9,99 zł
Basia uwielbia konie. W czasie pobytu w górach prawie cały czas spędza w stajni, głaszcząc ukochane zwierzęta. Niedługo potem zaczyna dziwnie się czuć. Okazuje się, że ma atak alergii, spowodowany przez końską sierść. Dla dziewczynki to prawdziwy koniec świata...
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 9
Basia otworzyła oczy. Przez chwilę patrzyła zdziwiona na drewniane deski nad głową. A potem uśmiechnęła się szeroko. No tak, byli w górach! Przyjechali poprzedniego dnia z Mamą, żeby spędzić tu Wielkanoc. Tata miał dojechać na same święta. Basia zerwała się z łóżka, podbiegła do okna i rozsunęła zasłony.
– Ouomf… – sapnęła Mama i przekręciła się na drugi bok.
– Co się dzieje? – wymamrotał Janek z górnego łóżka.
Basia otworzyła drzwi na balkon i wyszła na zewnątrz w samej piżamie. Och, jak było pięknie! Widać było góry, las, spadziste dachy domów i mokre po deszczu łąki. Pan Józef niósł przez podwórko wiadro ze skórkami od chleba. „Może dla konia?” – pomyślała Basia z nadzieją. Włożyła na piżamę polar Janka – swojego nie mogła znaleźć – wsunęła nogi w kalosze i wyszła, trochę tylko trzaskając drzwiami. Zbiegła ze schodów, które przyjemnie zadudniły, i pognała do stajni. Po drodze wskoczyła do kałuży, rozdeptała na placek owcze bobki i pogłaskała kudłatego owczarka Bacę.
– Dzień dobry! – przywitała się z panem Józefem.
Skinął głową i wskazał sąsiedni boks.
– Gniady stoi tam – powiedział. – Maciora ma młode. I jest cielak. – Pan Józef nie mówił dużo, ale za to same ważne rzeczy.
Prosiaki miały wilgotne ryjki i zakręcone ogonki. Cielak chwiał się na cienkich nogach. Basia pogłaskała go, a on oblizał jej rękę szorstkim językiem.
Najwspanialszy jednak był koń. Ciemnobrązowy, z długą czarną grzywą i takim samym ogonem. Pozwolił podrapać się po miękkich chrapach i parsknął cicho, gdy dostał marchewkę. Basia głaskała jego kochany łeb i myślała o tym, że może jednak zostanie hodowcą koni, gdy dorośnie.
– Tu jesteś! – zawołał Janek od progu stajni. – Szukamy cię i szukamy. Chodź na śniadanie.
Basia niechętnie pożegnała się z Gniadym. Tak bardzo spieszyła się, żeby do niego wrócić, że z trudem dała się namówić na przebranie się z piżamy i nie zwróciła uwagi, że na śniadanie jest jej ukochana jajecznica i owczy bundz z ziołami. Wpakowała do ust kanapkę i spytała:
– Dżękuję, czy mogę wsztacz od sztołu?
– Może najpierw przełknij to, co jesz – zaproponowała Mama.
Basia przełknęła, dopiła kakao i wybiegła. Spędziła z Gniadym prawie całe przedpołudnie.
W porze obiadu wydarzyły się dwie rzeczy: przyjechali stryj Michał z ciocią Gośką i kuzynem Antkiem, a Basia nagle bardzo źle się poczuła.
– Ty, Baśka, czemu wyglądasz, jakbyś zjadła zgniłe jajo? – spytał wesolutko Antek, sięgając po miskę z pierogami. – Tylko nie puść pawia, bo tu się będzie jadło.
– Antek, zachowuj się! – Ciocia spiorunowała go wzrokiem.
Basia nic na to nie odpowiedziała. I to właśnie zwróciło uwagę Mamy.
– Źle się czujesz, córeczko? – spytała.
Basia skinęła głową. Działo się z nią coś dziwnego, czego nie rozumiała.
