Ania z Avonlea - L. M. Montgomery - ebook

Ania z Avonlea ebook

Lucy Maud Montgomery

4,5

Opis

Ekskluzywna edycja oprawiona w delikatną gładką tkaninę o właściwościach jedwabiu.

Nowe przeżycia i przygody uroczej rudowłosej Ani Shirley, bohaterki bestsellerowej Ani z Zielonego Wzgórza.

Życie się zmienia, nabiera nowych barw i odcieni. Ania rezygnuje z wyjazdu na uniwersytet i rozpoczyna pracę jako nauczycielka w Avonlea i poznaje nowych, interesujących ludzi. Są to postacie intrygujące i pełne ciepła. Także w życiu uczuciowym Ani następują zmiany: z wielkim trudem przychodzi jej pogodzić się z nieubłaganym upływem czasu. Bohaterkę również irytuje to, że Gilbert pragnie czegoś więcej niż przyjaźni...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 356

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,5 (56 ocen)
35
14
6
1
0
Sortuj według:
MartaMrowiec

Dobrze spędzony czas

ach!
00

Popularność




Roz­dział I. Zagnie­wany sąsiad

ROZ­DZIAŁ I

Zagnie­wany sąsiad

Pew­nego pięk­nego sierp­nio­wego popo­łu­dnia wysoka, szczu­pła dziew­czyna, w wieku lat szes­na­stu i pół, o poważ­nych sza­rych oczach i o wło­sach, które jej przy­ja­ciele nazy­wali kasz­ta­no­wymi, sie­działa na schod­kach z pia­skowca u wrót wiej­skiego domu na Wyspie Księ­cia Edwarda z moc­nym posta­no­wie­niem prze­pro­wa­dze­nia roz­bioru gra­ma­tycz­nego przy­naj­mniej kilku lini­jek Wergi­liu­sza.

Jed­nakże sierp­niowe popo­łu­dnie z nie­bie­skimi mgieł­kami opa­da­ją­cymi na zbo­cza w trak­cie zbio­rów, lek­kimi wie­trzy­kami szep­czą­cymi jak elfy w topo­lach i wdzięcz­nymi makami tań­czą­cymi jak pło­mie­nie na tle ciem­nego, jodło­wego zagaj­nika w naroż­niku wiśnio­wego sadu nada­wało się bar­dziej do marzeń niż do zagłę­bia­nia się w mar­twy język. Zlek­ce­wa­żony Wergi­liusz bar­dzo szybko zsu­nął się na zie­mię, a Ania, wsparł­szy pod­bró­dek na zło­żo­nych dło­niach, utkwiła wzrok we wspa­nia­łej masie pucha­tych chmur, które pię­trzyły się nad domem pana J.A. Har­ri­sona jak wielka biała góra. Prze­nio­sła się bar­dzo daleko, w cudowny świat, odda­jąc się marze­niom o pew­nej nauczy­cielce, która wyko­nuje nad­zwy­czajną pracę, kształ­tu­jąc cha­rak­ter przy­szłych mężów stanu i inspi­ru­jąc młode umy­sły i serca do wznio­słych, wiel­kich ambi­cji.

Uczci­wie mówiąc, gdyby przyj­rzeć się nagim fak­tom, co przy­zna­jąc bez bicia, Ania robiła tylko wtedy, kiedy musiała, nie wyda­wało się, żeby w szkole w Avon­lea było dużo obie­cu­ją­cego mate­riału. Ni­gdy jed­nak nie wia­domo, co może się wyda­rzyć, gdy ktoś stara się wpły­wać na innych w dobrym celu. Ania miała dość wyide­ali­zo­wany pogląd na temat tego, co nauczy­ciel może osią­gnąć, jeżeli tylko się postara, a teraz zna­la­zła się w samym środku nad­zwy­czaj przy­jem­nej sceny czter­dzie­ści lat póź­niej ze sławną per­soną, choć kon­krety doty­czące przy­czyn sławy owej osoby były wygod­nie mgli­ste. Ania myślała jed­nak, ze byłoby miło, gdyby osoba ta, skła­nia­jąca się nisko nad jej pomarsz­czoną dło­nią i zapew­nia­jąca, że to ona jako pierw­sza wznie­ciła jej ambi­cje i że jej życiowy suk­ces jest wyni­kiem pierw­szych lek­cji w szkole w Avon­lea, była rek­to­rem uni­wer­sy­tetu albo pre­mie­rem Kanady. Ta przy­jemna wizja została prze­rwana w nad­zwy­czaj przy­kry spo­sób.

Skromna krówka rasy dżer­sej prze­bie­gła na drugą stronę drogi, a pięć sekund póź­niej poja­wił się pan Har­ri­son, acz chyba „poja­wił się” jest zbyt łagod­nym okre­śle­niem na jego wtar­gnię­cie na podwó­rze.

Prze­sko­czył przez bramkę, nie cze­ka­jąc na jej otwar­cie, i wście­kły sta­nął przed Anią, która teraz pod­nio­sła się i patrzyła na niego zdu­miona. Pan Har­ri­son był ich nowym sąsia­dem z zachod­niej strony, któ­rego do tej pory nie poznała oso­bi­ście, mimo że widzieli się z daleka raz czy dwa.

Wcze­śniej – w kwiet­niu, zanim Ania wró­ciła do domu z Queens – pan Robert Bell, któ­rego gospo­dar­stwo gra­ni­czyło z domo­stwem Cuth­ber­tów od zachodu, sprze­dał wszystko i prze­niósł się do Char­lot­te­town. Potem zostało ono wyku­pione przez pana J.A. Har­ri­sona, któ­rego nazwi­sko i pocho­dze­nie z Nowego Brunsz­wiku było wszyst­kim, co o nim wie­dziano. Jed­nakże zanim upły­nął mie­siąc, zasłu­żył sobie na miano dzi­waka i repu­ta­cję gbura, jak wyra­ziła się o nim pani Mał­go­rzata Linde. Pani Linde była osobą mówiącą bez ogró­dek, o czym nie­któ­rzy z was mogli już się prze­ko­nać i co zapewne pamię­tają. Pan Har­ri­son na pewno róż­nił się od innych, co jest – jak wszy­scy wie­dzą – pod­stawą dla zde­fi­nio­wa­nia deli­kwenta mia­nem „dzi­wak”.

Miesz­kał samot­nie i już na samym początku oznaj­mił publicz­nie, że nie życzy sobie wizyt żad­nych głu­pich bab w swej posia­dło­ści. Żeń­ska część Avon­lea zemściła się, opo­wia­da­jąc strasz­liwe histo­rie doty­czące jego spo­sobu pro­wa­dze­nia domu i goto­wa­nia. Zatrud­nił małego Janka Car­tera z Bia­łych Pia­sków i to on roz­gła­szał te pogło­ski. Wia­domo na pewno, że w domo­stwie tym nie było sta­łych pór posił­ków. Pan Har­ri­son prze­ką­szał coś, kiedy był głodny. Jeżeli Janek był wtedy w pobliżu, rów­nież dla niego znaj­do­wało się coś do jedze­nia, w prze­ciw­nym razie musiał cze­kać na nadej­ście kolej­nej fali głodu pana Har­ri­sona. Janek zapew­niał żało­śnie, że gdyby nie conie­dzielne wyprawy do domu i kosz wałówki, który matka dawała mu na wynos w każdy ponie­dzia­łek, na pewno umarłby z głodu.

Jeżeli cho­dzi o zmy­wa­nie naczyń, pan Har­ri­son ni­gdy nie zawra­cał sobie tym głowy, chyba że nie­dziela była desz­czowa. Wtedy zabie­rał się do roboty i mył wszystko w beczce desz­czówki, zosta­wia­jąc na dwo­rze do wyschnię­cia.

Dodat­kowo pan Har­ri­son był skąpy, Kiedy popro­szono go o składkę na wypłatę dla pastora Allana, powie­dział, że poczeka i zoba­czy, ile dola­rów przy­nie­sie mu naucza­nie pastora, gdyż nie zwykł kupo­wać kota w worku. A kiedy pani Linde popro­siła o składkę pie­niężną na misje, przy oka­zji oglą­da­jąc wnę­trze domu, stwier­dził, że wśród sta­rych plot­ka­rek Avon­lea jest wię­cej poga­nek niż gdzie­kol­wiek na świe­cie i że z rado­ścią da pie­nią­dze na misję ochrzcze­nia ich, gdyby taka była orga­ni­zo­wana. Pani Mał­go­rzata Linde unio­sła się i powie­działa, że to łaska, że biedna pani Rober­towa Bell jest bez­pieczna w swoim gro­bie, bo serce pękłoby jej na widok stanu domu, który kie­dyś był jej chlubą.

– Ona szo­ro­wała pod­łogę co drugi dzień – wyja­śniała obu­rzona pani Linde Maryli Cuth­bert. – A gdy­byś ją teraz zoba­czyła! Musia­łam zadrzeć do góry suk­nię, kiedy po niej prze­cho­dzi­łam.

I wresz­cie, pan Har­ri­son miał papugę o imie­niu Gin­ger. Nikt w Avon­lea nie miał wcze­śniej papugi, w związku z czym nie uznano tego za przed­się­wzię­cie godne pochwały. A cóż to była za papuga! Jeżeli wie­rzyć sło­wom Janka, był to wyjąt­kowo bez­bożny ptak. Okrut­nie prze­kli­nał! Pani Car­ter natych­miast zabra­łaby stam­tąd syna, gdyby tylko miała pew­ność, że znaj­dzie mu inne miej­sce. Ponadto, Gin­ger wydzio­bała kawał karku chłopca, kiedy ten zna­lazł się zbyt bli­sko klatki! Pani Car­ter poka­zy­wała wszyst­kim jego bli­znę, kiedy nie­szczę­sny Janek zja­wiał się w domu w nie­dzielę.

Wszyst­kie te histo­rie przy­po­mniały się Ani, kiedy sta­nął przed nią onie­miały ze zło­ści. Nawet kiedy był w dobrym humo­rze, nie zasłu­gi­wał na miano przy­stoj­nego. Był niski, gruby i łysy, a teraz jego okrą­gła twarz poczer­wie­niała ze zło­ści, a nie­bie­skie wyłu­pia­ste oczy nie­mal wycho­dziły z orbit. Ania pomy­ślała, ze oto naj­brzyd­sza ze zna­nych jej osób.

Pan Har­ri­son odzy­skał głos.

– Nie zamie­rzam tego dłu­żej tole­ro­wać – wyrzu­cił z sie­bie – ani dnia dłu­żej, sły­szy mnie panna?! Bóg mi świad­kiem, to już trzeci raz… trzeci raz! Cier­pli­wość mi się skoń­czyła, panno! Ostrze­ga­łem ciotkę panny, żeby nie pozwo­liła, by się to znowu stało… a ona pozwo­liła… co ona sobie wyobraża, tylko tyle chcę wie­dzieć, w tej spra­wie tutaj jestem, moja panno!

– Czy może mi pan wyja­śnić, w czym leży pro­blem? – zapy­tała Ania naj­bar­dziej dostoj­nie, jak mogła. Ćwi­czyła ten spo­sób ostat­nio dość czę­sto, by uży­wać go, kiedy zacznie się rok szkolny, jed­nak na ziry­to­wa­nym panu Har­ri­so­nie nie zro­bił on żad­nego wra­że­nia.

– Pro­blem w czym leży?! Bóg mi świad­kiem – cał­kiem duży pro­blem, tak sobie myślę! Pro­blem polega na tym, że znowu zna­la­złem krowę ciotki panny, Maryli Cuth­bert, w moim owsie! Pół godziny temu! Zazna­czam, że to już trzeci raz. Była tam w zeszły wto­rek i wczo­raj! Przy­bie­głem tutaj powie­dzieć ciotce panny, żeby jej nie pozwa­lała wła­zić w mój owies. A ona mimo to jej nie upil­no­wała! Gdzie jest panny ciotka? Chcę z nią chwilę poroz­ma­wiać i powie­dzieć, co mi leży na żołądku, to zna­czy co leży na żołądku pana Har­ri­sona, moja panno.

– Jeżeli ma pan na myśli pannę Marylę Cuth­bert, to nie jest ona moją ciotką i nie ma jej, gdyż poje­chała do East Gra­fton, żeby odwie­dzić ciężko chorą daleką krewną – powie­działa Ania, doda­jąc należ­nej wynio­sło­ści swoim sło­wom. – Bar­dzo mi przy­kro, że moja krowa wdarła się w pań­ski owies. To jest moja krowa, nie panny Cuth­bert. Mate­usz dał mi ją trzy lata temu, kiedy była małym cie­lę­ciem, które kupił od pana Bella.

– Przy­kro, moja panno?! Przy­kro nie wystar­czy! Pro­szę lepiej pójść i zoba­czyć, jakie szkody wyrzą­dziło to zwie­rzę w moim owsie. Od środka aż po brzegi wszystko zadep­tane, moja panno!

– Bar­dzo mi przy­kro – powtó­rzyła Ania sta­now­czo – gdyby jed­nak pana ogro­dze­nie było w lep­szym sta­nie, Dolly nie dosta­łaby się na pana pole. To pań­ski płot odgra­dza pana pole od naszego pastwi­ska. Prze­cho­dząc tam­tędy ostat­nio, zauwa­ży­łam, że nie jest w najlep­szym sta­nie.

– Moje ogro­dze­nie jest w dosko­na­łym porządku – wark­nął pan Har­ri­son roz­złosz­czony tym ata­kiem pod jego adre­sem. – Wię­zienne ogro­dze­nie nie utrzy­ma­łoby tego demona w kro­wiej skó­rze z dala od mojego owsa! I powta­rzam ci, rudo­włosa wie­wiórko, jeżeli fak­tycz­nie ta krowa jest, jak mówisz, twoja, to lepiej zaj­mij się pil­no­wa­niem jej, a nie czy­ta­niem roman­sów – co mówiąc, popa­trzył zja­dli­wie na nie­winną, płową okładkę Wergi­liu­sza leżą­cego u stóp Ani.

W tym momen­cie coś jesz­cze oprócz Ani wło­sów, na któ­rych punk­cie zawsze była wraż­liwa, stało się czer­wone.

– Wolę mieć czer­wone włosy, niż nie mieć ich wcale! Albo tylko kosmyki nad uszami! – rzu­ciła.

Uwaga tra­fiła do celu, pan Har­ri­son był rów­nież uczu­lony na punk­cie swo­jej łysej głowy. Zdła­wiony wła­sną zło­ścią mógł tylko niemo patrzeć na Anię, która już odzy­skała rów­no­wagę i wyko­rzy­sty­wała dalej swą prze­wagę.

– Mogę panu wyba­czyć, panie Har­ri­son, bo mam wyobraź­nię i łatwo mogę pojąć, jak bar­dzo męczące musi być naty­ka­nie się na moją krowę w pań­skim owsie. Nie będę więc miała panu za złe słów, które wypo­wie­dział pan pod moim adre­sem. Obie­cuję, że Dolly już wię­cej nie wła­mie się do pań­skiego owsa. Daję panu słowo honoru!

– Dobrze więc, pro­szę dopil­no­wać, żeby się to wię­cej nie powtó­rzyło – wymam­ro­tał pan Har­ri­son cokol­wiek przy­bi­tym tonem, ale odszedł, tupiąc ze zło­ścią, a Ania sły­szała, jak war­czał do sie­bie, aż znik­nął z pola widze­nia.

Poważ­nie wytrą­cona z rów­no­wagi Ania prze­ma­sze­ro­wała przez podwó­rze i zamknęła nie­sforne zwie­rzę w zagro­dzie.

Stąd nie powinna się wydo­stać, chyba że roze­rwie ogro­dze­nie – pomy­ślała. Teraz wygląda na cał­kiem spo­kojną. Pew­nie od nad­miaru owsa boli ją brzuch. Szkoda, że nie sprze­da­łam jej panu She­are­rowi, kiedy zapro­po­no­wał to w zeszłym tygo­dniu, ale myśla­łam, że rów­nie dobrze mogę pocze­kać aż do licy­ta­cji inwen­ta­rza, kiedy sprze­damy je wszyst­kie. Sądzę, że pan Har­ri­son jest naprawdę gbu­rem. Z pew­no­ścią nie jest on brat­nią duszą!

Ania zawsze czuj­nie wypa­try­wała brat­nich duszy.

Maryla Cuth­bert wła­śnie wjeż­dżała na podwó­rze, kiedy Ania wró­ciła do domu. Udała się więc przy­go­to­wać posi­łek. Omó­wiły sprawę przy stole.

– Ucie­szę się, kiedy wresz­cie skoń­czy się aukcja – powie­działa Maryla. – To za duża odpo­wie­dzial­ność mieć tyle zwie­rząt i nikogo, z wyjąt­kiem nie­od­po­wie­dzial­nego Mar­tina, do opieki nad nimi. Do tej pory jesz­cze nie wró­cił, a obie­cał prze­cież być z powro­tem wie­czo­rem, jeżeli dam mu dzień wolny na wyjazd na pogrzeb ciotki. Nie wiem wła­ści­wie, ile on ma tych cio­tek. To już czwarta, odkąd zatrud­ni­li­śmy go rok temu. Będę bar­dzo szczę­śliwa, kiedy wresz­cie zbiory zostaną zebrane i pan Barry zaj­mie się gospo­dar­stwem. Dolly pozo­sta­nie zamknięta w zagro­dzie aż do powrotu Mar­tina, a potem damy ją na pastwi­sko z tyłu domu i napra­wimy ogro­dze­nie. Naprawdę, nie ma końca kło­po­tom, jak mówi Mał­go­rzata. Biedna Mary Keith umiera, a co będzie z jej dziećmi? Ma brata, daleko – w bry­tyj­skiej Kolum­bii, i mimo że napi­sała do niego list, nie otrzy­mała jesz­cze odpo­wie­dzi.

– Jakie są jej dzieci? Ile mają lat?

– Tro­chę wię­cej niż sześć, to bliź­nięta.

– Zawsze byłam szcze­gól­nie zain­te­re­so­wana bliź­nię­tami, zwłasz­cza odkąd pani Ham­mond miała ich tyle – powie­działa Ania gor­li­wie. – Czy są uro­dziwe?

– Boże drogi, nie spo­sób powie­dzieć, takie były umo­ru­sane. Tadzio był na dwo­rze i bawił się w bło­cie, a kiedy Tola wyszła po niego, ją rów­nież wepchnął w błoto. Kiedy się roz­pła­kała, wsko­czył w sam śro­dek, żeby poka­zać jej, że nie ma powodu do pła­czu. Mary mówiła, że Tola jest dobrym dziec­kiem, a z Tadzia jest nie­złe ziółko! Można powie­dzieć, że nikt go ni­gdy nie wycho­wy­wał. Jego ojciec umarł, kiedy Tadzio był nie­mow­la­kiem, a Mary jest chora wła­ści­wie od tam­tej pory.

– Bar­dzo mi zawsze szkoda nie­wy­cho­wa­nych dzieci – powie­działa Ania sta­tecz­nie. – Wiesz prze­cież, że ja rów­nież byłam nie­wy­cho­wana, dopóki nie wzię­łaś się za mnie. Mam nadzieję, że ich wuj się nimi zaopie­kuje. A jak spo­krew­niona jest z tobą pani Keith?

– Mary? Wła­ści­wie wcale! To jej mąż był naszym dal­szym kuzy­nem. A oto pani Linde prze­cho­dzi przez podwó­rze. Myślę, że przy­szła dowie­dzieć się, co z Mary.

– Nie mów jej, pro­szę, o panu Har­ri­so­nie i kro­wie – popro­siła Ania.

Maryla obie­cała to Ani, ale i tak nie miało to więk­szego zna­cze­nia, bo pani Linde, zanim usia­dła, powie­działa:

– Kiedy wra­ca­łam z Car­mody, widzia­łam pana Har­ri­sona uga­nia­ją­cego się w owsie za waszą krową. Wyglą­dał na wście­kłego. Naro­bił hałasu?

Ania i Maryla wymie­niły ukrad­kowe, roz­ba­wione uśmie­chy. Nie­wiele rze­czy w Avon­lea uda­wało się ukryć przed panią Linde. Tego ranka Ania powie­działa:

– Gdy­byś wszedł do pokoju o pół­nocy, zamknął drzwi na klucz, zasu­nął zasłony i kich­nął, następ­nego dnia rano pani Linde zapy­ta­łaby, gdzie się prze­zię­bi­łeś!

– Wydaje mi się, że tak – przy­znała Maryla. – Mnie nie było. To z Anią podzie­lił się swo­imi uwa­gami.

– Sądzę, że jest on bar­dzo nie­przy­jem­nym czło­wie­kiem – powie­działa obra­żona Ania, potrzą­sa­jąc swą rudą głową.

– Ni­gdy nie byłaś bliż­sza prawdy – powie­działa pani Linde poważ­nie. – Wie­dzia­łam, że będą kło­poty, kiedy Robert Bell sprze­dał gospo­dar­stwo czło­wie­kowi z Nowego Brunsz­wiku, ot co! Nie wiem, co się sta­nie z Avon­lea, gdyż osie­dla się tu tylu przy­jezd­nych. Wkrótce nie będziemy się czuli bez­pieczni nawet we wła­snych łóż­kach!

– Skąd taka myśl? Kto jesz­cze ma zamiar się tu osie­dlić? – zapy­tała Maryla.

– Nie sły­sza­łaś? No więc jest rodzina Don­nel­lów, to pierw­sze. Wyna­jęli stary dom Petera Slo­ane’a. Peter wyna­jął czło­wieka do pro­wa­dze­nia młyna. Pocho­dzą ze wschodu i nikt nic o nich nie wie. Dru­gie, to rodzina gnu­śnego Tymo­te­usza Cot­tona prze­pro­wa­dza się do Bia­łych Pia­sków, gdzie będą po pro­stu obcią­że­niem dla spo­łe­czeń­stwa! On cho­ruje na suchoty i cią­gle krad­nie, a jego żona to nie­chlujne stwo­rze­nie, które nie jest w sta­nie niczego przed­się­wziąć. Zmywa naczy­nia na sie­dząco! Pani Geo­rge’owa Pye przy­gar­nęła osie­ro­co­nego sio­strzeńca męża, Anto­sia Pye’a. Będzie cho­dził do two­jej szkoły, więc spo­dzie­waj się kło­po­tów, ot co. Jaś Irving przy­jeż­dża ze Sta­nów zamiesz­kać ze swoją babką. Pamię­tasz, Marylo, jego ojca, Ste­fana Irvinga, tego, który porzu­cił Lawendę Lewis z Gra­fton?

– Nie wydaje mi się, że ją porzu­cił. Była ponoć kłót­nia, sądzę, że wina leży po obu stro­nach.

– Tak czy ina­czej nie poślu­bił jej i od tam­tej pory jest raczej dziwna, tak mówią. Mieszka sama w małym kamien­nym domku, który się nazywa Domek Ech. Ste­fan wyje­chał do Sta­nów, gdzie wspól­nie z wujem otwo­rzył inte­res i poślu­bił jan­ke­skę. Ni­gdy nie wró­cił w rodzinne strony, cho­ciaż jego matka była go odwie­dzić raz czy dwa. Żona odumarła go dwa lata temu, a teraz wysłał syna w odwie­dziny do matki na pewien czas. Chło­piec ma dzie­sięć lat, ale nie wiem, czy jest pożą­da­nym uczniem. Ni­gdy nic nie wia­domo z tymi jan­ke­sami.

Pani Linde patrzyła z góry na wszyst­kich ludzi, któ­rzy mieli nie­szczę­ście uro­dzić się albo wycho­wać poza gra­ni­cami Wyspy Księ­cia Edwarda. Oczy­wi­ście nie­wy­klu­czone, że byli oni dobrymi ludźmi, jed­nak bez­piecz­niej było myśleć coś wręcz prze­ciw­nego. A jan­ke­sów darzyła szcze­gólną nie­chę­cią. Jej mąż został kie­dyś oszu­kany na dzie­sięć dola­rów przez pra­cow­nika pocho­dzą­cego z Bostonu i od tej pory żywiła nie­złomne prze­ko­na­nie, że to wina całych Sta­nów Zjed­no­czo­nych i nikt nie mógł jej tego wyper­swa­do­wać.

– Szkole w Avon­lea przyda się tro­chę świe­żej krwi – powie­działa Maryla sucho. – A jeżeli ten chło­piec jest cho­ciaż tro­chę podobny do ojca, to wszystko będzie dobrze. Steve Irving był naj­mil­szym chłop­cem, jakiego kie­dy­kol­wiek wydały na świat te strony, cho­ciaż nie­któ­rzy mogliby powie­dzieć, ze był dumny. Moim zda­niem, pani Irving powinna być szczę­śliwa, że będzie mieć chłopca u sie­bie. Odkąd jej mąż umarł, jest dość osa­mot­niona.

– Chło­piec może oczy­wi­ście być grzeczny, ale na pewno będzie się róż­nił od innych dzieci z Avon­lea – powie­działa pani Linde, jak gdyby to roz­strzy­gało sprawę. Opi­nie pani Linde odno­śnie osób, miejsc czy rze­czy zawsze były nie­odwo­łal­nie uza­sad­nione. – Cóż to za pogło­ski sły­szę, Aniu, że chcesz zało­żyć Sto­wa­rzy­sze­nie na Rzecz Udo­sko­na­la­nia Wio­ski?

– Roz­ma­wia­li­śmy o tym tylko z kil­koma dziew­czę­tami i chłop­cami na ostat­nim spo­tka­niu Klubu Dys­ku­syj­nego – powie­działa Ania, rumie­niąc się. – Myśle­li­śmy, że to dość cie­kawe, podob­nego zda­nia byli pań­stwo Allan. Podobne ist­nieją też w oko­licz­nych miej­sco­wo­ściach.

– Cóż, możesz się na tym spa­rzyć. Lepiej zosta­wić to w spo­koju, Aniu, ot co. Ludzie nie lubią, żeby ich popra­wiać!

– Nie mamy zamiaru popra­wiać ludzi! Tylko Avon­lea. Dużo jest rze­czy, które można by ulep­szyć. Na przy­kład – gdyby tak nakło­nić pana Leviego Boul­tera, żeby zbu­rzył ten okropny dom w gór­nej czę­ści gospo­dar­stwa, to czy nie byłaby to poprawa?

– Z pew­no­ścią! Ta ruina już od dawna jest solą w oku całej oko­licy. Ale jeżeli wam, człon­kom Sto­wa­rzy­sze­nia, uda się nakło­nić Leviego Boul­tera, żeby zro­bił za darmo coś dla spo­łecz­no­ści, to chcia­ła­bym zoba­czyć i usły­szeć to na wła­sne oczy i uszy. Ot co! Nie chcę cię znie­chę­cać, Aniu, bo być może twój pomysł nie jest naj­gor­szy, mimo że pew­nie pocho­dzi z jakie­goś jan­ke­skiego maga­zynu, ale ponie­waż będziesz bar­dzo zajęta w szkole, radzę ci jako przy­ja­ciel nie brać sobie na głowę dodat­ko­wego kło­potu, ot co. Ale wiem, że i tak pew­nie zro­bisz, jak sobie posta­no­wi­łaś. Zawsze sta­wiasz na swoim!

Coś w uło­że­niu Ani ust mówiło, że pani Linde nie myli się w swo­jej oce­nie. Ania zde­cy­do­wała się na zało­że­nie Sto­wa­rzy­sze­nia. Gil­bert Bly­the, który miał uczyć w Bia­łych Pia­skach, ale przy­jeż­dżać do domu co pią­tek wie­czo­rem, aby zostać do ponie­działku, był rów­nie entu­zja­stycz­nie nasta­wiony do tego pro­jektu, podob­nie jak inni mło­dzi ludzie, dla któ­rych ozna­czało to co naj­mniej spo­ra­dyczne spo­tka­nia i cho­ciaż tro­chę zabawy. Jeżeli cho­dzi o „udo­sko­na­le­nia”, to nikt spe­cjal­nie nie zawra­cał sobie tym głowy z wyjąt­kiem Ani i Gil­berta. Oma­wiali je w kółko i pla­no­wali, aż wresz­cie powstał w ich gło­wach obraz ide­al­nego Avon­lea.

Pani Linde miała jesz­cze jedną nowinę.

– Szkołę w Car­mody dali Pri­scilli Grant. Aniu, czy nie cho­dzi­łaś do szkoły z dziew­czyną o tym imie­niu?

– Tak, ow­szem. Pri­scilla ma uczyć w Car­mody?! Jak cudow­nie się składa! – wykrzyk­nęła Ania z bły­skiem w sza­rych oczach, dzięki czemu wyglą­dały jak dwie wie­czorne gwiazdy, powo­du­jąc, że po raz kolejny pani Linde musiała się zasta­no­wić, czy Ania nie jest jed­nak ładna.

Roz­dział II. Co nagle to po dia­ble

ROZ­DZIAŁ II

Co nagle to po dia­ble

Następ­nego dnia Ania poje­chała do Car­mody na zakupy. Zabrała ze sobą Dianę Barry, Diana była oczy­wi­ście zaprzy­się­żo­nym człon­kiem Sto­wa­rzy­sze­nia i obie dziew­czyny głów­nie o nim roz­pra­wiały całą drogę tam i z powro­tem.

– Pierw­szą rze­czą, którą powin­ni­śmy się zająć, byłoby poma­lo­wa­nie tej świe­tlicy! – zapro­po­no­wała Diana, kiedy prze­jeż­dżały koło świe­tlicy Avon­lea, ulo­ko­wa­nej w raczej sfa­ty­go­wa­nym budynku w małej, zale­sio­nej kotlince zacie­nio­nej ze wszyst­kich stron świer­kami. – Wygląd tego miej­sca to wstyd i nim powin­ni­śmy się zająć, zanim zaczniemy roz­ma­wiać z panem Levim Boul­te­rem o zbu­rze­niu jego domu. Ojciec mówi, że to się nam ni­gdy nie uda. Pan Boul­ter jest zbyt nie­uży­teczny, żeby chciało mu się poświę­cać tyle czasu dla nas.

– Być może zgo­dzi się, żeby to chłopcy zbu­rzyli dom, jeżeli dodat­kowo obie­cają, że usuną płyty, a deski porą­bią na pod­pałkę – powie­działa Ania z nadzieją w gło­sie.

– Musimy się posta­rać, ale też zda­wać sobie sprawę, że na początku może nam iść jak po gru­dzie. Nie ocze­kujmy, że wszystko zro­bimy naraz! Naj­pierw trzeba będzie wyro­bić świa­do­mość spo­łeczną w miesz­kań­cach Avon­lea.

Diana nie była pewna, co miała ozna­czać „świa­do­mość spo­łeczna miesz­kań­ców”, ale brzmiało to nie­źle i czuła się bar­dzo dumna, że należy do grupy o tak szczyt­nym celu.

– Wymy­śli­łam wczo­raj wie­czo­rem jesz­cze jedną rzecz, którą mogli­by­śmy zro­bić, Aniu. Pamię­tasz tę trój­kątną działkę, gdzie spo­ty­kają się drogi pro­wa­dzące do Car­mody, New­bridge i Bia­łych Pia­sków? Cała jest poro­śnięta mło­dymi świer­kami. Czy nie byłoby ład­nie, gdyby je usu­nąć, pozo­sta­wia­jąc tylko dwa czy trzy buki?

– Dosko­nale – zgo­dziła się Ania wesoło – i można by pod tymi bukami posta­wić ławeczkę. A wio­sną na środku urzą­dzić klomb i zasa­dzić pelar­go­nie.

– Tak! Trzeba będzie tylko zna­leźć spo­sób, by stara pani Hira­mowa Slo­ane trzy­mała swoją krowę z dala, gdyż ina­czej pożre nasze pelar­go­nie! – Zaśmiała się Diana. – Zaczy­nam rozu­mieć, co mia­łaś na myśli, mówiąc o uświa­da­mia­niu spo­łecz­no­ści, Aniu. A oto dom pana Boul­tera. Widzia­łaś kie­dyś taką ruinę? I to przy samej dro­dze. Stary dom bez okien przy­wo­dzi mi na myśl umar­łego bez oczu.

– Myślę, że stary opusz­czony dom to taki smutny widok – powie­działa Ania łagod­nie. – Wydaje się, jakby roz­pa­mię­ty­wał prze­szłość i żało­wał dobrych cza­sów. Maryla mówi, że kie­dyś miesz­kała tu duża rodzina i że było to naprawdę ładne miej­sce z cudow­nym ogro­dem i pną­cymi się różami. Pełne małych dzieci, śmie­chu i śpiewu, a teraz opu­sto­szało i nic się w nim nie poja­wia z wyjąt­kiem wia­tru. Jak samotne i nie­szczę­śliwe musi się czuć. A może oni wra­cają pod­czas księ­ży­co­wych nocy, duchy małych dzieci z daw­nych cza­sów, róże, śpiew i przez chwilę mały domek śni, że znowu jest nowy i wesoły.

Diana potrzą­snęła głową.

– Nie wyobra­żam już sobie takich rze­czy o domach, Aniu. Pamię­tasz, jak roz­złosz­czone były moja mama i Maryla, kiedy wyobra­zi­ły­śmy sobie duchy w Lesie Stra­chów? Jesz­cze dzi­siaj prze­cho­dzą mnie ciarki, kiedy muszę po zmroku przejść przez te zaro­śla! Jeżeli zacznę wyobra­żać sobie takie histo­rie o sta­rym domu Boul­te­rów, będę rów­nie prze­ra­żona, mija­jąc go. Poza tym te dzieci wcale nie umarły. Doro­sły, żyją i mają się cał­kiem dobrze. Jedno z nich jest rzeź­ni­kiem. A kwiaty i pio­senki nie mają duchów!

Ania stłu­miła lek­kie wes­tchnie­nie. Szcze­rze kochała Dianę i zawsze były dobrymi kole­żan­kami, ale już dawno prze­ko­nała się, że drogę do kra­iny marzeń musi poko­ny­wać sama. Nawet naj­bliż­sza jej osoba nie radziła sobie na zacza­ro­wa­nej ścieżce.

Kiedy dziew­częta były w Car­mody, roz­pę­tała się burza z pio­ru­nami. Nie trwała jed­nak długo i przy­jemny był powrót dróż­kami poły­sku­ją­cymi od kro­pel desz­czu i prze­siąk­nię­tymi korzen­nym zapa­chem mokrych paproci. Ale kiedy skrę­ciły w trakt pro­wa­dzący do gospo­dar­stwa Cuth­ber­tów, Ania zoba­czyła coś, co natych­miast stę­piło jej wraż­li­wość na urodę kra­jo­brazu. Po pra­wej stro­nie roz­cią­gały się sze­ro­kie, zie­lo­no­szare pola owsa pana Har­ri­sona, mokre i bujne, a na samym ich środku, zanu­rzona aż po szczu­płe boki, mru­ga­jąc spo­koj­nie nad roz­po­ście­ra­ją­cym się przed nią zbo­żem, stała skromna krowa rasy dżer­sej!

Ania upu­ściła wodze i wstała, zaci­ska­jąc usta, co nie wró­żyło nic dobrego czwo­ro­noż­nemu dra­pi­chru­stowi. Nie powie­dziaw­szy ani słowa, zwin­nie prze­ci­snęła się nad kołami i ogro­dze­niem, zanim Diana zorien­to­wała się, co się stało!

– Aniu, wra­caj! – wykrzyk­nęła, kiedy tylko odzy­skała mowę.

– Znisz­czysz sukienkę w tym mokrym zbożu! Znisz­czysz! Wcale mnie nie słu­cha. Prze­cież ni­gdy jej się nie uda zła­pać tej krowy w poje­dynkę. Oczy­wi­ście muszę jej pomóc.

Ania bie­gła jak sza­lona przez mokre zboże. Diana żywo zesko­czyła z powozu, uwią­zała konia do słupka, zarzu­ciła spód­nicę swo­jej ład­nej sukienki z kra­cia­stej bawełny na ramiona, wdra­pała się na płot, a następ­nie rzu­ciła w pogoń za swoją osza­lałą z nie­po­koju kole­żanką. Bie­gła szyb­ciej niż Ania, którą hamo­wała przy­le­ga­jąca do nóg prze­mo­czona sukienka, i szybko ją dogo­niła. Pozo­sta­wiły za sobą taki ślad, że gdyby pan Har­ri­son go zoba­czył, na pewno pękłoby mu serce.

– Aniu, na litość boską, zatrzy­maj się! – wydy­szała Diana – nie mogę zła­pać tchu, a ty jesteś prze­mo­czona do suchej nitki.

– Muszę… zła­pać… tę krowę… zanim… pan Har­ri­son… ją zoba­czy – wysa­pała Ania. – Nie­ważne… czy będę… mokra, ważne… żeby… osią­gnąć… cel!

Ale krowa rasy dżer­sej ani myślała opusz­czać bujne, sma­ko­wite pastwi­sko. Kiedy dziew­częta bez tchu zna­la­zły się nie­opo­dal, zawró­ciła i ruszyła jak z procy na prze­ciwny koniec pola.

– Zatrzy­maj ją – krzy­czała zdy­szana Ania – bie­gnij, Diano, bie­gnij!

Więc Diana bie­gła. Ania też pró­bo­wała, a zło­śliwa krowa okrą­żała pole jak opę­tana. Tak mię­dzy nami mówiąc, takiego zda­nia o niej była Diana. Stra­ciły dzie­sięć minut, zanim udało im się ją okrą­żyć i zła­pać. Popro­wa­dziły ją przez dziurę w ogro­dze­niu na drogę do gospo­dar­stwa Cuth­ber­tów.

Nie można zaprze­czyć, że nastrój Ani nie był wcale aniel­ski. Nie pomo­gło też wcale, że przy dro­dze stała dorożka, w któ­rej sie­dział pan She­arer z Car­mody ze swoim synem. Obaj z sze­ro­kim uśmie­chem na twa­rzy.

– Chyba byłoby lepiej, gdy­byś sprze­dała mi tę krowę, kiedy pro­po­no­wa­łem ci to w zeszłym tygo­dniu, Aniu – zachi­cho­tał pan She­arer.

– Sprze­dam ją panu teraz, jeżeli jesz­cze ją pan chce – powie­działa zaru­mie­niona i potar­gana wła­ści­cielka. – Może ją pan mieć w tej sekun­dzie!

– Zała­twione! Dam ci za nią dwa­dzie­ścia dola­rów, tak jak obie­cy­wa­łem przed­tem. Jim może ją odwieźć do Car­mody. Poje­dzie do mia­sta razem z resztą bydła dziś wie­czo­rem. Pan Read z Bri­gh­ton poszu­kuje wła­śnie dżer­sejki.

Pięć minut póź­niej Jim She­arer i krowa rasy dżer­sej masze­ro­wali drogą, a impul­sywna Ania jechała dróżką na Zie­lone Wzgó­rze z dwu­dzie­stoma dola­rami w kie­szeni.

– Co powie Maryla? – zapy­tała Diana.

– Nie będzie to miało dla niej żad­nego zna­cze­nia. Dolly to moja krowa, a jest mało praw­do­po­dobne, bym dostała za nią na aukcji wię­cej niż dwa­dzie­ścia dola­rów. Ale i tak – wes­tchnęła – gdy pan Har­ri­son zoba­czy pole, będzie wie­dział, kto wlazł w szkodę, a prze­cież dałam słowo honoru, że się to wię­cej nie powtó­rzy! Tak, dosta­łam nauczkę, żeby nie dawać słowa honoru w przy­padku krów! A kro­wie, która jest w sta­nie prze­sko­czyć ogro­dze­nie albo wyła­mać się z zagrody, już na pewno nie można ufać.

Maryla była u pani Linde, a kiedy wró­ciła, wie­działa wszystko o sprze­daży Dolly, bo pani Linde, widząc zawie­ra­nie trans­ak­cji ze swo­jego okna, domy­śliła się reszty.

– Wła­ści­wie to dobrze, że już jej nie ma. Jed­nak dzia­łasz tro­chę pochop­nie. Nie wiem, jak udało się jej wydo­stać z zagrody, musiała wyła­mać deski.

– Nie pomy­śla­łam, by spraw­dzić. Pójdę teraz zoba­czyć. Mar­tin jesz­cze nie wró­cił. Być może znów mu umarła kolejna ciotka. Taka sama histo­ria jak z panem Pete­rem Slo­anem i osiem­dzie­się­cio­lat­kami. Kilka dni temu pani Slo­ane, czy­ta­jąc gazetę, rze­kła do pana Slo­ane’a: „Och, następny osiem­dzie­się­cio­la­tek umarł”. Zapy­tała pana Slo­ane’a, co ozna­cza słowo „osiem­dzie­się­cio­la­tek”. Pan Slo­ane powie­dział, że nie wie, ale że muszą to być jakieś rzadko wystę­pu­jące cho­ro­wite istoty, o któ­rych mówi się tylko wtedy, kiedy umie­rają. Tak samo jest z ciot­kami Mar­tina.

– Mar­tin jest taki sam jak inni Fran­cuzi – powie­działa Maryla. – Nie można na nich pole­gać za grosz.

Maryla prze­glą­dała zakupy, jakie Ania przy­wio­zła ze sobą z Car­mody, kiedy usły­szała gło­śny lament. Minutę póź­niej Ania wbie­gła do kuchni, zała­mu­jąc ręce.

– Aniu Shir­ley, co się stało?

– Och, Marylo, co mam teraz zro­bić? To straszne i to wszystko moja wina! Czy ja się ni­gdy nie nauczę, żeby pomy­śleć, zanim zro­bię coś lek­ko­myśl­nego?

– Aniu, jesteś strasz­nie iry­tu­jąca! Co takiego zro­bi­łaś?

– Sprze­da­łam panu She­are­rowi dżer­sejkę pana Har­ri­sona! Tę, którą kupił od pana Bella! Dolly jest w swo­jej zagro­dzie!

– Aniu Shir­ley, czy ty śnisz?

– Chcia­ła­bym, żeby to był sen. Nie ma w tym nic ze snu, chyba że kosz­mar to dla cie­bie sen. A krowa pana Har­ri­sona już pew­nie doje­chała do Char­lot­te­town. Och, Marylo! Myśla­łam, że już skoń­czyły się moje tara­paty i oto pro­szę! Naj­gor­szy kło­pot mego życia! Co mam zro­bić?

– Co zro­bić? Nie pozo­staje nic innego, jak iść do pana Har­ri­sona i wyja­śnić sprawę. Możemy mu zaofe­ro­wać naszą dżer­sejkę na wymianę, jeżeli nie będzie chciał wziąć pie­nię­dzy. Nasza jest wła­ści­wie rów­nie dobra.

– Pewna jestem, że się wściek­nie i nie będzie skłonny do współ­pracy – wyję­czała Ania.

– Przy­pusz­czam, że tak. Wydaje się dość ner­wowy. Jeżeli chcesz, sama to zała­twię.

– Och, nie. Nie jestem aż tak podła! – wykrzyk­nęła Ania. – To wszystko moja wina i na pewno nie pozwolę ci ponieść za mnie kary. Pójdę sama i zro­bię to zaraz. Im prę­dzej się z tym upo­ram, tym lepiej! To będzie bar­dzo upo­ka­rza­jące.

Biedna Ania wzięła kape­lusz i dwa­dzie­ścia dola­rów, a prze­cho­dząc koło spi­żarni, spoj­rzała na cia­sto orze­chowe, które upie­kła tego ranka. Wyjąt­kowo ape­tyczne, polu­kro­wane na różowo i obło­żone orze­chami wło­skimi. Ania zamie­rzała podać je w piąt­kowy wie­czór, kiedy mło­dzież z Avon­lea miała się spo­tkać na Zie­lo­nym Wzgó­rzu w spra­wach Sto­wa­rzy­sze­nia. Ale jak można było porów­ny­wać tę oka­zję z szansą na prze­pro­sze­nie pana Har­ri­sona, który miał pełne prawo się obra­zić?

Ania pomy­ślała, że cia­sto może pomóc zała­go­dzić złość męż­czy­zny, zwłasz­cza takiego, który musi sam goto­wać, i natych­miast spa­ko­wała je do pudełka.

– Oczy­wi­ście jeżeli da mi szansę powie­dzieć choć słowo – pomy­ślała żało­śnie, wdra­pu­jąc się na ogro­dze­nie, żeby przejść skró­tem przez pola ozło­cone jak marze­nie świa­tłem sierp­nio­wego wie­czoru. – Teraz wiem, jak czują się ludzie pro­wa­dzeni na stra­ce­nie.

Roz­dział III. W domu pana Har­ri­sona

ROZ­DZIAŁ III

W domu pana Har­ri­sona

Dom pana Har­ri­sona był sta­ro­dawną, wybie­loną budowlą o niskich oka­pach poło­żoną w gęstym świer­ko­wym zagaj­niku.

Pan Har­ri­son we wła­snej oso­bie sie­dział w samej koszuli na weran­dzie zacie­nio­nej wino­ro­ślą, delek­tu­jąc się wie­czorną fajką. Kiedy zdał sobie sprawę z tego, kto nad­cho­dzi drogą, sko­czył na równe nogi, wbiegł do domu i zatrza­snął za sobą drzwi. Zacho­wał się tak, nie­przy­jem­nie zasko­czony i jed­no­cze­śnie zawsty­dzony swoim wczo­raj­szym wybu­chem. Dla Ani był to jed­nak cios, który ode­brał jej resztkę odwagi.

– Jeżeli jest taki zły już teraz, to co się sta­nie, kiedy się dowie, co zro­bi­łam? – myślała smutno, puka­jąc do drzwi.

Ale zaże­no­wany pan Har­ri­son otwo­rzył drzwi uśmiech­nięty i zapro­sił ją do środka tonem dość łagod­nym i przy­ja­znym, acz­kol­wiek tro­chę zde­ner­wo­wa­nym. Odło­żył fajkę i zało­żył mary­narkę, zaofe­ro­wał Ani uprzej­mie bar­dzo zaku­rzone krze­sło i przy­ję­cie jej prze­bie­głoby wystar­cza­jąco przy­jem­nie, gdyby nie gada­jąca papuga gapiąca się spo­mię­dzy prę­tów klatki złymi, zło­ci­stymi śle­piami. Kiedy tylko Ania usia­dła, wykrzyk­nęła:

– Na mą duszę, co robi tu ta rudo­włosa wie­wiórka?

Ciężko byłoby oce­nić, czyja twarz bar­dziej poczer­wie­niała – pana Har­ri­sona czy Ani.

– Pro­szę nie przej­mo­wać się papugą – pan Har­ri­son, mówiąc, rzu­cał mor­der­cze spoj­rze­nia w stronę klatki. – Zawsze gada bzdury. Dosta­łem ją od brata mary­na­rza. Mary­na­rze posłu­gują się dość nie­wy­bred­nym języ­kiem, a papugi świet­nie wszystko powta­rzają.

– Tak, sły­sza­łam – powie­działa biedna Ania, a pamięć o jej wyczy­nie tłu­miła nie­chęć do ptaka. W obec­nej sytu­acji, w żad­nym wypadku, nie mogła zacho­wać się nie­uprzej­mie w sto­sunku do pana Har­ri­sona. Jeżeli bez­ce­re­mo­nial­nie sprzeda się cudzą krowę bez zgody i wie­dzy wła­ści­ciela, nie należy obra­żać się z powodu jego papugi, choćby wyga­dy­wała naj­bar­dziej nie­po­chlebne słowa. W tym wypadku rudo­włosa musiała być potulna.

– Przy­szłam wyznać coś panu, panie Har­ri­son – powie­działa sta­now­czo. – Cho­dzi o krowę rasy dżer­sej.

– O mój Boże, czyżby znowu dobrała się do mojego owsa? W takim przy­padku, cóż, nie­ważne, jeśli tak się stało. Nie ma to żad­nego zna­cze­nia. Wczo­raj zacho­wa­łem się zbyt poryw­czo. Naprawdę, nie ma zna­cze­nia!

– Gdyby o to tylko cho­dziło! – wes­tchnęła Ania – pro­blem jest dzie­sięć razy gor­szy. Nie…

– O nie, czyżby cho­dziło o psze­nicę?

– Nie, nie psze­nica, ale…

– W taki razie kapu­sta? Wpa­dła w kapu­stę, którą hoduję na wystawę?

– Nie, nie cho­dzi o kapu­stę, panie Har­ri­son. Powiem panu wszystko, zna­czy wyja­śnię powód mojej wizyty, ale pro­szę mi nie prze­ry­wać. Bar­dzo się wtedy dener­wuję. Pro­szę pozwo­lić mi opo­wie­dzieć całą histo­rię i nic nie mówić, dopóki nie skoń­czę. A w myślach dokoń­czyła: „Wtedy na pewno będzie miał pan wiele do powie­dze­nia”.

– Nie powiem wię­cej ani słowa – obie­cał pan Har­ri­son i fak­tycz­nie mil­czał. Ale Gin­ger nie obo­wią­zy­wała jego obiet­nica, więc cią­gle wtrą­cała swoje: „rudo­włosa wie­wiórka”, dopro­wa­dza­jąc Anię do furii.

– Wczo­raj wie­czo­rem zamknę­łam dżer­sejkę w zagro­dzie. Dzi­siaj rano poje­cha­łam do Car­mody, a w dro­dze powrot­nej zoba­czy­łam krowę rasy dżer­sej w pana owsie. Wraz z Dianą wygna­ły­śmy ją z pola. Nie wyobraża pan sobie, jakie było to trudne. Były­śmy strasz­nie zmę­czone, prze­mo­czone i poiry­to­wane, a tu nagle poja­wił się pan She­arer i zapro­po­no­wał, że kupi moją krowę. Sprze­da­łam ją na miej­scu za dwa­dzie­ścia dola­rów. Było to błę­dem. Powin­nam była pocze­kać i zapy­tać Marylę o zda­nie. Ale, nie­stety, jestem okropna, jeżeli cho­dzi o dzia­ła­nie bez zasta­no­wie­nia. Wszy­scy to potwier­dzą. Pan She­arer zabrał krowę, żeby wysłać ją na targ wie­czor­nym pocią­giem.

– Rudo­włosa wie­wiórka – powtó­rzyła Gin­ger tonem peł­nym pogardy.

W tym momen­cie pan Har­ri­son wstał z wyra­zem twa­rzy, który wzbu­dziłby prze­ra­że­nie w każ­dym ptaku, z wyjąt­kiem tej papugi, wyniósł jej klatkę do sąsied­niego pokoju i zamknął drzwi. Gin­ger wrzesz­czała, prze­kli­nała i zgod­nie ze swoją repu­ta­cją zacho­wy­wała się okrop­nie, aż popa­dła w zna­mio­nu­jące obrazę mil­cze­nie.

– Niech panna wyba­czy i kon­ty­nu­uje, pro­szę – powie­dział pan Har­ri­son. – Mój brat mary­narz ni­gdy tego ptaka nie wycho­wał.

– Wró­ci­łam do domu i po kola­cji poszłam do zagrody. Panie Har­ri­son… – Ania pochy­liła się do przodu, zło­żyła dło­nie tak jak daw­niej, gdy była dziec­kiem, i utkwiła szare oczy w twa­rzy pana Har­ri­sona… – moja krowa ni­gdzie z niej się nie ruszyła! To pana krowę sprze­da­łam panu She­are­rowi!

– O mój Boże! – wykrzyk­nął pan Har­ri­son zdu­miony tym nie­spo­dzie­wa­nym zakoń­cze­niem. – Ależ to nie­zwy­kłe!

– Cóż, nie ma nic nad­zwy­czaj­nego w tym, że pakuję sie­bie i innych w tara­paty – powie­działa Ania żało­śnie. – Słynę z tego. Można by pomy­śleć, że pora z tego wyro­snąć. W marcu skoń­czę prze­cież sie­dem­na­ście lat, ale chyba jed­nak nie jest łatwo zwal­czyć tę cechę. Panie Har­ri­son, wiem, że szanse są marne, ale czy może mi pan wyba­czyć? Oba­wiam się, że już za późno, aby odzy­skać pań­ską krowę, ale pro­szę, oto są pie­nią­dze z jej sprze­daży albo – gdyby pan wolał – może pan wziąć moją krowę. To świetna krowa. Wprost nie mogę wyra­zić, jak bar­dzo mi przy­kro z powodu tego wyda­rze­nia.

– Już, już – powie­dział pan Har­ri­son żywo. – Niech panna nie mówi już wię­cej. To nie ma zna­cze­nia. Zupeł­nie, żad­nego zna­cze­nia. Ja sam czę­sto dzia­łam zbyt pochop­nie, bar­dzo pochop­nie. Ale czę­sto ciężko mi poha­mo­wać mówie­nie tego, co myślę, i ludzie muszą jakoś to znieść. Gdyby ta krowa wpa­dła w moją kapu­stę, ale nie­ważne, nie była w kapu­ście, więc to nie ma zna­cze­nia. Myślę, że lepiej wezmę krowę panny na wymianę, skoro i tak chce się jej panna pozbyć.

– Och, dzię­kuję, panie Har­ri­son. Taka jestem szczę­śliwa, że nie roz­gnie­wał się pan. Oba­wia­łam się, że będzie pan wście­kły.

– Pew­nie umie­ra­łaś ze stra­chu przed przyj­ściem tutaj po raba­nie, któ­rego naro­bi­łem wczo­raj? Ale nie powinna się mnie panna bać. Ja tylko robię dużo hałasu, zbyt szybko mówię, co myślę, nawet jeżeli to tro­chę przy­kre.

– Och, to tak samo jak pani Linde – powie­działa Ania, zanim zdą­żyła ugryźć się w język.

– Kto? Pani Linde? Nie chciała chyba panna suge­ro­wać, że jestem jak ta stara plot­kara – powie­dział zde­ner­wo­wany pan Har­ri­son. – Nie jestem taki zupeł­nie. Ani tro­chę. A co ma panna w tym pudełku?

– Cia­sto – odparła Ania figlar­nie. Odczuła ogromną ulgę na widok nie­spo­dzie­wa­nej życz­li­wo­ści pana Har­ri­sona. – Przy­nio­słam je dla pana. Pomy­śla­łam, że pew­nie nie­czę­sto jada pan domowe wypieki.

– Co racja, to racja. Bar­dzo rzadko się to zda­rza, a bar­dzo sobie cenię sło­dy­cze. Jestem nie­by­wale wdzięczny. Do tego cia­sto wygląda wyjąt­kowo ape­tycz­nie. Mam nadzieję, że okaże się rów­nie sma­ko­wite.

– Jestem tego pewna. W swoim cza­sie robi­łam cia­sta, które nie­ko­niecz­nie były smaczne, może pan zapy­tać panią Allan, ale to aku­rat się udało. Zrobi­łam je na spo­tka­nie Sto­wa­rzy­sze­nia, ale dla nich wymy­ślę póź­niej coś innego.

– Zróbmy tak. Pro­szę pomóc mi je zjeść, panno Aniu! Wsta­wię wodę i zro­bimy sobie po fili­żance her­baty. Co panna na to?

– Czy pozwoli pan, żebym to ja zapa­rzyła her­batę? – zapy­tała Ania z powąt­pie­wa­niem.

Pan Har­ri­son zachi­cho­tał.

– Widzę, że nie ma panna zaufa­nia do mojej umie­jęt­no­ści parze­nia her­baty. Bar­dzo się panna myli. Potra­fię zapa­rzyć naj­lep­szą her­batę, jaką panna kie­dy­kol­wiek piła! Ale pro­szę, oczy­wi­ście może panna zro­bić to sama. Całe szczę­ście, że padało w zeszłą nie­dzielę, więc jest pełno czy­stych naczyń.

Ania wstała żywo i wzięła się do pracy. Naj­pierw wie­lo­krot­nie umyła czaj­ni­czek, zanim wsy­pała do niego her­baty. Potem zamio­tła piec i nakryła stół, bio­rąc naczy­nia ze spi­żarni. Stan tej ostat­niej tro­chę ją prze­ra­ził, ale roz­sąd­nie nie sko­men­to­wała go ani sło­wem. Pan Har­ri­son powie­dział jej, gdzie znaj­dzie chleb, masło i słoik brzo­skwiń. Ania przy­stro­iła stół bukie­tem kwia­tów z ogrodu i posta­no­wiła przy­mknąć oczy na plamy na obru­sie. Wkrótce her­bata była gotowa i Ania, sie­dząc naprze­ciwko pana Har­ri­sona, nalała ją do fili­ża­nek, gawę­dząc o szkole, przy­ja­cio­łach i pla­nach. Z tru­dem wie­rzyła wła­snym oczom i uszom!

Pan Har­ri­son przy­niósł Gin­ger z powro­tem, suge­ru­jąc, ze biedny ptak poczuł się samotny, a Ania, czu­jąc, ze mogłaby wyba­czyć wszystko i wszyst­kim, na znak pokoju zaofe­ro­wała jej orze­cha. Jed­nakże uczu­cia Gin­ger zostały zra­nione zbyt głę­boko, odmó­wiła więc zaak­cep­to­wa­nia jakich­kol­wiek prób rozejmu. Nastro­szyw­szy pióra, sie­działa nachmu­rzona na swo­jej grzę­dzie i wyglą­dała jak zie­lo­no­złota kulka.

– Dla­czego nazywa ją pan Gin­ger? – zapy­tała Ania, która lubiła sto­sowne nazwy i myślała, że rudy wcale nie odpo­wiada wspa­nia­łemu upie­rze­niu papugi.

– To mój brat mary­narz ją tak nazwał. Może miało to odnie­sie­nie do jej cha­rak­terku. Bar­dzo sobie jed­nak tego ptaka cenię. Byłaby panna zdu­miona, wie­dząc, jak bar­dzo. Oczy­wi­ście ma wady i kosz­to­wała mnie już nie­sa­mo­wi­cie dużo w ten czy inny spo­sób. Wielu ludziom nie odpo­wiada jej język, ale nie mogę jej oduczyć. Pró­bo­wa­łem sam, pró­bo­wali inni. Nie­któ­rzy ludzie mają uprze­dze­nie do papug. Nie­mą­drze, prawda? Ja oso­bi­ście bar­dzo je lubię. Gin­ger jest moim towa­rzy­szem. Nikt na świe­cie nie zmu­siłby mnie, żebym ją oddał. Nikt!

Ostat­nie zda­nie pan Har­ri­son pra­wie wykrzyk­nął, jakby podej­rze­wał, że Ania ma tajemny plan prze­ko­na­nia go, by pozbył się Gin­ger. Jed­nakże Ania zaczy­nała lubić dziw­nego, gry­ma­śnego, żywego małego czło­wieczka i zanim posi­łek się skoń­czył, stali się dobrymi przy­ja­ciółmi. Pan Har­ri­son dowie­dział się o Sto­wa­rzy­sze­niu i był skłonny je zaak­cep­to­wać.

– Bar­dzo słusz­nie. Bierz­cie się do dzieła. Mnó­stwo rze­czy w Avon­lea wymaga ulep­sze­nia, zresztą ludzie także.

– No, nie wiem. – Zaru­mie­niła się Ania. Będąc wśród nie­któ­rych przy­ja­ciół, mogłaby z łatwo­ścią przy­znać, że w Avon­lea i u jej miesz­kań­ców zna­leźć można pewne drobne, łatwo usu­walne nie­do­sko­na­ło­ści. Ale usły­szeć coś takiego od kogoś nowego, spoza ich kręgu, jak pan Har­ri­son, to już cał­kiem inna sprawa. – Sądzę, że Avon­lea jest uro­cze, a miesz­ka­jący tu ludzie prze­mili!

– No tak, wydaje mi się jed­nak, że ty masz dość pikantne uspo­so­bie­nie – sko­men­to­wał pan Har­ri­som, przy­glą­da­jąc się jej zaczer­wie­nio­nym policz­kom i obu­rzo­nym oczom. – To typowe dla osób o panny kolo­rze wło­sów, jak przy­pusz­czam. Avon­lea to przy­zwo­ite miej­sce, w prze­ciw­nym razie nie osie­dlił­bym się tutaj, może panna jed­nak przy­znać, że ma pewne wady?

– Dla­tego jesz­cze bar­dziej je lubię! – powie­działa Ania lojal­nie. – Nie lubię miejsc i ludzi, któ­rzy nie mają żad­nych wad! Sądzę, że praw­dzi­wie dosko­nała osoba byłaby ogrom­nie nie­cie­kawa. Pani Mil­to­nowa White mówi, że ni­gdy nie poznała oso­bi­ście nikogo dosko­na­łego, cho­ciaż dosyć czę­sto sły­szy o takiej jed­nej. To pierw­sza żona jej męża. Nie uważa pan, że musi być dość ciężko zostać poślu­bioną czło­wie­kowi, któ­rego pierw­sza żona była ide­alna?

– Bar­dziej nie­wy­god­nie byłoby być poślu­bio­nym tej ide­al­nej żonie – oświad­czył pan Har­ri­son nie­ocze­ki­wa­nie.

Kiedy skoń­czyli pod­wie­czo­rek, Ania nale­gała, żeby pozmy­wać naczy­nia, mimo że pan Har­ri­son uznał, że ma tyle czy­stych, że wystar­czy na całe tygo­dnie. Bar­dzo chciała poza­mia­tać pod­łogę, ale, nie­stety, ni­gdzie nie widziała mio­tły, a wolała nie pytać, by nie dowie­dzieć się, że bra­kuje jej w tym domo­stwie.

– Gdyby panna miała ochotę, może panna wpaść od czasu do czasu na poga­wędkę – zasu­ge­ro­wał pan Har­ri­son, kiedy zbie­rała się do wyj­ścia. – Nie mamy daleko do sie­bie, a sąsie­dzi powinni się przy­jaź­nić. Dość cie­kawi mnie to panny Sto­wa­rzy­sze­nie. Coś mi mówi, że będzie z tym kupa śmie­chu. Za kogo naj­pierw macie zamiar się zabrać?

– Nie mamy zamiaru mie­szać się do spraw ludzi, tylko miej­sca chcemy udo­sko­na­lać – powie­działa Ania dostoj­nym tonem. Podej­rze­wała, ze pan Har­ri­son stroi sobie żarty z jej pro­jektu.

Pan Har­ri­son patrzył przez okno na odda­la­jącą się gibką, dziew­częcą syl­wetkę pod­ska­ku­jącą z lek­kim ser­cem w świe­tle zacho­dzą­cego słońca.

– Taki zrzę­dliwy, samotny i opry­skliwy ze mnie dziad – powie­dział do sie­bie gło­śno – a jest w tej dziew­czy­nie coś takiego, co powo­duje, że znowu czuję się młody. To takie miłe uczu­cie, że chęt­nie poczuł­bym to od czasu do czasu.

– Rudo­włosa wie­wiórka – zaskrze­czała Gin­ger prze­śmiew­czo.

Pan Har­ri­son potrzą­snął pię­ścią w stronę ptaka.

– Ty wredne pta­szy­sko – wymam­ro­tał. – Żałuję, że nie skrę­ci­łem ci karku, kiedy mój brat przy­wiózł cię do domu. Czy ni­gdy nie prze­sta­niesz pako­wać mnie w kło­poty?

Bez­tro­ska Ania pobie­gła opo­wie­dzieć o swo­jej przy­go­dzie Maryli, która wyglą­dała przez okno zanie­po­ko­jona jej prze­dłu­ża­jącą się nie­obec­no­ścią.

– Mimo wszystko świat jest takim dobrym miej­scem, prawda, Marylo? – zakoń­czyła rado­śnie Ania. – Pani Linde narze­kała ostat­nio, że świat scho­dzi na psy i że nawet jeżeli się myśli o czymś miłym, i tak się czło­wiek roz­cza­ruje, gdyż nic dobrego nie wynika z naszych ocze­ki­wań. Cóż, być może ma rację. Ale ma to swoje dobre strony. Różne złe rze­czy rów­nież nie dora­stają do naszych ocze­ki­wań i czę­sto złe wycho­dzi na dobre. Kiedy szłam do pana Har­ri­sona, myśla­łam, że czeka mnie okropne spo­tka­nie, a tym­cza­sem oka­zał się miły i spę­dzi­łam tam cał­kiem udane popo­łu­dnie! Sądzę, że będziemy dobrymi przy­ja­ciółmi, jeżeli oczy­wi­ście stać nas będzie na wyro­zu­mia­łość dla sie­bie; wtedy wszystko się ułoży. Nie­mniej jed­nak, Marylo, już ni­gdy nie sprze­dam krowy, zanim nie upew­nię się, do kogo należy. I nie lubię papug!

Roz­dział IV. Różne zda­nia

ROZ­DZIAŁ IV

Różne zda­nia

Pew­nego wie­czoru o zacho­dzie słońca Janka Andrews, Gil­bert Bly­the i Ania Shir­ley ster­czeli przy ogro­dze­niu w cie­niu łagod­nie chwie­ją­cych się kona­rów świer­ków, gdzie prze­cinka leśna zwana Brzo­zo­wym Prze­smy­kiem łączy się z głów­nym trak­tem, nie­chęt­nie myśląc o powro­cie do domu. Janka spę­dziła całe popo­łu­dnie z Anią, która teraz odpro­wa­dzała ją do domu, po dro­dze zaś spo­tkały Gil­berta Bly­the’a i we trójkę roz­ma­wiali o zna­mien­nym następ­nym dniu, jako że był to pierw­szy wrze­śnia, czyli dzień roz­po­czę­cia szkoły, Janka miała jechać do New­bridge, a Gil­bert do Bia­łych Pia­sków,

– Oboje macie nade mną prze­wagę – wes­tchnęła Ania, – Będzie­cie uczyć dzieci, które was nie znają, a ja muszę uczyć moich kole­gów i kole­żanki z ławki! Pani Linde mówi, że w związku z tym nie będą darzyć mnie sza­cun­kiem, tak jak darzy­liby obcą osobę, no, chyba że od początku będę bar­dzo ostra, Ale ja nie uwa­żam, by nauczy­ciel musiał być ostry! Och, wydaje mi się, że to taka wielka odpo­wie­dzial­ność!

– Myślę, że wszy­scy sobie pora­dzimy – powie­działa Janka na pocie­sze­nie. Nie zawra­cała sobie głowy aspi­ra­cjami i nie prze­ja­wiała chęci wywie­ra­nia dobrego wpływu na uczniów. Miała zamiar uczci­wie zaro­bić swoją pen­sję, zado­wo­lić człon­ków rady i dopro­wa­dzić do tego, by jej imię zostało zapi­sane w reje­strze hono­ro­wym inspek­cji szkol­nej. Nie miała żad­nych dodat­ko­wych ambi­cji,

– Naj­waż­niej­szym zada­niem będzie utrzy­ma­nie porządku i dla­tego nauczy­ciel musi być ostry. Jeżeli moi ucznio­wie nie będą robić tego, co im każę, zostaną uka­rani.

– W jaki spo­sób?

– Oczy­wi­ście zostaną zbici!

– Och, Janko, nie możesz – zawo­łała Ania – nie zro­bi­ła­byś tego!

– Możesz być pewna, że mogę i zro­bię to, jeżeli zasłużą – brzmiała sta­now­cza odpo­wiedź.

– Ja nie mogła­bym ni­gdy ude­rzyć dziecka – powie­działa Ania rów­nie sta­now­czo. – Abso­lut­nie w to nie wie­rzę. Panna Stacy ni­gdy nie ude­rzyła żad­nego z nas, a spo­kój na lek­cjach był cał­ko­wity, nato­miast pan Phil­lips cią­gle kogoś bił, a nikt go nie słu­chał. Jeżeli nie pora­dzę sobie bez bicia, to porzucę pracę w szkole. Są lep­sze drogi do osią­gnię­cia celu. Posta­ram się zdo­być serca moich uczniów, wtedy będą z wła­snej woli robić to, co im powiem.

– A co zro­bisz, jeżeli nie posłu­chają? – zapy­tała zawsze prak­tyczna Janka.

– Na pewno bym ich nie zbiła. Nie wydaje mi się, żeby to było dobre. Och, pro­szę cię, Janko kochana, nie bij swo­ich uczniów, nie­za­leż­nie od tego, co zro­bią.

– A ty co o tym myślisz, Gil­ber­cie? – zażą­dała odpo­wie­dzi Janka. – Nie uwa­żasz, że nie­które dzieci po pro­stu muszą dostać lanie od czasu do czasu?

– Nie uwa­żasz, że to okrutne i bar­ba­rzyń­skie bić dziecko, jakie­kol­wiek dziecko?! – żar­li­wie wykrzyk­nęła zaczer­wie­niona Ania.

– Cóż – powie­dział Gil­bert powoli, roz­darty pomię­dzy swymi prze­ko­na­niami, a chę­cią sta­nię­cia na wyso­ko­ści ide­ałów Ani. – Każda ze stron ma tro­chę racji. Nie wie­rzę, żeby trzeba było czę­sto bić dzieci. Uwa­żam, że, jak mówisz, Aniu, z zasady są o wiele lep­sze metody pro­wa­dze­nia klasy, i kary cie­le­sne powinny być sto­so­wane tylko jako osta­tecz­ność. Z dru­giej zaś strony wie­rzę, że, jak mówi Janka, do nie­któ­rych dzieci nie dotrze się ina­czej jak poprzez karę cie­le­sną i w tym wypadku będzie ona sku­teczna! Moją zasadą będzie sto­so­wa­nie kar cie­le­snych tylko w osta­tecz­no­ści.

I tym spo­so­bem Gil­bert, chcąc zado­wo­lić obie strony, jak to zwy­kle bywa, nie usa­tys­fak­cjo­no­wał żad­nej. Janka potrzą­snęła głową.

– Będę bić moich uczniów, kiedy będą nie­grzeczni. To jest naj­szyb­szy i naj­prost­szy spo­sób prze­ko­na­nia ich.

– Ni­gdy nie zbiję dziecka – powtó­rzyła twardo Ania. – Jestem pewna, że nie jest to ani konieczne, ani spra­wie­dliwe.

– A co zro­bisz, gdy jakiś chło­piec odmówi zro­bie­nia tego, o co go popro­sisz? – spy­tała Janka.

– Zatrzy­mam go po lek­cjach i poroz­ma­wiam z nim miło, ale sta­now­czo – powie­działa Ania. – W każ­dym można zna­leźć dobro. Obo­wiąz­kiem nauczy­ciela jest to zro­bić i roz­wi­jać je. To wła­śnie powie­dział nam pro­fe­sor od zarzą­dza­nia szkołą w Queens, wiesz? Myślisz, że znaj­dziesz w dziecku dobro, bijąc je? Pro­fe­sor Ren­nie mówi, że waż­niej­sze jest wła­ści­wie wpły­wać na dzieci, niż nauczyć zasady trzech P1.

– Jed­nakże zauważ, że inspek­to­rzy spraw­dzają zasadę trzech P i nie napi­szą o mnie pozy­tyw­nie w spra­woz­da­niu, jeżeli ucznio­wie nie będą zacho­wy­wać się odpo­wied­nio! – zapro­te­sto­wała Janka.

– A ja wolę, żeby ucznio­wie mnie kochali i wspo­mi­nali mnie po latach jako dobrą nauczy­cielkę, niż żeby moje nazwi­sko było na liście hono­ro­wej – stwier­dziła Ania sta­now­czo.

– Wcale nie będziesz karać nie­po­słusz­nych dzieci? – zapy­tał Gil­bert.

– Oczy­wi­ście, pew­nie będę musiała, ale wiem z pew­no­ścią, że będę tego bar­dzo nie lubić. Ale można zabrać im prze­rwę albo posta­wić do kąta, albo kazać prze­pi­sy­wać zda­nia.

– Pew­nie nie będziesz karać dziew­cząt, sadza­jąc je z chłop­cami? – zapy­tała Janka prze­bie­gle.

Gil­bert i Ania popa­trzyli na sie­bie, uśmie­cha­jąc się głup­ko­wato. Kie­dyś, dawno temu Ania musiała sie­dzieć za karę koło Gil­berta, co miało smutne i gorz­kie kon­se­kwen­cje.

– Cóż, z cza­sem prze­ko­namy się, kto miał słusz­ność – powie­działa Janka filo­zo­ficz­nie przed roz­sta­niem.

Ania wró­ciła na Zie­lone Wzgó­rze Brzo­zo­wym Prze­smy­kiem – cie­ni­stym, sze­lesz­czą­cym i pach­ną­cym papro­ciami, dalej Fioł­kową Doliną, minęła Zwier­cia­dło Wierzb, gdzie cało­wały się jasność i ciem­ność, a następ­nie zeszła do Dróżki Zako­cha­nych, którą dawno temu tak nazwały z Dianą. Szła powoli, cie­sząc się sło­dy­czą lasów, pól i roz­gwież­dżo­nym let­nim zmierz­chem, myśląc trzeźwo o nowych obo­wiąz­kach, z jakimi przyj­dzie jej się zmie­rzyć już od następ­nego ranka. Kiedy dotarła na podwó­rze Zie­lonego Wzgó­rza, dobie­gła ją gło­śna i zde­cy­do­wana wypo­wiedź pani Linde.

– O, pani Linde zja­wiła się udzie­lić mi dobrej rady na jutro – pomy­ślała, krzy­wiąc się. – Chyba jed­nak nie wejdę do środka. Myślę, że jej rady są jak pieprz – dosko­nałe w małych ilo­ściach, w nad­mia­rze jed­nak palące! Pobie­gnę na poga­wędkę do pana Har­ri­sona!

Poczu­cia sza­cunku dla sie­bie, poczu­cia sza­cunku dla innych, poczu­cia odpo­wie­dzial­no­ści (przyp. tłum.). [wróć]

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki