Opis

Walorami prozatorskiego debiutu C.K. Kędera są - a rzadkie to cechy najnowszej prozy - przemyślana, oryginalna i konsekwentna kompozycja, a także psychologiczna przenikliwość i trafność obyczajowa poszczególnych epizodów. W trzyczęściowym utworze inni, role społeczne oraz język budują kręgi piekła samoświadomości bohaterów. Antologia twórczości postnatalnej to książka absolutnie nieporównywalna z żadnym innym przedsięwzięciem literackim, a wielowymiarowość jej przesłania mogła zeń uczynić jedną z donioślejszych premier prozatorskich dekady lat 90. Krzysztof Uniłowski

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 287

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


 

ANTOLOGIA

TWÓRCZOŚCI

POSTNATALNEJ.

D. G. J. Ł. O. S. W.

 

Metafora

Uważnie wpatrywałem się w oczy mówiącego Dyzia, co było o tyle trudne, że zgodnie z prawami psychologii wędrował nimi po całym pomieszczeniu, z rzadka jedynie sprawdzając, czy jestem wystarczająco na nim skupiony. Apatycznie–apodyktycznym (wbrew pozorom jest to możliwe) tonem stwierdzał, że nie rozumie, a miało to znaczyć, że skoro on nie rozumie, to rzecz jest po prostu bełkotliwym nonsensem. Dowodził, że metafizyka jest, i że drogą do niej jest transgresja, a ty, zwracał się do mnie, twierdzisz, że jedno i drugie nie istnieje, tego nie mogę — robił wargami ryjek — zrozumieć. Gdzie i jak, w czym, ta metafizyka się przejawia, pytam, a on znowu robi ryjek i wskazuje na kartki papieru przede mną, zapełnione przez niego gęsto pismem maszynowym, jak sam mówił, poprzedniej nocy. Jakiż był bezbronny i naiwny, dużymi błękitnymi oczami krótkowidza patrzył na mnie oczekując odpowiedzi; zazwyczaj zbywałem go jakimś ogólnikiem bądź wikłałem w spory o dokładny sens słów, więc utwierdzał się tylko w swojej wyższości. Łaskawy panie, mówię, a gdzież na tych kartkach, bo ja tu widzę tylko czarne znaczki i ewentualnie banalne konstrukcje zdaniowe, a on mi odpowiada, że to nie każdy potrafi dostrzec, interpretacja, interpretować, nie rozumiem… bąkał jeszcze. Opanowałem z trudem ochotę, by zdzielić go pięścią w twarz, co unaoczniłoby mu niedostępną dla jego interpretacji, bo nie przejawiającą się w zapisanych słowach, metafizyczność mojego istnienia, rozpatrywałem jeszcze przez chwilę sposoby znęcania się nad gośćmi niskiego wzrostu i pokiwałem głową z przekonaniem: — to bardzo interesujące. Spokój i pełna akceptacja były jedyną szansą na uchronienie się przed terrorem tego kopiącego mnie po jajach i odnoszącego błyskotliwe zwycięstwa w swojej grze ze mną kurdupla — nie, kochany — pomyślałem — będziemy grali w moją grę, a będziemy w nią grali dlatego, że ty jej reguł zaakceptować nie potrafisz, jeśli w ogóle je rozumiesz. Więc jednak wciągnęło cię trochę to jego bagno, myślisz o jakiejś swojej grze — co to za gra bez reguł, z wciąż zmieniającymi się danymi, w której istnienie czegoś poza obozem jest równie prawdopodobne jak istnienie obozu? Bardzo dobre pytanie, naprawdę bardzo dobre pytanie. E.

 

Tutaj nic nie jest twoje. Zupełnie oduczono mnie nawyku myślenia kategorią ,,moje” — wszystko mam w posiadaniu czasowym, co z tego, że może to być czas do końca życia. Ćwiczy się nas tylko w rozpoznawaniu abstrakcyjnego zestawu liter jako imienia i nazwiska oraz psiego przywiązania do miejsca snu. Fasada za to jest śliczna: niektórzy gromadzą (i nawet używają) ogromne ilości rzeczy, na pierwszy rzut oka zupełnie nieprzydatne. I identycznie starają się traktować innych ludzi, a za złudzenie ,,posiadania” kogoś są w stanie ponieść każdą ofiarę. Ledwo jednak zacisną garść a człowiek wyślizguje im się albo usycha, zamieniając się w blade odbicie posiadacza. Niekiedy leżąc na swoim posłaniu, przewracam się z boku na bok nie mogąc zasnąć, trochę przerażony a trochę rozbawiony myślą, że nawet niepodważalna domena własności — wspomnienia — to tylko ciasny kantor wymiany obrazów na interpretacje i vice versa. Rozpaczliwie usiłuję przywołać kobiety, które kochałem, zapach ich ciał, miękkość włosów i jedyne co staje się namacalne to warstwa rozdzielającego nas wtedy powietrza. U.

 

Żywią nas tu całkiem nieźle, dbają o nasze ciała, chyba jesteśmy w pewien sposób cenni, zdaje się że tworzymy alibi dla całej reszty działalności tego produkującego sens egzystencji konsorcjum. Czekamy na posiłki, regularnie podawane trzy razy dziennie, a w przerwach oglądamy telewizję, filmy wideo, przeglądamy gazety i pewnie w porównaniu z losem innych byłaby to rajska egzystencja, gdyby nie fakt, że telewizja, specjalnie dla nas przygotowywana, jest pełna nagich kobiet — spikerki kopulują nawet w czasie podawania wiadomości — a wideo i gazety to sama pornografia. Filmy, które oglądamy, mają tylko jedną fabułę, rzadko jednak pokazywaną w pojedynczym odcinku w całości — najbardziej lubię te odcinki, które pokazują sam początek, do pierwszego pocałunku, reszta wywołuje we mnie dreszcze obrzydzenia, bo wiem, że ma nas przygotować do codziennego rytuału rozgrywającego się między jedenastą a północą. I nie mamy dużego wyboru: albo będziemy rżnąć nasze towarzyszki życia — co najgorsze samiśmy je wybrali — albo oddamy nasienie do probówki, tak czy inaczej wytrysk musi być potwierdzony specjalnym testem, który jeśli wypadnie negatywnie, jest równoznaczny z procedurą przymusowego poboru nasienia. Lepiej nie narażać się na nią, co nowoprzybyłym nie wydaje się oczywiste, więc buntują się, nabierając niezbędnego acz przykrego doświadczenia. Nudzimy się okropnie, gdyż jedyne rozrywki — gra w szachy i brydża — są dozwolone tylko przez dwie godziny dziennie po śniadaniu; przegrywający muszą opowiadać tłuste dowcipy. R.

 

Kiedy spotkałem, jakieś osiem lat później, Olę, była w ósmym miesiącu ciąży. Może dlatego przypomniało mi się, że od dawna nie miałem kobiety. Piegowata, w mini i z nieproporcjonalnie długimi nogami podlotka, spacerująca już wtedy z dzieckiem, może młodszym bratem. Teraz potrafiłem, inaczej, byłem w stanie, odpowiedzieć na jej natarczywe pytanie: czego ty właściwie ode mnie chcesz? Zresztą, nie odpowiedziałem wtedy, bo nic by nie zrozumiała, obraziłaby się, podświadomie oczekiwała jakiegoś zapewnienia, wprowadzenia w inny porządek rzeczy, inny niż ten, który już wtedy mógł objawiać się jej z całą oczywistością. Chcę cię przerżnąć — powiedziałbym — chcę cię wypierdolić tak jak osiem lat później wypierdoli cię, przy okazji robiąc ci dzieciaka, twój przyszły mąż. Fikcja sytuacji młodej matki; dodatkowe świadczenia, spółdzielcze dwie klitki w bloku 53, prawo do spacerów o dowolnej porze, byle przy pogodzie, zwolnienie z obowiązkowej pracy, druga ciąża. I.

 

Oczywiście jestem zmęczony. Stojąc na końcu wagonu (tory uciekają) rozmyślam o przyczynach Wielkiego Zmęczenia, powtarzam sobie, że tak dalej być nie może. W obozie zaczyna się dzienna zmiana, ludzie jadący do pracy i z pracy mają tak samo przekrwione z niewyspania oczy, dzieci maszerują do szkół, tornistry błyskają odblaskowymi plakietkami, uczennice w minispódniczkach, krzywonogie. Bo ja wiem, może nogi proste, tylko ja zmęczony. Estakada. H.

 

Żeby móc przeżyć, staram się osłabić bezpośrednie doznania rzeczywistości i traktuję zdarzenia w obozie jak tekst, który czytam i który podlega prawom kreacji. Chodzi mi nie o pozazdarzeniowe rozmyślania nad sensem, sztampowością i cytatowością zderzeń z ludźmi, ale o reakcje w bezpośrednich spotkaniach z nimi; traktuję ich jak krytycznych i często narzekających na narratora, bohaterów opowieści, której sens rzadko dostępny jest w chwili czytania — jeśli w ogóle istnieje. Fenomenem towarzyszącym takim relacjom jest przesunięcie reakcji na ciągi wypadków o jakiś dowolnie duży, choć czasem nieskończenie mały kwant czasu. I to dlatego słucham z pewnym roztargnieniem bohaterów mojego życia, łudząc ich, że istnieje jakiś porządek poza rozmową z nimi, do którego, wycierpiawszy ich ingerencję, chcę powrócić jak najszybciej, chociaż skłonny byłbym przyznać, iż to oni go tworzą. Ledwie skończą do mnie mówić, szarpać czy żądać biletu do kontroli, zaczynają kumulować się we mnie sensy tych zdarzeń, ale najczęściej do niczego to nie prowadzi, rozpływają się i umierają, bo trzeba reagować i odbierać następne. Najciekawsze są chwile, kiedy sam jestem bohaterem swojego życia i wpadam na przykład we wściekłość przesuniętą o ,,trochę” od reakcji wściekłości — zazwyczaj idzie mi nieźle i stawiam sobie bardzo dobry za rolę, niekiedy jest gorzej, co zrobić. Raczej myliłby się ktoś sądzący, że utrzymuję na siłę dystans z racji manii wyższości; przesunięcie pozwala mi przeżyć w świecie, gdzie rzeczy i zdarzenia bawią się wciąż mną w piłkę i żeby móc jako tako choćby sterować, nie można przywiązywać do żadnego z nich najmniejszej uwagi, lecz wciąż być gotowym na przyjęcie kolejnego i kolejnego. U.

 

Późnym wieczorem jakiegoś wietrznego dnia, gdy popijaliśmy herbatę w kawiarni Biura Wystaw Artystycznych, Marcin nachylił się do mnie i prosto w ucho wyszeptał: kochaj się ze mną… teraz! Tętno gwałtownie mi podskoczyło i poczułam jak rumieniec oblewa twarz, a on pociągnął mnie za rękę — wyszliśmy. Zamiast do głównego wyjścia poszliśmy w kierunku nieczynnych i słabo o tej porze oświetlonych sal wystawowych, wypełnionych przez dziwne obrazo–rzeźby: z płócien wystawały fallusy czy ręce, kilkumetrowe postaci ze styropianu niespodziewanie wnikały jakąś swoją częścią w ścianę, próbował straszyć olbrzymi szkielet dinozaura — również styropianowy, jak się przekonałam, gdy lekko go musnęłam. Całowaliśmy się w ciemnym załomie sali, Marcin lekko popchnął mnie w kierunku postumentu jakiegoś styropianowego potwora, pochyliłam się i oparłam dłońmi, wszedł we mnie. Figura kołysała się miarowo w naszym rytmie, a kiedy przed oczami miałam tylko złote punkty, w galerii włączył się alarm. I.

 

(...) ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej.

Mit

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

Poza

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

Inne książki tego autora

 

 

Spis części

Metafora

Mit

Poza

Strona redakcyjna

Cezary K. Kęder

Antologia Twórczości Postnatalnej. D. G. J. Ł. O. S. W.

Katowice 2013

 

 

Copyright © by Konrad C. Kęder

 

 

Wydanie II

 

 

Korekta

Małgorzata Nadwadowska

 

Projekt okładki

Marta Strzoda

 

 

wersja drukowana

ISBN 978-83-904966-0-3

 

wersja ebook

ISBN 978-83-60406-37-3

 

Wydawnictwo FA–art

40–032 Katowice, pl. Sejmu Śląskiego 2, pok. 205

 

 

Zamówienia

www.FA-art.pl/sklep, [email protected]