podziwia go, jako genialnego inżyniera i głęboko wierzy w jego wizję. Sama spędza w warsztacie dużo czasu i tłumaczy sobie działanie silników i maszyn, które Carl wymyśla. W końcu przed ślubem – wbrew obiekcjom rodziców – wypłaciła posag i część spadku, aby sfinansować warsztat.
Gdy małżeństwo musi zmierzyć się z bankructwem i życiem z dziećmi w skrajnej nędzy, Bertha postanawia coś zmienić i bierze stery w swoje ręce. W najprawdziwszym tego słowa znaczeniu…
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 395
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Dla mojego ojca –
Ulricha Antona Schwarza
(1938–2023)
PFORZHEIM
Maj
To nie może być prawda! Czy naprawdę tak tam napisano? Bertha jeszcze raz spojrzała na odręczny zapis z datą trzeciego maja 1849 roku. Jej dobry humor nagle prysł, ustępując miejsca niepohamowanej wręcz złości. Ponownie spojrzała na początkową stronę oprawionej w skórę, wielkoformatowej Biblii rodzinnej. Właściwie szukała tylko jednej z tych modnych i praktycznych szpilek do kapeluszy, by móc przypiąć swój kapelusz z szerokim rondem. Jej matka zazwyczaj wkładała szpilki do górnej szuflady komody w salon\ie, gdzie miała je pod ręką zawsze, gdy chciała wyjść z domu. Bertha przypadkiem zobaczyła leżącą tam starą książkę i pod wpływem impulsu sięgnęła po nią, położyła ją na komodzie i zaczęła kartkować. Już od małego podobały jej się bogato zdobione ilustracje w jej wnętrzu. Jej wzrok padł na jedną z pierwszych stron, które dopiero wraz z kartami tytułowymi i wyszczególnieniem wszystkich członków rodziny czyniły ją Biblią rodzinną. Ponownie przeczytała to zdanie, by być stuprocentowo pewną, że naprawdę znajduje się tam to, co teraz zdawało się eksplodować w jej głowie. I rzeczywiście tam było, pod hasłem „Cäcilie Bertha”, odręcznym pismem jej matki, którym odnotowywała narodziny w rodzie Ringerów: „Niestety znowu dziewczynka”. Chodziło o nią. To było pierwsze zdanie, jakie o niej napisano, krótko po jej narodzinach przed czternastoma laty. Cóż za powitanie z okazji jej przyjścia na ten świat. Jak jej mama mogła napisać coś takiego?!
Bertha nadal marszczyła brwi.
– No jeszcze tego brakowało. Jestem mniej warta, bo zostałam dziewczynką, a nie chłopcem? – powiedziała, a ton jej głosu z każdym słowem stawał się bardziej gniewny i coraz głośniejszy. Wykrzyczała dosadnie swoją złość. Jej dolna szczęka wysunęła się do przodu, dziewczyna wzięła głęboki oddech i wydała z siebie dźwięk, który uformował się głęboko w jej krtani i był czymś pomiędzy wściekłym prychnięciem a pomrukiem.
– Co się stało, Bertho? – zawołała jej zaniepokojona, młodsza o pięć lat siostra, wpadając do salonu.
Bertha stłumiła swoją złość, podniosła głowę i wyprostowała się. Nadal stała przed komodą, odwróciła się i z troską położyła rękę na ramieniu swojej małej siostrzyczki.
Zdała sobie sprawę, że przez chwilę sobie pofolgowała, a tak nie wypadało, była przecież tego świadoma. Jedynie z trudem udało jej się opanować złość.
– Wszystko dobrze, Marie Louise – powiedziała do niej uspokajającym tonem. – Wybacz, proszę, i nie martw się.
– Pobawimy się w coś? – Mała ku uldze Berthy już zapomniała o krótkiej chwili trwogi.
– Chętnie. – Połaskotała ją trochę, a Marie Louise zaśmiała się wesoło. – Ale niestety muszę iść na targ zrobić zakupy. Może pobawisz się z Teklą?
– No dobrze – powiedziała mała i zrobiła nadąsaną minę. – Nigdy nie masz czasu. – Skierowała się do wyjścia, ale jeszcze z salonu zawołała: – Teklo, pójdziesz się ze mną pobawić na dworze?
Niedługo potem Bertha, z dwoma dużymi koszami na zakupy w rękach, ciężkim krokiem zmierzała w dół Ispringer Straße w Brötzinger Vorstadt w kierunku rynku w centrum Pforzheim.
Był koniec maja, lecz ta środa przypominała właściwie przepiękny dzień wczesnego lata, z błękitnym niebem, przyjemnym ciepłem i orzeźwiającym powietrzem. Jeszcze nie było za gorąco, ale już na tyle ciepło, by odważyć się wyjść na ulicę w letniej sukience. Dlatego na dzisiejsze zakupy na targu wybrała swój kapelusz z szerokim rondem, do tego prostą sukienkę na krynolinie z ciemnego materiału, a pod nią białą szmizetkę 1 z małym koronkowym kołnierzykiem. Bertha, jak co tydzień, cieszyła się na tę okazję. Ale teraz z każdym krokiem była coraz bardziej wściekła.
Starała się opanować swoje emocje, jak przystoi kobiecie, którą wkrótce przecież się stanie – tak sądziła – ale przychodziło jej to z trudem. Zmarszczyła brwi, spuściła głowę i spoglądała przed siebie zuchwałym wzrokiem. Ciężkim krokom od czasu do czasu towarzyszyło wyrywające się z jej ust prychnięcie.
Co, na litość boską, skłoniło jej mamę do napisania tego zdania po jej narodzinach? Gdzieś głęboko w środku Bertha czuła się zraniona. Nie potrafiła tego zrozumieć, to przeczyło wszystkiemu, co wiedziała o sobie, o swoich rodzicach, a także swoim rodzeństwie. Nigdy nie czuła się zaniedbywana. Bez wątpienia były różnice pomiędzy chłopakami a nią samą i jej siostrami. Od córek oczekiwano, że będą troszczyć się o dom i rodzinę, sprzątać, gotować, szyć ubrania, cerować skarpety, prać – a przy dużym gospodarstwie domowym były to rzeczywiście góry prania, które trzeba było z mozołem namydlić, trzeć na tarze, a potem wykrochmalić – i robić wszystko, co jeszcze się z tym wiąże. Tak jak właśnie zakupy na targu. Wszystko, podczas gdy chłopcy mogli szaleć na dworze.
Ale przynajmniej mogła aż do roku swojej konfirmacji uczęszczać do Wyższej Szkoły Żeńskiej i tam zgodnie z cyklem nauki zakończyć czwartą klasę przed feriami wielkanocnymi. A to oznaczało przecież, że rodzice chcieli jej zapewnić dobre wykształcenie, że ją cenili, prawda?
Bertha czuła, jak jej myśli wirowały niczym na ogromnej karuzeli, która kręci się coraz szybciej i wypycha coraz bardziej na zewnątrz przymocowane na długich łańcuchach siedziska, aż uderzają w sklepienie jej czaszki. Zakręciło jej się w głowie. Skoncentrowała swój wzrok na fasadach domów, obok których przechodziła, i w ten sposób udało jej się, choć powoli, pójść dalej.
Myślała o tym, jak na początku każdego roku szkolnego po feriach wielkanocnych do szkolnych ławek powracało coraz mniej koleżanek z klasy. Ich ojcowie zapewne uważali, że powinny już zacząć zarabiać. Głowy tych rodzin do pewnego stopnia uznawały kształcenie za pożyteczne, ale w którymś momencie zaczynała przeważać myśl o dobrej partii dla ich córek. Znalezienie takowej wydawało się o wiele ważniejsze niż wyrzucanie pieniędzy na jakieś tam „naukowe dyrdymały” w błoto, jak raz usłyszała w wypowiedzi jednego z ojców.
Nieraz jednak, będąc w odwiedzinach u koleżanek z klasy, Bertha zauważała, że zwyczajnie nie mają wystarczająco pieniędzy. Tego była oczywiście świadoma. Niektórzy rodzice wyczerpali już wszystkie swoje możliwości, by móc posłać córki do szkoły.
U niej w domu wyglądało to inaczej. Nie żyli wprawdzie w bogactwie, ale pieniądze nigdy nie były problemem. Bertha cieszyła się, że dla jej rodziców, a także dla niej i jej sióstr, wykształcenie było istotne. Z łatwością mogliby przecież wydać pieniądze przeznaczone na szkołę na inne cele.
Ale moi rodzice nigdy tacy nie byli. Bertha przestała już cokolwiek rozumieć. Wściekłość powoli ulatywała z jej ciała. Z każdym krokiem czuła się coraz bardziej sobą, wyzbywając się obezwładniającego poczucia niemocy. Jednak zamęt w jej głowie pozostał, myśli nadal kręciły się w kółko i zwyczajnie nie miały zamiaru się zatrzymać.
Droga na rynek w Pforzheim była w dużej mierze tą samą, którą chodziła kiedyś do szkoły. Zabawne, dlaczego zauważam to właśnie teraz, pomyślała Bertha. Kiedy zaczęła chodzić do szkoły, na tej ulicy stały tylko cztery domy. Tymczasem było ich już dziesięć i wyglądało na to, że wkrótce powstaną nowe.
Po przeciwległej stronie nie było jeszcze żadnych zabudowań. Park przy zameczku Bohnenbergera był naprawdę rozległy i sięgał aż do ulicy. Tak bogatym można było się stać, będąc producentem papieru i biżuterii, Bertha za każdym razem dziwiła się temu, gdy przechodziła obok wspaniale zaprojektowanego domu i przynależnego do niego parku. Dotarłszy do końca Ispringer Straße, pobiegła wzdłuż zabudowań fabryki nowego srebra 2 oraz biżuterii. Wydawało się, że w Pforzheim fabryki biżuterii powstają jak grzyby po deszczu. Miasto na skraju regionu Nordschwarzwald stawało się prawdziwym centrum przemysłu biżuteryjnego i uchodziło za pierwsze miasto fabryczne Badenii. Działało jak magnes, który przyciągał coraz więcej ludzi. Przybywali tu przede wszystkim rolnicy i kobiety z bliższych, ale też dalszych okolic, by nająć się w manufakturach jako robotnicy. Kiedy o tym myślała, była szczęśliwa, że jej rodzice tak długo płacili za jej naukę w szkole i że teraz mogła pomagać w domu. Zawsze wolała to od pracy w jednej z tych głośnych, cuchnących i ciemnych hal fabrycznych. Bądź co bądź miejscowość uchroniła się przed przemysłem ciężkim, dlatego też nie została zanieczyszczona przez śmierdzące kominy, jak to miało miejsce w innych miastach. Mimo to już na samą myśl o hałasie i zapachach wewnątrz fabryk produkujących ozdoby i złoto Berthę przechodził dreszcz. Wiedziała, że niektóre z jej klasowych koleżanek podzieliły ten los. Dziewczynki musiały dokładać się do wydatków na utrzymanie rodziny. Bercie było żal dawnych koleżanek ze szkoły, ale nie miała wpływu na to, by coś w tej sprawie zmienić.
„Niestety znowu dziewczynka”. Jej mama chyba nie miała tego na myśli. Więc dlaczego tak napisała? Chcąc, nie chcąc, już na samą myśl o tym wzbierała w niej wściekłość. Czuła się tak bezsilna i bezbronna jak noworodek, o którym wtedy napisano to zdanie. Przede wszystkim jednak zwyczajnie nie mogła pojąć, jak jej mamie coś takiego w ogóle mogło przyjść na myśl.
Przy południowo-zachodnim rogu zameczku Bohnenbergera Bertha skręciła w Westliche Karl-Friedrich-Straße. Jej rodzice mawiali – jak wielu innych – Brötzinger Gasse, tak bowiem jeszcze do niedawna nazywało się wąskie połączenie między przedmieściem a Pforzheim. Od pewnego czasu miasto starało się zamienić wąską alejkę w szeroką ulicę, burząc sporo budynków. Zdecydowano, że wraz ze wzrostem liczby mieszkańców i pojawiającym się przemysłem potrzebne będzie odpowiednie połączenie wschodnio-zachodnie, które będzie w stanie udźwignąć codzienny napływ pieszych, a przede wszystkim wozów konnych. Wiązała się z tym także odpowiednia nazwa, jak uznała rada miasta, i tym sposobem Brötzinger Gasse oficjalnie nazywała się teraz Karl-Friedrich-Straße, na cześć wielkiego księcia i feudała. Tak czy owak najwyraźniej w magistracie panowała teraz moda, by alejkom i ulicom nadawać określone nazwy. Do tej pory sprawę załatwiał język potoczny.
Gdy wyszła z alejki na szerszą ulicę, od razu zrobiło się gwarniej, na kostce brukowej turkotały powozy, słyszała rozmawiających ze sobą ludzi i matki nawołujące swoje dzieci. Nic dziwnego, ponieważ tu prowadziła nie tylko Ispringer Straße, ale także Friedrichsstraße i Brötzingerstraße, łącząc się w główną ulicę prowadzącą do centrum miasta.
Właściwie mógł istnieć tylko jeden powód, dla którego jej mama napisała tamte słowa, i nie zależało to od niej, a od jej ojca. Najprawdopodobniej pragnął męskiego potomka. Być może mama myślała, że to dziecko, Bertha, w tych okolicznościach będzie ostatnim, jakiego razem się doczekają. W końcu jej mąż był od niej dwadzieścia dwa lata starszy i w tamtym momencie liczył sobie już dostojne czterdzieści osiem wiosen. Chociaż był jeszcze dość żwawy, już wtedy powoli zaliczano go do grona osób starszych. Dla niego był to więc najwyższy czas, by wreszcie móc zaprezentować męskiego spadkobiercę. Koniec końców stolarz swoją sumienną i dobrą pracą osiągnął mistrzostwo rzemieślnicze oraz – również dzięki dobremu małżeństwu ze swoją żoną – pewien dobrobyt. Obydwie rzeczy: firmę i dobrobyt, chciał przekazać w spadku następnemu pokoleniu, w przyszłości ród powinien nadal się rozrastać. Ale przecież nie mogli przypisywać swojej córce winy za brak męskiego potomka.
Bertha odetchnęła ciepłym, rześkim powietrzem wczesnego lata. A zatem to o to chodziło. Myśli w jej głowie zaczęły krążyć nieco wolniej. Z jednej strony uspokoiło ją wyobrażenie, że owo „niestety” odnosiło się wyłącznie do tego. Z drugiej zaś nadal uważała to za niewłaściwe. Czy jej rodzice nie powinni cieszyć się tak samo z każdego dziecka, którego się doczekali? Cóż, sama przed sobą musiała przyznać, że w szkole czytała teksty, w których tak nie było. Smutne, pomyślała Bertha. A to tylko dlatego, że bawimy się lalkami, a nie posługujemy się narzędziami, których mogą używać chłopcy. Choć gdy jej ojciec otrzymał zlecenie, by odrestaurować rodzinny grobowiec badeńskiego dworu książęcego w związku ze śmiercią wdowy po wielkim księciu – Stéphanie, wziął ze sobą nie tylko Karla, o dwa lata młodszego brata Berthy, ale także ją. I cieszył się, że jak na swój wiek tak dobrze mu pomagała. W przeciwieństwie do swoich dwóch starszych sióstr wydawała się bardzo uzdolniona manualnie i pojętna. Bertha już od dziecka lubiła zaglądać swojemu tacie przez ramię podczas pracy i pomagać mu na tyle, na ile to było możliwe. Zabawa lalkami od zawsze ją nudziła. O wiele bardziej interesowało ją, by razem z tatą stworzyć coś, co będzie widać i co pozostanie, coś, czego można dotknąć. Wszystkie zadania, które musiała wykonywać w gospodarstwie domowym, nieustannie wykonywano na próżno. Ubrania szybko się brudziły, naczyń znów się używało, wypastowana podłoga znowu stawała się matowa, a ugotowane jedzenie migiem pałaszowano. Jej bracia natomiast mogli robić rzeczy, które pozostawały: tworzyli niewielkie meble lub wykonywali naprawy w domu. Czasami chciała być chłopcem albo przynajmniej chciała móc robić rzeczy, które tak zupełnie naturalnie mogli robić jej bracia. Przy czym miała szczęście, mając takiego ojca, jak sama sądziła. Od kilku lat bowiem nauczenie jej czegoś sprawiało mu radość. Odkąd zauważył jej zdolności manualne, rozwijanie ich stało się dla niego również dobrą zabawą.
Bertha nigdy nie odczuła, że jej tata był rozczarowany tym, że ona jest „tylko” dziewczynką. Czuła się przy nim bezpieczna i wiedziała, że bardzo ją lubi. Jej matka nieraz twierdziła, że Bertha jest prawdziwą córeczką tatusia, gdy ta znów wieszała mu się na szyi lub turlała się z nim, piszcząc przy tym z radości. Gdy tylko jej ojciec zabierał się do pracy narzędziami, była ciekawa i chciała być obok, chciała wiedzieć, dlaczego robił to czy tamto, i sama chciała spróbować.
– Dlaczego, dlaczego – mawiał czasem jej ojciec, gdy swoimi pytaniami działała mu na nerwy. Ale właściwie Bertha uważała, że podoba mu się jej nieustraszone i wytrwałe usposobienie. – Nie jesteś niezdarna, moja mała – mówił wtedy. Przy czym spoglądał na nią z radością i smutkiem zarazem. Po tym, jak przeczytała wpis w Biblii rodzinnej, sądziła, że zrozumiała dlaczego. Mimo że była manualnie uzdolniona, nigdy nie będzie mogła pójść w ślady ojca, jeśli chodzi o zawód. Biedny tata, myślała Bertha, ale uważam, że i tak jest ze mnie bardzo dumny.
Została wyrwana z zamyślenia, gdy z naprzeciwka nadjechał wielki wóz załadowany ciężkimi beczkami. Rolnik bardzo głośno ponaglał swojego konia, by ten szedł szybciej. Przekleństwa, których używał, Bertha umyślnie ignorowała. Kiedy mężczyzna ją dostrzegł, przeprosił.
– Proszę wybaczyć, młoda damo – skinął jej głową – ale mój koń kuleje, jestem spóźniony, a muszę jeszcze przecież dojechać na rynek, żeby sprzedać moje warzywa. – Ponownie zwrócił się do swojego konia, ale powstrzymał się od kolejnego przekleństwa.
Bertha właściwie nie słuchała. Zamyślona wyminęła rolnika i wóz wyładowany beczkami.
Jeśli jej rodzice w chwili narodzin Berthy martwili się, że nie będą mieć już więcej dzieci albo przynajmniej syna, to zmartwienie to okazało się niepotrzebne. Po trzech córkach na świat przyszło sześcioro kolejnych dzieci i już pierwsze po Bercie było chłopcem, który został nazwany po swoim ojcu Karl Friedrich.
Nagle dziewczyna usłyszała z tyłu osobliwe turkotanie.
– Ooooch! – wykrzyknął ktoś i przeciągnięta w panice sylaba zbliżyła się do niej tak prędko jak turkot. Bertha mimowolnie uskoczyła w bok. W tym samym momencie w szybkim tempie minął ją młody mężczyzna siedzący na drewnianym urządzeniu o dwóch kołach, jednym z przodu, drugim z tyłu. Drewniane kółka robiły piekielny hałas na kostce brukowej, a kierowcą mocno trzęsło. Czegoś tak komicznego jeszcze nigdy nie widziała. Zuchwały jegomość siedział dość niezgrabnie, jak jej się wydawało, pomiędzy większym kołem przednim a mniejszym tylnym i pedałował nogami na czymś w rodzaju mechanizmu korbowego, co sprawiało, że przednie koło kręciło się coraz szybciej. W dłoniach mocno trzymał widelec składający się z dwóch drążków, przymocowanych pośrodku nad przednim kołem, i próbował w ten sposób kierować, co – biorąc pod uwagę wyboistą kostkę brukową – było trudnym przedsięwzięciem.
– Dziękuję… Przepraszam! – zawołał do niej radośnie młody mężczyzna, nie odwracając się. Najwyraźniej jego sposób poruszania się naprzód wymagał skupienia całej uwagi. Nadal kołysał się to w jedną, to w drugą stronę, ale zdawało się, że za każdym razem odzyskiwał równowagę. Bertha nie mogła się powstrzymać od cichego śmiechu. Co to było? A przede wszystkim – co to za wesoły chłopak? Jej nastrój coraz bardziej się poprawiał i była wdzięczna, że znów mogła się śmiać.
Przeszła tylko kilka kroków, gdy znów usłyszała przeciągnięte „Oooch”, w którym z jednej strony wybrzmiewał strach przed upadkiem lub, co gorsza, spowodowaniem wypadku, a z drugiej nadzieja, że można go jeszcze uniknąć. Młody mężczyzna próbował ominąć jednocześnie grupę kobiet, które zapewne, podobnie jak Bertha, szły właśnie na rynek, i wóz, co w jakiś cudowny sposób mu się udało. Bertha przyłożyła jedną rękę do ust i znów roześmiała się z niedowierzaniem.
Ulżyło jej, gdy odnalazła swą pogodę ducha. Poza tym uważała, że jej rodzice nie mogli się dotąd na nią skarżyć. Bądź co bądź była posłuszną uczennicą i aż do samego końca przynosiła do domu dobre stopnie. Chętnie chodziła do szkoły, ale wraz z konfirmacją rozpoczął się nowy rozdział w jej życiu. Od tego momentu mama wzięła ją pod swoje skrzydła w gospodarstwie domowym, by w kolejnych dwóch, trzech latach mogła się nauczyć od niej wszystkiego, co było ważne i mogło jej się przydać jako mężatce w późniejszym życiu. Nawet jeśli o wiele bardziej lubiła majsterkowanie narzędziami swojego ojca, było dla niej jasne, że nie pozostało jej nic innego, jak podporządkować się życzeniu rodziców. Nie chciała jeszcze w ogóle myśleć o ślubie. Czternastoletnia Bertha mimo najlepszych chęci nie była zainteresowana chłopcami, no może poza tym, że chciała z nimi dokazywać i bawić się ich zabawkami. Już na samą myśl o czymś, co wykraczało poza tę sferę, mimowolnie się wzdrygała. Gdy Emilie lub Elise, jej dwie starsze siostry, chichocząc, wtajemniczały ją w to, którzy chłopcy wpadli im w oko i jaki jest najlepszy sposób, by przynajmniej przypadkowo i ukradkiem ich dotknąć, Bertha za każdym razem się rumieniła. Uważała, że to wstrętne. Chociaż po kryjomu musiała przyznać, że – gdzieś głęboko w środku – było to dla niej także odrobinę intrygujące, jakby ta myśl delikatnie ją drażniła. Jak gdyby nagle w jej wnętrzu pojawił się cichy głos, który raz po raz popycha ją w tym kierunku. Być może jej zainteresowanie płcią przeciwną właśnie się budziło. Jednak z pewnością nie było jeszcze w pełni świadome. Bertha nie była pewna, czy mogła przyznać się do tych uczuć, o żywieniu ich nie wspominając. Nie czuła się dobrze w swojej skórze, kiedy myślała chociażby tylko o pocałowaniu jakiegoś chłopaka. Ach, w takich chwilach niemal wychodziła z siebie. Za to czasami zatracała się w wyobrażeniach o romantycznej miłości. To było coś zupełnie innego niż pocałowanie w rzeczywistości jakiegoś mniej lub bardziej nieokrzesanego chłopca, który nie miał nawet jeszcze porządnego zarostu. Na samą myśl o tym Berthę przechodził dreszcz. Odruchowo kręciła przy tym głową. Nie, nim to zrobi, minie zapewne jeszcze trochę czasu, o ile w ogóle kiedykolwiek do tego dojdzie.
Dość dobrze wiedziała, czego chce i jak może to osiągnąć. Coś jednak podpowiadało jej, że ten cichy głosik w jej wnętrzu doprowadzi kiedyś do tego, że jej silna wola znajdzie się pod presją. Wystarczyło tylko spojrzeć na Emilie i Elise.
W związku z tym, że była jeszcze podlotkiem, siostry od czasu do czasu jej dokuczały i żartowały sobie z niej. Z jej ciała, które w ostatnich latach się zmieniło, podobnie jak wcześniej mogła to zobaczyć u Emilie, a potem u Elise. Doświadczyć tego samemu – to było coś innego, jak sądziła Bertha. I nie pomagały w tym głupie uwagi jej sióstr. Mimo to była szczęśliwa, że je ma. Jeśli właśnie nie były w jednym ze swych wylewnych nastrojów, zawsze chętnie Berthy wysłuchały. Dziewczynce łatwiej było rozmawiać o wszystkim, co wydawało jej się wstydliwe, ze swoimi siostrami niż z matką. Poza tym mama znów była w ciąży. Po tym jak po pięcioipółletniej przerwie w zeszłym roku jako ósma latorośl na świat przyszedł jej brat Hermann August, wszyscy myśleli, że to późny potomek. Teraz było jasne, że pojawi się jeszcze jeden tego rodzaju.
Koniec szkoły oznaczał dla Berthy wielką zmianę. Przede wszystkim dlatego, że będzie potrzebna w gospodarstwie domowym bardziej niż kiedykolwiek. Emilie i Elise coraz częściej bywały poza domem, by znaleźć mężów. A gdy już były w domu, męczyły się z szyciem swojego posagu. Na domiar złego mama niedomagała, odkąd zaszła w ciążę, i nie mogła już funkcjonować tak, jakby chciała. W ten sposób na Berthę niemal z dnia na dzień spadło o wiele więcej pracy i odpowiedzialności. Była zdeterminowana, by sprostać temu zadaniu. Jej rodzice mogli mówić, że to szczęście, iż była dziewczynką. Chłopak z pewnością nie przejąłby tych obowiązków, myślała Bertha przekornie. Z jednej strony nie miałby o tym zielonego pojęcia, z drugiej zaś po prostu załamałby się pod nawałem pracy, która każdego dnia piętrzyła się od nowa. Tak, więc jednak jest dobrze, Bertha napomniała siebie samą. Nie chciała zepsuć sobie czarnymi myślami wypadu na rynek, którym tak się rozkoszowała, w szczególności latem.
Mogła już usłyszeć najgłośniejszych handlarzy, którzy donośnymi głosami zachwalali swoje towary. Bertha dotarła dziś późno, zbliżała się popołudniowa przerwa, kiedy to rynek zazwyczaj pękał w szwach. Swoje sprawunki załatwiały nie tylko gospodynie domowe i służące. Z okolicznych fabryk licznie nadciągali również jubilerzy oraz polernicy, by swoją przerwę spędzić na świeżym powietrzu i dać się nieco ponieść tłumowi na rynku lub na przykład kupić jabłko, zanim wrócą do fabryk biżuterii i znowu zaczną wykonywać swoją pracę. Tu i ówdzie Bertha co jakiś czas dostrzegała w tłumie wymuskanych mężczyzn z podkręconą lub bardzo starannie przyciętą brodą, w ciemnych garniturach i wyglansowanych butach. Wszyscy mocno dzierżyli w dłoniach duże walizki praktycznie tej samej wielkości, jak gdyby musieli na nie zwracać baczną uwagę. Tygrysy znów na wolności, pomyślała Bertha. Była już przyzwyczajona do tego widoku. „Tygrysy”, jak rzeczywiście ich nazywano, były w Pforzheim częścią miejskiego krajobrazu, jak zegar na placu Leopolda w centrum miasta. Byli to reprezentanci miejscowych fabryk biżuterii, którzy niczym drapieżniki rzucali się w lepszych gospodach i hotelach w śródmieściu na przybywających z bardzo daleka kupujących, gdzie od razu przy stole spisywali umowy. To określenie rozpowszechniło się tak szeroko, że nawet fabryki w ogłoszeniach o pracy pisały po prostu „tygrys”, kiedy poszukiwały przedstawiciela handlowego swoich wyrobów ze złota i biżuterii.
Bertha już wcześniej dostrzegła jednego z tych szczególnych ludzi przed Hotelem Post na placu Leopolda. Lubiła tę nową, imponującą budowlę, która była szeroka na całe trzynaście okien. Do tego okna na parterze i pierwszym piętrze miały pokaźną wysokość, co sprawiało, że budynek robił jeszcze większe wrażenie. Pośrodku znajdował się szeroki pasaż dla dorożek, a ponad nim mały balkon. Oprócz hotelu umieszczono tu również wielkoksiążęcą administrację pocztową. Budynki po jego prawej i lewej stronie wydawały się dość niepozorne, choć były równie wysokie. Jednak zarówno okna, jak i bramy wjazdowe dla dorożek wyglądały na mniejsze, a ozdoby na frontonach na znacznie skromniejsze.
Obydwie budowle były gospodami, jedną z nich był „Złoty Orzeł”, tam Bertha jadała ze swoimi rodzicami już kilkakrotnie podczas szczególnych okazji.
Bertha lubiła, gdy na ulicy prowadzącej do rynku robiło się coraz bardziej tłoczno, odgłosy przybierały na sile, a ona mogła się wreszcie rzucić w targowy wir. Rynek był centralnym punktem miasta. Plac był szeroki i zachęcający, podobał jej się także ratusz z wieżyczkami i wielkim zegarem.
Fontanna obok ratusza, która służyła jako wodopój dla bydła, była ośmiokątna, a pośrodku na kolumnie stał poprzedni margrabia, którego imienia Bertha nie potrafiła sobie przypomnieć. Domy naprzeciw ratusza były wyższe niż te na placu Leopolda. Dachy ponad trzema piętrami były wysokie i ozdobione wykuszami, przez co zdawały się sięgać wysoko do nieba. Najbardziej podobał jej się ogromny dom Steckeles-Kaysera 3, jak każdy nazywał tego uchodzącego za dziwaka bogatego kupca. Szeroka budowla pewnie wznosiła się po krótszej, południowej stronie placu.
Pomijając architekturę, Bertha rozkoszowała się zapachami wystawionych na sprzedaż warzyw i innych towarów, pracowitą krzątaniną, targowaniem się i, jeśli miała być szczera, również czasem rubasznymi odzywkami handlarzy. A przynajmniej, gdy nie przekraczały pewnej granicy i nie były skierowane do niej. Z kieszeni swojej spódnicy wygrzebała karteczkę z listą zakupów. Trzeba było nakarmić jedenaście osób, więc nie można było o niczym zapomnieć, a przy cenach należało zwracać uwagę na każdy krajcar, nie mówiąc już o guldenach.
Większość rolników już znała i byli dla niej mili. W końcu była dobrą klientką. Mimo to za każdym razem bardzo uważała, czy towar, który wsypywali do jej koszyków, nie był zepsuty albo czy prawidłowo ustawili wagę. W szkole zawsze była dobra z liczenia w pamięci, więc w tej kwestii żaden nawet sprytny handlarz nie mógł jej oszukać. W każdym razie nie dawała się nabrać i to wzbudzało respekt sprzedawców. Być może dlatego mama posyłała ją na rynek coraz częściej. Mogła bowiem na niej polegać. Nie dała się pokonać nawet dobrze zbudowanym handlarzom. Wcześniej, kiedy jeszcze jako mała dziewczynka chodziła z mamą za rękę, handlarze zawsze byli dla niej mili, podtykali jej jabłka lub chwalili, jak dzielnie załatwia sprawunki z mamą. Tymczasem teraz pozwalali sobie czasami na nieprzyzwoite uwagi i żarty jej kosztem. Zazwyczaj je ignorowała, nic nie mówiła, a nawet nie wykrzywiała twarzy w grymasie. Ale gdy kończyła jej się cierpliwość, zdarzało jej się porządnie odpyskować. Potem zwykle był spokój.
Zażenowana była przede wszystkim wtedy, gdy handlarze śmiali się z niej, że jest jeszcze podlotkiem. Wtedy się czerwieniła i schylała głowę, co doprowadzało jedynie do tego, że tamci naigrywali się jeszcze bardziej.
– Te jabłka są tak rumiane i słodkie jak twoje policzki, na pewno uwiedziesz nimi każdego Adama, którego tylko będziesz chciała. – Handlarz owoców z grubym brzuchem wyciągnął do niej ponad straganem brudną dłoń, w której trzymał duże jabłko. – Bierz prędko, nie powinnaś przecież na zawsze zostać podlotkiem. A ponieważ jestem w dobrym humorze, zaoferuję ci dziś specjalną cenę, tylko dla ciebie. Ale potem chcę od ciebie porządnego buziaka.
Jego rzężący śmiech sprawił, że ta paplanina wydała się Bercie jeszcze bardziej obrzydliwa, a jego w połowie zepsute zęby spotęgowały tylko jej odrazę.
Bądź co bądź owoce kupi dzisiaj u jakiegoś innego handlarza.
Czerwiec
– Czasami tak bardzo tęsknię za moimi starszymi siostrami – powiedziała Bertha do swoich najlepszych przyjaciółek – Hedwigi i Louise, gdy pewnej słonecznej niedzieli na początku czerwca siedziały na tarasie swojej ulubionej kawiarni. Właściwie Bertha odznaczała się naprawdę radosnym usposobieniem, chętnie i szybko wykonywała swoje obowiązki w gospodarstwie domowym, była zawsze otwarta i sprawiedliwa w stosunku do swojego młodszego rodzeństwa i pomagała mu, gdy to nie wiedziało, co począć, lub miało kłopoty z rodzicami. Bertha była dla nich zawsze. Tego popołudnia jednak potrzebowała Hedwigi i Louise, które wysłuchały jej trosk.
– Nie można się było spodziewać, że Emilie i Elise znajdą mężów, którzy zechcą wyemigrować do Ameryki – powiedziała Louise.
– Ale na szczęście masz przecież nas – odezwała się Hedwiga i uśmiechnęła się do Berthy.
– Tak, masz rację. Na szczęście mam was.
– Koniec końców znamy się już od wieków i nie mamy przed sobą żadnych tajemnic – potwierdziła Louise.
Bertha wzięła obie dziewczyny pod rękę.
O ile kiedyś rozmawiały przede wszystkim o tym, co znów wydarzyło się w szkole albo jakie kłopoty miały z rodzicami lub rodzeństwem, o tyle teraz najchętniej plotkowały o mężczyznach. To znaczy głównie Hedwiga i Louise. Bertha zwykle tylko się przysłuchiwała i uznawała komentarze obydwu przyjaciółek na temat młodzieńców, których spotkały na swojej drodze, za całkiem zabawne.
– Popatrzcie, jak wyniośle wygląda w tym swoim garniturze z konfirmacji, ledwie dopiął marynarkę – powiedziała Hedwiga tak głośno, że przechodzący obok musiał to słyszeć.
Louise i Bertha trzymały dłonie na ustach i z całych sił starały się nie wybuchnąć śmiechem. Przede wszystkim dlatego, że młodzieniec nagle nie wiedział, jak ma się zachować, przez co wydał się jeszcze bardziej sztywny. Trzy przyjaciółki spoglądały za nim z szyderczym uśmieszkiem, jak za wszystkimi swoimi ofiarami, które nie potrafiły wytrzymać ich badawczych spojrzeń. Wyprowadzanie chłopaków z równowagi sprawiało przyjemność przede wszystkim Hedwidze.
Bertha uwielbiała te popołudnia i wieczory, w które mogła zapomnieć o wszystkim. Kiedy tylko jej zobowiązania na to pozwalały, spotykała się ze swoimi przyjaciółkami od serca w kawiarni, wspólnie brały udział w balach, słuchały koncertów plenerowych lub spacerowały wzdłuż rzeki Enz albo doliną rzeki Nagold. Hedwiga i Louise opowiadały o swoich potajemnych przygodach z młodymi mężczyznami, o spojrzeniach, a czasem nawet o skradzionym dotyku. Często chichotały przy tym jak małe dziewczynki, jak uważała Bertha. Kiedyś ten chichot tylko działał jej na nerwy. Lecz w ostatnim czasie zauważyła, że te historie coraz bardziej ją interesują i skrycie rozkoszuje się dreszczykiem emocji, który przechodził ją podczas ich słuchania. Nie była jednak gotowa, by samej odważyć się na taką przygodę, nawet jeśli obydwie przyjaciółki już kiedyś w żartach nazwały ją starą panną, bo wydawało się, że zupełnie nie jest zainteresowana mężczyznami.
– Ale przecież wszystko się może zdarzyć – żartowały ochoczo Hedwiga i Louise i znów chichotały chórem jak dzieci.
– Ha, ha, ha – odpowiadała Bertha urażona, ale i niepokorna zarazem. To przypominało jej o dwóch starszych siostrach, które zawsze bardzo otwarcie opowiadały o tym, gdy znów były zakochane i w jaki sposób sprawiały, by ich ukochany zwrócił na nie uwagę. Wtedy chichotały w trójkę i obiecywały sobie uroczyście, że nie powtórzą nikomu ich wspólnych sekretów. Dla Berthy było to niezwykle intrygujące, nawet jeśli jeszcze nie do końca rozumiała te uczucia i ekscytację. Jak chętnie opowiedziałaby Emilie i Elise o tym, jak pewnego razu znów śniła o romantycznym tête-à-tête, albo zapytała je o zdanie, co sądzą o tym czy innym młodym mężczyźnie, którego spotkała na spacerze, a który zdobył się na odwagę, by ją zagadnąć. Niestety obydwie siostry zdążyły się w międzyczasie zaręczyć i były daleko w Ameryce. Podążyły na statku za swoimi narzeczonymi i Bertha nie mogła już tak po prostu wpaść do ich pokoju i zapytać o radę. I chociaż nad tym ubolewała, to życzyła Emilie i Elise dużo szczęścia i miała nadzieję, że było im dobrze na tym dalekim, nowym kontynencie. Kiedy najpierw Emilie, a później również Elise oznajmiły jej, że wyprowadzają się tak nieopisanie daleko, i być może dlatego nigdy więcej się nie zobaczą, Bertha była okropnie zła. Całymi dniami nie wiedziała, co ze sobą począć, i nie odzywała się słowem do żadnej z nich. Dopiero gdy jej złość minęła, przyszedł smutek. Oczywiście rozumiała, że jej siostry chcą rozpocząć własne życie. Rozumiała nawet swoich szwagrów, którzy mieli nadzieję na lepszą przyszłość dla siebie i swoich młodych rodzin na dalekim kontynencie. Ale też bezgranicznie ją to zasmucało. Bertha straciła swoje najbliższe powierniczki i czuła się zdana sama na siebie. Chwilę to trwało, zanim się z tym pogodziła i mogła ostatecznie życzyć Emilie i Elise z całego serca wszystkiego dobrego. W trójkę obiecały sobie, że będą pisywać do siebie tak często, jak to możliwe.
Jednakże w swoich listach Bertha była dość zachowawcza, przynajmniej jeśli chodziło o sprawy związane z chłopcami. Po pierwsze, musiało upłynąć zbyt wiele czasu, nim przyszła odpowiedź. Po drugie, nigdy przecież nie było wiadomo, kto jeszcze te listy czytał. Nawet nie chciała sobie tego wyobrażać. W jednej chwili zapadłaby się głęboko pod ziemię, gdyby ktoś przeczytał to, czego nie odważyła się nikomu opowiedzieć. Już sama myśl o tym wywoływała rumieniec wstydu na jej twarzy.
Emilie nie było już dwa lata, a Elise wsiadła na pokład parowca oceanicznego prawie rok temu. Życie Berthy natomiast toczyło się dalej tutaj. Dzięki Hedwidze i Louise miała dwie dobre, choć bardzo różniące się od siebie przyjaciółki, które znała już od czasów szkolnych. Stopniowo zaufała im obu jak niegdyś jedynie swoim siostrom. To poprawiało jej samopoczucie. Bertha czuła się wolna, gdy z nimi wychodziła. W trójkę, co do tego się zgadzały, były nie do pobicia.
Siedząc na tarasie kawiarni, szeptały do siebie, zasłaniając usta rękoma. Komentarze Hedwigi na temat mężczyzn często były bardzo swawolne i sprawiały, że Bertha się czerwieniła, co tylko jeszcze bardziej zachęcało Hedwigę. Louise również czuła się zawstydzona. Była jeszcze bardziej powściągliwa niż Bertha. Kiedy Hedwiga zobaczyła, jak obydwie siedzą speszone, zaczęła się tak serdecznie śmiać, że niemal nie mogła się powstrzymać.
Nawet jeśli Bertha nie do końca rozumiała to nieokiełznanie, w ostatnim czasie fascynowało ją ono coraz bardziej. Sama była przecież, choć pod innym względem niż Hedwiga, żywym srebrem, jak od czasu do czasu nazywał ją jej tata. W końcu próbowała wszystkiego, nie okazywała strachu, gdy inni mówili, że to nie dla dziewczyn, i żywo interesowała się stolarką ojca. Choć nie mógł pokazać swojej dumy, w kącikach jego oczu dostrzegała, że był pod wrażeniem, jak szybko się uczy. Kiedy pozwalał jej ze sobą pracować, zawsze była dla niego doskonałą pomocą. Ale Bertha dobrze wiedziała, że musi być opanowana, wiedziała, jak daleko może się posunąć, by nie podpaść. Potajemnie podziwiała Hedwigę za to, że była taka swobodna, że niewiele ją obchodziło, co myślą o niej inni.
Bertha przewróciła oczami, gdy Hedwiga zagwizdała właśnie za jakimś szykownym jegomościem. Louise, najwyraźniej wstydząc się za przyjaciółkę, nie wiedziała, czy powinna zapaść się pod ziemię, czy prędko zniknąć w toalecie. Młody jegomość jednak odwrócił się lekko do Hedwigi, spojrzał na nią zdumiony, po czym uśmiechnął się i palcem wskazującym dotknął ronda swojego kapelusza.
Starsza para, która również usłyszała gwizdanie, bardzo się zdenerwowała.
– Co za bezczelność! – Mężczyzna stuknął swoją laską o ziemię. – To niedopuszczalne…
– Musisz uważać na serce, mój drogi – odezwała się idąca u jego boku kobieta, powstrzymując go przed dokończeniem zdania.
Choć Bertha była zawstydzona poczynaniami Hedwigi, teraz musiała się usilnie powstrzymywać, by nie wybuchnąć głośnym śmiechem.
– Cóż za bezczelna dziewucha – wściekał się brzuchaty mężczyzna w zbyt ciasnej kamizelce pod swoim surdutem, z kolei inny pan w towarzystwie dwóch dam zawołał kelnera:
– Oczekuję od pana, że natychmiast wyrzuci pan te nieprzyzwoite pannice – poskarżył się. – W przeciwnym razie zadbam o to, by z miejsca pana zwolnili.
– A niby dlaczego miałabym teraz wyjść? Może mi pan wytłumaczyć? – Hedwiga bardzo się zdenerwowała, gdy kelner zastosował się do polecenia oburzonego mężczyzny.
Kelnerowi pot wystąpił na czoło.
– Bardzo panią proszę, proszę zrozumieć, inni goście…
– Przecież mężczyźni także ciągle za nami gwiżdżą. Dlaczego w takim razie my nie możemy? – Hedwiga nie dała się tak łatwo zbyć.
– Jednak muszę prosić, moje panie – kelner próbował skłonić je do wyjścia. Oczy wszystkich obecnych w kawiarni były zwrócone na nie, a kelner wydawał się coraz bardziej zakłopotany.
– Czy nasze pieniądze są mniej warte niż te od innych gości?
– Nie, oczywiście, że nie, łaskawa pani, ale…
– A zatem – przerwała mu Hedwiga.
– Ale inni goście…
– Rozumiemy – ponagliła do wyjścia Louise.
Bertha uważała, że to odważne ze strony Hedwigi, że tak się broniła. Słusznie, jak sądziła. Sama nie odczuwała jednak potrzeby, by naśladować tę męską przywarę, zamieniając się rolami. Co by to dało? Zastanawiała się, czy nie ma innej drogi, by zdobyć uznanie jako kobieta.
Louise już wstała z miejsca, Hedwiga natomiast osiągnęła, co chciała. By jeszcze bardziej zawstydzić kelnera, dała mu nadzwyczaj hojny napiwek, na co ten gorliwie otwarł im drzwi i głęboko się kłaniając, życzył „jeszcze wyjątkowo dobrego dnia”.
– No – odezwała się Hedwiga i odetchnęła, kiedy stanęły na zewnątrz – to było warte zachodu. Przejdźmy się jeszcze na spacer.
Prędko zostawiły za sobą zamieszanie w kawiarni i rozkoszowały się tym, że mogą spędzać piękny letni dzień na zewnątrz.
– Myślę, że powinnyśmy wybrać dla Berthy jakiegoś rozsądnego mężczyznę, nie sądzisz, Louise?
O nie, pomyślała Bertha, tylko nie to. W ostatnim czasie Hedwidze i Louise coraz większą przyjemność sprawiało denerwowanie Berthy docinkami o odpowiednim mężczyźnie. Nie trwało długo, a Hedwiga już wypatrzyła kandydata.
– Co sądzisz o tym tutaj, Bertho? Spójrz, ten wysoki, który idzie z naprzeciwka. Przynajmniej ma porządną brodę.
– Och tak, ten wydaje się naprawdę męski. A może to dla ciebie zbyt wiele męskości, Bertho?
Obydwie dziewczyny bezwstydnie lustrowały młodego mężczyznę, kiedy ten przechodził obok, i chichotały, podczas gdy Bertha nie wiedziała, co ze sobą zrobić, i zaczerwieniła się. Jeszcze gorzej było, gdy pozwalały sobie na takie komentarze w domu i jej dwa lata młodszy brat Karl zorientował się, o czym rozmawiały. Miał osiemnaście lat, więc powód docinek między przyjaciółkami nie umknął jego uwadze.
– No, Bertho, z pewnością jesteś zakochana – wtrącał się wtedy w rozmowę i szczerzył zęby.
– Zostaw mnie w spokoju! – odcinała się Bertha, a jej twarz robiła się purpurowa. – Głupie krowy – rzucała w kierunku Hedwigi i Louise, na co one chichotały.
Choć właśnie skończyła dwadzieścia lat, takie aluzje nadal ją zawstydzały, dokładnie tak jak niemal każde spotkanie z młodym mężczyzną w jej wieku. Nie wiedziała do końca, jak powinna się zachować. Jakie to było proste kiedyś, gdy bawiła się z chłopcami. Wprawdzie była wtedy zawsze jedyną dziewczynką, ale za każdym razem potrafiła się przebić, pokazywała, co umie, że dorównuje chłopakom. Odkąd jej ciało przed kilkoma laty widocznie się zmieniło, wszystko wydawało się bardziej skomplikowane. Chłopcy już nie chcieli włączać jej do swoich zabaw, a w pewnym momencie również Bercie zaczęło to odpowiadać. Wykluczyli ją i śmiali się z rzeczy, których ona w ogóle nie uważała za śmieszne. Niektórzy, jak zauważyła, z czasem inaczej na nią spoglądali. Było to dla niej nieprzyjemne. Przez chwilę nie wiedziała, jak się powinna zachować. Jednak szybko wyzbyła się niepewności i wstydu. Niech sobie myślą, co chcą, ci faceci. Dopóki te kapuściane głowy tylko za nią gwizdały lub wołały, a poza tym zostawiały ją w spokoju, było jej to obojętne. Niech im będzie. Któregoś dnia Bertha pojęła, że chłopcy byli co najmniej tak samo niepewni jak ona. I jako młoda kobieta dysponowała nagle innymi środkami i sposobami, by osiągnąć swój cel.
– Pospieszcie się, musimy zaraz wychodzić – upomniała matka Berthy, która czuwała nad tym, by jej dzieci, wychodząc z domu, wyglądały bez zarzutu. – Jak ty wyglądasz, Karlu? – strofowała swojego syna. – Twoje włosy sterczą we wszystkie strony, a koszula wyłazi ze spodni. Do łazienki marsz i uczesz się porządnie. – Zrozpaczona uniosła ręce do góry. – Przecież za każdym razem to samo… Bertho – zwróciła się do córki – zadbaj, proszę, o to, by reszta bagaży była przygotowana do podróży, ja zajmę się najmłodszym. Julius? Gdzież on się znów podział?
– Musimy iść, w przeciwnym razie spóźnimy się na pociąg – rzekł ojciec, wprowadzając jeszcze większy zamęt w całej tej krzątaninie.
Bertha wiedziała, że jej tata nie chce się skompromitować spóźnieniem przed swoimi przyjaciółmi z towarzystwa „Zur Eintracht” i pilnował, by jej rodzeństwo było gotowe do odjazdu tak szybko, jak to możliwe.
Bertha lubiła podróżować koleją. Większość jej przyjaciółek widziała w niej raczej żelazne monstrum, do którego, Boże uchowaj, nigdy by nie wsiadła.
– To tylko kolejny męski wynalazek, żeby pokazać, jacy to oni są świetni i jak wszystko potrafią, najważniejsze, że to coś syczy, dymi, robi hałas i śmierdzi – jak chętnie określała to Louise. Ale właśnie to interesowało Berthę. Za każdym razem fascynowało ją, jak ten wielki, ciężki pojazd pośród żałosnych jęków powoli ruszał z miejsca. Jak przy dorzucaniu węgla do paleniska cały dworzec niemal dusił się dymem, fascynowało ją dudnienie maszyny, koła, które dbały o przyczepność na gładkich szynach, szarpanie, gdy potężny kolos ruszał najpierw wolno, a potem coraz szybciej i szybciej, i w mgnieniu oka przenosił ją do innego świata.
– Szybko, przynieś swoją czapkę, Gustawie, nie możesz przecież wyjść z domu bez niej – zachęciła Bertha piętnastolatka.
Ojciec Berthy miał na sobie ładny wyjściowy garnitur, który dobrze na nim leżał i nadawał mu dostojnego wyglądu. Mężczyzna rozkoszował się letnimi wycieczkami z „Eintrachtem”, który powstał dopiero przed kilkoma laty jako towarzystwo dla wysoko postawionego mieszczaństwa składającego się z pnących się coraz wyżej kupców oraz rzemieślników z Pforzheim. Spotykali się regularnie co tydzień w gospodzie, grali w bilard, słuchali wykładów albo po prostu cieszyli się towarzystwem ludzi o podobnych poglądach. Było sporo tematów do rozmów, jak relacjonował zawsze ojciec. Gospodarka kwitła, a księgi zleceń były w tamtych czasach przeważnie niemal pełne. Gdyby tylko nie było tych wszystkich uciążliwych regulacji, które wydawały się mnożyć jak robactwo, ani rosnących oczekiwań klientów. Jeszcze więcej okazji do pomstowania i tematów do dyskusji dawała polityka. A ponieważ doświadczonym mężczyznom od długich rozmów gardła zbyt mocno wysychały, przez spragnione gardziele przepływało niejedno piwo, dzięki czemu wieczory były zawsze przede wszystkim zakrapiane i wesołe.
„Eintracht” był jednocześnie męskim chórem i Bertha cieszyła się zawsze, gdy ojciec wracał z prób śpiewu. Chodził wtedy po domu, głośno podśpiewując, i był w wyjątkowo dobrym humorze, a ona w ten sposób poznawała coraz to nowsze piosenki.
Kilka razy do roku organizowano wycieczki z rodzinami. Ojciec Berthy zgłaszał całą rodzinę. Podpisywał również od razu subskrypcję na obiad. Tym razem wycieczka miała się odbyć do średniowiecznego zespołu klasztornego w Maulbronn i, jak słyszał, gospoda obok klasztoru miała naprawdę dobrą opinię. Nie chciał stracić takiej okazji.
Z jednym wyjątkiem wszyscy z zachwytem chórem zawołali „tak”, gdy Karl Friedrich i Auguste przedstawili swoim dzieciom tę propozycję. Wszyscy oprócz Berthy, która już tak bardzo cieszyła się, że będzie jak co weekend spacerować po parku z Hedwigą i Louise, a potem na tarasie kawiarni w mieście cieszyć się kawą i ciastem, i obserwować przechodniów. Oczywiście dziewczęta chciały strzępić sobie języki na temat tego, jak okropnie wygląda ten szal albo jaką staromodną spódnicę ubrała tamta kobieta.
Nie pomogły żadne prośby. Bertha musiała dać za wygraną. Co ostatecznie nie okazało się takie złe. Ponieważ również ojcowie Hedwigi i Louise, obaj członkowie „Eintrachtu”, nalegali na to, by wraz z całą rodziną wziąć udział w letniej wycieczce towarzystwa. Nie musiała więc spędzać niedzieli bez swoich najlepszych przyjaciółek.
– Chodźcie już, naprawdę musimy ruszać! – powtórzył ojciec, nerwowo biegając w tę i z powrotem.
– Tak, tak, przecież już idziemy. – Jego żona szybko wyszła z łazienki z Juliusem i pogoniła swoje dzieci w stronę drzwi.
– Ależ nasza dzierlatka się dzisiaj wystroiła – zażartował Karl Friedrich junior. – Może już sobie kogoś znalazła? No, Bertho, co przed nami ukrywasz? – zachichotał, a reszta rodzeństwa, bez względu na to, czy pojęła, co powiedział, czy też nie, również się roześmiała. Policzki Berthy zaczerwieniły się wbrew jej woli.
– Jesteście tacy głupi! – wykrztusiła, odwróciła się i prychnęła ze złości. Zazwyczaj potrafiła się świetnie bronić, zawsze miała w zanadrzu gotowe odpowiedzi, bez względu na to, kto właśnie jej się naraził. Ale ten temat jakoś szczególnie ją dotykał, kiedy jej dokuczano, i czuła się po prostu bezbronna. Zwłaszcza że z Karlem rozumiała się całkiem dobrze. Odkąd Emilie i Elise wyprowadziły się z domu i zamieszkały daleko w Ameryce, obydwoje częściej ze sobą przebywali, a ich relacja była bardziej zażyła. Bertha cieszyła się, że Karl traktuje ją poważnie, gdy wspólnie naprawiali narzędzia ojca lub wykonywali drobne prace w domu. I że mogła się z nim bić. Wprawdzie absolutnie nie wypadało tego robić, ale czasem Bertha zwyczajnie miała na to ochotę, i wydawało się, że jej bratu się to podoba. Byli sobie bliscy i wiedzieli, że mogą na sobie nawzajem polegać. To nie wykluczało, że czasem brali się za łby lub porządnie denerwowali jeden drugiego. Tak jak teraz.
– Skończcie już z tą gadaniną i wychodzić za drzwi! – nakazała mama. – Dlaczego za każdym razem, kiedy wszyscy wspólnie wychodzimy z domu, musi panować taki okropny chaos?
Już gdy przechodzili krótką, wąską uliczką pod łukiem bramy, wzdłuż apteki i księgarni, grupie podróżnych ukazał się ogrom zespołu klasztornego w Maulbronn. Wokół olbrzymiego dziedzińca, do którego się zbliżali, ze wszystkich stron w szeregach stały imponujące budynki. Kiedy Bertha weszła na plac, przystanęła z otwartymi ustami. Poddała się działaniu wielkich, stojących na kamiennych cokołach domów z muru pruskiego. Po jej prawej stronie znajdowała się ogromna budowla z kamienia, „Fruchtkasten”, jak nazywano klasztorny spichlerz. O tym opowiedział im brat, który już czekał na nich na placu. Jego habit, jak przyjęło się u cystersów, składał się z białej tuniki z kapturem, na której nosił czarny szkaplerz. Ten szeroki, czarny pas materiału zapobiegał temu, że narzutkę zwieje wiatr.
Tutaj, jedynie kilka metrów za łukiem bramy, znajdował się pierwszy przystanek podczas zwiedzania. Dowiedzieli się, że klasztor został założony już w XII wieku, a wraz z reformacją w XVI wieku, gdy księstwo Wirtembergii zdecydowało się na protestantyzm, działalność klasztoru, z krótkim wyjątkiem w latach 1630–1648, zakończyła się.
Bertha wiedziała, że w „Eintracht” są członkowie wyznania katolickiego, jak i ewangelickiego. Jednak wydawało się, że nikt nie chciał poczynić żadnej uwagi czy też zagłębiać się w wywody brata.
Hedwiga, Louise i Bertha, co oczywiste, ustawiły się podczas zwiedzania obok siebie. Bertha rozejrzała się dookoła. Większość kobiet miała na sobie swoje lepsze letnie sukienki. Mimo że była to wycieczka towarzyska, żadna nie chciała pozostawić po sobie złego wrażenia. Również jeśli chodzi o kapelusze, jak się zdawało, dały z siebie wszystko. Mogła nawet podziwiać niektóre z naprawdę wielkimi rondami i fantazyjnymi wstążkami z motywami kwiatowymi. Najwyraźniej Hedwiga i Louise poszły w jej ślady, ponieważ obydwie zaczęły właśnie cicho plotkować o najdziwaczniejszych kapeluszach.
– Tej lepiej pasowałby garnek – wyszeptała Louise, spoglądając na posuniętą już nieco w latach damę, która stała przed nimi po skosie.
Bertha próbowała nie roześmiać się na głos.
– Zobaczmy tylko, co dziś w ofercie, jeśli chodzi o mężczyzn. – Hedwiga potoczyła wzrokiem po grupie zwiedzających.
– Więc, co się tyczy ubrań, Pan Bóg nie mógł stworzyć nudniejszych istot niż mężczyźni – poskarżyła się Louise. – Wszyscy w czarnych garniturach, białych koszulach i czarnych butach.
– Zatem musimy się wreszcie pokierować wewnętrznymi wartościami, mimo iż chodzi o panów – zażartowała Hedwiga. – Być może znajdziemy kogoś dla naszej Berthy, jak sądzisz, Louise?
– No naprawdę – Bercie zrobiło się jednocześnie gorąco i zimno – chyba nie będziecie tu teraz przed całym zebranym towarzystwem…
– Ależ oczywiście, dlaczegóżby nie?
– Spójrz tam – raptem Hedwiga wskazała ostrożnie mężczyznę oddalonego kilka metrów od nich – ten byłby niezły, co sądzisz, Bertho?
– Nic nie sądzę. A poza tym ktoś stoi tuż przed moim nosem, więc nie mogę go nawet zobaczyć. I przestańcie z tym, natychmiast. Zupełnie mnie skompromitujecie.
Odwróciła się demonstracyjnie do brata, by dalej słuchać jego wywodów.
Ten, niewzruszony, kontynuował swoje objaśnienia. Bertha udawała, że z zainteresowaniem słucha o tym, iż kamień węgielny pod szkołę klasztorną położono już w 1556 roku, by przyciągnąć i wykształcić ewangelickich pastorów. W 1806 roku król Fryderyk I Wirtemberski ostatecznie zsekularyzował klasztor. On sam jednak jako członek zakonu cystersów jest zadowolony, że może nadal oprowadzać wycieczki po starym klasztorze.
– No, to wybrali tego właściwego, Fryderyka Grubego – zażartował ktoś z grupy, ale na tyle cicho, że brat nie mógł go usłyszeć. Ludzie wokół niego się uśmiechnęli. Pierwszy król Wirtembergii uchodził za wyjątkowo surowego. Rygoru tego, jeżeli chodzi o jedzenie, najwyraźniej sam sobie nie narzucał.
Również Bertha się uśmiechnęła. Przynajmniej rozluźniło to suchy, naszpikowany wszelkimi możliwymi datami historycznymi wykład.
Podczas dalszego oprowadzania dowiedziała się, że uczniem był tutaj między innymi Johannes Kepler. Jednakże naprawdę oprzytomniała dopiero, gdy brat opowiedział, że w czasach, kiedy był tu jeszcze klasztor, żadna kobieta nie mogła przekroczyć progu miejsca, w którym teraz stali. Kobiety mogły uczęszczać na msze święte, lecz nie były wpuszczane do zespołu klasztornego. To była surowa reguła, podczas gdy wszyscy mężczyźni byli jako goście poważani i wpuszczani do środka.
Bertha nie rozumiała, dlaczego już od tego miejsca nie dopuszczano kobiet dalej, ostatecznie właściwy klasztor i kościół główny stały po przeciwnej stronie placu długiego na co najmniej dwa bloki mieszkalne.
– Cóż, skoro to ich uszczęśliwiało. – Louise wzruszyła ramionami.
– Ja tak czy inaczej nie miałabym tam czego szukać – powiedziała bezczelnie Hedwiga – oni i tak nie mogą być aktywni podcyngularnie.
– Pod co? – zapytała Bertha.
– No pod ich cingulum 4, pasem, rozumiesz?
– Ojej, Hedwigo! – Bertha przewróciła oczami.
Brat zaprosił grupę, by przeszła przez wielki plac obok okazałych domów z muru pruskiego i wielkiego, starego drzewa magnolii do ogromnego kościoła. Wejście, jak się wydawało, znajdowało się nie po węższej, ale po szerszej stronie świątyni, inaczej, niż przywykła Bertha.
– To wejście wydaje się prawie takie samo jak to w naszym kościele – zdziwiła się, gdy wreszcie znaleźli się w raju 5 – zadaszonym przedsionku prowadzącym do wejścia.
– Ma pani całkowitą rację, młoda damo. – Brat usłyszał jej uwagę i z radością zgłębił zagadnienie. – Rzeczywiście kościół klasztorny oraz wasz kościół zamkowy w Pforzheim zostały zbudowane praktycznie w tym samym czasie i dlatego są do siebie podobne, jeśli chodzi o sklepienia łukowe i umieszczone przed nimi kolumny. – Wydawał się zadowolony, że znalazł powiązanie między Maulbronn a jego grupą gości z Pforzheim.
Bertha natomiast zawstydziła się. Spuściła wzrok i poczuła ciepło na swoich policzkach. Na szczęście brat zwrócił się zaraz ku drzwiom, które pochodziły jeszcze z 1178 roku i tym samym były najstarszymi zachowanymi drzwiami we wszystkich niemieckich krainach.
Ojciec Berthy wyszedł parę kroków naprzód, by móc lepiej przyjrzeć się dwuskrzydłowemu portalowi głównemu. Jako stolarz był szczególnie zainteresowany obróbką drewna.
– No, Karlu Friedrichu, czy twoje drzwi też tak długo wytrzymają? – zażartował jeden z jego kompanów z „Eintrachtu”.
– Z pewnością tak długo, że żaden z nas dwóch nie będzie już mógł o tym opowiedzieć – zripostował wesoło ojciec Berthy.
Tak, jej tata był błyskotliwy i niełatwo go było pokonać, podobnie jak jej mamę. Tę cechę charakteru Bertha najwyraźniej również odziedziczyła, z czego była dumna. Spojrzała z uśmiechem dookoła i zobaczyła, że inni także się śmieją.
Wielu uczestników wycieczki poznała już wcześniej przy innych okazjach i rozpoznawała ich twarze. Ten czy ów, który akurat patrzył w jej kierunku, odwzajemniał spojrzenie z przyjaznym skinieniem głowy.
Towarzystwo miało coraz lepszy nastrój, a brat starał się o stosowny ton, w końcu zaraz mieli wejść do świętego przybytku.
Uwaga Berthy pierzchła, gdy nagle dziewczyna zobaczyła w grupie niezwykle atrakcyjnego mężczyznę. Brat mógł więc dużo opowiadać o kościele klasztornym, krużganku, kapitularzu oraz refektarzach mnichów chóralnych i braci świeckich, a w niej nagle zaczęły szaleć wszelkie możliwe uczucia, których w ogóle nie znała. Było tak, jakby miała motyle w brzuchu, nie mogła też zebrać myśli.
Kto to mógł być? – dziwiła się. Nie mogła sobie przypomnieć, by widziała go na poprzednich wycieczkach „Eintrachtu”. Wydawał się tylko trochę starszy od niej i tym samym młodszy od większości obecnych mężczyzn, którzy mieli na karku kilka lat więcej i w większości przypadków założyli już rodziny. Nie, ten był w jakimś sensie inny. Wyglądał na radosnego, jego brązowe oczy wręcz błyszczały ciekawością i radością życia. Jego sylwetka była postawna, wyprostowana i szczupła. To też jej się podobało. Nie miał piwnego brzucha, jak większość tutaj, i nie wyglądał na tak poważnego. Jego ruchy były beztroskie, to również podobało się Bercie. Mimo całej stanowczości z jego oczu biło coś przyjaznego, niemal czułego. Bertha musiała się wręcz zmusić, by odwrócić od niego swój wzrok – przede wszystkim dlatego, że – jak się wydawało – on zaraz spojrzy w jej kierunku.
Wreszcie towarzystwo dotarło do domu studziennego po północnej stronie krużganku naprzeciw refektarza mnichów chóralnych.
– To ostatni punkt naszego zwiedzania – powiedział brat i splótł ręce na brzuchu. – Ta trzypoziomowa fontanna, w przeciwieństwie do praktycznie wszystkiego innego, co państwo widzieli w klasztorze, jest nowsza i łączy style architektoniczne ubiegłych stuleci.
Fontanna znajdowała się w swego rodzaju półokrągłym wykuszu, który zachodził na wewnętrzny ogród klasztorny, i była naprawdę imponująca i piękna, jak uważała Bertha. To pomogło jej przyglądać się obiektowi z jak największym zainteresowaniem.
Jednocześnie dziewczyna zauważyła, że jej głowa stała się lżejsza, a w okolicy żołądka było już spokojniej. Oby tylko inni niczego nie zauważyli, miała nadzieję Bertha i starała się zachowywać tak, by nie rzucać się w oczy. Mogła się obyć bez złośliwych komentarzy swoich przyjaciółek lub rodzeństwa. Tylko jak miała się dowiedzieć, kim był ten elegancki mężczyzna? A przede wszystkim, jak stworzyć okazję, by chociaż na krótko zwrócić na siebie jego uwagę, a może nawet z nim porozmawiać?
Wszyscy stali wokół fontanny i słuchali wywodów brata zakonnego.
Nagle Bertha poczuła szturchańca w bok. Wystraszyła się i spojrzała zdziwiona na Hedwigę, która dała jej lekkiego kuksańca łokciem.
– Tego miałam wcześniej na myśli – szepnęła prędko i niemal niedosłyszalnie, rzuciła okiem na Berthę, po czym znów odwróciła głowę do przodu, kierując wzrok na brata, i demonstracyjnie odchyliła ramiona w tył.
Bertha poczuła się przyłapana i poczerwieniała, co jeszcze tylko pogorszyło sytuację. Naśladując swoją przyjaciółkę, spojrzała w skupieniu przed siebie. Po kilku sekundach odważyła się znów popatrzeć na Hedwigę, która odwzajemniła na chwilę jej spojrzenie. Bercie wydawało się, że usta przyjaciółki wykrzywiły się w szyderczym uśmiechu. Czy ona czasem nie puściła do niej oka? Bertha najchętniej zapadłaby się pod ziemię. Czy jej myśli były tak dobrze słyszalne, że Hedwiga coś zauważyła? Zakręciło jej się w głowie. Skup się, Bertho, powiedziała sama do siebie, nie wypada tak sobie folgować. Odetchnęła tak głęboko, jak tylko można było z tym osobliwym mrowieniem w brzuchu, i w cudowny sposób udało jej się odsunąć swoje uczucia na bok i znów słuchać wywodów mówiącego. No tak, pomyślała, przecież przez całe moje życie wbijano mi do głowy, by panować nad sobą w domu i w szkole o każdej porze i nie tracić kontroli.
Zatem udało jej się jeszcze usłyszeć, że dwa górne piętra fontanny uzupełniono w późniejszym czasie, że mnisi myli tutaj ręce przed jedzeniem i również w tym miejscu mogli dać zgolić sobie tonsurę. Bertha wyobraziła sobie, jak mnisi, zanim udali się do refugium, myli ręce w misie fontanny, a wszystkie włosy, które pozostały na dłoniach, próbowali wytrzeć o swój habit. Musiała zagryźć wargę, żeby się nie roześmiać. Nie potrafiła przecież ukryć swoich uczuć tak bezproblemowo.
– Chciałbym zakończyć oprowadzanie dwiema pierwszymi strofami wiersza jednego z tutejszych byłych uczniów – rzekł brat. – Nie jest on być może tak znany, ale jesteśmy dumni, że uczył się u nas. I kto wie, być może zyska jeszcze pewną sławę. Wiersz nosi tytuł Do natury, a autor nazywa się Friedrich Hölderlin:
Gdy twym urokiem się cieszyłem jeszcze,
Przy tobie wyrastałem, niby kwiat,
I w każdym dźwięku czułem twoje serce,
Co serce me kołysał drżące tak… 6
Bertha co rusz spoglądała ukradkiem na mężczyznę i dokładnie w chwili, gdy padły słowa „serce me kołysał drżące tak”, on odwrócił głowę w jej stronę i przez ułamek sekundy patrzył jej w oczy, zanim ona szybko spojrzała w innym kierunku. Zrobiło jej się słabo, lekko drżała. Czy on się uśmiechał? Jej myśli odpłynęły, czy może raczej krążyły tylko wokół jednego, chciała, nie, musiała poznać tego mężczyznę.
Spróbowała ponownie skoncentrować się na recytacji:
Twój jeszcze duch, radości duch stokrotnej,
W głębinie serca budził ciche fale,
To były dla mnie dni barwione złotem 7.
Serce Berthy, jak jej się wydawało, rozpłynęło się, a „dni barwione złotem” wymieszały się już w jej myślach z mężczyzną, który stał naprzeciw niej po drugiej stronie fontanny, a którego do tej pory jedynie widziała, ale nie zamieniła z nim ani jednego słowa. Jego oczy błyszczały, miały w sobie coś szelmowskiego, co jej się bardzo podobało. Jego ciało wydawało się zwinne, gdy stał tak oświetlany łagodnie światłem padającym z tyłu. Wszyscy klaskali, gdy recytacja wiersza, a tym samym zwiedzanie dobiegły końca, a Bertha pospieszyła, by do nich dołączyć. Zaraz też utworzyły się mniejsze grupki i członkowie „Eintrachtu” oraz ich rodziny zaczęli ze sobą głośno rozprawiać. Bertha nie miała odwagi, by spojrzeć na Hedwigę. Kątem oka widziała, jak szepcze z Louise, na co obydwie zachichotały, przesłaniając usta dłońmi, i spojrzały w jej stronę. Przyjaciółki podeszły do niej.
– Chyba się nie zadurzyłaś, co? – zapytała Hedwiga cicho, stając blisko niej.
– Ja? Co… ależ nie… Skąd ci to przyszło…? – wyjąkała Bertha. Czuła, jak jej twarz coraz bardziej się czerwieni. Chciała tylko uciec.
– Kim jest ten szczęściarz? – Louise zwyczajnie zignorowała jej odpowiedź, choć ona i Hedwiga doskonale wiedziały, o kogo chodzi. Łobuzersko przechyliła głowę na bok. – Ach, myślę, że to ten z falowanymi włosami i małym sznaucerem. Muszę powiedzieć, że też nam się podoba.
– Ale ja… – Bertha zrozumiała, że nie może udawać przed swoimi przyjaciółkami. Właściwie musiały wiedzieć, jak się właśnie czuje.
Hedwiga zmierzyła go wzrokiem.
– No tak, muszę przyznać…
– Nie patrzeć! – wyszeptała Bertha tak głośno, jak się dało, by inni jej nie usłyszeli. Zapadała się coraz bardziej pod ziemię, tak bardzo, jak to tylko było możliwe.
– Chociaż… – Louise również nie posłuchała polecenia Berthy. Obydwie zdawały się czerpać przyjemność z dręczenia swojej przyjaciółki zarówno nieznanymi jej, jak i zagmatwanymi uczuciami. A ona czuła się wobec nich bezbronna. – Może powinien pójść kiedyś do fryzjera. – Hedwiga i Louise prawie nie mogły się powstrzymać od śmiechu i ugryzły się w język, by za bardzo nie podpaść.
– No dobrze. – Louise z trudem zaczerpnęła powietrza i otarła oczy białą chusteczką. – Wiesz w ogóle, jak się nazywa i co robi?
– Nie, ja… – Bertha wydała się sobie nieskończenie nieporadna.
– To pozwól nam się tym zająć, dowiemy się tego – powiedziała Hedwiga.
– Nie, tylko nie to, nie możecie przecież… – Bertha nie dokończyła.
– Ależ możemy, to pójdzie raz dwa, zaraz zobaczysz – przerwała jej Louise, zanim się odwróciła i poszła do swojego ojca. Hedwiga wzięła Berthę pod ramię i pociągnęła kawałek w kierunku krużganka, usuwając się obydwu z pola widzenia. Jednak chwilę później z domu studziennego wyszedł i on ze swoim rozmówcą i ruszył wzdłuż krużganka w kierunku kościoła. Hedwiga ponownie chwyciła Berthę. Tym razem zaciągnęła ją do znajdującego się naprzeciwko refektarza mnichów chóralnych, niegdysiejszej jadalni mnichów, jak przypomniała sobie Bertha z opowieści podczas oprowadzania, miała nadzieję, że mężczyźni pójdą dalej, nie zechciawszy raz jeszcze obejrzeć tego pomieszczenia.
Panowie zatrzymali się przez dłuższą chwilę dokładnie przed wejściem i zdawało się, że dobrze się bawią, dołączyli do nich inni, więc rozmawiali i śmiali się wszyscy razem. Potem grupa wróciła do przypominającej wykusz przybudówki domku studziennego.
Bertha i Hedwiga odetchnęły i znów odważyły się ostrożnie wyjść na zewnątrz.
Chwilę później wróciła Louise. Jeszcze zanim cokolwiek powiedziała, Hedwiga zaciągnęła obydwie dziewczyny do dawnej jadalni.
– Cicho, stoją tuż za rogiem.
– Nazywa się Carl Benz, jest inżynierem i najwyraźniej dopiero od niedawna w Pforzheim – zrelacjonowała Louise.
– Teraz twój ruch – powiedziała Hedwiga.
– Mój? Co masz na myśli? – zapytała Bertha.
– Teraz idź do niego i wdaj się z nim w rozmowę – nakłaniała znów jej przyjaciółka.
– Że co mam zrobić? – Bercie niemal zakręciło się w głowie.
– Posłuchaj, niemądra dziewczyno, zazwyczaj nie jesteś taka przewrażliwiona – odparła Hedwiga. – Pójdziesz do niego i z nim porozmawiasz. W końcu musisz wiedzieć, czy jest wart zachodu, czy nie.
Bertha skinęła głową. Tu przyjaciółka miała rację. Zawsze dbała o to, by dostać to, czego chciała. Więc logiczne byłoby przecież, gdyby tutaj również przejęła inicjatywę.
– Idziecie ze mną?
– Będziemy u twego boku – powiedziała Hedwiga, a Louise przytaknęła.
A zatem dobrze, pomyślała Bertha i głęboko odetchnęła.
Jej kolana drżały, gdy zebrała się na odwagę i powoli, niepostrzeżenie poruszała się w jego stronę, z przyjaciółkami u boku. Teraz już sobie z niej nie żartowały, były jej sojuszniczkami. Wszystkie trzy udawały, że rozmawiają o architekturze domu studziennego oraz krużganka, patrzyły niby z zainteresowaniem na ściany i sufit, i w ten sposób naprawdę przypadkowo podchodziły coraz bliżej obiektu pożądania Berthy.
Grupa mężczyzn, w której stał Carl Benz, rozmawiała coraz głośniej i śmiała się coraz swobodniej. Bertha nie mogła skupić się na tym, o czym rozmawiają, ale to nie miało znaczenia.
Kiedy Bertha znów spojrzała ku górze, udając, że podziwia rozetę i zdobienia, nagle stwierdziła, że jej przyjaciółki zniknęły. Raptem została tam sama. Oddalona od niego jedynie o kilka kroków. Serce podeszło jej do gardła. Musiała przełknąć ślinę. Na szczęście on, całkowicie pochłonięty rozmową z jednym z kolegów z towarzystwa, jeszcze jej nie zauważył. Wokół siebie słyszała stłumione, jakby za zasłoną, ożywione dyskusje członków stowarzyszenia na tematy polityczne, które znała także od swojego ojca, kiedy ten zasiadał z gośćmi w swojej izbie, palił cygaro i omawiał z nimi sytuację na świecie.
Jakoś udało jej się przemóc. To wszystko powinno być jej przecież obojętne. Jedyne, czego chciała, to zwrócić na siebie uwagę tego jednego mężczyzny. No to ruszaj, dodała sobie odwagi Bertha.
Jej kolana drżały jeszcze bardziej. Podeszła kilka kroków w stronę fontanny, żeby przytrzymać się jedną ręką jej krawędzi. Drugą mimowolnie położyła na swoim brzuchu. Jakoś dziwnie się czuję, pomyślała i znów spróbowała wziąć się w garść. Oddychaj, wyprostuj plecy, oddychaj głębiej, mówiła sobie Bertha. Nie wiedziała do końca, co jej dolega. Było jej słabo ze zdenerwowania, czy najchętniej rzuciłaby się przed siebie? Głębokie oddechy udały jej się tylko połowicznie. Ale i tak nieco się uspokoiła. Dotknęła zaczesanych do tyłu i częściowo upiętych na górze włosów i kokieteryjnie przesunęła kilka pasemek swoich długich, lekkich loków z ramion do przodu na biały kołnierzyk. Zaczęło się. Przeszła ostatnie kroki w kierunku swojego celu.
Jej serce waliło jak szalone. Inni chyba mogli to usłyszeć.
– Interesujące, że Johannes Kepler również był tu kiedyś uczniem – mówił starszy mężczyzna do znacznie młodszego. – A tak w ogóle wiedziałeś, że poza swoimi prawami astronomicznymi zaprojektował także między innymi pompę zębatą?
– Naprawdę? Cóż, to kolejny dowód na to, że wszelka wiedza i całe jej poszerzanie nie kończy się kropką, a znakiem zapytania.
– Słusznie, słusznie.
– Wynalazca musi mieć wiele talentów, a przede wszystkim zapał. – Uśmiechnął się. Jaki on ma przepiękny uśmiech, zauważyła Bertha i napomniała samą siebie, by znów nie bujać w obłokach.
O Boże, on na mnie patrzy. O ile serce Berthy jeszcze do tej pory waliło w gardle, teraz spadło do miednicy. Jakimś sposobem udało jej się jednak pomyśleć o planie, który uknuły jej przyjaciółki.
To ten moment, pomyślała Bertha i jakby przez nieuwagę upuściła swoją wydzierganą chusteczkę.
– Och, proszę wybaczyć moją niezdarność – wyjąkała Bertha.
– Ależ proszę pani, to może się przecież zdarzyć każdemu. – Wyprostował się i spojrzał jej w oczy, wyciągając w jej stronę chusteczkę. – Bardzo proszę.
– Dziękuję. – Bertha niemal utonęła w tych głębokich, zielonych oczach, które były otwarte niczym rozległe morze i ciekawie jej się przyglądały. Jego pełne usta uformowały się w rozbawiony uśmiech, ale tylko w pierwszym momencie. Patrzył na nią nieco dłużej i intensywniej, niż zwyczajowo wypadało, a Bertha spostrzegła, że jego uśmiech stał się prawie niedostrzegalnie łagodniejszy, również jego oczy chciały odnaleźć coś w jej spojrzeniu.
Bertha znów poczuła motyle w brzuchu.
– Źle się pani czuje? – Wyciągnął rękę i ostrożnie dotknął jej ramienia. Jego dłoń była duża i sprawiała wrażenie delikatnej i silnej zarazem.
– Nie, nie, już dobrze, dziękuję. Nie wiem, co mi jest, zwykle nic takiego mi się nie zdarza.
– Może powinna pani napić się łyczek wody z fontanny?
– A potem wyciągać sobie włosy mnichów z buzi? – zażartowała, a on roześmiał się razem z nią. – Nie, nie, dziękuję, już dobrze, naprawdę.
– Proszę wybaczyć, jeszcze się nawet nie przedstawiłem. Nazywam się Benz, Carl Benz. Miło mi.
– Cała przyjemność po mojej stronie, panie Benz.
Uśmiechnął się i wyciągnął do niej rękę. Bertha obawiała się, że kompletnie się rozpłynie, jeśli jeszcze raz tak intensywnie spojrzy w jego oczy. Ale nie pozostało jej nic innego.
– Ekhm, Bertha, Bertha Ringer – powiedziała. – Proszę wybaczyć. – Gdy ujęła jego dłoń i wreszcie podniosła głowę, by – jak nakazywały maniery – popatrzeć mu w oczy, wiedziała. Po prostu była tego pewna. Jego przejrzyste, zielone oczy powitały ją przyjaźnie i otwarcie. Emanowały tak doskonałą mieszanką dobra i ciekawości, szelmowskiego humoru i siły woli, że od razu wiedziała. Nie wiedziała jak, ale po prostu wiedziała. To jest mężczyzna, którego chcę. Nagle motyle w brzuchu zniknęły, a przynajmniej przestały dokuczać aż tak bardzo. Zdawało się, że dochodzi do siebie. Wreszcie znów mogła odetchnąć głęboko, wyprostowała się.
– To dla mnie radość, poznać panią, panienko Bertho – rzekł Carl Benz. – Więc jest panienka córką naszego kochanego Karla Friedricha?
– Tak, zgadza się. A pan jest również członkiem „Eintrachtu”?
Głupszego pytania nie mogłam sobie wymyślić. W innym wypadku przecież by go tu nie było, zbeształa się Bertha w duchu.
– Dokładnie tak jak panienki ojciec. Jestem inżynierem i mieszkam w Pforzheim od pół roku. – Odwrócił się do niej całkowicie, nie troszcząc się już o swoich rozmówców. – Proszę ze mną, przejdźmy się parę kroków.
– Widzę, Carlu, że już poznałeś moją córkę. – Nagle stanął przed nimi jej tata.
– Tak, i muszę powiedzieć, że – jak można się spodziewać po takim ojcu – jest czarującą osobą. – Właśnie w chwili gdy ten chciał odpowiedzieć, jeden z kolegów z towarzystwa głośno wezwał wszystkich do ruszenia dalej. Po tak obfitującym w informacje, a jednocześnie długim zwiedzaniu nastała chyba najwyższa pora, by zwilżyć gardła jednym lub dwoma piwami. Poza tym właściciele chcieliby już zamykać, więc należy się niezwłocznie udać do gospody. Dano już znać gospodarzowi, że zaraz może serwować obiad.
Bercie było na rękę, że jej ojciec nie udzielił już odpowiedzi.
1 Szmizetka – rodzaj krótkiej bluzeczki pod suknię, zakrywającej dekolt. (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).
2 Nowe srebro – inaczej m.in. argentan czy alpaka. Stop zawierający miedź, cynk i nikiel, stosowany do wytwarzania wyrobów jubilerskich.
3 Steckeles Kayser – przezwisko Augusta Kaysera (1834–1914), kupca, założyciela banku, a także człowieka zaangażowanego politycznie w życie Pforzheim. Uznawany przez mieszkańców miasta za dziwaka ze względu na swoje graniczące z absurdem skąpstwo.
4 Cingulum – sznur lub pas służący do przepasywania alby, sutanny lub habitu (za: Słownik języka polskiego PWN [online:] https://sjp.pwn.pl/sjp/cingulum;5570569.html).
5 Das Paradies – z niem. raj.
6 Cyt. za: F. Hölderlin, Poezje zebrane, przeł. A. Lam, Warszawa 2023, s. 151.
7 Tamże.
Original Title: Bertha Benz und die Straße der Träume
Copyright © 2024 by Knaur Verlag. An imprint of Verlagsgruppe Droemer Knaur GmbH & Co. KG, Munich
Copyright © 2024 by Alexander Schwarz
Polish edition copyright © 2026 Agencja Wydawniczo-Reklamowa
Skarpa Warszawska Sp. z o.o.
Polish translation copyright © 2026 Magdalena Chrobok
Autorskie prawa osobiste twórcy zostały zachowane.
Redakcja:
Janusz Sigismund
Tłumaczenie:
Magdalena Chrobok
Korekta:
Bożena Sigismund
Projekt graficzny okładki:
Mariusz Banachowicz
Skład i łamanie wersji do druku:
Łukasz Slotorsz
Wydanie pierwsze
ISBN: 9788384302163
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w Internecie.
WYDAWCA
Agencja Wydawniczo-Reklamowa
Skarpa Warszawska Sp. z o.o.
ul. K.K. Baczyńskiego 1 lok. 2
00-036 Warszawa
tel. 22 416 15 81
www.skarpawarszawska.pl
@skarpawarszawska
Przygotowanie wersji elektronicznej
Okładka
Strona tytułowa
CZĘŚĆ 1
1863
1869
Przypisy
Strona redakcyjna
Spis treści
