Baśnie spod Gorców - Antonina Zachara-Wnękowa - ebook

Baśnie spod Gorców ebook

Antonina Zachara-Wnękowa

0,0

Opis

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 

 

 

Książka dostępna w zasobach: 
...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 113

Rok wydania: 1980

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Antonina Zachara-Wnękowa

Baśnie spod Gorców

Ilustracje

Olgi Siemaszko

Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza • Warszawa 1980

ISBN 83-205-3068-7

Copyright by Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza

Warszawa 1980

Redaktorzy

Halina Zawada, Włodzimierz Korolczuk

Redaktor techniczny

Zbigniew Winiarski

Korektor

Grażyna Korbińska

Wyd. 1. Nakład 50 000 + 330 egz.

Pap. offset, kl. V, 80 g, 82X104 cm

Oddano do składania 18 I 1979

Podpisano do druku w sierpniu 1979 r.

Druk ukończono w listopadzie 1980 r.

Ark. druk. 8,5; ark. wyd. 5,75

Druk i oprawa: Białostockie Zakłady Graficzne

Białystok, Al. 1000-lecia 2

Zam. druk, nr 204/79 C-48

Cena zł 50.—

Baśń o źródle

Na leśnej polanie pod dziką jabłonią było źródło. I jabłoń ta, i źródło owo było niezwykłe. Jabłoń miała tak dziwnie rozgałęzione i powyginane konary, że nie można było nigdzie spotkać podobnej. Jabłka rodziła śliczne i trzymała je na gałązkach tak radośnie, że widać było, jak się nimi cieszy. Gdy w lesie miało się stać coś strasznego, zrzucała na ziemię jedną gałąź.

Źródło miało wodę nad podziw przejrzystą i jakby promieniowało. Jedna jego kropla gasiła największe pragnienie. Toteż wszystko, co żyło, szanowało je jak bezcenny klejnot.

Dzik nie strąciłby ziarenka piasku w jego przejrzyste wody.

Nie zaprószyłyby go swą wełną paść się idące trzody.

Nie zmąciłaby lśniącej powierzchni biegnąca łania.

I świerk igiełki by nie upuścił, gdy mu się kłaniał.

Jagódka by się nie potoczyła z małego krzaczka.

I niziołeczek1 by w nim nie obmył swego chodaczka ...

Opowiadali ludzie, że przyniosły je słowiki. A było to tak.

Właśnie w tym miejscu rósł dawno temu nieporównanie piękny dąb. Obok niego rozpostarła gęstą koronę polna jabłonka. Dąb chronił ją od wichrów, a ona zakwitała co wiosnę prześlicznym białoróżowym kwiatem. W wieczornych godzinach wiosennych dni szare słowiki wyśpiewywały tu najpiękniejsze swe pieśni.

I stało się pewnego razu, że dąb przestał istnieć. Przyszli ludzie, ścięli drzewo na szafy, ławy i stoliki. Jabłonka zatrzepotała liśćmi i wtedy po raz pierwszy upuściła na ziemię jedną gałąź. Powoli zaczęła usychać.

– Co by tu zrobić, żeby jabłonka przyodziała się taką gęstwiną liści i kwiatów jak dawniej – śpiewały szare słowiki. – Co by tu zrobić?

– Lećcie do źródła orłów. Znajdziecie je na szczycie najwyższej góry świata. Przynieście z niego wody i wylejcie ją pod korzenie jabłonki. Wtedy zakwitnie jak dawniej – przemówiła mądra salamandra, mieszkanka górskich trawników i szczelin.

– A gdzie jest najwyższa góra świata? – zapytały słowiki.

– Hen, hen, nad chmurami, hen nad obłokami, wierzchołkiem prawie słońca dosięga.

– Jakże tam dolecimy?

– Z zachodnim wiatrem. Poproście go, niech was, lecąc na wschód, zabierze. On tam na pewno dolatuje.

– Dziękujemy za radę, dziękujemy, dziękujemy – zaśpiewały słowiki i czekały cierpliwie na wiatr zachodni.

A gdy z szumem nadleciał, poprosiły go, żeby je zabrał na najwyższą górę świata.

– Czemu nie? Zabiorę was z sobą, ale musicie mi śpiewać przez całą drogę.

– Dobrze, dobrze! – zawołały słowiki.

– To jazda – zaszumiał wicher, rozwinął w półkole fałdy swej przejrzystej peleryny i kazał słowikom na nią usiąść.

Lecieli, lecieli, wzbijając się coraz wyżej i wyżej. Nareszcie dotarli do celu. Na ślicznej fiołkowej górze, sięgającej prawie stóp słońca, tuż pod samym wierzchołkiem, z diamentowej skały tryskało źródło. Sypiące się krople dźwięczały, tworząc śliczną melodię. Szare słowiki usiadły wokoło i zaczęły się pytać wzajemnie.

– Jakże nabierzemy tej wody, jakże ją zaniesiemy? Nie utrzymamy przecież w dziobkach kropelek.

Stroskane bardzo, zaczęły śpiewać. A śpiewały tak rzewnie o różowej jabłonce i o silnym wspaniałym dębie, który ścięła ostra siekiera drwali, że biała chmurka idąca ku słońcu zatrzymała się przy nich wzruszona i zaciekawiona. Gdy się dowiedziała, po co słowiki aż na szczyt najwyższej góry świata przyleciały, zbliżyła się do orlego źródła, nabrała wody w obie dłonie i zaczęła się oddalać ku ziemi.

Chmurka z orlą wodą od nas się oddala.

Czy znajdzie samotną jabłonkę na halach?

– To tu, to tu, to tu – zatrzepotały skrzydełkami słowiki i poleciały za chmurką, by jej wskazać uschnięte drzewo.

Gdy chmurka wylała wodę pod korzenie jabłoni, zalśniło promiennie ożywcze źródło i jabłonka zakwitła jak dawniej.

Od tej chwili każdego dnia dwaj bracia Świt i Poranek przyjeżdżali z otchłani nocy na lekkich, białych koniach i zatrzymywali się przy źródle. Jeden z nich zeskakiwał z konia i przyklękając na jedno kolano napełniał wodą szklany kielich aż po sam brzeg. Podając go bratu, wsiadał na konia i obaj, pnąc się pod górę, jechali na powitanie Słońca. Gdy wyszło z szumu fal morskich i złotą stopą dotknęło horyzontu, Poranek wznosił kielich wysoko i z okrzykiem: „Niech żyje woda i światło!”, oddawał go Słońcu.

– Niech żyje Matka Ziemia – szeptało ze czcią Słońce i dotknąwszy ustami kielicha, resztę wody w oślepiającym blasku wylewało na ziemię.

W owej chwili zmieniało się wszystko na świecie. Słowicze źródło zaczynało szumieć i z jego przejrzystego dna wydobywała się pieśń na cześć wody. Wieczorna szara rosa roziskrzała się w siedem barw. Powierzchnie jezior i stawów błyszczały, jakby się przyodziały złotymi płaszczami. Na rzekach i potokach zabarwiały się piany i szybko biegnąca woda gięła się w lśniące, drobne łuseczki...

Woda, woda, woda!

Lecz oto co się stało! Pewnego razu przygnał owce na polanę Szymek. Szymek był uosobieniem złośliwości. Największą radością dla niego było wyrządzić komuś przykrość. I wtedy, żeby dokuczyć chłopcu, który przyszedł do słowiczego źródła po wodę dla chorej matki, Szymek zasypał je podściołem2, który wziął z koszaru.3

W tejże chwili spadła na ziemię gęsta mgła. Świt i Poranek z pustym kielichem, ledwie we mgle widoczni, pojechali na powitanie Słońca.

Spragnione Słońce owinęło się mokrymi, prawie czarnymi chmurami i nikt go nie mógł dojrzeć. Rosa leżała bezbarwna. Rzeki i jeziora zszarzały. Sposępniał cały świat. Gdy się leśne stworzenia dowiedziały o przestępstwie, szmer zgrozy rozszedł się dookoła. Zaczęły pytać jedno drugie: _ ... .

Jeśli wiesz, to powiedz,

kto w źródło w przenajczystsze

nasuł podściołu owiec.

Czy to zwierz, czy kto z ludzi

na taki czyn się ważył

i orlą wodę zbrudził?

Głębokie milczenie zaległo las. Po chwili dały się słyszeć ciche szepty.

– Źródło ... – westchnęły białe brzózki rosnące pod lasem.

– Źródło ... – zaszumiał cichutko strwożony wietrzyk.

– Źródło ... – zadrżały mgły.

– Źródło ... – zaszemrały krzaczki i trawy.

– Źródło, źródło, źródło ... – rozsnuł się szept po lesie.

Nagle w ten delikatny, ledwie dosłyszalny szelest wmieszał się silny głos kozy pasącej się z owcami.

– Szymek! Szyme-e-e-k! O-o-o-n!

– Szymek? Pasterz owiec? On wodę orlą zbrudził? – dziwiły się stworzenia leśne i nagle wzniósł się pod niebo żałosny chór.

O, Szymku, zły pasterzu!

Czemuś słowicze źródło zbrudził?

Czyż nie wiesz, jakim to woda jest skarbem

dla roślin, zwierząt i ludzi?.

Przeraził się Szymek swego czynu. Tak się przeraził, że zaczął uciekać. Za nim biegły spłoszone owce. Z kryjówek leśnych wypełzły węże i jaszczurki i patrzyły na niego zimnym wzrokiem. W niektórych miejscach zjawiło się ich tyle, że nie wiedział, gdzie nogę postawić. Uskoczył w las, ale drzewa w lesie uderzyły go rozpostartymi gałęziami. Pełen lęku, z pobladłą twarzą i rozwianymi włosami, śmiertelnie zmęczony, upadł bezsilnie pod krzakiem dzikiej róży. Towarzyszące mu owce skupiły się koło niego.

Nie wiadomo, co by się z Szymkiem stało, gdyby nie nadeszła jego siostra Wiktusia. Gdy zobaczyła brata, zdumiała się.

– Szymuś, Szymeczku, dlaczego jesteś taki strwożony? – pytała gładząc go po zmierzwionych włosach i wylękłej twarzy.

– Zbrudziłem, Wiktusiu, słowicze źródło.

– To je oczyść, braciszku – powiedziała Wiktusia spokojnie.

Szymkowi rozjaśniły się oczy, ale natychmiast spochmurniały.

– Nie potrafię – szepnął—nasypałem podściołu owiec i zbrudziłem je do dna. Trzeba by wodę zupełnie, zupełnie zmienić.

– Pomogę ci, braciszku. – Wzięła Szymka za rękę i kazała mu iść za sobą.

Przy źródle pełno było zwierząt. Płacząc wylewały łapami zanieczyszczoną wodę. Ale próżna to była praca. Źródło się nie zmieniło; cuchnące i czarne odstraszało spragnionych. Wiktusia i Szymek zbliżyli się ku niemu i stanęli bezradnie.

Wtem z góry wznoszącej się nad polaną zleciały słowa starego bacy. Wiedział, co się ze źródłem stało, a że był mądry, mądrością długich lat życia, postanowił dopomóc zwierzętom i dzieciom. Wyszedł więc na górę, rozejrzał się po niebie i przemówił:

Wy, chmury szare i bure,

po wschodnim niebie rozciągnione,

przynieście burzę na tę górę,

pośpieszcie z deszczem na tę stronę...

Hej, ty, źródełko szeleszczące

w krzaczkach borowin tam na łące

jakąsi śliczną, rzewną śpiewką,

wypełnijże się czystą wodą,

stocz się i stań mi przed zagrodą,

żebym jej nabrać mógł konewkę.

Ty, wietrze, szumny wędrowcze,

co wszędzie drogi są twoje,

pozganiajże mi w koszar owce,

wszystkie rozsute owce moje ...

Ej, jak się zaczęły chmury posuwać a rzucać błyskawicami, a warczeć gromami! O jakże wiatr huczał w drzewach, jak giął gałęzie, kwiaty i trawy! W jednej chwili cały świat się przeinaczył i zginął w ciemnościach chmur i strugach deszczu.

Zwierzęta stojące niedawno przy źródle pouciekały do lasu, tylko Wiktusia zgrabiałymi od siekącego deszczu rękami niezmordowanie wylewała ciemną wodę i wyciągała źdźbła słomy nawrzucane przez brata.

– Co ja zrobiłem – szeptał Szymek odnosząc mokrą, brudną słomę w głąb lasu – co ja zrobiłem!

W pewnej chwili, tuż-tuż, prawie przy samej Wiktusi uderzył piorun. Szymek podskoczył do siostry i szybko pomógł jej wyrzucać całą zawartość źródła. Wicher wiał, drzewa świszczały, jęk szedł powietrzem. Zdawało się, że huragan poderwie Wiktusię i Szymka i poniesie do lasu lub rzuci w przepaść. Jabłonka z okropną skargą schylała się do samej ziemi, uderzając czasem gałązkami o wodę, jakby chciała dzieciom dopomóc. A one wytrwale odrzucały z pośpiechem ze źródła wszystko, aż do ostatniego ździebełka słomy. Schylone nad nim, nie dbały, co się wokoło nich dzieje. Zdawało się, że straciły poczucie czasu.

Nagle ucichły grzmoty, uspokoiły się błyskawice, zniknął wiatr. Poprzez różowe obłoki zabłysło słońce i oświetliło dwoje dzieci. Z opuszczonymi w dół rękami stały cicho i patrzyły na siejące blaskami promienne źródło.

*

Od tego czasu upłynęło wiele lat. Szymek wyrósł na dzielnego człowieka Szymona i ożenił się w swojej wsi. Zawsze zachwycał się strumieniami i nieraz gwiazdy jeszcze świeciły na niebie, gdy on budził dzieci i pokazywał im, jak dwaj bracia Świt i Poranek jadą na powitanie Słońca, na białych lekkich koniach, z kielichem wody zaczerpniętej w słowiczym źródle.

Toteż trzeba przyznać, że wszystkie pokolenia Szymona kochają wodę. Żaden potomek jego rodu nie ośmieli się rzucić papieru, szmaty lub szkła w nurty srebrnego potoku lub rzeki. Odczuwają jej piękno i rozumieją pożytek, jak to odczuł i zrozumiał ich pradziadek, gdy oczyszczał z siostrą promienne źródło pod samotną jabłonką.

1 pastuszek koników polnych

2 ściółka, słoma lub sucha trawa, na której stoją w obórce zwierzęta domowe

3 zagroda dla owiec

Baśń o jodełce

W głębokich lasach na wysokich górach rosła mała jodełka. Była tak śliczna i taka miła, że wszyscy ją bardzo lubili, a las szczycił się nią jak skarbem. Najbardziej jednak kochała ją mgła. Pewnego razu, w zimowy poranek przyszli dwaj chłopcy i ścięli jodełkę. I wywieźli ją z lasu ną malutkich saneczkach, brnąc w śniegu po kolana. Biedne drzewko trzepało lśniącymi gałązkami po puszystym śniegu, zostawiając za sobą ledwie widoczny ślad drobnych igieł.

Gdy chłopcy przywieźli drzewko do domu, zostawili je na podwórzu, przy drzwiach stodoły, a sami weszli do izby.

– Ścięliśmy najładniejszą jodełkę! W całym lesie nie było piękniejszej – pochwalili się rodzicom i zadowoleni, spożywszy wieczerzę i zrzuciwszy ubranie, położyli się do łóżka i twardo zasnęli.

A tymczasem z głębokich jarów podniosła się mgła. Powoli przedzierając się przez gęstwinę drzew i krzewy jałowców, szła coraz wyżej i wyżej ku szczytom, aby ucałować swoją ulubienicę, małą jodełkę. Gdy zobaczyła samotny pień ściętego drzewka, znieruchomiała z żalu...

W pierwszej chwili sądziła, że się myli, ale gdy. się obejrzała i stwierdziła, że jej ukochanej jodełki rzeczywiście nie ma, z niezmierną rozpaczą zaczęła iść śladem saneczek.

– Tędy ją wieźli, tędy... – mówiła z gorzkimi łzami.

Był już wieczór, gdy weszła na podwórko, na którym stała choinka.

– Aż tu cię przywieźli, biedaczyno – szepnęła, gładząc jej ośnieżone gałązki i całując obmarznięte igiełki. – Któż mię teraz przed gwałtownym wiatrem ochroni? Kto mi zaszumi pieśń pełną pieszczoty i miłości, kto? Ach, czemuż nie osłoniłam cię swoją szarą sukienką? I czemuż nie poprosiłam moich wiotkich sióstr, aby zamroczyły las i zagubiły wszystkie w nim dróżki i przejścia?

Chodziła koło drzewka i załamywała przejrzyste dłonie.

– Gdy ziemia budziła się ze snu i stawała się nad nią pierwsza godzina wiosny, tyś mi szumiała rzewnie i zachęcająco: „Chodź do nas, już wiosna, wiosenka na świecie”. Wychodziłam wtedy z zimowej kryjówki, radości pełna, i szłam ponad wody i łąki oglądać cuda ziemi i słońca. A gdy mię pyszny wiatr ze swych dróg usuwał, powracałam do ciebie pośpiesznie, tuliłam się do twych gałązek i siadałam pod nimi, spokojna o życie. A teraz? Ścięli cię, ścięli moją przyjaciółkę najmilszą! Zostałam sama wśród lasu.

Próbowała ją podnieść i zabrać ze sobą, ale nie miała siły.

Był już ranek, gdy mgła opuściła podwórze chłopców.

– Jakże tu mokro – rzekli chłopcy, wyskoczywszy z izby po choinkę.

Nie wiedzieli, że mgła całą noc płakała nad drzewkiem, które tak niebacznie ścięli wczoraj na górach. Wśród wesołych okrzyków wciągnęli chłopcy choinkę do obszernej izby i zaczęli ją ubierać czerwonymi, pachnącymi jabłkami, błyszczącymi cackami i długimi, lekkimi łańcuchami. Ubierali ją na wyścigi, raz po raz spoglądając na nią z zachwytem.

A mgła tymczasem wróciła do lasu, usiadła w swoim głębokim jarze i zaczęła myśleć, jak by choinkę zabrać z podwórza i przywrócić jej życie.

Gdy tak myślała, nadeszły cztery szare zające.

Zające żyły z mgłą zawsze w wielkiej przyjaźni. I teraz, zasmucone jej zmartwieniem, ofiarowały jej swą pomoc. Mgła podziękowała im uprzejmie i zapytała, czy nie będą się obawiały iść z nią na podwórze chłopców po ulubione drzewko.

– Chciałam je sama przynieść, alem za słaba.

– Myśmy mocne – prychnęły zające i podskoczyły w górę na znak gotowości do drogi.

Owinęła je mgła jak mogła najszczelniej i poszli. Po drodze spotkali wiewiórkę.

Zaciekawiona wiewiórka zapytała, gdzie idą.

Zające opowiedziały jej jak i co, a wiewiórka podniosła główkę do góry i zawołała: