Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
"Aurelia. Taniec stali” to opowieść o młodej kobiecie zmuszonej do życia gladiatorki w potężnym Imperium, w którym prawo, niewolnictwo i arena są częścią codziennego porządku. Jej los splata się z losem senatora Marcusa oraz władcy, którego zbrodnie stoją w paradoksalnej sprzeczności z jego skutecznymi rządami.
To historia przede wszystkim o wolności, władzy i moralnych wyborach — o ludziach poddanych naciskowi systemu i o tym, kim okazują się wtedy, kiedy muszą wybierać.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 394
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © Karolina Kalata
Wszelkie prawa zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody wydawcy jest zabronione.
Wydanie I
ISBN 978-83-982882-0-0
Karolina Kalata
2026
PROLOG — Noc, która odebrała jej wszystko
ROZDZIAŁ I — Dziewięć lat później
ROZDZIAŁ II — Człowiek, który nie powinien był się zatrzymać
ROZDZIAŁ III — Ostrze
ROZDZIAŁ IV — Taniec łowczyni
ROZDZIAŁ V — Pytania
ROZDZIAŁ VI — Włócznia
ROZDZIAŁ VII — Przed areną
ROZDZIAŁ VIII — Taniec włóczni
ROZDZIAŁ IX — Blizna
ROZDZIAŁ X — Czas
ROZDZIAŁ XI — Dom nad morzem
ROZDZIAŁ XII — Zaproszenie
ROZDZIAŁ XIII — Barwy wojenne
ROZDZIAŁ XIV — Uczta
ROZDZIAŁ XV — Próba
ROZDZIAŁ XVI — Błoto
ROZDZIAŁ XVII — Przed ciszą
ROZDZIAŁ XVIII — Nieprzewidziane
ROZDZIAŁ XIX — Oferty
ROZDZIAŁ XX — Warunki
ROZDZIAŁ XXI — Wspólny rytm
ROZDZIAŁ XXII — Zgranie
ROZDZIAŁ XXIII — Dwa dni
ROZDZIAŁ XXIV — Czterech
ROZDZIAŁ XXV — Gorączka
EPILOG — Przed świtem
Prawa autorskie
Title Page
Cover
Table of Contents
Aurelia miała piętnaście lat, kiedy nauczyła się, że pałac może umrzeć w ciągu jednej nocy.
Nie było ostrzeżenia. Nie było trąb. Podniesionych głosów straży. Posłańców biegnących przez korytarze.
Zamach rozpoczął się wtedy, kiedy większość mieszkańców pałacu spała i kiedy nawet najbardziej czujny człowiek potrzebował kilku chwil, żeby zrozumieć, że cisza wokół niego nie jest zwyczajną ciszą.
Pierwszym dźwiękiem, który Aurelia zapamiętała, nie był krzyk.
Był nim tępy huk. Potem następny.
I jeszcze jeden.
Leżała przez moment nieruchomo, próbując zrozumieć, co słyszy. Dźwięk dochodził gdzieś z głębi pałacu. Głuchy. Regularny.
Jakby ktoś z ogromną cierpliwością otwierał kolejne drzwi.
Tyle że za tymi drzwiami ginęli ludzie. Aurelia usiadła.
W komnacie było ciemno. Przez wysokie okna wpadała blada poświata księżyca. Na korytarzu powinien stać strażnik.
Nie słyszała go. Odrzuciła przykrycie i postawiła bose stopy na zimnej posadzce.
Wtedy usłyszała krzyk.
Krótki.
Urwany niemal natychmiast. Nie pomyślała o sandałach ani o płaszczu. Otworzyła drzwi i wybiegła na korytarz.
Strażnik leżał kilka kroków dalej.
Na początku patrzyła na niego, nie rozumiejąc, dlaczego znajduje się na ziemi. Dopiero po chwili zobaczyła ciemną plamę rozlewającą się pod jego ciałem.
Nie ruszał się. Aurelia zatrzymała się.
Z przeciwnego końca korytarza wyszło kilku uzbrojonych mężczyzn.
Nie biegli.
Nie krzyczeli. Nie wyglądali jak ludzie, którzy wtargnęli do pałacu i nie wiedzą, co zastaną za następnymi drzwiami.
Szli spokojnie. Jeden wskazał boczne przejście. Dwóch pozostałych natychmiast skręciło. Nie padło ani jedno zbędne słowo.
Aurelia cofnęła się w cień. Wtedy zrozumiała.
To nie był bunt. Nie był to również chaotyczny zamach ludzi liczących na szczęście.
To była egzekucja. Ktoś wiedział, gdzie rozmieszczono straże.
Kto spał w którym skrzydle. Które przejścia prowadziły do apartamentów rodziny cesarskiej.
Które drzwi można było zamknąć od zewnątrz. I ilu ludzi należało postawić przy każdej z bram.
Ktoś przygotował tę noc dużo wcześniej. Aurelia pomyślała o rodzicach.
Pobiegła.
Nie znała jeszcze rozmiaru tego, co się działo. Wiedziała tylko, że musi dostać się do głównego skrzydła.
Z każdym kolejnym korytarzem było gorzej. Jedne drzwi pozostawały zamknięte.
Inne stały otwarte.
Przy ścianie leżał człowiek ze służby. Dalej zobaczyła dwóch strażników. Jeden jeszcze żył. Próbował unieść głowę, ale opadła z powrotem na kamień.
Nie zatrzymała się.
Skręciła.
W głębi pałacu rozległ się kolejny krzyk. Potem kilka naraz.
Aurelia przyspieszyła. Kiedy dotarła do głównego skrzydła, wielkie drzwi były otwarte.
Za nimi zobaczyła coś, czego przez następne lata nie potrafiła wyrzucić z pamięci.
Jej stryj, Klaudiusz Valerius, leżał na marmurowej posadzce.
Cesarz.
Człowiek, którego przez całe życie widziała otoczonego strażą, senatorami, sekretarzami i generałami. Człowiek, przed którym pochylali głowy namiestnicy prowincji.
Teraz leżał sam. Krew spływała spod jego ciała cienką strużką i wypełniała szczeliny między jasnymi płytami.
Nad nim stał Cassius. Aurelia przestała oddychać.
Jej kuzyn nie wyglądał jak człowiek ogarnięty gniewem. To właśnie zapamiętała najlepiej.
Nie krzyczał. Nie drżały mu ręce.
Nie wyglądał nawet jak ktoś, kto przed chwilą patrzył na śmierć własnego ojca.
Był spokojny. Cassius odwrócił głowę w stronę jednego z oficerów.
— Skrzydło wschodnie. Nikt nie może stamtąd wyjść.
— Tak, panie.
Żołnierze ruszyli natychmiast. Cassius spojrzał jeszcze raz na ciało ojca.
W jego twarzy nie było żalu. Nie było również satysfakcji.
To przeraziło Aurelię bardziej. Patrzył na martwego cesarza jak na zakończoną część planu.
Cofnęła się.
Wtedy zobaczyła własnego ojca. Stał kilka kroków dalej.
Jeszcze żył.
Miał miecz, ale wokół niego znajdowało się zbyt wielu ludzi.
Jej ojciec był głównym generałem wojsk imperialnych. Przez całe dzieciństwo Aurelia widziała, jak żołnierze prostują plecy, kiedy przechodził. Słyszała opowieści o bitwach, które wygrał, i oblężeniach, które przeżył.
Jako dziecko uważała, że człowiek taki jak on nie może umrzeć.
Teraz po raz pierwszy zobaczyła, jak bardzo była dzieckiem.
Ojciec odwrócił głowę.
Zobaczył ją.
Ich spojrzenia spotkały się ponad ramionami żołnierzy. Aurelia zrobiła pół kroku w jego stronę.
Natychmiast pokręcił głową.
Jeden ruch.
Prawie niedostrzegalny. Nie wypowiedział jej imienia.
Nie musiał.
Uciekaj.
A potem Aurelia zobaczyła w jego twarzy coś, czego nigdy wcześniej tam nie widziała.
Strach.
Nie o siebie.
O nią.
Jeden z żołnierzy ruszył. Ojciec Aurelii zaatakował pierwszy.
Nie próbował wygrać. Aurelia zrozumiała to dopiero później.
Próbował kupić jej czas.
Uderzył najbliższego przeciwnika, zepchnął drugiego na ścianę i przeszedł między nimi, zanim pozostali zdążyli zamknąć przestrzeń.
Przez kilka sekund wyglądało to niemal tak, jakby rzeczywiście mógł się przebić.
Nie mógł.
Było ich zbyt wielu. Pierwsze ostrze trafiło go w bok.
Drugie w ramię. Zachwiał się, ale nie upadł.
Jeszcze raz podniósł miecz. Cassius obserwował.
Bez ruchu.
Bez jednego słowa. Ojciec Aurelii uderzył ponownie.
Ktoś zaszedł go z boku. Kolejny cios.
Tym razem kolana ugięły się pod nim. Aurelia przycisnęła dłoń do ust.
Nie mogła krzyknąć. Nie mogła nawet nabrać powietrza.
Cassius spojrzał na generała leżącego na posadzce.
— Zakończyć.
Jeden z żołnierzy wykonał rozkaz. Ojciec Aurelii upadł niedaleko swojego brata.
I już się nie podniósł. Aurelia cofnęła się.
Raz.
Drugi.
Nikt jeszcze jej nie zauważył. Odwróciła się i pobiegła.
Nie pamiętała później wszystkich korytarzy. Pamiętała obrazy.
Krew na kamieniu. Otwarte drzwi.
Kobietę ze służby siedzącą pod ścianą i przyciskającą obie dłonie do brzucha.
Mężczyznę próbującego wyważyć zamknięte drzwi. Dziecko płaczące gdzieś w jednej z komnat.
Żołnierza, który minął ją na skrzyżowaniu korytarzy i nawet nie spojrzał w jej stronę.
Biegła.
Bose stopy ślizgały się po gładkiej posadzce. Nie wiedziała już, dokąd zmierza.
Chciała tylko znaleźć matkę. Znalazła ją na dziedzińcu.
Matka próbowała przedostać się do bocznej bramy.
Była sama.
Jeden z żołnierzy dogonił ją od tyłu. Aurelia zobaczyła go pierwsza.
— Mamo!
Kobieta odwróciła głowę. Żołnierz pchnął włócznię.
Nie było w tym nic widowiskowego. Krótki ruch obu rąk.
Grot wszedł w ciało. Matka Aurelii zatrzymała się.
Przez moment stała, jakby nie rozumiała, co się wydarzyło.
Potem spojrzała w dół. Żołnierz wyrwał włócznię.
Osunęła się na kamień. Aurelia krzyknęła.
Tym razem nie potrafiła tego zatrzymać. Żołnierz odwrócił się.
Zobaczył ją.
Ich spojrzenia spotkały się. Mężczyzna zawahał się tylko na ułamek sekundy.
Potem zacisnął dłonie na drzewcu. Aurelia wiedziała, co zrobi.
Była następna. Coś w niej pękło.
Nie odwaga.
Nie rozsądek. Po prostu ostatnia część umysłu, która jeszcze próbowała zrozumieć tę noc.
Odwróciła się.
Pobiegła.
Przez dziedziniec. Między drzewami ogrodu.
W stronę bocznej bramy. Usłyszała za sobą krzyk.
Nie wiedziała, czy żołnierz woła do niej, czy przyzywa innych.
Nie obejrzała się. Biegła dalej.
Kamień pod stopami zmienił się w ziemię. Gałęzie uderzały ją po twarzy. Nocna koszula zahaczyła o krzew i rozdarła się przy udzie.
Nie zatrzymała się. Boczna brama była otwarta.
Nie wiedziała dlaczego. Nie zastanawiała się.
Przebiegła przez nią. Dopiero za murem poczuła zimno.
I wtedy po raz pierwszy spojrzała za siebie. Pałac nie płonął.
Z daleka mógł wyglądać niemal tak samo jak każdego innego wieczoru.
Setki lamp rozświetlały okna. Kamienne ściany stały nieruchomo. Wieże rysowały się ciemno na tle nieba.
Tylko dobiegające ze środka krzyki mówiły prawdę. Aurelia patrzyła przez kilka sekund.
Tam został jej ojciec.
Matka.
Stryj.
Dom.
Nazwisko.
Całe życie, które jeszcze godzinę wcześniej uważała za coś trwałego.
Nie mogła po nich wrócić. Nie mogła nikogo uratować.
Mogła zrobić tylko jedną rzecz.
Zniknąć.
Odwróciła się od pałacu i ruszyła w ciemność. Miała piętnaście lat.
Nie wiedziała, dokąd pójdzie. Nie wiedziała, komu może zaufać.
Nie wiedziała nawet, czy przed świtem Cassius będzie już wiedział, że jednej osoby brakuje.
Wiedziała tylko, że jeśli chce przeżyć, od tej chwili nie może już być Aurelią.
Dziewięć lat później nadal nią nie była. A przynajmniej tak miało się wydawać wszystkim innym.
Dziewięć lat wystarczyło, żeby człowiek nauczył się znikać.
Aurelia nauczyła się tego bardzo dobrze.
Nie od razu.
Przez pierwsze miesiące po ucieczce popełniała błędy. Oglądała się za często. Zbyt długo przyglądała się żołnierzom. Prostowała plecy, kiedy ktoś wydawał jej polecenie. Mówiła w sposób, którego nie używały dziewczęta wychowane na wsi. Raz odruchowo poprawiła człowieka starszego od siebie, kiedy źle wymówił nazwę jednej z południowych guberni.
Potem przestała. Człowiek uczył się szybko, kiedy ceną błędu było życie.
Najpierw pozbyła się rzeczy. Potem nawyków.
Na końcu imienia. Aurelia została w miejscu, z którego uciekła jako piętnastoletnia dziewczyna.
Dla świata była Arią. Bez nazwiska.
Bez rodziny.
Bez przeszłości, którą warto byłoby sprawdzać. Miała dwadzieścia lat.
Tak przynajmniej mówiła. Naprawdę była starsza o cztery.
Tego ranka nie myślała jednak ani o jednym, ani o drugim.
Myślała o mące.
— Jeszcze dwa.
Aria spojrzała na worki.
— Mówiłeś to trzy worki temu.
Młynarz nawet się nie odwrócił.
— Wtedy kłamałem.
— Teraz też.
— Teraz jestem właścicielem młyna. To nie kłamstwo. To zarządzanie.
Aria prychnęła cicho. Chwyciła worek.
Był ciężki. Za ciężki, żeby podnieść go wygodnie, więc nie próbowała. Przechyliła go, wsunęła pod spód biodro i dopiero wtedy zarzuciła na ramię.
Młynarz zerknął na nią.
— Kiedyś ci coś pęknie.
— Tobie wcześniej.
— Mnie już wszystko pękło.
To akurat mogło być prawdą.
Miał ponad sześćdziesiąt lat, lewe kolano sztywne od dawnego urazu i dłonie tak szerokie, jakby całe życie wyrabiał nimi kamień zamiast pracować przy ziarnie.
Aria znała go od kilku lat. Nie wiedziała dokładnie, dlaczego pozwolił jej zostać.
Kiedy pojawiła się we wsi, była wychudzoną dziewczyną z brudnymi włosami, podartą suknią i historią, która nie wytrzymywała więcej niż dwóch pytań.
Młynarz zadał jedno.
— Umiesz pracować?
Powiedziała, że tak.
Nie umiała.
Nauczyła się. Najpierw nosić wodę.
Potem czyścić ziarno. Rozpoznawać wilgoć po zapachu.
Wiedzieć, kiedy kamienie młyńskie wymagają regulacji, zanim ich zgrzyt usłyszą inni.
Naprawiać worki. Liczyć tak, żeby nikt nie zauważył, że liczy zbyt dobrze.
To ostatnie było trudniejsze, niż powinno. Młyn pracował od świtu.
Ciężkie koło obracało się jednostajnie. Drewniana konstrukcja skrzypiała przy każdym obrocie, a w powietrzu wisiał drobny pył. Osadzał się na włosach, ubraniach, skórze. Po kilku godzinach wszyscy wyglądali podobnie.
Aria to lubiła. Mąka była dobrym przebraniem.
Tego dnia miała na sobie prostą, spraną tunikę i stary pas. Włosy związała niedbale z tyłu. Kilka krótkich pasm przykleiło się do wilgotnego czoła.
Nikt, kto zobaczyłby ją teraz, nie szukałby w niej krewnej cesarza.
O to chodziło. Przez dziewięć lat zrozumiała jedną rzecz lepiej niż wszystkie nauki, które kiedyś próbowano jej wtłoczyć do głowy.
Nie trzeba wyglądać jak ktoś inny. Trzeba wyglądać jak nikt.
Na wsi było to łatwiejsze.
Leżała daleko od stolicy i jeszcze dalej od dróg, którymi zwykle przemieszczali się urzędnicy. Jedna z setek osad rozsianych po guberni, zbyt mała, żeby interesować kogokolwiek poza poborcą podatków, handlarzami zbożem i ludźmi odpowiedzialnymi za wojskowe dostawy.
Imperium miało dwadzieścia cztery gubernie.
Aria przez dziewięć lat nauczyła się, że można w nim przeżyć, nie mając pojęcia, kto zarządza dwudziestoma trzema pozostałymi.
Tutaj ludzi interesował deszcz.
Cena ziarna.
Stan drogi.
To, czy młyn będzie pracował. I ilu młodych mężczyzn zabierze kolejny pobór.
Cesarz istniał daleko. Wojsko znacznie bliżej.
Aria nauczyła się żyć właśnie w tej różnicy. Nie mówiła o polityce.
Nie pytała o stolicę. Kiedy docierały wieści, słuchała tyle samo co inni.
Nigdy więcej.
Czasami kupcy przywozili informacje o zmianie gubernatora, wojnie na granicy albo nowym podatku. Innym razem mówili o uroczystościach w większych miastach, szczególnie kiedy zbliżało się święto bogini łowów i handel na kilka dni ożywał.
Aria słuchała. Potem wracała do pracy.
Bogowie byli bezpieczniejszym tematem niż cesarz. Zresztą tutaj nawet o bogach mówiło się głównie wtedy, kiedy dawało to powód do dnia wolnego, uczty albo targu.
Jej to odpowiadało. Wszystko jej odpowiadało, jeśli pozwalało zostać niezauważoną.
Wieczorami było trudniej. Młynarz sądził, że chodzi nad rzekę.
Czasem rzeczywiście chodziła.
Najczęściej skręcała wcześniej, przechodziła między drzewami i docierała do niewielkiej polany, której z drogi nie było widać.
Tam ćwiczyła. Nie codziennie.
Regularność była ryzykiem. Nie z prawdziwą bronią.
Broń również była ryzykiem. Używała dwóch kijów o długości zbliżonej do mieczy, z którymi kiedyś uczono ją walczyć.
Powtarzała ruchy.
Pracę nóg.
Zmiany kierunku.
Uniki.
Ciosy.
Nie dlatego, że przygotowywała się do powrotu. Nie przygotowywała się do niczego.
Nie miała planu. Nie chciała odzyskiwać pałacu.
Nie układała w głowie zemsty. Nie czekała, aż nadejdzie właściwy moment.
Chciała przeżyć.
Tylko tyle.
Ćwiczyła, ponieważ dziewięć lat wcześniej nauczyła się, że między życiem a śmiercią czasami zostaje kilka sekund i to, co potrafi zrobić ciało.
Poza tym pamiętała ojca. Tego nie umiała z siebie usunąć.
Mogła zmienić imię. Mogła zmienić sposób mówienia.
Mogła nauczyć się nosić worki z mąką i spać na sienniku.
Nie potrafiła zapomnieć jego głosu. Dlatego ćwiczyła.
A potem wracała do młyna i następnego ranka znowu była Arią.
Tego dnia wszystko miało pozostać dokładnie takie samo. Do chwili, kiedy zaszczekały psy.
Pierwszy odezwał się pies młynarza. Potem drugi z gospodarstwa przy drodze.
Po chwili następny. Aria odstawiła pusty kosz.
Młynarz uniósł głowę. Skrzypienie koła nie ustawało.
— Ktoś jedzie — powiedział jeden z pomocników.
Aria już patrzyła. Na drodze pojawili się jeźdźcy.
Sześciu.
Nie.
Siedmiu.
Jeden prowadził dodatkowego konia. Aria nie ruszyła się.
To było pierwsze, czego nauczyła się po ucieczce. Kiedy się boisz, nie patrz jak ktoś przestraszony.
Jeźdźcy zbliżali się spokojnie. Nie wyglądali jak żołnierze.
To Aria rozpoznała od razu. Żołnierze nawet daleko od jednostki zachowywali pewne nawyki. Odległości między końmi. Sposób noszenia broni. Porządek.
Ci jechali luźno. Mieli miecze, pałki i noże. Dwóch nosiło skórzane pancerze. Jeden miał fragment kolczugi osłaniający barki.
Broń nie była jednak najważniejsza. Najważniejsze było to, jak patrzyli.
Na zabudowania.
Na ludzi.
Na konie.
Oceniali.
Młynarz zaklął pod nosem.
— Do środka — powiedział.
Nikt się nie poruszył.
— Słyszeliście?
Jego młodszy pomocnik pobladł.
— Kto to?
Młynarz patrzył już na jadących.
— Łowcy.
Jedno słowo wystarczyło. Aria poczuła ucisk w żołądku.
Handel niewolnikami był legalny. Porywanie wolnych ludzi nie.
Tyle mówiło prawo. Prawo działało jednak tylko tam, gdzie był ktoś gotowy je wyegzekwować.
Do najbliższego posterunku było kilka godzin drogi. Do następnej wsi mniej.
Jeśli ci ludzie znikną przed wieczorem, później wystarczy powiedzieć, że zabrani byli zbiegłymi niewolnikami.
Albo dłużnikami. Albo przestępcami.
Dokumenty można było kupić. Świadków zastraszyć.
Człowieka sprzedać. Imperium było dobrze zorganizowane.
To nie znaczyło, że było sprawiedliwe. Jeźdźcy zatrzymali się przed młynem.
Pierwszy zeskoczył z konia.
— Kontrola cesarska!
Aria prawie się uśmiechnęła. Prawdziwa kontrola przyjechałaby z oznaczeniami guberni, pisarzem i co najmniej kilkoma żołnierzami.
Ci mieli liny. Młynarz wiedział to samo.
— Dokumenty — powiedział.
Mężczyzna spojrzał na niego.
— Co?
— Skoro cesarska, pokaż dokumenty.
To był błąd.
Aria wiedziała o tym od razu. Mężczyzna podszedł i uderzył go pięścią w twarz.
Młynarz zachwiał się.
— Oto dokument.
Dwóch pozostałych zsiadło z koni. Jeden spojrzał na młodą kobietę stojącą przy studni.
Drugi na syna młynarza. Aria poczuła, że jej oddech zwalnia.
Nie ze spokoju.
Ze strachu.
Jej ciało zawsze robiło to samo. Im bardziej się bała, tym mniej było to po niej widać.
Jeden z pomocników rzucił się do ucieczki. Pobiegł w stronę zabudowań.
Nie zrobił nawet dziesięciu kroków. Łowca dopadł go od tyłu i uderzył pałką pod kolano.
Chłopak runął. Drugi cios dostał w plecy.
Młynarz ruszył.
— Zostaw go!
Aria wyciągnęła rękę.
Za późno.
Stary człowiek dostał pięścią w brzuch, potem w twarz. Upadł na kolana.
Aria zrobiła krok. Zatrzymała się.
Nie.
Nie mieszaj się.
Myśl.
Siedmiu.
Cztery konie blisko.
Trzy dalej.
Droga na północ otwarta. Las niecałe pół mili.
Jeżeli ruszy teraz—
— Ty.
Znieruchomiała. Jeden z mężczyzn patrzył na nią.
Nie był tym, który uderzył młynarza.
Młodszy.
Mocny.
Blizna nad prawym okiem.
— Podejdź.
Aria spuściła wzrok.
— No już.
Nie ruszyła się. Mężczyzna podszedł.
Poczuła zapach potu, skóry i kwaśnego wina.
— Głucha?
— Nie.
— To chodź.
Złapał ją za ramię.
Mocno.
Za mocno.
Odruch przyszedł wcześniej niż myśl. Aria obróciła przedramię w kierunku jego kciuka, wyrwała rękę z chwytu i jednocześnie przesunęła ciężar ciała.
Mężczyzna spróbował złapać ją ponownie. Łokieć Arii trafił go pod szczękę.
Krótko.
Bez zamachu.
Zachwiał się. Wtedy powinna była uciec.
Zamiast tego zobaczyła, że odzyskuje równowagę. Uderzyła drugi raz, tym razem w nos. Mężczyzna runął na plecy.
Cisza.
Aria patrzyła na niego. Młynarz również.
Młody pomocnik leżący przy ziemi przestał się ruszać. Wszyscy patrzyli.
Aria poczuła zimno. Nie dlatego, że powaliła człowieka.
Dlatego, że zrobiła to zbyt dobrze.
— Cholera — powiedział ktoś.
Aria cofnęła się. Drugi mężczyzna ruszył w jej stronę.
Był cięższy od niej o co najmniej połowę jej własnej wagi.
Nie zaatakowała.
Cofnęła się.
On przyspieszył. Spróbował ją chwycić.
Uniknęła rąk.
Jeszcze raz.
Nie walcz.
Uciekaj.
Obejrzała się. Droga do lasu nie była już otwarta.
Jeden z jeźdźców przesunął konia.
Zamknął ją.
Mężczyzna zaatakował ponownie. Tym razem pięścią.
Aria odchyliła głowę. Cios przeszedł przed twarzą.
Drugi szedł niżej. Zablokowała przedramieniem.
Bolało.
Dobrze.
Ból był prosty. Z bólem można było pracować.
Mężczyzna spróbował złapać ją w pasie. Aria przesunęła nogę za jego stopę i pchnęła bark.
Upadł.
Nie tak czysto jak pierwszy.
Ale upadł.
— Co to, do diabła, było?
Głos przyszedł z tyłu. Aria odwróciła się.
Przy koniach stał człowiek, który do tej pory nie zrobił nic.
Teraz zrozumiała dlaczego.
Nie musiał.
Był starszy od pozostałych, może po czterdziestce. Szeroki w barkach, ale nie ciężki. Krótkie włosy miał poprzecinane siwizną przy skroniach. Na twarzy żadnego zdziwienia.
Tylko zainteresowanie. To było gorsze.
— Jeszcze raz — powiedział.
Aria patrzyła na niego. Mężczyzna wskazał jednego ze swoich ludzi.
— Weź ją.
Tamten ruszył. Aria oceniła go odruchowo.
Wzrost.
Długość ramion. Ustawienie stóp.
Nóż po prawej stronie. Ciężar ciała bardziej na lewej nodze.
Nie.
Leworęczny.
Zorientowała się sekundę przed atakiem. I natychmiast pożałowała, że w ogóle to zauważyła.
Mężczyzna nie rzucił się na nią jak poprzedni.
Krążył.
Aria również. Nie patrz na stopy.
Wiejska dziewczyna nie patrzy na stopy.
Patrzyła.
Za późno, żeby udawać. Ruszył lewą ręką.
Aria zeszła z linii. Nie odpowiedziała.
Drugi atak.
Unik.
Trzeci.
Tym razem złapał ją za przedramię.
Szarpnęła.
Nie puścił.
Uderzyła go barkiem, skręciła rękę i wyszła z chwytu. Przez moment znalazła się za jego plecami.
Mogła uderzyć w kark. Mogła złamać kolano.
Mogła sięgnąć po jego nóż. Nie zrobiła niczego.
Odsunęła się. Mężczyzna odwrócił się powoli.
Na twarzy miał już nie złość.
Niepewność.
Przy koniach rozległ się cichy śmiech. Przywódca bandy patrzył tylko na Arię.
— Wystarczy.
Jego człowiek zatrzymał się. Aria również.
— Już wiem — powiedział.
Nie odpowiedziała. Mężczyzna ruszył w jej stronę.
— Nie jesteś dziewczyną od młynarza.
Serce uderzyło mocniej. Twarz pozostawiła nieruchomą.
— Jestem.
— Jasne.
Obszedł ją powoli. Aria nie lubiła, kiedy znajdował się za jej plecami.
Nie odwróciła się.
— Od ilu lat u niego pracujesz?
Milczała.
— Pytałem.
— Kilku.
— Ilu?
— Nie wiem.
Zaśmiał się.
— Nie wiesz?
— Nie liczę.
— Ale walczyć potrafisz.
Aria spojrzała na niego. To również było błędem.
Zobaczył w jej oczach coś, co go zainteresowało. Nie rozpoznanie.
Na szczęście. Chciwość. Jego, nie jej.
— Wiesz, ile płacą za ludzi, którzy potrafią coś takiego?
Aria milczała.
— Za dziewczynę jeszcze więcej.
Młynarz podniósł się z kolan. Krew spływała mu z nosa.
— Ona jest wolna.
Przywódca nawet na niego nie spojrzał.
— Teraz już nie.
Aria poczuła, że coś w niej twardnieje. Nie gniew. Gniew był luksusem. Myślała. Siedmiu. Dwóch już wie, że potrafi walczyć.
Jeden przy drodze. Jeden za nią.
Konie niespokojne, młynarz ranny. Pozostali bezbronni.
Jeżeli spróbuje teraz, może dotrze do lasu.
Może.
Jeżeli nie dotrze, zabiją ją tutaj. Albo kogoś innego, żeby ją zatrzymać.
Przywódca skinął na swoich ludzi.
— Związać.
Aria napięła mięśnie. Przez krótką chwilę naprawdę zamierzała walczyć.
Potem zobaczyła kuszę. Jeden z ludzi siedzących na koniu trzymał ją nisko, opartą o udo.
Nie celował. Jeszcze. Aria rozluźniła dłonie. Nie każdą walkę można było wygrać.
Nie każdą należało zaczynać. To również nauczyło ją dziewięć lat życia.
Pozwoliła związać sobie ręce. Lina była szorstka. Mężczyzna zacisnął ją mocniej, niż było trzeba.
Aria skrzywiła się. Tym razem nie musiała udawać.
Przywódca obserwował.
— Rozsądna.
Nie odpowiedziała.
— Myślałem, że spróbujesz.
Aria spojrzała na kuszę. Potem na niego.
Uśmiechnął się.
— Bardzo rozsądna.
Nie wiedział, że w jej głowie już zaczęło się liczenie. Kto ma klucze.
Kto pilnuje koni. Który z nich kuleje.
Który pije.
Kto zasypia pierwszy. Jak mocno związano linę.
Czy przy wozie jest nóż. Gdzie kończy się droga.
Gdzie zaczyna las. Nie wiedziała jeszcze, czy będzie okazja.
Wiedziała tylko, że musi ją zauważyć, jeśli się pojawi. Młynarz patrzył na nią.
Aria nie chciała na niego spojrzeć.
Spojrzała.
Przez kilka lat dawał jej jedzenie, dach i pracę. Nigdy nie zapytał, dlaczego dziewczyna ze wsi czyta lepiej od jego syna.
Nigdy nie zapytał, dlaczego nie chodzi na święta z innymi.
Nigdy nie zapytał, dlaczego czasem budzi się w nocy i przez długi czas siedzi bez ruchu.
Może wiedział, że kłamie. Prawdopodobnie wiedział. Po prostu nie interesowało go dlaczego.
To była jedna z największych przysług, jakie ktokolwiek wyświadczył jej przez te kilka ostatnich lat.
Teraz stał z zakrwawioną twarzą i nie mógł zrobić nic. Aria lekko pokręciła głową.
Nie próbuj.
Nie wiedziała, czy zrozumiał. Chyba tak. Opuścił ręce. Przywódca podszedł do niej przed odjazdem.
— Imię.
Aria spojrzała na niego. Przez dziewięć lat odpowiadała na to pytanie setki razy.
Nigdy nie przestało być niebezpieczne.
— Aria.
— Nazwisko?
— Nie mam.
— Każdy ma.
— Ja nie.
Przyglądał jej się chwilę.
— Rodzina?
— Nie żyje.
To była najlepsza część kłamstwa. Prawie cała była prawdą.
Mężczyzna wzruszył ramionami.
— Aria wystarczy.
Odwrócił się.
— Zabieramy ją.
Jeden z jego ludzi splunął na ziemię.
— Na targ?
Przywódca spojrzał jeszcze raz na Arię. Na jej dłonie. Ramiona. Twarz. Oceniał ją tak samo, jak wcześniej oceniał konie.
Aria znała to spojrzenie.
— Nie.
— To gdzie?
Mężczyzna wskazał na nią brodą.
— Do szkoły.
Aria poczuła pierwsze ukłucie niepokoju.
— Jakiej?
Przywódca uśmiechnął się.
— Gladiatorów.
Przez moment wszystko ucichło. Koło młyna nadal się obracało. Pies szczekał gdzieś za zabudowaniami. Koń uderzył kopytem o ziemię. Ktoś przeklinał.
Aria nie słyszała niczego.
Arena.
Nie widziała tej, do której zamierzali ją zawieźć. Zobaczyła inną.
Kamień.
Krew na jasnej posadzce.
Włócznię.
Rękę ojca.
Twarz matki.
Ogień.
Piętnastoletnią dziewczynę biegnącą nocą tak długo, aż płuca zaczęły palić.
Zacisnęła szczękę.
Nie.
Tamto nie miało znaczenia.
Nie teraz.
Nie tutaj.
Aurelia była martwa. Aria miała przeżyć. Tylko to się liczyło.
Posadzili ją na wozie razem z dwoma innymi zabranymi ludźmi.
Młodego pomocnika młynarza zostawili. Miał złamaną nogę i dla handlarzy stał się przez to bezwartościowy.
Aria usiadła przy burcie. Nie patrzyła na swoich oprawców. Patrzyła na drogę. Zapamiętywała zakręty. Nachylenie terenu. Strumień, który przecięli po kilkunastu minutach. Położenie słońca. Robiła to odruchowo.
Jeszcze nie wiedziała, do czego te informacje mogą się przydać.
Nie musiała.
Przeżycie rzadko składało się z jednego wielkiego planu. Najczęściej było sumą drobnych rzeczy, które człowiek zauważył odpowiednio wcześnie.
Po pewnym czasie odwróciła głowę. Młyn stał jeszcze w oddali.
Mały.
Zwyczajny.
Koło nadal się obracało. Aria patrzyła, dopóki nie zasłoniły go drzewa.
Nie wiedziała, czy jeszcze kiedyś go zobaczy. Nie pozwoliła sobie zastanawiać się nad tym dłużej.
Przeniosła wzrok na linę krępującą jej nadgarstki. Potem na nóż przy pasie człowieka siedzącego naprzeciwko.
Potem na drogę.
Była Arią.
Dla świata miała dwadzieścia lat. Nie miała nazwiska.
Nie miała rodziny. Nie miała niczego, czego warto byłoby szukać.
Przez dziewięć lat to wystarczało. Teraz musiało wystarczyć jeszcze raz.
Wóz jechał na południe.
Do miasta.
Do szkoły gladiatorów.
Do areny.
Marcus Aurelius Varro nie zamierzał tego dnia oglądać walk.
Miał trzydzieści pięć lat i wystarczająco dużo doświadczenia z przemocą, żeby nie potrzebować jej jako rozrywki.
Był bardzo wysoki — wyraźnie górował nad większością mężczyzn, których spotykał — i miał szerokie ramiona oraz smukłą, mocną sylwetkę kogoś, kto przez większą część życia nosił zbroję zamiast senatorskiej togi. Nie był ciężkim wojownikiem o masywnej budowie. Jego ciało było długie, proporcjonalne i zahartowane wieloletnimi marszami, jazdą konną i walką.
Miał ciemne, niemal czarne włosy, przy karku krótsze, zawsze starannie zaczesane, choć kilka niesfornych pasm zwykle wymykało się spod kontroli. Ciemne oczy były głęboko osadzone pod prostymi, mocno zarysowanymi brwiami. Patrzył uważnie i rzadko mrugał, przez co rozmówca często miał wrażenie, że Marcus nie tylko słucha jego słów, lecz także próbuje odgadnąć to, czego nie powiedział.
Jego twarz była surowa, lecz niewątpliwie przystojna.
Miał wysokie kości policzkowe, prosty nos i wyraźnie zarysowaną linię szczęki. Usta były raczej wąskie, zwykle pozbawione uśmiechu. Prawy policzek przecinała blizna — jasna, nierówna kreska biegnąca od okolicy kości policzkowej w dół ku żuchwie. Nie szpeciła go. Przeciwnie. Nadawała jego twarzy charakterystyczną ostrość.
Marcus miał zwyczaj stać całkowicie nieruchomo. Plecy proste.
Ramiona swobodne. Podbródek lekko uniesiony.
Nie wykonywał nerwowych ruchów, nie bawił się pierścieniami ani nie poprawiał ubrania. Kiedy ktoś mówił, Marcus po prostu patrzył.
To wystarczało. W Senacie mawiano, że Varro potrafił uciszyć człowieka samym spojrzeniem.
Na granicy Imperium mawiano coś innego. Że jeśli Marcus przestaje mówić, należy zacząć się bać.
Gubernator Lucan Marcellus wiedział o tym. Dlatego zaprosił go na arenę.
— Nadal próbujesz mnie przekonać, że warto tu przychodzić? — zapytał Marcus.
Szli przez chłodny korytarz. Na zewnątrz dzień był już gorący. Kamienne ściany zatrzymywały jeszcze nocny chłód.
Marcellus poprawił pas.
— Nie. Dawno przestałem wierzyć, że można cię do czegokolwiek przekonać.
— Rozsądnie.
— Próbuję tylko sprawić, żebyś przez jeden dzień nie sprawdzał moich rachunków.
Marcus spojrzał na niego.
— Teraz na pewno je sprawdzę.
Gubernator westchnął.
— Dlatego nikt cię nie lubi.
— Tobie to nie przeszkadza.
— Mnie przeszkadza dopiero wtedy, kiedy zaczynasz liczyć.
Marcus nie odpowiedział.
Marcellus był po pięćdziesiątce, miał brzuch człowieka, który nigdy nie odmawiał sobie dobrego jedzenia, i irytujący zwyczaj traktowania własnych wad jako części uroku osobistego.
Lubił drogie tkaniny, dobre wino i ludzi, którzy zgadzali się z nim przed końcem zdania.
Marcus nie lubił żadnej z tych rzeczy. Mimo to szanował gubernatora.
Nie za charakter.
Za wyniki.
Gubernia Marcellusa była jedną z lepiej zarządzanych spośród dwudziestu czterech tworzących imperium. Podatki ściągano regularnie, ale bez grabienia wsi do ostatniego worka ziarna. Magazyny były pełne. Drogi, przynajmniej te ważniejsze dla handlu i wojska, utrzymywano w przyzwoitym stanie. Bandy rozbójnicze, jeszcze kilka lat wcześniej będące plagą południowych traktów, niemal zniknęły.
Marcus od trzech dni przeglądał księgi gubernatora. Nie znalazł niczego, co uzasadniałoby interwencję.
Był niemal rozczarowany.
— Najpierw coś ci pokażę — powiedział Marcellus.
Wyszli na taras. Dolina poniżej była zielona.
Nie powinna być. Marcus zatrzymał się.
Na zboczach ciągnęły się rzędy młodych drzew. Dalej, na tle jasnych wzgórz, widać było kamienne łuki.
Akwedukt.
Marcus oparł dłonie o balustradę.
— Skończyłeś go.
Marcellus uśmiechnął się.
— Pół roku przed terminem.
— Skąd wziąłeś pieniądze?
Uśmiech gubernatora nieco osłabł.
— Wiedziałem, że właśnie o to zapytasz.
Marcus odwrócił głowę.
— Skąd?
— Z funduszu drogowego.
Marcus przez chwilę patrzył na niego bez słowa.
— Ile?
Marcellus powiedział.
— Bogowie.
— Nie dramatyzuj.
— Przeniosłeś prawie jedną trzecią środków przeznaczonych na drogi.
— Jedną czwartą.
— Prawie jedną trzecią.
— To nadal nie jedna trzecia.
Marcus spojrzał ponownie na dolinę.
— Które naprawy odłożyłeś?
Marcellus wymienił trzy trakty. Marcus znał dwa z nich.
Żaden nie był kluczowy dla zaopatrzenia garnizonów.
— A trzeci?
— Lokalny handel.
— Ilu ludzi z niego korzysta?
Gubernator odpowiedział. Marcus milczał chwilę.
— Naprawisz go przed zimą.
— Wiedziałem, że tak powiesz.
— Więc po co ze mną dyskutujesz?
— Lubię mieć złudzenie wpływu na własne decyzje.
Marcus jeszcze raz spojrzał na akwedukt.
— Sady?
— Pomarańcze. Za trzy lata powinniśmy mieć nadwyżkę wystarczającą na eksport do dwóch sąsiednich guberni. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, później do stolicy.
— Wojsko?
— Garnizony dostaną pierwszeństwo przy zakupach.
Marcus skinął głową. Pomysł był dobry.
Ryzykowny.
Ale dobry.
— Nieźle.
Marcellus popatrzył na niego.
— Nieźle?
— Tak.
— Wydałem fortunę, sprowadziłem inżynierów z drugiego końca imperium, przez dwa lata wysłuchiwałem skarg właścicieli ziemskich i prawie doprowadziłem dwóch wykonawców do bankructwa, a ty mówisz „nieźle”?
— Chcesz, żebym powiedział „całkiem nieźle”?
Marcellus westchnął.
— Czasami przypominasz mi, dlaczego Cassius wysłał cię do Senatu.
Marcus spojrzał na niego. Gubernator natychmiast spoważniał.
— To miał być żart.
— Słaby.
Ruszył do środka. Marcellus dogonił go po kilku krokach.
— Marcus.
— Co?
— Nie powiedziałem niczego, czego sam nie wiesz.
To akurat było prawdą. Dziewięć lat wcześniej Marcus znajdował się na północnej granicy.
To prawdopodobnie uratowało mu życie.
Miał wtedy dwadzieścia sześć lat i był jednym z najmłodszych dowódców, którym generał Lucjusz Valerius powierzał samodzielne operacje.
Nie dlatego, że Marcus pochodził z dobrego rodu. Nie dlatego, że jego ojciec znał właściwych ludzi.
Lucjusz nie przywiązywał do takich rzeczy większej wagi. Liczyły się wyniki.
Marcus je miał.
Przez trzy lata służył pod jego bezpośrednim dowództwem. Nauczył się wtedy więcej niż przez wszystkie wcześniejsze lata szkolenia.
Lucjusz nie był człowiekiem, który wygłaszał wielkie przemowy.
Mówił krótko. Czasem brutalnie.
Strategia nie polega na wygrywaniu każdej bitwy. Polega na tym, żeby wiedzieć, której nie trzeba stoczyć.
Marcus zapamiętał. Zapamiętał również inne zdanie.
Imperium nie jest mapą. Jest ludźmi. Jeśli o tym zapomnisz, będziesz dobrym dowódcą i fatalnym człowiekiem.
Dziewięć lat później nadal czasami słyszał jego głos. Wieść o przewrocie dotarła na północ z opóźnieniem.
Najpierw przyszła informacja o walkach w pałacu. Potem o śmierci cesarza.
Germanika Valeriusa, starszego syna i następcę.
Cesarzowej.
Kolejne nazwiska docierały w następnych dniach.
Urzędnicy.
Dowódcy.
Członkowie dworu.
Służba.
Ludzie, którzy znaleźli się tamtej nocy w niewłaściwym miejscu.
W końcu przyszło nazwisko Lucjusza Valeriusa. Marcus przeczytał wiadomość dwa razy.
Generał nie żył. Jego żona również.
Ich piętnastoletnia córka zaginęła.
Aurelia.
Ciała nie odnaleziono. Przez pierwsze miesiące Marcus uważał to za jedyną informację, która pozwalała zachować jakąkolwiek nadzieję.
Potem przestał o niej mówić. W państwie Cassiusa pewnych nazwisk lepiej było nie wymawiać.
Mijały lata.
Nie znaleziono dziewczyny. Nie znaleziono również ciała.
W końcu Marcus zaczął zakładać to, co zakładali wszyscy rozsądni ludzie.
Że nie żyje.
Tylko gdzieś głęboko pozostawało niewygodne „jeśli”. Jeśli uciekła.
Jeśli ktoś jej pomógł. Jeśli zdołała zniknąć.
Marcus nigdy nie próbował jej szukać. Cassius szukał.
To wystarczało, żeby Marcus wiedział, że każdy człowiek zadający podobne pytania mógł sprowadzić śmierć nie tylko na siebie.
Jeśli Aurelia przeżyła, największą przysługą, jaką można było jej wyświadczyć, było pozostawienie jej w spokoju.
Cassius Valerius miał dwadzieścia lat, kiedy przejął władzę. Wielu sądziło, że nie utrzyma jej przez rok.
Marcus nie należał do nich.
Nie ufał mu.
Ale nigdy nie popełnił błędu polegającego na uznaniu go za głupca.
Pierwsze miesiące wystarczyły, żeby zrozumiał, że nowy cesarz nie był rozpieszczonym chłopcem, któremu przypadkiem udało się wygrać przewrót.
Cassius wiedział, czego chce. Co gorsza, wiedział również, jak długo może na to czekać.
Marcus pozostał na granicy. Prowadził kampanie.
Negocjował z plemionami. Odbudowywał forty.
Reorganizował garnizony. Robił dokładnie to, czego potrzebowało imperium.
I dokładnie to, czego potrzebował Cassius. Przez cztery lata nowy władca zostawiał go tam, gdzie był najbardziej użyteczny.
Potem wezwał do stolicy. Marcus pamiętał tamtą audiencję.
Pamiętał marmurową salę.
Straż.
Światło wpadające przez wysokie okna. I dwudziestoczteroletniego człowieka siedzącego w miejscu, które cztery lata wcześniej należało do jego ojca.
— Varro.
Marcus skłonił głowę.
— Wasza Cesarska Mość.
Cassius przez chwilę przyglądał mu się w milczeniu.
Miał ciemne włosy i niezwykle jasne, błękitne oczy. Rodzinne podobieństwo było tak wyraźne, że Marcusowi przez moment zrobiło się niedobrze.
— Od dziś zasiadasz w Senacie.
Marcus podniósł wzrok.
— Nie prosiłem o to.
— Wiem.
Cassius uśmiechnął się lekko. I właśnie wtedy Marcus zrozumiał.
Nie był to awans. Było to przeniesienie.
Z granicy.
Od żołnierzy. Od ludzi, którzy mu ufali.
Do stolicy, gdzie można było widzieć, z kim rozmawia, kogo odwiedza i jak głosuje.
Złota klatka. Marcus przyjął ją.
Nie miał wyboru. Nie oznaczało to jednak, że zamierzał siedzieć w niej spokojnie.
W kolejnych latach nauczył się Senatu tak samo, jak wcześniej nauczył się pola bitwy.
Kiedy mówić.
Kiedy milczeć. Kiedy przegrać głosowanie, żeby wygrać coś ważniejszego miesiąc później.
Nie budował własnej frakcji. Nie otaczał się ludźmi, którzy mogliby zostać uznani za jego stronników.
Nie dawał Cassiusowi pretekstu. Zamiast tego wyjeżdżał.
Inspekcje guberni były obowiązkiem senatorów. Marcus wykonywał go częściej niż większość.
Sprawdzał drogi.
Magazyny.
Podatki.
Stan garnizonów. Skargi mieszkańców.
Czasami wystarczał jeden podpis, żeby zatrzymać gubernatora kradnącego zboże przeznaczone dla wojska.
Czasami kilka zdań, żeby lokalny urzędnik przypomniał sobie, że chłopi również byli poddanymi imperium, a nie jego prywatną własnością.
Marcus nie miał złudzeń. Nie naprawiał państwa.
Naprawiał drobne fragmenty tego, do czego jeszcze miał dostęp.
Lucjusz prawdopodobnie uznałby, że to wystarczy.
Na razie.
Arena była pełna. Marcus usłyszał ją, zanim jeszcze wszedł do loży.
Kilka tysięcy gardeł.
Róg.
Śmiech.
Krzyk handlarzy. Zapach również docierał wysoko.
Pot.
Kurz.
Wino.
Zwierzęta.
Krew z wcześniejszych walk, przysypana świeżym piaskiem.
Marcus usiadł obok gubernatora.
— Nadal mogę wyjść.
— Możesz — powiedział Marcellus. — Ale wtedy nie zobaczysz jedynej rzeczy, dla której cię tu przyprowadziłem.
— Akwedukt już widziałem.
— Nie chodzi o akwedukt.
Marcus popatrzył na niego. Marcellus nalał sobie wina.
— Kobieta.
— To zawęża możliwości mniej, niż sądzisz.
— Gladiatorka.
Marcus spojrzał na arenę.
Kobiety walczące publicznie nie były zakazane, ale nadal należały do rzadkości. W niektórych guberniach pojawiały się częściej, szczególnie podczas większych świąt. Najczęściej jako osobliwość.
Marcus uważał to za jeszcze jeden sposób, żeby tłum zapomniał, że patrzy na ludzi.
— I dlatego mam zostać?
— Nie dlatego, że jest kobietą.
— Więc?
Marcellus uśmiechnął się.
— Zobacz.
Pierwsza brama się otworzyła. Na piasek wyszedł mężczyzna z tarczą i krótkim mieczem.
Z przeciwnej strony drugi, uzbrojony we włócznię. Marcus zmarszczył brwi.
— Dwóch?
— Zaczekaj.
Trzecia brama podniosła się powoli. Kobieta wyszła sama.
Tłum zareagował natychmiast. Część ludzi wstała.
Ktoś krzyknął jej imię. Potem następny.
— Aria!
Marcus spojrzał na Marcellusa.
— Aria?
— Tak ją nazywają.
— Nazywają?
— Podobno podała imię Aria.
Marcus wrócił wzrokiem do areny.
Dziewczyna nie była wysoka jak na wojownika. Około stu siedemdziesięciu centymetrów. Przy dwóch mężczyznach wyglądała niemal lekko.
Miała krótkie, ciemne włosy.
Nie modnie.
Praktycznie. Jak wojskowy kadet. Obcięte tak, żeby nic nie wpadało do oczu i żeby przeciwnik nie miał za co złapać.
Jej wyposażenie było skromne. Skórzana osłona tułowia.
Ochraniacze przedramion. Lekka osłona goleni.
Bez ciężkiej tarczy. Dwa wąskie miecze.
Marcus przestał zwracać uwagę na tłum. Patrzył na jej stopy.
Stała lekko bokiem. Kolana luźne.
Ciężar nieco przesunięty do przodu. Ramiona rozluźnione.
Ostrza nisko. Nie patrzyła na publiczność.
Patrzyła na przeciwników.
Jednego.
Drugiego.
Potem na odległość między nimi. Marcus wyprostował się.
— Kto ją szkolił?
Marcellus spojrzał na niego.
— Już?
— Co?
— Jeszcze nawet nie zaczęła.
— Właśnie dlatego pytam.
Róg zabrzmiał. Mężczyzna z tarczą ruszył pierwszy.
Był cięższy.
Prawdopodobnie silniejszy.
Zrobił to, czego Marcus się spodziewał — próbował skrócić dystans, przyjąć pierwszy cios na tarczę i zamknąć Arii przestrzeń.
Nie pozwoliła. Przesunęła się o pół kroku.
Tylko tyle.
Miecz mężczyzny minął jej bark. Jej lewe ostrze uderzyło w krawędź tarczy, zmieniając jej ustawienie.
Prawe weszło pod pachę.
Nie głęboko.
Wystarczająco. Mężczyzna cofnął się gwałtownie.
Krew pojawiła się na skórzanym pancerzu. Aria już od niego odchodziła.
— Nie próbowała go zabić — powiedział Marcus.
— Jeszcze.
Gladiator rzucił się ponownie. Tym razem ostrożniej.
Aria cofnęła się. Mężczyzna z włócznią wykorzystał moment.
Pchnął.
Ari skręciła ciało. Grot przeszedł tak blisko, że zahaczył o skórzaną osłonę na jej boku.
Tłum ryknął.
Marcus zacisnął szczękę. To nie była walka dwóch przeciw jednemu.
To było polowanie. Aria najwyraźniej wiedziała o tym od początku.
Nie próbowała ich pokonać jednocześnie. Próbowała sprawić, żeby sobie przeszkadzali.
Cofała się pod kątem. Mężczyzna z tarczą zasłaniał włócznikowi linię ataku.
Kiedy włócznik przesuwał się w bok, ona zmieniała kierunek.
Marcus pochylił się lekko.
— Dobrze.
Marcellus spojrzał na niego.
— Co?
— Nic.
Włócznik stracił cierpliwość.
Za wcześnie.
Wysunął broń daleko przed siebie i ruszył. Aria nie przecięła drzewca.
Dobre drewno nie pękało od efektownego uderzenia mieczem.
Zamiast tego zeszła z linii pchnięcia, złapała drzewce pod lewym ramieniem i szarpnęła.
Mężczyzna zrobił krok do przodu. Tego właśnie chciała.
Jej rękojeść uderzyła go w twarz. Zachwiał się.
Aria puściła włócznię i cięła w wewnętrzną stronę uda.
Głęboko.
Mężczyzna upadł na jedno kolano. Krew szybko zaczęła ciemnieć na piasku.
Nie wstał.
Pierwszy gladiator zaatakował natychmiast. Tym razem trafił ją tarczą.
Ari odleciała na bok.
Upadła.
Tłum zawył.
Marcus nie poruszył się.
Patrzył.
Aria przetoczyła się, zanim przeciwnik zdążył dopaść ją na ziemi.
Wstała za szybko. Zachwiała się.
Dostała mocniej, niż chciała pokazać. Mężczyzna zauważył.
Marcus również. Kolejne starcie było krótkie.
Brutalne.
Nie było w nim nic pięknego. Mężczyzna próbował przygnieść ją masą.
Ari pracowała nogami.
Cofała się.
Zmieniała kierunek. Nie blokowała pełnej siły jego uderzeń, jeśli nie musiała.
Przyjmowała ostrze pod kątem i zsuwała je na bok. Raz spóźniła się.
Miecz rozciął jej ramię. Krew spłynęła do łokcia.
Nie spojrzała na ranę. Marcus poczuł pierwsze prawdziwe zainteresowanie.
Nie dlatego, że była dobra. Dlatego, że walczyła w sposób, którego nie uczono w szkołach gladiatorów.
Przynajmniej nie w zwykłych.
— Kto ją szkolił? — zapytał ponownie.
— Mówiłem. Nie wiem.
— Skąd ją mają?
— Handlarz sprzedał ją szkole kilka miesięcy temu.
— Skąd handlarz ją wziął?
Marcellus wzruszył ramionami.
— Z jakiejś wsi.
Marcus spojrzał na niego.
— Wieśniaczki nie poruszają się w ten sposób.
— Może miała niezwykle wymagającego młynarza.
Marcus zignorował uwagę. Na arenie Aria właśnie przestała się cofać.
Mężczyzna z tarczą był zmęczony. Oddychał ustami.
Prawą rękę trzymał odrobinę niżej niż wcześniej. Aria to zobaczyła.
Marcus zobaczył, że zobaczyła. To właśnie było interesujące.
Nie szybkość. Nie dwa miecze.
Nie to, że była kobietą. Myślała podczas walki.
Mężczyzna zaatakował. Aria zrobiła coś, czego Marcus się nie spodziewał.
Weszła bliżej. Nie odsunęła się od tarczy.
Weszła w nią. Pierwszym mieczem zablokowała jego ostrze przy jelcu.
Drugim uderzyła w nadgarstek. Mężczyzna puścił broń.
Aria kopnęła go w kolano.
Upadł.
Ostrze znalazło się przy jego gardle. Tłum poderwał się.
— Zabij!
Krzyk przeszedł przez trybuny jak fala.
— Zabij!
Mężczyzna leżał na plecach. Aria stała nad nim.
Oddychała ciężko. Krew spływała jej po ramieniu.
Mogła zakończyć walkę jednym ruchem. Nie zrobiła tego.
Spojrzała w stronę loży organizatora.
Nie na tłum.
Na człowieka, który decydował. Marcus zauważył.
To również było rozsądne. Nie ona miała prawo rozstrzygać, czy pokonany przeżyje.
Na arenie nawet zwycięzca należał do kogoś innego. Organizator podniósł rękę.
Po chwili skierował kciuk w bok.
Życie.
Ari odsunęła miecz. Dopiero wtedy tłum zareagował.
Część buczała. Większość krzyczała jej imię.
— Aria!
— Aria!
Dziewczyna nie odpowiedziała. Odwróciła się i ruszyła w stronę bramy.
Lekko kulała. Marcus patrzył za nią.
— Ilu przeciwników miała wcześniej?
Marcellus uśmiechnął się.
— Wiedziałem.
— Co?
— Że cię zainteresuje.
— Odpowiedz.
— To jej czwarta walka publiczna. Dwie pierwsze pojedyncze. Trzecia przeciwko dwóm.
— Wyniki?
— Widzisz ją.
— Pytałem o wyniki.
Marcellus westchnął.
— Wszystkie wygrała.
— Zabiła?
— Dwóch.
Marcus spojrzał na niego.
— Z ilu?
— Pięciu, przed dzisiejszymi.
To pasowało.
Nie zabijała, jeśli nie musiała. Nie z litości.
Marcus nie widział na arenie litości. Widział kalkulację.
Śmierć przeciwnika nie dawała jej niczego, jeśli walka była już rozstrzygnięta.
— Ile za nią zapłacili?
Marcellus uniósł brew.
— Zaczyna się.
— Ile?
— Nie wiem dokładnie.
— Dowiedz się.
Gubernator patrzył na niego przez chwilę.
— Chcesz ją kupić.
Marcus nie odpowiedział. To nie był plan.
Jeszcze godzinę wcześniej nie wiedział, że ta kobieta istnieje.
Nie potrzebował gladiatora. Nie prowadził szkoły.
Nie organizował igrzysk. Kupienie jej nie miało żadnego oczywistego sensu.
To powinno wystarczyć, żeby wstał i odszedł.
Nie wstał.
— Chcę wiedzieć, kto ją szkolił.
— Możesz zapytać bez kupowania człowieka.
Marcus spojrzał na bramę, za którą zniknęła.
— Mogę.
— Ale?
Marcus milczał. Marcellus uśmiechnął się.
— To będzie kosztowne „ale”.
Godzinę później Marcus stał w chłodnym pomieszczeniu pod trybunami.
Tutaj arena wyglądała inaczej. Nie było marmuru.
Nie było wina. Nie było ludzi w czystych tunikach komentujących technikę walki.
Był kamień.
Pot.
Krew.
Mocz.
Stęchła woda. Gdzieś dalej ktoś jęczał.
Inny człowiek wymiotował. Dwóch niewolników niosło ciało przykryte płótnem.
Marcus minął ich bez słowa. Nie lubił aren.
Tutaj przypominał sobie dlaczego. Aria siedziała na drewnianej ławie.
Ktoś zdjął z niej część zbroi.
Ramię miała obmyte. Rozcięcie nie było głębokie, ale skóra wokół niego zaczynała puchnąć. Na policzku pojawiał się siniec.
Medyk kończył zakładać opatrunek. Ari zobaczyła Marcusa.
Nie wstała.
Dobrze.
Próba wstawania po takim starciu byłaby głupia. Marcus spojrzał na medyka.
— Skończyłeś?
Mężczyzna rozpoznał senatorski pas.
— Tak, panie.
— Wyjdź.
Medyk wyszedł. Aria obserwowała Marcusa.
Z bliska wyglądała młodziej, niż sądził z loży. Dwadzieścia kilka lat.
Może mniej.
Nie była pięknością w sposób, który zwykle interesował mężczyzn siedzących na trybunach. Była spocona, brudna, zakrwawiona i wyczerpana.
Ale twarz miała wyrazistą. Zbyt spokojną.
Marcus zatrzymał się kilka kroków od niej.
— Jak masz na imię?
— Aria.
— Skąd jesteś?
Aria spojrzała na niego.
— Ze wsi.
— To duże miejsce.
— Nie dla ludzi, którzy tam mieszkają.
Marcus prawie się uśmiechnął.
Prawie.
— Której?
Podała nazwę. Marcus znał region.
Nie wieś.
— Rodzina?
— Nie mam.
— Nie żyją?
Krótka pauza.
— Tak.
Pierwsza rzecz, którą zauważył. Nie odpowiedź.
Pauzę.
Marcus przez lata przesłuchiwał jeńców, dezerterów, zwiadowców i ludzi podejrzanych o zdradę.
Nie uważał się za człowieka, który potrafił bezbłędnie rozpoznawać kłamstwo.
Nikt rozsądny nie powinien tak o sobie myśleć. Ale wiedział, kiedy odpowiedź była przygotowana.
Ta była.
— Kto nauczył cię walczyć?
— Nikt.
Marcus popatrzył na nią. Ari wytrzymała jego spojrzenie.
— Nikt — powtórzył.
— Sama się nauczyłam.
— Dwoma mieczami.
— Tak.
— Sama.
— Tak.
Marcus podszedł o krok.
— Nie.
Po raz pierwszy coś zmieniło się w jej twarzy.
Niewiele.
Napięła szczękę.
— Nie?
— Nie nauczyłaś się tego sama.
— Skąd wiesz?
— Bo widziałem ludzi, którzy próbowali.
Aria milczała. Marcus wskazał lekko jej dłonie.
— Nie patrzysz na broń. Patrzysz na barki i biodra. Zmieniasz ciężar, zanim przeciwnik kończy ruch. Wiesz, kiedy wejść w zasięg dłuższej broni. Wiesz, jak wykorzystać tarczę przeciwko człowiekowi, który ją trzyma. I nie próbujesz blokować siły, której nie możesz zatrzymać.
Aria patrzyła na niego.
— Może szybko się uczę.
— Możliwe.
— Więc po co pytasz?
Dobre pytanie. Marcus przyjrzał jej się uważniej.
Oczy miała zielone. Nie jednakowe.
W jednym, jaśniejszym, przy tęczówce widać było brązowe plamki.
Nietypowe.
Zauważył to i natychmiast uznał za nieistotne.
— Bo ktoś cię szkolił.
— Trener w szkole gladiatorów.
— Przed nim.
Cisza.
— Nie.
Kolejne kłamstwo. Tym razem był niemal pewien.
Nie naciskał.
Jeszcze.
— Ile masz lat?
— Dwadzieścia.
Marcus spojrzał na nią. Aria nie spuściła wzroku.
Kolejna odpowiedź, która przyszła zbyt łatwo. Interesujące.
— Senatorze.
Marcus odwrócił głowę. W drzwiach stał Marcellus.
— Możemy?
Marcus wyszedł na korytarz.
— I?
— Właściciel nie chce sprzedawać.
— Każdy chce.
— Ten chce bardzo dużo.
— Ile?
Marcellus podał kwotę. Marcus nawet nie drgnął.
— Dam więcej.
— Marcus.
— Ile zamknie rozmowę?
— Prawdopodobnie osiem.
— Dam dziesięć.
Marcellus przez chwilę tylko na niego patrzył.
— Tysięcy?
— Nie, kurczaków — powiedział ironicznie.
— Za gladiatorkę?
— Tak.
— Zwariowałeś.
— Możliwe.
— Za dziesięć tysięcy guldenów kupisz ziemię.
— Mam ziemię.
— Konie.
— Mam.
— Dom.
— Też i to nie jeden.
Marcellus popatrzył na drzwi.
— Więc po co ci ona?
Marcus również spojrzał w tamtą stronę. To pytanie powinno mieć prostą odpowiedź.
Nie miało.
— Chcę wiedzieć, kim jest.
— I dlatego kupujesz ją za dziesięć tysięcy złotych guldenów?
— Między innymi.
— Co jeszcze?
Marcus przypomniał sobie sposób, w jaki Aria ustawiła przeciwników.
Jak oszczędzała ruch. Jak zauważała błędy.
Jak kłamała teraz, siedząc zakrwawiona na ławie, i ani razu nie zapytała, kim właściwie jest człowiek, który ją przesłuchuje.
— Jest dobra.
Marcellus prychnął.
— To zauważyłem.
— Nie. Jest lepsza, niż oni rozumieją.
Gubernator przyjrzał mu się.
— Co zamierzasz z nią zrobić?
— Jeszcze nie wiem.
— Bardzo rozsądny zakup.
— Zajmij się nim.
Marcellus westchnął.
— Pewnego dnia doprowadzisz mnie do ruiny.
— Za cudze pieniądze?
— Zasadniczo.
Odwrócił się.
— Dziesięć tysięcy. Bogowie.
Marcus został przy drzwiach. Nie wierzył w bogów wystarczająco mocno, żeby ich o cokolwiek pytać.
Poza tym odpowiedź i tak należała do niego. Powinien odejść.
Nie zrobił tego. Kiedy wrócił, Aria nadal siedziała na ławie.
— Kim jesteś? — zapytała.
Marcus zatrzymał się. Pierwsze pytanie.
— Marcus Aurelius Varro.
Rozpoznała nazwisko.
Zobaczył to.
Nie gwałtownie. Źrenice nie rozszerzyły się w teatralny sposób. Nie wciągnęła powietrza.
Po prostu znieruchomiała. Na ułamek sekundy.
Potem wszystko wróciło na miejsce. Marcus poczuł nieprzyjemne ukłucie zainteresowania.
— Senator — powiedziała.
— Tak.
— Byłeś generałem.
Tym razem to Marcus zamilkł.
— Skąd wiesz?
Ari wzruszyła lekko ramionami.
— Ludzie mówią.
— Na wsi?
— Ludzie wszędzie mówią.
Prawda.
Ale niepełna. Marcus nie lubił niepełnych odpowiedzi.
— Kupiłem cię — powiedział.
Aria patrzyła na niego. Żadnego zdziwienia.
Może tylko zmęczenie.
— Za ile?
Pytanie go zaskoczyło.
— To ma znaczenie?
— Chcę wiedzieć, ile jestem warta.
Marcus nie odpowiedział od razu.
— Dziesięć tysięcy złotych guldenów.
Tym razem reakcja była wyraźna. Aria zamrugała.
— Dziesięć?
— Tak.
— Jesteś idiotą.
Marcus patrzył na nią przez chwilę.
— Możliwe.
— Nie jestem tyle warta.
— To już mój problem.
— Teraz chyba mój również.
To było rozsądne. Marcus oparł dłoń o pas.
— Jutro wyjeżdżamy.
— Dokąd?
— Do mojej posiadłości.
— Gdzie?
Podał nazwę miejsca. Aria znała ją albo udawała, że zna.
Nie był pewien.
— Będę walczyć? — zapytała.
Marcus przyjrzał jej się. Nie usłyszał w tym pytaniu strachu.
Nie usłyszał również chęci. Tylko potrzebę informacji.
— Nie jutro.
— Pytam później.
— Nie wiem.
— Kupiłeś gladiatorkę za dziesięć tysięcy i nie wiesz, czy będzie walczyć?
— Kupiłem ciebie.
Aria uniosła wzrok. Marcus natychmiast zrozumiał, jak zabrzmiały te słowa.
Nie poprawił ich.
— To nie jest odpowiedź — powiedziała.
— Na razie jedyna, jaką mam.
Aria odwróciła wzrok. Marcus zobaczył napięcie jej dłoni.
Nie była spokojna. Była bardzo dobra w wyglądaniu na spokojną.
To była różnica.
— Jestem niewolnicą — powiedziała.
— Tak.
— Twoją.
— Tak.
— Więc po prostu zmienił się właściciel.
Marcus milczał. Nie miał zamiaru jej okłamywać.
— Tak.
Aria spojrzała na niego ponownie. Być może spodziewała się zapewnienia.
Że u niego będzie inaczej. Że nie zrobi jej krzywdy.
Że jest dobrym człowiekiem. Marcus nie powiedział niczego podobnego.
Nie wiedział jeszcze, co z nią zrobi. Nie znał jej.
Nie wiedział nawet, czy naprawdę ma na imię Aria.
Jedyną rzeczą, której był pewien, było to, że właśnie wydał absurdalną sumę na człowieka, którego zobaczył po raz pierwszy godzinę wcześniej.
I że zrobił to świadomie.
— Odpocznij — powiedział. — Rano ruszamy.
Odwrócił się.
— Senatorze.
Zatrzymał się.
— Co?
— Jeśli spróbuję uciec?
Marcus spojrzał przez ramię. To pytanie również było zadane bez prowokacji.
Sprawdzała granice.
— Spróbujesz?
— Pytam.
Marcus przez chwilę rozważał odpowiedź.
— Jeżeli spróbujesz, moi ludzie będą cię ścigać.
— A jeśli mnie złapią?
— Wtedy porozmawiamy.
— Tylko tyle?
— Nie karzę ludzi za rzeczy, których jeszcze nie zrobili.
Aria patrzyła na niego.
— To nie odpowiedź.
— Wiem.
Wyszedł.
Na zewnątrz powietrze było gorętsze niż wcześniej. Marcus przeszedł kilka kroków korytarzem i zatrzymał się przy schodach.
Nie powinien był jej kupować. Ta myśl była oczywista.
Nie potrzebował gladiatorki. Nie potrzebował kolejnego problemu.
A już z pewnością nie potrzebował dwudziestoletniej niewolnicy, która walczyła jak ktoś szkolony przez człowieka znającego wojskowe techniki, kłamała bez większego wysiłku i rozpoznawała nazwiska, których wiejska dziewczyna z odległej osady nie mogła znać.
Dziesięć tysięcy złotych guldenów. Marcellus miał rację.
To była absurdalna suma. Marcus zszedł o jeden stopień.
Zatrzymał się ponownie.
Jej wiek.
Dwadzieścia.
Nie wierzył.
Nie wiedział dlaczego. Może dlatego, że cała reszta również nie pasowała.
Wieśniaczka.
Bez rodziny.
Bez nazwiska.
Samouk.
Dwadzieścia lat. Za dużo prostych odpowiedzi.
Za mało prostego człowieka. Marcus ruszył dalej.
Nie myślał o Aurelii. Nie miał żadnego powodu.
Aurelia Valeria, jeśli żyła, miałaby dziś dwadzieścia cztery lata.
Była córką jednego z najwybitniejszych generałów imperium.
Dziewczyną wychowaną w świecie zupełnie innym niż ten, z którego rzekomo pochodziła Aria.
Nie istniał żaden rozsądny powód, żeby połączyć te dwie osoby.
Marcus tego nie zrobił.
Jeszcze nie.
Ale kiedy wyszedł z podziemi areny, wiedział już jedno. Historia Arii była kłamstwem.
Nie wiedział tylko, jak dużym. I po raz pierwszy od wielu lat zatrzymał się przy czymś, obok czego rozsądek kazał mu przejść.
Nie wiedział jeszcze, czy właśnie kupił niezwykle utalentowaną gladiatorkę.
Czy problem.
Najprawdopodobniej jedno i drugie.
