Anonim - Diana Brzezińska - ebook + książka

Anonim ebook

Diana Brzezińska

0,0
43,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Jedna noc. Jedna tajemnica. Jeden list, który po siedemnastu latach burzy spokój małej społeczności.

Na posterunek trafia anonim z opisem zbrodni sprzed lat: pobicie, uprowadzenie, rozczłonkowanie… i ognisko, nad którym sprawcy mieli piec części ludzkiego ciała. Nikt nie zna nazwiska ofiary. Nikt nie chce pamiętać tamtej nocy. A jednak ktoś w końcu pęka.

Prokurator Komorowski i policjant Kozłowski ruszają tropem, który przypomina wiejską legendę – dopóki informacje z podsłuchów, przesłuchań i zeznań nie zaczynają układać się w coś przerażająco spójnego. Rośnie panika. Ktoś kłamie. Ktoś próbuje ratować swoją rodzinę. Ktoś ukrywa prawdę, która może zniszczyć życie wielu osób.

To historia o winie, którą nosi się jak drugą skórę.

O kłamstwach, które dojrzewają w ciszy.

I o zemście, która smakuje gorzej niż strach.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 411

Data ważności licencji: 4/8/2031

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright © by Diana Brzezińska

Copyright © for this edition by Wydawnictwo Otwarte 2026

Opieka wydawnicza: Ewelina Tondys

Redakcja tekstu: Justyna Techmańska-Szewczuk

Adaptacja makiety na potrzeby wydania, adiustacja, korekta: Pracownia 12A

Promocja i marketing: Zofia Murawska-Cornago

Projekt okładki: Tomasz Majewski (front); Monika Drobnik-Słocińska

W projekcie okładki wykorzystano fotografie i grafiki z serwisu Unsplash

ISBN 978-83-8399-547-2

www.otwarte.eu

Wydawnictwo Otwarte sp. z o.o. ul. Smolki 5/302 30-513 Kraków

Wydanie I, 2026

Dystrybucja: SIW Znak. Zapraszamy na www.znak.com.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Ossowska

23

sygn. akt PO I Ds 24.2025

Szczecin, dnia 1 września 2023 roku

POSTANOWIENIE

o wszczęciu śledztwa

Grzegorz Komorowski, prokurator Prokuratury Okręgowej w Szczecinie, po zapoznaniu się z materiałem dowodowym w sprawie zabójstwa ze szczególnym okrucieństwem n/n osoby, tj. o czyn z art. 148 § 2 pkt 1 i 3 k.k.,

działając na podstawie art. 303 k.p.k., art. 305 § 1 k.p.k. oraz art. 309 pkt 1 k.p.k.,

postanowił

wszcząć śledztwo w sprawie mającego miejsce w nieustalonym czasie, jednak nie wcześniej niż w czerwcu, a nie później niż we wrześniu 2008 roku, pobicia mężczyzny o nieustalonej tożsamości dokonanego w lokalu Disco u Cygana w miejscowości Krzywinek w okolicach jeziora Marzkowo, a następnie pozbawienia go wolności w lesie w okolicach miejscowości Widuchowa oraz pozbawienia go życia ze szczególnym okrucieństwem i w wyniku motywacji zasługującej na szczególne potępienie,

tj. art. 148 § 2 pkt 1 i 3 k.k. w zb. z art. 189 § 1 k.k.

UZASADNIENIE

Prokuratura Okręgowa w Szczecinie otrzymała materiały wskazujące na to, że w nieustalonym czasie, jednak nie wcześniej niż w czerwcu, a nie później niż we wrześniu 2008 roku, doszło do pobicia mężczyzny o nieustalonej tożsamości w lokalu Disco u Cygana w miejscowości Krzywinek w okolicach jeziora Marzkowo, a następnie pozbawienia go wolności w lesie w okolicach miejscowości Widuchowa oraz pozbawienia go życia ze szczególnym okrucieństwem i w wyniku motywacji zasługującej na szczególne potępienie.

Materiał dowodowy zabezpieczony do chwili obecnej wskazuje na to, że w sprawie zachodzi uzasadnione podejrzenie dokonania czynu z art. 148 § 2 pkt 1 i 3 k.k.

Wobec powyższego celem wyjaśnienia okoliczności sprawy należało postanowić jak na wstępie.

Prokurator Prokuratury Okręgowej

Grzegorz Komorowski

24

sygn. akt PO I Ds 24.2025

Szczecin, dnia 1 września 2023 roku

ZARZĄDZENIE

Na podstawie art. 311 § 2 k.p.k. prowadzenie śledztwa powierzyć KW w Szczecinie w całości.

Prokurator Prokuratury Okręgowej

Grzegorz Komorowski

Część I

51

POUFNE

„LECTER”

Numer 93/2024

KOMUNIKAT NR 1

Stenogram z dnia 12 grudnia 2024 roku

(rozmowa Alberta (A) i Kacpra (K))

godz. 16.03–16.20

rozmowa Alberta z Kacprem

K: Ja pierdolę… Oni, kurwa, wiedzą. Psy, kurwa, wszystko wiedzą.

A: Zaczekaj.

K: Mówię ci, oni wiedzą. Psy wiedzą, kurwa, że ten łeb mu urżnął. Zarżnął go jak świnię. Na pewno, kuźwa, wiedzą. Wszystkich nas zgarną i do pierdla wsadzą.

A: Czekaj no…

K: Wiedzą wszystko, wszystko, kurwa, wiedzą! Nie wiedzą tylko gdzie, ale pewnie kto też wiedzą. Ja pierdolę, już po nas. Jesteśmy totalnie skończeni! Kto zajmie się gospodarstwem? Co będzie z dziadkiem?

A: Noż kurwa, czekaj!

K: Nie chcę iść siedzieć. Błagam, nie chcę… Nie dam sobie tam rady.

A: Cicho! Może wcale nic nie wiedzą? Zgarnęli Chiefa, ale przecież on na boku kręcił różne rzeczy. Czysty przypadek, i tyle.

K: Myślisz?

A: Do Gawina dzwoniłem, on nic nie wie. W urzędzie pracuje w Szczecinie. Nikt o niego nie pytał, nikt na niego dziwnie nie patrzył. I tego porządnickiego też jeszcze nie zgarnęli. Z bratem jego gadałem dzisiaj.

K: Jest jeszcze nadzieja, że się nie dowiedzą?

A: Jak nie wiedzą, to skąd mają wiedzieć? Nikt nie sypnie.

K: A jak ktoś na współpracę pójdzie?

A: Nie pójdzie, Chief go wykończy.

Wykonano egz. pojedynczy.

Sporządził: Ł. Podgórski

ROZDZIAŁ 1Adam Szczygieł

Wtorek 4 marca 2025 roku

To był jeden z tych spokojnych dni, podobny do wielu innych. Poranek wykorzystałem na pracę z domu. Pracowałem na kanapie w salonie, tak jak lubiłem najbardziej. Nigdy nie potrafiłem wysiedzieć przy biurku. Przygotowywałem tłumaczenie umowy dla jednego ze stałych klientów. Później poszedłem pobiegać, wziąłem prysznic i zacząłem przygotowywać składniki na obiad.

Kilka lat temu otworzyłem własną szkołę językową, rozwinąłem ją, a następnie zatrudniłem gruntownie sprawdzonych lektorów. To był dobry pomysł – teraz musiałem jedynie nadzorować działalność szkoły, sam już nie prowadziłem zajęć. Dzięki temu miałem więcej czasu na swoją działalność jako tłumacz języka angielskiego i włoskiego dla firm, a to zdecydowanie lubiłem najbardziej. Poukładałem sobie życie w taki sposób, że wiodłem slow life, a rodzina była dla mnie priorytetem. Znajomi czasem żartowali, że jestem kurą domową, ale to mi odpowiadało.

Stałem właśnie w kuchni przy blacie i przygotowywałem warzywa na obiad dla swojej rodziny. Planowałem przyrządzić łososia w cieście francuskim. Pod nosem nuciłem jedną z popularnych piosenek, która leciała w radiu. Uśmiechałem się. Byłem po prostu szczęśliwy. Nigdy nie przypuszczałem, że tak będzie wyglądać moje życie.

Przez wiele lat mieszkałem w niewielkiej wsi Widuchowa, położonej w powiecie gryfińskim. Rodzice od początku dbali o to, żebyśmy razem z bratem uzyskali dobre wykształcenie. Chcieli, żebyśmy się wyprowadzili do miasta, osiągnęli sukces. Ja skorzystałem z szansy. Skończyłem liceum w Gryfinie, następnie studia w Szczecinie, wyjechałem też kilkukrotnie na Erasmusa do Wielkiej Brytanii i Włoch. Nigdy nie wróciłem do domu rodzinnego. Za to mój młodszy brat… Cóż… Skończył lepiej, niż przypuszczałem. Przejął sklep wielobranżowy po rodzicach, otworzył warzywniak ekologiczny i niewielką pizzerię. Pomagała mu w tym żona – koleżanka z klasy, z którą zaliczył wpadkę jeszcze przed skończeniem osiemnastki. Razem z rodziną mieszkał na piętrze mojego domu rodzinnego. Rodzice przez wiele lat wspierali go finansowo. I dogadywali mu… Tak naprawdę byli dumni tylko ze mnie.

Położyłem filet z ryby na cieście francuskim. Zacząłem go zawijać. Było to jedno z ulubionych dań mojej żony Laury. Dla naszej córki Oli musiałem przygotować do tego mocno chrupiące frytki – mogłaby je jeść nawet na śniadanie, gdybyśmy jej pozwolili. Z kolei nasz syn Rafał nie przepadał za rybami, dlatego jutro specjalnie dla niego chciałem przygotować burgery.

Kończyłem właśnie przyprawiać ziemniaki, kiedy usłyszałem pukanie do drzwi. Niechętnie oderwałem się od pracy. Otworzyłem i zobaczyłem w progu dwóch mężczyzn w średnim wieku. Okazali mi policyjne legitymacje. Byli po cywilnemu. Przyglądałem im się nieco zaskoczony. Spodziewałem się raczej kuriera z nowymi ubraniami dla żony. W okolicy nie działo się ostatnio zupełnie nic odbiegającego od normy. Nie słyszałem ani o żadnym włamaniu, ani o kradzieży czy pobiciu, ani nawet o zbyt głośnej imprezie. Było to bardzo spokojne osiedle.

– Dzień dobry, komisarze Tytus Jeleński i Łukasz Podgórski z Komendy Wojewódzkiej Policji w Szczecinie.

Tytus Jeleński był wyższy od swojego kolegi, głos miał mocny i patrzył na mnie z góry. Po chwili odezwał się drugi z policjantów. Ton jego głosu również nie zachęcał do jakiejkolwiek konwersacji. Poczułem się nieswojo.

– Pan Adam Szczygieł?

Wytarłem ręce o spodnie. Miałem wrażenie, że mężczyźni bardzo uważnie mi się przyglądają. Dosłownie śledzili każdy mój ruch, tak jakbym mógł zrobić coś nieprzewidywalnego, niebezpiecznego. Poczułem się nieswojo. Czy to możliwe, żeby przyszli w mojej sprawie?

– Tak, w czym mogę pomóc?

– Proszę okazać dowód osobisty – polecił mi Łukasz Podgórski.

Nie protestowałem. Już dawno nauczyłem się, że z policją nie można dyskutować. Powiedziałem im, że trzymam go w portfelu. Zostawiwszy drzwi otwarte na oścież, podszedłem do kurtki, wiszącej na wieszaku. Przeszukiwałem kieszenie, a policjanci nie przestawali mnie obserwować. Wyglądali tak, jakby w każdej chwili byli gotowi wycelować we mnie broń. W końcu znalazłem portfel, podszedłem z powrotem do policjantów i okazałem im dokument. Podgórski rzucił na niego okiem i skinął głową do swojego partnera. Dopiero wtedy Jeleński zwrócił się prosto do mnie:

– Zostaje pan zatrzymany pod zarzutem zabójstwa.

– Co?

– Zostaje pan zatrzymany.

Stałem jak wryty, niezdolny do wykonania jakiegokolwiek ruchu. Nie miałem pojęcia, co właśnie się działo. Wszystko, co usłyszałem, brzmiało jak mało zabawny kawał. Rozejrzałem się wokół. Miałem nadzieję zobaczyć gdzieś sąsiada, który stroi sobie ze mnie żarty, ale nikogo nie było.

– Pójdzie pan z nami – dodał Łukasz Podgórski. – Nie radzę stawiać oporu.

– Oporu?

– Nie chcemy używać wobec pana siły – zapewnił Tytus Jeleński. – Nie musimy, jeśli będzie pan współpracował.

Byłem przykładnym mężem i ojcem. Głównie siedziałem w domu, zajmowałem się robieniem zakupów, gotowaniem i wykonywaniem tłumaczeń. Nikomu nie sprawiałem problemów. Nie zdradzałem żony, miałem dobre relacje z dziećmi. Nie zdarzało mi się nawet przekraczać prędkości, a w ubiegłym roku dostałem tylko jeden mandat za wykupienie biletu parkingowego na rejestrację auta mojej żony zamiast własnego i byłem zbyt pokorny, żeby się odwołać od tej decyzji. Niczego nie rozumiałem.

– Panowie są pewni, że chodzi o mnie?

Głos drżał mi z emocji. Dopiero teraz zrozumiałem, że czułem się nieswojo nie bez powodu. Dostrzegłem, jakim wzrokiem patrzą na mnie policjanci. Byli jak drapieżniki gotowe rzucić się na ofiarę. W ich oczach byłem najgorszym zbrodniarzem. Jeden z nich trzymał nawet dłoń zaciśniętą na kaburze z bronią. Drugi stał lekko pochylony ku mnie, jakby szykował się na moją ucieczkę. Przełknąłem ślinę. Nie było tu miejsca na żarty.

– Powtarzam, zostaje pan zatrzymany pod zarzutem zabójstwa – powiedział Tytus Jeleński. – Naszym zadaniem jest pana doprowadzić do Prokuratury Okręgowej w Szczecinie na przesłuchanie w charakterze podejrzanego.

– To naprawdę pomyłka!

– Pójdzie pan z nami – polecił mi Podgórski.

– Ale…

– Bardzo rzadko się mylimy – zapewnił Jeleński.

Poczułem, jak zapadam się w sobie. Nie rozumiałem, co się dzieje. Nie wiedziałem, jak powinienem zareagować. Jeleński podszedł do mnie, odwrócił mnie do siebie tyłem i skuł mi ręce za plecami. Podgórski nie spuszczał ze mnie wzroku. Nie stawiałem oporu, czułem się pusty w środku. Pozwoliłem poprowadzić się w stronę nieoznakowanego radiowozu. Po drodze zobaczyłem sąsiada. Wymieniliśmy przerażone spojrzenia. Było mi wstyd, nikt nie powinien oglądać mnie w kajdankach. Cieszyłem się jednak, że mój ciekawski sąsiad Dariusz Rybka zadzwoni do mojej żony, powie jej o zatrzymaniu, a ona zrobi wszystko, żeby mi pomóc. Pozostała mi tylko nadzieja.

ROZDZIAŁ 2Monika Wyrwa

Wtorek 4 marca 2025 roku

Nasza kancelaria mieściła się na trzecim piętrze gustownie odrestaurowanej kamienicy w centrum miasta i w niewielkim oddaleniu od sądu przy ulicy Kaszubskiej. Było to zagłębie wielu szczecińskich kancelarii. Własną praktykę prowadziłam od dziesięciu lat, wspólnie z przyjacielem z czasów studenckich. Robert Łęcina obsługiwał głównie klientów cywilnych, gospodarczych i znienawidzone przeze mnie wspólnoty i spółdzielnie mieszkaniowe. Ja z kolei skupiałam się na prawie karnym i rodzinnym.

Powodziło nam się dobrze, klientów nie brakowało, ale nie była to moja zasługa. Robert się tym zajmował – chodził do radia wypowiadać się o kwestiach prawnych, podtrzymywał długofalowe relacje z klientami, czasem trafiały mu się medialne sprawy, prowadził blog prawny, profile na Facebooku i Instagramie. Tymczasem ja… byłam chujowa w marketingu. Zazwyczaj liczyłam na to, że jeden klient poleci mnie kolejnemu. Jestem dobra, więc ludzie sami powinni do mnie przychodzić. Niestety było to złudne przekonanie – nowe kancelarie powstawały jak grzyby po deszczu i to my musieliśmy zabiegać o klientów, a nie oni o nas. Był jeszcze jeden problem. Łęcina nie miał absolutnie żadnych oporów przed braniem pieniędzy. Jego usługi były drogie, a przez to wydawały się ekskluzywne. Natomiast ja, kiedy widziałam, że klienta nie stać na moją usługę, dostosowywałam cenę do niego, przez co sporo traciłam. Chciałam jednak pomóc jak największej liczbie osób. Z takim założeniem przecież zostałam adwokatem. Taka już byłam. Pieprzona idealistka.

Siedziałam w swoim gabinecie, ślęcząc nad nagraniami do jednej ze spraw sądowych. Na uszach miałam ogromne turkusowe słuchawki. Przymknęłam oczy. Całym sercem nienawidziłam dyktafonu. Przeklinałam jego wynalazców i tych, którzy dodali go do wyposażenia smartfonów. W sprawach rodzinnych wiele osób decydowało się na nagrywanie praktycznie każdego aspektu swojego życia, a prawnicy musieli później godzinami to przesłuchiwać i decydować, czy cokolwiek dało się wykorzystać przed sądem na korzyść ich klienta. Zazwyczaj nadawało się może dwadzieścia procent, pozostała część nagrań mogła jedynie zaszkodzić. To była istna mordęga. Gorsze były tylko filmiki z telefonów komórkowych.

Niespodziewanie drzwi do gabinetu się otworzyły. Pojawiła się w nich niewysoka blondynka w eleganckiej czarnej sukience. Patrzyła na mnie oczami wystraszonego jelonka Bambi. Była to nasza aplikantka z pierwszego roku. Czasami zastanawiałam się, co mnie skłoniło do jej zatrudnienia. Majka Kalina to przemiłe i wiecznie przerażone dziewczę. Zaliczyła dopiero trzy rozprawy, a na każdej z nich jakąś spektakularną wtopę. Z przyjemnością jednak ogarniała sekretariat i starała się, jak mogła, rozwijać swoje umiejętności. Na razie nie wróżyłam jej jednak świetlanej przyszłości. I tak, wiem, każdy kiedyś zaczynał, ale można było zacząć dobrze albo gorzej. Kalina była zdecydowanie w tej drugiej grupie.

Niechętnie ściągnęłam słuchawki.

– Pani mecenas, em… przyszedł nieumówiony klient. Mówi, że to bardzo pilne. Chodzi o zatrzymanie.

Westchnęłam przeciągle. Miałam masę pracy. Tymczasem „zatrzymanie” zawsze oznaczało rozwalenie całego dnia, a czasami i tygodnia w przypadku przyjęcia sprawy. Zatrzymany mógł już być dawno przesłuchany i oczekiwać na złożenie wniosku o areszt. Z kolei posiedzenia aresztowe toczyły się praktycznie przez całą dobę, ale prawie nigdy o ludzkich godzinach. Równie dobrze zatrzymany mógł dopiero oczekiwać na pierwsze przesłuchanie, po którym i tak zamierzano go wypuścić, ale chciano go trochę zmiękczyć. Możliwości istniało mnóstwo. Pewne było jedno – stracę czas. Zerknęłam na duży zegar wiszący na ścianie naprzeciwko, dochodziła szesnasta. Mogłam już zapomnieć o tym, że spędzę wieczór w jakiś ciekawy sposób.

Moje życie prywatne prawie nie istniało. Teraz głównie inwestowałam czas w pracę oraz własny rozwój. Z Robertem i kilkoma innymi mecenasami drinkowaliśmy co najmniej dwa razy w miesiącu, trzy razy do roku jeździłam na dwutygodniowe wakacje do swojej ukochanej Hiszpanii. Regularnie chodziłam również na siłownię i zajęcia taneczne. Oprócz tego uczyłam się hiszpańskiego. Pozwalałam sobie udawać, że zachowuję równowagę w życiu i lubię być singielką. Prawda była jednak taka, że mój kalendarz był tak mocno wypełniony, że brakowało w nim miejsca nawet na posiadanie kota, a co dopiero na poznanie kogokolwiek poza nowymi klientami.

– Wpuść.

Drzwi gabinetu niemal natychmiast otworzyły się ponownie. Stała w nich elegancko ubrana brunetka. Błękitne oczy miała opuchnięte od łez. Gestem zaprosiłam ją do biurka. Uścisnęłyśmy sobie dłonie.

– Adwokat Monika Wyrwa.

– Laura Szczygieł, bardzo pilnie potrzebuję pomocy – powiedziała kobieta na jednym wydechu. – W zasadzie mój mąż. W każdym razie Alina… znaczy Alina Szczucka mówiła, że mi pani pomoże.

– W porządku, proszę mi po prostu powiedzieć, co się dzieje. Postaram się pani pomóc.

Kobieta skinęła głową. Kurczowo ściskała w dłoniach pasek markowej torebki. Nie wiedziałam, co tak bardzo nią wstrząsnęło. Alina Szczucka wielokrotnie była moją klientką. Jej mąż nie tylko jeździł ciężarówkami, ale również przemycał narkotyki, o czym nie wiedział nikt z ich znajomych. Kilka razy już udało mi się im pomóc i dopilnować, żeby nie poszedł za kratki. Później prowadziłam jej sprawę rozwodową, która ostatecznie nie doszła do skutku z uwagi na rezygnację obu stron. Wiedziałam jednak, że wrócą z tym do mnie wcześniej czy później.

– Mój mąż Adam Szczygieł został dzisiaj zabrany… znaczy zatrzymany. Policjanci wywlekli go z naszego domu jak najgorszego przestępcę. Wszyscy sąsiedzi mówią tylko o tym. Skuli go i wpakowali do radiowozu. Jezu… Jak dobrze, że nie było przy tym dzieci, mogłyby się wystraszyć. Dzwonił do mnie, to znaczy Adam do mnie dzwonił z jakiegoś dziwnego numeru i mówił, że policjanci mają zawieźć go do prokuratury okręgowej. Błagał o pomoc. Mówił, że naprawdę nie wie, co się dzieje.

Nie twierdzę, że ludzie są nieomylni. Nasi śledczy mylili się zdecydowanie częściej, niż było to dopuszczalne, nie wspominając już o sędziach. Mimo to większość osób zatrzymywano i skazywano całkowicie słusznie. Przeważająca część z nich była przerażona i wszyscy zawsze twierdzili, że nie wiedzą, o co chodzi, a przede wszystkim, że są niewinni. Zazwyczaj była to bzdura. Nie zamierzałam jednak dobijać tej kobiety. Nie takie miałam zadanie.

– Czy ktoś przy tym był?

– Nie, ja… Mąż do mnie dzwonił z komendy, chyba mówił coś o ulicy Małopolskiej. Wcześniej zadzwonił do mnie sąsiad Dariusz Rybka, powiedział, że mojego męża wyprowadzili w kajdankach. To tyle. Nic więcej nie wiem.

Przy ulicy Małopolskiej mieści się budynek Komendy Wojewódzkiej Policji w Szczecinie. Znaczyło to jednocześnie nic i wszystko. Znajdował się tam tak zwany dołek. Często zatrzymani czekali tam na przesłuchanie w prokuraturze, na posiedzenie aresztowe albo na przygotowanie miejsca w areszcie śledczym. Równie dobrze jednak kaliber sprawy mógł być po prostu znacznie wyższy i przejęła ją wojewódzka.

– Pomoże mi pani?

– Tak, oczywiście, że tak.

Laura Szczygieł spojrzała na mnie. Na jej ustach pojawił się blady uśmiech.

– Czy… czy powinnam coś zrobić?

– W tym momencie wiemy tylko tyle, że pani mąż został zatrzymany przez policję. Skoro wiozą go do prokuratury okręgowej, to najprawdopodobniej na przesłuchanie. To, co mogę zrobić, to przyjąć od pani upoważnienie do obrony i pojechać do niego. Być może przesłuchanie jeszcze się nie rozpoczęło.

– Upoważnienie do obrony?

– Pani mąż został zatrzymany w sprawie karnej. Prawdopodobnie jest o coś podejrzany. Więcej dowiem się na miejscu, ale muszę mieć pani zgodę.

– Zrobię wszystko i zapłacę, ile trzeba. Niech tylko wróci do domu.

Pokiwałam ze zrozumieniem głową. Wiedziałam, że jej mąż nie wyjdzie w najbliższym czasie, ale wolałam jej tego nie mówić. Zawsze byłam szczera z klientami i ich rodzinami, ale teraz musiałam skupić się na robocie, a nie na pocieszaniu zrozpaczonej żony. Sięgnęłam po upoważnienie do obrony, wypełniałam je i podsunęłam jej do podpisu. Kobieta nie zawahała się ani przez chwilę.

– Teraz zostałam obrońcą pani męża i będę mogła mu pomóc, jeśli oczywiście on wyrazi na to zgodę.

ROZDZIAŁ 3Grzegorz Komorowski

Wtorek 4 marca 2025 roku

Siedział przede mną człowiek, który był elementem jednego z najciekawszych śledztw w mojej karierze. Właśnie dla takich spraw zostałem prokuratorem. Może zawód sędziego był tym najbardziej poważanym, adwokaci i radcowie prawni dobrze zarabiali, komornicy nie narzekali na ilość pracy, a notariusze byli najbardziej użyteczni społecznie, ale prokuratorzy byli najbardziej kreatywni. Tworzyliśmy coś z niczego. Każda sprawa była inna, niektóre wymagały więcej uwagi, inne przeforsowania nowej interpretacji prawa. Nie można było się nudzić. Ta sprawa dobitnie to udowadniała. Zaczęło się od anonimu, wiejskiej plotki, braku namacalnych dowodów zbrodni. Drobiazgowa praca śledcza, którą przeprowadziliśmy, była doprawdy godna podziwu. Zbliżaliśmy się do końca – jeden z podejrzanych już zaczął sypać, a jego wyjaśnienia stanowiły potwierdzenie tego, co odkryliśmy. Naprawdę byłem o krok od złożenia aktu oskarżenia.

Mężczyzna, który siedział w moim gabinecie, nie wydawał się groźny. Ot, zwykły, nieszkodliwy człowiek z sąsiedztwa. Czasami, czytając akta, odnosiłem wrażenie, że sprawca był prawdziwym potworem, złem w czystej postaci. Tymczasem większość wyglądała tak jak on. Przerażony, nagle wyciągnięty ze swojego bezpiecznego życia. Zdemaskowany.

– Panie prokuratorze, to jest jakaś fatalna pomyłka – zaczął Adam Szczygieł. – Ja nic nie zrobiłem, absolutnie nic. Co najwyżej mandat za złe parkowanie dostałem. Naprawdę nic więcej.

W tej sprawie było pięciu podejrzanych. Pięć osób podejrzanych o niewyobrażalnie brutalną zbrodnię. Siedemnaście lat. Tyle czasu minęło, nim śledczy ich odnaleźli. Zdążyli już ułożyć sobie życie. Zapomnieć o zbrodni. Mieli domy, rodziny, pracę. Żyli tak, jakby nic się nie stało. Do czasu. Nigdy nie odpuszczamy. Nigdy. Zrobię wszystko, żeby doprowadzić ich przed sąd. Marzę o tym, żeby rodzina ofiary, kimkolwiek była, zyskała zadośćuczynienie. Niechętnie docierało do mnie jednak to, że już niebawem sprawa stanie się głośna. Nie lubiłem tych wszystkich konferencji prasowych, wolałem skupić się na prawdziwej robocie.

– To nie jest pomyłka, zapewniam pana.

– Nic nie zrobiłem. Mam żonę, dwójkę dzieci, legalnie pracuję. Jeżdżę przepisowo samochodem i…

– I siedemnaście lat temu brał pan udział w brutalnym zabójstwie.

Patrzyłem, jak jego źrenice się rozszerzają, a szczęka opada niemalże w bezwiednym ruchu. Pamiętał. Wiedział, o czym mówię. Widziałem to doskonale w jego oczach. Być może w myślach nadal słyszał krzyk ofiary.

– Jezu… ja…

Drzwi do gabinetu się otworzyły. Skrzywiłem się. Wyraźnie prosiłem, żeby nikt mi nie przeszkadzał. W drzwiach stał asystent Michał Sławiński. Nie musiał się odzywać, jego wzrok mówił wszystko – pojawił się obrońca. Niechętnie skinąłem głową. Każdy podejrzany w tym kraju miał prawo do obrony. Każdy, bez wyjątku, chociaż sami odbierali to prawo swoim ofiarom.

– Witam, panie prokuratorze.

Adwokat Monika Wyrwa weszła do gabinetu. Nie miała nawet metra siedemdziesięciu, w szpilkach widywałem ją równie często, co w trampkach, zawsze znacząco górowałem nad nią wzrostem. Była niepozorna, ale naprawdę potrafiła uprzykrzyć człowiekowi życie. Nieproszona od razu zajęła miejsce obok swojego klienta. Najprawdopodobniej wynajęła ją żona Szczygła. W tej sprawie musiało pojawić się trochę znanych nazwisk szczecińskiej palestry. Byłem przekonany, że gdy jutro ukaże się artykuł w mediach, wszyscy rzucą się na nią jak hieny.

– Pani mecenas.

– Czy mogę zostać z klientem sama? – spytała Wyrwa.

– A musi pani? Dopuszczę przecież panią do czynności.

– W takim razie mój klient odmówi składania wyjaśnień – odparła Wyrwa. – Czy to pana prokuratora satysfakcjonuje? A ja z nim porozmawiam po tym przesłuchaniu.

– Całkowicie, zwłaszcza że posiedzenie aresztowe zostało wyznaczone za dwie godziny. Nawet z uprzejmości pokażę pani wniosek, który jest już przygotowany.

Widziałem w jej oczach zaskoczenie. Zazwyczaj zgadzałem się na rozmowę klienta z obrońcą przed przesłuchaniem. Nie miałem z tym problemu. Procedura jak każda inna. W tej sprawie nie było mi to jednak do niczego potrzebne. Mogłem się założyć, że Szczygieł i tak odmówi składania wyjaśnień. To było najbardziej racjonalne zachowanie z jego perspektywy. Sam nie potrzebowałem już więcej dowodów. Śledztwo powoli dobiegało końca. Z kolei kwestia wniosku aresztowego wyglądała różnie. Czasem prokuratorzy, by odwlec moment jego pokazania, dbali o to, by obrońcy zobaczyli go dopiero przed samym posiedzeniem, co znacznie utrudniało im pracę i zwiększało szansę na zastosowanie tego środka zapobiegawczego. Nie potrzebowałem jednak takich zagrywek. Nie w tej konkretnej sprawie. Sąd musiał zastosować tymczasowe aresztowanie. Nie było innej opcji.

– Dobrze, w takim razie proszę kontynuować – powiedziała Wyrwa. – Uzupełnię tylko upoważnienie do obrony.

Skinąłem głową. Obserwowałem, jak tłumaczy kwestie formalne przerażonemu Szczygłowi. Mężczyzna jąkał się, bez przerwy powtarzał, że jest niewinny. Wyrwa jednak szybko doprowadziła go do porządku. Podejrzany podpisał w końcu dokument, który mi przekazała. Schowałem go do akt, a później otworzyłem w laptopie protokół przesłuchania.

– Jak już mówiłem, jest pan oskarżony o współudział w zabójstwie oraz znieważenie zwłok.

Kontrolnie zerknąłem na obrońcę. Nawet jeśli zarzut ją zaskoczył, nie dała tego po sobie poznać. Trwała niewzruszona obok klienta, który nie przestawał się trząść. Był przeraźliwie blady.

ROZDZIAŁ 4Adam Szczygieł

Wtorek 4 marca 2025 roku

Czułem się, jakbym trafił do alternatywnej rzeczywistości. W jednej byłem przykładnym mężem i ojcem. Miałem dobrą pracę, prowadziłem własną firmę, zabierałem żonę na randki, a z dziećmi często chodziłem do parku. W drugiej byłem podejrzany o zabójstwo dokonane z zimną krwią.

Nie wiedziałem, co się właśnie działo ani jak się znalazłem w takiej sytuacji. Cały czas miałem nadzieję, że to koszmarna pomyłka. Chciałem wrócić do dzieci, do Laury. Być w domu i nadal wieść spokojne życie, które teraz wydawało się tak odległe, jakby należało do kogoś innego.

– No dobra, co na pana mają? – spytała Wyrwa.

Widziałem tę kobietę po raz pierwszy w życiu. Wyglądała na kompetentną i bez wątpienia była po mojej stronie. Nie miałem pojęcia, skąd Laura ją wytrzasnęła. Cieszyłem się jednak, że ktoś był tutaj ze mną.

– Mówię do pana – przypomniała Wyrwa. – Zaraz przylezie Komorowski z wnioskiem aresztowym i da nam pewnie maks pół godziny na rozmowę.

– A co potem?

– Pojedziemy do sądu rejonowego, chyba do centrum. Znaczy ja pojadę, a pana tam będą konwojowali, gwoli ścis­łości. Odbędzie się posiedzenie aresztowe. Sąd zdecyduje, czy spędzi pan w areszcie najbliższe trzy miesiące – wyjaśniła mecenas. – I obawiam się, że w tej sytuacji możemy być tego pewni.

Poczułem, jak grunt usuwa mi się spod nóg. Przez chwilę nie byłem w stanie wydusić z siebie słowa. Kiedy w końcu się odezwałem, ciężko było mi mówić, zacząłem się jąkać, tak jak wtedy, gdy byłem dzieckiem.

– Co?! Ma… maaaammmm…. trafffffić do… do… więziiiiienia?

– Do tymczasowego aresztu, zazwyczaj do czasu rozpoczęcia rozprawy albo zakończenia całej sprawy – powiedziała Wyrwa. – Czasem trwa to kilka miesięcy, czasem kilka lat. Nie ma co teraz o tym myśleć. Zapewniam pana, że lepiej skupić się na rzeczach, na które mamy wpływ.

– Nie… niew… niewi… nnyyyy…. jes… jestem… niewi… niewinny.

Kobieta patrzyła mi prosto w oczy. Obserwowała każdy mój najdrobniejszy ruch. Tak jakby cały czas oceniała, z kim tak naprawdę ma do czynienia. Była w tym całkowicie profesjonalna. Nie pocieszała mnie. Nie powiedziała nic na mój temat. Klarownie wyjaśniała sytuację. Jednak czułem, że mi nie wierzyła.

– Został pan oskarżony o współudział w zabójstwie i o zbezczeszczenie zwłok. To prawdopodobnie wstępny zarzut, który zostanie doprecyzowany w późniejszym akcie oskarżenia. Prokurator nie formułuje takich zarzutów, gdy nie jest pewny zebranych dowodów. Sprawa jest bardzo poważna – tłumaczyła powoli. – W takim przypadku sędzia zawsze postanawia o zastosowaniu tymczasowego aresztu. Nie zamierzam owijać w bawełnę. Nie wygląda to dobrze.

– Ja… ja…

– Niech pan weźmie głęboki wdech, a potem policzy w myślach od dziesięciu do jednego albo cokolwiek innego – przerwała mi. – Proszę się natychmiast uspokoić, bo znacznie utrudnia mi pan pracę.

Skorzystałem z jej rady. Przymknąłem na chwilę oczy. Cały czas myślałem o żonie i dzieciach. Powrót do nich był moim priorytetem. Na załamywanie się przyjdzie jeszcze czas. Teraz musiałem się skupić. Wziąłem kilka głębokich wdechów i za każdym razem bardzo powoli wypuszczałem powietrze.

– Naprawdę nie wiem, o co chodzi temu prokuratorowi. Nigdy nikogo nie zabiłem. Wierzy mi pani?

– Nie interesuje mnie, czy jest pan winny zabójstwa, czy nie – powiedziała twardo Wyrwa.

– Co?

– Będę pana bronić bez względu na wszystko, rozumie pan?

– Ale…

– Nie ma znaczenia, czy jest pan winny – powtórzyła. – Ani jakie dowody przedstawi prokurator. Moim zadaniem jest zapewnić panu rzetelną obronę i zrobię wszystko, żeby tak się stało.

Skinąłem niepewnie głową. Kim byłem, skoro nawet obrońca nie wierzył w moją niewinność? Nie wiedziałem, jak się czułem. Sfrustrowany, przerażony, oszukany? Nie miałem jednak wyjścia. Wyrwa prawdopodobnie była jedyną osobą, która mogła mi pomóc w tej sytuacji.

– Muszę po prostu wiedzieć, co ma na pana prokurator, tak żeby nic mnie nie zaskoczyło podczas prowadzenia sprawy. Im szybciej pan to zrozumie, tym lepiej. Wolno okłamać żonę, księdza na spowiedzi, ale obrońcy nie wolno okłamywać, bo to zazwyczaj źle się kończy. Dla pana, gwoli ścisłości – powiedziała dobitnie. – Jasne?

– Mówię pani wszystko, co wiem.

– No dobrze, zacznijmy od tego, co przyda nam się na posiedzeniu aresztowym. Nie mamy zbyt wiele czasu. Proszę krótko odpowiadać na moje pytania. Na długą rozmowę przyjdzie czas później, zgoda?

Zrezygnowany ponownie skinąłem głową. Odpowiadałem na wszystkie pytania o moją sytuację rodzinną, majątkową, kilkukrotnie zapewniłem ją o tym, że nie byłem nigdy karany nawet za wykroczenia drogowe. W niczym nie skłamałem.

Niespodziewanie do pomieszczenia wszedł młody mężczyzna, którego widziałem już wcześniej. Bez słowa podał Wyrwie plik kartek, a później po prostu wyszedł. Kobieta przebiegła wzrokiem po tekście. Rzuciła mi krótkie spojrzenie znad kartki, nie odezwała się jednak ani słowem. Czułem, jak robi mi się zimno. W jej wzroku było coś chłodnego, przytłaczającego. Trudno mi było utrzymać panowanie nad sobą. Moje ciało drżało. Miałem wrażenie, że z każdą sekundą przekraczałem kolejny poziom przerażenia.

– Może ma mi pan jednak coś do powiedzenia? – spytała Wyrwa.

– To znaczy?

– Cóż…

Kobieta podała mi plik kartek, na pierwszej stronie widniał pogrubiony tekst: „Wniosek o zastosowanie środka zapobiegawczego w postaci tymczasowego aresztowania”. Przełknąłem ślinę. To, o czym mówiła od początku, powoli stawało się faktem. Naprawdę miałem trafić do aresztu na kilka miesięcy. Jak w ogóle do tego doszło? Jeszcze kilka godzin temu przygotowywałem obiad dla dzieci.

– Prokurator we wniosku napisał, że nie tylko zabiliście, ale również zjedliście ciało swojej ofiary.

Usłyszałem już dzisiaj zarzut z ust prokuratora. Byłem jednak skupiony na tym, żeby przekonać go o swojej niewinności. Dopiero teraz pierwszy raz zobaczyłem go na kartce. Każde słowo przeczytałem bardzo uważnie. Powoli docierało do mnie to, co dla mojego obrońcy musiało być jasne od samego początku. Według tego pisma byłem potworem całkowicie wyzutym z człowieczeństwa.

– Jezu… Jak to zjadłem… Jezu…

– Ściśle mówiąc, rozczłonkował pan zwłoki ofiary na kawałki, następnie nadział na kijek i upiekł jak kiełbaski przy ognisku.

– Nie wierzę… Nie… To pomyłka.

– Nie wiem, w co pan wierzy, a w co nie, ale ten akt oskarżenia jest jak najbardziej realny, a to znaczy, że muszą być jakieś dowody.

ROZDZIAŁ 5Monika Wyrwa

Wtorek 4 marca 2025 roku

Prowadziłam wiele spraw karnych. Widziałam nie tylko zabójców, sprawców przemocy domowej, ale także ikony przestępczego półświatka. Nigdy przedtem nie miałam jednak styczności z ludźmi, którzy jedzą innych ludzi. Pamiętałam, że kanibalizm był uważany za jedno z zaburzeń parafilnych. Kwalifikowało się go jako sadyzm seksualny i w istocie był on sadyzmem w najwyższej postaci. Jak bowiem inaczej określić zjedzenie swojej ofiary? Czy można było jeszcze bardziej ją zdominować? Cóż… W tym jednak przypadku miałam poważne wątpliwości, czy o to właśnie chodziło. Według prokuratora kanibalizm w tej sprawie miał mieć wymiar instrumentalny. Był to rodzaj obrzydliwego paktu. Każda osoba, która zjadła mięso ofiary, miała zachować milczenie na temat tego, co zrobili. Sprawcy, żeby było im łatwiej, upiekli ciało przy ognisku. Wzdrygnęłam się na samą myśl.

– Musi pan zacząć ze mną rozmawiać. Najlepiej teraz.

– Ale…

Nigdy nie interesowało mnie, czy klient jest winny, czy nie. Każdy miał prawo do uczciwego procesu i rzetelnie prowadzonej obrony. Tyle. W moim zawodzie istniała za to jedna podstawowa zasada: „klient to twój wróg”. Nie brzmiała jak najlepsze hasło reklamowe. Można się z nią kłócić, polemizować, ale prawda była taka, że nikt nigdy nie przeszkadzał mi tak skutecznie w wygraniu sprawy jak mój własny klient. Byli oni naprawdę różni, zwłaszcza ci z kryminału. Niektórzy skupiali się na tym, żeby się wybielić, inni poddawali się na starcie, jeszcze inni starali się powiedzieć wszystko, co wiedzą, a później zwalić winę na kogoś innego. Okłamywali mnie z bardzo różnych powodów albo działali na własną rękę, nie mając do mnie zaufania, a ja musiałam po nich sprzątać.

– Inaczej panu nie pomogę.

Nie potrafiłam jeszcze ocenić Szczygła. Nie wiedziałam, czego dokładnie mogłam się po nim spodziewać. Byłam jednak pewna, że musi zacząć gadać, inaczej przerżniemy ten proces, jeszcze zanim się zacznie. Okłamywanie obrońcy zawsze kończyło się źle. Zawsze.

– To było siedemnaście lat temu! – wykrzyknął Adam Szczygieł.

– A, to teraz pan pamięta?

– Nie, ja…

– Zabójstwo przedawnia się po czterdziestu latach, ale już zbezczeszczenie zwłok, w które wpisuje się kanibalizm, po piętnastu. Jeśli udowodnimy, że co prawda zjadł pan zwłoki, ale nie uczestniczył w zabójstwie, a dodatkowo wsypie pan faktycznego sprawcę, wówczas możemy doprowadzić do umorzenia postępowania i wyjdzie pan wolny. To całkiem niezła linia obrony.

Szczygieł zerwał się na nogi. Wydawał się nie tyle przerażony, co wkurzony. Mówiąc, wymachiwał mi rękami praktycznie przed twarzą. Nawet nie drgnęłam. Byłam przyzwyczajona do wybuchów gniewu klientów. Osobiście wolałam je bardziej niż ataki niekontrolowanego płaczu. W tych pierwszych należało po prostu zachować spokój, w tych drugich zawsze czułam się niezręcznie.

– Mówiłem już, że tego nie zrobiłem! – powtórzył Szczygieł. – Dlaczego pani mi nie wierzy?

– Chciałabym panu wierzyć. Jednak wątpię, żeby prokurator ścigał pana po siedemnastu latach za niewinność – odparłam. – Im szybciej to do pana dotrze, tym lepiej. Będziemy mieli wtedy jakieś szanse na wyjście z tej sytuacji z twarzą. Aktualnie jesteśmy na przegranej pozycji. Dociera to do pana?

– Ja…

Miałam ochotę strzelić go w twarz, żeby oprzytomniał. Traciliśmy cenny czas, który powinniśmy przeznaczyć na budowanie sensownej linii obrony. Widząc jego błagalne spojrzenie, powstrzymałam się od przewrócenia oczami. Starałam się cały czas zachowywać neutralny wyraz twarzy.

– Jeśli faktycznie jest pan niewinny, to mamy problem. Znacznie trudniej będzie znaleźć dowody na pana niewinność niż na to, że nie zabił pan człowieka, tylko go zjadł. Obstaję przy kanibalizmie dla pana dobra.

– Zaraz, to lepiej, żebym zaprzeczył zabójstwu, ale przyznał się do zjedzenia ludzkich zwłok? – spytał Szczygieł. – Dobrze zrozumiałem?

– Formalnie tak.

– Pojebało panią?!

Spojrzałam uważnie na Szczygła. Nie potrafiłam stwierdzić, czy był winny, czy nie. Nie wyglądał na kogoś, kto byłby w stanie spożyć ludzkie zwłoki, ale… pozory lubiły mylić. Potrzebowałam dostępu do całości akt, bo bez nich poruszałam się po omacku.

– Jestem po pana stronie, im szybciej pan to zrozumie, tym lepiej – zapewniłam. – W dodatku oceniam sytuację bez emocji. Skupiam się na osiągnięciu określonego celu, którym jest polepszenie pana sytuacji procesowej.

Szczygieł opadł na krzesło i ukrył twarz w dłoniach. Trząsł się. Wydawał się całkowicie załamany.

– Czy mogę chociaż zobaczyć żonę? – spytał cicho. – Porozmawiać z nią, wyjaśnić…

– Zadzwonię do niej, poinformuję ją o sytuacji. Jeśli będzie chciała, zobaczycie się na korytarzu w sądzie.

– Tylko tyle?

Oblizałam usta i lekko przygryzłam dolną wargę. Próbowałam powstrzymać słowa, które w tej chwili cisnęły mi się na usta. Do Szczygła całkowicie nie docierało, w jak fatalnej sytuacji się znajdował.

– Aż tyle. Powiem jej również, żeby przyniosła panu jakąś bluzę, kilka sztuk bielizny, skarpetki i…

– Co? – zapytał Szczygieł. – O czym pani, do cholery, mówi?

– Mówię o rzeczach pierwszej potrzeby, które sprawią, że będzie czuł się pan minimalnie lepiej w tej trudnej sytua­cji. Własne gacie na tyłku zazwyczaj pozwalają zachować równowagę.

– Po co mi teraz skarpetki?

– Mówiłam już panu, że na dziewięćdziesiąt dziewięć procent skończy pan dzisiaj w areszcie – przypomniałam. – Lepiej mieć trochę swoich ubrań, zanim rodzina będzie mog­ła wysłać pierwszą paczkę, jakieś pieniądze na zakupy, które pozwolą wkupić się w łaski. Areszt to nie wakacje. Jest tam de factogorzej niż w zakładzie karnym.

– Jezu… Nie…

ROZDZIAŁ 6Adam Szczygieł

Wtorek 4 marca 2025 roku

W budynku sądu panowała całkowita cisza, jakbym był tutaj jedynie z pilnującymi mnie policjantami. W dalszej części korytarza nie paliło się nawet światło. Budynek wydawał się wielki i chłodny. Cały czas byłem skuty, chociaż ani przez chwilę nie stawiałem oporu. Powoli zaczynałem już odczuwać ból w nadgarstkach, ręce mi drętwiały i często nieumyślnie napinałem mięśnie. Nadal nie do końca byłem świadomy tego, co się działo. Czy zabiłem człowieka, zjadłem go i o tym zapomniałem? Dało się coś takiego wyrzucić z pamięci? Pamiętałem swój pierwszy pocałunek, pierwszą imprezę, swoje osiemnaste urodziny, pogrzeb dziadka, a zapomniałem o czymś takim?

Na korytarzu nadal nie było nikogo oprócz policjantów. Nie widziałem również swojej żony. Laura była aktualnie jedyną, a zarazem ostatnią osobą, którą chciałem zobaczyć. Czy wiedziała już, o co mnie podejrzewano? Czy w ogóle chciała mieć ze mną cokolwiek wspólnego? Czy wierzyła w moją niewinność?

Policjanci traktowali mnie dobrze, choć bez jakiejkolwiek empatii. W ich oczach byłem obrzydliwym kanibalem… Potworem. Do dzisiaj to słowo kojarzyło mi się jedynie z filmem Milczenie owiec. Nigdy nie sądziłem, że kiedyś sam zostanę tak nazwany. Nadal wydawało mi się to irracjonalne. Podobnie jak rozmowa z mecenas Wyrwą. Czy naprawdę przyznanie się do zjedzenia innego człowieka miało być jedyną szansą na wyjście na wolność? Przecież to absurd. Jak po tym wszystkim miałbym spojrzeć w oczy swojej rodzinie? Jak miałbym dalej prowadzić biznes?

– Posiedzenie rozpocznie się za dziesięć minut.

Podniosłem głowę, zauważyłem prokuratora Grzegorza Komorowskiego w todze z czerwonym żabotem. Nie mówił do mnie, tylko do policjantów, tak jakby mnie w ogóle tutaj nie było. Byłem nikim.

– Sędzia jest już na sali – dodał Komorowski. – Szybko pójdzie.

– Szykują mu już miejsce w areszcie? – spytał Podgórski.

– Uprzedziłem ich o tym – zapewnił prokurator. – Mają coś wolnego.

Nawet się nie zawahał. On już wiedział, że trafię do aresztu. Przestałem panować nad oddechem. Serce biło mi jak oszalałe. W głowie czułem nieprzyjemne dudnienie. Miałem ochotę podnieść się i uciekać, po prostu biec. Chciałem znowu znaleźć się w domu i przygotowywać obiad dla rodziny, tłumaczyć teksty dla klientów, robić to, co zwykle. Wrócić do swojego cudownego życia. Dlaczego to wszystko się skończyło?

Usłyszałem nowy dźwięk, odgłos szpilek uderzających o posadzkę. Dopiero po chwili zauważyłem mecenas Wyrwę. Ona również była już w todze i niemalże biegła w naszym kierunku. Nagle z głośnym skrzypnięciem otworzyły się drewniane drzwi z numerem 74, a zza nich wychyliła się protokolantka.

– Sprawa podejrzanego Adama Szczygła – powiedziała.

Nie zareagowałem. W dalszym ciągu nie docierało do mnie, że jestem podejrzany. Jeszcze w południe byłem sobą, mężem, ojcem i właścicielem firmy.

Poczułem ostre szarpnięcie. To Podgórski niemalże dźwignął mnie z ławki. Razem z Jeleńskim zaciągnęli mnie do sali posiedzeń. Nie stawiałem oporu, zwyczajnie nie miałem siły iść. Cały organizm odmawiał mi posłuszeństwa. Kazali mi usiąść w ławie, sami zajęli miejsca przy ścianie, blisko drzwi, tak jakbym w ogóle miał jakieś szanse na ucieczkę. Podniosłem wzrok, naprzeciwko siedział prokurator z bardzo poważnym wyrazem twarzy. Przy stole sędziowskim zasiadał mężczyzna młodszy ode mnie. Po jego wzroku poznawałem, że już dawno mnie skreślił. Co było w tych pieprzonych aktach? Dlaczego wszyscy wierzyli prokuratorowi, jeszcze zanim miałem szansę się odezwać?

– Tak jak rozmawialiśmy, proszę być uprzejmym wobec sądu i przez cały czas zachowywać spokój.

Zerknąłem na mecenas Wyrwę. Nawet nie zauważyłem, kiedy usiadła obok mnie. Szeptała mi właśnie do ucha.

– Proszę krótko odpowiadać na pytania, pod żadnym pozorem nie mówić więcej, niż ustaliliśmy. Czy to jasne?

Niepewnie skinąłem głową. Czułem, że jestem na przegranej pozycji. Prokurator doskonale wiedział, co chciał powiedzieć. Tymczasem ja nie pamiętałem takiego zdarzenia. Chociaż doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, że mogło mieć miejsce.

– Trafi pan do aresztu, ale to nie koniec walki, to dopiero początek, jasne?

Ponownie pokiwałem głową. Cały czas jednak odpływałem myślami. Znałem wszystkich podejrzanych, byli z mojej wioski. Z niektórymi nawet przyjaźniłem się za dzieciaka. Czasami razem piliśmy, byli na mojej osiemnastce. Siedemnaście lat temu miałem dziewiętnaście lat. Czy wtedy jeszcze się z nimi trzymałem? Dlaczego straciliśmy kontakt? Czy byli zdolni do morderstwa? Czy ja naprawdę to zrobiłem? W mojej pamięci tkwiła ogromna czarna dziura. Jak miałem przekonać kogokolwiek do swojej niewinności, skoro sam zaczynałem w siebie wątpić?

– Boję się.

– Też bym się bała.

ROZDZIAŁ 7Monika Wyrwa

Wtorek 4 marca 2025 roku

Nie było to dla mnie pierwsze posiedzenie aresztowe. Każdy sędzia prowadził je po swojemu, mniej lub bardziej formalnie, ale schemat znałam już na pamięć. Wiedziałam, kiedy się podnieść, co powiedzieć, nawet wówczas, gdy słów naprawdę brakowało. Problem w tym, że areszt orzekano nadzwyczaj często. Chciałabym powiedzieć, że było tak jedynie w przypadku poważnych spraw, ale to nieprawda. Obrońcom rzadko udawało się przekonać sąd, nawet wówczas, kiedy mieli rację. W Szczecinie można było trafić do aresztu nawet za dwa gramy narkotyków, co było istnym kuriozum. Zabiłeś kogoś nieumyślnie? Spoko, odpowiadasz z wolnej stopy. Okradłeś babcię w tramwaju? No cóż, rozboju nie było, więc niech będzie. Ale miałeś przy sobie dragi? Na bank handlujesz! Ta… Jakby z dwóch gramów naprawdę można było ukręcić interes życia. Chyba nigdy nie zrozumiem, jaką logiką kierowali się sędziowie.

– No dobrze, z prokuratury okręgowej prokurator Grzegorz Komorowski, tak?

– Tak, Wysoki Sądzie.

Łukasz Kopytko był niezwykle surowy. Młody sędzia, który tak naprawdę niewiele jeszcze widział. Zdecydowanie brakowało mu doświadczenia. Był bardzo asekuracyjny w swoich orzeczeniach. Zdecydowanie wolał ludzi w areszcie niż na wolności.

– Stawił się doprowadzony podejrzany Adam Szczygieł wraz z obrońcą adwokat Moniką Wyrwą. Upoważnienie w aktach sprawy – kontynuował sędzia.

Podniosłam się lekko i skinęłam głową. Później przenios­łam wzrok na klienta. Siedział ze zwieszoną głową, tępo wpatrzony w blat stołu. Wyglądał jak siedem nieszczęść. Ostatecznie była to jakaś strategia. Bałam się jedynie, że złamie się w trakcie i niespodziewanie przyzna do winy, a to byłoby trudno odkręcić.

– Treść wniosku aresztowego wszyscy znają, więc przejdę do sedna – zarządził Kopytko.

Sędzia standardowo odebrał dane od podejrzanego, następnie przypomniał postawiony mu zarzut, zgodnie z procedurą spytał, czy go rozumie. Siedziałam jak na szpilkach. Szczygieł stał obok mnie. Patrzył na sędziego niemalże z rozpaczą w oczach, ale spójnie odpowiadał na pytania.

– Nie przyznaję się do winy i odmawiam składania wyjaśnień – wydukał wreszcie Adam Szczygieł.

Odetchnęłam z ulgą. Sędzia nie wydawał się jednak w żaden sposób zaskoczony. Standardowo pouczył go o przysługujących mu prawach i oddał głos prokuratorowi. Nie słuchałam go specjalnie, nie powiedział nic, co by nie znalazło się we wniosku aresztowym. Miałam już przygotowaną na to krótką replikę, robiłam, co mogłam w tak krótkim czasie. Problem leżał w trzech kryteriach, które podlegały ocenie.

– Wysoki Sądzie, jak wskazano we wniosku aresztowym, Adam Szczygieł jest podejrzany w sprawie sprzed siedemnastu lat. Z ustaleń śledztwa wynika, że w sierpniu 2008 roku działał wspólnie i w porozumieniu z pozostałymi czterema ustalonymi osobami, po uprzednim pobiciu ofiary w Disco u Cygana w miejscowości Krzywinek w okolicach jeziora Marzkowo dokonał pozbawienia jej wolności w lesie w okolicach miejscowości Widuchowa, później dokonał jej zabójstwa poprzez dekapitację ze szczególnym okrucieństwem i w wyniku motywacji zasługującej na szczególne potępienie, a następnie po uprzednim rozczłonkowaniu zwłok i upieczeniu części ciała nad przygotowanym ogniskiem dokonał ich konsumpcji. Dotychczas zebrane dowody uzasadniają wysokie prawdopodobieństwo dopuszczenia się czynu przez podejrzanego – rozpoczął Komorowski. – Adam Szczygieł ukrywał się przez siedemnaście lat. Dokładnie tyle czasu uciekał przed wymiarem sprawiedliwości. Posiada również wystarczające środki finansowe na przygotowanie swojego ewentualnego wyjazdu. Istnieje więc uzasadnione ryzyko ucieczki. Odnośnie do obawy matactwa należy wskazać, że podejrzany pochodzi z Widuchowej, zna pozostałych podejrzanych, tamtejszych mieszkańców, którzy są potencjalnymi świadkami, a tym samym może podejmować czynności w celu utrudnienia postępowania, które nie zostało jeszcze zakończone.

Tymczasowy areszt był jedynym środkiem zapobiegawczym o charakterze izolacyjnym. Stosowało się go w celu zabezpieczenia prawidłowego toku postępowania, co mog­ło być uzasadnione grożącą podejrzanemu surową karą. Powinno się z niego korzystać jedynie wówczas, gdy inne środki są niewystarczające. Przede wszystkim stosowało się go do spraw, w których podejrzanemu zarzucało się popełnienie zbrodni lub występku zagrożonego karą pozbawienia wolności, której górna granica wynosiła co najmniej osiem lat. Klucz leżał jednak w uzasadnionej obawie ucieczki lub ukrycia się podejrzanego albo gdy istniała realna obawa matactwa, na przykład nakłaniania świadków do składania fałszywych zeznań. Przysięgam, połowa ludzi, wobec których orzekano areszt, nie spełniała żadnego z tych kryteriów. Wbrew temu, co się powszechnie uważa, naprawdę ciężko jest zniknąć bez śladu albo utrudniać postępowanie karne. Tak twierdzili wszyscy poza prokuratorami. Kiedyś obok mnie w ławie oskarżonych siedział siedemnastolatek, lekko opóźniony w rozwoju. Jego matka zapewniała, że nie potrafi sam przejechać z Pyrzyc do Szczecina, nie miał żadnego majątku, a świadek w sprawie mieszkał co najmniej trzydzieści kilometrów dalej. I tak dostał areszt. Dlatego nie wróżyłam Szczygłowi powodzenia.

– Pani mecenas?

Podniosłam się z miejsca i spojrzałam na sędziego. Niewiele miałam do powiedzenia.

– Wysoki Sądzie, dowody w tej sprawie w tym momencie są wątpliwe i w żadnym stopniu nie uzasadniają prawdopodobieństwa dopuszczenia się tej zbrodni przez mojego mandanta. Tym, co jest jednak niezwykle istotne, pozostaje fakt, że od rzekomych wydarzeń miało minąć siedemnaście lat. Część świadków już nie żyje, nie mieszka w Widuchowej albo nie pamięta o sprawie. Tym samym obawa matac­twa jest naprawdę niczym nieuzasadniona. Z kolei co do obawy ucieczki, to, Wysoki Sądzie, mój klient jest przedsiębiorcą. Prowadzi szkołę językową, biuro tłumaczeń, niejednokrotnie był biegłym sądowym. Jest również wspaniałym mężem i ojcem dwójki dzieci. Jemu najbardziej zależy na wyjaśnieniu tej sprawy i nie zrobi absolutnie nic, co mogłoby ją w jakikolwiek sposób utrudnić. Ma zbyt wiele do stracenia. Stosowanie środka izolacyjnego w takiej sytuacji jest nadmierną i całkowicie nieuzasadnioną ingerencją w życie mojego klienta.

Wcześniej

Dostępne w wersji pełnej

Część II

Dostępne w wersji pełnej

Wcześniej

Dostępne w wersji pełnej

Część III

Dostępne w wersji pełnej

Wcześniej

Dostępne w wersji pełnej

Część IV

Dostępne w wersji pełnej

Wcześniej

Dostępne w wersji pełnej

Część V

Dostępne w wersji pełnej

Wcześniej

Dostępne w wersji pełnej