Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Laura Bielska miała tylko zaprojektować luksusowy apartament.
Nowoczesne wnętrze, wymagający klient, dobry kontrakt. Nic, czego wcześniej nie robiła.
Do czasu, aż poznaje zasady.
Nie wchodzić do jednego z pomieszczeń. Nie zadawać pytań o poprzednią lokatorkę. I przede wszystkim nie zostawać w Apartamencie 27 po północy.
Laura nie wierzy w przesądy ani w historie o miejscach, które pamiętają swoich mieszkańców. Szybko jednak odkrywa, że w tym mieszkaniu nic nie jest przypadkowe. Za ścianami znajdują się przestrzenie, których nie ma na planach. W dokumentach pojawia się nazwisko jej zmarłego ojca. A Igor Werner, właściciel apartamentu, wie o niej zdecydowanie więcej, niż powinien.
Między Laurą i Igorem od początku pojawia się napięcie, którego żadne z nich nie potrafi zignorować. Problem w tym, że w jego przeszłości była już inna kobieta.
Lena.
Kobieta, która cztery lata wcześniej zniknęła z Apartamentu 27 dokładnie o północy.
Im bliżej Laura jest Igora, tym więcej pytań pojawia się wokół jej własnego dzieciństwa. Dlaczego jej ojciec znał ludzi związanych z mieszkaniem? Dlaczego w starym szkicowniku znajduje rysunek drzwi oznaczonych numerem 27? I dlaczego ma wrażenie, że była w tym miejscu wcześniej, choć nie powinna go pamiętać?
Kiedy przeszłość zaczyna przenikać do teraźniejszości, Laura musi zdecydować, komu ufać.
Igorowi, który od początku nie mówił jej całej prawdy?
Jego ojcu, który najwyraźniej wie, co wydarzyło się z Leną?
Czy własnym wspomnieniom, które powracają w coraz bardziej niepokojących fragmentach?
„Nie zostawaj w apartamencie po północy” to pierwszy tom trylogii Apartament 27. Zmysłowy thriller psychologiczny o obsesji, pamięci, manipulacji i uczuciu, które rodzi się w miejscu zbudowanym z sekretów.
Bo czasami najbardziej niebezpieczne drzwi nie prowadzą do zamkniętego pokoju.
Prowadzą do prawdy o nas samych.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 312
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Apartament 27
Tom 1
Łukasz Nester
Prolog. Kobieta, która nie powinna tam być
Rozdział 1. Najlepiej płatne zlecenie w moim życiu
Rozdział 2. Pięć zasad
Rozdział 3. Apartament 27
Rozdział 4. Drzwi bez klamki
Rozdział 5. Igor Werner
Rozdział 6. Nie dotykaj tego
Rozdział 7. Zostałam pięć minut za długo
Rozdział 8. Mężczyzna w ciemności
Rozdział 9. Nie pytaj mnie o poprzednią właścicielkę
Rozdział 10. Jeden drink
Rozdział 11. Pierwsza noc
Rozdział 12. Rano nic się nie zmieniło
Rozdział 13. Zdjęcie bez twarzy
Rozdział 14. Lena
Rozdział 15. Powiedział, że nie żyje
Rozdział 16. Nie ufaj człowiekowi, który cię zatrudnił
Rozdział 17. Klucz
Rozdział 18. Ostatnia zasada
Epilog. Byłaś tu, zanim cię poznałem
PROLOG
O 00:17 w apartamencie numer 27 nie powinno być nikogo.
Tak przynajmniej wynikało z grafiku ochrony, elektronicznego rejestru wejść i informacji pozostawionej dla nocnej zmiany w recepcji.
Mieszkanie miało stać puste.
Światła miały być zgaszone.
Drzwi zamknięte.
A jednak kobieta stała pośrodku salonu i patrzyła na miasto przez ogromne okna sięgające od podłogi aż do sufitu.
Warszawa czterdzieści metrów niżej wyglądała spokojnie. Światła samochodów przesuwały się powoli po mokrych ulicach. Na dachach sąsiednich budynków połyskiwała woda. Padało od kilku godzin i deszcz uderzał w szyby z jednostajną regularnością.
Kobieta przyłożyła dłoń do szkła.
Było zimne.
Przez moment pozwoliła sobie zamknąć oczy.
Tylko przez moment.
Potem odwróciła się i spojrzała na zegarek.
00:18.
Miała niewiele czasu.
Zdjęła czarne szpilki i zostawiła je przy sofie. Na bosaka ruszyła przez salon znacznie ciszej. Znała każdy centymetr tego mieszkania. Wiedziała, która deska podłogi potrafi zatrzeszczeć. Wiedziała, które drzwi należy przytrzymać dłonią podczas zamykania. Wiedziała nawet, że czujnik ruchu w korytarzu potrzebuje niecałych czterech sekund, aby ponownie uruchomić światło.
Kiedyś była z tego dumna.
To miał być jej dom.
Pierwsze miejsce, którego nie wynajmowała. Pierwsze, w którym mogła wybrać kolor ścian, lampę nad stołem i filiżanki stojące w kuchennej szafce.
Pierwsze miejsce, z którego teraz musiała uciekać.
Podeszła do długiego regału zajmującego niemal całą ścianę salonu. Przesunęła palcami po grzbietach książek, aż odnalazła właściwą.
Wyciągnęła ją.
Za książkami znajdował się niewielki panel.
Wcisnęła kod.
Raz.
Drugi.
Za trzecim razem jej palce zadrżały.
Zatrzymała się.
Oddychaj.
Nie teraz.
Nie możesz spanikować właśnie teraz.
Wpisała sześć cyfr.
Usłyszała ciche kliknięcie.
Fragment drewnianej zabudowy odsunął się o kilka centymetrów.
Kobieta wsunęła palce w powstałą szczelinę i pociągnęła.
W środku znajdowała się metalowa kasetka.
Wyjęła ją i położyła na stole.
00:21.
Otworzyła zamek.
Nie było w niej pieniędzy ani biżuterii.
Leżała tam koperta, niewielki dysk i cztery fotografie.
Kobieta wzięła pierwsze zdjęcie.
Igor.
Stał na tarasie tego samego apartamentu, oparty o balustradę, z kieliszkiem w dłoni. Patrzył w obiektyw z tym swoim półuśmiechem, którego prawie nigdy nie pokazywał obcym.
Pamiętała dzień, kiedy zrobiła to zdjęcie.
Pamiętała także, co wydarzyło się później.
Odłożyła fotografię.
Drugą wsunęła do torebki.
Trzecią rozerwała na pół.
Przy czwartej zawahała się.
Patrzyła na nią dłużej niż powinna.
Starszy mężczyzna stał przed niewielkim domem. Obok niego była dziewczynka. Mogła mieć dziesięć, może jedenaście lat. Długie ciemne włosy opadały jej na ramiona, a w dłoni trzymała coś, co wyglądało jak szkicownik.
Na odwrocie zdjęcia zapisano dwa słowa.
Laura Bielska.
Kobieta przesunęła kciukiem po imieniu.
Jeszcze możesz się wycofać.
Ta myśl pojawiała się od tygodnia.
Jeszcze możesz wszystko zostawić.
Wyjechać.
Zapomnieć.
Przez kilka sekund niemal w nią uwierzyła.
Potem sięgnęła po telefon.
Na ekranie widniało siedem nieodebranych połączeń.
Wszystkie od Igora.
Ósme pojawiło się, kiedy na nie patrzyła.
Telefon zawibrował w jej dłoni.
Nie odebrała.
Dzwonił długo.
W końcu ucichł.
Kobieta otworzyła wiadomości.
Igor napisał tylko jedno zdanie.
Gdzie jesteś?
Przeczytała je dwa razy.
Nie odpowiedziała.
Wyjęła kartę z telefonu, złamała ją paznokciem i wrzuciła do pustej filiżanki stojącej na stole.
Potem spojrzała w stronę drzwi prowadzących do korytarza.
Cisza.
Za duża.
Kiedy mieszka się wysoko nad miastem, człowiek przyzwyczaja się do specyficznego rodzaju ciszy. Nie jest absolutna. Zawsze pozostaje szum wentylacji, delikatne buczenie lodówki, czasami odległy dźwięk windy.
Teraz kobieta nie słyszała nawet tego.
Podeszła do panelu sterowania przy ścianie.
Ekran był czarny.
Jeszcze kilka minut wcześniej działał.
Dotknęła go.
Nic.
Spróbowała ponownie.
Bez reakcji.
Poczuła, jak napięcie zaciska się wokół jej żołądka.
00:24.
Musiała działać szybciej.
Chwyciła kopertę i dysk, po czym podeszła do ściany naprzeciwko kuchni.
Wyglądała zupełnie zwyczajnie.
Jasna farba. Minimalistyczny obraz. Żadnych drzwi, żadnej wnęki.
Kobieta zdjęła obraz.
Za nim znajdowała się niewielka rysa.
Wsunęła pod nią paznokieć.
Nie wystarczyło.
Rozejrzała się, po czym chwyciła stojący na komodzie metalowy nóż do papieru.
Wcisnęła ostrze w szczelinę i podważyła fragment listwy.
Drewno ustąpiło.
Za nim znajdowała się pusta przestrzeń.
Wsunęła do środka kopertę.
Potem dysk.
Na końcu fotografię dziewczynki.
Zatrzymała ją jeszcze przez chwilę w palcach.
Laura Bielska.
Nie znała jej.
Nigdy z nią nie rozmawiała.
Widziała ją tylko na zdjęciach.
A mimo to wszystko, co robiła tej nocy, robiła częściowo dla niej.
Wsunęła fotografię do środka.
Nagle usłyszała dźwięk.
Cichy.
Krótki.
Ding.
Winda.
Kobieta zastygła.
Apartament 27 znajdował się na najwyższym piętrze.
Na tym poziomie nie było innych mieszkań.
Jeżeli winda właśnie się zatrzymała, ktoś przyjechał tutaj.
Do niej.
Spojrzała na zegarek.
00:27.
Odłożyła listwę na miejsce i zawiesiła obraz.
Nie zdążyła założyć butów.
Chwyciła torebkę.
Światło w korytarzu zapaliło się automatycznie.
Ktoś wszedł na piętro.
Kobieta zrobiła krok w stronę drzwi wyjściowych.
Zatrzymała się.
Nie.
Jeżeli ktoś stał po drugiej stronie, nie mogła wyjść głównym wejściem.
Odwróciła się i ruszyła w stronę sypialni.
Otworzyła drzwi garderoby.
Za rzędem sukienek znajdowała się kolejna ściana.
Nacisnęła fragment drewnianego panelu.
Nic.
Jeszcze raz.
Mechanizm nie zadziałał.
Zaklęła cicho.
Spróbowała trzeci raz.
Panel odsunął się.
Weszła do wąskiego przejścia technicznego biegnącego pomiędzy ścianami apartamentu.
Przed zamknięciem drzwi spojrzała jeszcze raz na sypialnię.
Łóżko było niepościelone.
Na stoliku nocnym leżała książka.
Na fotelu wisiała jego koszula.
Jeszcze kilka miesięcy temu sądziła, że właśnie tak wygląda szczęście.
Dwie szczoteczki do zębów.
Dwie filiżanki rano.
Jego ubrania pomieszane z jej ubraniami.
Nigdy nie przypuszczała, że najtrudniejsze będzie pozostawienie tych zwyczajnych rzeczy.
Usłyszała odgłos otwieranych drzwi wejściowych.
Ktoś wszedł do apartamentu.
Kobieta zamknęła przejście.
Znalazła się w ciemności.
Nie oddychała.
Kroki.
Powolne.
Spokojne.
Ktoś przeszedł przez salon.
Potem kuchnię.
Kroki ucichły.
Przez kilka sekund nie wydarzyło się nic.
Kobieta przycisnęła dłoń do ust.
Nie mogła kaszlnąć.
Nie mogła poruszyć się zbyt szybko.
Nie mogła zrobić niczego, co zdradziłoby jej obecność.
Nagle po drugiej stronie ściany usłyszała głos.
Męski.
Cichy.
Powiedział jedno słowo.
Jej imię.
Lena.
Zamknęła oczy.
Rozpoznała głos.
I właśnie dlatego przestraszyła się jeszcze bardziej.
Mężczyzna powtórzył jej imię.
Tym razem głośniej.
Lena.
Nie odpowiedziała.
Kroki ruszyły dalej.
W stronę sypialni.
Kobieta cofnęła się w głąb przejścia.
Znała tę drogę.
Prowadziła do pomieszczenia technicznego, a stamtąd do klatki serwisowej.
Pokonywała ją kiedyś dla zabawy.
Igor pokazał jej przejście podczas remontu.
Powiedział wtedy, że w tym mieszkaniu jest więcej drzwi, niż można zobaczyć.
Śmiała się.
Teraz te drzwi mogły uratować jej życie.
Ruszyła.
Powoli.
Krok za krokiem.
Ściany były tak wąskie, że ramiona ocierały o beton.
Dotarła do metalowej klapy.
Nacisnęła uchwyt.
Zablokowana.
Spróbowała mocniej.
Nic.
Za sobą usłyszała delikatny trzask.
Panel garderoby.
Ktoś właśnie go otworzył.
Lena szarpnęła klapę.
Raz.
Drugi.
Za trzecim razem mechanizm puścił.
Wypadła na niewielki korytarz techniczny.
Nie oglądała się.
Pobiegła.
Bosymi stopami uderzała o zimną posadzkę. Torebka obijała się o biodro. Serce biło tak mocno, że prawie nie słyszała własnych kroków.
Dotarła do drzwi przeciwpożarowych.
Otworzyła je.
Schody.
Dwudzieste siódme piętro.
Nie miała wyboru.
Zaczęła zbiegać.
Piętro dwudzieste szóste.
Dwudzieste piąte.
Dwudzieste czwarte.
Na dwudziestym trzecim zatrzymała się.
Z góry dobiegł dźwięk otwieranych drzwi.
Ktoś wszedł na klatkę schodową.
Lena spojrzała w dół.
Potem w górę.
Nie zdąży zejść.
Otworzyła pierwsze drzwi techniczne, które zobaczyła, i weszła do środka.
Ciemność.
Zapach kurzu.
Rury.
Przycisnęła plecy do ściany.
Kroki na schodach.
Coraz bliżej.
Nie biegł.
To było najgorsze.
Człowiek, który jej szukał, nie musiał się spieszyć.
Był pewien, że ją znajdzie.
Lena zacisnęła powieki.
Kroki minęły dwudzieste czwarte piętro.
Potem dwudzieste trzecie.
Zatrzymały się.
Dokładnie po drugiej stronie drzwi.
Cisza.
Jedna sekunda.
Dwie.
Trzy.
Klamka poruszyła się.
Lena przestała oddychać.
Drzwi nie otworzyły się.
Były zamknięte od wewnątrz.
Po chwili kroki ruszyły dalej.
Dopiero kiedy zupełnie ucichły, Lena pozwoliła sobie nabrać powietrza.
Nie wiedziała, ile czasu tam spędziła.
Pięć minut.
Może piętnaście.
Kiedy wyszła, klatka schodowa była pusta.
Zeszła na parking podziemny.
Samochód czekał w najdalszym sektorze.
Nie należał do niej.
Kluczyki znajdowały się dokładnie tam, gdzie miały być.
Pod przednim kołem.
Wsiadła.
Dopiero wtedy zobaczyła swoje odbicie w lusterku.
Rozmazany tusz.
Mokre włosy.
Krew na dolnej wardze, którą musiała przygryźć podczas ucieczki.
Nie wyglądała jak kobieta, która jeszcze tego ranka wybierała sukienkę na kolację.
Wyglądała jak ktoś, kto właśnie zrozumiał, że jego dotychczasowe życie się skończyło.
Uruchomiła silnik.
Telefon pozostawiony w apartamencie już nie miał znaczenia.
Karty.
Konta.
Ubrania.
Nazwisko.
Nic z tego nie miało znaczenia.
Najważniejsze zostało za obrazem w salonie Apartamentu 27.
Miała tylko nadzieję, że nikt tego nie znajdzie.
Nie wcześniej, niż powinien.
Ruszyła.
Kiedy szlaban parkingu uniósł się przed samochodem, Lena spojrzała ostatni raz w stronę budynku.
Na najwyższym piętrze paliło się światło.
W jednym z ogromnych okien stała sylwetka mężczyzny.
Nie mogła zobaczyć jego twarzy.
Ale wiedziała, że patrzy właśnie na nią.
Wcisnęła gaz.
Cztery lata później ktoś miał ponownie wejść do tego mieszkania.
Kobieta, która nie znała Leny.
Kobieta, której zdjęcie przez lata pozostawało ukryte w ścianie.
Laura Bielska.
I gdyby Lena mogła powiedzieć jej wtedy tylko jedną rzecz, nie powiedziałaby jej, żeby uważała na Igora Wernera.
Powiedziałaby coś znacznie prostszego.
Nie zostawaj w Apartamencie 27 po północy.
ROZDZIAŁ 1
Telefon zadzwonił dokładnie wtedy, kiedy próbowałam przekonać klientkę, że marmur nie musi wyglądać jak marmur.
W teorii była to rozmowa o blacie kuchennym.
W praktyce od dwudziestu minut słuchałam o tym, że przyjaciółka pani Anety zrobiła sobie kuchnię z kamienia sprowadzanego z Włoch, więc pani Aneta również potrzebowała kamienia sprowadzanego z Włoch, nawet jeśli nienawidziła chłodnych wnętrz, bała się plam po winie i trzy razy wspomniała, że chciałaby, żeby kuchnia była „przytulna, ale luksusowa”.
Przytulna, ale luksusowa była jedną z tych fraz, które słyszałam częściej niż własne nazwisko.
Drugą było „zostawiam pani pełną swobodę”.
Pełna swoboda trwała zazwyczaj do pierwszej wizualizacji.
Spojrzałam na ekran telefonu leżącego obok próbnika kamienia.
Numer nieznany.
Odrzuciłam połączenie.
„Ten jest piękny” powiedziała pani Aneta, wskazując próbkę, którą od początku próbowałam jej odradzić.
Oczywiście.
Uśmiechnęłam się profesjonalnie.
„Jeśli zależy pani na tym konkretnym efekcie, możemy go wykorzystać. Zmieniłabym tylko fronty na spokojniejsze. Inaczej kuchnia zacznie konkurować sama ze sobą.”
Pani Aneta zmarszczyła brwi.
Patrzyła na próbkę, potem na wizualizację, potem znowu na próbkę.
Telefon zadzwonił ponownie.
Ten sam numer.
Tym razem wyciszyłam go przyciskiem.
„A gdyby zrobić jeszcze złote uchwyty?”
Oczywiście.
„Możemy.”
To jedno słowo uratowało więcej moich projektów niż wszystkie dyplomy, szkolenia i lata doświadczenia razem wzięte.
Czasami klient nie potrzebował architekta wnętrz.
Potrzebował świadka własnych decyzji.
Godzinę później stałam sama w pracowni i patrzyłam przez okno na szary wrześniowy deszcz.
Moje biuro zajmowało niewielki lokal na drugim piętrze odrestaurowanej kamienicy. Dwa pomieszczenia, kuchnia wielkości garderoby i łazienka, w której człowiek wyższy ode mnie prawdopodobnie uderzał kolanami o drzwi.
Nie było luksusowe.
Ale było moje.
Po siedmiu latach pracy dla innych projektantów i dwóch latach prowadzenia własnej działalności nadal lubiłam przychodzić tutaj rano pierwsza i wychodzić ostatnia.
Nawet jeśli ostatnio coraz częściej robiłam obie te rzeczy tego samego dnia.
Na stole leżały trzy niedokończone projekty.
Mieszkanie na Mokotowie.
Dom pod Warszawą.
Niewielki apartament inwestycyjny na Powiślu.
Żaden z nich nie był zły.
Żaden też nie był projektem, który mógł zmienić moją karierę.
Telefon zawibrował.
Nieznany numer nie zadzwonił po raz trzeci.
Przyszła wiadomość.
„Pani Lauro, próbowałem się skontaktować w sprawie potencjalnej współpracy. Chodzi o kompleksowy projekt prywatnego apartamentu. Proszę o telefon, kiedy znajdzie pani chwilę. Michał Rudzki.”
Nazwisko nic mi nie mówiło.
Usiadłam przy biurku.
Wpisałam je w wyszukiwarkę.
Pierwszy wynik pojawił się od razu.
Michał Rudzki.
Radca prawny.
Kancelaria Rudzki, Werner i Partnerzy.
Zatrzymałam palec nad ekranem.
Werner.
Nazwisko kojarzyłam.
Nie wiedziałam jeszcze skąd.
Otworzyłam stronę kancelarii.
Michał Rudzki wyglądał dokładnie tak, jak wyobrażałam sobie człowieka, który wystawia faktury za sześć minut rozmowy telefonicznej. Siwe włosy, garnitur bez najmniejszego zagniecenia, okulary w cienkich oprawkach.
Pod jego zdjęciem widniała lista specjalizacji.
Nieruchomości.
Prawo korporacyjne.
Obsługa inwestycji.
Zarządzanie majątkiem prywatnym.
Przesunęłam ekran niżej.
Partnerzy.
I wtedy zobaczyłam nazwisko.
Werner.
Nie kancelaria była jednak powodem, dla którego je znałam.
Wpisałam je osobno.
Igor Werner.
Wyników było niewiele.
Zaskakująco niewiele.
Kilka artykułów gospodarczych.
Dwa zdjęcia z jakiejś gali sprzed kilku lat.
Wzmianka o inwestycjach nieruchomościowych.
Nazwiska spółek.
Jeden wywiad, którego pełna wersja znajdowała się za płatnym dostępem.
Kliknęłam zdjęcie.
Mężczyzna miał ciemne włosy i twarz, która nie sprawiała wrażenia stworzonej do uśmiechania się przed aparatem. Stał obok starszego mężczyzny. Obaj mieli na sobie smokingi.
Podpis:
„Igor Werner z ojcem, Konradem Wernerem, podczas gali Fundacji Aurea.”
Zamknęłam stronę.
To mogło nie mieć żadnego związku.
Werner nie był przecież nazwiskiem występującym wyłącznie raz w Polsce.
Po chwili zadzwoniłam do Rudzkiego.
Odebrał po pierwszym sygnale.
„Pani Laura Bielska?”
„Tak. Oddzwaniam w sprawie wiadomości.”
„Dziękuję. Mam nadzieję, że nie przeszkodziłem wcześniej.”
„Byłam na spotkaniu z klientem.”
„Rozumiem. Nie będę zabierał pani dużo czasu. Reprezentuję osobę zainteresowaną zatrudnieniem pani do projektu apartamentu w centrum Warszawy.”
„Jakiego typu projekt?”
„Kompleksowy.”
To słowo niewiele mówiło.
„Remont?”
Krótka pauza.
„Raczej ponowne urządzenie wnętrza.”
„Metraż?”
„Nieco ponad trzysta metrów.”
Wyprostowałam się na krześle.
„Trzysta?”
„Dokładny metraż otrzyma pani w dokumentacji.”
Nie wiedziałam, czy bardziej zaskoczyła mnie wielkość mieszkania, czy sposób, w jaki powiedział to tak, jakby chodziło o kawalerkę.
„W jakim stanie jest lokal?”
„Bardzo dobrym.”
„Czyli chodzi głównie o zmianę wystroju?”
„Nie tylko.”
Znów pauza.
Ten człowiek ważył każde zdanie.
„Właściciel oczekuje zmian funkcjonalnych w części pomieszczeń. Szczegóły omówimy na miejscu.”
„Kiedy chciałby się spotkać?”
„Jutro.”
Zaśmiałam się cicho.
„Jutro mam już spotkania.”
„O której najwcześniej mogłaby pani być dostępna?”
Spojrzałam na kalendarz.
Dwa spotkania rano.
Odbiór płytek o trzynastej.
Wizyta u wykonawcy o szesnastej.
„Najwcześniej około osiemnastej.”
„Osiemnasta będzie odpowiednia.”
Powiedział to tak, jakby termin był ustalony, zanim zdążyłam odpowiedzieć.
„Nie zapytałam jeszcze o budżet.”
„To prawda.”
Czekałam.
On również.
„Panie Michale?”
„Budżet nie będzie ograniczeniem.”
Tego zdania nie lubiłam jeszcze bardziej niż „pełna swoboda”.
Każdy miał budżet.
Ludzie, którzy twierdzili inaczej, zazwyczaj po prostu nie chcieli powiedzieć, gdzie przebiega granica.
„Każdy projekt ma budżet.”
Po drugiej stronie zapadła cisza.
„W takim razie powiedzmy, że limit jest znacznie wyższy niż przeciętny budżet podobnych realizacji.”
„To nadal niewiele mi mówi.”
Po raz pierwszy w jego głosie usłyszałam coś przypominającego rozbawienie.
„Widzę, że polecenie było trafne.”
„Jakie polecenie?”
„Pani nazwiska.”
Zmarszczyłam brwi.
„Kto mnie polecił?”
„Właściciel apartamentu.”
„Pracowałam już dla niego?”
„Nie.”
„W takim razie skąd mnie zna?”
Tym razem pauza trwała odrobinę zbyt długo.
„To pytanie najlepiej zadać jemu.”
Oparłam się o krzesło.
Nie lubiłam zagadek.
Jeszcze bardziej nie lubiłam ludzi, którzy celowo je tworzyli.
„Ile czasu przewiduje pan na realizację?”
„Właściciel chciałby zakończyć prace w ciągu czterech miesięcy.”
„Przy trzystu metrach?”
„Tak.”
„To ambitne.”
„Dlatego kontaktujemy się z panią.”
Sprytne.
Komplement podany w taki sposób, żebym nie mogła go odrzucić bez jednoczesnego zakwestionowania własnych kompetencji.
„Najpierw muszę zobaczyć mieszkanie.”
„Oczywiście.”
„I porozmawiać z właścicielem.”
Kolejna pauza.
„Nie mogę zagwarantować, że będzie obecny podczas pierwszego spotkania.”
„A kto podejmuje decyzje?”
„On.”
„W takim razie rozmowa byłaby przydatna.”
„Przekażę.”
Nie brzmiało to jak obietnica.
„Podeślę pani adres i podstawowe informacje. Proszę tylko o potwierdzenie obecności.”
„Dobrze.”
Już miałam się rozłączyć, kiedy jego głos zatrzymał mnie jeszcze na chwilę.
„Pani Lauro?”
„Tak?”
„Jest jeszcze jedna kwestia.”
Oczywiście, że była.
„Jaka?”
„Właściciel bardzo ceni prywatność.”
„Moi klienci też.”
„W tym przypadku mówimy o czymś więcej niż standardowa dyskrecja.”
Popatrzyłam na ekran laptopa.
„Co ma pan na myśli?”
„Przed wejściem do apartamentu otrzyma pani umowę o poufności.”
„To nie problem.”
Podpisywałam takie dokumenty wcześniej.
Przy bardziej znanych klientach było to wręcz normalne.
„Dobrze. W takim razie jutro o osiemnastej.”
Rozłączył się.
Kilka sekund później przyszła wiadomość.
Adres.
Spojrzałam na niego i poczułam lekkie ukłucie ciekawości.
Znałam budynek.
Każdy projektant wnętrz w Warszawie go znał.
Wieżowiec z apartamentami, o których ceny rozmawiało się raczej w euro niż w złotówkach. Dyskretna recepcja, prywatne windy, widok na centrum i poziom zabezpieczeń przypominający bardziej ambasadę niż budynek mieszkalny.
Nigdy wcześniej nie byłam w środku.
Pod adresem znajdował się jeszcze jeden zapis.
Piętro 27.
Apartament 27.
Przez chwilę pomyślałam, że to przypadek.
Piętro i numer mieszkania.
Potem otworzyłam wiadomość ponownie.
Na dole znajdowało się załączone zaproszenie do kalendarza.
„Prezentacja nieruchomości. A27.”
Nic więcej.
Nie nazwisko klienta.
Nie zakres projektu.
Nie metraż.
Zamknęłam telefon i wróciłam do pracy.
A przynajmniej próbowałam.
Przez następne pół godziny przesuwałam te same elementy na wizualizacji salonu i nie byłam w stanie zdecydować, czy sofa powinna stać dziesięć centymetrów bardziej w lewo.
W końcu się poddałam.
Otworzyłam ponownie wyszukiwarkę.
Igor Werner.
Tym razem czytałam dokładniej.
Trzydzieści sześć lat.
Inwestor.
Członek zarządów kilku spółek powiązanych z nieruchomościami i finansami.
W ostatnich latach niemal całkowicie wycofał się z życia publicznego.
Nie prowadził mediów społecznościowych.
Nie udzielał wywiadów.
Nie publikował zdjęć.
W internecie można było znaleźć więcej informacji o jego ojcu niż o nim samym.
Otworzyłam starszy artykuł.
Na zdjęciu Igor wychodził z jakiegoś budynku. Fotograf uchwycił go bokiem.
Płaszcz.
Telefon przy uchu.
Spojrzenie skierowane poza kadr.
Powiększyłam fotografię.
Nie wyglądał jak człowiek, który chce, żeby ktoś go zauważył.
To było interesujące.
Ludzie z pieniędzmi zwykle dzielili się na dwie grupy.
Tych, którzy chcieli, żeby wszyscy wiedzieli, ile mają.
I tych, którzy robili wszystko, żeby nikt nie wiedział.
Igor Werner należał najwyraźniej do drugiej.
Na biurku zadzwonił telefon stacjonarny.
Odebrałam.
„Laura?”
To była Zosia, która pomagała mi przy wizualizacjach i dokumentacji technicznej trzy dni w tygodniu.
„Tak?”
„Jestem jeszcze u dostawcy. Ten fornir, który wybrałaś do Prusa, przyszli w innej partii i kolor jest kompletnie inny.”
Zamknęłam artykuł.
„Jak bardzo inny?”
„Jeśli poprzedni był orzechem, ten jest pomarańczą udającą orzech.”
Westchnęłam.
„Zrób zdjęcia przy dziennym świetle. Nie odbieraj.”
„Dobra. A pani Aneta?”
„Wybrała marmur.”
Cisza.
„Ten marmur?”
„Ten marmur.”
„I złote uchwyty?”
„Skąd wiedziałaś?”
„Bo znam ludzi.”
Roześmiałam się.
„Jutro o osiemnastej mam spotkanie w sprawie nowego projektu.”
„Coś dużego?”
Spojrzałam jeszcze raz na adres.
„Trzysta metrów.”
Po drugiej stronie zapadła cisza.
„Trzysta?”
„Trochę ponad.”
„Dom?”
„Apartament.”
„Gdzie?”
Podałam nazwę budynku.
Zosia przez moment nic nie mówiła.
„Laura.”
„Słucham.”
„Tam mieszkania kosztują tyle, ile cały mój ród nie zarobi przez następne cztery pokolenia.”
„Dziękuję za analizę finansową.”
„Kto jest klientem?”
Zawahałam się.
„Jeszcze nie wiem.”
„Jak to nie wiesz?”
„Dostałam kontakt przez prawnika.”
„Brzmi normalnie.”
„Podpisuję jutro umowę o poufności.”
„Brzmi jeszcze normalniej.”
Uśmiechnęłam się.
„Prawdopodobnie Igor Werner.”
Znów cisza.
„Ten Werner?”
„Nie wiedziałam, że istnieje jakiś ten Werner.”
„Czekaj.”
Usłyszałam stukanie.
„Co robisz?”
„Wpisuję go.”
„Właśnie to zrobiłam.”
„Okej.”
Chwila ciszy.
„Laura?”
„Tak?”
„Ładny.”
Przewróciłam oczami.
„To jest twoja profesjonalna analiza potencjalnego klienta?”
„Nie. Profesjonalna analiza brzmi: ma bardzo symetryczną twarz i dobrze dobrany garnitur.”
„Wracaj do forniru.”
„Już.”
Rozłączyłam się.
Spojrzałam na zdjęcie Igora po raz ostatni.
Potem zamknęłam przeglądarkę.
Nie interesowało mnie, czy był przystojny.
Interesowało mnie mieszkanie.
Trzysta metrów w jednym z najbardziej prestiżowych budynków w mieście.
Pełna przebudowa części wnętrz.
Budżet, który podobno nie stanowił ograniczenia.
To mógł być projekt, którego potrzebowałam.
Taki, który później trafiał do magazynów.
Taki, który przynosił kolejnych klientów.
Taki, po którym człowiek przestawał być jedną z wielu projektantek prowadzących niewielkie studio i zaczynał dostawać telefony od ludzi, których wcześniej widział wyłącznie na okładkach czasopism.
Oczywiście, jeśli klient zgodziłby się na publikację.
A biorąc pod uwagę rozmowę o poufności, nie było to szczególnie prawdopodobne.
Mimo wszystko chciałam ten projekt.
Poczułam to zaskakująco szybko.
Jeszcze zanim zobaczyłam mieszkanie.
Jeszcze zanim poznałam właściciela.
Jeszcze zanim dowiedziałam się, dlaczego to właśnie moje nazwisko pojawiło się na jego biurku.
Wieczorem wyszłam z pracowni jako ostatnia.
Deszcz przestał padać.
Ulice błyszczały pod światłem latarni, a powietrze pachniało mokrym asfaltem i początkiem jesieni.
Przeszłam kilka kroków w stronę samochodu.
Telefon zawibrował w kieszeni płaszcza.
Nieznany numer.
Przez sekundę pomyślałam, że Rudzki chce zmienić godzinę spotkania.
Otworzyłam wiadomość.
Nie było podpisu.
Tylko jedno zdanie.
„Proszę nie spóźnić się jutro.”
Zmarszczyłam brwi.
Odpisałam.
„Pan Rudzki?”
Wiadomość została dostarczona.
Nikt nie odpowiedział.
Wsiadłam do samochodu.
Po minucie ekran telefonu zaświecił się ponownie.
„Nie.”
Patrzyłam na tę odpowiedź przez kilka sekund.
„Z kim mam przyjemność?”
Tym razem odpowiedź przyszła niemal natychmiast.
„Igor Werner.”
Przez chwilę miałam ochotę zadzwonić.
Nie zrobiłam tego.
Napisałam:
„W takim razie do zobaczenia jutro o osiemnastej.”
Trzy kropki pojawiły się niemal natychmiast.
Zniknęły.
Pojawiły się ponownie.
Wreszcie przyszła wiadomość.
„Jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem, nie zobaczymy się jutro.”
Przeczytałam zdanie jeszcze raz.
Dziwny człowiek.
„To interesujący sposób rozpoczynania współpracy.”
Tym razem czekałam dłużej.
Prawie minutę.
„Nie rozpoczęliśmy jeszcze współpracy, pani Lauro.”
Uśmiechnęłam się pod nosem.
Arogancki.
Odpisałam:
„W takim razie zobaczymy, czy będzie mnie pan chciał zatrudnić.”
Odpowiedź przyszła po kilku sekundach.
„To już zostało zdecydowane.”
Uśmiech zniknął mi z twarzy.
Zadzwoniłam.
Połączenie zostało odrzucone.
Spróbowałam jeszcze raz.
To samo.
Chwilę później otrzymałam ostatnią wiadomość.
„Jutro dowie się pani wszystkiego, co jest potrzebne do wykonania projektu.”
Nic więcej.
Nie odpisałam.
Uruchomiłam samochód.
Powinnam była uznać tę rozmowę za pierwszy sygnał ostrzegawczy.
Powinnam zadzwonić do Rudzkiego i powiedzieć, że nie interesują mnie klienci, którzy decydują za mnie, zanim w ogóle zobaczę zlecenie.
Powinnam przynajmniej zastanowić się, dlaczego człowiek, którego nigdy wcześniej nie spotkałam, był tak pewien, że zgodzę się dla niego pracować.
Nie zrobiłam żadnej z tych rzeczy.
Następnego dnia o 17:54 stałam w holu najbardziej strzeżonego budynku, do jakiego kiedykolwiek weszłam.
Recepcjonista poprosił mnie o dokument.
Sprawdził nazwisko na liście.
Wykonał telefon.
Potem wskazał windę po prawej stronie.
„Dwudzieste siódme piętro.”
„Dziękuję.”
„Winda zatrzyma się bezpośrednio przy apartamencie.”
Ruszyłam w jej stronę.
„Pani Bielska?”
Odwróciłam się.
Recepcjonista nadal patrzył na ekran komputera.
„Tak?”
Zawahał się przez sekundę.
„Proszę poczekać na pana Rudzkiego przed wejściem.”
„Oczywiście.”
Drzwi windy otworzyły się bezszelestnie.
Weszłam do środka.
Nie było panelu z przyciskami.
Drzwi zamknęły się za mną.
Kabina ruszyła.
Spojrzałam na niewielki ekran.
Im wyżej jechałam, tym silniej miałam wrażenie, że właśnie przekraczam granicę między zwykłym zleceniem a czymś, czego jeszcze nie rozumiem.
Winda zwolniła.
Drzwi otworzyły się.
Przede mną znajdował się pusty korytarz.
I jedne drzwi.
Czarne.
Matowe.
Bez numeru.
Bez wizjera.
Bez klamki.
Po prawej stronie ściany świecił niewielki ekran.
Na nim widniał tylko jeden napis.
APARTAMENT 27.
Spojrzałam na zegarek.
17:59.
Pan Rudzki jeszcze nie przyszedł.
Zrobiłam krok w stronę drzwi.
Ekran obok nich nagle się podświetlił.
Usłyszałam cichy mechaniczny dźwięk.
Zamek właśnie się otworzył.
Stałam nieruchomo.
Przypomniałam sobie słowa recepcjonisty.
Proszę poczekać na pana Rudzkiego przed wejściem.
Powinnam była poczekać.
Zamiast tego spojrzałam na uchylające się powoli drzwi.
Za nimi panowała ciemność.
I wtedy po raz pierwszy poczułam, że ktoś po drugiej stronie już wie, że tu jestem.
ROZDZIAŁ 2
Drzwi otworzyły się na szerokość może trzydziestu centymetrów i zatrzymały.
Nikt za nimi nie stał.
Przynajmniej nikogo nie widziałam.
Przez chwilę patrzyłam w ciemność, próbując zdecydować, czy powinnam zrobić krok do przodu, czy posłuchać recepcjonisty i zostać na korytarzu.
Zdrowy rozsądek podpowiadał drugą możliwość.
Ciekawość pierwszą.
Nigdy nie twierdziłam, że jestem szczególnie rozsądna.
Podeszłam bliżej.
Wewnątrz mieszkania panowała niemal całkowita ciemność. Dostrzegałam tylko słabą poświatę miasta wpadającą przez odległe okna. Apartament wydawał się ogromny. Już z progu mogłam stwierdzić, że część dzienna była większa od całej mojej pracowni.
Wyciągnęłam rękę w stronę drzwi.
„Nie robiłbym tego.”
Męski głos odezwał się za moimi plecami.
Odwróciłam się gwałtownie.
Michał Rudzki stał kilka metrów ode mnie.
Na żywo wyglądał dokładnie tak samo jak na zdjęciu z kancelarii. Idealnie skrojony granatowy garnitur, siwe włosy, okulary i twarz człowieka, którego bardzo trudno byłoby czymkolwiek zaskoczyć.
W dłoni trzymał cienką skórzaną teczkę.
„Przestraszył mnie pan.”
„Przepraszam.”
Nie wyglądał, jakby rzeczywiście było mu przykro.
Spojrzał na uchylone drzwi.
„Mówiłem recepcji, żeby poprosili panią o zaczekanie.”
„Poprosili.”
Uniósł brwi.
„A mimo to?”
„Drzwi same się otworzyły.”
Rudzki przeniósł wzrok na niewielki panel obok wejścia.
Przez moment nic nie mówił.
„Rozumiem.”
„To normalne?”
„W tym mieszkaniu istnieje kilka systemów automatycznych.”
„Kilka?”
„Proszę wejść.”
Minął mnie i położył dłoń na krawędzi drzwi.
Otworzył je szerzej.
Światło zapaliło się samo.
Najpierw w przedpokoju.
Potem kilka metrów dalej.
Pas po pasie, aż jasność dotarła do salonu.
Pierwszą rzeczą, którą zauważyłam, była przestrzeń.
Drugą widok.
Przeszłam przez krótki korytarz i zatrzymałam się.
Nie potrafiłam tego nie zrobić.
Salon był ogromny.
Jedną ze ścian niemal całkowicie zastępowały panoramiczne przeszklenia. Warszawa rozciągała się za nimi jak makieta. Budynki wyglądały na mniejsze, światła samochodów przesuwały się po ulicach wąskimi liniami, a zachodzące słońce odbijało się w szklanych elewacjach centrum.
Przez kilka sekund zapomniałam o Rudzkim.
Zapomniałam nawet, że przyjechałam tutaj pracować.
„Robi wrażenie.”
Jego głos przywrócił mnie do rzeczywistości.
„Tak.”
Podeszłam bliżej okien.
„Widok jest jednym z niewielu elementów, których właściciel nie zamierza zmieniać.”
Spojrzałam na niego.
„To dobrze. Byłoby trudno.”
Kącik jego ust poruszył się ledwo zauważalnie.
Apartament był urządzony minimalistycznie, ale nie w sposób, który kojarzył się z katalogiem. Wszystko wyglądało na kosztowne. Nie ostentacyjnie kosztowne. Nie było złota, kryształów ani gigantycznych logotypów.
Było drewno.
Kamień.
Szkło.
Naturalne tkaniny.
Meble, których ceny rozpoznawałam i których sama nigdy nie kupiłabym bez kilkukrotnego sprawdzenia stanu konta.
Ktoś zaprojektował to miejsce dobrze.
Bardzo dobrze.
I właśnie dlatego nie rozumiałam, po co ktoś miałby zatrudniać mnie do całkowitej zmiany wnętrza.
„Kiedy wykonano ostatni projekt?”
„Niecałe pięć lat temu.”
„Kto był projektantem?”
„Nie wiem.”
Spojrzałam na Rudzkiego.
Nie wyglądał jak człowiek, który czegoś nie wie.
„Naprawdę?”
„Nie zajmowałem się wtedy tym apartamentem.”
Podeszłam do ściany pokrytej fornirem.
Dotknęłam drewna.
Dąb.
Oleowany.
W doskonałym stanie.
„Właściciel chce wyrzucić to wszystko?”
„Nie.”
„W takim razie co dokładnie mam zrobić?”
„O tym za chwilę.”
Położył teczkę na kamiennym stole.
„Najpierw formalności.”
Oczywiście.
Usiadłam naprzeciwko niego.
Rudzki wyjął kilka kartek.
„Umowa o zachowaniu poufności.”
Przesunął dokument w moją stronę.
Wzięłam go do ręki.
Nie podpisywałam dokumentów bez czytania.
Nawet jeśli ktoś zapewniał mnie, że są standardowe.
Zwłaszcza wtedy.
Pierwsze strony rzeczywiście wyglądały zwyczajnie.
Zakaz publikowania informacji dotyczących klienta.
Zakaz fotografowania na potrzeby inne niż realizacja projektu.
Zakaz udostępniania planów osobom trzecim.
Zakaz omawiania szczegółów z mediami.
Poufność dotycząca majątku, życia prywatnego i osób przebywających w apartamencie.
Na czwartej stronie zatrzymałam się.
„To nie jest standardowe.”
Rudzki nie zapytał, o który fragment chodzi.
„Który punkt?”
Przeczytałam jeszcze raz.
„Wykonawca zobowiązuje się nie dokumentować żadnych przedmiotów, dokumentów, fotografii ani innych materiałów znajdujących się w lokalu, jeżeli nie są bezpośrednio związane z wykonywaną usługą.”
Spojrzałam na niego.
„To znaczy?”
„Dokładnie to, co jest napisane.”
„Jeżeli zobaczę w mieszkaniu obraz, który będzie pasował do projektu, nie mogę zrobić zdjęcia?”
„Może pani zrobić zdjęcie obrazu, jeżeli jest elementem projektu.”
„A jeśli zobaczę coś innego?”
„Nie robi pani zdjęcia.”
„Czego na przykład?”
„Czegokolwiek, co nie dotyczy pani pracy.”
Odłożyłam dokument.
„Ma pan świadomość, że to brzmi tak, jakby w tym mieszkaniu znajdowały się tajne dokumenty państwowe?”
„Nie znajdują się.”
„To dobrze.”
„Przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo.”
Popatrzyłam na niego.
Pierwszy raz nie byłam pewna, czy żartuje.
Rudzki wskazał umowę.
„Pozostałe punkty są standardowe.”
„Jeszcze czytam.”
Na szóstej stronie znalazłam karę umowną.
Przeczytałam kwotę dwa razy.
„Pół miliona?”
„Tak.”
„Złotych?”
„Tak.”
„Za naruszenie poufności?”
„Właściciel traktuje ją poważnie.”
„Widzę.”
Przez moment rozważałam, czy po prostu nie wstać.
Nie dlatego, że planowałam opowiadać komuś o mieszkaniu.
Nigdy nie naruszyłam prywatności żadnego klienta.
Chodziło o coś innego.
Cała sytuacja była dziwna.
Niepokojąco kontrolowana.
Adres przekazany dzień wcześniej.
Anonimowe wiadomości od właściciela.
Apartament otwierający drzwi sam.
Prawnik czekający z umową opiewającą na pół miliona złotych.
A ja nadal nie wiedziałam, czego właściwie ode mnie chcą.
„Mogę zabrać umowę do swojego prawnika?”
„Oczywiście.”
To mnie trochę uspokoiło.
„Ale wtedy dzisiaj nie zobaczy pani pozostałej części apartamentu.”
„Dlaczego?”
„Ponieważ dostęp do niej wymaga podpisanej umowy.”
Znów spojrzałam na dokument.
„Czyli salon mogę zobaczyć bez zobowiązań, ale sypialnia jest tajemnicą?”
„Ujmując rzecz bardzo ogólnie, tak.”
„To absurdalne.”
„Możliwe.”
„I pan mówi to zupełnie poważnie.”
„Zawsze mówię poważnie w kwestiach zawodowych.”
Oparłam się wygodniej.
„Panie Michale, może oszczędźmy sobie czasu. Czy w tym mieszkaniu jest coś nielegalnego?”
Tym razem jego reakcja była wyraźniejsza.
Uśmiechnął się.
„Nie.”
„Czy wydarzyło się tutaj coś, o czym powinnam wiedzieć?”
Uśmiech zniknął.
To trwało może pół sekundy.
Ale zauważyłam.
„Każde mieszkanie ma historię, pani Lauro.”
„To brzmi jak odpowiedź prawnika.”
„Jestem prawnikiem.”
„Czyli tak?”
„Czyli właściciel oczekuje dyskrecji.”
Nie odpowiedział.
A brak odpowiedzi czasami mówił więcej niż najbardziej szczegółowe wyjaśnienie.
Wróciłam do dokumentu.
Przeczytałam wszystko do końca.
Nie znalazłam niczego, co prawnie uniemożliwiałoby mi wykonywanie pracy albo stawiało mnie w niebezpiecznej sytuacji.
Przynajmniej na papierze.
Wzięłam długopis.
„Pół miliona.”
„Tak.”
„Jeśli kiedykolwiek zobaczy pan moje nazwisko przy tej kwocie, będę twierdziła, że podpisałam pod presją.”
„Zanotuję.”
Podpisałam.
Rudzki zebrał dokumenty i schował je do teczki.
„Dobrze.”
„Teraz mogę zobaczyć tajemniczą sypialnię?”
„Teraz mogę przedstawić pani zasady.”
Westchnęłam.
„Oczywiście, że są zasady.”
„Pięć.”
„Tylko?”
Nie zareagował.
Wyjął z teczki pojedynczą kartkę i położył przede mną.
Na górze nie było logo kancelarii.
Nie było nawet nazwiska właściciela.
Tylko pięć ponumerowanych punktów.
Przeczytałam pierwszy.
„Nie fotografować żadnego wnętrza bez wcześniejszej zgody właściciela.”
Spojrzałam na Rudzkiego.
„Jak mam pracować bez zdjęć?”
„Zdjęcia techniczne są dozwolone po autoryzacji urządzenia.”
„Autoryzacji telefonu?”
„Tak.”
„Przez kogo?”
„System.”
„Coraz lepiej.”
Przeczytałam drugi punkt.
„Do apartamentu mogą wejść wyłącznie osoby wcześniej zgłoszone.”
„Standardowe przy takim poziomie ochrony.”
„Moi wykonawcy?”
„Lista musi zostać zaakceptowana.”
„Przez właściciela?”
„Tak.”
Trzeci punkt.
„Nie wolno wynosić z mieszkania żadnych przedmiotów bez pisemnej zgody.”
Uniosłam brwi.
„Nawet krzesła do renowacji?”
„Jeżeli właściciel wyrazi zgodę, można.”
„A próbki?”
„To pani rzeczy.”
„Dobrze.”
Przesunęłam wzrok niżej.
Czwarty punkt.
Czytałam go dłużej.
„Pomieszczenie oznaczone na planie jako dwadzieścia siedem C nie podlega projektowi i nie wolno do niego wchodzić.”
Spojrzałam na Rudzkiego.
„Co tam jest?”
„Nie wiem.”
Nie uwierzyłam mu.
Tym razem nawet nie próbowałam udawać, że wierzę.
„I znowu pan tego nie wie.”
„Nie potrzebuję wiedzieć.”
„A ja?”
„Pani również nie.”
Odłożyłam kartkę.
„Jeżeli pomieszczenie znajduje się wewnątrz mieszkania, może wpływać na instalacje, wentylację, konstrukcję ścian, przebieg przewodów i połowę rzeczy, które muszę uwzględnić w projekcie.”
„Otrzyma pani niezbędną dokumentację techniczną.”
„Bez możliwości wejścia?”
„Tak.”
„To może być problem.”
„Jeżeli stanie się problemem, właściciel zdecyduje, jak go rozwiązać.”
Nie podobało mi się to.
Projektowanie polegało między innymi na oglądaniu rzeczy, których klient sam nie zauważał.
Nie wystarczał rzut.
Trzeba było zobaczyć ścianę.
Usłyszeć instalację.
Sprawdzić światło.
Dotknąć materiału.
„Gdzie jest to pomieszczenie?”
„Zobaczy pani.”
Wróciłam do kartki.
Został ostatni punkt.
Przeczytałam go.
Potem jeszcze raz.
„To żart?”
„Nie.”
Na kartce napisano:
Po godzinie 00:00 wykonawca nie może przebywać w apartamencie bez obecności właściciela.
Spojrzałam na Rudzkiego.
„Dlaczego?”
„Takie jest życzenie właściciela.”
„Rozumiem, że jest Kopciuszkiem?”
Rudzki milczał.
„Po północy mieszkanie zamienia się w dynię?”
„Pani Lauro.”
„Pytam poważnie.”
„Nie brzmiało.”
Przesunęłam kartkę w jego stronę.
„Pracuję czasami wieczorami. Przy dużych realizacjach zdarza mi się zostać z ekipą do późna. Jeśli mamy termin czterech miesięcy, mogą być sytuacje, kiedy prace potrwają dłużej.”
„Do dwudziestej trzeciej pięćdziesiąt dziewięć.”
„Dlaczego?”
Rudzki poprawił okulary.
„Ponieważ takie są warunki.”
„To nie jest odpowiedź.”
„To jedyna, którą mogę pani dać.”
Poczułam irytację.
„A jeśli zostanę pięć minut dłużej?”
„Proszę tego nie robić.”
Sposób, w jaki to powiedział, sprawił, że przestałam się uśmiechać.
Nie chodziło o słowa.
Chodziło o ton.
Nie brzmiał jak prawnik informujący o kaprysie bogatego klienta.
Brzmiał jak ktoś, kto naprawdę uważał, że nie powinnam tego sprawdzać.
„Co się stanie?”
„Nic.”
„Przed chwilą zabrzmiał pan tak, jakby miało się wydarzyć coś bardzo konkretnego.”
„Nie stanie się nic, jeśli będzie pani przestrzegała zasad.”
„To nie była odpowiedź na moje pytanie.”
„Wiem.”
Przez chwilę patrzyliśmy na siebie w ciszy.
W końcu podniosłam kartkę.
„Kto je napisał?”
„Pan Werner.”
„Osobiście?”
„Tak.”
„I naprawdę chce, żebym urządziła mu mieszkanie, ale zabrania mi przebywania w nim po północy?”
„Tak.”
„Dlaczego ja?”
Rudzki zamknął teczkę.
„To pytanie powinna pani zadać jemu.”
„Próbuję od wczoraj. Nie jest szczególnie rozmowny.”
„To również się zgadza.”
Wstał.
„Możemy obejrzeć apartament.”
Nie ruszyłam się.
„Jeszcze jedna rzecz.”
Spojrzał na mnie.
„Czy Igor Werner tutaj mieszka?”
„To jego apartament.”
„Nie o to pytam.”
Cisza.
„Przebywa tutaj.”
„Jak często?”
„Nie zajmuję się jego kalendarzem.”
„Czy może się zdarzyć, że będę pracowała, a on nagle się pojawi?”
„Tak.”
„I co wtedy?”
„Zakładam, że się przywitacie.”
Uśmiechnęłam się mimo irytacji.
„Pan naprawdę lubi swoją pracę.”
„Bardzo.”
Ruszyliśmy.
Salon płynnie przechodził w jadalnię i kuchnię. Ciemne drewno kontrastowało z jasnym kamieniem. Wszystkie urządzenia ukryto za zabudową.
Przesuwałam wzrokiem po wnętrzu, automatycznie analizując proporcje.
Było chłodno.
Pięknie, ale chłodno.
Jak luksusowy apartament przygotowany do sesji zdjęciowej, w którym nikt naprawdę nie mieszka.
Na blacie nie stał ekspres.
Nie było owoców.
Nie było przypadkowo zostawionej szklanki.
Żadnej poczty.
Żadnego kabla od ładowarki.
Nic.
„Kto tutaj sprząta?”
„Personel.”
„Codziennie?”
„Kiedy jest taka potrzeba.”
Otworzyłam jedną z szafek.
Pusta.
Drugą.
Dwa kieliszki.
Trzecia.
Kilka talerzy.
„Pan Werner lubi gotować?”
„Nie wiem.”
Spojrzałam na niego.
„Zaczynam dostrzegać pewien schemat.”
„Moim zadaniem jest znać jego sprawy prawne.”
„A nie zawartość lodówki.”
„Dokładnie.”
Przeszliśmy dalej.
Za salonem znajdował się szeroki korytarz.
Po lewej pierwsza sypialnia.
Pusta.
Łóżko, dwa stoliki, szafa.
Hotel.
Tak właśnie wyglądało to pomieszczenie.
„Pokój gościnny?”
„Tak.”
Drugi wyglądał podobnie.
Trzeci pełnił funkcję gabinetu.
Tutaj po raz pierwszy poczułam, że ktoś rzeczywiście korzysta z mieszkania.
Na biurku leżało pióro.
Notatnik.
Kilka książek.
Stała szklanka z niewielką ilością wody.
W kącie znajdowała się marynarka przerzucona przez oparcie fotela.
Podeszłam bliżej.
Rudzki zatrzymał się w drzwiach.
„To gabinet pana Wernera.”
„Domyśliłam się.”
Spojrzałam na regał.
Architektura.
Historia.
Ekonomia.
Kilka powieści.
Większość książek miała ślady używania.
Nie były dekoracją.
To była pierwsza rzecz w tym mieszkaniu, która powiedziała mi coś o człowieku, którego miałam zatrudnić jako własnego klienta, zanim w ogóle go spotkałam.
Na biurku stała fotografia w czarnej ramce.
Nie zamierzałam jej dotykać.
Ale spojrzałam.
Igor był na niej młodszy.
Może o pięć lat.
Stał na plaży obok kobiety.
Fotografia została zrobiona z daleka. Kobieta miała jasną sukienkę, a wiatr rozwiewał jej włosy.
Jej twarz była częściowo zasłonięta.
„Kim ona jest?”
Rudzki natychmiast spojrzał w kierunku zdjęcia.
Coś zmieniło się w jego twarzy.
Nieznacznie.
Ale wystarczająco.
„To nie dotyczy projektu.”
Pięć sekund wcześniej zapomniałam o zasadzie pierwszej.
Teraz zrozumiałam, dlaczego była tak dokładnie sformułowana.
Nie fotografować przedmiotów niezwiązanych z projektem.
„Nie zamierzałam fotografować.”
„Dobrze.”
„Tylko zapytałam.”
„Właśnie dlatego umowa obejmuje również informacje.”
Spojrzałam ponownie na zdjęcie.
„Rozumiem.”
Nie rozumiałam.
Wyszliśmy z gabinetu.
Korytarz ciągnął się dalej.
Przy jego końcu zobaczyłam coś dziwnego.
Drzwi.
A przynajmniej tak mi się wydawało.
Były całkowicie zlicowane ze ścianą.
Pokryte tym samym drewnem.
Bez klamki.
Bez zamka.
Rudzki zatrzymał się.
„Dwadzieścia siedem C.”
Spojrzałam na niego.
„Zakazane pomieszczenie.”
„Tak.”
Podeszłam bliżej.
Nie dotykałam.
Widziałam jedynie cienką linię biegnącą wzdłuż drewnianych paneli.
„Jak się je otwiera?”
„Nie wiem.”
Prawie się roześmiałam.
„Naprawdę będzie się pan tego trzymał?”
„Tak.”
Stanęłam przed drzwiami.
Przyjrzałam się podłodze.
Ta sama deska przechodziła pod nimi.
Nie było progu.
Nie było żadnego czytnika.
„Jeśli nie ma klamki, musi być sterowanie elektroniczne.”
Rudzki nie odpowiedział.
„Ma pan plan instalacji?”
„Otrzyma go pani jutro.”
„Chcę wiedzieć, czy przez tę ścianę przechodzą piony.”
„Otrzyma pani wszystkie niezbędne informacje.”
Wciąż patrzyłam na drzwi.
Nie wiem dlaczego.
Były tylko drzwiami.
A jednak czułam się przy nich inaczej niż w pozostałej części mieszkania.
Może dlatego, że wiedziałam, iż nie wolno ich otwierać.
Zakazane rzeczy natychmiast stają się bardziej interesujące.
To jedna z najstarszych wad ludzkiej natury.
„Ile metrów ma to pomieszczenie?”
„Nie wiem.”
„Pokaże mi pan rzut?”
„Tak.”
„Dzisiaj?”
„Jutro.”
Odwróciłam się.
„Pan Werner naprawdę nie lubi ułatwiać ludziom życia.”
„Nie sądzę, żeby należało to do jego priorytetów.”
Przeszliśmy do głównej sypialni.
W przeciwieństwie do salonu wyglądała na używaną.
Nie było bałaganu, ale na stoliku leżał zegarek.
Na komodzie flakon męskich perfum.
Jedna z szuflad była lekko wysunięta.
Na łóżku znajdowały się dwie poduszki, choć tylko jedna wyglądała tak, jakby ktoś na niej spał.
Podeszłam do okna.
Widok był jeszcze lepszy niż z salonu.
„Co właściwie mam zmienić?”
„Właściciel przekaże pani listę oczekiwań.”
„Kiedy?”
„Po zaakceptowaniu oferty.”
Odwróciłam się.
„Nie przygotuję oferty, jeśli nie znam zakresu prac.”
„Otrzyma pani wytyczne.”
„Od pana?”
„Tak.”
„Kiedy spotkam pana Wernera?”
„Tego nie wiem.”
Wzięłam głębszy oddech.
„W takim razie powiedzmy sobie coś jasno. Nie pracuję w ten sposób.”
Rudzki przyglądał mi się spokojnie.
„To znaczy?”
„Projektuję dla ludzi. Nie dla pełnomocników, dokumentów ani list wysyłanych mailem. Muszę wiedzieć, kto będzie mieszkał w przestrzeni, którą tworzę. Jak żyje. Co lubi. Czego nie znosi. Czy wstaje o szóstej, czy śpi do południa. Czy pracuje przy stole, czy na kanapie. Czy pije kawę w kuchni, czy zabiera ją do łóżka.”
Rudzki uniósł lekko brwi.
„To aż tak istotne?”
„Jeśli mam dobrze zrobić swoją pracę, tak.”
„A jeśli pan Werner odpowie, że chce po prostu ładnego mieszkania?”
„Wtedy odpowiem, że już je ma.”
Zapadła cisza.
Rudzki przyjrzał mi się dłużej.
„Rozumiem, dlaczego panią wybrał.”
Serce zabiło mi odrobinę szybciej.
„Właśnie. Dlaczego?”
„Nie powiedział.”
„Ale pan wie.”
„Nie.”
„Nie wierzę.”
„To już pani problem.”
Otworzyłam usta, żeby odpowiedzieć.
Nie zdążyłam.
Gdzieś w mieszkaniu rozległ się dźwięk.
Krótki.
Elektroniczny.
Rudzki spojrzał na zegarek.
„Musimy kończyć.”
„Dlaczego?”
„Spotkanie dobiegło końca.”
„Mamy jeszcze co najmniej pół apartamentu.”
„Zobaczyła pani wszystko, czego dzisiaj potrzebuje.”
„To kto o tym zdecydował?”
Nie odpowiedział.
Zamiast tego ruszył w stronę wyjścia.
Stałam przez moment nieruchomo.
„Pan Werner?”
Rudzki zatrzymał się.
„Co?”
„To on zdecydował, że mamy kończyć?”
„Tak.”
Rozejrzałam się po sypialni.
„Jest tutaj?”
„Nie.”
„Skąd w takim razie wie, że jeszcze jesteśmy?”
Prawnik spojrzał na mnie.
Znowu ta krótka pauza.
„System informuje właściciela o obecności osób w apartamencie.”
Nie podobało mi się to.
„Kamerami?”
„Systemem bezpieczeństwa.”
„To nie była odpowiedź.”
„Wiem.”
Ruszył dalej.
Poszłam za nim.
Kiedy mijaliśmy korytarz, spojrzałam ponownie na drzwi pomieszczenia dwadzieścia siedem C.
Nie wiem, czego się spodziewałam.
Że będą otwarte?
Że zobaczę coś niezwykłego?
Były dokładnie takie same jak wcześniej.
Zamknięte.
Gładkie.
Ciche.
Doszliśmy do salonu.
Rudzki zatrzymał się przy stole i podał mi jedną kartkę.
„Wstępny zakres prac.”
Przeczytałam.
Salon.
Jadalnia.
Kuchnia.
Główna sypialnia.
Dwie sypialnie gościnne.
Gabinet.
Dwie łazienki.
Garderoba.
Korytarze.
Oświetlenie.
Zmiana części materiałów wykończeniowych.
Projekt mebli indywidualnych.
Sztuka.
Tekstylia.
Lista była wystarczająco duża, żeby zająć mi kilka miesięcy niemal na pełny etat.
Na dole znajdowała się kwota.
„Co to jest?”
„Budżet projektowy.”
Spojrzałam na liczbę.
Potem na Rudzkiego.
Jeszcze raz na liczbę.
„To zaliczka?”
„Nie.”
„Budżet remontu?”
„Nie.”
„W takim razie?”
„Pani wynagrodzenie.”
