Baba z wozu, komu lżej? - Joanna Wtulich - ebook
NOWOŚĆ

Baba z wozu, komu lżej? ebook

Wtulich Joanna

0,0

Opis

Członkinie najbardziej znanego Koła Gospodyń Wiejskich w Polsce mimo braku środków postanawiają zorganizować w Stupsku spartakiadę, czyli doroczne zawody sportowe kół gospodyń z całego powiatu.

Kiedy Brudny Marian znajduje na swoim polu zwłoki dziennikarza, który szukał w okolicy sensacji, Aldonka, Monia i Kasiunia, na przekór policjantkom, postanawiają wyjaśnić, kto pozbawił go życia. Zwłaszcza że Jadzia, seniorka uzbrojona w lornetkę i drona, mogła widzieć więcej, niż wszystkim się wydaje. We wsi pojawia się również koleżanka denata – dziennikarka Izabela Mierzejewska, która prowadzi własne śledztwo…

Jakie sensacje kryją się w Stupsku? Komu zależało na tym, by nie ujrzały światła dziennego? Co wspólnego ze śmiercią dziennikarza ma budowa Dino? Co wie Jadzia? I komu lżej, kiedy baba z wozu? Przekonaj się o tym, czytając kolejną komedię kryminalną o przygodach dzielnych członkiń Koła Gospodyń Wiejskich oraz policjantek z posterunku w Stupsku.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 215

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



© Copyright by Lira Publishing Sp. z o.o., Warszawa 2026

© Copyright by Joanna Wtulich, 2026

 

Redaktor inicjujący: Paweł Pokora

Redakcja: Małgorzata Piotrowicz

Korekta: Joanna Dzik

Skład: Klara Perepłyś-Pająk

 

Projekt okładki: Magdalena Wójcik-Zienkiewicz

Zdjęcia na okładce i źródła ilustracji: © olgasiv, © rastudio, © kichikimi, © mrspopman, © studiostoks, © rogistok, © hillway/123RF

Zdjęcie autorki: © Maciej Zienkiewicz Photography

Redakcja techniczna: Igor Nowaczyk

 

Producenci wydawniczy:

Sylwia Reguła, Magdalena Wójcik-Zienkiewicz, Wojciech Jannasz

 

Wydawca: Marek Jannasz

 

Lira Publishing Sp. z o.o.

al. J.Ch. Szucha 11 lok. 30, 00-580 Warszawa

www.wydawnictwolira.pl

 

Wydawnictwa Lira szukaj też na:

 

Lira Publishing Sp. z o.o.

Wydanie pierwsze

Warszawa 2026

ISBN: 978-83-68817-42-3 (epub), 978-83-68817-43-0 (mobi)

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

 
 

Nad Stupskiem właśnie rozgościł się zmierzch. Świerszcze grzechotały w chaszczach otaczających obniżenie terenu, w którym aż do bagna rozciągały się łąki. Jakiś zabłąkany nietoperz popiskiwał, przelatując nad głowami dwóch postaci, rozmawiających niby szeptem, ale podniesionymi głosami.

– Nie możesz tego zrobić – jęknęła jedna z nich.

– No coś ty? A kto mi zabroni? – Druga wydawała się pewna swego.

– Wszystko zepsujesz.

– Niby co?

– To nie w porządku – upierała się płaczliwie ta mniej pewna siebie postać.

– Wiesz, gdzie to mam? Mam już dość tego dziadostwa. Wreszcie zrobię coś po mojemu.

– Nie możesz...

– To mnie powstrzymaj – zakpiła ta druga i ruszyła przed siebie.

Uszła może trzy kroki i...

Nagle rozległ się jęk, a następnie coś łupnęło głucho. Przyroda zamarła. Świerszcze wstrzymały oddech, a nietoperz gdzieś przycupnął. Nawet bóbr, pracowicie skrobiący pień topoli rosnącej przy drodze, znieruchomiał.

– Wedle życzenia – powiedział spokojnie drugi głos.

A potem zapadła cisza.

 
 
1

W sali remizy Ochotniczej Straży Pożarnej w Stupsku wrzało, a nawet się gotowało. W to pogodne, czerwcowe popołudnie członkinie Koła Gospodyń Wiejskich Stupszczanki zorganizowały bowiem zebranie. Nie byłoby w tym niczego ekscytującego, gdyby przewodnicząca KGW Stupszczanki, czyli Anulka, nie miała do przekazania kobietom najświeższych wiadomości ze spotkania na szczeblu powiatowym z przewodniczącymi kół z okolicznych miejscowości. A wieści nie wydawały się optymistyczne, choć zdania były w tej kwestii podzielone. Przy stole zastawionym dzbankami z lemoniadą oraz talerzami z domowymi wypiekami zasiadały nie tylko Stupszczanki, ale też Maniuś, czyli dyrektor Gminnego Ośrodka Kultury, oraz Elżunia, dyrektorka Gminnej Biblioteki Publicznej. Zaprosiła ich Anulka, chcąc zaoszczędzić czasu i od razu wtajemniczyć wszystkich w plany na przyszłość.

– Grubo Anulka zaczyna. Zaprosiła miejscowe szychy – wymamrotała Aldonka, solidnie zbudowana członkini odpowiedzialna za gotowanie na imprezach Koła.

– Cicho, bo Maniuś się patrzy – powiedziała do niej szeptem Monia, jej wierna przyjaciółka. Szczupła, ciemnowłosa kobieta z reguły wspomagała Aldonkę w czasie każdego wielkiego gotowania.

– Grube ryby, to i gruby kryzys z tego będzie – zawyrokowała z właściwym dla siebie pesymizmem Kasiunia, trzecia z tercetu, który miał w zwyczaju brać sprawy w kole i we wsi w swoje ręce.

– Cicho, dziewczyny – uciszyła je Mariolka, policjantka z posterunku w Stupsku z siedzibą w Konopkach, która swego czasu zapisała się do Koła z racji zamiłowania do dobrej zabawy oraz gotowania.

– Proszę o ciszę – odezwała się Anulka, wstając. – Zaczynamy, bo chyba wszyscy już dotarli.

– Nie wszyscy! Jeszcze ja! – Jadzia, szczupła, szpakowata seniorka, wparowała niczym sylwestrowa raca do stodoły i zaczęła się przepychać na koniec stołu, co potrwało kilka sekund, w trakcie których Anulka wzdychała ze zniecierpliwienia. Jadzia w końcu usiadła, włożyła do ust miętówkę i zaciamkała dla lepszego skupienia się.

– Skoro wszyscy są, to możemy zaczynać – stwierdziła Anulka, zgromiła wzrokiem Jadzię i powiodła spojrzeniem po zgromadzonych, jakby ich liczyła w pamięci. Potem zerknęła na rozłożony przed nią zeszyt, odchrząknęła, zarzuciła włosami z resztkami trwałej, która swego czasu stała się sensacją w Stupsku i okolicach, wreszcie powiedziała: – Zebraliśmy się tu, żeby...

– ...pożegnać naszą drogą siostrę – rozległo się gdzieś z końca stołu, a uczestnicy zebrania zaczęli chichotać, pochwyciwszy w lot nawiązanie do mowy pogrzebowej.

– Kto to powiedział?! – zdenerwowała się Anulka.

– Ale o co chodzi? – Przysypiająca przy przeciwnym krańcu stołu Krysia poderwała się na równe nogi i czknęła. Zmogła ją widać solidna porcja malinowej nalewki miejscowej produkcji, zwanej też ze względu na swoje niesamowite właściwości eliksirem prawdomówności, którą częstowała Aldonka w kuchni, przy krojeniu ciasta i szykowaniu lemoniady.

Jola, koleżanka Krysi, pociągnęła ją dyskretnie za rękę i tym sposobem posadziła z powrotem na krześle.

– Kontynuuj, Anulka – zawołała nieco już zniecierpliwiona Aldonka. – Obiad muszę iść gotować. Nie mam całego dnia na debaty.

– Dobrze, zatem powiem krótko...

– ...witaj, wódko – dobiegł ponownie głos z końca stołu.

– Nie, no! Ja zwariuję! – zawołała w desperacji Anulka i opadła na siedzenie.

Zebrani znowu chichotali, ale teraz Aldonce nie było już do śmiechu, więc wstała, łupnęła dłonią w stół, aż zabrzęczała zastawa, a zgromadzeni podskoczyli na krzesłach.

– Bądźmy poważni, drodzy państwo, bo czas nagli. Na razie nikt nie wpadł tu z żadną straszną wiadomością, nikogo nie ukatrupili, nikomu niczego nie ukradli ani nie wyzdychały żadne ryby czy inny inwentarz. Uszanujmy to. Serio.

Zapadła cisza, w której słychać było brzęczenie jakiejś nieostrożnej muchy, która za nic miała groźną minę Aldonki.

– Faktycznie, za każdym razem, kiedy robimy zebranie, ktoś tu wpada i zaczyna się kołomyja – stwierdziła Kasiunia.

– Nie wywołuj nutrii z lasu – zgasiła ją Aldonka. – Kontynuuj, Anulka.

Przewodnicząca wstała, obciągnęła zieloną koszulkę z logo KGW i wreszcie wypaliła na jednym oddechu:

– W tym roku nasze Koło zostało wytypowane do organizacji dorocznej spartakiady kół gospodyń wiejskich z naszego powiatu.

Po tych słowach w sali zapadła cisza. Już nawet mucha nie miała odwagi, by zabrzęczeć, blady strach padł bowiem nie tylko na członkinie, ale też na dyrektorów.

– Mówiłam, że będzie jakaś katastrofa – stwierdziła ponurym głosem Kasiunia.

Najpierw odblokowało Monię.

– A wójt już wie? – zainteresowała się.

– Wójt dostanie zawału – zawyrokował smętnie Maniuś i z przejęcia aż poczochrał idealnie ułożone włosy.

– Apopleksji – zawtórowała Elżunia.

– Zawału z apopleksją – podsumowała Mariolka.

– Nie wiem, o co wam chodzi? Impreza jak impreza. Nie takie się organizowało i daliśmy radę. – Jadzia obojętnie wzruszyła ramionami.

– Niby tak. Tylko że w sierpniu mamy sołtysiadę, a ona pochłania cały budżet na rozrywkę – wyjaśnił Maniuś.

– Zenek za darmo nie zagra – zauważyła zgryźliwie Aldonka. Siedziała z ramionami zaplecionymi na biuście będącym przedmiotem zazdrości połowy damskiej populacji gminy.

– Zenka w tym roku nie będzie. Planowaliśmy kogoś tańszego – uaktywniła się Elżunia. – Ale teraz to już nawet na Dąbkowiaków nas nie będzie stać.

Dąbkowiacy byli lokalnym zespołem pieśni, tańca i różańca, bo przygrywali i wyśpiewywali o ptaszkach w gęstwinie i tym podobnych zakochanych Marysiach pod jaworem, ale też nie odmawiali, gdy trzeba było zastąpić organistę w jakimś kościele. Swoje zdolności wokalne prezentowali nawet w Licheniu.

– Nie w tym rzecz. Koło nie ma takich funduszy, żeby przygotować imprezę na poziomie. Same widziałyście, jak to wyglądało w Bogurzynie rok temu i dwa lata wcześniej w Budach Matusach. Dlatego zaprosiłam dyrektorów, żeby nas jakoś wsparli w rozmowach z wójtem, w planowaniu i, nie ukrywam, w finansowaniu również. – Anulka popatrzyła wyczekująco na Maniusia.

Ten się rozejrzał, jakby szukał ratunku, ocierając spocone dłonie o eleganckie garniturowe spodnie. Wreszcie westchnął i powiedział:

– Cóż, Gminny Ośrodek Kultury może was wspomóc organizacyjnie, mogę użyczyć pracownicę, ale z finansami będzie gorzej...

– A Dorotka wie, że chcesz ją w leasing puścić? – zachichotała Jadzia.

– Żaden leasing. Po prostu Dorotka ma wyczucie i smak, a także talent i pomysły – obruszył się Maniuś. – Pomoże wam w organizacji.

– Czyli leasing – mruknęła Aldonka.

– Biblioteka jest jeszcze biedniejsza – stwierdziła Elżunia ze smutną miną. Zaraz jednak dodała z entuzjazmem: – Ale włączymy się.

– Wszyscy się włączają, a kasy jak nie było, tak nie ma. – Kasiunia celnie ujęła wniosek z dyskusji.

– Czyli nie zostaje nic innego, jak tylko iść do wójta – westchnęła Anulka.

– Albo poszukać sponsorów – wykrzyknęła Monia, zadowolona z przebłysku swego geniuszu.

– Ja do Wiesia Bogackiego mogę iść. – Aldonka zmrużyła oczy i zatarła dłonie.

Nie od dziś było wiadomo, że Wiesio to najbogatszy człowiek we wsi. Dorobił się na kurnikach. Miał też stawy rybne, z których karpie uratowały ostatnią Wigilię i bal sylwestrowy. Sęk w tym, że wokół Wiesia kręcili się od zawsze przestępcy. Najpierw jego żona, Marynia, brała udział w ukrywaniu zwłok Misia zamordowanego przez wójtową, potem u niego znalazł schronienie Mikołaj Święty, który próbował się pozbyć pani Ali, a na koniec to w domu Wiesia zamieszkała Jessica odpowiedzialna za aferę z karpiami.

– No co? Chętnie sobie z nim porozmawiam – dodała Aldonka, kiedy Anulka popatrzyła na nią z dezaprobatą. – Wycisnę z niego wszystkie miedziaki.

– Do sponsorów trzeba wysłać kogoś, kto im krzywdy nie zrobi – stwierdziła policjantka Mariolka. – Nie chcemy nikogo przestraszyć.

– Nie miałam takiego zamiaru. A w życiu Warszawy. No co wy? – prychnęła Aldonka. – Od razu Wiesiowi nogi poprzetrącam. Wyśpiewa wszystko jak Józek organista na mszy po eliksirze prawdomówności w swoje poprzednie imieniny. Ja wam mówię, że on ma coś na sumieniu. Zawsze kręcą się wokół niego podejrzane typy.

– Aldonka, ty już swoje pięć minut miałaś – upomniała ją Mariolka. – Od łapania przestępców to my mamy policję.

– Jasne – burknęła Aldonka. – Ja tylko chciałam pomóc. Ale jak nie, to nie.

– Pomóc możesz. Zamiast straszyć, weź butelczynę nalewki i ponegocjuj z proboszczem albo tym nowym restauratorem. On może mieć kasę, bo ciągle coś ulepsza w tej Konopiance. Może się dorzuci.

– Nuda – mruknęła Aldonka.

– Mówiłaś coś? – dopytała Anulka.

– Że damy radę.

– A co mamy nie dać – ucieszyła się Anulka.

– To będzie katastrofa. – Kasiunia jak zawsze była pesymistycznie nastawiona do sytuacji.

– Na razie wszystko idzie dobrze – zauważyła Anulka. – A skoro już mówimy o sponsorach, to może warto porozmawiać z właścicielem Lewiatana.

– Dobry pomysł! Może wesprą nas w naturze – ucieszyła się Krysia.

Maniuś zachłysnął się lemoniadą, której łyk właśnie upił ze szklanki, aż Elżunia musiała go klepnąć w plecy, bo zaniósł się kaszlem.

– To znaczy kiełbasy czy innej kaszanki dadzą – wyjaśniła Krysia, czerwieniąc się.

– To ja mogę worek kartofli dać – zawołała Jadzia, której mąż miał gospodarstwo rolne. Zaciamkała przy tym miętówkę, którą chwilę wcześniej włożyła do ust. – A będę wyczytana?

– Oczywiście, że wyczytamy wszystkich sponsorów ze sceny, o ile ktoś ją zasponsoruje – zapewniła Anulka.

– Słuchajcie! – Mariolka aż podskoczyła z ekscytacji. – A może zróbmy zrzutkę! Niech każdy coś dołoży do imprezy.

– Ty wiesz, ile to będzie czytania? – Aldonka jak zawsze trzeźwo oceniła sytuację.

– Bez przesady. Wszystkich czytać nie będziemy – wyjaśniła Mariolka. – Od każdego symboliczna dyszka. Starczyłoby na wszystko.

– Na biedne dzieci czy pieski to ludzie by się złożyli, ale nie na imprezę dla bab. – Aldonka była niechętnie nastawiona do tego pomysłu.

– To impreza dla wszystkich – poprawiła ją Anulka. – Każdy może przyjść, a do kół gospodyń zapisują się też panowie. Ha!

– Ciekawe gdzie. Dobrze, że u nas tego nie ma. Toć to patologia, żeby chłop z babami... – nakręcała się Kasiunia.

– Żadna tam patologia. Gender, i tyle – weszła jej w słowo Jadzia, robiąc przy tym przemądrzałą minę.

Maniuś drugi raz zakrztusił się lemoniadą.

– Panowie wcale nie są gorsi. Też mogą z powodzeniem być członkami – stwierdziła Elżunia.

– No właśnie, skoro mogą być członkinie, to mogą być i członki! – potwierdziła Monia.

– Chyba członkowie – poprawił słabym głosem Maniuś, do reszty skołowany.

– Jak są członkowie, to i członki chyba też – zachichotała Monia.

– Z wami to się nie da normalnie – jęknęła Anulka. – Ja tu o poważnych sprawach, a one mi z członkami wyjeżdżają.

– To Elżunia zaczęła – tłumaczyła się Monia.

– Pośmialiśmy się, pożartowali, a teraz konkretnie. Trzeba omówić menu i ustalić, do kogo zwracamy się o pomoc. – Aldonka jak zawsze potrafiła opanować towarzystwo. Budziła bowiem respekt nie tylko posturą, ale także twardą ręką, o czym nieraz przekonali się przestępcy różnej maści. Kiedy trzeba było, nie wahała się użyć tego, co miała pod ręką. Obojętne, czy była to chochla, czy patelnia.

Zanim jednak kobiety zdążyły cokolwiek ustalić, drzwi sali się otworzyły i pojawiła się w nich młoda kobieta. Przy czym światło słoneczne padające z zewnątrz tak ją oświetliło, że zebrani w sali nie mogli dostrzec twarzy, bo ta zniknęła w aureoli złotych włosów, która okalała głowę gościa.

– Matko Boska z którego bądź kościoła, co ta za jedna? – wymruczała na ucho Aldonki Monia.

– Jaka tam Matka Boska. To ta nowa – odburknęła Aldonka.

– Nowa? – zdziwiła się Monia, ale nie dowiedziała się niczego więcej, bo kobieta weszła do środka i zamknęła za sobą drzwi, a efekt aureoli zniknął. Czar prysł.

– Dzień dobry. Czy to tutaj odbywa się zebranie Koła Gospodyń Wiejskich? – zapytała i odrzuciła długie blond włosy na plecy.

Maniuś westchnął z wrażenia, ale szybko się odblokował. Poderwał się ze swojego miejsca i usłużnie odsunął krzesło dla gościa.

– Tak, tak. Właśnie rozmawiamy o organizacji spartakiady. Zapraszamy – zawołał z szerokim uśmiechem.

Kobieta mogła z powodzeniem być modelką lub inną celebrytką. Wysoka, szczupła, ubrana w obcisłą sportową sukienkę i złote sandałki na szpilce, robiła wrażenie, jakby dopiero wyszła z sesji zdjęciowej. Strój podkreślał jej atuty, a zwłaszcza biust mogący z powodzeniem konkurować z biustem Aldonki. Złocista opalenizna sprawiała, że kobieta nie musiała nakładać makijażu. W każdym razie jej skóra wyglądała zdrowo i promiennie.

– O Maryjo, na takim obcasie to ja bym chyba po dwóch krokach wylądowała na SOR-ze – jęknęła konspiracyjnie Kasiunia.

– Nazywam się Malwina – sprostowała kobieta. – Mieszkam od niedawna w Stupsku. Słyszałam wiele dobrego o Stupszczankach. Chciałbym się zapisać do Koła, żeby lepiej się zintegrować z lokalną społecznością. Jestem trenerką personalną...

– I wszystko jasne – szeptem powiedziała Aldonka do Moni.

– Co jasne?

– Skąd ta jej figura.

– Mogłabym poprowadzić dla pań zajęcia z fitness, ale też lubię i umiem gotować. Z wykształcenia jestem dietetykiem. Chętnie podzielę się swoją wiedzą z paniami. Może jakieś warsztaty zrobimy wspólnie?

– Fantastycznie! – zawołał Maniuś i zaklaskał. Minę miał taką, jakby mu wójt obiecał parę milionów na budżet GOK-u.

– Żonę masz – chrząknęła dyskretnie Elżunia.

Maniuś lekko przygasł, ale wciąż się uśmiechał.

– Cieszymy się, że chcesz się do nas przyłączyć. – Anulka przywitała Malwinkę. – Na pewno skorzystamy z twojej propozycji. Natomiast dziś musimy zaplanować organizację spartakiady. To jest nasz priorytet na najbliższy miesiąc.

– Spartakiada? Rewelacyjnie – ucieszyła się Malwinka. – Jeśli chcecie, to wymyślę konkurencje sportowe. Mogę też zaplanować zdrowe menu.

– Od menu to ja tu jestem – burknęła Aldonka i zmroziła wzrokiem nową. – Będą golonka, flaki i inne przysmaki.

– Czyli keto! – Malwinka zdawała się kompletnie nieświadoma zagrożenia.

– Zaraz jej takie keto zrobię z tej napompowanej gęby... – stwierdziła szeptem Aldonka.

– Cii – syknęła Mariolka, a potem dodała głośniej, zwracając się do Malwinki: – Z przyjemnością spróbujemy czegoś nowego.

– Z chęcią zapiszemy cię do Koła. Przygotuję na następne zebranie stosowną uchwałę, ale działać możesz już teraz. Każda pomoc przy organizacji spartakiady się przyda. – Anulka rozładowała sytuację.

– Cudownie! W takim razie rozpiszę te konkurencje.

– Tylko wiesz, że to ma być zabawa, a nie olimpiada? – upewniła się Anulka. – Żadnych sportów ekstremalnych.

– Oczywiście. Wymyślę coś zabawnego, coś niezbyt trudnego.

– Świetnie. Zostało nam ustalić menu. Aldonka, co tym razem planujesz?

– Zrobimy grilla. Będą karkówka, kiełbasa i kaszanka. Może kiszka ziemniaczana.

– Surowiec pozyskamy od sponsorów. Zapytam w naszym sklepie – zaoferowała się Monia.

– Świetnie. Maniuś z Elżunią tradycyjnie zajmą się atrakcjami na scenie. – Anulka była w swoim żywiole.

– Zrobimy koncert orkiestry strażackiej i zaprosimy Dąbkowiaków. – Maniuś nie próżnował. Zaczął notować w kajeciku, który przed nim leżał.

– A ja poproszę, żeby dzieciaki z naszej szkoły też przygotowały krótki występ – zaoferowała się Elżunia.

– Może my też wystawimy jakąś sztukę? – zapaliła się Malwinka. – Kiedyś występowałam w szkolnym teatrze.

– Mówiłam, że z tego będzie jakaś katastrofa – wyburczała Kasiunia.

– Dobry pomysł. Może Dąbkowiaków nie będzie trzeba już angażować. – Aldonka za wszelką cenę próbowała znaleźć plusy tego pomysłu.

– Porozmawiam z Jagną – zaproponowała Anulka. – Ona, jako pisarka, znajdzie nam jakąś scenkę kabaretową, która się nada, i ją dostosuje, bo przecież nie będzie czasu, żeby wystawić spektakl.

– Boszz, tego jeszcze nie grali – jęknęła Kasiunia. – Na starość przyjdzie nam robić cyrk na scenie.

– A ja zawsze chciałam być aktorką – rozmarzyła się Mariolka.

– To jakim cudem zostałaś policjantką? – powątpiewała Aldonka.

– Bo jednak łapanie przestępców bardziej mi imponuje niż sława aktorska.

– Skoro wszystko mamy zaplanowane i rozdzielone, to możemy kończyć – zakomenderowała Anulka.

Kiedy kobiety opuszczały salę po tym, jak sprzątnęły wszystko ze stołów, Mariolka odetchnęła głęboko z ulgą.

– To było naprawdę pierwsze zebranie, kiedy nie wydarzyło się nic strasznego.

– Nigdy nie wiadomo...

Ledwie Kasiunia zaczęła to mówić, wsiadając do auta, na parking wbiegł Brudny Marian. Zdania co do tego, skąd się wziął jego pseudonim, były podzielone. Jedni twierdzili, że z powodu, mówiąc oględnie, braków higienicznych Mariana. Inni zaś upierali się, że to dlatego go tak nazwano, bo dawniej trudnił się, nie zawsze legalnie, wywozem nieczystości płynnych, czyli mówiąc wprost – szamba.

– Pani władzo, pani władzo! Nieszczęście. O mój Boszz, złociuteńki i kochany, że też musiały mi się takie rzeczy przytrafić. O mój Boszz... – lamentował, załamując ręce i czochrając sobie pozostałości fryzury. W garści miętosił czapkę i przestępował z nogi na nogę.

– Uspokój się, Marian! – Mariolka starała się załagodzić sytuację i dowiedzieć się, co tak wzburzyło rolnika. – Co się stało? O co chodzi?

– O mój Jezusicku i święci pańscy, za jakie grzechy, za jakie grzechy... – biadolił dalej Marian.

– Ja się tym zajmę – stwierdziła Aldonka, chwyciła mężczyznę za ramiona i uniosła, a potem nim potrząsnęła, aż zadzwoniły mu zęby, a czapka wypadła z ręki.

– Marian, weź się w garść! – zawołała, kiedy już mężczyzna stanął na ziemi.

Monia podniosła czapkę i podała ją Aldonce, a ta wsadziła ją na głowę Mariana, który dla odmiany teraz stał jak skamieniały.

– Wejdźmy do sali, bo zaraz będzie widowisko – zaproponowała Mariolka. – Marian opowie nam, co się wydarzyło. Prawda, Marian?

W odpowiedzi mężczyzna potrząsnął gwałtownie głową.

– Trup – wyszeptał, kiedy dziewczyny usadziły go na stołku i wlały mu solidną porcję nalewki do szklanki. Po czym przechylił naczynie i wypił jednym haustem jego zawartość.

Kobiety patrzyły na niego zaskoczone, a on z emocji nawet się nie skrzywił. Odstawił szklankę na blat roboczy i pokazał na butlę, w której Aldonka przyniosła nalewkę. Mariolka westchnęła i skinęła głową Moni, by mu dolała. Marian wychylił kolejną porcję, sapnął i otarł usta. Aldonka nie skomentowała. Przewróciła tylko oczami i odchrząknęła.

– Skoro już się trochę uspokoiłeś, to mów. Co się stało?

– Trup. To znaczy zwłoki.

– Gdzie? Co ty bredzisz? – Aldonka już zaczynała się nakręcać, ale Mariolka odsunęła ją od rozdygotanego Mariana.

– Spokojnie. Opowiedz nam, co się wydarzyło.

– No... Pojechałem na pole, żeby nawóz wysiać. I tak sobie jadę, jadę i patrzę, patrzę, a tam... Coś wystaje z ziemi. No to zatrzymałem traktor, nie gasiłem, bo jak zgaszę, to mi później nie pali, a z pola to nie wyciągnę...

– Marian, do brzegu – upomniała go Monia.

Mężczyzna spojrzał na nią z przestrachem i pokiwał energicznie głową.

– Tak, tak. No to widzę jakieś podeszwy, a te podeszwy były od butów. A że dobre buty to były, na środku pola, chociaż tak bardziej bliżej miedzy, to mówię: wezmę, żeby tak nie leżały. No i ciągnę za te buty, a do tych butów był doczepiony człowiek. Znaczy trup to był.

– Skąd wiesz, że trup? – dopytała Mariolka. – Może trzeba było mu udzielić pierwszej pomocy.

– A nawet chciałem mu wieczne odpoczywanie zrobić...

– Chyba sztuczne oddychanie – poprawiła Mariolka.

Marian zamrugał i lekko się zaciął w sobie. Zachęcony gestem do mówienia przez Aldonkę kontynuował:

– No jak, skąd wiedziałem, że to trup? – Przy tym wyciągnął przed siebie pięść i w miarę jak wyliczał, prostował kolejne palce. – Nie ruszał się. No i zapach. Ja tam jestem niewrażliwy. Wiecie, człowiek szambonurkiem był, a i w gospodarce zapachów przyjemnych mało. Chociaż zależy, co kto lubi. Ja tam uważam, że obornik to nawet pachnie, a najgorzej to jednak człowiek śmierdzi.

– Ja też lubię zapach obornika. Krowy w końcu trawę tylko jedzą, konie zresztą też. Mnie się to z dzieciństwem kojarzy, bo dziadek... – rozmarzyła się Monia.

– Monia, przestań z tym obornikiem. Marian cię potem zaprosi do obory, to sobie możesz poprzerzucać w ramach rozrywki i się poaromatyzować. A teraz daj chłopu mówić. – Aldonka ucięła rozważania koleżanki bez skrupułów.

– No to on śmierdział. Ten trup, znaczy, zalatywał. I jeszcze nikt normalny, nawet jakby się kąpał w tej waszej nalewce, nie dałby się tak szamotać.

– I co było dalej? – dopytała Mariolka.

– Dalej to się przestraszyłem, wsiadłem do ciągnika, ale z nerwów mi zgasł. To pieszo żem tu przyleciał, bo widziałem Mariolkę. A gdzie, jak nie do policji z takim czym?

– Bardzo słusznie – pochwaliła Mariolka.

– Kto to był ten trup? – zainteresowała się Aldonka.

– A bo ja tam wiem? Nie patrzyłem. Ale chłop raczej niż kobita. Te buty i nogi męskie były...

– Teraz to nigdy nie wiadomo – burknęła Kasiunia.

– Ja wam mówię, że męskie te nogi były, bo zarośnięte mocno i takie... Jak to się mówi... Umięśnione je miał, te nogi.

– Dobra. Dzwonię po Grażynkę. Tu nie ma co roztrząsać, czy to chłop, czy baba. Trzeba jechać na pole i znaleźć te zwłoki – stwierdziła Mariolka i wyjęła telefon z kieszeni.

– A nie mówiłam? Nie chwal dnia przed zachodem słońca, a zebrania przed ogłoszeniem końca. Zło uderzyło znienacka. Koniec świata – stwierdziła z wyższością Kasiunia i ściągnęła usta w ciup.

– Koniec świata dla tego biedaka na pewno. Świeć, Panie, nad jego duszą – użaliła się Monia.

 
 
2

Starsza aspirant Grażynka Mrówka z piskiem opon wyhamowała pod remizą OSP. Wysiadła ze służbowej Kii i wyjęła z tylnego siedzenia kudłatego stwora w odblaskowych szelkach z napisem POLICJA. Iwanek, piesek przygarnięty w spadku po pani Ali, seniorce oskarżonej o kradzież, był tak zwanym psem zaczepno-obronnym. Najpierw zaczepiał, a potem trzeba było go bronić. Serce jednak miał waleczne i upodobał sobie Grażynkę, która z początku nie pałała do niego sympatią. W końcu jednak zabrała go do siebie, ponieważ nikogo innego nie słuchał tak jak jej.

– Iwanek, siku na trawkę raz – rzuciła policjantka, na co pies posłusznie podreptał w kierunku skrawka trawnika za figurką św. Floriana, patrona strażaków, podniósł nogę i załatwił potrzebę na tuję rosnącą pod płotem. Następnie demonstracyjnie wytarł o trawę tylne łapy, ledwie widoczne spod gęstej, skołtunionej sierści.

Postawna policjantka z burzą blond włosów spiętych w ciasny kucyk przywołała go do siebie, dopięła smycz do szelek i dopiero wtedy weszła do remizy.

– Dobrze, że już jesteś – ucieszyła się Mariolka Sieradzka na jej widok. – Marian znalazł na polu zwłoki.

Grażynka z groźną miną spojrzała na mężczyznę, który gorliwie pokiwał głową.

– Po kolei. – Grażynka uspokoiła najpierw podekscytowaną Mariolkę, a następnie Iwanka powarkującego na Mariana. – Iwanek, stul dziób.

Pies zamruczał pod nosem, ale pokornie położył się u stóp policjantki. Nie spuszczał jednak wzroku z Mariana, który – pokrzepiony dwoma szklaneczkami nalewki malinowej – odzyskał kolory. Rozwichrzone włosy mężczyzny nadawały mu wygląd oskubanego kurczaka, co jeszcze bardziej wzmacniało efekt zagubienia.

– Po pierwsze primo, co tu robi element cywilny? A po drugie primo, gdzie te zwłoki, bo chyba nie tu? – zapytała Grażynka i powiodła po zgromadzonych groźnym wzrokiem.

Marian ponownie pobladł, Monia z Kasiunią udawały, że akurat wypatrują czegoś za oknem. Jednak Aldonka wyprężyła pierś i stuliła buzię w ciup, najwidoczniej niewiele sobie robiąc z tego pokazu siły.

– Marian mówił, że na jego polu... – zaczęła Mariolka, ale mężczyzna wszedł jej w słowo.

– Zaraz koło miedzy. – Marian umilkł, zgromiony wzrokiem przez policjantkę.

– A dziewczyny były akurat na zebraniu Koła, kiedy Marian do nas przyszedł roztrzęsiony. Aldonka poratowała go eliksirem...

– Czy wy powariowałyście? Im to się nawet nie dziwię. – Grażynka pokazała brodą na stojące w rzędzie członkinie Koła. – Ale ty, Mariolka? Naprawdę? Napoić świadka alkoholem? Ten wasz eliksir nie jest lekarstwem na wszystko.

– Na wszystko może i nie, ale całkiem dobrze rozjaśnia w głowie – stwierdziła Aldonka.

– Chyba miesza – burknęła Grażynka. – Nie w tym rzecz. Teraz trzeba zająć się wyjaśnieniem tej sprawy. Paniom już podziękujemy – zakończyła z kwaśną miną, patrząc na dziewczyny.

– Tak. Jak trwoga, to do członkiń, a jak coś się dzieje, to spadać na drzewo – podsumowała Aldonka.

– Nikt was o tę pomoc nie prosił...

– Nie prosił? Nie prosił? – Aldonka zrobiła krok do przodu i zapowietrzyła się.

– Wiecznie wtrącacie swoje trzy złote do każdej kryminalnej sprawy. – Grażynka twardo zrobiła również krok do przodu.

– Trzy grosze – sprostowała Mariolka, bo zazwyczaj pilnowała tego, by koleżanka nie popełniała błędów językowych. Nikt jej jednak nie słuchał.

Konflikt pomiędzy członkiniami, które angażowały się w rozwiązywanie spraw kryminalnych, a Grażynką zdawał się przybierać na sile. Aldonka dodatkowo dolewała oliwy do ognia, bo na każdym kroku wypominała policjantkom, że nikt jej nigdy nie podziękował za pomoc w chwytaniu przestępców.

Teraz kobiety stykały się już biustami, a Iwanek warczał ostrzegawczo.

– Dziewczyny, Marian zaraz przez was zawału dostanie – interweniowała Mariolka.

– Już mnie coś ćmi w boku. – Marian uaktywnił się niespodziewanie, chwytając się za serce.

Aldonka odsunęła się od policjantki, ale minę miała taką, jakby właśnie się dowiedziała, że wykupili całą karkówkę w Lewiatanie.

– Chodźcie, dziewczyny. Nic tu po nas. – Aldonka demonstracyjnie zebrała swoje rzeczy i ruszyła w kierunku wyjścia. Monia i Kasiunia oczywiście podążyły za nią, odprowadzane groźną miną Grażynki. Marian tęsknym wzrokiem odprowadzał słój z nalewką.

– My pojedziemy na miejsce ujawnienia zwłok. Co tak siedzisz, Marian, jakbyś coś między pośladkami trzymał? Zbieraj się – zakomenderowała Grażynka, a mężczyzna posłusznie poderwał się z krzesła.

 
 
3

– Ale nas potraktowała. Jak piąte koło u wozu – stęknęła Monia, kiedy razem z Kasiunią dreptały za stawiającą zamaszyste kroki Aldonką.

– Najlepiej, baba z wozu... Albo i całe Koło Gospodyń Wiejskich z wozu, to policjantkom lżej – mruknęła Kasiunia.

– Skończcie z tą poezją. Tu trzeba zbadać sprawę, i to bez zwłoki. – Aldonka parła przed siebie, nie patrząc na to, że koleżanki ledwie za nią nadążały.

– Chyba razem ze zwłokami – zauważyła wesoło Monia.

– Ty mnie nie łap za słówka. Jest morderstwo, to musi być morderca. A jak jest morderca, to nikt w Stupsku nie może się czuć bezpieczny.

– A nie miałyśmy się trzymać od tego z daleka? – zauważyła przytomnie Kasiunia.

Aldonka zahamowała tak gwałtownie, że i Monia, i Kasiunia wylądowały jej na plecach. Zrobiła zwrot przez lewe ramię, otrzepała się i zmrużyła oczy, a potem wycedziła:

– W mojej wsi nikt nie będzie trupów po polach zostawiał. – Palec wskazujący Aldonki powędrował do góry.

– Ale policjantki...

– Co policjantki? – Aldonka nie dała Moni dokończyć.

– No one są od tego.

– Masz na myśli te dwie z posterunku w Konopkach?

– No, posterunek jest w Stupsku...

– I owszem. Ale siedzibę ma w Konopkach. A my co? Sroce spod ogona wypadłyśmy? Poza tym już parę razy się okazywało, że gdyby nie my, to przestępców na metr kwadratowy mielibyśmy tu więcej niż we Wronkach.

– Przesadzasz, Aldonko. – Monia usiłowała bagatelizować sprawę.

– Jak zawsze podcinacie mi skrzydła, a jak przychodzi co do czego, to chcecie zbierać laury.

– Jak dotąd to zbieramy wyłącznie opieprz za wtrącanie się w sprawy policji – skonkludowała Kasiunia.

– Bo nikt nie docenia naszego wkładu w utrzymanie ładu i porządku w tej wsi. – Aldonka ruszyła w kierunku domu.

– Tego się właśnie obawiałam. Że znowu będziemy ścigać przestępców – jęknęła Kasiunia.

– Taki jest nasz obywatelski obowiązek! – podkreśliła Aldonka.

– Ja bym wolała jednak zająć się gotowaniem... – Kasiunia nie była przekonana.

– Ugotować zdążysz, a jak nie, to kupisz pierogi w sklepie albo zamówisz jakieś sushi. Najpierw łapanie przestępców, potem gotowanie.

– Co zatem proponujesz? – weszła w dyskusję Monia.

– Jak to co? Najpierw dowiedzieć się, kogo ukatrupili, a potem znaleźć mordercę. – Aldonka widać miała dawno przygotowany plan działania.

– A nie pomyślałaś, że to mógł być wypadek? Że to żaden morderca? – Monia dreptała obok, próbując dotrzymać kroku koleżance.

– Nikt nam nie udzieli informacji na temat denata – stwierdziła Kasiunia. – Więc tym razem nie możemy nic zrobić.

– Nie byłabym tego taka pewna. – Aldonka upierała się przy swoim.

– Kto niby miałby nas wtajemniczyć w śledztwo? – powątpiewała Kasiunia.

– Ta sama osoba, co zawsze – usłyszała od Aldonki.

– Mariolka? – zapytały chórem Kasiunia i Monia.

– A któż by inny?

Kasiunia i Monia zwolniły i zostały w tyle.

– Ruszcie się. Sama tego nie załatwię – ponagliła je Aldonka. – Ze mną nie chcą gadać. Zresztą nie będę się afiszować tym, że mnie to w ogóle obchodzi. Nie po tym, co ta wioskowa policjantka o mnie mówi.

– To kto ma się skontaktować z Mariolką? – zapytała niewinnie Monia.

Aldonka znowu się zatrzymała, a jej ciężkie spojrzenie przygwoździło Monię do ziemi. Ta się rozejrzała w poszukiwaniu ratunku, który jednak nie nadszedł, bo Kasiunia tylko odchrząknęła i się wycofała.

– Nie, no. Znowu ja.

– Mariolka ma z tobą dobry kontakt. Pociągniesz ją dyskretnie za język. – Aldonka była nieugięta.

– Dyskretnie. Ciekawe, jak niby mam to zrobić. Powiedzieć jej: „Ej, Mariolka, dyskretnie zdradź mi szczegóły śledztwa, bo my niedyskretnie chcemy szukać mordercy na własną rękę”?

– Ja bym o naszym prywatnym śledztwie nie wspominała – wtrąciła się Kasiunia.

– Sama to wymyśliłaś, czy ci ChatGPT podpowiedział? – burknęła Monia.

– Nie wiem, co powiesz Mariolce. – Ciężka dłoń Aldonki wylądowała na ramieniu Moni. – Ale wiem jedno: w tobie cała nadzieja na rozwikłanie tej sprawy.

– Ech – stęknęła pod ciężarem odpowiedzialności Monia i kobiety podreptały za Aldonką, która ruszyła w kierunku domu.

 
 
4

Radiowóz z trudem pokonywał nierówności gruntowej drogi pomiędzy polami, na których coraz śmielej rozrastały się kukurydza i ziemniaki. Sporo padało, a ciepła wiosna przeszła płynnie w słoneczne lato, więc zapowiadał się urodzaj. Z daleka widać było stojący na polu traktor. Mimo to Marian wykrzyknął:

– To tutaj! Zatrzymajcie się trochę wcześniej. Bo to tak przed moim traktorem było.

Grażynka wyhamowała i najpierw powiedziała do Mariolki oraz Mariana:

– Zostaniecie na drodze, żeby nie zadeptać niczego. Ja pójdę pierwsza.

Potem zwróciła się do Iwanka siedzącego na wycieraczce pod nogami Mariolki. Nie mógł zająć miejscówki obok Mariana z tyłu, bo Marian nie wyszedłby z tej konfrontacji w jednym kawałku.

– Ty też zostań.

Pies zamruczał, ale posłusznie pozostał na wycieraczce. Tymczasem policjantki razem z Marianem wysiadły z auta. Grażynka zrobiła krok w kierunku zarośniętego chaszczami rowu oddzielającego pole od drogi, który powstał przez podorywanie miedzy. Rozejrzała się uważnie, ale niczego podejrzanego nie zauważyła.

– Trochę dalej, pani władzo – zawołał Marian, miętosząc w dłoniach czapkę, którą zdjął zaraz po wyjściu z auta. Zrobił też znak krzyża, jakby stał na cmentarzu, a nie w szczerym polu.

Grażynka podeszła do zdezelowanego traktora bez szyb. Dawniej zapewne był żółty. Poodpadały z niego płaty farby, odsłaniając zardzewiałą blachę. Z tyłu miał doczepiony siewnik. Policjantka powiodła wzrokiem po ziemi, szukając śladów. Marian musiał je zostawić, kiedy polazł w chaszcze, żeby sprawdzić, co to za adidasy w nich ukryto. Rzeczywiście – młode zboże było w pewnych miejscach wygniecione. Idąc brzegiem drogi, podążała wzrokiem za śladem, aż wreszcie dostrzegła wystający z gęstych, skołtunionych zarośli but. Jeśli wierzyć Marianowi, do buta dołączony był nieboszczyk.

– I co? Widzisz coś? – dopytywała Mariolka, podchodząc bliżej. Zaraz jednak wykrzyknęła: – O mamuniu! Marian miał rację. Zwłoki.

– Nie wrzeszcz mi do ucha, bo ogłuchnę. A czego się spodziewałaś? Polnych kwiatków?

– W sumie jesteśmy na polu, więc...

– Mariolka, ja cię proszę. Nie zaczynaj – warknęła Grażynka.

Wyjęła z kieszeni pakiet ochronny. Wydobyła z niego rękawiczki i kucnęła obok buta. Drugi leżał obok. To właśnie za niego szarpnął Marian. Widać było, że odrzucił go w przestrachu. Trzeba to będzie powiedzieć technikom. Grażynka podniosła się i spojrzała na znalezisko z dystansu. Marian z wysokości traktora zauważył zelówki, ale gdyby nie wystające z zarośli buty, to i on niczego by nie widział. Kimkolwiek był człowiek ukryty w gęstwinie traw w przydrożnym rowie, należało znaleźć sprawcę jego śmierci, która nie była przypadkowa, skoro ktoś pofatygował się na to wygwizdowo, a potem ukrył zwłoki. Na szczęście zrobił to na tyle pospiesznie i nieudolnie, że sprawa wyszła na jaw.

– A niech to gęś kopnie – powiedziała Mariolka cicho, pochylając się nad Grażynką. – Dzwonimy po kryminalnych.

Grażynka bez słowa wyjęła z kieszeni telefon i zanim wybrała numer, zrobiła jeszcze krok w przeciwnym kierunku niż ten, z którego przyjechały. Zwłoki leżały obok kamienia, więc miejsce łatwo było zlokalizować. Policjantka przykucnęła i z tej perspektywy jeszcze raz obejrzała położenie ich ujawnienia. Potem wezwała kolegów z komendy powiatowej.

 
 
5

– I co? Wiadomo już coś? – zagaiła Mariolkę Monia.

Kobiety spotkały się w sklepie przy okazji zakupów.