Ania na uniwersytecie - Lucy Maud Montgomery - ebook

Ania na uniwersytecie ebook

Lucy Maud Montgomery

0,0
9,99 zł

lub
Opis

Trzecia powieść cyklu o przygodach Ani z Zielonego Wzgórza.


Pokonując trudności Ania Shirley rozpoczyna naukę na uniwersytecie a tym samym kolejny etap życia wikłając się w kolejne zabawne i wzruszające sytuacje. Nauka, miłość, przyjaźń oraz codzienne radości i kłopoty. Na Zielonym Wzgórzu Tadzio i Tola dbają o to, by Maryla się nie nudziła. Ania zdobywa nowych przyjaciół, dorasta, poważnieje, ale wciąż pozostaje tą samą romantyczną dziewczyną o wrażliwym sercu.

To właśnie w uniwersyteckim otoczeniu Redmondu w jej życiu pojawia się miłość... Kogo wybierze Ania - przyjaciela z dzieciństwa czy romantycznego księcia z bajki?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 348




Lucy Maud Montgomery

ANIA NA UNIWERSYTECIE

Copyright © by Lucy Maud Montgomery

Copyright © by Virtualo

Tłumaczenie: Ewa Łozińska-Małkiewicz, Joanna Krzyżanowska

Projekt okładki: Łukasz Różyński

Korekta i redakcja: Danuta Zakurzewska, Katarzyna Małkiewicz

Wydanie I

Warszawa, 2020 r.

ISBN: 978-83-272-6632-3

konwersja.virtualo.pl

ROZDZIAŁ PIERWSZYCień zmiany

– „Żniwa zakończone i lato minęło”1 – zacytowała Ania Shirley, patrząc w zamyśleniu na skoszone pola. Z Dianą Barry były w trakcie zbierania jabłek w sadzie na Zielonym Wzgórzu, ale chwilowo odpoczywały po ciężkiej pracy w słonecznym zakątku, gdzie zwiewne flotylle ostowego puchu unosiły się na skrzydłach wiatru nadal przepełnionego słodkim, letnim zapachem paproci z Lasu Strachów.

Wszystko w krajobrazie wokół sugerowało już jesień. W oddali morze huczało głucho, pola były nagie i wyschnięte, przedzielone kwitnącą złocistą nawłocią. Dolinę strumienia poniżej Zielonego Wzgórza pokrywały eteryczne fioletowe astry, a Jezioro Lśniącej Toni było błękitne, ale nie bladym lazurem lata, lecz jasnym, stanowczym, poważnym kolorem, jak gdyby woda przeżyła już wszystkie stany emocji, uspokoiła się i ucichła, niezmącona kapryśnymi marzeniami.

– To było miłe lato – powiedziała Diana z uśmiechem, bawiąc się nowym pierścionkiem na lewej dłoni – a jego prawdziwe ukoronowanie stanowiło wesele panny Lawendy. Przypuszczam, że państwo Irving są już na wybrzeżu Pacyfiku.

– A mnie tak się dłuży ich nieobecność, że mam wrażenie, iż zdążyli już objechać cały świat – westchnęła Ania. – Nie mogę uwierzyć, że ledwie tydzień minął od ich ślubu. Wszystko się zmieniło; panna Lawenda i państwo Allanowie wyjechali. Jak strasznie samotnie wygląda plebania, kiedy wszystkie okiennice zamknięte są na głucho! Przechodząc tamtędy wczoraj, odniosłam wrażenie, że wszyscy powymierali.

– Nigdy nie przytrafi nam się pastor równie miły jak pan Allan – powiedziała Diana z ponurym przeświadczeniem. – Myślę, że tej zimy będziemy mieć do czynienia z całą procesją jego zastępców, a połowa niedziel będzie w ogóle bez kazania. I do tego nie będzie ani ciebie, ani Gilberta - czeka nas przeraźliwie nudne życie.

– Fred zostaje na miejscu – zasugerowała przebiegle Ania.

– Kiedy przeprowadza się pani Linde? – Diana udała, że nie słyszy uwagi Ani.

– Jutro. Cieszę się, że się wprowadza – ale będzie to kolejna zmiana. Razem z Marylą usunęłyśmy wczoraj wszystko z pokoju gościnnego. Wiesz, z jaką niechęcią to robiłam? Oczywiście, to głupie, ale wydawało mi się, że popełniamy świętokradztwo. Ten pokój był dla mnie zawsze jak świątynia. Kiedy byłam dzieckiem, myślałam, że to najpiękniejsze pomieszczenie na świecie. Pamiętasz, jak bardzo pragnęłam spędzić noc w pokoju gościnnym, aczkolwiek nie w pokoju gościnnym na Zielonym Wzgórzu. O nie, nigdy tam! To byłoby zbyt straszne - nie zdołałabym zmrużyć oka z wrażenia. Kiedy Maryla mnie tam po coś posyłała, nie mogłam przejść spokojnie przez ten pokój - nie, w rzeczy samej, szłam przez jego środek na paluszkach i wstrzymywałam oddech, jakbym była w kościele, i czułam prawdziwą ulgę, kiedy wreszcie wychodziłam. Po obu stronach lustra wisiały portrety Georga Whitefielda i księcia Wellingtona, którzy patrzyli na mnie poważnie spod zmarszczonych brwi, ilekroć się tam zjawiałam, szczególnie zaś, kiedy odważyłam się zerknąć do lustra - jedynego w całym domu, które nie wykrzywiało twarzy. Zawsze zastanawiałam się, jak Maryli udaje się tam sprzątać. A teraz nie tylko jest wysprzątany, ale też został ogołocony ze wszystkiego. George Whitefield i książę powędrowali do holu na piętrze. „Tak oto przemija chwała tego świata”2 – zakończyła ze śmiechem, w którym brzmiała jednak nutka żalu. Nigdy nie jest miło, kiedy dawne świątynie są brukane, nawet jeśli już z nich wyrośliśmy.

– Będę taka samotna, kiedy wyjedziesz – wyjęczała Diana po raz setny. – I pomyśleć, że to już w przyszłym tygodniu!

– Ale teraz jesteśmy nadal razem – Ania postanowiła się cieszyć. – Nie możemy pozwolić, aby wyjazd zakłócił nam radość w tym ostatnim tygodniu. Sama nie znoszę myśli o wyjeździe – dom i ja jesteśmy takimi dobrymi przyjaciółmi. Ty mówisz o samotności! To ja powinnam jęczeć. Ty zostajesz tutaj ze wszystkimi starymi przyjaciółmi i Fredem! A ja będę sama wśród obcych, nie znając nikogo!

– Z wyjątkiem Gilberta i Karolka Sloane’a – dodała Diana, naśladując wykrzykniki Ani i jej przebiegłość.

– Rzeczywiście, Karolek Sloane będzie wielkim pocieszeniem – zgodziła się sarkastycznie Ania i obie wybuchnęły śmiechem. Diana wiedziała dokładnie, co Ania myśli o Karolku Sloane, ale mimo rozmaitych poważnych rozmów nie miała zielonego pojęcia, co sądzi o Gilbercie Blythe. Dodajmy dla jasności, że Ania sama tego nie wiedziała.

– Z tego co wiem, chłopcy zamieszkają chyba po drugiej stronie Kingsport – ciągnęła Ania. – Cieszę się, że jadę do Redmond i jestem pewna, że w końcu je polubię. Ale wiem, że nie nastąpi to w ciągu pierwszych tygodni. Nie będę nawet mogła czerpać pociechy z oczekiwania na coweekendowy wyjazd do domu, jak to było, kiedy chodziłam do Queens. A Boże Narodzenie wydaje się być odległe o tysiąc lat.

– Wszystko się zmienia lub wkrótce się zmieni – smuciła się Diana. – Mam wrażenie, Aniu, że nic już nigdy nie będzie takie samo.

– Przypuszczam, że dotarłyśmy właśnie do miejsca, gdzie nasze drogi się rozchodzą – zamyśliła się Ania. – Kiedyś musiało to nastąpić. Czy myślisz, Diano, że dorosłość jest naprawdę tak miła, jak marzyło się nam, kiedy byłyśmy dziećmi?

– Nie wiem. Jest parę miłych rzeczy w dorosłym życiu – odpowiedziała Diana, głaszcząc swój pierścionek z tym uśmieszkiem, który zawsze powodował, że Ania czuła się wypchnięta poza nawias i zupełnie niedoświadczona. – Ale jest też wiele zagadkowych rzeczy. Czasami dorosłość przeraża mnie i wtedy oddałabym wszystko, żeby znów być małą dziewczynką.

– Myślę, że z biegiem czasu przyzwyczaimy się do dorosłości – powiedziała wesoło Ania. – Z czasem nie będzie tak wielu niespodzianek, choć prawdę mówiąc, uważam, że to właśnie te niespodzianki nadają życiu smak. Mamy po osiemnaście lat, Diano. Jeszcze dwa i będziemy miały po dwadzieścia. Kiedy miałam dziesięć lat, myślałam, że dwadzieścia to już wiek starczy. Już niedługo będziesz stateczną matroną w średnim wieku, a ja miłą starą panną - ciocią Anią, która będzie odwiedzać cię w czasie wakacji. Będziesz zawsze mieć dla mnie jakiś kącik, prawda, kochana Diano? Oczywiście nie pokój gościnny - stare panny nie mogą liczyć na pokoje gościnne. Będę skromna jak Uriah Heep3, i mały pokoik czy schowek w zupełności mnie zadowoli.

– Aniu, cóż ty pleciesz – zaśmiała się Diana. – Poślubisz kogoś wspaniałego, przystojnego i bogatego, i żaden pokój gościnny w Avonlea nie będzie nawet w połowie wystarczająco godny ciebie, a ty będziesz zadzierać nosa wobec wszystkich przyjaciół z młodości.

– To by dopiero była szkoda, mój nos jest całkiem ładny i obawiam się, że zadzieranie mogłoby go zepsuć – powiedziała Ania, głaszcząc swój kształtny nosek. – Nie jestem posiadaczką aż tylu ładnych rysów, by pozwolić sobie na psucie tych niewielu, które są udane, więc nawet jeżeli poślubię władcę tajemniczej wyspy, obiecuję ci, że nie będę zadzierać nosa wobec ciebie, Diano.

Dziewczęta rozstały się z kolejnym wybuchem śmiechu; Diana powróciła na Wiśniowy Stok, zaś Ania udała się na pocztę. Czekał tam na nią list i kiedy Gilbert Blythe dogonił ją na moście nad Jeziorem Lśniącej Toni, aż podrygiwała z emocji.

– Priscilla Grant też jedzie do Redmond – krzyknęła. – Czyż to nie wspaniałe? Miałam nadzieję, że pojedzie, ale nie przypuszczałam, że jej ojciec wyrazi na to zgodę. Jednak zaakceptował to, więc zamieszkamy razem. Czuję teraz, że z taką koleżanką jak Priscilla u boku mogę stawić czoło całej armii ze sztandarami lub wszystkim profesorom Redmond ustawionym w jednym, groźnym rzędzie.

– Myślę, że polubimy Kingsport – powiedział Gilbert. – Mówią, że to miłe, stare miasto i że znajduje się tam najpiękniejszy na świecie naturalny park z zachwycającymi widokami.

– Ciekawe, czy będzie, czy może być piękniejsze niż to – wyszeptała Ania, rozglądając się wokół oczarowanym wzrokiem pełnym miłości, wzrokiem tego, dla kogo dom jest zawsze najpiękniejszym miejscem na świecie, bez względu na to, jakie cuda mogą znajdować się pod obcym niebem.

Pochylali się na mostku nad starym stawem, spijając czar zachodu, dokładnie w miejscu, gdzie kiedyś Ania wspięła się na brzeg, ledwo uchodząc z życiem z tonącej łodzi, w dniu, kiedy jako Elaine płynęła do Camelot4. Piękna purpurowa barwa słońca nadal kolorowała niebo na zachodzie, ale księżyc już wschodził, a woda w jego świetle zdawała się pokryta srebrnym marzeniem. Obie postacie oddały się słodkim wspomnieniom.

– Nic nie mówisz, Aniu – odezwał się w końcu Gilbert.

– Boję się, że kiedy się odezwę czy poruszę, to niewysłowione piękno zniknie jak nagle przerwana cisza – wyszeptała Ania.

Gilbert niespodzianie położył rękę na szczupłej białej dłoni opartej na barierce mostu. Jego orzechowe oczy pociemniały w mroku, a jeszcze chłopięce usta rozchyliły się, aby powiedzieć coś o marzeniu i nadziei, które niepokoiły jego duszę. Ale Ania wyszarpnęła dłoń i szybko się odwróciła. Magia zachodu prysnęła.

– Muszę wracać do domu – wykrzyknęła z nadmierną nonszalancją. – Maryla miała dzisiaj po południu migrenę, a jestem pewna, że bliźnięta wymyśliły już jakieś paskudne figle. Naprawdę, nie powinnam być tak długo poza domem.

Paplała bez przerwy i nieszczególnie sensownie, aż dotarli do drogi wjazdowej na Zielone Wzgórze. Biedny Gilbert nie miał szansy dojść do słowa. Ani wyraźnie ulżyło, kiedy się rozstali. Jakaś nowa, tajemnicza myśl o Gilbercie już pojawiła się w jej sercu w przelotnym momencie olśnienia w ogrodzie Domku Ech. Coś obcego wkradło się do starego, idealnego układu szkolnego - coś, co mogłoby go zmącić.

– Nigdy wcześniej nie cieszyłam się, widząc odchodzącego Gilberta – myślała na poły urażona, na poły zasmucona, idąc samotnie aleją. – Może zniszczyć naszą przyjaźń, jeżeli będzie kontynuował te nonsensy. A nie wolno jej zniszczyć! Nie pozwolę na to. Och, dlaczego chłopcy nie umieją być rozsądni?!

Ania miała niejasną wątpliwość, że nie do końca rozsądne jest to przedłużające się uczucie ciepła przekradającego się do niej z dłoni Gilberta; tak wyraźne, że czuła je przez króciutki moment, kiedy ją dotknął, a jeszcze mniej rozsądne było to, że uczucie to dalekie było od nieprzyjemnego. Zupełnie inne niż kiedy doświadczyła podobnego zachowania Karolka Sloane’a, gdy trzy dni wcześniej siedziała obok niego na tańcach w Białych Piaskach. - Ania wzdrygnęła się na to wspomnienie. Ale wszystkie problemy związane z zauroczonymi adoratorami zniknęły, kiedy weszła do pozbawionej sentymentów kuchni Zielonego Wzgórza, gdzie ośmiolatek na kanapie łkał rzewnymi łzami.

– Co się stało, Dawidku? – zapytała, biorąc go w ramiona. – Gdzie Maryla i Dora?

– Maryla kładzie Dorę – załkał. – A ja płaczę, bo Dora spadła na głowę ze schodów w piwnicy i zdrapała sobie całą skórę z nosa, i …

– O, kochany, nie płacz już! Oczywiście, współczujesz jej, ale twój płacz nic jej nie pomoże. Do wesela sie zagoi. Płacz nigdy nikomu nie pomaga, kochany Dawidku, i …

– Nie płaczę dlatego, że Dora spadła ze schodów – wyjaśnił, przerywając kazanie Ani ze wzrastającą goryczą. – Płaczę, bo nie było mnie, kiedy spadała. Wydaje mi się, że tylko mnie omijają takie fajne wydarzenia.

– Och, Dawidku! – Ania zdusiła mało stosowny wybuch śmiechu. – Naprawdę uważasz, że byłoby śmiesznie patrzeć, jak biedna Dora spada ze schodów i robi sobie krzywdę?

– Aż takiej krzywdy sobie nie zrobiła – zaoponował. – Oczywiście gdyby się zabiła, byłoby mi naprawdę przykro, Aniu. Ale Keithów nie da się tak łatwo zabić. Myślę, że są podobni do Blewettów. Herb Blewett spadł w zeszłą środę ze strychu, stoczył się przez zsyp na rzepę prosto do zagrody, gdzie trzymali strasznie dzikiego i złego konia, i wpadł prosto pod jego kopyta. I przeżył, złamał zaledwie trzy kości. Pani Linde twierdzi, że istnieją ludzie, których nie da się zatłuc nawet siekierą. Aniu, czy pani Linde przeprowadza się do nas jutro?

– Tak, Dawidku. I mam nadzieję, że będziesz dla niej zawsze bardzo miły i grzeczny.

– Będę miły i grzeczny. Aniu, czy ona będzie mnie kładła spać wieczorem?

– Możliwe, dlaczego pytasz?

– Ponieważ – odparł z pewnością w głosie – jeżeli będzie mnie kładła, to nie będę przy niej mówił pacierza tak jak przy tobie, Aniu.

– Dlaczego nie?

– Ponieważ myślę, że nie byłoby miło rozmawiać z Bogiem przy obcych, Aniu. Dora może mówić pacierz przy pani Linde, jeżeli ma na to ochotę, ale ja nie będę. Zaczekam, kiedy wyjdzie i wtedy zmówię pacierz. Czy tak będzie dobrze, Aniu?

– Tak, jeżeli jesteś pewien, że nie zapomnisz o pacierzu.

– O nie, nie zapomnę, mogę się z tobą założyć. Mówienie pacierza to świetna zabawa! Ale w samotności to nie będzie już tak zabawne jak z tobą. Chciałbym, żebyś została w domu, Aniu. Naprawdę nie rozumiem, dlaczego chcesz wyjechać i nas zostawić.

– Nie do końca chcę, Dawidku, ale czuję, że powinnam jechać.

– Jeżeli nie chcesz, to nie musisz. Jesteś dorosła. Kiedy ja dorosnę, nie będę robił ani jednej rzeczy, na którą nie będę miał ochoty.

– Niejeden raz w swoim życiu, Dawidku, odkryjesz, że robisz rzeczy, na które zupełnie nie masz ochoty.

– Na pewno nie – kategorycznie odparował Dawidek.– Zresztą przekonasz się sama! Teraz muszę robić rzeczy, których nie chcę, bo w przeciwnym przypadku ty albo Maryla wysyłacie mnie do łóżka. Ale kiedy dorosnę, nie będziecie tego mogły robić i nie będzie nikogo innego, kto miałby prawo dawać mi rozkazy. Ależ to będą klawe czasy! Aniu, według mamy Milty’ego Boultera jedziesz na studia, żeby spróbować tam złapać męża. Naprawdę, Aniu? Chciałbym to wiedzieć.

Przez krótką chwilkę Ania zapłonęła urazą. Później jednak roześmiała się, doszedłszy do wniosku, że prostactwo myśli i słów pani Boulter nie może wyrządzić jej krzywdy.

– Nie, Dawidku, nie jadę szukać męża. Jadę studiować i uczyć się różnych rzeczy.

– Jakich rzeczy?

„O butach, statkach i wosku,

O grochu z kapustą i królu”5

– zacytowała Ania.

– Ale gdybyś chciała złapać męża, to jakbyś się za to zabrała? Chciałbym to wiedzieć – upierał się Dawidek, któremu temat wyraźnie wydał się fascynujący.

– Powinieneś zapytać panią Boulter – odparła Ania bez zastanowienia. – Myślę, że ona zna się na tym lepiej niż ja.

– Dobrze, zrobię to, kiedy znowu ją spotkam. – odpowiedział z powagą.

– Dawidku! Nie waż się! – krzyknęła Ania, zdając sobie nagle sprawę ze swojego błędu.

– Ale właśnie kazałaś mi tak zrobić – zaprotestował niezadowolony.

– Czas najwyższy do łóżka – orzekła Ania, nie widząc innego wyjścia z tarapatów.

Kiedy chłopiec wylądował w łóżku, Ania powędrowała na spacer i usiadła sama, otoczona wysublimowanym mrokiem rozświetlonym światłem księżyca, a woda wokół niej śmiała się duetem złożonym ze strumienia i wiatru. Zawsze kochała ten bieg wody. W ciągu minionych dni wiele jej marzeń snuło się nad tą błyszczącą tonią. Zapomniała o młodości usychającej z miłości i ostrych słowach złośliwych sąsiadów oraz o wszystkich problemach dziewczęcego życia. W wyobraźni pożeglowała baśniowymi morzami, które obmywały odległe, błyszczące brzegi „magicznych i opustoszałych krain”6, gdzie znajdowały się zagubione Atlantyda i Pola Elizejskie, a Gwiazda Północna była jej sternikiem, wiodąc ją prosto do „Ziemi Największego Pragnienia”7. I w tych marzeniach była bogatsza niż w rzeczywistości, ponieważ rzeczy widzialne przemijają, a niewidzialne trwają wieki.

ROZDZIAŁ DRUGIBabie lato

Następny tydzień przeminął szybko zatłoczony niezliczoną ilością „ostatnich rzeczy”, jak nazywała je Ania. Należało złożyć i przyjąć pożegnalne wizyty, część z nich była przyjemna, a część zupełnie nie. Zależało to od tego, czy odwiedzający i odwiedzani sympatyzowali w pełni z nadziejami Ani, czy też uważali, że jest zbyt nadęta z powodu wyjazdu na uniwersytet i że należy „utrzeć jej nosa”.

Pewnego wieczoru Stowarzyszenie wydało pożegnalne przyjęcie na cześć Ani i Gilberta w domu Józi Pye, wybierając to miejsce częściowo dlatego, że dom pana Pye był duży i wygodny, a częściowo, ponieważ istniało poważne przypuszczenie, że panny Pye nie chciałyby mieć nic wspólnego z tą sprawą, gdyby nie przyjęto propozycji urządzenia przyjęcia u nich. Wieczór był bardzo przyjemny, ponieważ Pye’ówny były nad wyraz łaskawe i ani nic nie mówiły, ani nie robiły, żeby popsuć harmonię tej okazji, choć to nie było zgodne z charakterkiem żadnej z nich. Józia była do tego stopnia przyjazna, że protekcjonalnie odezwała się do Ani:

– Wyglądasz całkiem dobrze w tej nowej sukience, Aniu. Naprawdę, wyglądasz w niej prawie ładnie.

– O, jak miło, że to mówisz – odpowiedziała Ania ze śmiejącymi się oczami. Jej poczucie humoru rozwijało się, a słowa, które zraniłyby ją bardzo, kiedy miała czternaście lat, teraz zwyczajnie ją bawiły. Józia podejrzewała, że tymi szelmowskimi oczami Ania zwyczajnie się z niej śmieje, ale zadowoliła się, szepcząc do Gerci, kiedy schodziły po schodach, że teraz, kiedy Ania Shirley idzie na uniwersytet, zacznie jeszcze bardziej zadzierać nosa, to pewne!

Cała „stara załoga” była obecna, wszyscy weseli, pełni zapału i młodzieńczej beztroski. Diana Barry, zaróżowiona i pulchniutka, za którą podążał jak wierny cień Fred; Janka Andrews, porządna, rozsądna i zwyczajna; Ruby Gillis, piękniejsza niż kiedykolwiek w kremowej jedwabnej bluzeczce i z czerwonym kwiatem w złotych włosach; Gilbert Blythe i Karolek Sloane, obydwaj starający się trzymać tak blisko ulotnej Ani, jak to tylko możliwe; Carrie Sloane, blada i melancholijna, ponieważ - jak mówiono - jej ojciec nie pozwalał Oliverowi Kimball nawet zbliżyć się do niej; Moody Spurgeon MacPherson, którego twarz i uszy były imponująco okrągłe, i Billy Andrews, który przez cały wieczór siedział w kącie i chichotał, kiedy ktokolwiek się do niego odezwał, i obserwował Anię Shirley z wyrazem prawdziwej błogości na okrągłym, pokrytym piegami obliczu.

Ania wiedziała wcześniej o przyjęciu, ale nie miała pojęcia, że ona i Gilbert zostaną uhonorowani jako założyciele Stowarzyszenia pełnymi komplementów przemowami oraz wyrazami szacunku - w jej przypadku dodatkowym wyrazem uznania był tom sztuk Szekspira, zaś w przypadku Gilberta pióro wieczne. Była zdziwiona i zadowolona, słysząc wszystkie miłe słowa pod swym adresem. Moody Spurgeon przeczytał list pożegnalny najpoważniejszym i najbardziej pastorskim tonem, aż łzy zatopiły blask jej dużych szarych oczu. Ania włożyła z dużą ufnością tyle trudu na rzecz Stowarzyszenia, i fakt, że członkowie szczerze doceniali te wysiłki, podziałał jak balsam na jej duszę. I wszyscy byli tacy mili, przyjaźni i radośni, nawet panny Pye; w tej chwili Ania kochała cały świat.

Bawiła się tego wieczoru wspaniale, ale jego koniec popsuł całe to dobre wrażenie. Gilbert ponownie popełnił błąd i kiedy jedli kolację na oświetlonej księżycem werandzie, powiedział do niej coś sentymentalnego, i Ania, żeby go ukarać, zaczęła okazywać nienaturalną życzliwość Karolkowi Sloane’owi, a nawet pozwoliła mu odprowadzić się do domu. Odkryła jednak, że zemsta nie boli nikogo tak bardzo jak mszczącego się. Gilbert spacerował swobodnie z Ruby Gillis i Ania słyszała ich śmiech i wesołą rozmowę, gdy wałęsali się w spokojnym, rześkim jesiennym powietrzu. Było wyraźnie widać, że bawią się doskonale, podczas gdy ona cierpiała straszliwie zanudzana przez Karolka Sloane’a, który choć bez przerwy mówił, ale nigdy, nawet przez przypadek, nie powiedział choćby jednej rzeczy wartej wysłuchania. Ania co jakiś czas wtrącała nieobecne „tak” lub „nie” i myślała o tym, jak pięknie Ruby wygląda tego wieczoru i jak bardzo Karolek ma wyłupiaste oczy - w świetle księżyca jeszcze bardziej niż w świetle dnia - i że świat nie jest jednak tak miłym miejscem, jak wydawało jej się wcześniej.

– Jestem po prostu zmęczona, ot co mi dolega – powiedziała, kiedy z ulgą znalazła się w swoim pokoju i rzeczywiście uczciwie wierzyła, że to jedyny powód. Jednak następnego wieczora poryw radości, który jakby wyskoczył na tajemniczej, nieznanej sprężynie, pojawił się w jej sercu, kiedy zobaczyła Gilberta idącego przez Las Strachów i przez stary zwodzony mostek swoim pewnym, szybkim krokiem. Więc Gilbert nie miał zamiaru spędzić ostatniego wieczoru z Ruby Gillis!

– Wyglądasz na zmęczoną, Aniu – zauważył.

– Jestem zmęczona i – co gorsza – jestem również zdegustowana. Jestem zmęczona, ponieważ cały dzień pakowałam swój kufer i szyłam, a zdegustowana, ponieważ było tu dzisiaj sześć kobiet, żeby mnie pożegnać, a każda z nich zdołała powiedzieć coś, co pozbawiło życie koloru i zostawiło je szare, ponure i bezradne jak listopadowy poranek.

– Złośliwe stare jędze! – skomentował Gilbert wytwornie.

– O nie, nie, one nie są takie – powiedziała Ania poważnie – i w tym właśnie cały kłopot. Gdyby były złośliwymi jędzami, nie miałabym nic przeciwko temu. Ale one wszystkie są miłe, uprzejme, pełne matczynej troski, lubią mnie i ja je lubię, i właśnie dlatego to, co powiedziały lub też sugerowały, tak bardzo mnie dotknęło. Dały mi odczuć, że uważają mnie za szaloną, ponieważ chcę jechać do Redmond i studiować. Dlatego zastanawiam się teraz, czy nie mają racji. Pani Peterowa Sloane westchnęła i wyraziła nadzieję, że wystarczy mi sił, żeby przetrwać to wszystko. Natychmiast więc zobaczyłam siebie jako bezradną ofiarę skrajnego wyczerpania nerwowego pod koniec trzeciego roku studiów. Następnie pani Ebenowa Wright uzupełniła, że spędzenie czterech lat w Redmond musi kosztować strasznie dużo pieniędzy, a ja od razu pomyślałam, że to niewybaczalne z mojej strony, żeby trwonić pieniądze Maryli na takie głupstwa. Pani Jasperowa Bell zaś wyraziła nadzieję, iż uniwersytet nie zepsuje mnie, jak miało to miejsce w przypadku wielu innych ludzi, i nagle poczułam, że po spędzeniu czterech lat w Redmond stanę się nieznośnym stworzeniem, myślącym, że wie już wszystko, i spoglądającym z pogardą na wszystkich i wszystko w Avonlea. Pani Elisha Wright zaś stwierdziła, że o ile wie, dziewczyny w Redmond – szczególnie te, które pochodzą z Kingsport – są zadufanymi w sobie modnisiami, i przypuszcza, że nie będę czuła się dobrze w ich towarzystwie. Wtedy zobaczyłam siebie - zlekceważona, zaniedbana, upokorzona dziewczyna ze wsi przechadzająca się w niezgrabnych buciorach wśród klasycznych sal wykładowych Redmond.

Ania zakończyła swe żale ze śmiechem pomieszanym z westchnieniem. Jej wrażliwa dusza odczuwała boleśnie każdy brak akceptacji, nawet tych, których opiniami niespecjalnie się przejmowała. W tej chwili jej życie pozbawione było smaku, a ambicja zniknęła jak zdmuchnięte światło świecy.

– Ale chyba nie dbasz o to, co powiedziały – zaprotestował Gilbert – bo wiesz dokładnie, jak ograniczone są ich horyzonty, mimo że są wspaniałymi niewiastami. Zrobić cokolwiek, o czym one nigdy nawet nie pomyślały, to powód do prawdziwej klątwy. Jesteś pierwszą dziewczyną z Avonlea, która idzie na uniwersytet, a wiesz, że wszyscy pionierzy uważani są za dotkniętych szaleństwem.

– O, wiem. Ale czuć to co innego niż wiedzieć. Zdrowy rozsądek podpowiada mi wszystko to, co mówisz, ale są chwile, kiedy rozsądek nie ma żadnej władzy nade mną; zwykły nonsens zawładnął moją duszą, naprawdę. Po odejściu pani Elishy z trudem zabrałam się do dalszego pakowania.

– Jesteś po prostu zmęczona, Aniu. Chodź, zapomnij o tym wszystkim i przejdź się ze mną. Pójdźmy przez las, wzdłuż moczarów. Powinno być tam coś, co chciałbym ci pokazać.

– Powinno być? To znaczy, że nie wiesz, czy jest?

– Nie. Wiem tylko, że powinno być, na podstawie czegoś, co widziałem wiosną. Chodź, będziemy udawać, że znowu jesteśmy dwójką dzieci i że idziemy drogą przy wtórze wiatru.

Wesoło rozpoczęli wędrówkę. Ania, pamiętając o nieprzyjemnościach poprzedniego wieczoru, była bardzo miła dla Gilberta, a Gilbert, który szybko wyciągał wnioski z własnych błędów, bardzo dbał, by się Ani nie narazić i nie próbował być nikim więcej jak tylko kolegą ze szkolnej ławy. Pani Linde i Maryla obserwowały ich z kuchennego okna.

– Któregoś dnia będzie z nich świetna para – powiedziała pani Linde z aprobatą.

Maryla lekko się wzdrygnęła. W głębi serca miała nadzieję, że tak się stanie, ale nie chciała słyszeć plotkarskiego tonu pani Linde.

– Ależ to tylko dzieci – ucięła.

Pani Linde roześmiała się z dobrocią.

– Ania ma osiemnaście lat. Ja wyszłam za mąż, kiedy byłam w jej wieku. Nam, starszym, Marylo, zbyt często wydaje się, że dzieci nigdy nie dorastają, ot co! Ania jest młodą kobietą, a Gilbert mężczyzną i wielbi ziemię, po której ona stąpa, każdy to widzi. Jest doskonałym chłopcem i Ania nie mogłaby trafić lepiej. Mam nadzieję, że nie wplącze się w jakiś romantyczny nonsens w Redmond. Nie pochwalam tych koedukacyjnych uczelni i nigdy nie będę, ot co! Poza tym nie wierzę – zakończyła pani Linde stanowczo – żeby studenci takich uniwersytetów zajmowali się czymś innym poza flirtami.

– Ależ troszkę muszą studiować – powiedziała Maryla z uśmiechem.

– Bardzo niewiele – mrugnęła pani Rachela – jednak myślę, że Ania będzie się uczyć. Nigdy nie była skora do flirtów, ale nie docenia Gilberta tak, jak na to zasługuje, ot co. Och, znam dziewczyny. Karolek Sloane również za nią szaleje, ale nigdy nie poradziłabym Ani, żeby poślubiła Sloane’a. Sloane’owie są dobrzy, uczciwi, szanowani, oczywiście. Ale to tylko Sloane’owie.

Maryla przytaknęła. Twierdzenie, że Sloane’owie są jedynie Sloane’ami, nie wyjaśniało zbyt wiele, ale ona zrozumiała. Każda wioska miała taką rodzinę: dobrą, uczciwą, szanowaną, ale byli tylko Sloane’ami i zawsze nimi pozostaną, nawet gdyby mówili językiem nie ludzi, a aniołów.

Gilbert i Ania, szczęśliwie nieświadomi, że ich przyszłość została właśnie zaklepana przez panią Rachelę, przechadzali się wśród cieni Lasu Strachów. Pola uprawne poniżej wygrzewały się w bursztynowym świetle zachodu pod bladym niebem z różu i błękitu. W oddali zagajniki świerkowe błyszczały brązem, a ich długie cienie padały na położone wyżej łąki. Jednak wokół nich, w jodłach, wietrzyk śpiewał pieśń jesieni.

– Teraz las jest naprawdę pełen strachów! Prześladują go stare wspomnienia – powiedziała Ania, zatrzymując się, żeby podnieść gałązkę paproci wybieloną mrozem. – Wydaje mi się, że te małe dziewczynki, którymi byłyśmy z Dianą, nadal się tutaj bawią i siedzą w zmierzchu przy Źródełku Leśnej Boginki, spotykając się z duchami. Czy wiesz, że nie zdarzyło mi się jeszcze przejść tą ścieżką po zachodzie bez odrobiny starego strachu i dreszczów? Był jeden szczególnie przerażający duch, którego stworzyłyśmy: duch zamordowanego dziecka, który podczołgiwał się i stojąc za człowiekiem, dotykał go zimnymi palcami. Przyznaję, że do dziś nie mogę powstrzymać się od wrażenia, że słyszę za sobą jego drobne, ukradkowe kroki, kiedy przychodzę tutaj po zachodzie słońca. Nie boję się białej damy ani człowieka bez głowy, ani szkieletów, ale żałuję, że kiedykolwiek stworzyłam tego ducha dziecka. A jak złe za tę aferę były Maryla i pani Barry! – zakończyła, śmiejąc się na wspomnienie tamtych wydarzeń.

Lasy wokół moczarów pełne były purpurowej poświaty przetykanej babim latem. Za ponurą plantacją sękatych świerków i otoczoną klonami, ciepłą od słońca doliną znaleźli to, czego szukał Gilbert.

– Ach, jest tutaj – powiedział z satysfakcją.

– Jabłonka – i to schowana w takim miejscu! – wykrzyknęła zachwycona Ania.

– Tak, prawdziwa jabłonka rodząca jabłka. Tutaj, w samym środku sosen i brzóz, całe mile od jakiegokolwiek sadu. Byłem tu pewnego dnia zeszłej wiosny. Znalazłem ją obsypaną białymi kwiatami i przyrzekłem sobie, że przyjdę znowu jesienią i zobaczę, czy ma jabłka. Widzisz? Jest cała pokryta owocami. Wyglądają bardzo apetycznie – płowe jak szara reneta, ale z ciemnym rumieńcem. Zazwyczaj dzikie owoce są zielone i mało zachęcające.

– Przypuszczam, że wyrosła lata temu z jakiegoś przypadkowo wyrzuconego nasionka – powiedziała Ania rozmarzonym głosem – i popatrz, w jaki sposób urosła, zakwitła i utrzymała się całkiem sama wśród obcych. Dzielne stworzenie!

– Tutaj jest przewrócone drzewo z poduszką z mchu, proszę, usiądź na nim, Aniu, będzie ci służyć jako leśny tron. Ja wdrapię się po jabłka, wszystkie rosną wysoko, gdyż drzewo musiało wyciągać ramiona do słońca.

Jabłka okazały się przepyszne. Pod płową skórką znajdował się bialutki miąższ z czerwonawymi żyłkami i poza właściwym, jabłkowym, miały jeszcze dziki, cudownie, cierpki smak, jakiego nie posiadało żadne jabłko z sadu.

– Zatrute jabłko w raju nie mogło mieć bardziej wysublimowanego smaku – powiedziała Ania – ale, niestety, nadszedł czas powrotu do domu. Widzisz? Trzy minuty temu był jeszcze delikatny zmierzch, a teraz już świeci księżyc. Jaka szkoda, że nie zauważyliśmy momentu transformacji, ale myślę, że takich chwil nigdy nie można uchwycić.

– Wróćmy do domu drogą wokół bagien i Dróżką Zakochanych. Czy nadal jesteś taka zniechęcona jak w chwili rozpoczęcia spaceru, Aniu?

– Nie, te jabłka były dla mnie jak manna dla zgłodniałej duszy. Czuję, że pokocham Redmond i spędzę tam wspaniałe cztery lata.

– A po czterech latach co dalej?

– Och, będzie następny zakręt na drodze – powiedziała lekko Ania – nie mam zupełnie pojęcia, co może się za nim znajdować, i nie chcę wiedzieć. Myślę, że lepiej jest nie wiedzieć.

Dróżka Zakochanych była pięknym miejscem tej nocy, spokojnym i tajemniczym w bladej poświacie księżyca. Szli nią wolno w przyjemnej, pełnej przyjaźni ciszy, żadne nie odważyło się odezwać. „Gdyby Gilbert był zawsze taki, jak tego wieczoru, jak miłe i proste byłoby wszystko”, pomyślała Ania. Gilbert patrzył na nią, kiedy szła obok w swojej letniej sukience, szczupła i delikatna. Przywoływała mu na myśl biały irys. „Zastanawiam się, czy kiedykolwiek będę dla niej coś znaczył”, pomyślał niepewnie.

ROZDZIAŁ TRZECIPowitania i pożegnania

Karolek Sloane, Gilbert Blythe i Ania Shirley opuścili Avonlea następnego dnia - w poniedziałek rano. Ania łudziła się, że będzie to ładny dzień. Diana miała ją zawieźć na stację i nie mogły się tego doczekać. Oczekiwały ostatniej wspólnej jazdy jako prawdziwej przyjemności, ale kiedy Ania kładła się w niedzielę wieczorem, wschodni wiatr jęczał wokół Zielonego Wzgórza złowieszczą przepowiednię, która spełniła się rankiem. Obudziły ją krople deszczu bębniące o okno i zaciemniające jeszcze powierzchnię stawu poszerzającymi się pierścieniami mroku. Wzgórza i morze były schowane we mgle, a cały świat wydawał się ciemny i ponury. Ania ubrała się o mdłym, szarym świcie. Musiały wyjechać wcześniej, aby zdążyć na pociąg, który miał zawieźć przyszłych studentów na statek. Walczyła ze łzami, które wbrew woli wzbierały w jej oczach. Opuszczała dom, tak dla niej drogi, a coś jej mówiło, że opuszcza go na zawsze, może z wyjątkiem wakacyjnego odpoczynku. Nic nigdy nie będzie już takie samo, przyjazd na wakacje nie będzie tym samym co mieszkanie tutaj. Och, jak drogi i ukochany był tu każdy przedmiot! Ta mała, biała facjatka z marzeniami z dzieciństwa, stara Królowa Śniegu przy oknie, strumień w oddali, Źródełko Leśnej Boginki, Las Strachów i Dróżka Zakochanych! Tysiąc i jeden ukochanych miejsc, gdzie gromadziły się wspomnienia z dawnych lat. Czy gdzieś indziej będzie kiedykolwiek naprawdę szczęśliwa?

Śniadanie tego ranka na Zielonym Wzgórzu było posiłkiem smętnym. Dawidek - prawdopodobnie pierwszy raz w swoim życiu - nie mógł jeść i bezwstydnie łkał nad owsianką. Wydawało się zresztą, że nikt nie ma apetytu, z wyjątkiem Dory, która wcinała swoją porcję ze spokojem. Dora - jak nieśmiertelna i rozsądna Charlotta8, która „kroiła chleb i smarowała go masłem”, kiedy ciało jej ukochanego niesiono na noszach - była jednym z tych szczęśliwych stworzeń, których spokój rzadko cokolwiek zakłócało. Chociaż miała tylko osiem lat, potrzeba było wiele, by wytrącić ją z równowagi. Oczywiście było jej przykro, że Ania wyjeżdża, ale to nie powód, dla którego miałaby nie docenić jajka sadzonego na grzance, a widząc, że Dawidek nie daje rady zjeść swojego, zjadła również jego porcję.

Dokładnie o czasie pojawiła się z koniem i powozem Diana z zaróżowioną twarzą częściowo ukrytą pod płaszczem przeciwdeszczowym. Nadszedł czas pożegnań. Pani Linde wyszła ze swego pokoju, aby uściskać Anię serdecznie i ostrzec, by dbała o zdrowie, cokolwiek będzie robiła. Maryla, szorstka, z suchymi oczami, cmoknęła Anię w policzek i wyraziła nadzieję, że napisze do nich, jak tylko się urządzi. Przypadkowy obserwator mógłby pomyśleć, że wyjazd Ani znaczył dla niej niewiele, gdyby nie przyjrzał się dobrze jej oczom. Dora pocałowała sztywno Anię i wycisnęła dwie zwyczajowe małe łzy, ale Dawidek, który płakał rzewnie na schodku ganku kuchennego od chwili, gdy wstali od stołu, odmówił pożegnania się. Kiedy zobaczył, że Ania idzie w jego kierunku, skoczył na równe nogi, wbiegł na schody kuchenne i schował się w szafie na ubrania, z której nie chciał wyjść. Jego stłumione łkanie było ostatnim dźwiękiem, który słyszała Ania, kiedy opuszczała Zielone Wzgórze.

Przez całą drogę do Bystrej Rzeki, dokąd musiały dojechać, ponieważ boczna linia kolejowa z Carmody nie miała połączenia z pociągiem, dowożącym pasażerów na statek, padał rzęsisty deszcz. Karolek i Gilbert byli już na peronie kolejowym, gdy dotarły na miejsce, a dyżurny ruchu już gwizdał. Ania miała dosyć czasu, żeby wyjąć bilet, zdać bagaż i pośpiesznie pożegnać się z Dianą. Bardzo żałowała, że nie może wracać teraz z nią do Avonlea. Czuła, że umrze z tęsknoty za domem. I, och, gdyby tylko ten ponury deszcz przestał padać, jak gdyby cały świat płakał nad latem, które zniknęło, i nad radością, która odpłynęła! Nawet obecność Gilberta specjalnie jej nie pocieszała, ponieważ był tam również Karolek Sloane, a jego „sloanowatość” można było tolerować jedynie w czasie ładnej pogody, zaś była zupełnie nie do zniesienia w deszczu.

Kiedy statek odpływał z nadbrzeża Charlottetown, obraz zmienił się na lepsze. Deszcz ustał, a słońce rozbłyskiwało złotem między przerwami w chmurach, rozświetlając blaskiem o odcieniu miedzi morze szarości i mgłę, która otaczała czerwone brzegi Wyspy, błyskami złota przepowiadającymi-mimo wszystko-ładny dzień.

Karol Sloane wkrótce dostał takiego ataku choroby morskiej, że musiał zejść pod pokład, na którym Ania i Gilbert zostali sami.

– Bardzo cieszę się, że wszyscy Sloane’owie cierpią na chorobę morską, kiedy tylko znajdą się na wodzie – pomyślała Ania bez cienia litości – jestem pewna, że nie mogłabym patrzeć po raz ostatni na Wyspę z Karolkiem stojącym obok i udającym, że on również spogląda sentymentalnie na oddalający się skrawek ziemi.

– No cóż, odpływamy – zauważył Gilbert bez cienia uczucia.

– Tak, czuję się jak Childe Harold Byrona – mimo że to, na co patrzę, nie jest moim ojczystym brzegiem – powiedziała Ania, mrugając z całej siły szarymi oczami – jest nim Nowa Szkocja. Ale brzeg ojczysty to ziemia, którą kocha się najbardziej, a dla mnie jest to właśnie stara Wyspa Księcia Edwarda. Nie mogę uwierzyć w to, że nie zawsze tutaj mieszkałam. Te jedenaście lat, które upłynęło, zanim przybyłam tutaj, wydaje się po prostu złym snem. Minęło siedem lat, od kiedy przypłynęłam statkiem tego wieczora, gdy pani Spencer przywiozła mnie z Hopetown. Widzę siebie w tej okropnej, tweedowej sukience i wypłowiałym kapelusiku marynarskim, jak biegam po pokładach i sprawdzam wszystkie kabiny z zachwytem i ciekawością. To był bardzo przyjemny wieczór, a jak te czerwone brzegi Wyspy lśniły w zachodzącym słońcu! Teraz znowu przepływam cieśninę, och, Gilbercie, miałam nadzieję, że polubię Redmond i Kingsport, ale teraz jestem pewna, że tak się nie stanie.

– A gdzie twoja filozofia, Aniu?

– Została zatopiona przez wielką, pogrążającą falę samotności i tęsknoty za domem. Przez trzy lata marzyłam, żeby pojechać do Redmond, a teraz, kiedy jadę, bardzo żałuję, że to się dzieje, ale to nieważne! Będę znowu radosna i odzyskam filozofię, jak się dobrze wypłaczę. Muszę się dobrze wypłakać - to zawór bezpieczeństwa - ale muszę poczekać, aż padnę na łóżko wieczorem w internacie, jakkolwiek może on wyglądać, a potem znów będę zwykłą Anią. Zastanawiam się, czy Dawidek wyszedł już z szafy.

Kiedy pociąg dotarł do Kingsport, była już dziewiąta wieczorem. Znaleźli się w niebieskobiałym oślepiającym świetle zatłoczonej stacji kolejowej. Ania poczuła się oszołomiona, ale chwilę później pochwyciła ją Priscilla Grant, która przyjechała do Kingsport już w sobotę.

– Ach, tu jesteś, kochana! Przypuszczam, że odczuwasz podobne zmęczenie jak ja, kiedy przyjechałam w sobotę wieczorem.

– Zmęczenie? Priscillo, nic nie mów! Jestem zmęczona, zielona i prowincjonalna, i mam tylko dziesięć lat! Proszę, zmiłuj się i zabierz swoją biedną, załamaną koleżankę gdzieś, gdzie zdoła usłyszeć swoje myśli.

– Zabiorę cię prosto do naszego internatu. Taksówka czeka na nas przed dworcem.

– Och, jakie to szczęście, że jesteś tutaj, Prissy. Gdyby cię nie było, myślę, że po prostu siadłabym na walizce i zapłakała gorzkimi łzami. Jakie to pocieszenie zobaczyć jedną znajomą twarz w tym rozwrzeszczanym tłumie.

– O, czy to Gilbert Blythe stoi tam, Aniu? Ależ on urósł w ciągu tego roku! Był uczniem, kiedy uczyłam w Carmody. A to oczywiście jest Karolek Sloane. Nic nie zmienił się, nie mógłby. Wygląda tak, jak wyglądał, kiedy się urodził, i będzie tak samo wyglądał, w wieku osiemdziesięciu lat. Tędy, kochanie. Będziemy w domu za dwadzieścia minut.

– W domu! – zajęczała Ania – Masz na myśli to, że będziemy w jakimś okropnym internacie i jeszcze okropniejszej sypialni, której okna wychodzą na obskurne podwórko?

– Nie jest to okropny internat, Aniu. O, to nasza taksówka, wskakuj, kierowca zajmie się twoim kufrem. A internat to naprawdę miłe miejsce - jak na internat – co przyznasz jutro rano, kiedy się dobrze wyśpisz, a sen zamieni twój smutek w różowość świtu. To duży staroświecki dom z szarego kamienia na ulicy St John w odległości krótkiego spaceru od Redmond. Kiedyś była to modna dzielnica bogatych ludzi, ale od kiedy moda opuściła ulicę St John, jej domy marzą jedynie o starych, dobrych czasach. Są tak duże, że mieszkający w nich ludzie, muszą wynajmować pokoje, by je zapełnić. Jest to w każdym razie rzekomy powód, którym raczą nas właścicielki. A są świetne, Aniu, mam na myśli te nasze właścicielki.

– A ile ich jest?

– Dwie. Panna Hanna Harley i panna Ada Harley. Są bliźniaczkami, mają około pięćdziesięciu lat.

– Nie mogę uwolnić się od bliźniaków, jak mi się wydaje – uśmiechnęła się Ania. – Gdziekolwiek idę, życie co rusz podstawia mi kolejne pary.

– Och, teraz już nie są bliźniaczkami. Od kiedy skończyły trzydzieści lat, przestały być bliźniaczkami. Panna Hanna postarzała się niegustownie, a Ada jeszcze mniej elegancko zachowała nadal trzydzieści lat. Nie wiem, czy Hanna potrafi się uśmiechać. Jak dotąd nie przyłapałam jej na tym, za to Ada śmieje się cały czas i to jest chyba jeszcze gorsze. Jednak są miłe, uprzejme i przyjmują co roku dwóch lokatorów jedynie z tej przyczyny, że oszczędna dusza panny Hanny nie może znieść marnowania przestrzeni, gdyż absolutnie nie są do tego zmuszone - jak panna Ada zapewniła mnie już siedem razy od sobotniej nocy. Jeśli chodzi o nasze pokoje, przyznaję, że są to sypialnie internatu, a okno mojej rzeczywiście wychodzi na podwórko. Twój pokój jest od frontu, z oknem na stary cmentarz St John, który jest po drugiej stronie ulicy.

– To brzmi przerażająco – wstrząsnęła się Ania. – Myślę, że wolałabym mieć widok na podwórko.

– Och nie, nie wolałabyś. Poczekaj, aż zobaczysz. Stary cmentarz St John to urocze miejsce. Był cmentarzem tak długo, że już nim nie jest i zamienił się w jedną z atrakcji Kingsport. Wczoraj przespacerowałam się po nim dla samej przyjemności chodzenia. Znajduje się tam duża kamienna ściana z rzędem olbrzymich drzew wokół, alejami przebiegającymi przez jego środek i starymi płytami nagrobnymi z najdziwniejszymi i najbardziej urokliwymi napisami. Będziesz chodzić tam, żeby je studiować, Aniu. Zapewniam cię, że będziesz! Oczywiście nie chowają tam już nikogo, ale parę lat temu ktoś ufundował piękny pomnik, żeby upamiętnić żołnierzy Nowej Szkocji, którzy polegli w wojnie krymskiej. Znajduje się dokładnie naprzeciw bramy wejściowej i daje dużo pola do popisu dla wyobraźni – jak zwykłaś kiedyś mówić. O, oto wreszcie twój kuferek, a i chłopcy idą się pożegnać. Czy naprawdę muszę uścisnąć rękę Karolkowi Sloane’owi? Aniu, jego ręce są zawsze jak zdechła ryba. Musimy czasami zaprosić ich do nas. Pani Hanna powiedziała mi poważnie, że możemy przyjmować odwiedziny młodych mężczyzn dwa razy w tygodniu, pod warunkiem, że wyjdą o rozsądnej godzinie, a pani Ada poprosiła, oczywiście z uśmiechem, aby nie siadali na jej pięknych poduszkach. Oczywiście obiecałam, że będę o to dbać, ale Bóg jeden wie, gdzie mogliby usiąść, chyba na podłodze, bo przecież jej poduszki są wszędzie! Pani Ada umieściła nawet jedną koronkową na pianinie.

Ania śmiała się na cały głos. Wesoła szczebiotanina Priscilli odniosła zamierzony efekt. Ania znalazła w niej pocieszenie. Tęsknota za domem na razie zniknęła i nie wróciła, nawet kiedy wreszcie znalazła się sama w swojej małej sypialni. Podeszła do okna i wyjrzała. Ulica była przyciemniona i spokojna. W oddali księżyc świecił nad drzewami na starym cmentarzu St John, dokładnie za wielką, ciemną głową lwa na pomniku. Ania zastanawiała się, czy to ledwie tego ranka opuściła Zielone Wzgórze. Miała wrażenie, że upłynęło mnóstwo czasu, co spowodowane było zmianą miejsca i podróżą.

– Ten sam księżyc świeci teraz nad Zielonym Wzgórzem – zamyśliła się. – Ale nie będę myśleć o tym, bo to jest właśnie tęsknota za domem. Dzisiaj nie będę płakać, odłożę to na odpowiedniejszą porę. Teraz po prostu spokojnie i rozsądnie pójdę do łóżka i zasnę.

ROZDZIAŁ CZWARTY„Kwietniowa panienka”9

Kingsport jest starym, urokliwym miastem pochodzącym z początku czasów kolonialnych i otulonym starodawną atmosferą jak stara dama strojem stylizowanym na ten z czasów jej młodości. Wprawdzie tu i ówdzie pojawia się jakiś znak nowoczesności, jednak w gruncie rzeczy pozostaje niewiele zmienione. Pełne jest ciekawych reliktów i otoczone romantyzmem legend. Kiedyś była to po prostu stanica graniczna na dzikich rubieżach i w tamtych czasach jedynie Indianie urozmaicali monotonne życie osadników. Później rozrosło się i stało się kością niezgody między Brytyjczykami i Francuzami, okupowane najpierw przez jednych, później przez drugich, a z każdej okupacji wychodziło z nową blizną zostawioną przez walczące nacje.

W mieście jest park, a w nim wieża martello, na której swoje autografy składają turyści, częściowo wyburzony stary francuski fort na wzgórzach nad miastem i wiele antycznych dział na publicznych skwerach. Są również inne historyczne miejsca, które mogą być eksplorowane przez ciekawskich, ale żadne z nich nie jest bardziej urokliwe niż stary cmentarz St John w samym środku miasta, w pobliżu stojących po obu stronach ulicy spokojnych, zabytkowych domów i ruchliwych, tętniących życiem nowoczesnych dróg z drugiej strony. Każdy mieszkaniec Kingsport czuje na starym cmentarzu St John dreszcz dumy posiadacza, ponieważ jeżeli mamy do czynienia z kimś ambitnym, to na pewno jest tam pochowany któryś z jego przodków, a starodawna, przekrzywiona tablica znajduje się nad jego głową lub rozciąga się ochronnie nad grobem; na niej zapisane zostały wszystkie główne fakty jego losu. W większości te stare groby nie są specjalnie zdobione. W przeważającej liczbie zbudowano je z brązowego lub szarego miejscowego kamienia z grubsza ociosanego; tylko w kilku przypadkach podjęto próby ozdabiania go. Niektóre przystrojone są czaszką i skrzyżowanymi kośćmi, a ta makabryczna dekoracja bywa połączona z głową cherubina. Wiele zrujnowanych leży na ziemi. W większość ząb czasu wgryzł się tak bardzo, że część napisów została całkowicie zatarta, a inne dają się odszyfrować z wielką trudnością. Cmentarz jest udekorowany jakby pergolami, ponieważ przecinają go rzędy wiązów i wierzb, a w ich cieniu śpiący, których spokój niezakłócony jest hałasem ruchu ulicznego, zapewne leżą bez marzeń, na zawsze ukojeni świstem wiatru i szmerem zwieszających się nad nimi liści.

Następnego popołudnia Ania udała się na pierwszą wycieczkę na stary cmentarz St John. Przed południem poszła z Priscillą do Redmond, gdzie zarejestrowały się jako studentki, po czym tego dnia nie miały nic więcej do roboty. Dziewczyny chętnie uciekły, ponieważ nie było wcale miło w tłumie nieznajomych, z których większość miała raczej obcy i zagubiony wygląd, jakby nie byli pewni, gdzie jest ich miejsce.

Pierwszoklasistki stały w oddzielnych grupach składających się z dwóch, trzech osób, patrząc spode łba na siebie, zaś chłopcy z pierwszego roku, z natury bardziej śmiali, stłoczyli się na obszernych schodach wejściowych, gdzie całą mocą młodych płuc wykrzykiwali wesoło, jakby wyzywając swoich tradycyjnych wrogów, sophomores10, z których kilku przechadzało się, patrząc z pogardą na stojące na schodach „młode koty”. Nigdzie nie było widać Gilberta i Karolka.