Burza i mgła - Joanna Wtulich - ebook
NOWOŚĆ

Burza i mgła ebook

Wtulich Joanna

5,0

75 osób interesuje się tą książką

Opis

Wzruszająca opowieść o ocalającej sile miłości w czasach okupacji…

Dla doktora Gustawa Dukajskiego i pielęgniarki Matyldy Smolińskiej praca jest sensem życia. Kiedy wybucha wojna, nawet na chwilę nie odchodzą od swoich pacjentów. W huku bomb spadających na stolicę, w czasie wojennej burzy, wśród zniszczonych budynków i panoszącej się wokół śmierci rodzi się między bohaterami uczucie, które nie ma szans na przetrwanie. Kiedy Warszawa kapituluje, nowa rzeczywistość nie napawa optymizmem. Gustaw traci pracę i popada w odrętwienie, brodząc w gęstej mgle depresji. Matylda zaś nawiązuje romans z niemieckim oficerem, żeby przetrwać trudny czas. 

Jak potoczą się losy bohaterów zmuszonych do podejmowania najtrudniejszych życiowych decyzji? Czy można równocześnie toczyć walkę o przetrwanie i o uratowanie ukochanej osoby? Joanna Wtulich w swojej najnowszej książce mierzy się z tymi pytaniami, snując zarazem pełną emocji opowieść o miłości w okupowanej stolicy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 327

Rok wydania: 2025

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
bielak1956

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna książka. Czyta się jednym tchem, warto przeczytać Polecam
00



© Copyright by Lira Publishing Sp. z o.o., Warszawa 2025

© Copyright by Joanna Wtulich, 2025

Redaktor inicjujący: Paweł Pokora

Redakcja: Małgorzata Piotrowicz

Korekta: Renata Kufirska-Biegajło

Skład: Klara Perepłyś-Pająk

Projekt okładki: Magdalena Wójcik-Zienkiewicz

Zdjęcia na okładce i źródła ilustracji: © Koczot/Pixabay,

© merydolla, © yupiramos, © juiceteam2013/123RF

Zdjęcie autorki: © Maciej Zienkiewicz Photography

Redakcja techniczna: Igor Nowaczyk

Retusz zdjęcia okładkowego: Katarzyna Stachacz

Producenci wydawniczy:

Sylwia Reguła, Magdalena Wójcik-Zienkiewicz, Wojciech Jannasz

Wydawca: Marek Jannasz

Lira Publishing Sp. z o.o.

Wydanie pierwsze

Warszawa 2025

ISBN: 978-83-68577-32-7 (EPUB); 978-83-68577-33-4 (MOBI)

Lira Publishing Sp. z o.o.

al. J.Ch. Szucha 11 lok. 30, 00-580 Warszawa

www.wydawnictwolira.pl

Wydawnictwa Lira szukaj też na:

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

ROZDZIAŁ I
1

Skalpel z metalicznym brzękiem upadł na terakotową posadzkę sali operacyjnej. Doktor Gustaw Dukajski spojrzał znad maski zasłaniającej mu nos i usta na młodziutką pielęgniarkę instrumentariuszkę asystującą mu przy zabiegu.

– Przepraszam – bąknęła. Jej głos stłumiła maseczka, zaś spojrzenie na moment spotkało się z obojętnym wzrokiem operatora.

Dukajski powinien był się domyślić, że pod maską dziewczyna na pewno się zarumieniła z zakłopotania, ale było mu to obojętne jak wiele rzeczy od dawna. Pracował w szpitalu Dzieciątka Jezus na warszawskiej Ochocie od dwóch lat i wyrobił sobie taką renomę, że mógł wybierać i przebierać w propozycjach innych placówek zainteresowanych zatrudnieniem jednego z najlepszych chirurgów w Warszawie. Mógł otrzymać gdzie indziej znacznie wyższą stawkę, wreszcie mógł wyjechać za granicę i tam pracować z najlepszymi, jednak zarabianie wielkich pieniędzy nie wydawało mu się specjalnie istotne. I nawet nie chodziło o to, że był dziedzicem przynoszącej krociowe zyski fortuny rodziny Dukajskich, którzy oprócz majątków w okolicach Lwowa posiadali przedsiębiorstwo wydobywające ropę naftową.

Doktor Gustaw Dukajski zobojętniał na ludzi, świat i jego uciechy z powodu tragedii, która położyła się cieniem na jego życiu. Dawno skończyłby ze sobą, bo i takie miewał często myśli, a i sposobności by nie brakowało. Miał dostęp do wystarczająco silnych leków i skutecznych narzędzi, dzięki którym odszedłby szybko i bezboleśnie. Bólu się nie bał. Nie tego fizycznego. Może nawet i na niego zasłużył.

Skinął głową, westchnął i odsunął skalpel butem, a ten przejechał z brzękiem po podłodze w kąt. Zostanie podniesiony po operacji, kiedy pacjent będzie dochodził do siebie w sali pooperacyjnej. Teraz najważniejsze było to, by dokończyć skomplikowany zabieg i żeby pacjent przeżył. Dlatego skupił się na pracy tak dalece, że nie słyszał, jak zza olbrzymiego okna zapewniającego dobre światło i widoczność w sali operacyjnej oraz zza drzwi dobiegają niecodzienne odgłosy. Zaś upuszczenie skalpela nie wynikało z braku doświadczenia młodej pielęgniarki, ale z emocji, które to sprawiły, że jej dłoń zadrżała, w piersiach zabrakło na chwilę tchu. Bowiem Matylda Smolińska wiedziała, co oznaczają te hałasy i dźwięk syreny wyjącej w oddali. A jej przypuszczenia potwierdziły się, gdy po operacji okazało się, że w szpitalu każdy, kto tylko miał taką możliwość, skupiał się na słuchaniu radia, w którym grzmiało złowieszcze:

– A więc wojna!

Matylda nie rozumiała ekscytacji niektórych ludzi. Jej matka przypłaciła ostatnią wojnę pomieszaniem zmysłów. Mimo że rodzicielka dawno straciła kontakt z rzeczywistością, to dziewczyna nasłuchała się wystarczająco dużo o mordercach, o ogniu i zabijaniu, ale nade wszystko o strachu o siebie i najbliższych, by wiedzieć, że każda wojna zbiera zawsze nie tylko krwawe żniwo. Odbija się też na ludzkich emocjach, niszczy psychikę i rozbija rodziny.

– To nie potrwa długo – wymądrzał się jeden z pacjentów. Młody i zapewne dobrze urodzony mężczyzna, który nie mógł nic wiedzieć o walce. – Mamy jedną z największych armii w Europie.

– Rozniesiemy Hitlera i jego wojsko w pył – zaśmiał się ktoś z tyłu niewielkiej grupy pacjentów, która zebrała się na korytarzu pod dyżurką, gdzie stało radio, podgłośnione tak, żeby zgromadzenie mogło usłyszeć każde słowo.

Matylda słuchała tych przechwałek z trwogą w sercu. Co innego wiedziała od ludzi będących bliżej wojska niż ci nieświadomi i podnieceni sytuacją młodzieńcy. Polska armia, choć duża, to nie miała uzbrojenia mogącego się równać z tym niemieckim. Mówiono, że teraz walczy się samolotami i czołgami, a tych, owszem, mieliśmy trochę, ale czy to może wystarczyć?

– Pacjenci powinni przebywać w salach. Dlaczego pani ich stąd nie odeśle? – Do uszu Matyldy dobiegł dobrze znany, spokojny głos.

Doktor Dukajski nigdy się nie unosił. Czasem wolałaby, żeby krzyknął, żeby okazał jakiekolwiek emocje. Jednak on tylko patrzył, a ona w jego oczach, w tym smutku, który z nich wyzierał, nieustannie tonęła. Zastanawiała się nawet kiedyś, czy Dukajski potrafi się śmiać. Zdarzało się, że na jego twarzy pojawiał się grymas mogący uchodzić za uśmiech, jednak najczęściej po prostu patrzył, jak teraz. Wymownie. Chciała, by choć raz zaśmiał się serdecznie, by ten smutek w jego oczach na chwilę zastąpiły wesołe iskry. Mimo to nigdy nie znalazła w sobie odwagi, by spróbować ten uśmiech wywołać. Sama miała niewiele powodów do radości. Jednak zdarzało jej się czasem żartować z koleżankami. Bywało, że dowcipkowały z doktora Dukajskiego, nazywając go warszawskim sfinksem. Rzeczywiście w tym swoim spokoju i dostojeństwie przypominał lwa. Jego zwalista sylwetka zdawała się wypełniać cały korytarz, kiedy przechodził przez oddział lekko przygarbiony, zadumany. Ciemne włosy, mimo młodego wieku, bo przecież nie miał nawet trzydziestu lat, nosiły pierwsze ślady siwizny. Po cichu szeptano, że dotknęła go jakaś osobista tragedia. Choć jeden z lekarzy naigrawał się z tego, twierdząc:

– Toż to najprawdziwszy hrabia. Takich nieszczęścia tego padołu zwykle omijają.

Matylda jednak nie wierzyła w to gadanie. Kłopoty dotykały każdego, bez względu na pochodzenie społeczne czy posiadany majątek. Spokoju i braku trosk nie dało się kupić za żadne pieniądze. Może więc z tego powodu współczuła doktorowi Dukajskiemu.

– Jest wojna, panie doktorze – powiedziała cicho, chowając odruchowo ręce do kieszeni białego fartucha.

– Wojna czy nie, wciąż mamy jakieś zasady, których musimy się trzymać.

– Ma pan rację, ale... – zająknęła się, kiedy ich spojrzenia się spotkały. Onieśmielała ją powaga i spokój wyzierające z tych niemal czarnych oczu. Miało się wrażenie, że to oczy starego, doświadczonego życiem człowieka, a nie mężczyzny, który odniósł sukces, a świat stał przed nim otworem.

Podeszła do grupki pacjentów, ale nie odezwała się słowem. Minąwszy ich, ściszyła radio i dopiero wtedy, gdy niezadowoleni słuchacze zaczęli na nią sarkać, powiedziała spokojnie, ale stanowczo:

– Wracamy do sal, drodzy państwo.

Poszukała wzrokiem Dukajskiego, który górował nad ludźmi wzrostem. Skinął jej spokojnie głową, odwrócił się i ruszył do swojego gabinetu na końcu korytarza. Zaś ona została, żeby pomóc dostać się do sal tym, którzy mieli problemy z poruszaniem się, starając się ignorować pomruki niezadowolenia. Długo jednak nie mogła uspokoić mocno uderzającego ze strachu serca. Wojna. Jak długo potrwa? Co przyniesie? Co jeszcze w jej młodym życiu musi się wydarzyć, żeby ją złamać? Takie pytania krążyły jej po głowie, kiedy zamyślona wracała korytarzem do dyżurki.

Tymczasem Gustaw, kiedy tylko zamknęły się za nim drzwi, opadł bez sił na sofę zajmującą sporą część gabinetu, którą kazał tu wstawić, by móc się zdrzemnąć i nie tracić czasu na powrót do domu po wyczerpujących zabiegach. Oparł łokcie na kolanach i ukrył twarz w dłoniach. Mógłby tak zostać. Zrobienie jakiegokolwiek ruchu wydawało mu się wyzwaniem ponad siły. Tym bardziej nie miał ochoty na zastanawianie się nad tym, co słyszał w radiu, zanim kazał się rozejść zgromadzonym na korytarzu pacjentom. Wojna. Z Niemcami. Rodzice byli bezpieczni w swoim majątku w Jabłonowie pod Lwowem. On też nie czuł w tym momencie niepokoju. Ostatecznie od granicy niemieckiej do Warszawy było tak daleko, że wszystko powinno się zakończyć, zanim się na dobre zacznie. Jego siostra Natalia, która od ponad dziesięciu lat była żoną Odlanickiego, szanowanego przedsiębiorcy, przebywała w ich majątku na wsi wystarczająco daleko od Warszawy, by też mogła czuć się bezpiecznie. Niebawem miała urodzić drugie dziecko. Odlanickiego lubił, ale od dawna nie miał sił ani ochoty, by się z nim spotkać i porozmawiać po męsku. Prawda była taka, że unikał siostry i jej męża, bo ten pod wpływem Natalii oraz rodziców, zatroskanych jego stanem, regularnie usiłował go namówić na towarzyskie wizyty i spotykanie się z kobietami, naturalnie w celach matrymonialnych. Gustaw konsekwentnie odmawiał, a w czasie jednej z takich męskich rozmów dosadnie wyjaśnił to szwagrowi:

– Zanim zaczniesz znowu mnie nawracać, posłuchaj, proszę.

Odlanicki pokiwał tylko głową, ale minę miał taką, jakby ktoś zdjął mu z pleców ogromny ciężar.

– Nie jestem gotowy na to, by szukać żony. Nie wiem, czy kiedykolwiek będę. Na ten moment czuję się spełniony jako lekarz i to absorbuje mnie najbardziej.

– Wiesz, że Natalia urwie mi głowę, jeśli znowu nie uda mi się...

– Nie ma w moim życiu miejsca na inną kobietę – wszedł mu w słowo Dukajski.

– Też tak kiedyś mówiłem. A potem... – Odlanicki zapatrzył się w przestrzeń i uśmiechnął się do siebie ciepło, w oczach miał dziwne światło. – Potem pojawiła się twoja siostra i zmieniła wszystko. – Spojrzał prosto na Gustawa. – Nigdy nie wiesz, co czeka cię za zakrętem.

– Ja już nie chcę zakrętów, Aleksandrze – powiedział zamyślony Gustaw. Miał wrażenie, że nagle objawiła mu się cała prawda jego sytuacji. Nie tylko nie chciał szukać żony, nie tylko nie pragnął żadnych przygód i losowych zakrętów. On w ogóle nie chciał żyć. Już nie. Nie powiedział tego rzecz jasna szwagrowi, ale tak poraziła go ta myśl, że przez chwilę milczał, maskując to milczenie wypiciem kilku łyków lwowskiej wiśniówki.

Teraz, kiedy siedział w swoim gabinecie w bezruchu i oszołomieniu, wróciła znowu do niego ta myśl, by skończyć raz na zawsze swoje puste i bezsensowne życie. Czuł się jednak tak zmęczony, że nie miał siły, by wstać z miejsca, a co dopiero zaplanować, jak ze sobą skończyć.

– Boże, co ja robię – jęknął, ale nie poruszył się.

Wybuchła wojna. Ludzie reagowali skrajnie różnie. Od strachu po entuzjazm. A on siedział tu i zbierał siły, by zrobić krok w przepaść. Pragnął się położyć, zasnąć i więcej się nie obudzić. Tak byłoby najprościej. Kiedy to pomyślał, rozległo się pukanie do drzwi. Nie od razu odpowiedział. Najpierw musiał zebrać w sobie wszystkie siły, żeby podnieść głowę i wydobyć z siebie głos.

– Proszę.

W drzwiach pojawiła się ta drobna blondynka, która asystowała mu przy operacji. W jej oczach mignęła troska. Wiedział, o co zapyta, zanim zadała pytanie.

– Wszystko w porządku, doktorze?

– Od dawna nic nie jest w porządku – wyrwało mu się. Nie zamierzał udzielać jej odpowiedzi. Poczuł złość na siebie, że traci czujność i przez to uchylił zasłonę, która szczelnie spowijała jego życie osobiste. Ta złość była dziwnie ożywcza, bo sądził, że nie jest już zdolny do jakichkolwiek uczuć. Żeby zamaskować zaskoczenie, szybko dodał: – Jest wojna. Ludzie w tej chwili mordują się bez sensu. To nie jest w porządku, Matyldo. Nie uważa pani?

Pielęgniarka zamrugała zaskoczona. Choć wstał energicznie, żeby nie dać jej czasu na odpowiedź, zdążyła powiedzieć coś, co poruszyło w nim kolejny raz tego dnia czułą strunę.

– Niewiele rzeczy na tym świecie ma sens, panie doktorze. Od nas tylko zależy, czy nasze życie nabierze sensu, czy będzie bezsensownym istnieniem. Od nikogo innego – podkreśliła i dodała: – Jest pan proszony do izby przyjęć.

Teraz to ona odwróciła się szybko, nie dając mu czasu na odpowiedź. Przez chwilę stał oszołomiony w otwartych drzwiach, patrząc na plecy oddalającej się pielęgniarki. Miała rację. Pytanie tylko, czy jego życie miało jeszcze jakikolwiek sens po tym, jak stracił przez własną pychę i poczucie nieomylności najbliższą mu osobę. Czy życie kogoś, kto jest mordercą, ma jakikolwiek sens i wartość?

2

Samuel Rofe obserwował swojego przyjaciela, Gustawa, kiedy ten szedł korytarzem do gabinetu lekarskiego. Przedwcześnie posiwiałe włosy, dłonie wciśnięte w kieszenie fartucha, opuszczone barki, jakby przygniatał je ciężar, i ołowiany krok mogący świadczyć o zmęczeniu lub braku sił do życia. Gustaw myślał, że ukryje trapiącą go i zżerającą od środka melancholię. Że Samuel niczego się nie domyśla. Tymczasem Rofe widział podkrążone oczy, nieprzytomny wzrok, w którym zgasło światło życia, i serce go bolało, bo nie umiał Dukajskiemu pomóc. A przecież próbował. Namawiał na wspólne wyjścia na obiad do miasta, na spektakl, czy chociażby na Poniatówkę. Jednak Dukajski odmawiał, usprawiedliwiając się pracą i zmęczeniem. Unikał ludzi, a czas spędzał jak nie w sali operacyjnej, to w swoim gabinecie. Nawet w domu bywał gościem. Rofe miał wrażenie, że kolega się zabija. Jadł byle co, byle jak, niewiele przebywał na powietrzu, sypiał nieregularnie. Zdawało się czasem, że Gustaw był tutaj tylko w połowie. Tylko po to, by pracować. Nic innego się dla niego nie liczyło, jakby usiłował tak odkupić wyimaginowane winy. Tylko ta praca i poczucie, że jest potrzebny, trzymały go w ryzach życia. Gdyby nie to, rozsypałby się i nigdy nie pozbierał.

Jeszcze kilka dni temu mieli na ten temat małą scysję, kiedy Rofe, mimo wiszącej nad nimi groźby wojny, namawiał go na wyjście do teatru. Oczywiście nie wtajemniczył Gustawa w swój plan, który polegał na tym, że miały im towarzyszyć dwie młode kobiety. Jedna z nich była pielęgniarką na ich oddziale. Druga zaś to jej przyjaciółka, Żydówka. Z perspektywy czasu Rofe cieszył się, że Gustawa z nimi nie było. Wtedy ta czarnowłosa dziewczyna na pewno zadurzyłaby się w Dukajskim, a jego może nawet by nie zapamiętała. Z nich dwóch to Gustaw był tym silnym, budzącym w kobietach zachwyt mężczyzną. Kiedy Samuel patrzył w lustro, widział szczupłego, wysokiego młodego mężczyznę o żywym spojrzeniu i czarnych kręconych włosach. Choć rysy jego twarzy były regularne i przyjemne dla oczu, choć pełne usta najczęściej się uśmiechały, to jednak kobiety wybierały pochmurnego Gustawa. Nie pomagał elegancki strój, zawsze idealnie odprasowana koszula, najmodniejszy kapelusz i dobre buty. Dukajski w wełnianym swetrze, w znoszonych, wymiętych spodniach był obiektem westchnień przeciwnej płci.

Ponieważ jednak owa śliczna dziewczyna nigdy nie poznała Gustawa, Rofe miał u niej szanse. A warto było o nią zabiegać, bo była zachwycająca, drobna i uroczo zawstydzona przy każdym jego śmielszym spojrzeniu.

Kiedy zaproponował to wyjście, Gustaw zmierzył go poważnym spojrzeniem, w którym czaiła się pustka, a może szaleństwo, przed którym przyjaciel bronił się ostatkiem sił.

– Nie mam czasu, Samuelu. Wziąłem dyżur tego dnia...

– Zwariowałeś? – Rofe aż się zagotował. – Przecież to oznacza, że nie wrócisz do domu przez dwa dni. To się kiedyś źle skończy, jeżeli będziesz operował przemęczony.

Samuel za późno ugryzł się w język. Już raz dla Gustawa operacja skończyła się właśnie tym najgorszym z możliwych rezultatem. Pacjentka nie przeżyła.

Dukajski uśmiechnął się smutno.

– Wiem aż za dobrze, czym to grozi i jak potem się człowiek czuje – powiedział cicho.

– Przepraszam. Nie chciałem, żeby to tak zabrzmiało. Po prostu uważam, że za dużo pracujesz.

– Na szczęście nie tobie o tym decydować.

– Robisz sobie krzywdę, Gustawie. Nie jesteś taki jak dawniej.

Dukajski prychnął.

– Chyba nie spodziewałeś się, że będę z tym żył normalnie, że zapomnę, że będę udawał przed kimkolwiek, że to nie moja wina?

– Nie każę ci zapominać. Ale przestań się za to karać. Bo to nie twoja wina. – Ostatnie zdanie Rofe powiedział dobitnie, rozdzielając wyrazy, by kolega dobrze go usłyszał, choć szczerze wątpił, żeby to cokolwiek zmieniło.

– A czyja, Samuelu? Kto wtedy trzymał skalpel? – Dukajski zachmurzył się, a w jego spojrzeniu mignął obłęd. A może to były łzy? Kiedy Samuel nie odpowiedział, Gustaw zrobił krok w jego stronę, jakby chciał go staranować. – Kto ponosi winę, skoro nie ja? I nie wmawiaj mi, że Bóg tak chciał. To było moje niedopatrzenie. Mój błąd. Moje zadufanie w sobie i naiwna wiara we własną nieomylność.

Rofe nie cofnął się. Tyle razy już tłumaczył przyjacielowi, że nie może się obwiniać o to, co wydarzyło się przed rokiem, że mógł recytować z pamięci wszystkie argumenty. Jednak nie powtórzył ich tym razem.

– Ona chciałaby, żebyś żył.

– Żyję. I co z tego? Jaka z tego korzyść? – warknął Dukajski.

Kątem oka Rofe zauważył zaciśnięte dłonie, ale nie bał się. Gustaw nigdy nikogo nie skrzywdził, nawet jeśli twierdził, że było inaczej.

– To nie jest życie. Wegetujesz. Ona chciałaby, żebyś był szczęśliwy – powiedział cicho.

Z Dukajskiego jakby zeszło powietrze.

– Masz rację.

Samuel zdezorientowany przyjrzał się koledze. Czyżby nastąpił jakiś przełom? Szybko jednak jego nadzieje się rozwiały.

– To nie jest życie. To tchórzostwo. Bo ja tylko czekam na śmierć – powiedział Gustaw. Potem odwrócił się do niego plecami i odszedł, zostawiając go w stanie oszołomienia i niedowierzania.

Rofe zrozumiał, że Dukajski był zagrożeniem dla samego siebie, że istniał tylko dlatego, iż miał misję: leczył ludzi. Gdyby nie to, gdyby nie widział sensu w swojej egzystencji, dawno by ze sobą skończył. Ta myśl poraziła Rofego tak silnie, że zabrakło mu powietrza. W słowach przyjaciela bowiem czaiła się niewypowiedziana groźba. Jeśli straci pracę, straci też tę resztkę sensu życia, a wtedy wybierze śmierć.

3

Matylda była tak zmęczona i spała tak twardym snem, że dość długo nie mogła oddzielić rzeczywistości od sennych majaków. W głowie rozlegał się warkot samolotów, zgrzyt metalu, a wszystkiemu towarzyszył ogień. Śniła do momentu, w którym dotarło do niej, że dźwięki nie pochodzą z podświadomości, a z radia stojącego w saloniku jej mieszkania. Radio, podkręcone chyba na cały regulator, wypluwało z siebie głosem spikera informacje o wyjeździe Mościckiego z Warszawy, a zaraz potem o utworzeniu Dowództwa Obrony Warszawy, którego zadaniem miała być organizacja obrony miasta.

Dziewczyna siedziała chwilę na łóżku oszołomiona i ogłuszona zarazem. W mieszkaniu panował chłód, ale mimo to w końcu zerwała się, zrzuciwszy z siebie kołdrę, i biegiem ruszyła do sąsiedniego pokoju – boleśnie uderzyła się przy tym w biodro o szczyt łóżka. Skrzywiła się tylko, ale nie zatrzymała. Otworzyła drzwi do saloniku, żeby zobaczyć zgarbioną nad radiem matkę w długiej, staromodnej nocnej koszuli, która próbowała chyba je ściszyć, a może wyłączyć. Dłonie jej drżały, kiedy manipulowała gałkami, lecz po chwili w głośniku rozległ się zgrzyt i szum. Przeplatane siwizną włosy, splecione w luźny warkocz, niemal się rozsypały, zasłaniając jej twarz, ale ona tego nie zauważała, skupiona na aparacie.

Matylda dopadła radia i wyłączyła je, a potem zamarła, nasłuchując, czy któryś z sąsiadów nie zapuka do drzwi, by je upomnieć. Na szczęście chyba zareagowała na tyle szybko, że za drzwiami panowała cisza. Tylko zza okna dobiegały odgłosy ulicy, nawoływania gazeciarza i szum silników aut oraz denerwujący dźwięk ich klaksonów.

– Mutti, co ty robisz? Nie wolno tak głośno – upomniała matkę, która zamrugała szybko i przyjrzała jej się podejrzliwie, jak się patrzy na obcą osobę.

W końcu w oczach Ursuli Smolińskiej mignęło zrozumienie.

– Ja tylko chciałam posłuchać, Mathilde. Oni mówią, że znowu wojna, znowu będą zabijać... – zająknęła się i dokończyła płaczliwie: – Bolszewicy przyjdą po nas... Thomas... On nie może walczyć. Jest taki słaby.

– Mutti, wszystko dobrze. Thomas jest bezpieczny. My jesteśmy bezpieczne. Tu nie ma bolszewików. – Chwyciła matkę delikatnie za łokieć i pokierowała do jej pokoju.

Kobieta na szczęście tym razem bez oporu dała się zaprowadzić do swojej sypialni. Przechodząc obok dużego zegara wiszącego na ścianie, który kojąco odmierzał czas swoim ciężki mosiężnym wahadłem, Matylda ze zdziwieniem zauważyła, że wcale nie było tak rano, jak jej się wydawało. Zmęczona po pracy, po kolejnym długim i trudnym dyżurze, w trakcie którego asystowała doktorowi Dukajskiemu w dwóch tego dnia zabiegach, przespała niemal pół dnia. Dochodziło południe.

Kłamała, mówiąc matce, że Thomas był bezpieczny. Keller nie żył od tysiąc dziewięćset siedemnastego roku. Zginął z rąk bolszewików. Tak przynajmniej pamiętała to matka i taką wersję opowiadała Matyldzie, póki jeszcze była w pełni przytomna umysłowo. Los jej nie oszczędzał. Miała ledwie czterdzieści trzy lata, a straciła ukochanego, potem zaś zmarł Stefan Smoliński, człowiek, którego Matylda do dnia jego śmierci uważała za ojca, choć jak się okazało, wcale nim nie był. Jeszcze wtedy matka zachowywała się jak to ona. To znaczy była poważna, melancholijna, ale dbała o siebie, o córkę i dom. Zatrudniali w tym czasie gosposię, która wyręczała ją w pracach domowych. Matylda od zawsze słyszała, że matka jest słabego zdrowia.

– Ursula jest delikatna jak kwiat – mawiał ojciec.

– Nie przeszkadzaj mamie, niech odpoczywa – upominał ją, gdy stała pod drzwiami ich pokoju z lalką czy książką, kolejny raz rozczarowana, ale już nie zaskoczona.

Zdarzało się, że matka opuszczała bezpieczne schronienie, jakim był pokój rodziców, w którym najczęściej zaciągano na dzień grube zasłony, więc panował w nim półmrok. Jarzyła się w nim jedynie ciężka, mosiężna lampa z kolorowym witrażowym abażurem i niezdrowe oczy matki. Wtedy kobieta krzątała się po mieszkaniu, wydawała dyspozycje gosposi i rozmawiała z ojcem oraz Matyldą, czytała. Te rzadkie chwile, gdy matka coś jej opowiadała do snu, dziewczynka kolekcjonowała w pamięci jak kolekcjonuje się rzadkie motyle, starannie ułożone w gablocie za szkłem.

Matylda przysiadła na brzegu łóżka, w którym bezpiecznie ułożyła matkę. Dziś był trzeci września. Równo dziesięć lat temu zginął pod kołami auta Stefan Smoliński. Głupi wypadek w samym środku miasta. Nie wiadomo było, czy się zagapił, czy zamyślił. Znalazł się ktoś, kto twierdził, że po prostu wszedł na ulicę prosto pod nadjeżdżającą furgonetkę. Z dnia na dzień zostały same. Gosposię trzeba było odprawić. Jeszcze wtedy matka się tym zajęła. Matylda była dwunastoletnią dziewczynką, która stanęła przed okrutną prawdą:

– Twój ojciec nazywał się Thomas Keller. Zamordowali go bolszewicy, zanim się dowiedział, że masz przyjść na świat – wyrzuciła z siebie po pogrzebie matka po niemiecku. – Stefan nie był twoim ojcem. Przygarnął mnie i zaopiekował się tobą.

– Po co mi to mówisz, Mutti? – Głos uwiązł Matyldzie w gardle i nie mogła nic więcej powiedzieć. Jeszcze gdzieś tam w głębi duszy miała nadzieję, że to tylko taki żart. Ale matka nie umiała się nawet uśmiechać, a co dopiero żartować, i to w tak okrutny sposób.

– Powinnaś wiedzieć, czyja krew w tobie płynie. I że nie musisz opłakiwać Stefana. Ostatecznie to był dla ciebie obcy człowiek. – Ursula patrzyła na nią z błyskiem triumfu w szarych, zmęczonych oczach. Nie było w tym spojrzeniu śladu łez. Wyglądało na to, że matka nie tylko nie umiała się cieszyć. Nie potrafiła okazywać żadnych uczuć, nawet rozpaczy.

– Jak możesz tak mówić, Mutti. To był mój ojciec. Jedyny, jakiego miałam. – Gardło wciąż miała ściśnięte.

– Twój ojciec był Niemcem, a zginął, bo bronił tego kraju. Nikt nam za to nie podziękował. Nikt mnie nie przeprosił. Nienawidzę ich wszystkich!

– Jak możesz tak mówić o ludziach. Przecież tata też był Polakiem. Mamo! – jęknęła po polsku zdesperowana Matylda.

Mutti. Matka zazwyczaj nalegała, by tak właśnie się do niej zwracała. Tak samo jak zmuszała ją do rozmów po niemiecku. W końcu była Niemką. Matylda myślała, że przynajmniej ona jest Polką. Że to taka fanaberia matki, by uczyć dziecko języka swoich przodków. Tym bardziej że Ursula bardzo dobrze posługiwała się polskim. Nie dociekała, dlaczego matce tak zależy na niemieckim, skoro z ojcem mówiła tylko po polsku. Z czasem Matylda, rozmawiając z matką po niemiecku, w pewien sposób chciała się jej przypodobać. Kiedyś usłyszała, jak ojciec upomina Ursulę na osobności, żeby dziecka nie zmuszała do nauki.

– Z niewolnika nie ma robotnika – tłumaczył, po polsku oczywiście. – Żyjemy w Polsce. Może znać kilka zwrotów, słów, ale, na litość boską, ty ją tresujesz. Po co to, Ula?

Matylda miała może sześć lat, ale już wtedy wiedziała, że matka nie lubi tego polskiego zdrobnienia. Czyżby ojciec chciał ją zdenerwować?

– Jestem Niemką. Mathilde też. Dlatego będzie mówić po niemiecku jak ja i jak moi rodzice.

– Ich tu nie ma. Jestem ja... – Ojciec chyba chciał coś jeszcze powiedzieć, ale Ursula wstała z krzesła, co Matylda poznała po skrzypnięciu podłogi.

– Nie musisz mi tego wypominać – burknęła matka.

Potem przeszklone drzwi saloniku otworzyły się i stanęła w nich Ursula. Matylda udawała, że bawi się lalką w wielkim skupieniu, tak jakby niczego nie słyszała. Matka zwróciła się do niej, naturalnie po niemiecku:

– Umyj ręce. Zaraz Stefania poda obiad.

Za plecami matki stał ojciec ze smutną miną, pokonany i zamyślony.

Wszystko to Matylda dawno zostawiła za sobą. Teraz to ona mówiła do matki po niemiecku, bo tylko tak mogła się z nią porozumieć. Kilka tygodni po śmierci ojca Ursula bowiem zapadła się w sobie. Nie chciała wstawać z łóżka, zapominała różne rzeczy, najczęściej te związane ze Stefanem, gubiła się w mieszkaniu, we własnych wspomnieniach i w myślach. Jakby cofnęła się w czasie do tego, co było przed narodzinami Matyldy, do Thomasa. Uparcie trzymała się tylko tego języka, który poznała jako pierwszy i którym posługiwała się przed Stefanem – którym porozumiewała się z Thomasem.

To o niego zawsze się martwiła, a nie o córkę, z dnia na dzień zdaną na samą siebie, najpierw wydzielającą z niewielkich zasobów ojca pieniądze na głodowe racje, potem sprzedającą, co się dało, by móc się uczyć w szkole pielęgniarskiej, a na koniec pracującą ponad siły, by zapewnić sobie i matce utrzymanie. Nie bez powodu Matylda była – chyba tylko poza doktorem Dukajskim – najczęściej widywaną w szpitalu osobą. Motywował ją brak pieniędzy i marzenie o studiach lekarskich. Teraz, kiedy wybuchła wojna, czuła złość i bezsilność. Jak głosiły komunikaty radiowe: wszelkie sprawy muszą zejść na plan dalszy. Wszystkie jej wyrzeczenia mogły okazać się bezsensowne w obliczu wojny.

– Mutti, wybieram się na cmentarz – powiedziała spokojnym głosem, kiedy matka nieco się uspokoiła, na co wskazywało jej nieruchome spojrzenie wbite w sufit i słaby uśmiech błąkający się na ustach. Wiedziała, że Ursula jej nie słucha, a nawet jeśli, to nie interesuje jej nic poza światem, w którym pogrążała się z każdym dniem bardziej. Matylda nie wspomniała, że ma zamiar odwiedzić grób ojca. Nie chciała ryzykować, że matka znowu wpadnie w szał, że zacznie zaprzeczać, jakoby znała kogokolwiek o nazwisku Smoliński.

Zgodnie z jej przewidywaniami Ursula nic nie odpowiedziała. Matylda westchnęła i postanowiła najpierw się ubrać, bo stopy jej skostniały. Po skórze raz po razie przebiegał dreszcz. Ostatnie, czego teraz potrzebowała, to przeziębienie. Nie dość, że nie mogłaby wtedy pracować, to jeszcze zapewne zaraziłaby matkę, a dla niej takie infekcje mogły skończyć się tragicznie.

Okryła matkę dodatkowym kocem i poszła do swojego pokoju, rozcierając sobie po drodze zziębnięte ramiona, okryte tylko koszulą. Co prawda z flaneli, ale nie zmieniało to faktu, że w niej marzła.

Przygotowała skromne śniadanie złożone z jajek i ciężkiego, niezbyt już świeżego chleba oraz herbaty z miodem. Teraz tym bardziej musiała oszczędzać, bo nie wiadomo było, ile potrwa wojna i z czym to się będzie wiązało dla zwykłych mieszkańców miasta. Oczywiście miała nadzieję, że front nie dotrze tutaj, ale wszędzie słyszało się o niemieckim lotnictwie i ryzyku bombardowań. Mimo to za radą Hani, swojej najbliższej przyjaciółki, zrobiła solidne zapasy żywności z długim terminem przydatności. Na razie nie naruszała tych zapasów, za które i tak zapłaciła więcej niż zazwyczaj, bo ceny szybowały w górę z dnia na dzień.

– Mutti, teraz wyjdę, a ty poczytaj sobie.

Kiedy sprzątnęła ze stołu, usadowiła matkę w fotelu przy oknie i wcisnęła jej w dłoń książkę. Okryła ją kocem, obok postawiła filiżankę z kawą, którą matka tak lubiła. Sama założyła wełniany płaszcz, sznurowane znoszone botki, a na głowę nałożyła kapelusz. Sprawdziła w lustrze, czy upięte nisko jasne loki nie ucierpiały w czasie ubierania się i już przed lustrem owinęła szyję szalem. Świeciło słońce, ale też wiało. Nie chciała zmarznąć. W kieszeni wymacała cienkie rękawiczki. Na cmentarz miała zamiar jechać tramwajem, do którego musiała dotrzeć piechotą, pokonując kilka ulic. Sprawdziła, ile pieniędzy ma w portfelu. Musiało starczyć na znicz, który chciała zapalić na grobie ojca. W drodze powrotnej zaplanowała też zakupy, a po obiedzie marzyła o ciepłej herbacie i drzemce przed nocnym dyżurem.

Wyszła z kamienicy, odpowiadając na pozdrowienie pana Kazia, który zamiatał podwórko i pilnował tu porządku.

– Słyszała panienka? Dziś rano Niemce znowu bomby rzucali. Powązki podobnież zbombardowali. Ja rozumiem, że lotnisko chcą zniszczyć, że atakują. W końcu wojna. Ale co im zmarli przeszkadzają? To już nie rozumiem – rzucił pan Kazio, zapewne nie zdając sobie sprawy, że Matylda właśnie na Powązki zmierza. Po plecach dziewczyny przebiegł zimny dreszcz. Może to wcale nie o radio chodziło rano, kiedy się obudziła? Może to właśnie te bomby spadające na Powązki? Czy jeszcze ma dokąd jechać? Czy grób ojca nie ucierpiał? Teraz tym bardziej chciała tam pojechać.

Na ulicy uderzył ją nerwowy pośpiech, jakaś niezwykła krzątanina i napięcie. Ludzie z poważnymi minami podążali zatopieni w myślach do swoich spraw, bojąc się patrzeć innym w oczy. Matylda postawiła kołnierz płaszcza dla ochrony przed wiatrem dmącym od strony Wisły, do której z kamienicy przy 3 Maja było dość blisko, i ruszyła w kierunku przystanku tramwajowego.

Jakież było jej zdziwienie, kiedy patrzyła na Warszawę z okien tramwaju. Owa gorączka, którą obserwowała na ulicy, w Śródmieściu jakby znalazła upust w kopaniu rowów przeciwlotniczych i budowie szańców z tego, co w mieście było pod ręką, a więc płyt chodników, wagonów tramwajowych. Właśnie mijała Nowy Świat, kiedy zobaczyła zgromadzenie ludzi, którzy wiwatowali i cieszyli się, jakby wojna dobiegła końca. Taka przynajmniej była jej pierwsza myśl. Czapki wystrzelały raz po raz w górę, kobiety uśmiechały się i płakały. Ludzie rzucali się sobie w ramiona. Obejrzała się, żegnając ten obrazek wzrokiem. Pomyślała, że jak tylko wróci do domu, nastawi radio i wysłucha, co się wydarzyło. To musiało być coś dobrego. Bo inaczej nie dało się wytłumaczyć tej radości i łez wzruszenia.

– Tak się cieszą, bo podobno Francja i Anglia wypowiedziały wojnę Niemcom – dobiegł ją głos zza pleców.

Matylda obejrzała się i zobaczyła starszego mężczyznę w drucianych okularach, który uchylił przed nią ronda kapelusza, gdy spojrzała na niego.

– Skąd pan to wie? – zapytała, przekrzykując podzwanianie i turkot kół tramwaju.

Podniósł do góry złożoną gazetę i postukał w nią palcem.

– O niczym innym nie piszą w gazetach. Pewnie w radiu też trąbią. Swoją drogą, panienko, to nie wiem, z czego tu się cieszyć. Ja już jedną wojnę przeżyłem i to nic dobrego, kiedy przyłączają się do niej inne kraje. Tylko więcej ludzi zginie.

– Ale dzięki temu Hitler będzie musiał podzielić siły i walczyć na dwóch frontach jednocześnie – wszedł mu w słowo młody mężczyzna, który stał obok starszego. – A my nie jesteśmy już sami...

Tramwaj zatrzymał się, aż zakołysało ludźmi. Matylda musiała przesiąść się do kolejnego, więc nie dosłuchała dalszej wymiany zdań pomiędzy mężczyznami. Przecisnęła się do wyjścia.

Kiedy dotarła na Powązki, kupiła niewielki znicz, przeszła przez cmentarną bramę i z biciem serca, zerkając bojaźliwie w stronę nieba, udała się do kwatery, w której znajdował się grób ojca, oznakowany kamiennym krzyżem z tablicą. Po drodze minęła dwa miejsca, w które uderzyły niemieckie bomby – wyrwały z posad pomniki, wywróciły drzewa i pozostawiły po sobie ślad w postaci lejów obejmujących swoim zasięgiem po kilka, kilkanaście grobów. Na szczęście kiedy dotarła do grobu ojca, okazało się, że bomby go ominęły. Odetchnęła z ulgą.

To był jeden z pierwszych chłodniejszych i wietrznych dni zapowiadających zbliżającą się jesień. Słońce przeświecało przez gałęzie drzew, jeszcze obsypane liśćmi, ale w powietrzu pomimo wszystko już czuć było ten charakterystyczny zapach kojarzący się z przypaloną marmoladą z jabłek.

Dopiero teraz Matylda zdała sobie sprawę z tego, że nie zabrała zapałek. Rozejrzała się bezradnie wokół, szukając płonących zniczy, od których mogłaby zapalić ten trzymany w dłoni. Pomiędzy drzewami, których pnie przeplatały się z krzyżami, rzeczywiście dostrzegła kilka płomyków. Ruszyła w tym kierunku, ostrożnie przekradając się pomiędzy płytami nagrobnymi. Tak było bliżej niż iść aleją. O tej porze cmentarz był niemal pusty. Tylko gdzieś dalej mignęły jej niewyraźne postaci, które równie dobrze mogłyby być zbłąkanymi duszami, jak i żyjącymi odwiedzającymi zmarłych. Choć i jedni, i drudzy niewiele się różnili. Kiedy traci się bliskiego człowieka, to czasem jest tak, jakby się też umarło razem z nim, przynajmniej w jakiejś części.

Pogrążona w myślach, nie dostrzegła wystającego z ziemi korzenia i stanęła na nim tak niefortunnie, że obcas po nim zjechał, a stopa wygięła się pod dziwnym kątem. Żeby złapać równowagę, machnęła rozpaczliwie rękami, ale mimo to poleciała prosto na kamienną płytę przykrywającą nagrobek i rąbnęła w nią z całej siły kolanem. Ból był tak dotkliwy, że zrobiło jej się ciemno przed oczami i na moment zabrakło powietrza. Zamarła, podpierając się dłońmi o nagrobek, żeby ochłonąć i przymknęła powieki. Nikogo tu nie było, nikt jej nie widział i mogła w spokoju dojść do siebie, żeby obejrzeć nieszczęsne kolano. Miała nadzieję, że płaszcz oraz spódnica zakrywająca kolana zminimalizowały skutki uderzenia i poza sińcem ten wypadek nie będzie miał większych konsekwencji.

– Wszystko w porządku?

Znała ten głos aż za dobrze i tak jak zawsze wywołał on w niej falę niepokoju. Spróbowała się podnieść. Syknęła z bólu i znowu opadła na płytę nagrobną. Pomyślała sobie nawet, że to jakaś smutna wróżba, spotkać kogoś w takich okolicznościach.

– Pomogę pani. – Dukajski pochylił się nad nią i zarzuciwszy sobie na szyję jej rękę, podniósł ją z nagrobka, jakby nic nie ważyła. Owszem, była od niego dużo niższa, ale nie należała do szczupłych. Nieco krągłości raczej nie odziedziczyła po matce, bo od kiedy pamiętała, matka była chuda jak patyk.

– Nie trzeba... – zaczęła, ale urwała w pół słowa. Przecież jedną z cech Dukajskiego było to, że nie zważał na opór i odmowy. Zawsze robił wszystko po swojemu. Nieważne, co mówiło konsylium lekarzy. Jeśli on miał inne zdanie, to właśnie nim się kierował. I choćby potem miał od samego dyrektora zbierać gromy, to miała wrażenie, że było mu to obojętne tak długo, jak długo miał rację i skutecznie ratował ludzkie życie.

Matylda podwinęła nogę i syknęła, kiedy Dukajski zrobił krok, żeby ją wyprowadzić spomiędzy grobów. Kolano zapulsowało tępym bólem.

– Uderzyła się pani – stwierdził, a potem zrobił coś, czego kompletnie się nie spodziewała. Schylił się i wziął ją na ręce.

Zaskoczona, aż pisnęła i chwyciła go odruchowo za kołnierz kurtki. Pachniał mocnym męskim zapachem, w który wkradały się nuty tytoniu, choć wiedziała, że nie palił. Nigdy nie była tak blisko Dukajskiego, choć zdarzało jej się asystować mu kilka razy w zabiegach. Jednak kiedy miał wybór, prosił o którąś z jej starszych koleżanek. Dlatego sądziła, że za nią nie przepada. Teraz tylko dała mu do tego kolejny powód. Poza tym zapewne pamiętał, że spadł jej ostatnio skalpel w czasie operacji. Zdała sobie sprawę, że nie będzie mogła już ukryć kontuzji, jeśli w kolano stało jej się coś poważnego. Miała pecha, że Dukajski był tego świadkiem. Mógł jej przecież nie pozwolić na powrót do pracy. Była zła na siebie. Chciała sobie ułatwić życie i jak zawsze tylko je sobie utrudniła. Łzy zapiekły ją pod powiekami i nim zdążyła je powstrzymać, kilka spłynęło po policzkach. Szybko się jednak opanowała. Nie wszystko stracone. Mogła zacisnąć zęby i udać, że wszystko jest w porządku.

– Widzę, że mocno boli. Spokojnie. Zaraz panią postawię i obejrzę.

Powinna była powiedzieć, że nic jej nie jest, że aż tak nie boli i żeby się nie fatygował, ale zamiast tego znieruchomiała, kiedy on kroczył ostrożnie pomiędzy mogiłami najkrótszą drogą prowadzącą ku szerokiej alei wiodącej przez środek cmentarza, żeby nagle niespodziewanie zboczyć z obranej trasy po tym, jak się zatrzymał i rozejrzał.

– Tu będzie dobrze – powiedział bardziej do siebie niż do niej i posadził ją na brzegu wyższego nagrobka.

Płyta nagrobna spoczywała na podmurówce wysokiej na tyle, by mogła siedzieć na niej jak na ławce. Sprawiało to nieco upiorne wrażenie, bo nad głową miała posąg anioła – pochylał się nad nią z zadumą. Tymczasem Dukajski kucnął przed nią i popatrzył jej w oczy.

– Teraz obejrzę panią. Proszę powiedzieć, gdzie się pani uderzyła. – Czarne oczy były podkrążone, a twarz blada. Dukajski wpatrywał się w nią badawczo i z troską. Jednak głos miał zmęczony. Wyglądało na to, że po ostatnim dyżurze w ogóle nie spał.

– Nic mi nie jest. Zaraz będę mogła iść. Proszę się mną nie przejmować, doktorze...

– Nie pytam pani, co mam robić, a czego nie, tylko gdzie panią boli. – W jego głosie pobrzmiewało znużenie.

Zaskoczona, spojrzała mu w oczy. Westchnął z rezygnacją.

– Przepraszam. Mogę? – Wskazał na jej nogę.

Matylda skinęła głową i ostrożnie odsunęła połę płaszcza. Nie miała odwagi unieść skraju spódnicy. Dukajski chwycił ją jedną ręką pod kolanem. Dłonie miał duże i silne, jakby dotąd pracował w polu, a nie w sali operacyjnej, wykonując karkołomne zabiegi przy użyciu precyzyjnych narzędzi chirurgicznych. Teraz poczuła, że emanuje z nich kojące ciepło. Zawiał wiatr. Matylda zadrżała. Dukajski natychmiast znieruchomiał i spojrzał na nią badawczo, więc ponownie skinęła mu głową, a potem nabrała powietrza, przygotowując się w ten sposób na ponowny ból.

Dukajski tymczasem odsunął materiał spódnicy. Matylda zauważyła, że zniszczyła w czasie upadku pończochę. Dopiero potem przyjrzała się zranieniu. Skóra już zdążyła się zaczerwienić, a efektu dopełniało spore otarcie naskórka.

– Teraz nim poruszę. Proszę powiedzieć, czy boli. – Po tych słowach lekarz, trzymając ją jedną ręką za udo, a drugą pod kolanem, wolno wyprostował jej nogę.

Matylda syknęła.

– Spodziewałam się, że będzie gorzej – powiedziała szczerze.

– Może pani sama ją zgiąć?

Potaknęła i wolno poruszyła nogą, pokonując lekki opór, jaki stawiała jego dłoń. Po skórze pełzł w górę uda leniwy płomień. Zarumieniła się, kiedy oczy Dukajskiego spotkały się z jej spojrzeniem.

– Nic mi nie jest. Stłukłam je pewnie...

Dukajski jakby jej nie słyszał. Poruszył nogą w lewo i prawo.

– Naprawdę jest w porządku.

– Daleko pani mieszka? Odwiozę panią – rzucił, poprawiając jej spódnicę i okrywając nogę płaszczem. Potem wyciągnął dłoń w jej kierunku, żeby pomóc podnieść się z nagrobka.

– Poradzę sobie – odparła, choć miała co do tego wątpliwości. O ile do tramwaju dałaby radę dokuśtykać, o tyle potem będzie jej ciężko dotrzeć pieszo do mieszkania. Zaklęła w duchu, zła na siebie jeszcze bardziej, bo tym razem konieczne stało się skorzystanie z jakiegokolwiek innego środka transportu. Będzie musiała wydać na to pieniądze. Jednak na głos tego nie powiedziała. – Poza tym chcę jeszcze zapalić znicz na grobie ojca... – Urwała, bo zorientowała się, że nie ma go w dłoniach. Musiał jej wypaść, choć to właśnie z jego powodu rozbiła sobie kolano. Próbowała uratować go przed zniszczeniem.

– Pomogę pani go znaleźć – zaoferował się Dukajski i zanim zdążyła zaprotestować, odwrócił się i szybkim krokiem wrócił w miejsce, z którego ją przyniósł. Patrzyła, jak się pochyla, po coś sięga i za chwilę stanął przy niej. – Ma pani zapałki?

– Niestety nie. Dlatego szukałam jakiegoś płonącego znicza.

– Jasne – mruknął pod nosem i wyjął z kieszeni pudełko. – Proszę iść i go zapalić. Poczekam tu, w razie gdyby pani jednak zdecydowała się skorzystać z mojej pomocy.

Wzięła od niego znicz i zapałki, muskając dłonią jego palce, ale nie miała odwagi już na niego spojrzeć. Czuła się wystarczająco zakłopotana i zła na siebie, że dała się przyłapać akurat jemu na tej chwili słabości. Nie oglądając się za siebie, poszła w kierunku grobu ojca, ale miała wrażenie, że płonie na niej płaszcz od jego badawczego wzroku, który tak dobrze znała, a którym często odprowadzał pacjentów idących korytarzem w kierunku wyjścia z oddziału.

Bardzo chciała iść prosto, oczywiście musiała zacisnąć zęby i bardzo się starać, bo obite kolano pulsowało tępym bólem przy każdym kroku. Żałowała, że tym razem idzie aleją, a nie skrótem pomiędzy grobami, bo wtedy łatwiej byłoby jej ukryć utykanie. Kiedy dotarła do mogiły ojca, zdała sobie sprawę z tego, że zgniotła pudełko zapałek, tak mocno zaciskała na nim palce. W końcu z niemałym trudem kucnęła, a ból eksplodował, jakby uderzyła się ponownie, a nie tylko zgięła nogę. Chwilę trwała w bezruchu, udając modlitwę. Potem zapaliła świeczkę, przeżegnała się i wstała. Odwróciła się w kierunku Dukajskiego, by mu skinąć i odejść jak najszybciej. Oczywiście na tyle szybko, na ile pozwoli jej noga, która z całą pewnością zaczynała puchnąć, o czym świadczyło miarowe pulsowanie. Stanęła jak wryta, bo mężczyzny nie było w miejscu, w którym go zostawiła. Skupiona na udawaniu, że jej nie boli, a w zasadzie skupiona na bólu, nie zdawała sobie sprawy, że Dukajski szedł za nią i teraz dzieliło ich od siebie kilka metrów.

– Naprawdę nic mi nie jest... – zaczęła, ale lekarz nie dał jej dojść do słowa.

– Trzeba wykonać rentgen, a nogę już teraz oszczędzać.

– Naprawdę nic...

– Widziałem, jak pani idzie, i choć przyznam, że pięknie pani się starała, to mnie nie oszuka. – Dukajski był stanowczy jak zawsze, gdy wiedział, że ma rację. Znała doskonale ten ton. – Widziałem więcej złamać, stłuczeń i zwichnięć w swoim życiu, niż może to sobie pani wyobrazić, i doprawdy jestem w stanie rozpoznać, kiedy sprawa jest poważna.

Matylda miała łzy w oczach, kiedy mówił. Tak bardzo nie chciała być teraz niezdatna do pracy.

– Ale ja muszę pracować. Dziś mam dyżur.

– Wypadki się zdarzają, Matyldo. Pomogę pani i wszystko będzie dobrze – powiedział już łagodniej. – Miała pani szczęście, że panią spotkałem.

– Doprawdy niewielka to pociecha – mruknęła.

– Pracą niech się pani nie martwi. Zdrowie jest najważniejsze... – Urwał nagle i poderwał ją z ziemi, jakby nic nie ważyła, aż pisnęła, a ręką chwyciła za rant kapelusza, bo mimo że przyczepiła go szpilką, przesunął się do przodu i zasłonił jej nieco oczy.

– Przepraszam. Mogłem panią ostrzec. Lepiej nie obciążać nogi, póki nie znamy rozmiaru urazu.

– Sama dojdę...

– Nie wątpię – mruknął, lekko ją podrzucając, żeby poprawić chwyt.

Matylda nie miała pewności, ale wydawało jej się, że na ustach Dukajskiego przez moment błąkał się figlarny uśmiech. Szybko odsunęła od siebie tę myśl, bo przecież on nigdy nie żartował, a tym bardziej nie w taki sposób. O uśmiechaniu się w ogóle nie było mowy.

– Proszę mnie złapać za szyję. Będzie mi wygodniej.

Posłusznie wykonała polecenie. Choć miała jego twarz bardzo blisko, nie miała śmiałości go obserwować. Wbiła więc spojrzenie w swoją dłoń, którą oparła na klapie jego kurtki. Kątem oka dostrzegła, że nie był ogolony, a skórę miał lekko ogorzałą, jakby lato spędzał nad wodą. Próbowała sobie przypomnieć, czy Dukajski wziął choć kilka dni wolnych w czasie lata, ale nie potrafiła skupić myśli. Chciała wierzyć, że to z powodu bólu kolana, ale kręciło jej się w głowie od bliskości mężczyzny, który wystarczająco mocno onieśmielał ją na dystans, a co dopiero wtedy, gdy obejmował ją i przyciskał do siebie.

Minęła ich grupka kobiet i starsi państwo. Kobiety rozpaczały zapewne z powodu rozbitych grobów, które dosłownie wyleciały w powietrze. Miała wrażenie, że starsi przyglądali im się z niezdrowym wręcz zainteresowaniem. W końcu nie codziennie można było zobaczyć na cmentarzu postawnego mężczyznę niosącego na rękach młodą kobietę. Z tego powodu Matylda zawstydziła się jeszcze mocniej i z zażenowania opuściła głowę, by ukryć twarz przed przechodniami. Na szczęście auto Dukajskiego stało blisko cmentarnej bramy. Mogła się domyślać, że jako lekarz o takiej sławie posiadał dobre auto, jednak nie spodziewała się, że jeździ pojazdem wartym zapewne więcej niż jej roczne zarobki. Poczuła ulgę, kiedy postawił ją obok samochodu, i jeszcze raz nieśmiało spróbowała zaprotestować, gdy otworzył przed nią drzwi chevroleta:

– Nic mi nie jest. Dziękuję panu doktorowi za pomoc, ale boli mnie już mniej...

– Wsiądzie pani dobrowolnie, czy mam panią wsadzić?

Matylda nie należała do szczególnie wysokich, więc Dukajski górował nad nią wzrostem na tyle, że poczuła się osaczona. Z jednej strony miała bowiem otwarte drzwi, a z drugiej jego ramię oparte o auto i odgradzające ją od ulicy.

Nie odpowiedziała. Po prostu wsiadła, żeby nie wzbudzać sensacji, bo miała wrażenie, że każdy, kto przechodził obok, przygląda im się z zaciekawieniem. Wbrew pozorom Warszawa była małym miastem. Kilka razy miała okazję się o tym przekonać, gdy spotykała niektóre znane jej ze szpitala osoby gdzieś na mieście w niezręcznych sytuacjach. Ostatnie, czego by sobie życzyła, to żeby jakaś znajoma pielęgniarka zobaczyła ją w ramionach doktora Dukajskiego. Dopiero miałyby używanie siostry! A jeśli doniosłoby się to do siostry oddziałowej, natychmiast zostałaby zwolniona. Choć często dowcipkowały na temat lekarzy, niektóre dziewczęta się w nich podkochiwały, zwłaszcza w tych młodszych, przystojnych jak Dukajski, to nie wolno im było zdradzać swoich uczuć i pod żadnym pozorem utrzymywać intymnych relacji z personelem lekarskim. Taka to była niepisana zasada, a oddziałowa z radością wyegzekwowałaby ją w stosunku do Matyldy, ponieważ za nią nie przepadała, delikatnie mówiąc.

– Mieszkam na Trzeciego Maja – powiedziała, kiedy auto wyjechało na ulicę, ale lekarz jej nie odpowiedział. Jechali w milczeniu.

Zerknęła na palce Dukajskiego, ułożone na kierownicy. Miała okazję wiele razy oglądać jego dłonie przy pracy. Zazwyczaj wtedy nosił rękawiczki. Dzierżył w nich skalpel albo inne narzędzie chirurgiczne. Z ciekawością spoglądała teraz na ręce mężczyzny. Szerokie i silne, niekojarzące się zupełnie z wirtuozerią, jaką nieraz obserwowała w sali operacyjnej. Takie dłonie mogłyby ciężko pracować, gdyby Dukajski urodził się wśród biedoty. Ale w szpitalu szeptano, że pochodził z bogatej rodziny. On sam nigdy się z tym nie obnosił, choć była w jego zachowaniu pewnego rodzaju nonszalancja, jaką wynosi się ze środowiska, w którym nie trzeba walczyć o każdy grosz, a potem kilka razy liczyć, zanim się go wyda.

– Dokąd jedziemy? – Zaniepokoiła się, kiedy otrząsnęła się z zamyślenia i zorientowała się, że auto wcale nie kieruje się w stronę jej kamienicy. Ruch na ulicach nie ustał, a wydawało się, że jest jeszcze większy niż zazwyczaj. Warszawa była jak olbrzymi ul, w którym uwijają się setki zaradnych pszczół. Wybuch wojny zdawał się napędzić te ich starania jeszcze mocniej. Na razie tylko w taki sposób wojna wpłynęła na miasto.

– Zrobimy pani jeszcze dziś prześwietlenie...

– Przecież nic mi nie jest. Mogę chodzić. Widział pan. – Matylda w desperacji usiłowała przekonać Dukajskiego, żeby nie wiózł jej do szpitala, w którym obydwoje pracowali i w którym każdy ich znał. – Proszę mnie odwieźć do domu. Albo wysadzić tutaj. Wrócę tramwajem. Ja nie mogę sobie pozwolić na takie rzeczy... – jęknęła, czując, że pod powiekami palą ją łzy.

– Co to znaczy, że nie może sobie pani pozwolić? – Dukajski rzucił jej pytające spojrzenie.

Przełknęła łzy i ledwie zauważalnie starła jedną z policzka.

– To tylko głupi wypadek. Ja nie mam pieniędzy na leczenie – odparła, kiedy wzięła się już w garść. – Jest wojna. Nie powinniśmy trwonić środków na niepotrzebne badania.

Auto tymczasem skręciło w Lindleya i zajechało pod boczne wejście do szpitala.

– Pokryję koszt tego badania. Ono nie jest niepotrzebne. Potrzebujemy zdrowych, sprawnych pielęgniarek właśnie teraz najbardziej. Wie pani doskonale, że najgorsze są te zaniedbane urazy.

Matylda wiedziała, że mu ustąpi, zanim lekarz skończył mówić. Zgasił silnik i pochylił się w jej kierunku, aż się cofnęła. Teraz wiedziała, dlaczego Dukajski zawsze stawiał na swoim. Miał hipnotyzujące spojrzenie, które dosłownie przybiło ją do fotela. Gdzieś na dnie duszy rodził się opór wobec tego mężczyzny. Nie liczył się ze zdaniem innych. Matylda nie znosiła podszytej arogancją pewności siebie, każącej ludziom lepiej urodzonym lub bogatszym decydować za innych. Póki jej to nie dotyczyło, uważała, że Dukajski po prostu stawia na swoim dla dobra pacjentów. Teraz zmieniła zdanie. On chciał mieć zawsze rację. Do tego był zapewne przyzwyczajony przez zastępy służby, która dwoiła się i troiła, by paniczowi dogodzić. Musiała się jednak z nim zgodzić. Lepiej było kolano zbadać, niż potem żałować, że nie zareagowało się w porę. Zbyt często widywała w swojej pracy ofiary takiego lekceważenia, które kończyły jako kaleki. Mimo wszystko miała ochotę sprzeciwić się lekarzowi, ale nie zrobiła tego.

– Zgoda. Ale pod jednym warunkiem.

Miała wrażenie, że Dukajski próbuje stłumić uśmiech. Czyżby bawił go jej opór?

– Zgadzam się na wszystko. – Rozłożył ręce, jakby się poddawał.

– Jeśli okaże się, że to jest coś poważnego, nie powie pan nic siostrze oddziałowej, a ja dziś przyjdę na dyżur, jakby się nic nie stało.

– Nie wiem, jak pani to sobie wyobraża, ale pozwolę pani na to, o ile uraz nie będzie wymagał usztywnienia.

– Na sztywnej nodze też można chodzić.

Dukajski pokręcił głową z niedowierzaniem.

– Oczywiście – rzucił tylko i wysiadł z auta.

Matylda otworzyła drzwi, zanim mężczyzna zdążył obejść auto. Wysiadła z niemałym trudem, ale mimo wszystko ból był już mniejszy. Była pewna, że prześwietlenie niczego nie wykaże.

– To strata czasu, doktorze – burknęła jeszcze i nie odwracając się, ruszyła w kierunku wejścia na tyle energicznie, na ile pozwalał ból w nodze.

Na szczęście z tej strony budynku nie było zazwyczaj dużego ruchu, więc teraz minęła tylko doktora Łąckiego, któremu powiedziała dzień dobry, i jakieś trzy młode pielęgniarki, które rzucały ciekawskie i nieco prowokacyjne spojrzenia Dukajskiemu. Miała ochotę zaśmiać się z tego w głos, bo warszawski sfinks nie zwracał zupełnie uwagi na płeć przeciwną. Chyba że była kontuzjowana, tak jak ona teraz, lub stanowiła ciekawy przypadek medyczny.

Dukajski wyprzedził ją i puścił przodem, otwierając przed nią drzwi.

– Proszę iść do mojego gabinetu i zdjąć płaszcz – zakomenderował. – Wie pani, gdzie to jest. Przebiorę się i zrobimy to prześwietlenie.