Wydawca: My Book Kategoria: Humanistyka Język: polski Rok wydania: 2013

Autostopowicz i inne opowiadania ebook

Paweł Żuk

3.88888888888889 (18)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 142 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Autostopowicz i inne opowiadania - Paweł Żuk

Zbiór opowiadań, z pozoru przedstawiający naszą codzienność w krzywym zwierciadle. Ich bohaterowie przejawiają skrajnie różne postawy - od chciwości, pogardy dla drugiego człowieka, nietolerancji po życzliwość i wrażliwość na krzywdę. Wczytawszy się jednak nieco uważniej, zaczynamy odczuwać niepokój - to aby na pewno groteska, czy jednak rzetelnie opisana rzeczywistość?

Opinie o ebooku Autostopowicz i inne opowiadania - Paweł Żuk

Fragment ebooka Autostopowicz i inne opowiadania - Paweł Żuk

Paweł Żuk
Autostopowicz i inne opowiadania
© Copyright by Paweł Żuk 2013Projekt okładki: Agnieszka Wachnik
ISBN 978-83-7564-380-0
Wydawnictwo My Bookwww.mybook.pl
Publikacja chroniona prawem autorskim.Zabrania się jej kopiowania, publicznego udostępniania w Internecie oraz odsprzedaży bez zgody Wydawcy.

Autostopowicz

Niebo zasnute było popielatymi, gęstymi chmurami. Jednak nie padał deszcz ani śnieg. Powietrze przesycone wilgocią stało nieruchome. Panowała nieprzyjemna, smutna szaruga. Mrozu wprawdzie nie było, ale ziąb dawał się mocno we znaki.

Był 23 grudnia, a więc dzień przed Wigilią. Ludzie uwijali się jak w ukropie, wykonując ostatnie przedświąteczne obowiązki. Wiadomo: zakupy, prezenty, ubieranie choinki, przyrządzanie potraw, i tak dalej. Ja nie lubię świąt i całej tej rozgorączkowanej, podniosłej atmosfery towarzyszącej Bożemu Narodzeniu. Jest to dla mnie wszystko sztuczne i na pokaz. Dlatego dzień poprzedzający Wigilię postanowiłem spędzić poza domem i poza miastem. Postanowiłem wybrać się do mojego wieloletniego przyjaciela. Znaliśmy się od czasów szkoły podstawowej. Długie lata mieszkaliśmy na tym samym podwórku. Odkąd pamiętam, zawsze darzyliśmy się sympatią i zawsze świetnie się rozumieliśmy. Toteż mimo upływu lat nasza przyjaźń wciąż miała się dobrze.

Mój przyjaciel jakieś cztery lata temu, mając już dosyć wielkomiejskiego zgiełku, w cichej i bezludnej okolicy, wśród bagien, dziewięćdziesiąt kilometrów od miasta, kupił nieduży stary dom i w nim zamieszkał. Własnymi siłami wyremontował go i urządził. Żył tam obecnie z dwoma owczarkami niemieckimi i kochającą żoną. Prowadził żywot człowieka wolnego. Praca, pieniądze, pogoń za dobrami konsumpcyjnymi – wszystko to teraz było mu obce i niepotrzebne. Aj, jak mu cholernie zazdrościłem.

Jechałem powoli i ostrożnie, bo od zaledwie dwóch miesięcy posiadałem prawo jazdy. Nie czułem się jeszcze pewnie za kierownicą. Na szczęście ruch na drodze był niewielki. Jechałem i o niczym specjalnym nie myślałem – kierowanie samochodem pochłaniało wszystkie moje myśli. Nie byłem ani jakoś wielce zadowolony, ani jakoś bardzo zasmucony. Objęła mnie we władnie obojętność i swoiste, trudno wytłumaczalne znużenie.

Wyjechałem już z miasta i teraz mijałem różne wioseczki. Jedne prezentowały się okazalej, inne skromniej. Jedne były ładniejsze, inne brzydsze. Niektóre wsie składały się ze starych, zniszczonych typowo wiejskich budynków, a niektóre wyglądały jak zadbane, bogate willowe osiedla miejskie. Oczywiście mijałem też puste o tej porze roku czarne pola, ciągnące się rozległymi pasmami po horyzoncie. W oddali widziałem również ciemne, wysokie ściany lasów, które to albo zbliżały się do drogi, albo to znowu od niej się oddalały, znikając ostatecznie z pola widzenia.

Jechałem już ze trzydzieści minut i ponownie wjechałem do jakiejś kolejnej cichej i zaspanej wioski. Nagle zauważyłem stojącego na poboczu i niemrawo machającego ręką młodego chłopaka. Łapał stopa. Bez większego namysłu postanowiłem zabrać go ze sobą. Chłopak ubrany był w niebieskie spodnie dżinsowe, czarną zimową kurtkę i zabłocone czarne kozaki. Wyglądał na zmarzniętego. Nos i uszy mocno mu się czerwieniły. Zatrzymałem się tuż koło niego i przechylając się wzdłuż siedzenia, otworzyłem przednie drzwi od strony pasażera. Zanim jeszcze wsiadł do samochodu, spytałem go o wiek.

– Mam dwadzieścia jeden lat – odpowiedział potulnie, głosem matowym.

– A dokąd chcesz jechać?

– Do Wo-wa.

Wiedziałem, gdzie leży ta miejscowość. Było to małe miasteczko, położone kilka kilometrów przed wsią, w której mieszkał mój przyjaciel.

– Wskakuj! – rzuciłem głośno.

Chłopak pospiesznie zajął miejsce obok mnie. Ruszyliśmy. Siedząc grzecznie, bez ruchu, wzrok zanurzył w jakiś niewidzialny punkt na drodze. Trudno mi było z początku rozgryźć tego chłopaka. Sprawiał wrażenie rozumnego, który niejedno już widział i niejedno już wie. Twarz bladą, z silnie wystającymi kośćmi policzkowymi, miał nad wyraz poważną jak na swój młody wiek. Z jego dużych błękitnych oczu wyzierały łagodność, rozmarzenie i smutek. Nie był ani ładny, ani brzydki – był pospolity. Ale nosił w sobie to „coś”, co decyduje o wyjątkowości danej jednostki.

Przez pierwsze dziesięć minut jechaliśmy w milczeniu. I choć z natury jestem małomówny, po upływie tych pierwszych dziesięciu minut, czy to z grzeczności, czy to z ciekawości, postanowiłem zagadać mojego autostopowicza.

– Masz farta. Akurat wybieram się do kolegi mieszkającego niedaleko od miejsca, do którego ty się udajesz. Dlatego będę mógł cię podrzucić prosto do samego celu twojej podróży.

Chłopak popatrzył na mnie życzliwie, lekko się uśmiechnął i rzekł:

– Dziękuję panu. Szczęście jednak do końca mnie dzisiaj nie opuściło.

Moja obojętność dość szybko zaczęła gasnąć i znikać. Chłopak mnie zaintrygował. Zapragnąłem dowiedzieć się o nim czegoś konkretniejszego. Z początku zadawałem mu ogólnikowe pytania, pilnując się przy tym, aby nie przekroczyć jawnej granicy wścibskości. Lecz z czasem młody autostopowicz, dostrzegając widocznie moją ciekawość, ale chyba jeszcze bardziej samemu chcąc się zwierzyć, opowiedział mi o sobie i swoich bliskich. Mówił spokojnie, czasami tylko, gdy się zbytnio czymś podniecił, podnosił głos, a wtedy zaczynał się jąkać. Sądzę, że mówił szczerze, szczerze i otwarcie. Raczej nie kłamał. Zresztą, po co miałby kłamać? Oto historia jego i przede wszystkim jego rodziny. Oto, co mi opowiedział.

W naszym kraju trudne jest życie autostopowicza. Zwłaszcza w takim gorącym okresie przedświątecznym. Jutro Wigilia i ludzie zajęci są swoimi sprawami. Półtorej godziny machałem ręką i machałem, i dopiero pan się zatrzymał. Zmarzłem trochę, ale się udało. Jeszcze raz dziękuję.

Spóźniłem się na autobus, dlatego musiałem łapać stopa. Jadę do ojca. Od czterech lat tak średnio co miesiąc staram się go odwiedzać. Ojciec siedzi w pudle, no wie pan – w więzieniu. Na pięć lat go skazali. Przykra sprawa z tym moim starym. Żal mi go, naprawdę mi go żal. Zrobił straszną rzecz, ale mimo wszystko – to mój ojciec. A co mi tam?! Opowiem panu całą tę niewesołą i bolesną dla mnie historię.

Mój ojciec siedzi za morderstwo. Zabił swoją żonę, a moją matkę. Na pięć lat go skazali. Cztery lata już odsiedział. Dobry to jest człowiek i zawsze takim był. Pan pewnie sobie myśli: „Jak to?! Morderca swojej żony i matki swojego syna ma być dobrym człowiekiem?!”. A ja panu powiem, że może być.

Od kiedy pamiętam, w domu zawsze miałem wygodne życie. Dzieciństwo upłynęło mi beztrosko. Byłem naprawdę bardzo szczęśliwym dzieckiem. Rodzice troszczyli się i dbali o mnie. Spełniali każde moje dziecięce zachcianki. Teraz, z perspektywy czasu, mogę nawet stwierdzić, iż zbyt mocno mnie rozpieszczali. Choć oczywiście świetnie ich rozumiem. Byłem w końcu ich oczkiem w głowie – tym kochaniutkim, słodziutkim jedynakiem. I rosłem sobie, rosłem, nie sprawiając im jakichkolwiek problemów. Wręcz przeciwnie. W szkole dobrze się uczyłem, miałem dużo kolegów, zdrowie mi dopisywało. Cóż, nie zabrzmi to skromnie, ale rodzice mogli być ze mnie dumni.

Ojciec pragnął, żebym został lekarzem. Matka natomiast chciała, żebym wybrał zawód adwokata. Ani jednym, ani drugim nie będę. Miłość do Tołstoja, Dostojewskiego i Czechowa sprawiła, że obecnie studiuję filologię rosyjską. A co dalej? Zobaczymy. Co się zaś tyczy moich rodziców, z ich strony zawsze mogłem liczyć na dobre słowo, miłą pochwałę, mądre upomnienie i pożyteczną radę. Kochali mnie, to się czuło. Ale i kochali także siebie. Bardzo się kochali. Stanowili niesamowicie udaną parę małżeńską. Prawie nigdy się nie kłócili, wszelkie spory i nieporozumienia rozwiązywali poprzez spokojne, rzeczowe dyskusje. Poza tym, lubili spędzać ze sobą czas. Pamiętam, że często wieczorami siadali w kuchni przy drewnianym stole i popijając herbatę lub lampkę wina, rozmawiali do późnej nocy. Rozmawiali poważnie albo żartobliwie, a wtedy takim żartobliwym pogawędkom towarzyszył piskliwy chichot matki oraz dobroduszny, gromki śmiech ojca.

Byliśmy naprawdę szczęśliwą rodziną. Pewnie pan sobie teraz myśli: „Więc dlaczego to się stało?”. Widzi pan, żyjąc szczęśliwie, nie mając jakichkolwiek zmartwień, lecz przede wszystkim będąc bardzo młodym – no, nie oszukujmy się – będąc właściwie dzieckiem (gdy ojciec to zrobił, miałem szesnaście lat), pewnych rzeczy jeszcze nie umiałem i nie byłem w stanie dostrzec. Cały świat naokoło wydawał mi się prosty i nieskomplikowany. I tak samo było z ludźmi, a zwłaszcza z moimi rodzicami. Postrzegałem ich jako szczęśliwe osoby – nie zagłębiałem się w stany uczuciowe czy też psychikę moich rodziców. Myślałem, że świetnie żyje im się ze sobą. Jasne, matka i ojciec kochali się bardzo, jedno za drugim skoczyłoby w ogień. Jednak w pewnych kwestiach się nie dogadywali. Pewne różnice charakterów, pewne różnice osobowościowe i poniekąd różnice temperamentów sprawiły, że „zgrzyty” pomiędzy nimi istniały.

Widzi pan, moja matka była osobą atrakcyjną. Zgrabna blondynka, wzrostu średniego, z ładną twarzą, niebieskimi dużymi oczami i gęstymi kręconymi włosami. Nawet będąc małym chłopcem, dawałem się oczarować temu jej zewnętrznemu urokowi. Matka była osobą rozsądną i mądrą. Dużo czytała, na każdy temat potrafiła wiele powiedzieć, a przy tym zachowywała naturalną swobodę i skromność. Odznaczała się pogodnym usposobieniem. Lubiła się śmiać i żartować. Łatwo nawiązywała kontakty międzyludzkie. Można z nią było interesującą porozmawiać i świetnie się pobawić. Słowem: kobieta marzenie! Stąd nietrudno się dziwić, że mój ojciec za nią szalał. On też był mądrym i przystojnym człowiekiem. Ale brakowało mu tego polotu, tej łatwości bycia z ludźmi, tej otwartości w stosunku do innych, tego wszystkiego, co tak bardzo było charakterystyczne dla niej. Matka umiała i lubiła przebywać wśród ludzi. Ojciec natomiast nie był towarzyski. Owszem, jak znajdował się z nami, ze mną i matką, był szczęśliwy, radosny, zachowywał się spontanicznie i luźno. Ale już wobec wszystkich innych osób przybierał pozę poważnego, cichego jegomościa. Innych traktował z chłodnym dystansem. I ci inni z pewnością musieli go postrzegać jako sobka, aroganta, pyszałka. A ojciec był po prostu typowym introwertycznym mężczyzną.

Ojciec tylko z nami czuł się dobrze. Dlatego, mimo że tego nie pokazywał, sądzę, iż był bardzo niezadowolony, gdy matka spotykała się z jakimiś koleżankami, dalszą rodziną – i w ogóle, gdy jej nie było obok niego. Wtedy to, jak przypuszczam, opanowywało go chorobliwe uczucie zazdrości. Po dziś dzień nie potrafię tego zrozumieć – jak taki mądry, rozsądny, no i wyrozumiały człowiek, jakim był mój ojciec, mógł tak łatwo dać obezwładniać się głupiej, irracjonalnej zazdrości? Może to był z jego strony przejaw skrajnego egoizmu? Nie wiem. Najgorsze było jednak to, że ta zazdrość z czasem zaczęła wpływać na jego postrzeganie rzeczywistości.

Domyśla się już pan, o co chodzi. Tak, tak. Ojciec coś sobie głupiego w głowie ubzdurał. Oczywiście, przypuszczenia jego były fałszywe. Moja matka go kochała i nigdy by go nie zdradziła. Miała naturę towarzyską i tylko tyle. Ojciec jednak w tamtym czasie stał się już bezbronnym zakładnikiem swojej zazdrości. A jak wiemy z literatury, no i z życia: gorąca miłość i wielka zazdrość stanowią niebezpieczną mieszankę wybuchową. Tak czy inaczej, ojciec powziął fałszywe podejrzenia, że moja matka zdradza go w pracy. Miała tam wprawdzie jakiegoś bliskiego kolegę, ale jak się potem okazało, łączyła ich zwykła nić przyjaźni. Od czasu do czasu wyskoczyli razem na kawę, i tylko tyle – albo aż tyle.

W każdym bądź razie pewnego jesiennego wieczoru matka wybrała się na spotkanie z dwiema koleżankami, które znała chyba jeszcze z czasów studiów. Nie wiem, jak to się stało – czy zapomniała, czy nie zdążyła tego zrobić, lecz na jej nieszczęście nie poinformowała o tym spotkaniu ojca. Pamiętam to jak dziś. Dochodziła dwudziesta trzecia, a jej wciąż nie było w domu. Ja jeszcze nie spałem. Jadłem w kuchni późną kolację. A ojciec siedząc głęboko w fotelu, w pokoju stołowym, przy zgaszonym świetle, wyglądał, jakby spał. Jakby sen dopadł go w fotelu. Bałem się. Ojciec nie był sobą. Od kilku godzin nic nie mówił i zachowywał się niczym lunatyk. Chodził bez celu po mieszkaniu lub siedział nieprzytomnie w fotelu. Jego twarz miała wyraz debilizmu, albo jeszcze czegoś gorszego. Prawie w ogóle nie mrugał powiekami, a znowu policzki jakoś nienaturalnie nadymał.

Kilka minut przed północą, lekko wstawiona, przyszła matka. Ojciec nie ruszał się z fotela. Ona uśmiechnięta, wesoła, przywitała się najpierw ze mną, a następnie udała się do pokoju, do ojca. Zapaliła światło, popatrzyła na niego i jak nie buchnie gromkim śmiechem.

– A to co!? Tak ci się spać chciało, że pomyliłeś fotel z łóżkiem? – spytała żartobliwie.

Ojciec otworzył oczy, ale twarz wciąż miał surową i groźną.

– Gdzie byłaś? – spytał krótko.

– Ooo, widzę, że mój mąż nie jest dziś w humorze. – Matka w dalszym ciągu ciągnęła żartobliwie. Nie była przyzwyczajona do takiego tonu ojca i do takiego jej traktowania. On zawsze w stosunku do niej był łagodny i miły. Dlatego po chwili, widać mocno zaskoczona, już poważnie odpowiedziała: – Byliśmy z A. i B. w knajpce na piwie.

Chciała jeszcze coś powiedzieć, ale w tym momencie ojciec zerwał się gwałtownie z fotela, podleciał dwa kroki do niej, chwycił ją za ramię i rzucił na fotel, na którym on sam przed chwilą siedział. Pech chciał, że fotel stał oparty o ścianę. I matka padając na fotel, uderzyła głową o ścianę. Upadła. Straciła przytomność. Jak się okazało, niezbyt silne uderzenie wywołało pęknięcie tętniaka. Zdążyła jeszcze przyjechać karetka pogotowia, lecz było już za późno. Matka zmarła. Na pogrzebie były tłumy ludzi.

Do rozpoczęcia rozprawy ojciec przesiedział kilka miesięcy w areszcie. Schudł od razu piętnaście kilo, zapadł się w sobie. Skóra na twarzy mu pożółkła i pomarszczyła się, a włosy osiwiały. Postarzał się strasznie. Dostał pięć lat za nieumyślne spowodowanie śmierci. Nie bał się więzienia. Nie obchodziło go kompletnie, czy pójdzie siedzieć na rok, na pięć czy piętnaście lat. Zobojętniał całkowicie, zamknął się w sobie. On po prostu najgorszą z możliwych kar już poniósł: zabił osobę, którą szalenie kochał. Choć tak naprawdę trudno mówić tu o zamierzonej zbrodni. To był nieszczęśliwy wypadek. Stało się. Ani ja, ani pan, ani ktokolwiek inny już tego nie odwróci.

O, widzę, że już jesteśmy na miejscu. Widać więzienie. Tam w lewym skrzydle na trzecim piętrze siedzi ojciec. W celi numer pięćdziesiąt dwa. A tam po prawej stronie, w tym dużym pawilonie znajduje się sala spotkań.

Proszę się tutaj zatrzymać, a ja ten kawałek to już dojdę. Dziękuję bardzo panu. Bez pana pewnie bym tak szybko nie dojechał. Jeszcze raz dziękuję. Do widzenia.

Gniew

– Ale pogoda! Nic tylko pada i pada – wyrzuciła z siebie ze złością Mariola, wyglądając przez okno swojej kuchni. Mariola była zgrabną, atrakcyjną blondynką, w wieku około czterdziestu lat. Patrząc przez okno, w prawej dłoni trzymała szklankę z czarną jak smoła kawą. Ubrana w zielony bawełniany szlafrok i czarne kapcie, groźnie lustrowała podwórko, na którym nikogo nie było. Postronny obserwator widząc Mariolę w tym momencie, mógłby odnieść wrażenie, że jest ona jędzowatą, znudzoną paniusią. I w rzeczy samej miałby rację, bo taka właśnie jest ta blondynka o długich włosach do ramion: jędzowata i znudzona.

– Mieszkamy tu już trzeci miesiąc, a wciąż jeszcze nikogo dobrze nie znamy. – Mariola głosem ściszonym i pełnym pretensji mówiła dalej. – Nie znamy żadnych sąsiadów. Nie wiem nawet, kto na naszym piętrze mieszka. – Zamilkła na parę sekund, po czym gwałtownie wybuchła i z wyczuwalną odrazą wykrzyknęła: – Jedynie znam z widzenia, tego… tego oniemiałego, głupkowatego sprzątacza!

– To jest dozorca naszej bramy, kochanie – wtrącił flegmatycznie około czterdziestopięcioletni, niski, otyły mężczyzna. Ubrany był w szykowną popielatą marynarkę, sztruksowe spodnie tego samego koloru oraz czarne skórzane buty. Mężczyzna ten był mężem Marioli. Na imię miał Bernard.

– Nieważne, jak go nazwę: dozorca czy sprzątacz. Wszystko jedno! – Kobieta wciąż wypowiadała słowa podniesionym głosem. – Mnie tylko chodzi o to, że on dla mnie jest pomyleńcem. Widziałeś jego oczy? Poza tym on w ogóle się nie uśmiecha, a jak patrzy na człowieka, to tak, jakby chciałby mu wbić nóż w plecy!

– Przesadzasz, kochanie. Dozorca jak dozorca. Czego ty oczekujesz po kimś, kto zamiata ulice. Oni wszyscy są tacy.

Mariola i Bernard zamilkli. Ona w dalszym ciągu wpatrywała się przez okno w puste podwórko. On tymczasem zabrał się za jedzenie śniadania w postaci talerza musli z mlekiem. Po osiemnastu latach wspólnego małżeństwa przyzwyczaili się już do siebie. Bernard doskonale zdawał sobie sprawę, że jego żona jest zblazowaną, nieco rozhisteryzowaną, zgryźliwą i w gruncie rzeczy tępą osobą. Więc dlaczego z nią żył? Tak mu było po prostu wygodnie. Mógł pochwalić się ładną żoną na zewnątrz, a jednocześnie łatwo potrafił ją oszukiwać i manipulować. Poza tym ona była mu posłuszna i nie miała wygórowanych oczekiwań. Pasowało to bardzo Bernardowi. A Mariola? Poślubiła go, ponieważ wiedziała, że sama nie da sobie rady w życiu. Mogła się związać z pierwszym lepszym, byle tylko zapewnił jej godziwą egzystencję. Bernard jako pierwszy na poważnie poprosił ją o rękę, dlatego nie zastanawiając się długo, przyjęła jego oświadczyny. Może nie był przystojny, ale cóż. Zarabiał dobrze, wykazywał się zaradnością, stąd w mniemaniu Marioli nadawał się na „dobrego męża”.

Małżonkowie mieli trójkę dzieci. Najmłodszym z nich był piętnastoletni Antoś – arogancki, cyniczny smarkacz, który całymi dniami przesiadywał przed komputerem. Nie interesował się niczym, nie miał żadnych kolegów, chodził do prywatnej szkoły, z której bardzo często wagarował.

Osiemnaście lat liczyła Andżelika, kolejne dziecko Bernarda i Marioli. Była to próżna i głupia dziewczyna, z wyglądu i charakteru podobna do matki. Wolny czas spędzała na chodzeniu po sklepach i po dyskotekach. Jak przystało na głupią i próżną istotę, miała o sobie wyjątkowo pozytywne wyobrażenie. Żyła bowiem w przekonaniu, że jest mądra i piękna, i w ogóle – najlepsza pod każdym względem. Pragnęła zostać aktorką, a jak nie aktorką, to przynajmniej znaną dziennikarką. Też chodziła do prywatnej szkoły, w której niemiłosiernie się nudziła.

Trzecim dzieckiem była siedemnastoletnia Weronika. Między nią a jej rodzicami i rodzeństwem nie dawało się zaobserwować jakichkolwiek podobieństw. Weronika wyraźnie różniła się od pozostałych członków najbliższej rodziny. Miała ciemne, kręcone włosy i piwne oczy. Odznaczała się pulchną budową ciała, ale z twarzy była bardzo urodziwa. Łagodne spojrzenie, małomówność i poważny sposób bycia – to były chyba trzy główne cechy, które najbardziej rzucały się w oczy u tej siedemnastolatki. Co ciekawe, tak młoda osoba unikała kontaktu ze swoim rodzeństwem, a nawet z rodzicami. Szczególnie wobec matki okazywała chłodny dystans. W odpowiedzi reszta