AnieleNIE - Lidia Stefek - ebook
Opis

Lidia Stefek - chrześcijanka. "AnieleNIE" jest zbiorem opowieści zainspirowanych Biblią. To współczesne, śmiałe  i  oryginalne wyobrażenia Autorki na temat istot niebiańskich, których istnienie w rożnych sytuacjach splata się  z losami mieszkańców Będzina. Anioły, ich natura, posłannictwo, związane z nimi historie są jedynie pretekstem, by pokazać o wiele więcej.

Podróżniczka. Twórczyni bloga podróżniczo-kulturalnego "Świat to za mało". Prowadzi wykłady i prelekcje podróżnicze dla szkół, bibliotek, miejsc związanych z ogólnie pojętą turystyką i kulturą. Podstawową misją Lidii jest przybliżanie i dokumentowanie piękna świata poprzez bliskie turystyce dziedziny na przykładzie autorskich zdjęć i przeżyć przywiezionych z różnych zakątków globu.

Miłośniczka Będzina. Założyła stronę promującą miasto "Będzin to za wiele", na której dostarcza informacji o atrakcjach turystycznych, wydarzeniach  w mieście oraz prezentuje relacje  z nich. Za lokalną działalność za rok 2016 otrzymała Nagrodę Prezydenta Miasta Będzina i Przewodniczącego Rady Miejskiej Będzina za szczególne osiągnięcia w dziedzinie twórczości artystycznej, upowszechniania i ochrony kultury. W 2016 r. wydała powieść "Strachy" z tłem historycznym Będzina czasów II wojny światowej.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 159

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Lidia ‌Stefek

AnieleNIE

© ‌Copyright by ‌Lidia Stefek & ‌e-bookowo

Grafika na ‌okładce: Agnieszka Markowicz

Korekta i ‌skład: Katarzyna Krzan

Ilustracje: ‌Agnieszka Markowicz

Grafika przedstawiająca Anioła ‌z lusterkiem: ‌Marta

ISBN ‌e-book ‌978-83-7859-945-6

ISBN druk ‌978-83-7859-946-3

Wydawca: ‌Wydawnictwo internetowe e-bookowo

www.e-bookowo.pl

Kontakt: wydawnictwo@e-bookowo.pl

Wszelkie ‌prawa zastrzeżone.

Kopiowanie, ‌rozpowszechnianie części lub całości

bez ‌zgody wydawcy zabronione

Wydanie ‌I 2018

Konwersja ‌do epub i ‌mobi ‌A3M Agencja Internetowa

Temu, który ‌od wtedy ‌ma mnie na wyłączność, 

a ‌przedtem miał dla mnie ‌więcej niż „anielską ‌cierpliwość”.

Przed wstępem

Na początku ‌ludzie o tym ‌nie ‌mówili. ‌Był ‌jakiś wewnętrzny ‌nakaz, ‌by wiedzę napotkaną ‌niby przypadkiem trzymać tylko ‌dla siebie. Być ‌może ‌wynikał on z ‌obawy, że inni ‌nie dostąpią ‌zaszczytu dziewiczego posmakowania własnymi ‌zmysłami owej ‌wiedzy, a ‌właściwie – tajemnicy. Ci, którzy widzieli tajemnicę i zdobyli wiedzę, nie chcieli poprzez odgrzewane słowa zatrzeć pierwszego, ważnego wrażenia lub uronić choć jednego momentu ze spotkania. Może też nie chcieli, by inni, wysłuchawszy o tym, zanosili historię z dopowiedzianymi przez siebie wyrazami lub zabraniem kilku, co nie byłoby pełnym i autentycznym obrazem. Zaniepokojeni nie dzielili się nią, bo mogło okazać się, że im samym nigdy więcej nic takiego się nie przydarzy. Nie chcieli więc płoszyć kolejnego zdarzenia o podobnym przebiegu. Gdyby kiedykolwiek komuś jeszcze przydarzyła się analogiczna sytuacja, to rozumiano, że najlepiej będzie nie odtwarzać jej przebiegu innym. Natrętni dopytywacze mogliby uczynić z tajemnicy niepotrzebną sensację. Najbardziej prawdopodobne jest wytłumaczenie, iż nie chcieli dzielić się opowieścią, by odbierać od słuchaczy oczywisty gest pukania palcem w czoło. Wiara przecież nie jest rzeczą wszystkich.

Obraz wydarzenia był spójny oraz całkowicie rzeczywisty jedynie w mniemaniu tych, którzy je przeżyli. Dzielenie się tym na sposób typowo człowieczy mogło skutkować zabraniem czegoś z aury boskości, poufności oraz spersonalizowanego posłannictwa. Tajemnica przeważnie rozgrywała się między osobą a osobnikiem, dwiema parami oczu i rękami. Możliwe, że rąk oraz oczu było więcej niż normalnie.

Czy po przypadkach spotkań reakcją najbardziej pożądaną była cisza? Tego nie wiem. Jednakże z czasem wieści zaczęły się rozchodzić. W różnych okresach i okolicznościach, od czasu do czasu od nowa przecinano je ciszą. I znowu mogę próbować odpowiedzieć, czy zamilkli z obawy, niepokoju czy zaistniały inne przesłanki. Ludzie oczekiwali podobnych spotkań, ale im więcej czekali, tym bardziej nic się nie wydarzało. Po następujących po sobie strachach, zmyleniach, własnych przestrogach, domysłach po raz któryś postanowili odczarować brak tego spodziewanego. Mówili zatem o tym głośno i dosadnie. Na rogach wiejskich domów, w kolejce do spowiedzi, na podwórku listonoszowi przyjeżdżającemu z pocztą z miasta, na świetlicy. Potem znów, z niewiadomego lęku, iż sprofanowali coś z opowieści – od nowa otaczali ją bądź to zmową milczenia lub też gadali o tym tylko „po domach”, przy zasłoniętych oknach, przy tłamszonym świetle i tylko w gronie życzliwych. Ci, którzy mieli spotkanie z istotą, do przekazu wydarzenia używali słów nader oszczędnych, z których dało się jednak wyczytać pewne prawidłowości.

Zatrwożeni faktem, że to coś może już nigdy nie przyjść i w związku z tym zapomną co działo się podczas takowych spotkań, postanowili spisywać wydarzenia krok po kroku. W ten oczywisty sposób pragnęli wyciągnąć pewne stałe cechy, które towarzyszyły ziemskim spotkaniom z nieziemską naturą istot. Tak udało się sporządzić listę reguł, okoliczności i zachowań, jakich można się spodziewać, gdy to znowu przyjdzie. Po analizie zapisu poszczególnych sytuacji stwierdzono nawet, iż ma się sposób by to przywołać.

Ludzie od dawien dawna wymyślali sposoby na wszystko. Robili to z potrzeby, opierając się na własnych doświadczeniach, mądrości starszych, intuicji, na zgromadzonej wiedzy książkowej. Tutaj jednak, zdaje się, wszystkie z reguły cielesne możliwości zawodziły. Bowiem spotkania owe były integralną częścią autonomicznego planu, którego nie można było tak zwyczajnie podyktować Suwerenowi.

Jednakże z przyzwyczajonej wiary babcie przypominały wnukom, że to może przyjść i wtedy nie zdążą nawet pomyśleć, że to jest to, a już będzie po! Moja kochana babciunia też mnie ostrzegała.

Wstęp U babci

Melanżowa płachta szarości i granatu późnego wieczora przykryła zaniedbany dom, który stał za krzyżem. Krzyżem ogólnie nazywali ludzie coś na kształt kapliczki przydrożnej ogrodzonej drewnianymi płotkami, które wyglądały jak kolorowe kredki, trochę większe niż zwykłe. Od krzyża do kredek przywiązane były wstążki. Choć kredki były niskie, a kawałki materiału sięgały dość wysokiego krzyża, to w środku, pomimo że było wystarczająco miejsca na modlitwę, nikt nie przewidywał kawałka przestrzeni dla pospolitego człowieka. Tylko ten, który dbał o krzyż, mógł wchodzić do świętego miejsca. Inni jedynie za płotkiem dosięgali tajemnicy modlitwy. Posługacz krzyża raz na jakiś czas poza zmienianiem brudnych wstążek, malowaniem kredek, które naruszył deszcz, przecierał napis na symbolu zbawienia: „Anioł Pański zwiastował pannie Maryi”. Za krzyżem właściwie kończył się świat. Był tam raptem kawałek pola, żwirowa droga do krzaków czarnego bzu i zaniedbany dom obłapiony przez gęstwinę iglastego lasu.

Gospodyni domu, który stał tam, gdzie świat już nie istniał, układała właśnie przyrządzone w mniejszych lub większych słoikach zapasy na zimę. Spracowanymi dłońmi chłopki sięgała najwyżej wiszącej półki w komórce. Pomieszczenie służyło kiedyś jako przechowalnia opału, by niechcący ustąpić miejsca spiżarni, która musiała ze względu na znamienitość przetworów, być chlubą właścicielki. Do schowka tego dostać się można było (na szczęście odwiedzających) bezpośrednio z kuchni. Cały dom, w szczególności kuchnia, zawsze miał otwarte drzwi dla gości. Byli to w przeważającej większości przypadkowi przechodnie (czy raczej przybysze z odległego świata), listonosz, ksiądz, rzadko zaglądający sąsiedzi.

Skupienie i dokładność, z jakimi Kazia segregowała weki można było bez skrępowania gospodyni dokładnie podpatrzyć przez szybę, bo płachta nieba była już czarna. Kobieta wiedząc, iż mieszka za krzyżem i nikt tam zwykle lub prawie nie chodzi, nie zasłaniała okien. Dzięki łatwowiernemu przyzwyczajeniu pani domu, wystarczyło po prostu stanąć na schodach ganku, by zorientować się, w jaki sposób w odpowiednim czasie przygotowań do zimy, komponuje ułożenie wszelkich przetworów: kompotów, syropów, surówek, kiszonek, a także żurku, pasztetów, suszonych grzybów oraz warzyw i owoców. Górny regał był siedliskiem najwytworniejszych składów przeznaczonych na wyjątkowe okazje i w tej chwili aż wyginał się pod ciężarem zapasów.

Dom za krzyżem przez ten czas, który trwał jakieś kilkanaście spokojnych lat, miał tylko jednego, zdanego na siebie domownika. Kazia miała blisko do krzyża, ale daleko do ludzi ze wsi. Pewnie była najczęstszą osobą, która czytała napis na drzewie kapliczki wiejskiej o zwiastowaniu anielskim. Czasem, to znaczy raz na kilka dni widując mieszkańców Ściborza w sklepie z chlebem, musiała przyjmować od nich zdziwienie, ale i podziw, że gosposia nie boi się mieszkać sama przy drodze żwirowej obsianej przez ptaki czarnym bzem. W chałupie bez ogrodzenia, z psem, ale na łańcuchu, przy ciemnym lesie mającym prawie w garści zaniedbany dom za krzyżem. Kazia odpowiadała, że gdyby ktoś zły w okolicy się kręcił, to Mucha na pewno przeraźliwie by szczekała, a jej pani wiedziałaby, że ma intruza na podwórku. Ludzie śmiali się z psiej obrony, bo znali zasady gospodyni zaniedbanego domu, iż ta wpuszcza do środka szczutych gdzie indziej psami głosicieli ewangelii, i „szmaciarza”, i podającego się za weterynarza, a nawet Cyganki. Nigdy jednak nic złego jej się nie stało, żeby bała się mieszkać za drogą żwirową, która wyznaczała swoisty koniec świata.

Układała ostatnie słoje, gdy zdawało się jej, że ktoś jest w pobliżu. Pukanie w szybę ostatecznie odkryło obecność kogoś, kogo nie spodziewała się, bo inaczej zamiast krzątania się w spiżarni, byłaby nastawiała na piecu wodę do zaparzenia herbaty. Ciemnia za oknem powodowała, iż chcąc podejrzeć kto puka, widziała tylko swoje oblicze.

– Kto tam?

– Proszę otworzyć, proszę pani – odpowiedziano.

Ruszyła w stronę zakola domu, które łączyło hol za kuchnią z drzwiami wejściowymi. Ciekawe, co powiedzieliby zakłopotani sąsiedzi na to, że Kazia zapomniała nawet pomyśleć, czy Mucha poszczekiwała. Najpewniej radość z tego, że prawie ukończyła misterne układanie pojemników, wybiła ją z czujności. Zresztą gość w tym domu, o każdej zakazanej godzinie dnia, zawsze był mile wpuszczany. Jak zwykle więc otworzyła drzwi. Zobaczyła kobietę, która zapytywała, czy mogłaby gdzieś załatwić potrzebę fizjologiczną. „Tak więc nic podejrzanego. Ludzie z wioski są tacy utrudzeni niepokojami, które i mi się udzielają” – uspokoiła się w duchu Kazia, bardziej pod kątem sąsiadów. „Nic co ludzkie, nie powinno być wstrzymywane.” Gospodyni wskazała potrzebującej latrynę obok stodoły.

– O tam, blisko gałęzi na podpałkę, pod daszkiem. Widzi pani? – Wskazała miejsce, w którym obecnie z powodu powiększenia powierzchni spiżarnianej, przechowywała opał. Potem natychmiast zamknęła wejście na zasuwkę. Nie pamiętała, czy pies szczekał.

Jeszcze będąc w holu, dobiegł ją gruchot czegoś ciężkiego. Gdy dotarła do miejsca, z którego dobywał się hałas, posmutniała. W komórce, po krześle, na którym siedziała wycierając szmatką zaprawy, spływały ciecze z przetworów, a w nich zanurzone kawałki szkieł i oblepione wieczka. Półka nie nadawała się do ponownego zawieszenia, bo złamanie uniemożliwiło jej wykonywanie należnego zadania.

Kazia podeszła do drzwi przy ganku. Najpierw by posłuchać, czy pies ujada. Gdy nic nie wskazywało na to, że Mucha w ogóle żyje, wychyliła głowę zza futryny i wśród nieco spopielałej czerni wieczora próbowała wzrokiem odnaleźć postać Nieznajomej.

– Proszę pani, jest pani tam? Gdyby pani widziała, co się stało, gdy nie było mnie w spiżarni...

Nie wiedziała czy kobieta, która przyszła za potrzebą jest już po kłopotliwej czynności i czy w ogóle jest jeszcze w obejściu. Wyszła więc odrobinę dalej, na schody. Nosiła grube szkła okularów, tak więc niełatwo jej było rozszyfrować punkty w dalszej przestrzeni. Stojąc w pozycji węszyciela (zamiast Muchy), zamarła. Gałęzie przy latrynie paliły się żywym ogniem. Bardzo bała się płomienistego widoku, bo wcześniej ktoś wzniecił pożar w jej stodole. Stała przez dobrą (a raczej złą) chwilę jak paralityk chory od pasa w dół. Gwizdem przywołała Muchę, a ta, leniwie wystawiając mordę, doczłapała w stronę pańci tylko niewielki kawałek. Jak zwykle miała kilka razy skręcony łańcuch wokół psiej budy, co w zasadzie w razie konieczności uniemożliwiało suce obronę domostwa. Kazia nigdy nie wspominała o tym zakłopotanym ściborzanom, bo i po co. Jak łańcuch się skręcił, to może i się odkręci.

– Jak pilnujesz drewien? Czemu nie buczysz, jak podpalają nam gałęzie? – zabrzmiało bardziej jak przyjazne upomnienie niż wyrzut w stronę leniwego psa.

Suka wnioskując po łagodnym tonie gospodyni, wcale nie zrozumiała prawdziwych pretensji. Zaskomlała jednakże pieszczotliwie, że Kazia o tej porze okazała jej swoje zainteresowanie. Pani powiedziała Musze, że idzie po wiadro z wodą, a ona niech w razie czego szczeka, gdyby znowu pojawił się jakiś podpalacz. Przecież dwa razy już nawaliła. Psina z wyczekującym pyskiem, ale i ze spokojem przysiadła przy budzie w obejściu zaniedbanego domu. Potem, kiwając ogonem, obserwowała zdziwienie swojej pani, gdy tamta nie odczuwając bólu, dotykała palące się jeszcze przed chwilą gałązki.

– Przecież widziałam ogień. Jestem pewna, że się paliło – zagadywała Muchę. – Ale przecież nie szczekałaś...

Zmierzając w stronę domu, uwierzytelniała na głos powód, dla którego w ogóle wychyliła nos z chaty, a mianowicie – Nieznajoma w obejściu. I pani i jej wierny pies zdaje się byli pewni co do jednego – że sobie już poszła. Za krzyżem, poza Kazią i Muchą znowu nikogo nie było. Po tej stronie krzyża znowu kończył się świat.

„Wtem ukazał mu się anioł Pański w płomieniu ognia ze środka krzewu; i spojrzał, a oto krzew płonął ogniem, jednakże krzew nie spłonął.”

II Mojż. 3, 2

Rozdział 1 Na Syberce

Na osiedlu grasował groźny przestępca. Według większości Syberka była odtrąconym osiedlem wznoszącym się peerelowskimi manhattanowcami za skrzyżowaniem. Skrzyżowanie odprowadzało samochody, tramwaje, autobusy w stronę Zamku lub Sosnowca, a na drugim przecięciu w górę osiedla lub na dół do centrum miasta.

W morzu opinii najczęściej wyławianą była ta, że na Syberce, która niedawno obchodziła 60-lecie, nic za bardzo się nie zmieniało. Mówiono, że jak się tam urodziło, to i się umrze – mając na myśli zapewne niewielką tendencję do transformacji miejsca jak i jego lokatorów. Ludzi w klatkowych wieżowcach było tak wielu, że gubili się w tłumie i często pozostawali bezimienni. Nie dziwota więc, że słyszało się rozmowy w następującej wersji: „Ta blondynka z trzeciego piętra? Która? Ta z tym psem? Tym rudym? Tym, co nigdy po nim nie sprząta? Nie, ta blondynka akurat sprząta, ale ona nie posiada ryżego. Ona ma dwa...Chociaż czekaj – jeden może jest rudy. Lekko rudy. Chociaż muszę się przyjrzeć dokładnie czy ona sprząta po obydwu. Zresztą z dwiema suczkami to chodzi jeszcze jedna, ta jaśniejsza blondyna. Może to ona nie sprząta po psach? Nie, ona sprząta, ale niedokładnie, czyli tak jakby w ogóle nie sprzątała. Czyli może podać sobie rękę z tą blondynką ciemniejszą, bo najwyraźniej ona sprząta tylko po jednym dla odwrócenia uwagi, czyli jakby wcale nie sprzątała. Ta od rudego też może z nimi się kolegować. Ale przecież mówiłyśmy, że ta pierwsza sprząta i on nie jest wcale rudy.”

Ludzie mijali się beznamiętnie, a większe wrażenia przynosiły najczęściej tylko kupy na trawniku, chodniku czy przy śmietniku. Jednak od jakiegoś czasu gówniany temat poszedł w odstawkę, gdyż na blokowiskach pojawił się ktoś, kto burzył ciszę wielu mieszkańców, a oddawał święty spokój blondynkom z pieskami.

Na początku nikt nie zdawał sobie sprawy jak sprytny jest ów tajemniczy osobnik. Jak potrafił gładko i oszukańczo wyprowadzić na manowce swoją obmyśloną taktyką, zmylić przeciwnika, by potem bezkarnie móc dopełnić czynu, a na koniec uciec z miejsca przestępstwa.

„Pani sobie wyobraża jaka bezczelność? Jaki cwany typ! Nic nie możemy zrobić, bo nie wiadomo jak perfidny jest złoczyńca. Nie ma pomysłu złapania go na wrzącym uczynku, bo nie wiadomo czego się spodziewać podczas takowego spotkania. Zgłosiliśmy na policji. Mundurowi odpowiadają tylko, że pilnują osiedla w podejrzanym czasie, że wysyłają patrole. Na razie jest nieuchwytny. Dodają, że trzeba przesłuchać kilku domniemanych świadków. Należy działać wspólnie, by złapać poszukiwanego. Wiecie państwo - to enklawa lokatorów, którzy niespecjalnie chcą współpracować, toteż ciężko będzie go złapać. Według nas to śmierdząca sprawa.”

Antek mieszkał w enklawie Syberki. Był inwalidą. Zaciągał jedną nogą. Najgorzej było wciągnąć buty, bo ból promieniował od kręgosłupa do samych palców u stóp. Antek już przestał błagać o robotę za marne grosze i to taką, w której trzeba było zmieniać buty na robocze. Chodził „po śmietnikach” i to co znalazł dokładał do niskiej renty. Był zadowolony, że nie musi tyle razy wiązać obuwia.

Dzisiaj z kontenera dobył stroik świąteczny. Na wianku z gałązek igliwia stał plastikowy anioł. Jezuska niestety już nie było. Każdy śmieciarz chce mieć szczęście, dlatego z tej ważnej przyczyny, jak i dla świętego spokoju nie wyrzucił na powrót czegoś, co kojarzyło mu się z Bożym błogosławieństwem. Ucieszył się Antek, bo przecież święta nie są tylko raz w życiu, żeby tak bez zastanowienia pozbywać się ozdoby. „Na przyszły rok będzie jak znalazł.” Uśmiechnął się na to, jak bardzo wypowiedziane słowa pasowały do sytuacji.

Przysiadł na ławce, by zapalić papierosa. Obok siebie położył stroik, który od nowa stał się świątecznym. Po pierwszym dymku poczuł ciepło, ale po drugim już gorąc, który atakował jego prawą kieszeń. Podskakując jak poparzony, pomiarkował, że mógł wyrzucić zużytą zapałkę na ziemię, ale odłożył ją na pośmietnikowy łup. Nie chciał zanieczyszczać miejsca pod ławką, bo nie wolno jeszcze bardziej brudzić osiedla, bo dość, że w mnogich ilościach występują tu przynależności psie. Najprawdopodobniej wtedy jeszcze zapałka się paliła, ale na zimnie niełatwo było o tym zmiarkować. Wieniec płonął, a zza ognia patrzył na niego anioł. Wytrzeszczał ogniste oczy i domagał się wyjaśnień. Kiedy pretensje plastikowej postaci przestały iskrzyć, wianek znów stał się świątecznym. Nie było na nim śladu ognia. Wystraszył się Antek nie na żarty. Postanowił, że sam odda się w ręce policji.

Do tej samej torby, w której dotaszczył do domu stroik, załadował dowody winy. Trochę się tego uzbierało. W uszach brzęczały mu zdania, które mimochodem musiał wysłuchiwać, kiedy wyruszał na grzebanie w śmieciach: „To zaniedbane osiedle. Nikt się nami nie interesuje. Jak urodzisz się na Syberce, na Syberce zdechniesz. W odchodach psich. Śmierdząca sprawa, której nikt rozwiązać nie chce.” Anioł wiedział o tym, co Antka dusi. Co mogło się stać jakby na Jezuska rzucił zapałkę? „Anioł zapłonął na mnie gniewem. Przyznam się do wszystkiego. Ale i personalia nie tak bardzo pokrzywdzonych z zaniedbanego osiedla podam.”

– Chciałbym rozmawiać z kimś, kto jest odpowiedzialny za syf na Syberce – krzyknął na komisariacie jak recydywa, który wie, że mu się już nie upiecze. Jedynie może pokrzyczeć sobie przed odsiadką. – Chciałem powiedzieć, że jestem poszukiwany. Będę współpracował z policją.

– Proszę się nie oddalać. Funkcjonariusze się panem zajmą.

– Zostawiam tu torbę z dowodami. Muszę sobie na dole zapalić. Poprzedni papieros, wie pan, zapaliłem, że siwy dym poszedł. Anioł zrobił przypał, dlatego muszę się przyznać.

– Bierzcie świra od razu. Współpracował z jakimś Aniołem. Uwaga, żeby nie zwiał. – Dyżurny dawał ostrzeżenia kolegom, którzy już ustawili się, by przejąć Antka do pokoju przesłuchań.

Otworzyli wielką, brudną torbę. Zanim uwolnili suwak, usłyszeli żelazny brzęk.

– Jest tutaj tego trochę. Uzbierało mu się. Niemało pokrzywdzonych. Nie wywinie się gagatek. Każde imię i nazwisko zaświadczy przeciwko niemu. – Po czym zaczęli wyczytywać. – K. M. Nowak, J. L. Kowalscy, R. A. Karzełek, B. A. Filipowiak, M. K. Kulaszowie, A. S. Zbirowie, A. Wawrzynkiewicz.

Po nazwiskach padły kolejne, a następnie Plebania kościoła, Zakład Fryzjerski, Biuro podróży, Bar itd. Spisywanie listy pokrzywdzonych zabrało policjantom dużo czasu nim założyli Antkowi kajdanki. Kiedy zeznania były gotowe do podpisu, zatrzymany dodał:

– Panie komendancie, śmierdząca sprawa. Pan wyobraża sobie będąc inwalidą ściąganie kilka razy na dzień butów i mycie ich po psich odchodach? Chciałem, żeby osiedle było czyste, a kiedy właściciele psów nie trzymali się prawa, szedłem za nimi i znaczyłem nazwiska niczym pies swoje miejsce dla załatwiania. Pan wie, że ludzie nawet nie znają imion i nazwisk tych, którzy zanieczyszczają osiedle? Ta blondynka? Ta z rudym psem? Ona nazywa się Konopicka. I ma dwa psy. Jeden to Pelargonia, drugi zaś Łodyżka. Pelargońcia narobiła też pod plebanią. Łodyżka lubi zapach jedzenia, to najczęściej pod barem przykuca. A potem mówią, że władze miasta nie dbają o zapuszczone osiedle. I ksiądz nawet się na to zgadza, i właściciel baru czy biura podróży.

Komendant i jego asystent powstrzymywali śmiech. Tabliczki ściągane w nocy z drzwi osób niesprzątających po własnych pupilach, a nawet z miejsc „zbrodni” były niezbitymi dowodami winy. Dla obydwu stron zamieszanych w sprawę. Dlatego wcześniej nie chcieli współpracować z policją.

– W istocie, śmierdząca sprawa! – słowa Antka potwierdził policjant.

„Taka, mówię wam, jest radość wśród aniołów Bożych nad jednym grzesznikiem, który się upamięta.”

Łuk.15,10

Rozdział 2 W Pałacu Mieroszewskich

Była zaproszona na uroczystość, ale nie zdążyła odpowiednio się przygotować. Samolot wylądował o całą dobę później. Kiedy zajechała wreszcie do Będzina, nie miała dużego pola manewru, by pojawić się na przyjęciu grzeczna i dostosowana. Mogła natomiast ze skromnego wachlarza możliwości, wybrać coś, by choć częściowo uratować swoją sytuację. Na przykład wyciągnąć z plecaka najlepsze, to znaczy nieubłocone buty, z kieszonki bocznej pudełko z kokardą, resztę bagażu dać na przechowanie zaprzyjaźnionej pani w kiosku, dłońmi poprawić włosy zmaltretowane słońcem, a potem monsunem. Przy odrobinie determinacji może uda się nawet znaleźć grzebień.

Właściwie to sądząc po odbiciu w lustrze na parterze, można było zdziwić się, iż ochroniarz w ogóle ją tutaj wpuścił. Wszystko w jej wyglądzie było nie tak. Nie tak – dla imprezy, na którą przybyła. Klątwa lustra, które upierało się, że istotnie w takim położeniu nie powinna może brać udziału w pięknej ceremonii. Brak szpilek, a w nich czerwonej elegancji na podeszwie; niedobór sukienki, która naśladowałaby skrzydła ważki; pomyłka w makijażu, który nawet nie potrafił udawać, że jest. Tyle, co musnęła powieki oraz policzki pędzlem w samolocie. Na więcej nie miała siły, bo zmiana stref klimatycznych może zabrać najsłodsze sny o najdoskonalszym wynalazku na nadmierne sebum. Nie miała też przyzwoitej wiązanki kwiatów. Takiej, która zawierałaby rozkoszny, ale przy tym autentycznie życzliwy liścik schowany między ostatnie świeże wzloty przyciętej rośliny, której pozostają już tylko po ścięciu pochwały klientów kwiaciarni. Prezent udało się jej nabyć w lotniskowym butiku. Na szczęście sklepu posiadali choć biżuterię z imionami. Na jej gigantyczne nieszczęście nie mieli już nic więcej porywającego na szczególne okazje. Nic oryginalnego, co mogłaby przekazać w dowód szczerego szacunku, jakim darzyła oboje. Zadecydowała, że przyjście z czymś co podoba się tylko pani za ladą jest niegodne i że nie da namówić się do ukłonu w stronę pospolitości. Kazała spakować do ozdobnego pudełka jedynie złote literki na łańcuszku. Ułożyły wyraz „Mój anioł”. Potem pomyśli, jak wytłumaczyć się z braku kreatywności. O brak kopertówki nie martwiła się, bo raz, że takiej torebki nie lubiła nosić, a dwa, że koperty wręczać nie będzie. Po ceremonii świeże wiaderko kwiatów do domu weselnego dostarczy kurier. Wykonała już odpowiedni telefon.

Pani przy muzealnym sklepiku przyglądała się jej. Bez wątpienia wyrażała więcej niż zażenowanie. Spalić się ze wstydu to jedna z ewentualności, ale po co ją wybierać? Wyraźniej niż na powietrzu poczuła, że trykotka naciągnęła pieczonym kurczakiem zapakowanym na drogę z warszawskiego Dworca Centralnego do Będzin Miasto. Jednak gdyby nie gumowe, ale przynajmniej ciepłe jedzenie z folii aluminiowej, burczenie w brzuchu chciałoby całkowicie odebrać jej radość z ceremonii. Kurczak był rzeczywiście za mocno przysmażony. Przypominając sobie jego ciemnomiedzianą skórkę, dzisiaj nie chciała już więcej przypałów. Skierowała się na piętro Pałacu Mieroszewskich.

W koszulce „moro”, która maskuje w lesie, tutaj niełatwo było się schować. Las ludzi ubranych w wizytowe stroje i uśmiechniętych zza woalu weselnych bukietów od razu rozpoznawał drzewo nie z tego gaju. Tutaj zakorzeniły się rozkloszowane, wydekoltowane i ujmujące wysublimowanym pięknem sukienki z klasą, przypięte na ostatni guzik koliami z pereł. Między kilkoma, na przykład obok Audrey Hepburn, Grace Kelly tudzież Marylin Monroe, stała ona – żywcem wyrwana z pociągu Azja Express. Nadająca się najpierw do wanny chociażby z racji tego, że zapach kurczakowego oleju w majeranku nie potrafił w żaden sposób upodobnić się do perfum Diora. Panowie jakoś mniej dawali odczuć. Przecisnęła się między klasycznymi marynarkami i spodniami zaprasowanymi na żyletę. Egzamin z kamuflażu lepiej zdała w oczach męskiej elegancji i taktu. Zmierzenie się z soczewkami pań wyglądało tak, iż im bardziej odróżniała się od właścicielki obserwujących ją oczu, tym bardziej para oczu się do niej uśmiechała. Kobiety są dobrze usposobione, gdy nie widzą zagrożeń. Kiedy jej przybycie nie umknęło już prawie nikomu, wbiła się w wolne krzesło po lewej stronie przy drzwiach do następnej komnaty pałacowej na pierwszym piętrze. Siedząc była mniej widoczna, ale pierwszy rząd to nie był w jej sytuacji dobry wybór .

Był bardzo słoneczny, energetyczny dzień. Jeden z takich, które określa się „Idealny dzień na taki ślub”, ale ona szybciutko przemieniła zdanie na równie prawdziwe: „Idealny ślub na taki dzień”. Rzeczy wokół harmonijnie odzwierciedlały nastrój. Pałacowe, śnieżnobiałe firanki czy fantazyjne, bieluśkie krzesła chciały rywalizować jasnością z sukienką panny młodej, ale już na starcie przegrywały. Także w kategorii upięcia, kroju czy kształtu. Żeby nie czuć się tak bardzo zewnętrznie niedopasowaną do otoczenia, szukała czegoś zwykłego pośród wykwintności na obecnej ceremonii zaślubin. Niestety – jej podróżnicze ubranie krzyczało kontrastem tak wielkim, że po prostu nie sposób było się tym nie przejmować. Nawet siedząc, rozpraszała nieco uwagę – znowu nie dało się nie zauważyć.

Okno pokoju pałacowego po sąsiedniej stronie otwierało podwoje, kołysząc tiulem od karnisza do podłogi. Materiał tańczył, a dzięki promieniom świetlnym, zostawiał na ścianach sali impresje wzrokowe. Gdyby okno było zamknięte, wtedy nie kusiłoby ją, aby dzielić doniosłą chwilę na dwoje. Jednakże gorąca atmosfera w środku wymuszała wpuszczenie powietrza do środka i spowodowała zalotne powiewy firanki. Było bardzo ciepło. W obydwu światach. Światło późnego popołudnia, bezszelestne - jeśli nie brać pod uwagę obrotów firanki, pozbawione jakichkolwiek zakłóceń chmur, padało na ścianę i robiło swoje miraże. Ona jako fotograf – ciągle amator, bezustannie szukała bodźców artystycznych do kadrowania czegoś znaczącego. W tej chwili dzięki świetlanym widziadłom palce miała mokre z wrażeń. Jakby właśnie chciała popchnąć spust migawki w otchłań artyzmu na najlepszym szczeblu. Przycisk migawki byłby nie tylko mokry, ale i brudny, bo z pałaszowania kurczaka dłonie nadal były lekko klejące. Tłusta plama usadowiła się także na spodniach, co zarejestrowała dopiero teraz. Było coraz trudniej i niezręczniej w stroju podróżniczki. Po przysiędze czekało ją złożenie życzeń młodej parze. Normalnie byłby to długo oczekiwany moment, ale w obecnej sytuacji szukała sposobu by zrobić to jako ostatnia, ale też by umknąć uwadze kamerzysty.

Urzędnik wymawiał ustalone formułki. Profesjonalista, bo zaskakiwał zgromadzonych tonem podniosłego i wzruszonego głosu, który jakoby mówił to pierwszy raz w życiu. I jakby nikt wcześniej nie powiedział mu głośno o swojej miłości. Wzdychano z wyboru. Nie dało się nie wzruszyć. Między braniem powietrza wyszukiwano coś lub kogoś by na chwilę wzrok odwiesić, bo natarczywe patrzenie na piękno młodej pary zawstydzało. Peszyć mogła przede wszystkim zgodność oświadczeń spięta dwoma pierścionkami, przyozdobiona ramką fioletowych kwiatów dbale oplecionych na nową drogę życia. Mocno szczęśliwą – tak większość im życzyła.

Pomijając na dobre świadomość nieodpowiedniej, bo ciemnej garderoby, nijakiej fryzury z włosów po azjatyckich przejściach, braku bukietu, rozważała, czy im się powiedzie. Ciemne ubranie przykryły białe myśli. Jakimi życzeniami powinna obarczyć ich miłość? Jakimi słowami popukać do komór zakochanych serc? Z doświadczenia wiedziała, że same życzenia bez błogosławieństwa Bożego mają niewielką moc. Chciała wymóc na Bogu obietnicę, że da mi czego ich dusze pragną. W zawieszeniu między niebem a ziemią usłyszała delikatne echo powtarzanej przysięgi. W myślach przygotowywała się do złożenia życzeń. Nakierowywała na nich Bożą, tajną broń, aby On rozpracował najlepszy plan i pozwolił ustrzelić amora na wieczność.

Kiedy skończyła modlitwę, nic praktycznie się nie zmieniło. Firanka przytulana i odpychana wiatrem rozdzielała światło sobotniego dnia na stojące naprzeciwko eksponaty muzealne. Jakby struga światła niczym czyjaś noga po drabinie schodziła na dół. Jasna plama padła na twarz figurki z brązu, która afiszowała swoją obecność na kominku. Nie odgadła czy berliński anioł jedynie delikatnie się uśmiechał czy śmiał się z powagi sytuacji, która dla niego (jak to dla aniołów) była śmiertelnie poważna, ale przy tym taka świetlana. Dałaby sobie rękę uciąć, że anioł puścił jej oko, a może nawet szepnął: „Będą szczęśliwi”.

Potem zastanawiała się, czy aby w Pałacu Mieroszewskich nie było dwóch aniołów.

„I śniło mu się, że była ustawiona na ziemi drabina, której szczyt sięgał nieba, po niej zaś wstępowali i zstępowali aniołowie Boży.”

I Mojż. 28, 12

Rozdział 3 W drodze na wykład

Wielce oczekiwany, przygotowywany ze szczególną starannością, najważniejszy w starciu z innymi wtorkami miesiąca. Tenże wtorek stawiał duże wymagania, ale przynosił olbrzymi stopień satysfakcji. Wykładowczy wtorek, który zawsze uczył mnie, że w życiu będąc nauczycielem, należy nadal być pokornym uczniem.

Jeden z takich dni właśnie nadszedł. Laptop został spakowany. Zawartość pendrive’a sprawdzona kilka razy, a potem ułożona w przegródce torby razem z książkami podarowanymi przez zaprzyjaźnione wydawnictwa, które znacząco potrafiły ubogacić wiedzę studentów. Woda, długopis, notatnik – także potrzebne. Ostatni rzut na nogi czy rajstopy nie miały zaciągniętej nitki i można było wychodzić.

Wtorek, o którym piszę nigdy nie zważał na moje samopoczucie, inne (błahe w starciu z nim) sprawy tego dnia czy złą aurę. Ten dzień zawsze należał do Uniwersytetu Trzeciego Wieku. Nic nie mogło i nawet nie pretendowało do tego, aby być nieco ważniejszym. Zapytajcie dziecka, które dostanie po raz pierwszy kolorowe kredki, dlaczego podczas malowania ma wyciągnięty język. Pewnie odpowie, że nawet nie wie, że jęzor uczestniczy w kreacji nowych rysunków tyle samo co kredki. Wyobrażacie sobie wykładowcę z wywalonym językiem? Jeśli nie – to i tak musicie sobie to wyobrazić. Tym bardziej, że teraz dosłownie biegłam z ozorem, bo samochód nie odpalił i tym samym groziło studentom spóźnione rozpoczęcie wykładu. Ten wtorek nawalił śniegiem i szybko trzeba było zorganizować przejazd. 10 minut dawało marne szanse na bycie o czasie.

Godząc się na jak najmniejsze spóźnienie, wbiegłam po stopniach do autobusu miejskiego, który miałam nadzieję zdąży przed gongiem studenckiego kwadransa. Kiedy drzwi pyknęły, z ulgą przycupnęłam na najbliższym siedzeniu. Od razu moją nieco już nadwyrężoną koncentrację przykuł pan siedzący obok. Na kolanach miał dobrej jakości walizkę, a ubrany był jak małorolny chłop, który nie ma na zapłacenie KRUS-u. Nie wydawał na szczęście żadnego zapachu. Trochę się bałam przykrej woni, bo pod paznokciami zauważyłam krew. Wystraszyłam się tego widoku. Pierwsze co przyszło na myśl mojej szalonej fantazji, to potrójny pech dzisiejszego wtorku. Pierwszy pech to jechać miejską komunikacją i pierwszy raz w życiu się spóźnić. Następny to spotkać gościa z winą na dłoniach, a dodatkowy to oczywiście siedzieć obok niego. Ten najważniejszy, tzn. brak możliwości uruchomienia samochodu przechodził już prawie w strefę zapomnienia, skoro jakoś w końcu dostanę się na ten wykład. Dobrze, że wysiądę blisko Sali Sesyjnej. Pocieszeniem był też zaoszczędzony czas, który nawet jeśli uruchomiłabym samochód, zmarnotrawiłabym na szukaniu parkingu.

– Gdzie panienka jedzie? – padło tak przyjemnym głosem, że zapomniałam, że mam do czynienia z kimś, kto bawi się ludzką krwią.

To obłędne uczucie niezrozumiałego lęku powróciło, gdy sąsiad otworzył elegancką walizkę. W jej środku ułożone były powykrzywiane oraz poskręcane w nieładzie gwoździe. Dosłownie kilka sztuk. Wyglądały jak eksponaty, bo przykryto je szklaną szybką. Obok leżały obcążki, młotek, jakieś jeszcze narzędzia, których nazwy z wrażenia zapomniałam. Wszystko było takie muzealne, ale straszne.

– Zapomniała panienka odpowiedzieć – dziwoląg domagał się konkretnej odpowiedzi na wcześniejsze zapytanie.

– Dziś jest ten wtorek. Nie oddałabym go za nic. Kocham ten stan. Na wykład! – Nie wiem dlaczego, ale treściwie mu się zwierzyłam.

– Zdrowie jest najlepszym stanem. Ducha, duszy i ciała. – Po czym podrapał się brudnymi paluchami po czole.