Anne z Redmondu - Lucy Maud Montgomery - ebook + książka

Anne z Redmondu ebook

Lucy Maud Montgomery

4,7

Opis

Anne ma już osiemnaście lat. W końcu zostawia za sobą rodzinny dom – a w nim Marillę oraz bliźnięta, Dorę i Davy’ego – i wyjeżdża na studia w Redmond College. Wpada w wir nauki, ale ciężka praca nie uchroni jej przed niespodziewanymi zdarzeniami. W ciągu tych czterech lat czeka ją mnóstwo wyzwań: nowe przyjaźnie, spośród których najważniejsza okazuje się ta z Philippą, walka o stypendium Thornburna czy pierwsze próby literackie. Pojawia się także nowy adorator, Roy Gardner, mężczyzna jak żywcem wyjęty z romantycznych marzeń Anne. Znajomość coraz bardziej się zacieśnia, lecz gdzie w tym wszystkim jest miejsce dla Gilberta… ?

Droga do dorosłości potrafi być niezwykłą próbą sił. Na szczęście Anne nie opuszcza poczucie humoru, bogata wyobraźnia i odrobina szaleństwa.

 

Powieść ukazała się w 1915 roku – na ten tom czytelnicy musieli czekać aż pięć lat od wydania Anne z Avonlea, spotkała się jednak ze znakomitym przyjęciem.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 337

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,7 (41 ocen)
31
9
1
0
0
Sortuj według:
Seoul

Nie oderwiesz się od lektury

Część której tak bardzo wyczekiwalam! W koncu następuje rozwój relacji Anne i Gilberta ❤️
00
Rochowiak

Nie oderwiesz się od lektury

uwielbiam Anne i Gilberta ❤️ cudowna historia
00
Rainbowdash55

Nie oderwiesz się od lektury

to jest chyba najlepszy tom.
00
patrycjalitva92

Nie oderwiesz się od lektury

wspaniała:)
00
kar17

Nie oderwiesz się od lektury

nowe tłumaczenie jest świetne, bardzo przyjemnie się czyta
00

Popularność




Ty­tuł ory­gi­na­łu Anne of the Is­land
Prze­kład ANNA BA­ŃKOW­SKA
Wy­daw­ca i re­dak­tor pro­wa­dzący ADAM PLUSZ­KA
Re­dak­cja EWA PENK­SYK-KLUCZ­KOW­SKA
Ko­rek­ta MA­ŁGO­RZA­TA KU­ŚNIERZ, ALI­CJA SZY­MA­ŃSKA
Pro­jekt okład­ki i stron ty­tu­ło­wych ANNA POL
Opra­co­wa­nie ty­po­gra­ficz­ne, ła­ma­nie | ma­nu­fak­tu-ar.com
Ko­or­dy­na­tor­ka pro­duk­cji PAU­LI­NA KU­REK
Anne of the Is­land Co­py­ri­ght © for the trans­la­tion by Anna Ba­ńkow­ska Co­py­ri­ght © by Wy­daw­nic­two Mar­gi­ne­sy, War­sza­wa 2022
War­sza­wa 2022 Wy­da­nie pierw­sze
ISBN 978-83-67262-78-1
Wy­daw­nic­two Mar­gi­ne­sy Sp. z o.o. ul. Mie­ro­sław­skie­go 11A 01-527 War­sza­wa tel. 48 22 663 02 75 e-mail:re­dak­[email protected]­gi­ne­sy.com.pl
www.mar­gi­ne­sy.com.pl
Kon­wer­sja: eLi­te­ra s.c.

OD TŁU­MACZ­KI

Od­da­jąc Czy­tel­nicz­kom i Czy­tel­ni­kom nowy prze­kład jed­nej z naj­bar­dziej kul­to­wych po­wie­ści, je­stem świa­do­ma „zdra­dy”, jaką po­pe­łniam wo­bec po­ko­le­nia ich ma­tek i babć, do któ­rych zresz­tą za­li­czam też sie­bie. Tak jest – ra­zem z wy­daw­cą tego prze­kła­du do­szli­śmy do wnio­sku, że w cza­sach, kie­dy wszyst­kie dzie­ci wie­dzą, że żad­na mała Ka­na­dyj­ka nie ma na imię Ania, Jan­ka czy Zo­sia, a ża­den Ka­na­dyj­czyk nie na­zy­wa się Ma­te­usz czy Ka­ro­lek, pora przy­wró­cić wszyst­kim, a nie tyl­ko wy­bra­nym (jak w po­przed­nich prze­kła­dach), bo­ha­ter­kom i bo­ha­te­rom ksi­ążki ich praw­dzi­we imio­na, a na­zwom geo­gra­ficz­nym na Wy­spie Ksi­ęcia Edwar­da ich ory­gi­nal­ne brzmie­nie. Po­dej­mu­jąc się ko­lej­ne­go prze­kła­du (a w ostat­nich la­tach na­stąpił praw­dzi­wy ich wy­syp), po­sta­wi­łam so­bie za cel jak najści­ślej­szą wier­no­ść wo­bec ory­gi­na­łu i re­aliów ży­cia w wio­sce Avon­lea, któ­ra cho­ciaż fik­cyj­na, mia­ła jed­nak swój pier­wo­wzór w praw­dzi­wej miej­sco­wo­ści Ca­ven­dish. Od­wie­dzi­łam w tym celu licz­ne fora in­ter­ne­to­we, blo­gi i gru­py na Fa­ce­bo­oku po­świ­ęco­ne ży­ciu i twór­czo­ści Lucy Maud Mont­go­me­ry. Na­le­żą do nich oso­by, któ­re do­sko­na­le zna­ją wszyst­kie jej ksi­ążki, ta­kże w ory­gi­na­le, i od lat ana­li­zu­ją nowe prze­kła­dy, bez­li­to­śnie de­ma­sku­jąc na­wet naj­mniej­sze błędy i nie­ści­sło­ści. Ka­żda z nich ma swo­je zda­nie np. w kwe­stii tłu­ma­cze­nia na­zwy „Gre­en Ga­bles”, od po­nad stu lat zna­nej w Pol­sce jako „Zie­lo­ne Wzgó­rze”. W sie­ci do­stęp­ne są zdjęcia z PEI (Prin­ce Edward Is­land), mo­żna więc so­bie obej­rzeć, jak wy­gląda­ją słyn­ne „czer­wo­ne dro­gi” czy od­two­rzo­na na pod­sta­wie opi­su w ksi­ążce i ko­re­spon­den­cji au­tor­ki far­ma ro­dze­ństwa Cu­th­ber­tów. Dzi­ęki uprzej­mo­ści Ber­na­de­ty Mi­lew­ski (au­tor­ki blo­ga „Kie­ru­nek Avon­lea”), któ­ra nie tyl­ko jest ko­pal­nią wie­dzy o LMM, zna na wy­ryw­ki wszyst­kie jej ksi­ążki i tro­pi w nich z do­cie­kli­wo­ścią de­tek­ty­wa wszyst­kie au­to­bio­gra­ficz­ne wąt­ki, ale też co roku spędza na PEI kil­ka mie­si­ęcy i wspó­łpra­cu­je z L.M. Mont­go­me­ry Li­te­ra­ry So­cie­ty, mo­głam do­wie­dzieć się, jak istot­ne dla au­tor­ki było sło­wo ga­ble. Nie­ste­ty na­zwa ta już od pierw­sze­go prze­kła­du spra­wia­ła tłu­ma­czom kło­po­ty. Ga­ble po an­giel­sku to ter­min ar­chi­tek­to­nicz­ny, ozna­cza­jący trój­kąt­ną ścia­nę łączącą dwie części dwu­spa­do­we­go da­chu. Po pol­sku jest to „szczyt”. Sło­wo „szczyt” Po­la­kom ko­ja­rzy się głów­nie z gó­ra­mi, dla­te­go już pierw­sza tłu­macz­ka zmie­ni­ła ory­gi­nal­ne Gre­en Ga­bles na Zie­lo­ne Wzgó­rze, któ­re tak wry­ło się w pa­mi­ęć ko­lej­nych po­ko­leń, że aż do tej pory nikt nie od­wa­żył się zba­dać, czy tam w ogó­le było ja­kieś wzgó­rze. Otóż nie było. Ale to nie dla­te­go zde­cy­do­wa­łam się zro­bić wy­łom w tra­dy­cji i na­zwać ten dom „Zie­lo­ne Szczy­ty”. Zro­bi­łam to po tym, jak przyj­rza­łam się na zdjęciach tam­tej­sze­mu bu­dow­nic­twu, w któ­rym wła­śnie te szczy­ty naj­bar­dziej rzu­ca­ją się w oczy. Nie­któ­re domy mają ich po kil­ka; ist­nie­je ksi­ążka Na­tha­nie­la Haw­thor­ne’a pt. The Ho­use of Se­ven Ga­bles [Dom o sied­miu szczy­tach], któ­rą L.M. Mont­go­me­ry czy­ta­ła w roku 1903. Swój po­kój w domu dziad­ków Mac­ne­il­lów, u któ­rych się wy­cho­wa­ła, na­zy­wa­ła za­wsze ga­ble room i tę na­zwę (east ga­ble room) nada­ła też po­ko­iko­wi Anne. Było to dla niej nie­mal ma­gicz­ne miej­sce, o któ­rym na­pi­sa­ła na­wet kil­ka wier­szy. W swo­ich pa­mi­ęt­ni­kach wspo­mi­na, jak bar­dzo cier­pia­ła, kie­dy zimą mu­sia­ła sy­piać na dole, bo jej ga­ble room nie był ogrze­wa­ny. W tłu­ma­cze­niach na­zy­wa­no go zwy­kle „po­ko­ikiem na fa­cjat­ce” albo „na pod­da­szu”. Tym­cza­sem był to po pro­stu po­kój na pierw­szym pi­ętrze, z oknem we wschod­niej (trój­kąt­nej) ścia­nie szczy­to­wej. Obok nie­go znaj­do­wał się po­kój go­ścin­ny, a po prze­ciw­nej stro­nie – po­kój Ma­ril­li oraz west ga­ble room (po­kój w za­chod­nim szczy­cie). Wy­żej był już tyl­ko strych.

Ak­cja trze­cie­go tomu cy­klu roz­gry­wa się głów­nie w mie­ście King­sport (pod tą na­zwą kry­je się Ha­li­fax, w któ­rym LMM przez ja­kiś czas miesz­ka­ła). Tam Anne roz­po­czy­na stu­dia na Red­mond Col­le­ge, dla­te­go też pier­wot­ny ty­tuł ksi­ążki to Anne of Red­mond. Zo­stał on zmie­nio­ny przez pierw­sze­go wy­daw­cę na Anne of the Is­land i od­tąd no­szą go wszyst­kie an­glo­języcz­ne wy­da­nia. W Pol­sce ten tom uka­zy­wał się do­tąd pod ty­tu­łem Ania na uni­wer­sy­te­cie i Ania z Wy­spy. W tym wy­da­niu ra­zem z wy­daw­nic­twem Mar­gi­ne­sy zde­cy­do­wa­li­śmy się przy­wró­cić ty­tuł, któ­ry nada­ła tej po­wie­ści au­tor­ka.

Za ab­so­lut­nie bez­cen­ne in­for­ma­cje ser­decz­nie dzi­ęku­ję Ber­na­de­cie Mi­lew­ski, au­tor­ce blo­ga „Kie­ru­nek Avon­lea”, oraz panu Sta­ni­sła­wo­wi Ku­cha­rzy­ko­wi, któ­ry od lat bada flo­rę PEI, a swo­ją wie­dzą dzie­li się na blo­gu „Ziel­nik L.M. Mont­go­me­ry”. To on jest au­to­rem nie­ofi­cjal­nej (bo ofi­cjal­nej brak) pol­skiej na­zwy may­flo­wers (ma­jow­ni­ki), ulu­bio­nych kwia­tów LMM [Epi­ga­ea re­pens], o któ­rych au­tor­ka często wspo­mi­na w swo­ich ksi­ążkach.

Anna Ba­ńkow­ska

Dla wszyst­kich dziew­cząt na ca­łym świe­cie,któ­re chcia­ły wi­ęcej opo­wie­ści o Anne.

Wszyst­ko, co pó­źno od­kry­te, a cen­ne,

Po­szu­ku­jącym będzie ob­ja­wio­ne,

Gdyż Mi­ło­ść z Lo­sem idzie ręka w rękę,

I ze skar­bów ukry­tych od­su­wa za­sło­nę.

Al­fred Ten­ny­son, The Sle­eping Be­au­ty[Śpi­ąca Kró­lew­na][1]

ROZ­DZIAŁ I

Cień zmia­ny

– „MI­NĘŁY ŻNI­WA, SKO­ŃCZY­ŁA SIĘ let­nia pora”[2] – za­cy­to­wa­ła Bi­blię Anne Shir­ley, spo­gląda­jąc w roz­ma­rze­niu na ścier­ni­ska. Wcze­śniej ra­zem z Dia­ną Bar­ry zry­wa­ły ja­błka w sa­dzie Zie­lo­nych Szczy­tów, a te­raz od­po­czy­wa­ły po pra­cy w sło­necz­nym za­kąt­ku, gdzie puch z ostów uno­sił się na skrzy­dłach wia­tru ra­zem z za­pa­chem pa­pro­ci z Na­wie­dzo­ne­go Lasu.

Wszyst­ko w oko­licz­nym kra­jo­bra­zie zwia­sto­wa­ło już na­de­jście je­sie­ni. Z da­le­ka do­bie­gał głu­chy ryk mo­rza, pola sta­ły na­gie i wy­su­szo­ne, po­prze­ci­na­ne gdzie­nie­gdzie ła­na­mi zło­ci­stej na­wło­ci. Do­li­nę stru­my­ka po­ni­żej far­my buj­nie po­ra­sta­ły fio­le­to­we mar­cin­ki, da­lej roz­ci­ągał się in­ten­syw­ny błękit Je­zio­ra Lśni­ących Wód. Nie był to ten ka­pry­śny sza­fir wio­sen­ny ani bla­dy let­ni la­zur, ale czy­sty, zde­cy­do­wa­ny błękit, któ­ry wy­zbył się już wszyst­kich burz­li­wych emo­cji i osi­ągnął nie­zmąco­ny sza­lo­ny­mi ma­rze­nia­mi spo­kój.

– Mie­li­śmy na­praw­dę pi­ęk­ne lato – stwier­dzi­ła Dia­na z uśmie­chem, ob­ra­ca­jąc nowy pie­rścio­nek na pal­cu le­wej ręki. – A we­se­le pan­ny La­ven­dar wręcz je uko­ro­no­wa­ło. Pew­nie obo­je z pa­nem Irvin­giem wci­ąż prze­by­wa­ją nad Pa­cy­fi­kiem.

– Mam wra­że­nie, że wy­bra­li się w pod­róż do­oko­ła świa­ta – wes­tchnęła Anne. – Aż trud­no uwie­rzyć, że za­le­d­wie ty­dzień temu się po­bra­li. Wszyst­ko się zmie­ni­ło. Nie ma pan­ny La­ven­dar ani pani Al­lan... A jaka opu­sto­sza­ła wy­da­je się ple­ba­nia z tymi za­mkni­ęty­mi okien­ni­ca­mi! Prze­cho­dzi­łam tam­tędy wczo­raj wie­czo­rem i wy­da­ło mi się, że wszy­scy tam po­umie­ra­li.

– Już ni­g­dy nie będzie­my mie­li ta­kie­go mi­łe­go pa­sto­ra jak pan Al­lan – mar­twi­ła się Dia­na. – Pew­nie w ci­ągu tej zimy prze­wi­nie się tu cały ko­ro­wód kan­dy­da­tów, a w co dru­gą nie­dzie­lę nie usły­szy­my żad­ne­go ka­za­nia. Kie­dy jesz­cze ty i Gil­bert wy­je­dzie­cie, mo­żna będzie umrzeć z nu­dów.

– Za to Fred zo­sta­je na miej­scu – za­uwa­ży­ła chy­trze Anne.

– Kie­dy wpro­wa­dza się do was pani Lyn­de? – spy­ta­ła Dia­na, pusz­cza­jąc tę uwa­gę mimo uszu.

– Ju­tro. Cie­szę się z tego, cho­ciaż... to jesz­cze jed­na zmia­na. Wczo­raj ra­zem z Ma­ril­lą uprząt­nęły­śmy wszyst­ko z po­ko­ju go­ścin­ne­go. Wiesz, jaką przy­kro­ść mi to spra­wi­ło? Oczy­wi­ście to głu­pie, ale czu­łam się tak, jak­bym po­pe­łnia­ła ja­kieś świ­ęto­kradz­two, bo ten po­kój za­wsze był dla mnie czy­mś w ro­dza­ju sank­tu­arium. Jako dziec­ko uwa­ża­łam go za naj­wspa­nial­szy apar­ta­ment na świe­cie. Pa­mi­ętasz to moje daw­ne ma­rze­nie, żeby spędzić noc w po­ko­ju go­ścin­nym, ale nie w tym w Zie­lo­nych Szczy­tach, o nie, ni­g­dy! To by­ło­by zbyt strasz­ne, z pew­no­ścią nie zmru­ży­ła­bym oka z prze­jęcia. Za­wsze kie­dy Ma­ril­la po­sy­ła­ła mnie tam po coś, prze­my­ka­łam się na pal­cach, wstrzy­mu­jąc od­dech, i po wy­jściu czu­łam ulgę. Po obu stro­nach lu­stra wi­sia­ły tam por­tre­ty Geo­r­ge’a Whi­te­fiel­da[3] i diu­ka Wel­ling­to­na[4]. Obaj tak sro­go na mnie pa­trzy­li spod zmarsz­czo­nych brwi, kie­dy od­wa­ży­łam się zer­k­nąć, a to było je­dy­ne lu­stro w domu, któ­re nie znie­kszta­łca­ło mi twa­rzy. Dzi­wi­łam się tyl­ko, jak Ma­ril­la śmie tam sprzątać. Te­raz ten po­kój jest nie tyl­ko wy­sprząta­ny do czy­sta, ale też ogo­ło­co­ny ze wszyst­kie­go, a Whi­te­field i diuk zo­sta­li re­le­go­wa­ni do gór­ne­go holu. „Tak prze­mi­ja chwa­ła tego świa­ta”[5] – pod­su­mo­wa­ła Anne ze śmie­chem, w któ­rym kry­ła się też nuta żalu. De­sa­kra­li­za­cja na­szych świ­ątyń za­wsze jest przy­kra, na­wet je­śli z nich wy­ra­sta­my.

– Będę taka sa­mot­na po wa­szym wy­je­ździe – jęk­nęła Dia­na po raz set­ny. – Po­my­śleć, że to już w przy­szłym ty­go­dniu!

– Ale jesz­cze je­ste­śmy ra­zem – po­cie­sza­ła ją Anne. – Nie mo­że­my do­pu­ścić, aby na­stęp­ny ty­dzień po­zba­wił nas ra­do­ści bie­żące­go. Sama cierp­nę na myśl o wy­je­ździe, ten dom i ja je­ste­śmy ta­ki­mi do­bry­mi przy­ja­ció­łmi! A sko­ro mowa o sa­mot­no­ści, to ra­czej ja mam po­wo­dy do na­rze­ka­nia. Ty zo­sta­jesz tu­taj z na­szy­mi wszyst­ki­mi zna­jo­my­mi, no i z Fre­dem! A ja będę sama wśród ob­cych, bez ani jed­nej zna­jo­mej du­szy.

– Z wy­jąt­kiem Gil­ber­ta Bly­the’a... I Char­lie­go Slo­ane’a – za­uwa­ży­ła Dia­na, na­śla­du­jąc jej po­przed­ni ton.

– O, Char­lie Slo­ane to do­pie­ro po­cie­cha! – Po tej sar­ka­stycz­nej uwa­dze obie się ro­ze­śmia­ły. Dia­na świet­nie wie­dzia­ła, co Anne my­śli o Char­liem Slo­anie, ale mimo wie­lu po­uf­nych roz­mów nie mia­ła po­jęcia, co jej przy­ja­ció­łka sądzi o Gil­ber­cie. Praw­dę rze­kłszy, sama Anne ta­kże tego nie wie­dzia­ła.

– Chłop­cy, być może, będą miesz­kać na dru­gim ko­ńcu mia­sta – ci­ągnęła Anne. – Cie­szę się, że jadę do Red­mon­du, i my­ślę, że spodo­ba mi się tam po ja­ki­mś cza­sie. Ale na pew­no nie przez pierw­szych kil­ka ty­go­dni. Nie będę mo­gła po­cie­szać się na­wet pi­ąt­ko­wy­mi wi­zy­ta­mi w domu, tak jak w Qu­een’s, a Boże Na­ro­dze­nie wy­da­je się od­le­głe o ty­si­ąc lat.

– Wszyst­ko się zmie­nia... albo zmie­rza ku zmia­nie – rze­kła ze smut­kiem Dia­na. – Mam wra­że­nie, Anne, że nic już nie będzie ta­kie samo.

– Chy­ba do­szły­śmy do roz­staj­nych dróg. Mu­sia­ło tak się stać. Czy my­ślisz, że do­ro­sło­ść jest czy­mś tak przy­jem­nym, jak to so­bie wy­obra­ża­ły­śmy w dzie­ci­ństwie?

– Trud­no po­wie­dzieć. Może podNIE­KTÓ­RY­MI względa­mi... – Dia­na znów ba­wi­ła się pie­rścion­kiem z tym ty­po­wym uśmiesz­kiem, któ­ry za­wsze spra­wiał, że Anne czu­ła się od­su­ni­ęta na bok i nie­wta­jem­ni­czo­na. – Ale ci­ągle kry­je się w tym wie­le za­gad­ko­wych spraw. Nie­kie­dy ta do­ro­sło­ść po pro­stu mnie prze­ra­ża i wte­dy od­da­ła­bym wszyst­ko, żeby znów być małą dziew­czyn­ką.

– My­ślę, że z cza­sem do niej przy­wyk­nie­my – po­cie­szy­ła ją Anne. – Ra­czej nie cze­ka nas zbyt wie­le nie­spo­dzia­nek, cho­ciaż mimo wszyst­ko nie­spo­dzian­ki do­da­ją ży­ciu pew­nej pi­kan­te­rii. Mamy po osiem­na­ście lat, Dia­no, a za dwa lata sko­ńczy­my dwa­dzie­ścia. Kie­dy mia­łam dzie­si­ęć, uwa­ża­łam dwa­dzie­ścia lat za nie­mal po­de­szły wiek. Ani się obej­rzysz, jak zo­sta­niesz sta­tecz­ną ma­tro­ną w śred­nim wie­ku, a ja – miłą nie­za­mężną ciot­ką Anne, któ­ra przy­je­żdża na wa­ka­cje. Bo chy­ba mogę li­czyć na ja­kiś kącik w wa­szym domu, ko­cha­nie? Nie, nie po­kój go­ścin­ny! Sta­rym pan­nom ta­kie luk­su­sy nie przy­słu­gu­ją. Będę po­kor­na jak sam Uriah Heep[6] i za­do­wo­lę się w zu­pe­łno­ści ja­ki­mś strysz­kiem albo ko­mór­ką.

– Co ty wy­ga­du­jesz, Anne! – Dia­na par­sk­nęła śmie­chem. – Wyj­dziesz za ja­kie­goś przy­stoj­ne­go bo­ga­cza i ża­den po­kój go­ścin­ny w ca­łym Avon­lea nie będzie dla cie­bie do­sta­tecz­nym luk­su­sem. Będziesz za­dzie­rać nosa wo­bec wszyst­kich daw­nych zna­jo­mych.

– A to by­ła­by szko­da. Mam ład­ny nos i nie chcia­ła­bym psuć go za­dzie­ra­niem, bo oprócz nie­go nie bar­dzo mam czym się szczy­cić. Dla­te­go na­wet je­śli wyj­dę za kró­la Wy­spy Lu­do­żer­ców, przy­rze­kam, że wo­bec cie­bie ni­g­dy nie będę za­dzie­rać nosa.

Po ko­lej­nym wy­bu­chu śmie­chu dziew­częta się roz­sta­ły. Dia­na wró­ci­ła na Sa­do­wą Gór­kę, a Anne po­ma­sze­ro­wa­ła na pocz­tę. Cze­kał tam na nią list i kie­dy Gil­bert Bly­the na­tknął się na nią na mo­ście nad Je­zio­rem Lśni­ących Wód, aż ki­pia­ła z eks­cy­ta­cji prze­czy­ta­ną no­wi­ną.

– Pri­scil­la Grant też je­dzie do Red­mon­du! – wy­krzyk­nęła. – Co za fan­ta­stycz­na wia­do­mo­ść! Mia­łam już wcze­śniej taką na­dzie­ję, tyl­ko Pri­scil­la bała się, że jej oj­ciec się nie zgo­dzi. Ale jed­nak się zgo­dził, więc za­miesz­ka­my w jed­nym pen­sjo­na­cie. Z taką ko­le­żan­ką u boku mogę sta­wić czo­ło ka­żdej nie­przy­ja­ciel­skiej ar­mii i wszyst­kim pro­fe­so­rom Red­mond Col­le­ge.

– My­ślę, że po­lu­bi­my King­sport – rze­kł Gil­bert. – Sły­sza­łem, że to przy­jem­ne, sta­re mia­sto i ma naj­pi­ęk­niej­szy na­tu­ral­ny park na świe­cie z ab­so­lut­nie cu­dow­ny­mi wi­do­ka­mi.

– Nie wiem, czy gdzie­kol­wiek może być ład­niej niż u nas. – Anne ro­zej­rza­ła się wo­kół czu­le jak oso­ba, dla któ­rej ro­dzin­ne stro­ny za­wsze będą naj­pi­ęk­niej­sze, bez względu na wszyst­kie inne cuda tego świa­ta.

Sta­li opar­ci o po­ręcz mo­stu, chło­nąc głębię cza­row­ne­go zmierz­chu, aku­rat w tym sa­mym miej­scu, gdzie Anne wspi­ęła się kie­dyś na przęsło z to­nącej łód­ki, któ­rą jako nie­szczęsna Ela­ine pły­nęła do Ca­me­lot. Nie­bo na za­cho­dzie przy­bra­ło pi­ęk­ny ko­lor pur­pu­ry, ale wscho­dził już ksi­ężyc, a toń sta­wu w jego bla­sku wy­da­wa­ła się jed­nym wiel­kim sre­brzy­stym snem.

– Je­steś dziś wy­jąt­ko­wo mil­cząca – po­wie­dział w ko­ńcu Gil­bert.

– Boję się ode­zwać czy po­ru­szyć, aby wraz ze zmąco­ną ci­szą nie znik­nęło całe to pi­ęk­no – szep­nęła Anne.

Gil­bert na­gle przy­krył jej de­li­kat­ną dłoń swo­ją. Jego orze­cho­we oczy po­ciem­nia­ły, a usta roz­chy­li­ły się, żeby wy­po­wie­dzieć coś, co wi­ąza­ło się z jego głębo­ko skry­wa­nym ma­rze­niem i na­dzie­ją. Ale Anne szyb­ko wy­rwa­ła mu rękę i się od­wró­ci­ła. Czar zmierz­chu dla niej pry­snął.

– Mu­szę już iść – wy­krzyk­nęła z nie­co prze­sad­ną bez­tro­ską. – Ma­ril­lę bo­la­ła dziś gło­wa, a je­stem pew­na, że bli­źnia­ki szy­ku­ją ja­kąś strasz­ną pso­tę. Nie po­win­nam tak dłu­go tu ster­czeć.

Przez całą dro­gę do Zie­lo­nych Szczy­tów usta jej się nie za­my­ka­ły. Bied­ny Gil­bert le­d­wie od cza­su do cza­su mógł wtrącić ja­kieś słów­ko. Po­czu­ła ulgę, kie­dy wresz­cie się roz­sta­li. Już od tam­tej ulot­nej chwi­li w Chat­ce Ech czu­ła w głębi ser­ca dziw­ny nie­po­kój zwi­ąza­ny z Gil­ber­tem. Coś ob­ce­go wkra­dło się do ide­al­nej sta­rej przy­ja­źni i wy­ra­źnie ją za­kłó­ca­ło.

„Ni­g­dy do­tąd nie cie­szył mnie wi­dok od­da­la­jące­go się Gil­ber­ta – my­śla­ła z ża­lem za­pra­wio­nym nie­chęcią, idąc krętą dro­gą do domu. – Je­śli da­lej będzie się upie­rał przy tych głup­stwach, to znisz­czy na­szą przy­ja­źń. Nie wol­no do tego do­pu­ścić. Nie po­zwo­lę na to. Och, cze­mu chłop­cy nie mogą po pro­stu być roz­sąd­ni!”

Mia­ła nie­ja­sne wra­że­nie, że ra­czej nie po­win­na wci­ąż czuć na dło­ni mi­łe­go cie­pła jego ręki tak samo wy­ra­źnie jak w tam­tym ułam­ku se­kun­dy. Nie ma to nic wspól­ne­go ze zdro­wym roz­sąd­kiem, po­dob­nie jak fakt, że ów do­tyk by­naj­mniej nie spra­wił jej przy­kro­ści... w prze­ci­wie­ństwie do do­ty­ku Char­lie­go Slo­ane’a, gdy trzy dni temu sie­dzia­ła obok nie­go na wie­czor­ku ta­necz­nym w Whi­te Sands. Aż wzdry­gnęła się z obrzy­dze­nia na samo wspo­mnie­nie. Wszyst­kie te pro­ble­my zwi­ąza­ne z za­uro­czo­ny­mi wiel­bi­cie­la­mi ulot­ni­ły się jed­nak w chwi­li, gdy zna­la­zła się w swoj­skiej, po­zba­wio­nej sen­ty­men­tów at­mos­fe­rze Zie­lo­nych Szczy­tów, gdzie w kuch­ni na ka­na­pie za­le­wał się łza­mi ośmio­let­ni chłop­czyk.

– Co się sta­ło, Davy? – spy­ta­ła, bio­rąc go w ra­mio­na. – Gdzie jest Ma­ril­la? I Dora?

– Ma­ril­la ukła­da Dorę do snu... a ja be­czę, bo Dora spa­dła na gło­wę ze scho­dów do piw­ni­cy i zdra­pa­ła so­bie całą skó­rę z nosa, i...

– Och, no do­brze, nie płacz tak strasz­nie, ko­cha­nie. Ro­zu­miem, że ci jej żal, ale płacz w ni­czym nie po­mo­że. Do we­se­la się za­goi, zo­ba­czysz...

– Ale ja nie o to be­czę, że ona spa­dła – wy­ja­śnił Davy, uci­na­jąc z go­ry­czą te gło­szo­ne w naj­lep­szej wie­rze mo­ra­ły. – Tyl­ko mi żal, że mnie przy tym nie było. Jak za­wsze, kie­dy w tym domu dzie­je się coś śmiesz­ne­go...

– Och, Davy! – Anne zdu­si­ła w za­rod­ku wy­buch śmie­chu. – Czy to na­praw­dę za­baw­ne, że bied­na Dora tak strasz­nie się po­tłu­kła?

– Nie tak zno­wu strasz­nie – od­pa­rł z upo­rem ma­lec. – Ja­sne, gdy­by się za­bi­ła, to pew­nie bym ża­ło­wał. Ale Ke­itho­wie są nie do zdar­cia, po­dob­nie jak Ble­wet­to­wie. W ze­szłą śro­dę Herb Ble­wett spa­dł ze strysz­ku z sia­nem, stur­lał się ze zsy­pu na rze­pę i wy­lądo­wał w bok­sie na­praw­dę dzi­kie­go, na­ro­wi­ste­go ko­nia. I mimo to żyje, ma tyl­ko trzy ko­ści zła­ma­ne. Pani Lyn­de mówi, że nie­któ­rym to i ta­sak do mi­ęsa nie da rady. Anne, ona się tu ju­tro wpro­wa­dzi?

– Tak, Davy, i mam na­dzie­ję, że za­wsze będziesz dla niej miły i grzecz­ny.

– Będę. Ale czy ona te­raz będzie ukła­da­ła mnie do snu?

– Mo­żli­we. A cze­mu py­tasz?

– Bo ja przy niej nie będę mó­wił pa­cie­rza.

– Dla­cze­go?

– Bo nie­zbyt miło jest roz­ma­wiać z Bo­giem przy ob­cych. Dora może się mo­dlić przy pani Lyn­de, je­śli ze­chce, ale ja nie chcę. Za­cze­kam, aż so­bie pój­dzie, i wte­dy zmó­wię pa­cierz. To chy­ba w po­rząd­ku, Anne?

– Tak, je­śli tyl­ko nie za­po­mnisz.

– Och, w ży­ciu nie za­pom­nę. My­ślę, że mó­wie­nie pa­cie­rza jest bar­dzo faj­ne. Ale nie­zbyt faj­nie jest od­ma­wiać go sa­me­mu, a nie przy to­bie. Nie ro­zu­miem, dla­cze­go ty ko­niecz­nie mu­sisz je­chać i nas zo­sta­wiać.

– Wiesz, ja nie do ko­ńca chcę. Ale po pro­stu mu­szę.

– Je­śli nie chcesz, to wca­le nie mu­sisz. Je­steś do­ro­sła. Jak ja do­ro­snę, to nie zro­bię nic, cze­go bym nie chciał.

– Zo­ba­czysz, że przez całe ży­cie będziesz ro­bił to, cze­go nie chcesz.

– Nie będę! Za­łóż się! Te­raz mu­szę ro­bić ta­kie rze­czy, bo ina­czej wy­sła­ły­by­ście mnie do łó­żka. Ale jak do­ro­snę, to już nie będzie­cie mo­gły i nikt już do ni­cze­go mnie nie zmu­si. Ale będzie kla­wo! A wiesz? Mama Mil­ty’ego Bo­ul­te­ra mówi, że ty idziesz na stu­dia, żeby zła­pać chło­pa. To praw­da, Anne? Chcę to wie­dzieć.

Na se­kun­dę Anne ogar­nął gniew. Za­raz jed­nak ro­ze­śmia­ła się, bo uświa­do­mi­ła so­bie, że or­dy­nar­ne my­śli i sło­wa pani Bo­ul­ter nie są w sta­nie jej do­tknąć.

– Nie, Davy, to nie­praw­da. Jadę, żeby stu­dio­wać i uczyć się ró­żnych rze­czy.

– Ja­kich rze­czy?

– O tym, czym but jest, łódź i lak,

Ka­pu­sta i kró­lo­wie[7]

– za­cy­to­wa­ła Anne zna­ny wiersz.

– Ale je­śli na­praw­dę chcesz zła­pać chło­pa, to jak się do tego za­bie­rzesz? Chcę to wie­dzieć – upie­rał się Davy, naj­wy­ra­źniej za­fa­scy­no­wa­ny te­ma­tem.

– Za­py­taj pa­nią Bo­ul­ter – od­pa­rła bez­my­śl­nie Anne. – Na pew­no wie to le­piej ode mnie.

– Do­bra, za­py­tam, jak ją zo­ba­czę.

– Davy! – krzyk­nęła Anne, uświa­do­miw­szy so­bie błąd. – Ani się waż!

– Prze­cież sama mi ka­za­łaś! – za­pro­te­sto­wał ma­lec.

– Pora, że­byś już po­sze­dł spać – oznaj­mi­ła Anne sta­now­czo, ra­tu­jąc się z opre­sji.

Kie­dy Davy za­snął, po­wędro­wa­ła na Wy­spę Wik­to­rii i usia­dła tam sa­mot­nie w ksi­ęży­co­wym bla­sku. Woda wo­kół niej chi­cho­ta­ła ci­cho w du­ecie z wia­trem i stru­my­kiem. Anne za­wsze ko­cha­ła ten stru­mień. Wie­le ma­rzeń snu­ła w daw­nych cza­sach nad jego spie­nio­nym nur­tem. Te­raz też za­po­mnia­ła o usy­cha­jących z mi­ło­ści mło­dzie­ńcach, o zło­śli­wych plot­kach sąsia­dek, o wszyst­kich swych dziew­częcych pro­ble­mach, bo w wy­obra­źni że­glo­wa­ła już przez le­gen­dar­ne mo­rza, któ­re omy­wa­ją błysz­czące brze­gi „tam – gdzie kra­je ba­śni za­tra­co­ne”, gdzie leżą za­gu­bio­na Atlan­ty­da i Eli­zjum, a gwiaz­da wie­czor­na wio­dła ją do Kra­iny Ser­decz­nych Pra­gnień[8]. W tych ma­rze­niach czu­ła się bo­gat­sza niż w rze­czy­wi­sto­ści, gdyż rze­czy wi­dzial­ne prze­mi­ja­ją, ale te nie­wi­dzial­ne trwa­ją wiecz­nie.

ROZ­DZIAŁ II

Uro­ki je­sie­ni

KO­LEJ­NY TY­DZIEŃ PRZE­TO­CZYŁ się szyb­ko, wy­pe­łnio­ny po brze­gi nie­zli­czo­ny­mi – jak Anne je na­zy­wa­ła – „spra­wa­mi na ostat­nią chwi­lę”. Na­le­ża­ło zło­żyć i przy­jąć po­że­gnal­ne wi­zy­ty, za­rów­no te przy­jem­ne, jak i zu­pe­łnie nie­przy­jem­ne, w za­le­żno­ści od tego, czy że­gna­ne oso­by sym­pa­ty­zo­wa­ły z ma­rze­nia­mi Anne, czy też uwa­ża­ły, że przy­szła stu­dent­ka za­nad­to się „pu­szy” i trze­ba ko­niecz­nie utrzeć jej nosa.

Koło En­tu­zja­stów Avon­lea wy­da­ło na cze­ść Anne i Gil­ber­ta po­że­gnal­ne przy­jęcie. Od­by­ło się ono u Jo­sie Pye, częścio­wo dla­te­go, że dom jej ro­dzi­ców był duży i wy­god­ny, a częścio­wo po­nie­waż oba­wia­no się, że ina­czej żad­na z sióstr Pye nie ze­chce wzi­ąć udzia­łu w im­pre­zie. Spo­tka­nie upły­nęło w bar­dzo mi­łej at­mos­fe­rze, gdyż go­spo­dy­nie w ła­ska­wo­ści swo­jej nie po­wie­dzia­ły ani nie zro­bi­ły nic, co mo­gło­by za­kłó­cić uro­czy­sto­ść. Jo­sie – wbrew wła­snym zwy­cza­jom – za­cho­wy­wa­ła się nie­zwy­kle przy­ja­źnie, do tego stop­nia, że ra­czy­ła skom­ple­men­to­wać wy­gląd Anne:

– Bar­dzo ci do twa­rzy w tej no­wej suk­ni. Na­praw­dę, wy­da­jesz się w niej PRA­WIE ład­na.

– Jak miło, że mi to mó­wisz – od­pa­rła Anne z szel­mow­skim bły­skiem w oku. Jej po­czu­cie hu­mo­ru wci­ąż się roz­wi­ja­ło, a uwa­gi, któ­re w wie­ku czter­na­stu lat mo­gły­by ją do­tknąć, te­raz tyl­ko ba­wi­ły. Jo­sie po­dej­rze­wa­ła, że za tym bły­skiem kry­je się kpi­na, ale swo­imi przy­pusz­cze­nia­mi po­dzie­li­ła się tyl­ko z Ger­tie, szep­cząc jej na scho­dach, że Anne Shir­ley na pew­no z po­wo­du tych stu­diów będzie strasz­nie za­dzie­rać nosa.

Sta­wi­ła się „sta­ra pacz­ka”, ki­pi­ąca wprost we­so­ło­ścią, en­tu­zja­zmem i bez­tro­ską: Dia­na Bar­ry, cała za­ró­żo­wio­na i w do­łecz­kach, oraz jej wier­ny cień – Fred, schlud­na i zwy­czaj­na Jane An­drews, Ruby Gil­lis, pi­ęk­niej­sza niż kie­dy­kol­wiek w bluz­ce z kre­mo­we­go je­dwa­biu i kwia­tem czer­wo­nej pe­lar­go­nii w ja­snych wło­sach, Gil­bert Bly­the i Char­lie Slo­ane, obaj trzy­ma­jący się jak naj­bli­żej nie­uchwyt­nej Anne, Car­rie Slo­ane, bla­da i smut­na, gdyż jak mó­wio­no, jej oj­ciec za­bro­nił Oli­ve­ro­wi Kim­bal­lo­wi zbli­żać się do tego domu, Mo­ody Spur­ge­on Mac­Pher­son, któ­re­go uszy zda­wa­ły się od­sta­wać bar­dziej niż zwy­kle od okrągłej twa­rzy, oraz Bil­ly An­drews, któ­ry cały wie­czór prze­sie­dział w kącie, chi­cho­cząc, kie­dy ktoś się do nie­go ode­zwał, i z sze­ro­kim uśmie­chem na sze­ro­kim pie­go­wa­tym ob­li­czu śle­dził ka­żdy ruch Anne Shir­ley.

Anne wie­dzia­ła wcze­śniej o przy­jęciu, ale nie zda­wa­ła so­bie spra­wy, że ona i Gil­bert, jako za­ło­ży­cie­le Koła, zo­sta­ną uho­no­ro­wa­ni spe­cjal­ną prze­mo­wą i do­wo­da­mi uzna­nia w po­sta­ci tomu dra­ma­tów Szek­spi­ra dla niej i wiecz­ne­go pió­ra dla Gil­ber­ta. Tak ją ucie­szy­ły i wzru­szy­ły te wszyst­kie miłe sło­wa wy­gło­szo­ne przez Mo­ody’ego Spur­ge­ona uro­czy­stym, ka­zno­dziej­skim to­nem, że jej duże sza­re oczy wez­bra­ły łza­mi. W swo­ją dzia­łal­no­ść na rzecz KEA wło­ży­ła wie­le tru­du, to­też zro­bi­ło się jej cie­pło na ser­cu, że jego człon­ko­wie szcze­rze do­ce­ni­li ten wy­si­łek. Wszy­scy byli tacy mili, przy­ja­źni i we­se­li – oka­za­ło się, że na­wet sio­stry Pye mają swo­je za­le­ty – że w tym mo­men­cie Anne ko­cha­ła cały świat.

Ba­wi­ła się fan­ta­stycz­nie przez cały wie­czór i tyl­ko ko­niec to wszyst­ko ze­psuł. Gil­bert zno­wu po­pe­łnił błąd, wy­po­wia­da­jąc kil­ka czu­łych słów przy ko­la­cji, któ­rą je­dli na we­ran­dzie w bla­sku ksi­ęży­ca. Anne, żeby go uka­rać, oka­zy­wa­ła spe­cjal­ne względy Char­lie­mu Slo­ane’owi i na­wet po­zwo­li­ła, aby ją od­pro­wa­dził do domu. Szyb­ko się prze­ko­na­ła, że ze­msta bywa naj­okrut­niej­sza dla tego, kto się nią kie­ru­je. Gil­bert od­sze­dł z Ruby Gil­lis i w rze­śkim je­sien­nym po­wie­trzu dłu­go nio­sły się ich gło­sy i śmiech. Mu­sie­li się świet­nie ba­wić, pod­czas gdy ona wy­nu­dzi­ła się set­nie w to­wa­rzy­stwie Char­lie­go, któ­ry bez prze­rwy ga­dał, cho­ciaż ani razu, na­wet nie­chcący, nie po­wie­dział nic god­ne­go uwa­gi. Anne od cza­su do cza­su od­po­wia­da­ła mu la­ko­nicz­nym „tak” albo „nie”, my­śląc cały czas o tym, jak pi­ęk­nie tego dnia wy­gląda­ła Ruby, jak wy­łu­pia­ste wy­da­ją się przy ksi­ęży­cu oczy Char­lie­go – jesz­cze bar­dziej niż za dnia – i jaki ten świat jest mimo wszyst­ko nie­spra­wie­dli­wy.

– Je­stem po pro­stu wy­ko­ńczo­na, i tyle – po­wie­dzia­ła do sie­bie, kie­dy z ulgą zna­la­zła się we wła­snym po­ko­ju. I szcze­rze w to wie­rzy­ła. A jed­nak jej ser­ce pod­sko­czy­ło ra­do­śnie na ja­kie­jś nie­wi­dzial­nej spręży­nie, kie­dy na­stęp­ne­go dnia zo­ba­czy­ła Gil­ber­ta, któ­ry zde­cy­do­wa­nym kro­kiem zmie­rzał przez Na­wie­dzo­ny Las i mo­stek na stru­mie­niu do Zie­lo­nych Szczy­tów. Więc jed­nak nie spędzi tego ostat­nie­go wie­czo­ru z Ruby!

– Wy­glądasz na zmęczo­ną, Anne – za­uwa­żył.

– Bo je­stem zmęczo­na, a co gor­sza, zde­gu­sto­wa­na. Zmęczo­na, bo cały dzień pa­ko­wa­łam ku­fer i szy­łam. A zde­gu­sto­wa­na, bo od­wie­dzi­ło mnie dziś sze­ść sąsia­dek, niby żeby się po­że­gnać, ale ka­żdej z nich uda­ło się po­wie­dzieć coś, od cze­go ży­cie stra­ci­ło dla mnie ko­lor i sta­ło się sza­re i smut­ne jak li­sto­pa­do­wy ra­nek.

– Zło­śli­we sta­re jędze! – sko­men­to­wał to ele­ganc­ko Gil­bert.

– Ależ nie! I na tym po­le­ga pro­blem. Gdy­by na­praw­dę były zło­śli­wy­mi jędza­mi, to­bym się tak nie przej­mo­wa­ła. Ale to są w grun­cie rze­czy życz­li­we, przy­ja­zne du­sze, któ­re szcze­rze się o mnie trosz­czą. Lu­bię je, dla­te­go przy­wi­ązu­ję taką wagę do ich słów. Dały mi do zro­zu­mie­nia, ja­kim sza­le­ństwem jest po­my­sł stu­dio­wa­nia na Red­mon­dzie i ubie­ga­nia się o ty­tuł li­cen­cjac­ki, a ja od tej chwi­li za­sta­na­wiam się, czy aby nie mia­ły ra­cji. Pani Pe­te­ro­wa Slo­ane z wes­tchnie­niem wy­ra­zi­ła na­dzie­ję, że star­czy mi na to sił, więc od razu wy­two­rzył mi się ob­raz bez­rad­nej ofia­ry ner­wo­we­go wy­czer­pa­nia pod ko­niec trze­cie­go roku; pani Ebe­no­wa Wri­ght na­po­mknęła, że czte­ry lata ta­kich stu­diów mu­szą strasz­nie dużo kosz­to­wać, a ja po­czu­łam się nie­wy­ba­czal­nie roz­rzut­na, sko­ro trwo­nię pie­ni­ądze Ma­ril­li i wła­sne na taki ka­prys. Pani Ja­spe­ro­wa Bell wy­ra­zi­ła prze­ko­na­nie, że Red­mond mnie nie ze­psu­je, jak in­nych, to­też za­raz za­częłam po­dej­rze­wać, że po tych czte­rech la­tach sta­nę się nie­zno­śnie za­ro­zu­mia­łą oso­bą, któ­ra uzna, że po­zja­da­ła wszyst­kie ro­zu­my, i na wszyst­kich w Avon­lea będzie pa­trzeć z góry. Żona Eli­shy Wri­gh­ta po­dzie­li­ła się swy­mi oba­wa­mi, że pew­nie będę się fa­tal­nie czu­ła wśród tych wszyst­kich ele­gan­tek z King­sport, więc uj­rza­łam sie­bie jako pro­win­cjo­nal­ną gęś, wiej­skie po­py­cha­dło, prze­my­ka­jące się chy­łkiem przez sale wy­kła­do­we w sta­rych nie­zgrab­nych bu­cio­rach.

Na ko­niec tych ża­lów wy­buch­nęła gorz­kim śmie­chem. Przy swej wra­żli­wej na­tu­rze bo­le­śnie od­czu­wa­ła ka­żdą kry­tycz­ną uwa­gę, na­wet ze stro­ny osób, któ­rych opi­nię nie­spe­cjal­nie sza­no­wa­ła. Na ja­kiś czas ży­cie stra­ci­ło dla niej smak, a am­bi­cje zga­sły ni­czym zdmuch­ni­ęta świe­ca.

– Prze­cież w grun­cie rze­czy nie dbasz o to ich ga­da­nie – prze­ko­ny­wał ją Gil­bert. – Ro­zu­miesz, że mają ogra­ni­czo­ne po­glądy na ży­cie, cho­ciaż to wspa­nia­łe oso­by. Dla nich wszyst­ko, co nowe, jest god­ne po­tępie­nia. Ty je­steś pierw­szą dziew­czy­ną z Avon­lea, któ­ra wy­bie­ra się na stu­dia, a wiesz, że wszy­scy pio­nie­rzy są uwa­ża­ni za sza­le­ńców.

– No wiem. Ale „czuć” tak bar­dzo się ró­żni od „wie­dzieć”. Zdro­wy roz­sądek pod­po­wia­da mi wszyst­ko to, co mó­wisz, ale cza­sem zu­pe­łnie tra­ci nade mną wła­dzę i wte­dy do­cho­dzą do gło­su zwy­kłe non­sen­sy. Se­rio, po wy­jściu pani Wri­ght ode­chcia­ło mi się ko­ńczyć pa­ko­wa­nie.

– Po pro­stu je­steś zmęczo­na. Za­po­mnij o tym wszyst­kim i cho­dź ze mną na spa­cer. Zrób­my so­bie małą wy­ciecz­kę przez las, aż za mo­kra­dła. Po­win­no tam być coś, co chcę ci po­ka­zać.

– Po­win­no? To zna­czy, że nie je­steś tego pe­wien?

– Nie. Do­my­ślam się, że jest, po tym, co wi­dzia­łem na wio­snę. Będzie­my uda­wać, że znów je­ste­śmy dzie­ćmi i idzie­my, gdzie nas wiatr po­nie­sie.

W we­so­łym na­stro­ju ra­źno ru­szy­li w dro­gę. Anne, ma­jąc w pa­mi­ęci nie­przy­jem­ny in­cy­dent z po­przed­nie­go wie­czo­ru, sta­ra­ła się być szcze­gól­nie miła, a Gil­bert, wie­dzio­ny do­świad­cze­niem, pil­no­wał się, żeby nie na­ru­szyć gra­ni­cy ko­le­że­ństwa. Z ku­chen­ne­go okna ob­ser­wo­wa­ły ich pani Lyn­de z Ma­ril­lą.

– Kie­dyś będzie z nich do­bra­na para – za­uwa­ży­ła z apro­ba­tą pani Ra­chel.

Ma­ril­la drgnęła. W głębi ser­ca też mia­ła taką na­dzie­ję, ale nie spodo­ba­ło się jej, że skłon­na do plo­tek przy­ja­ció­łka mówi o tym z ta­kim prze­ko­na­niem.

– Są jesz­cze dzie­ćmi – uci­ęła te­mat.

Pani Lyn­de ro­ze­śmia­ła się do­bro­dusz­nie.

– Anne ma osiem­na­ście lat. Ja w tym wie­ku by­łam już mężat­ką. My, sta­ru­chy, wci­ąż wo­li­my nie do­strze­gać, że dzie­ci do­ra­sta­ją, ot co! Anne jest już mło­dą ko­bie­tą, a Gil­bert za­ko­cha­nym w niej po uszy mężczy­zną i ka­żdy, kto ma oczy, to wi­dzi. Anne nie mo­gła le­piej tra­fić. Mam na­dzie­ję, że na stu­diach nie na­bi­je so­bie gło­wy żad­ny­mi ro­man­tycz­ny­mi mrzon­ka­mi. Ni­g­dy nie po­pie­ra­łam tych ko­edu­ka­cyj­nych uczel­ni, ot co! – za­ko­ńczy­ła z prze­ko­na­niem. – Nie wie­rzę, żeby stu­den­ci zaj­mo­wa­li się tam czy­mś poza flir­tem.

– No, chy­ba mu­szą tro­chę się uczyć – za­pro­te­sto­wa­ła z uśmie­chem Ma­ril­la.

– Może tro­chę – prych­nęła pani Ra­chel. – Cho­ciaż przy­pusz­czam, że Anne na­praw­dę po­wa­żnie my­śli o stu­diach. Ni­g­dy nie in­te­re­so­wa­ły ją flir­ty. Szko­da tyl­ko, że nie zda­je so­bie w pe­łni spra­wy, jak war­to­ścio­wym chłop­cem jest Gil­bert. Och, znam ja te dziew­czy­ny! Char­lie Slo­ane też świa­ta poza nią nie wi­dzi, a jed­nak nie ra­dzi­ła­bym jej wy­cho­dzić za Slo­ane’a. To oczy­wi­ście po­czci­wi, po­rząd­ni, god­ni sza­cun­ku lu­dzie, ale za­wsze będą tyl­ko Slo­ane’ami.

Ma­ril­la po­ki­wa­ła gło­wą. Dla ko­goś ob­ce­go stwier­dze­nie, że Slo­ane’owie są Slo­ane’ami, nie za­brzmia­ło­by od­kryw­czo, ale ona ro­zu­mia­ła, o co tu cho­dzi. W ka­żdej wio­sce jest taka ro­dzi­na: wszy­scy są tam po­czci­wi, po­rząd­ni, przy­zwo­ici, ale cho­ćby mó­wi­li „języ­ka­mi lu­dzi i anio­łów”[9], na za­wsze po­zo­sta­ną SLO­ANE’AMI.

Tym­cza­sem Gil­bert i Anne, szczęśli­wie nie­świa­do­mi, że pani Ra­chel wła­śnie za­de­cy­do­wa­ła o ich przy­szło­ści, wędro­wa­li wśród cie­ni Na­wie­dzo­ne­go Lasu. W od­da­li ogo­ło­co­ne ze zbóż wzgó­rza pła­wi­ły się w bursz­ty­no­wym świe­tle za­cho­du pod bla­dym nie­bem, na któ­rym róż mie­szał się z błęki­tem. Da­le­kie za­gaj­ni­ki świer­ko­we po­ły­ski­wa­ły brązem, rzu­ca­jąc dłu­gie cie­nie na po­ło­żo­ne wy­żej łąki, ale w le­sie, wśród jo­dło­wych ki­tek wie­trzyk śpie­wał już na nutę je­sie­ni.

– Ten las na­praw­dę jest te­raz na­wie­dzo­ny... przez sta­re wspo­mnie­nia – stwier­dzi­ła Anne, przy­sta­jąc, żeby zgar­nąć tro­chę zbie­la­łej od szro­nu ży­wi­cy. – Wy­da­je mi się, że te małe dziew­czyn­ki, Dia­na i ja, na­dal się tu jesz­cze ba­wią i prze­sia­du­ją o zmierz­chu przy Fon­tan­nie Driad, wy­pa­tru­jąc du­chów. Wiesz, że wci­ąż jesz­cze czu­ję ciar­ki, kie­dy prze­cho­dzę tędy po zmro­ku? Jest zwłasz­cza ta­kie jed­no wid­mo, któ­re stwo­rzy­ły­śmy: duch za­mor­do­wa­ne­go dziec­ka, któ­ry skra­da się z tyłu i na­gle do­ty­ka ci kar­ku lo­do­wa­ty­mi pal­ca­mi. Nic na to nie po­ra­dzę, ale cza­sem na­dal po za­pad­ni­ęciu ciem­no­ści sły­szę ten szyb­ki tu­pot drob­nych stó­pek, brrr. Nie boję się ani Bia­łej Damy, ani mężczy­zny bez gło­wy, ani szkie­le­tów, ale na­praw­dę wo­la­ła­bym ni­g­dy nie wy­my­ślać tego dzie­ci­ęce­go du­cha. Ależ do­sta­ło nam się wte­dy od Ma­ril­li i pani Bar­ry! – za­ko­ńczy­ła ze śmie­chem.

Lasy wo­kół mo­kra­dła ota­cza­ła fio­le­to­wa mgie­łka prze­ty­ka­na nit­ka­mi pa­jęczyn. Za po­sęp­ną plan­ta­cją sęka­tych świer­ków i oto­czo­ną klo­na­mi, wy­grza­ną w sło­ńcu do­li­ną od­na­le­źli to „coś”, cze­go szu­kał Gil­bert.

– O, jest! – wy­krzyk­nął z sa­tys­fak­cją.

– Ja­błoń! Na ta­kim od­lu­dziu! – za­chwy­ci­ła się Anne.

– Tak, praw­dzi­wa owo­cu­jąca ja­błoń w sa­mym środ­ku lasu, wśród bu­ków i świer­ków, o milę od naj­bli­ższe­go sadu. By­łem tu wio­sną i za­sta­łem ją całą w kwia­tach, więc po­sta­no­wi­łem wró­cić je­sie­nią i spraw­dzić, czy wy­da­ła owo­ce. Zo­bacz, aż się od nich ugi­na! Wy­gląda­ją na smacz­ne, ta­kie rdza­we z czer­wo­nym ru­mie­ńcem. Owo­ce dzi­kich sa­mo­sie­jek są zwy­kle zie­lo­ne i kwa­śne.

– Dziel­ne drzew­ko! Mu­sia­ło wy­ro­snąć z ja­kie­goś przy­nie­sio­ne­go przez wiatr na­sion­ka i utrzy­ma­ło się przy ży­ciu, ta­kie sa­mot­ne wśród ob­cych...

– Tu jest zwa­lo­ny pień z po­dusz­ką mchu. Usi­ądź, Anne, po­słu­ży ci za le­śny tron, a ja ze­rwę tro­chę tych ja­błek. Nie­ste­ty wszyst­kie ro­sną wy­so­ko, bo drze­wo mu­sia­ło się wy­ci­ągać do świa­tła.

Ja­błka oka­za­ły się wy­śmie­ni­te. Pod bru­nat­ną skór­ką krył się bia­ły mi­ąższ z de­li­kat­ny­mi czer­wo­ny­mi ży­łka­mi, któ­ry oprócz ty­po­we­go ja­błko­we­go sma­ku miał w so­bie pe­wien po­smak dzi­ko­ści.

– Na­wet to fe­ral­ne ja­błko w raju nie mo­gło tak sma­ko­wać – stwier­dzi­ła Anne. – Ale chy­ba czas wra­cać. Spójrz, jesz­cze parę mi­nut temu był zmierzch, a te­raz świe­ci już ksi­ężyc. Co za szko­da, że nie uchwy­ci­li­śmy tego mo­men­tu, w któ­rym dzień zmie­nia się w noc! Ale to się chy­ba ni­g­dy nie uda­je...

– Obej­dźmy mo­kra­dło do­oko­ła i wró­ćmy Ale­ją Za­ko­cha­nych. Czy na­dal czu­jesz się tak zde­gu­sto­wa­na jak przed tym spa­ce­rem?

– Nie, skąd. Te ja­błka po­dzia­ła­ły jak man­na z nie­ba na wy­głod­nia­łą du­szę. Te­raz wiem, że po­ko­cham Red­mond i spędzę tam czte­ry cu­dow­ne lata.

– A co po­tem?

– Ach, na ko­ńcu tej dro­gi będzie ko­lej­ny za­kręt – od­rze­kła bez­tro­sko Anne. – Nie mam po­jęcia, co da­lej, i nie chcę tego wie­dzieć. Tak jest o wie­le przy­jem­niej.

Ale­ja Za­ko­cha­nych roz­to­czy­ła przed nimi tego wie­czo­ru wszyst­kie swo­je uro­ki, ci­cha i ta­jem­ni­cza w bla­dej po­świa­cie ksi­ęży­ca. Podąża­li nią wol­no w mi­łym ko­le­że­ńskim po­ro­zu­mie­niu, któ­re nie po­trze­bu­je słów.

„Gdy­by Gil­bert za­wsze za­cho­wy­wał się tak jak dzi­siaj, wszyst­ko by­ło­by o wie­le ła­twiej­sze i prost­sze” – my­śla­ła Anne.

Gil­bert przy­glądał się jej, kie­dy tak szła obok w swo­jej lek­kiej su­kien­ce. Smu­kła i de­li­kat­na, przy­wo­dzi­ła mu na myśl bia­ły irys.

„Cie­ka­we, czy kie­dy­kol­wiek spra­wię, że za­cznie jej na mnie za­le­żeć” – my­ślał ze ści­śni­ętym ser­cem.

ROZ­DZIAŁ III

Po­że­gna­nie i po­wi­ta­nie

W PO­NIE­DZIA­ŁEK RANO Char­lie Slo­ane, Gil­bert Bly­the i Anne Shir­ley opu­ści­li Avon­lea. Anne bar­dzo za­le­ża­ło na ład­nej po­go­dzie; Dia­na mia­ła ją od­wie­źć na sta­cję i obie chcia­ły cie­szyć się tą ostat­nią prze­ja­żdżką. Ale kie­dy Anne kła­dła się wie­czo­rem spać, wo­kół Zie­lo­nych Szczy­tów świsz­czał wschod­ni wiatr, co nie wró­ży­ło ni­cze­go do­bre­go, i rano rze­czy­wi­ście obu­dził ją bęb­ni­ący o szy­by deszcz. Na sza­rej po­wierzch­ni sta­wu wi­dać było co­raz szer­sze pie­rście­nie, wzgó­rza i mo­rze okry­wa­ła mgła, a cały świat wy­da­wał się po­nu­ry i pa­skud­ny. Anne ubra­ła się o sza­rym, po­sęp­nym brza­sku, aby zdążyć na po­ci­ąg ma­jący po­łącze­nie ze stat­kiem. Cały czas wal­czy­ła ze łza­mi, któ­re upar­cie na­pły­wa­ły jej do oczu. Mu­sia­ła opu­ścić tak dro­gi jej dom i coś jej mó­wi­ło, że poza okre­sem wa­ka­cji już do nie­go nie wró­ci. Nic już nie będzie ta­kie samo, bo prze­cież wa­ka­cje to nie to, co sta­ły po­byt. Ach, jak ko­cha­ła tu­taj wszyst­ko – ten bia­ły szczy­to­wy po­ko­ik, uświ­ęco­ny dziew­częcy­mi ma­rze­nia­mi, sta­rą Kró­lo­wą Śnie­gu za oknem, stru­myk w do­li­nie, Fon­tan­nę Driad, Na­wie­dzo­ny Las i Ale­ję Za­ko­cha­nych – ty­si­ąc i jed­no miejsc zwi­ąza­nych ze wspo­mnie­nia­mi daw­nych lat. Czy w ogó­le po­tra­fi być szczęśli­wa gdzie in­dziej?

Śnia­da­nie też upły­nęło w smęt­nym na­stro­ju. Davy chy­ba po raz pierw­szy w ży­ciu nie mógł jeść i tyl­ko jaw­nie lał łzy nad owsian­ką. Nikt zresz­tą nie miał ape­ty­tu oprócz Dory, któ­ra ze spo­ko­jem wci­na­ła swo­ją por­cję. Ni­czym nie­śmier­tel­na roz­trop­na Char­lot­ta[10], któ­ra „spo­koj­nie kra­ja­ła chleb”, kie­dy wy­no­szo­no zwło­ki jej sza­lo­ne­go ko­chan­ka, Dora na­le­ża­ła do tych szczęśli­wych stwo­rzeń, któ­re rzad­ko coś po­ru­sza. Ktoś mu­sia­łby za­dać so­bie spo­ro tru­du, żeby wy­trącić z rów­no­wa­gi tę za­le­d­wie ośmio­let­nią dziew­czyn­kę. Oczy­wi­ście ża­ło­wa­ła, że Anne wy­je­żdża, ale czy z tego po­wo­du mia­ła­by re­zy­gno­wać z jaj­ka na grzan­ce? Na pew­no nie! To­też wi­dząc, że Davy nie może jeść, po­chło­nęła też jego por­cję.

Zgod­nie z umo­wą w wy­zna­czo­nym cza­sie po­ja­wi­ła się Dia­na w brycz­ce, z za­ró­żo­wio­ną twa­rzą, ubra­na w płaszcz prze­ciw­desz­czo­wy. Trze­ba było się że­gnać. Ze swe­go po­ko­ju wy­nu­rzy­ła się pani Lyn­de, któ­ra ser­decz­nie wy­ści­ska­ła Anne, przy­ka­zu­jąc jej, aby bez względu na wszyst­ko dba­ła o zdro­wie. Ma­ril­la z su­chy­mi ocza­mi cmok­nęła tyl­ko wy­cho­wan­kę w po­li­czek i wy­ra­zi­ła na­dzie­ję, że Anne na­pi­sze do niej, gdy tyl­ko się za­go­spo­da­ru­je. Przy­pad­ko­wy ob­ser­wa­tor mó­głby sądzić, że nie prze­jęła się spe­cjal­nie jej wy­jaz­dem... chy­ba że zaj­rza­łby Ma­ril­li głębo­ko w oczy. Dora uca­ło­wa­ła Anne sztyw­no i uro­ni­ła dwie obo­wi­ąz­ko­we łez­ki, na­to­miast Davy, któ­ry od­kąd wsta­li od sto­łu, za­le­wał się łza­mi na tyl­nym gan­ku, w ogó­le nie chciał się z nią po­że­gnać. Kie­dy Anne zwró­ci­ła się w jego stro­nę, ze­rwał się na rów­ne nogi, w paru su­sach prze­sko­czył schod­ki i za­mknął się w sza­fie, od­ma­wia­jąc wy­jścia. Ostat­nim dźwi­ękiem, jaki Anne sły­sza­ła na od­jezd­nym, było jego stłu­mio­ne za­wo­dze­nie.

Deszcz lał jak z ce­bra przez całą dro­gę do Bri­ght Ri­ver. Mu­sia­ły je­chać aż na tam­tej­szy dwo­rzec, gdyż lo­kal­na li­nia ko­le­jo­wa do Car­mo­dy nie mia­ła po­łącze­nia ze stat­kiem. Na pe­ro­nie cze­ka­li już Gil­bert i Char­lie, a po­ci­ąg gwiz­dał, szy­ku­jąc się do od­jaz­du. Anne le­d­wie zdąży­ła wy­jąć bi­let, nadać ku­fer na ba­gaż i po­śpiesz­nie po­że­gnać się z Dia­ną. Ża­ło­wa­ła w tej chwi­li, że nie może wró­cić z nią do Avon­lea; wie­dzia­ła, że będzie umie­rać z tęsk­no­ty. Żeby cho­ciaż ten wstręt­ny deszcz ustał, bo mo­żna by sądzić, że cały świat pła­cze za la­tem i wszel­ką ra­do­ścią! Nie mo­gła się po­cie­szyć na­wet obec­no­ścią Gil­ber­ta, gdyż to­wa­rzy­szył mu Char­lie Slo­ane, a „slo­anizm” był dla niej do znie­sie­nia wy­łącz­nie przy ład­nej po­go­dzie. W żad­nym wy­pad­ku w ta­kim desz­czu.

Kie­dy jed­nak sta­tek wy­pły­nął z por­tu w Char­lot­te­town, spra­wy przy­bra­ły lep­szy ob­rót. Deszcz ustał i przez zwa­ły chmur przeda­rło się sło­ńce, roz­pa­la­jąc mie­dzia­ne re­flek­sy na sza­rej po­wierzch­ni mo­rza i roz­świe­tla­jąc zło­tem mgły nad czer­wo­ny­mi brze­ga­mi wy­spy. Poza tym Char­lie­go Slo­ane’a od razu do­pa­dła cho­ro­ba mor­ska, więc mu­siał ze­jść pod po­kład, zo­sta­wia­jąc Gil­ber­ta i Anne sa­mym so­bie.

„Bar­dzo do­brze, że wszy­scy Slo­ane’owie cho­ru­ją, gdy tyl­ko znaj­dą się na wo­dzie – my­śla­ła bez­li­to­śnie Anne. – Nie umia­ła­bym rzu­cić po­że­gnal­ne­go spoj­rze­nia na sta­re śmie­ci z Char­liem, któ­ry uda­wa­łby, że czu­je to samo”.

– No to od­bi­li­śmy – za­uwa­żył rze­czo­wo Gil­bert.

– Tak, czu­ję się jak By­ro­now­ski Chil­de Ha­rold... tyl­ko że to, na co pa­trzę, nie jest moim praw­dzi­wym oj­czy­stym brze­giem. – Anne za­mru­ga­ła gwa­łtow­nie sza­ry­mi ocza­mi. – Chy­ba jest nim Nowa Szko­cja. Ale je­śli oj­czy­zną jest zie­mia, któ­rą naj­bar­dziej się ko­cha, to dla mnie po­zo­sta­nie nią sta­ra, po­czci­wa Wy­spa Ksi­ęcia Edwar­da. Aż trud­no mi uwie­rzyć, że nie za­wsze tam miesz­ka­łam. Tych je­de­na­ście po­przed­nich lat to ja­kiś zły sen. Mi­nęło sie­dem, od­kąd pły­nęłam tym stat­kiem z pa­nią Spen­cer, któ­ra za­bra­ła mnie z Ho­pe­town. Mam te­raz przed ocza­mi sie­bie, jak z nie­po­skro­mio­ną cie­ka­wo­ścią zwie­dzam wszyst­kie po­kła­dy i ka­bi­ny w tej okrop­nej sta­rej kiec­ce i sfa­ty­go­wa­nym ka­pe­lu­szu. To był taki pi­ęk­ny wie­czór... i te czer­wo­ne brze­gi wy­spy, błysz­czące w za­cho­dzącym sło­ńcu... A te­raz znów pły­nę przez tę samą cie­śni­nę. Ach, Gil­ber­cie, na­praw­dę chcia­ła­bym po­lu­bić Red­mond i King­sport, ale na pew­no tak się nie sta­nie!

– A gdzie się po­dzia­ła cała two­ja fi­lo­zo­fia?

– Zgi­nęła, zmie­cio­na wiel­ką falą sa­mot­no­ści i tęsk­no­ty. Przez trzy lata ma­rzy­łam o Red­mon­dzie, a te­raz, kie­dy tam jadę, ża­łu­ję, że się zde­cy­do­wa­łam. No, mniej­sza o to. Mu­szę po pro­stu po­rząd­nie się wy­pła­kać, to tak, jak­bym od­kręci­ła za­wór, a po­tem znów będę we­so­ła i fi­lo­zo­ficz­nie na­sta­wio­na do ży­cia. Ale nie po­zwo­lę so­bie na to, do­pó­ki nie po­ło­żę się do łó­żka, bez względu na to, gdzie je znaj­dę. Do­pie­ro wte­dy znów będę daw­ną Anne. Cie­ka­we, czy Davy da­lej sie­dzi w sza­fie.

Była dzie­wi­ąta wie­czo­rem, kie­dy po­ci­ąg do­ta­rł do King­sport i za­la­ło ich ośle­pia­jące nie­bie­ska­we świa­tło za­tło­czo­ne­go dwor­ca. Anne przez chwi­lę czu­ła się strasz­nie oszo­ło­mio­na, ale za­raz od­na­la­zła ją Pri­scil­la Grant, któ­ra przy­je­cha­ła już w so­bo­tę.

– No na­resz­cie, ko­cha­na! Pew­nie je­steś tak samo wy­męczo­na pod­ró­żą jak ja dwa dni temu.

– Zmęczo­na? Na­wet mi o tym nie mów. Je­stem kom­plet­nie wy­ko­ńczo­ną, nie­szczęśli­wą dziew­czyn­ką ze wsi i mam naj­wy­żej dzie­si­ęć lat. Bła­gam cię na wszyst­ko, za­bierz swo­ją bied­ną, za­ła­ma­ną ko­le­żan­kę w ja­kieś miej­sce, gdzie będzie w sta­nie usły­szeć wła­sne my­śli!

– Za­raz po­je­dzie­my do na­sze­go pen­sjo­na­tu. Do­ro­żka cze­ka przed dwor­cem.

– Och, jak do­brze, że tu je­steś, Pris­sy! Ina­czej chy­ba usia­dła­bym tu na wa­liz­ce i za­la­ła się łza­mi. To ogrom­na po­cie­cha zo­ba­czyć zna­jo­mą twarz w tym dzi­kim tłu­mie ob­cych.

– Czy to Gil­bert Bly­the tam stoi? Ja­kże on wy­do­ro­ślał przez ten rok! A obok nie­go oczy­wi­ście Char­lie Slo­ane. Ten za to w ogó­le się nie zmie­nił, nie mó­głby! Pew­nie tak samo wy­glądał za­raz po uro­dze­niu i będzie tak wy­glądał na­wet po osiem­dzie­si­ąt­ce. Tędy, ko­cha­na. Za dwa­dzie­ścia mi­nut będzie­my w domu.

– W domu! – jęk­nęła Anne. – Masz na my­śli ja­kiś okrop­ny pen­sjo­nat z jesz­cze okrop­niej­szą klit­ką wy­go­spo­da­ro­wa­ną z ko­ry­ta­rza, z oknem wy­cho­dzącym na ja­kieś ob­skur­ne po­dwó­rze!

– Wca­le nie jest okrop­ny... Oto i na­sza do­ro­żka. Wsia­daj, stan­gret zaj­mie się two­im ku­frem. No więc nasz pen­sjo­nat to na­praw­dę przy­jem­ne miej­sce, sama się prze­ko­nasz. Ju­tro, jak się po­rząd­nie wy­śpisz, za­raz zo­ba­czysz świat w ró­żo­wych ko­lo­rach. To duży sta­ro­świec­ki bu­dy­nek z sza­re­go ka­mie­nia przy St. John Stre­et, w od­le­gło­ści krót­kie­go spa­ce­ru od Red­mon­du. Kie­dyś miesz­ka­ły tu wa­żne oso­bi­sto­ści, ale te­raz ta dziel­ni­ca wy­szła z mody i tu­tej­sze domy mogą tyl­ko po­ma­rzyć o lep­szych cza­sach. Są tak duże, że ich wła­ści­cie­le mu­szą przyj­mo­wać lo­ka­to­rów, aby je utrzy­mać. Dla­te­go na­szym go­spo­dy­niom bar­dzo za­le­ży, żeby wy­wrzeć na nas do­bre wra­że­nie. Są roz­kosz­ne, Anne... zna­czy te go­spo­dy­nie.

– Ile ich jest?

– Dwie. Pan­ny Ha­rvey, Han­nah i Ada. Są bli­źniacz­ka­mi i mają oko­ło pi­ęćdzie­si­ąt­ki.

– Wi­dzę, że nie od­cze­pię się już od bli­źni­ąt – za­śmia­ła się Anne. – Do­słow­nie wszędzie mnie prze­śla­du­ją.

– Och, wła­ści­wie te­raz to już nie są bli­źniacz­ki. Pan­na Han­nah ze­sta­rza­ła się, nie­zbyt zresz­tą ład­nie, a pan­na Ada za­trzy­ma­ła się na trzy­dzie­st­ce, też bez spe­cjal­ne­go wdzi­ęku. Nie wiem, czy pan­na Han­nah po­tra­fi się uśmie­chać, bo ni­g­dy do­tąd jej na tym nie przy­ła­pa­łam, za to pan­na Ada uśmie­cha się bez prze­rwy i to jest jesz­cze gor­sze. Mimo wszyst­ko to miłe i za­cne oso­by. Bio­rą co roku dwie lo­ka­tor­ki, bo oszczęd­na du­sza pan­ny Han­nah nie znio­sła­by mar­no­wa­nia miej­sca, ale nie dla­te­go, że coś je do tego zmu­sza; pan­na Ada zdąży­ła mi to po­wtó­rzyć już sie­dem razy. A co do na­szych po­koi, to przy­zna­ję, że po­wsta­ły z po­dzia­łu ko­ry­ta­rza i mój rze­czy­wi­ście wy­cho­dzi na tyl­ne po­dwó­rze. Za to twój jest fron­to­wy, z wi­do­kiem na sta­ry cmen­tarz St. John’s po dru­giej stro­nie uli­cy.

– To brzmi dość ma­ka­brycz­nie. – Anne się wzdry­gnęła. – Chy­ba już wo­la­ła­bym po­dwó­rze.

– Och, na pew­no nie. Po­cze­kaj, sama zo­ba­czysz. Ten cmen­tarz jest prze­uro­czy i taki sta­ry, że nikt już tam nie urządza po­chów­ków i wła­ści­wie sta­no­wi je­den z tu­tej­szych za­byt­ków. Spa­ce­ro­wa­łam tam wczo­raj po pro­stu dla przy­jem­no­ści. Ota­cza go duży ka­mien­ny mur, wo­kół nie­go i przy alej­kach ro­sną ogrom­ne drze­wa, a na na­grob­kach mo­żna wy­czy­tać ró­żne dziw­ne na­pi­sy. Świet­ne miej­sce do na­uki, wspo­mnisz moje sło­wa. Kil­ka lat temu po­sta­wio­no tam pi­ęk­ny po­mnik ku czci żo­łnie­rzy z No­wej Szko­cji po­le­głych na woj­nie krym­skiej. Stoi na wprost głów­nej bra­my i taka oso­ba jak ty z pew­no­ścią znaj­dzie tam pole dla wy­obra­źni, jak to mó­wisz. O, jest na­resz­cie twój ku­fer... i wi­dzę, że chłop­cy idą się po­że­gnać. Czy ja na­praw­dę mu­szę po­dać rękę Char­lie­mu? Ma za­wsze ta­kie zim­ne dło­nie, że czu­ję, jak­bym do­ty­ka­ła ryby... Trze­ba będzie ich do nas za­pra­szać od cza­su do cza­su. Pan­na Han­nah za­po­wie­dzia­ła mi uro­czy­ście, że mo­że­my przyj­mo­wać wi­zy­ty „mło­dych dżen­tel­me­nów” dwa razy w ty­go­dniu, tyl­ko mają wy­cho­dzić o przy­zwo­itej po­rze, a pan­na Ada po­pro­si­ła z uśmie­chem, że­by­śmy nie po­zwo­li­ły im sia­dać na jej ślicz­nych po­dusz­kach. Obie­ca­łam, że tego do­pil­nu­ję, ale Bóg ra­czy wie­dzieć, gdzie w ta­kim ra­zie mają sia­dać, może na podło­dze, bo te po­dusz­ki leżą do­słow­nie wszędzie; jed­ną wy­jąt­ko­wo mi­ster­ną, z bat­ten­bur­ski­mi ko­ron­ka­mi, umie­ści­ła na­wet na pia­ni­nie.

Anne te­raz już się śmia­ła. We­so­ła pa­pla­ni­na Pri­scil­li od­nio­sła sku­tek i uczu­cie tęsk­no­ty na ja­kiś czas znik­nęło. Nie wró­ci­ło z całą mocą na­wet wte­dy, gdy w ko­ńcu zna­la­zła się sama w swo­jej ma­lut­kiej sy­pial­ni. Wyj­rza­ła przez okno na ciem­ną i ci­chą uli­cę. Nad cmen­tar­ny­mi drze­wa­mi, tuż nad czar­ną gło­wą ka­mien­ne­go lwa z po­mni­ka świe­cił ksi­ężyc. Czy na­praw­dę dziś rano wy­je­cha­ła z Zie­lo­nych Szczy­tów? Bo po zmia­nie miej­sca i da­le­kiej pod­ró­ży mia­ła wra­że­nie, że od tam­tej chwi­li mi­nęło mnó­stwo cza­su.

„Przy­pusz­czam, że ten sam ksi­ężyc pa­trzy te­raz na Zie­lo­ne Szczy­ty – du­ma­ła. – Ale nie będę o tym my­śleć, bo to wła­śnie jest tęsk­no­ta. I na­wet nie mam już ocho­ty na ten po­rząd­ny płacz. Odło­żę to na bar­dziej sprzy­ja­jącą chwi­lę, a te­raz po pro­stu spo­koj­nie po­ło­żę się i za­snę”.