Anne z Avonlea - Lucy Maud Montgomery - ebook + książka

Anne z Avonlea ebook

Lucy Maud Montgomery

4,6

Opis

Drugi tom serii o przygodach rudowłosej Anne Shirley w znakomitym przekładzie Anny Bańkowskiej, który wywołał wiele emocji.

Anne, choć zamierzała wyjechać na studia, zostaje w Avonlea, żeby opiekować się tracącą wzrok Marillą. Rozpoczyna pracę w tutejszej szkole, zawiera nowe, ciekawe znajomości, a założone przez nią Koło Entuzjastów Avonlea działa coraz prężniej. Do tego wspólnie z Marillą podejmują decyzję o przygarnięciu kilkuletnich bliźniąt: Davy’ego i Dory, które wniosą w ich życie… jeszcze więcej radosnego chaosu. Jednak to opowieść już nie tylko o zabawnych perypetiach nastoletniej Anne, ale też o wchodzeniu w dorosłość, dojrzewaniu i odpowiedzialności za bliskich.

Powieść ukazała się w 1909 roku – zaledwie rok po wydaniu Anne z Zielonych Szczytów, która okazała się ogromnym sukcesem. Zaskoczyło to nawet samą Lucy Maud Montgomery. Wydawca od razu podpisał z autorką umowę na kolejne tomy. Pierwsze polskie wydanie Anne z Avonlea opublikowano w 1924 roku.

Lucy Maud Montgomery (1874–1942) – kanadyjska pisarka, która zasłynęła dzięki cyklowi powieści o przygodach rudowłosej Anne. Dzieciństwo spędziła w rybackiej wiosce Cavendish na Wyspie Księcia Edwarda. Jej matka zmarła, gdy Montgomery miała niecałe dwa lata. Wychowywali ją dziadkowie, którzy byli zwolennikami surowych zasad i nie okazywali jej zbyt wiele troski, dlatego najchętniej spędzała czas z ciotką Annie. Ukończyła w ciągu roku dwuletni kurs nauczycielski w Prince of Wales College w Charlottetown, po czym przez pewien czas pracowała jako nauczycielka i korektorka w gazecie. Wyszła za mąż za pastora Ewana Macdonalda, mieli trzech synów (średni zmarł zaraz po urodzeniu). Pierwszy tom przygód Anne ukazał się w 1908 roku. Były one wielokrotnie ekranizowane, po raz pierwszy już w 1919 roku, a najnowsza wersja to serial Ania, nie Anna w latach 2017–2019 realizowany przez Netflix. Do wielbicieli powieści zaliczają się między innymi Mark Twain, Alice Munro i Margaret Atwood.

Anna Bańkowska (1940) – polonistka ze specjalnością językoznawczą, redaktorka i tłumaczka literatury anglojęzycznej. Autorka antologii My mamy kota na punkcie kota (2006) oraz Wierszy cytowanych (2020). Współpracuje z różnymi wydawnictwami, ma na koncie ponad sto przekładów prozy, poezji i dramatów. Najchętniej tłumaczy ambitną beletrystykę, nie stroni od dobrego kryminału, chętnie podejmuje się powtórnych przekładów klasyki. W wolnych chwilach czyta książki, rozmawia o książkach, pisze o książkach oraz uprawia wierszykarstwo stosowane. Należy do Stowarzyszenia Pisarzy Polskich i Stowarzyszenia Tłumaczy Literatury, którego jest współzałożycielką, a od 2019 roku członkinią honorową. W 2013 roku została odznaczona brązowym medalem Gloria Artis. Mieszka w Warszawie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 374

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,6 (76 ocen)
56
15
4
0
1
Sortuj według:
AniaKon

Nie oderwiesz się od lektury

Co można napisać? Kocham Anię (Anne) całym sercem! Każdy, bez względu na wiek powinien poznać całą serię!
Avila93

Dobrze spędzony czas

bardzo lubię ksiakzi z serii o Ani, w nowym tłumaczeniu wypada bardzo dobrze 😃
00
Seoul

Nie oderwiesz się od lektury

Jedyne do czego można się przyczepić to odmienny sposób traktowania bliźniąt, a tak to dalej świetna.
00
jaepinards

Nie oderwiesz się od lektury

cudowne tłumaczenie!
00
lubie_kolory

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo przyjemna lektura
00

Popularność




Tytuł oryginału Anne of Avonlea
Przekład ANNA BAŃKOWSKA
O ile nie podano inaczej, autorką przekładów cytowanych w książce utworów jest Anna Bańkowska.
Wydawca ADAM PLUSZKA
Redaktor prowadzący ANDRZEJ SZEWCZYK
Redakcja EWA PENKSYK-KLUCZKOWSKA
Korekta MAŁGORZATA KUŚNIERZ, ALICJA SZYMAŃSKA
Projekt okładki i stron tytułowych ANNA POL
Opracowanie typograficzne, łamanie | manufaktu-ar.com
Koordynatorka produkcji PAULINA KUREK
Anne of Avonlea Copyright © for the translation by Anna Bańkowska Copyright © by Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2022
Warszawa 2022 Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-67262-14-9
Wydawnictwo Marginesy Sp. z o.o. ul. Mierosławskiego 11A 01-527 Warszawa tel. 48 22 663 02 75 e-mail:[email protected]
www.marginesy.com.pl
Konwersja:eLitera s.c.

OD TŁUMACZKI

Oddając Czytelniczkom i Czytelnikom nowy przekład jednej z najbardziej kultowych powieści, jestem świadoma „zdrady” popełnianej wobec pokolenia ich matek i babć, do których zresztą zaliczam też siebie. Tak jest – razem z wydawcą tego przekładu doszliśmy do wniosku, że w czasach, kiedy wszystkie dzieci wiedzą, że żadna mała Kanadyjka nie ma na imię Ania, Janka czy Zosia, a żaden Kanadyjczyk nie nosi imienia Mateusz czy Karolek, pora przywrócić wszystkim, nie tylko wybranym (jak w poprzednich przekładach), bohaterkom i bohaterom książki ich prawdziwe imiona, nazwom geograficznym na Wyspie Księcia Edwarda zaś ich oryginalne brzmienie. Podejmując się kolejnego przekładu (a w ostatnich latach nastąpił prawdziwy ich wysyp), postawiłam sobie za cel jak najściślejszą wierność wobec oryginału i realiów życia w wiosce Avonlea, która chociaż fikcyjna, miała jednak swój pierwowzór w prawdziwej miejscowości Cavendish. Odwiedziłam w tym celu liczne fora internetowe, blogi i grupy na Facebooku poświęcone życiu i twórczości Lucy Maud Montgomery. Należą do nich osoby, które doskonale znają wszystkie jej książki, także w oryginale, i od lat analizują nowe przekłady, bezlitośnie demaskując nawet najmniejsze błędy i nieścisłości. Każda z nich ma swoje zdanie na przykład w kwestii tłumaczenia nazwy „Green Gables”, od ponad stu lat znanej w Polsce jako „Zielone Wzgórze”. W sieci dostępne są zdjęcia z PEI (Prince Edward Island), można więc sobie obejrzeć, jak wyglądają słynne „czerwone drogi” czy odtworzona na podstawie opisu w książce i korespondencji autorki farma rodzeństwa Cuthbertów. Dzięki uprzejmości Bernadety Milewski (autorki bloga „Kierunek Avonlea”), która nie tylko jest kopalnią wiedzy o LMM, zna na wyrywki wszystkie jej książki i tropi w nich z dociekliwością detektywa wszystkie autobiograficzne wątki, ale też co roku spędza na PEI kilka miesięcy i współpracuje z L.M. Montgomery Literary Society, mogłam dowiedzieć się, jak istotne dla autorki było słowo gable. Niestety nazwa ta już od pierwszego przekładu sprawiała tłumaczom kłopoty. Gable po angielsku to termin architektoniczny oznaczający trójkątną ścianę łączącą dwie części dwuspadowego dachu. Po polsku jest to „szczyt”. Słowo „szczyt” Polakom kojarzy się głównie z górami, dlatego już pierwsza tłumaczka zmieniła oryginalne Green Gables na Zielone Wzgórze, które tak wryło się w pamięć kolejnych pokoleń, że aż do tej pory nikt nie odważył się zbadać, czy tam w ogóle było jakieś wzgórze. Otóż nie było. Ale to nie dlatego zdecydowałam się zrobić wyłom w tradycji i nazwać ten dom Zielone Szczyty. Zrobiłam to po tym, jak przyjrzałam się na zdjęciach tamtejszemu budownictwu, w którym właśnie te szczyty najbardziej rzucają się w oczy. Niektóre domy mają ich po kilka; istnieje książka Nathaniela Hawthorne’a pod tytułem The House of Seven Gables [Dom o siedmiu szczytach], którą L.M. Montgomery czytała w roku 1903. Swój pokój w domu dziadków Macneillów, u których się wychowała, nazywała zawsze gable room i tę nazwę (east gable room) nadała też pokoikowi Anne. Było to dla niej niemal magiczne miejsce, o którym napisała nawet kilka wierszy. W swoich pamiętnikach wspomina, jak bardzo cierpiała, kiedy zimą musiała sypiać na dole, bo jej gable room nie był ogrzewany. W tłumaczeniach nazywano go zwykle „pokoikiem na facjatce” albo „na poddaszu”. Tymczasem był to po prostu pokój na pierwszym piętrze, z oknem we wschodniej (trójkątnej) ścianie szczytowej. Obok niego znajdował się pokój gościnny, a po przeciwnej stronie – pokój Marilli oraz west gable room (pokój w zachodnim szczycie). Wyżej był już tylko strych (tam Anne wyniosła podręczniki po zakończeniu roku szkolnego i urządzała próby deklamacji z jękami).

Podsumowując, przyznaję się do winy: zabiłam Anię, zburzyłam Zielone Wzgórze i pozbawiłam je pokoiku na facjatce. Proszę jednak o łagodny wymiar kary, zważywszy na to, że ktoś kiedyś musiał się podjąć tego niewdzięcznego zadania.

Za absolutnie bezcenne informacje serdecznie dziękuję Bernadecie Milewski, autorce bloga „Kierunek Avonlea”, oraz Panu Stanisławowi Kucharzykowi, który od lat bada florę PEI, a swoją wiedzą dzieli się na blogu „Zielnik L.M. Montgomery”. To on jest pomysłodawcą nieoficjalnej (bo oficjalnej brak) polskiej nazwy mayflowers (majowniki), ulubionych kwiatów LMM [Epigaea repens], o których autorka często wspomina w swoich książkach.

Anna Bańkowska

Mojej dawnej nauczycielce

Hattie Gordon Smith

z wdzięczną pamięcią o jej

wyrozumiałości i inspiracji

Gdzie stąpnie, tam rozkwita kwiat

Na drogach powinności,

Przy niej surowy życia trud

Jawi się cudem piękności.

J.G. Whittier

ROZDZIAŁ I

Nerwowy sąsiad

NA SZEROKIM PROGU z czerwonego piaskowca farmerskiego domu na Wyspie Księcia Edwarda siedziała wysoka, szczupła panna lat szesnastu i pół, o poważnych szarych oczach i włosach, których kolor życzliwe jej osoby nazywały kasztanowym. Miała szczery zamiar zrobienia sporych postępów w tłumaczeniu Wergiliusza, ale... było sierpniowe popołudnie. Błękitne mgiełki igrały na zboczach z dojrzałym zbożem, wietrzyk szeptał coś figlarnie w koronach topoli, a płonące czerwienią maki kołysały się tanecznie w rogu wiśniowego sadu na tle zagajnika młodych świerków. Wszystko to bardziej sprzyjało marzeniom niż studiowaniu martwych języków. Dlatego też Wergiliusz wkrótce zsunął się na ziemię, a Anne, z głową opartą na splecionych dłoniach i wzrokiem utkwionym w puszystych białych chmurkach nad domem pana Harrisona, pogrążyła się bez reszty w jakimś dalekim, rozkosznym świecie. W świecie tym pewna młoda nauczycielka dokonywała cudów, kształtując losy przyszłych mężów stanu i podsycając w młodych umysłach wzniosłe ambicje.

Prawdę rzekłszy, gdyby spojrzeć na sprawę trzeźwym okiem (co Anne zdarzało się tylko w ostateczności), to raczej trudno byłoby się dopatrzeć w uczniach avonleaskiej szkoły materiału na wybitne osobistości. Nigdy jednak nie wiadomo, co się wydarzy, jeśli nauczycielka użyje swoich wpływów we właściwy sposób. Anne miała już pewne różowo zabarwione wizje tego, co może osiągnąć, jeśli tylko zabierze się do sprawy jak należy; właśnie przeżywała w myślach uroczą scenę rozgrywającą się za czterdzieści lat, kiedy to pewien sławny człowiek (z czego konkretnie sławny, Anne nie bardzo wiedziała, ale mógłby to być na przykład rektor uniwersytetu albo premier...) pochyla się nad jej pomarszczoną dłonią, zapewniając, że właśnie ona, jego nauczycielka z dawnych lat, pierwsza rozbudziła w nim ambicję i wszystkie swoje sukcesy zawdzięcza jej lekcjom w wiejskiej szkole. Niestety z tego rozkosznego stanu rozmarzenia została wyrwana w wyjątkowo brutalny sposób.

Ścieżką galopowała w jej stronę nieduża krowa dżersejka, a pięć sekund później nadbiegł pan Harrison, chociaż „nadbiegł” wydaje się zbyt łagodnym określeniem na sposób, w jaki wtargnął na podwórze. Nie czekając na otwarcie furtki, przeskoczył przez płot i z czerwoną ze złości twarzą ruszył prosto do Anne, która zdążyła już wstać i teraz patrzyła na niego w oszołomieniu. Pan Harrison był ich nowym sąsiadem i do tej pory znała go tylko z widzenia.

Na początku kwietnia, zanim Anne wróciła do domu z Queen’s, pan Robert Bell, którego farma sąsiadowała z Cuthbertami od zachodu, sprzedał ją i przeniósł się do Charlottetown. Posiadłość nabył niejaki J.A. Harrison, o którym poza nazwiskiem wiedziano tylko tyle, że pochodził z Nowego Brunszwiku, ale już w niecały miesiąc później zyskał sobie w Avonlea opinię osobnika nieco... specyficznego. Pani Rachel Lynde, która nigdy nie owijała prawdy w bawełnę, o czym dobrze wiedzą ci z was, którzy już ją poznali, nazwała go po prostu „dziwadłem”. Pan Harrison rzeczywiście mocno różnił się od innych, a to właśnie, jak powszechnie wiadomo, jest charakterystyczną cechą wszystkich dziwaków.

Przede wszystkim mieszkał sam i publicznie ogłosił, że nie chce u siebie widzieć żadnych głupich bab, za co żeńska część Avonlea zemściła się, snując różne przerażające opowieści na temat jego sposobu gospodarowania. Jako pierwszy zaczął je rozgłaszać mały John Henry Carter z White Sands, którego pan Harrison zatrudnił do pomocy. Po pierwsze, w tym domu nigdy nie jadło się o stałych porach. Pan Harrison „przegryzał coś”, kiedy poczuł się głodny, i jeśli John Henry akurat był pod ręką, to coś z tego dostawał, a jeśli nie, to musiał czekać do następnej okazji. Chłopak skarżył się, że gdyby nie niedzielne wizyty w domu, pewnie zagłodziłby się na śmierć. Tam dopiero najadał się do syta, a w poniedziałek rano matka zawsze przygotowywała mu na drogę koszyk z wałówką.

Na kwestię zmywania naczyń pan Harrison też miał własny pogląd: po prostu czekał z tym na deszczową niedzielę. Wtedy zakasywał rękawy, zmywał wszystko w beczce na deszczówkę i zostawiał do wyschnięcia.

Do tego jeszcze miał węża w kieszeni. Poproszony o zadeklarowanie składki na pensję pastora Allana, odpowiedział, że musi najpierw przekonać się, ile dolarów zyska, słuchając jego kazań, bo nie zamierza kupować kota w worku. A kiedy pani Lynde przyszła do niego z prośbą o dołożenie się do zbiórki na misje (i przy okazji zajrzała do wnętrza domu), oznajmił, że wśród starych plotkarek z Avonlea jest więcej pogaństwa niż gdziekolwiek na świecie, dlatego chętnie sypnie groszem na fundusz ich nawracania, jeśli pani Rachel podejmie się takowy utworzyć. Kobiecina wzięła nogi za pas, a potem rozgłosiła wszem wobec, że na szczęście pani Robertowa Bell śpi spokojnie w grobie, bo inaczej serce by jej pękło na widok opłakanego stanu swojego domu, którym zawsze tak się chlubiła.

– Toć ona co drugi dzień szorowała podłogę w kuchni – mówiła z oburzeniem do Marilli Cuthbert. – A gdybyś widziała teraz ten brud! Musiałam unosić spódnicę, kiedy tam weszłam!

Na domiar złego pan Harrison miał u siebie papugę imieniem Imbir. Nikt nigdy w Avonlea nie trzymał papugi i choćby dlatego uznano tę fanaberię za godną pogardy. I cóż to była za papuga! Jeśli wierzyć słowom Johna Henry’ego, nie istniał na tym świecie bardziej bezbożny ptak. Przede wszystkim klęła jak szewc. Pani Carter natychmiast kazałaby synowi wracać do domu, gdyby tylko mogła znaleźć mu inną pracę. Poza tym kiedy pewnego razu chłopak nieopatrznie pochylił się zbyt nisko nad klatką, Imbir uszczypnął go boleśnie w kark. Pani Carter pokazywała wszystkim ślad, gdy tylko John Henry przyjechał na niedzielę.

Wszystkie te historie przelatywały przez głowę Anne, kiedy pan Harrison, wściekły tak, że aż nie mógł mówić, stał przed jej obliczem. Nawet w najlepszym humorze nie mógłby uchodzić za przystojnego: był niski, gruby i łysy, z okrągłą, kipiącą ze złości twarzą i wyłupiastymi niebieskimi oczami, toteż Anne z miejsca uznała go za najbrzydszą ludzką istotę, jaką w życiu widziała.

Po chwili nieproszony gość odzyskał głos.

– Dłużej tego nie zniosę! – wybuchnął. – Ani jednego dnia, słyszysz, panna? Na mą duszę, to już trzeci raz, TRZECI, czy to jasne? Cierpliwość ma swoje granice, a ostrzegałem ciotkę panny, żeby to się więcej nie powtórzyło... A jednak się powtórzyło, dopuściła do tego! Sam już nie wiem, co mam o tym myśleć, i dlatego tu jestem!

– Zechce pan mi wyjaśnić, o co właściwie chodzi? – wycedziła Anne przez zaciśnięte zęby, prostując się z godnością. Ćwiczyła ten ton i pozę od pewnego czasu, zamierzając wykorzystać je w szkole, ale na panu Harrisonie nie wywarły najmniejszego wrażenia.

– O co?! O co?! A o to, na mą duszę, że nie dalej jak pół godziny temu znów przyłapałem krowę pani ciotki w moim owsie! Trzeci raz, uważasz, panna? Zastałem ją tam w ubiegły wtorek, a potem wczoraj, więc przyszedłem do pani ciotki i zapowiedziałem, żeby mi to było ostatni raz. A jednak znów na to pozwoliła! Gdzie jest pani ciotka? Po prostu chcę powiedzieć jej w oczy, co ja, J.A. Harrison, o tym sądzę!

– Jeśli ma pan na myśli pannę Marillę Cuthbert, to po pierwsze, nie jest ona moją ciotką, a po drugie, nie ma jej w domu. Pojechała odwiedzić ciężko chorą krewną w East Grafton – wyjaśniła chłodno Anne. – Bardzo mi przykro, że MOJA krowa wtargnęła w pański owies... Moja, bo ta krowa należy do mnie, a nie do panny Cuthbert. Dostałam ją od Matthew trzy lata temu jako małe cielątko, które kupił od pana Bella.

– Przykro? Pannie jest przykro? To nie załatwia sprawy. Proszę pójść i zobaczyć, co to bydlę zrobiło z moim owsem. Jest całkiem stratowany, moja panno!

– Naprawdę bardzo mi przykro – powtórzyła Anne z naciskiem – ale gdyby bardziej dbał pan o swój płot, Dolly nie dałaby rady go sforsować. To do pana należy ten odcinek, który oddziela pańskie pole od naszego pastwiska, i już jakiś czas temu zauważyłam, że jest w kiepskim stanie.

– Mój płot jest w całkowitym porządku – warknął pan Harrison, jeszcze bardziej rozeźlony przeniesieniem pola walki na jego stronę. – Tej diablicy nie powstrzymałby nawet mur więzienny. I powiem ci coś więcej, ty rude chuchro – dodał, zerkając na Bogu ducha winnego Wergiliusza u jej stóp. – Jeśli to rzeczywiście twoja krowa, lepiej zajmij się jej pilnowaniem zamiast siedzieć tu z nosem w jakimś powieścidle!

W tym momencie poza włosami Anne, które zawsze stanowiły jej najczulszy punkt, zapłonęło coś jeszcze...

– Wolę mieć rude włosy niż tylko kilka kłaczków koło uszu!

Strzał okazał się celny, bo pan Harrison był bardzo przewrażliwiony na punkcie swojej łysiny. Gniew znów odebrał mu mowę, więc tylko łypnął na swą przeciwniczkę, która zdążyła się już opanować i postanowiła iść za ciosem.

– Ustąpię panu, ponieważ mam wyobraźnię. Doskonale rozumiem, jakie to musi być straszne, kiedy zastanie się cudzą krowę w swoim owsie, dlatego nie będę chować do pana urazy za obraźliwe słowa. Obiecuję, że Dolly już nigdy nie przekroczy granic pańskiego pola. Daję panu na to słowo honoru.

– No dobra, niech tak będzie – mruknął pan Harrison nieco łaskawszym tonem, ale kiedy odchodził, Anne długo jeszcze słyszała, jak burczał coś gniewnie pod nosem.

Mocno zdenerwowana, przeszła przez podwórze i zamknęła niesforną dżersejkę w zagrodzie. „Stąd się nie wydostanie, chyba że obali płot. Wygląda na całkiem spokojną... Oby tylko nie rozchorowała się po tym owsie. Szkoda, że nie sprzedałam jej panu Shearerowi, kiedy mi to proponował w zeszłym tygodniu, ale chciałam poczekać do aukcji i wystawić ją razem z resztą bydła. To jednak prawda, że z pana Harrisona istny dziwak. No i kto jak kto, ale on z pewnością nie ma w sobie nic z pokrewnej duszy”.

Anne zawsze umiała wyczuć pokrewną duszę.

Marilla Cuthbert zajechała na podwórze, akurat kiedy jej wychowanka wróciła do domu i zabrała się do parzenia herbaty. Potem, już przy stole przedyskutowały całą sprawę.

– Oby aukcja szybko się skończyła – westchnęła Marilla. – Takie stado to stanowczo za duża odpowiedzialność, kiedy właściwie nie ma nikogo do pomocy, bo na tym Martinie w ogóle nie można polegać. Zobacz, dotąd go nie ma, a miał wrócić wczoraj wieczorem, jeśli go puszczę na pogrzeb ciotki, tak mi przyrzekł. Nie wiem, ile on ma tych ciotek, skoro w ciągu ostatniego roku umarła mu już czwarta. Nie mogę się doczekać końca żniw, bo wtedy nareszcie pan Barry przejmie farmę. A Dolly musimy trzymać w zagrodzie, dopóki Martin nie wróci. Trzeba ją wyprowadzać na dalsze pastwisko, no i powinno się naprawić ogrodzenie. Życie to same kłopoty, jak mawia Rachel. Weź na przykład taką Mary Keith: właśnie umiera, a co się stanie z jej dziećmi, jeden Pan Bóg wie. Ma brata w Kolumbii Brytyjskiej i nawet do niego pisała, ale dotąd nie odpowiedział.

– Jakie są te dzieci? W jakim wieku?

– Ponad sześć lat. Bliźniaki.

– Ach, mnie zawsze interesowały bliźnięta, jeszcze za czasów pani Hammond – zaciekawiła się Anne. – Ładne są?

– Trudno powiedzieć... były tak strasznie brudne! Davy akurat lepił babki z błota, kiedy Dora wyszła zawołać go do domu. Wepchnął ją w największą babkę, a ponieważ się rozpłakała, sam też wskoczył w błoto, żeby jej pokazać, że nie ma się czym przejmować. Mary mówi, że Dora jest naprawdę grzecznym dzieckiem, ale Davy to straszny łobuziak. Zresztą nie miał kto go wychować. Ojciec umarł, kiedy Davy był niemowlęciem, a Mary od tamtego czasu choruje.

– Zawsze żal mi dzieci, których nikt nie wychowywał – powiedziała smutno Anne. – Wiesz przecież, że i o mnie nikt się nie troszczył, póki nie trafiłam do was. Mam nadzieję, że wuj się nimi zajmie. Właściwie jak jesteś spokrewniona z ich matką?

– To w ogóle nie jest moja krewna. Jesteśmy spowinowacone przez jej męża, naszego dalekiego kuzyna. O, idzie Rachel. Pewnie chce się dowiedzieć czegoś o Mary.

– Tylko nie mów jej o panu Harrisonie i krowie – poprosiła Anne.

Marilla przyrzekła, ale na nic się to nie zdało, bo pani Lynde jeszcze dobrze nie usiadła, a już je poinformowała:

– Widziałam, jak pan Harrison wyganiał z owsa waszą dżersejkę. Akurat wracałam z Carmody... Ależ był wściekły! Bardzo się awanturował?

Anne i Marilla ukradkiem wymieniły rozbawione spojrzenia. W Avonlea mało co umykało czujnemu oku pani Lynde. Zaledwie rano Anne zauważyła: „Jeżeli udasz się o północy do swojego pokoju, zaryglujesz drzwi, zaciągniesz story i kichniesz, następnego dnia pani Lynde zapyta cię, jak tam twój katar”.

– Chyba tak – przyznała Marilla. – Mnie przy tym nie było. Całą złość wylał na Anne.

– To bardzo nieprzyjemny człowiek – dodała ta ostatnia, potrząsając rudą głową.

– Święta prawda – przyznała z powagą pani Rachel. – Wiedziałam, że zanosi się na kłopoty, już kiedy Robert Bell sprzedał farmę przybyszowi z Nowego Brunszwiku, ot co! Nie wiem, co dalej będzie z Avonlea, tyle obcych osób tu się ostatnio wpycha. Niedługo nawet we własnym łóżku nie zaznamy spokoju.

– Tak? – zdziwiła się Marilla. – A co to za jedni?

– Nie słyszałaś? No więc po pierwsze, rodzina Donnellów. Wynajęli stary dom Petera Sloane’a. Ten Donnell ma teraz prowadzić jego młyn. Pochodzą ze wschodu i nikt nic o nich nie wie. Poza tym sprowadza się tu z White Sands rodzina tego niedojdy Timothy’ego Cottona i jak nic będzie ciężarem dla społeczności. On sam jeśli nie kradnie, to choruje na gruźlicę, a jego żona ma dwie lewe ręce do wszystkiego. Podobno zmywa naczynia na siedząco! A znów pani Pye przygarnęła osieroconego bratanka swojego męża i ten Anthony jest już zapisany do naszej szkoły. Trafi pod twoje skrzydła, Anne, więc przygotuj się na kłopoty, ot co! Będziesz zresztą miała jeszcze jednego nowego ucznia: Paul Irving przyjeżdża tu ze Stanów, żeby zamieszkać ze swoją babcią. Pamiętasz jego ojca, Marillo? To Stephen Irving, ten, który wystawił do wiatru Lavendar Lewis z Grafton.

– Nie sądzę, żeby to on ją zostawił. Podobno się pokłócili i wina była po obu stronach.

– W każdym razie nie ożenił się z nią i od tej pory ona kompletnie zdziwaczała. Mieszka całkiem sama w tym kamiennym domku, który nazywa Chatką Ech. A Stephen wyjechał do Stanów, wszedł w spółkę ze swym wujem i wziął za żonę jakąś Jankeskę. Nigdy już tu nie przyjechał, chociaż jego matka kilka razy go odwiedziła. Dwa lata temu owdowiał i teraz ma przysłać chłopca na jakiś czas do babci. Paul ma dziesięć lat i raczej nie będziesz miała z niego pociechy. Z tymi Jankesami nigdy nic nie wiadomo.

Pani Lynde na osoby, które miały nieszczęście urodzić się poza Wyspą Księcia Edwarda, patrzyła tak samo podejrzliwie jak współcześni Chrystusowi na mieszkańców Nazaretu[1]. To oczywiście mogli być porządni ludzie, ale wolała im nie dowierzać, a już ze szczególnym uprzedzeniem odnosiła się do tak zwanych Jankesów. Pewien przedsiębiorca z Bostonu, u którego pracował kiedyś jej mąż, oszukał go na dziesięć dolarów i żadne moce ziemskie czy niebieskie nie przekonałyby pani Rachel, że całe Stany Zjednoczone nie są temu winne.

– Trochę świeżej krwi szkole nie zaszkodzi – zauważyła sucho Marilla. – A jeśli ten chłopiec chociaż trochę przypomina ojca, to na pewno nie ma na co narzekać. Steve Irving był najmilszym chłopcem w okolicy, chociaż niektórzy uważali, że zadziera nosa. Pani Irving musi się ogromnie cieszyć na przyjazd wnuka, bo od śmierci męża czuła się bardzo samotna.

– Miły czy niemiły, i tak będzie się różnił od naszych – orzekła pani Lynde, jakby to przesądzało sprawę. Jej opinie dotyczące osób, miejsc czy rzeczy zawsze nosiły piętno ostatecznego wyroku. – Ale, ale, Anne, podobno zakładacie jakieś Koło Entuzjastów, które ma zmuszać ludzi do wprowadzania ulepszeń?

– Rzeczywiście, poruszyłam ten temat na ostatnim zebraniu Klubu Dyskusyjnego – przyznała Anne, czerwieniejąc. – Pomysł chwycił, popierają go też państwo Allan. Wiele takich kół już powstało w okolicznych wsiach.

– No, no... Chyba nie wiesz, w co się pakujesz. Lepiej daj sobie z tym spokój, ot co! Ludzie nie lubią, jak się ich do czegoś zmusza.

– Ależ my nie chcemy nikogo zmuszać! Nam chodzi tylko o to, żeby Avonlea stało się jeszcze ładniejsze. Na przykład czy nie byłoby dobrze, gdyby się udało przekonać pana Leviego Boultera do zburzenia tej strasznej rudery na jego farmie?

– O, co racja, to racja! – przyznała pani Rachel. – Ta ruina jest nam od lat solą w oku. Ale już widzę, jak udaje się wam skłonić Leviego Boultera, żeby bezinteresownie zrobił coś dla społeczności... Nie chcę cię zniechęcać, Anne, bo może rzeczywiście gra jest warta świeczki, chociaż pewnie wzięłaś ten pomysł z jakiegoś jankeskiego piśmidła, ale przecież będziesz miała w szkole pełne ręce roboty. Dlatego radzę ci po przyjacielsku: odpuść sobie te ulepszenia, ot co! Chociaż wiem, że jak sobie nabijesz czymś głowę, to postawisz na swoim, zawsze to umiałaś.

Stanowcza linia ust dziewczyny utwierdziła tylko panią Lynde w tej opinii. Anne całym sercem dążyła do utworzenia Koła Entuzjastów Avonlea. Także Gilbert Blythe bardzo się zapalił do tego pomysłu. Miał wprawdzie pracować w White Sands, ale czas od piątku do poniedziałku spędzać w domu. Zresztą większość ich wspólnych znajomych gotowa była poprzeć każdy projekt, który zakładał częste spotkania i związane z nimi rozrywki. Co zaś do samych „ulepszeń”, to poza Anne i Gilbertem nikt jeszcze nie miał żadnych konkretnych wizji. Ci dwoje zdążyli już omówić i zaplanować sobie wszystko w najmniejszych szczegółach, aż przynajmniej w ich głowach powstała nowa idealna wioska.

Pani Rachel miała w zanadrzu jeszcze jedną nowinę:

– Szkołę w Carmody obejmuje niejaka Priscilla Grant. Czy to czasem nie twoja koleżanka z Queen’s?

– Tak! Priscilla w Carmody, co za wspaniała wiadomość! – Szare oczy Anne rozbłysły z radości jak gwiazdy, a pani Lynde po raz kolejny uznała, że chyba nigdy nie uda się jej rozstrzygnąć, czy Anne Shirley jest ładna czy też nie.

ROZDZIAŁ II

Pochopna sprzedaż i spóźniony żal

NASTĘPNEGO DNIA Anne z Dianą Barry wybrały się do Carmody na zakupy. Diana oczywiście była gorliwą członkinią Koła Entuzjastów i obie przyjaciółki przez całą drogę rozmawiały wyłącznie o tym.

– Przede wszystkim musimy odmalować świetlicę – zasugerowała Diana, kiedy mijały dość obskurny budynek w osłoniętej świerkami kotlince. – Wygląda wprost haniebnie i trzeba się tym zająć nawet przed ruderą pana Boultera. Tata zresztą mówi, że Levi Boulter w życiu nie da się przekonać, bo szkoda mu będzie czasu na burzenie tej budy.

– Może pozwoli rozebrać ją chłopakom, jeśli obiecają porąbać mu deski na podpałkę? Musimy zrobić, co w naszej mocy, i nie przejmować się, że z początku będzie szło jak po grudzie. Nie możemy oczekiwać, że od razu wszystko ulepszymy. Będziemy musieli najpierw wykształcić w ludziach postawę obywatelską.

Diana nie bardzo wiedziała, co to jest „postawa obywatelska”, ale brzmiało to ładnie, więc poczuła się dumna, że należy do społeczności, która ma w perspektywie tak szczytne cele.

– Wczoraj w nocy wymyśliłam coś, co moglibyśmy zrobić. Pamiętasz ten trójkątny kawałek gruntu u zbiegu dróg do Carmody, Newbridge i White Sands? Jest cały zarośnięty samosiejkami świerków. Czy nie byłoby dobrze powyrywać je i zostawić tylko trzy brzozy, które zawsze tam rosły?

– Cudownie! – zapaliła się Anne. – I postawić pod nimi ławeczkę. A na wiosnę urządzić na środku klomb i posadzić pelargonie!

– Tak, tylko trzeba będzie namówić panią Sloane, żeby nie puszczała krowy na drogę, bo zeżarłaby nam wszystkie kwiaty. – Diana parsknęła śmiechem. – Zaczynam rozumieć, o co ci chodzi z tym kształceniem postaw obywatelskich. A oto i stara chałupa Boulterów. Widziałaś kiedy taką ruinę, i to przy samej drodze? Opuszczone budynki bez okien zawsze przywodzą mi na myśl trupa z wydłubanymi oczami.

– Dla mnie każdy stary niezamieszkany dom to smutny widok – westchnęła Anne. – Mam wrażenie, że rozmyśla o swojej przeszłości i żałuje dawnych radosnych chwil. Marilla mówi, że w tym akurat mieszkała kiedyś duża rodzina i był to naprawdę ładny budynek ze ślicznym ogrodem i pnącymi różami, wypełniony dziecięcym gwarem, śmiechem i śpiewem. Teraz zieje pustką, nikt do niego nie zagląda, a po pokojach hula wiatr. Jak smutno i samotnie musi się czuć! Może w księżycowe noce oni wszyscy wracają... duchy małych dzieci z dawnych lat, róże, piosenki, a wtedy stary dom może przez chwilę marzyć, że znów jest młody i radosny?

Diana pokręciła głową z naganą.

– Ja już nie wyobrażam sobie takich rzeczy. Pamiętasz, jak moja mama i Marilla zgniewały się na nas za Nawiedzony Las? Do dziś czuję się nieswojo, kiedy przechodzę tamtędy po zmroku, a gdybym jeszcze zaczęła fantazjować na temat tej ruiny Boultera, to też bałabym się tu chodzić. Zresztą te dzieci żyją, są dorosłe i dobrze się mają, jeden z chłopców został rzeźnikiem. A kwiaty i piosenki nie mają żadnych dusz.

Anne stłumiła westchnienie. Bardzo kochała Dianę i zawsze zależało jej na tej przyjaźni, ale już dawno się przekonała, że kiedy przekracza granice królestwa fantazji, musi dalej iść sama. Tą zaczarowaną ścieżką nawet najbliższe jej osoby nie mogły za nią podążać.

Podczas ich pobytu w Carmody przeszła krótka, lecz gwałtowna burza; w drodze powrotnej zachwycał je widok gałęzi usianych błyszczącymi kropelkami i ostry zapach wilgotnych paproci w dolinkach. Ale zaledwie skręciły w boczną drogę do Zielonych Szczytów, Anne ujrzała coś, co popsuło jej wszystkie uroki krajobrazu.

Przed nimi po prawej stronie rozciągał się wielki szarozielony zagon mokrego owsa pana Harrisona, a w samym jego środku stała dżersejska krowa, która patrzyła na nie chłodno znad bujnego, sięgającego jej po brzuch zboża.

Anne rzuciła lejce i wstała z zaciśniętymi wargami, co czworonożnej szkodnicy nie wróżyło niczego dobrego. Bez słowa zeskoczyła na ziemię i śmignęła przez płot, zanim Diana zdążyła zrozumieć, co się stało.

– Anne, wracaj! – krzyknęła. – Zniszczysz sobie sukienkę w tym mokrym owsie! Nie słyszy... Ale przecież nie da sobie sama rady z tą krową, to jasne, że muszę jej pomóc.

Anne przedzierała się przez owies jak w amoku. Diana zeskoczyła z bryczki i przywiązała konia do słupka. Potem zarzuciła na ramiona spódnicę ładnej kraciastej sukienki i pobiegła za swoją szaloną przyjaciółką. Poruszała się szybciej niż Anne, którą krępowała przemoczona, oblepiająca ciało suknia, toteż wkrótce ją dogoniła. Obie zostawiły za sobą wydeptany szlak, na którego widok panu Harrisonowi chyba pękłoby serce.

– Anne, na litość, zatrzymaj się wreszcie! – sapała biedna Diana. – Już mi tchu braknie, a ty przemokłaś do gołej skóry!

– Muszę... dorwać... tę krowę... zanim... pan Harrison... ją zobaczy. Nic mnie... nie obchodzi... że jestem mokra... Muszę i już!

Ale dżersejka nie widziała powodu, by dać się wygonić z tak luksusowego żerowiska. Gdy tylko zdyszane dziewczyny zaczęły się do niej zbliżać, zrobiła w tył zwrot i bryknęła na drugi koniec pola.

– Zabiegnij jej drogę! – wrzasnęła Anne. – Szybko, Diano, szybko!

Diana robiła, co w jej mocy, Anne także, ale złośliwe bydlę biegało po całym polu jak opętane, zresztą zgodnie z przewidywaniem Diany. Minęło dobrych dziesięć minut, zanim wreszcie zagoniły buntownicę przez przerwę w rogu ogrodzenia na stronę Cuthbertów.

Nie ma co zaprzeczać; w tym momencie Anne bynajmniej nie była w anielskim humorze. I w najmniejszym stopniu nie ułagodził jej nawet widok stojącej przy drodze bryczki, w której siedział pan Shearer z Carmody z synem, obaj uśmiechnięci od ucha do ucha.

– I co, Anne, nie lepiej było sprzedać mi tę krówkę tydzień temu, jak proponowałem? – zapytał.

– Mogę ją panu sprzedać choćby zaraz! – odparła czerwona ze złości i rozczochrana właścicielka. – Za minutę może należeć do pana.

– Załatwione! Dam za nią dwudziestaka, tak jak obiecałem, i mój Jim zabierze ją prosto do Carmody. Wieczorem trafi z resztą inwentarza na statek. Akurat pan Reed z Brighton pytał mnie o dżersejską krowę.

Pięć minut później Jim Shearer i dżersejka maszerowali w górę drogi, a krewka Anne z dwudziestoma dolarami w kieszeni jechała do Zielonych Szczytów.

– Co na to powie Marilla? – zainteresowała się Diana.

– Ach, wcale się nie przejmie. Dolly była moją własnością, a na aukcji raczej nie daliby za nią więcej. Gorzej, że pan Harrison zobaczy zdeptane zboże i od razu się domyśli, że grasowała tam znowu, a przecież dałam mu słowo honoru, że to się nie powtórzy! No cóż, mam teraz nauczkę, żeby nie ręczyć honorem za krowy. Zwłaszcza za taką, która wyrywa się z zagrody i tratuje ogrodzenie.

Marilla była właśnie u pani Lynde, a kiedy wróciła, okazało się, że wie już wszystko o sprzedaży Dolly, bo pani Rachel widziała całą transakcję z okna, a reszty się domyśliła.

– Może to i dobrze, żeśmy się jej pozbyły, chociaż powiem ci, że naprawdę zbyt pochopnie podejmujesz decyzje. Zresztą nie rozumiem, jak ona wydostała się z zagrody. Musiała chyba wyłamać deski.

– Nie przyszło mi do głowy, żeby to sprawdzić, ale zaraz tam pójdę. Martina dotąd nie ma, może mu jeszcze jakieś ciotki umarły. Chyba to tak jak z panem Peterem Sloane’em i seniorami. Któregoś dnia jego żona, czytając gazetę, zobaczyła, że umarł „kolejny senior”. Nie znała tego słowa, więc zapytała: „Co to jest senior, Peter?”. On też nie wiedział, ale jej wytłumaczył, że pewnie chodzi o bardzo chorowitych ludzi, bo słyszy się o nich, dopiero kiedy umierają. Pewnie tak samo jest z tymi ciotkami Martina.

– Martin jest zupełnie jak ci wszyscy Francuzi – zauważyła z niesmakiem Marilla. – W ogóle nie można na nich polegać.

Jakiś czas później przeglądała zakupy Anne z Carmody, kiedy usłyszała z podwórza jej przeraźliwy krzyk. Po chwili do kuchni wpadła jej wychowanka, załamując ręce.

– Anne Shirley, co znowu się stało?

– Och, Marillo, co ja najlepszego zrobiłam?! To straszne, i w dodatku sama jestem wszystkiemu winna! Ach, czy ja kiedyś nauczę się choć trochę myśleć, zanim coś zrobię? Pani Lynde zawsze mówiła, że pewnego dnia się doigram, no i miała rację!

– Ty naprawdę umiesz doprowadzić człowieka do rozpaczy! Cóżeś tym razem zmalowała?

– Sprzedałam panu Shearerowi dżersejską krowę pana Harrisona! Tę, którą kupił od pana Bella. A Dolly stoi sobie spokojnie w zagrodzie.

– Anne, coś ci się chyba przyśniło.

– Niestety, to nie sen, chociaż rzeczywiście przypomina senny koszmar. O tej porze krowa pana Harrisona musi już być w Charlottetown. Och, Marillo, myślałam, że już skończyłam z tego rodzaju kłopotami, a tymczasem znów wpadłam po same uszy! Co ja teraz zrobię?

– Co zrobisz? Chyba nie ma innej rady, jak tylko pogadać z panem Harrisonem. Możemy oddać mu pieniądze, a jeśli nie zechce, to zaproponować naszą krowę w zamian. Jest prawie taka sama jak ta jego.

– Na pewno będzie się wściekał – jęknęła Anne.

– Nie wątpię, on w ogóle jest nerwowy. Jeśli chcesz, to ja do niego pójdę.

– O nie. Aż taka podła nie jestem. Sama nawarzyłam tego piwa, więc nie pozwolę, żebyś się za mnie narażała. Pójdę tam, i to natychmiast. Im szybciej to załatwię, tym lepiej, bo pewnie czeka mnie straszne upokorzenie.

Biedna Anne wzięła kapelusz, dwadzieścia dolarów i ruszyła do drzwi. Już wychodziła, kiedy przypadkiem wzrok jej padł na otwartą spiżarnię, gdzie leżał upieczony przez nią rano placek orzechowy. Przybrany różowym lukrem i włoskimi orzechami, prezentował się bardzo apetycznie. Anne przeznaczyła go na piątkowe zebranie Koła Entuzjastów Avonlea, które tym razem miało się odbyć w Zielonych Szczytach, ale cóż znaczyło jakieś zebranie w porównaniu ze słusznym gniewem pana Harrisona? Takie domowe ciasto zmiękczyłoby serce każdego mężczyzny, zwłaszcza takiego, który sam gospodaruje... Szybko zapakowała placek do pudełka – zaniesie go sąsiadowi w charakterze gałązki oliwnej.

„Znaczy jeśli tylko da mi dojść do słowa – myślała ponuro, przełażąc przez płot i podążając skrótem przez pola wyzłocone w sennym sierpniowym słońcu. – Teraz przynajmniej już wiem, jak czuje się skazaniec prowadzony na ścięcie”.

ROZDZIAŁ III

Nie taki diabeł straszny

DOM PANA HARRISONA, staroświecki, bielony, z niskimi okapami, stał na skraju gęstego świerkowego zagajnika.

Właściciel w samej koszuli siedział na porośniętej dzikim winem werandzie, pykając wieczorną fajkę. Kiedy zorientował się, kto nadchodzi, zerwał się z miejsca, wpadł do domu i zamknął za sobą drzwi. Nie bardzo wiedział, jak się zachować wobec tej niespodziewanej wizyty, a do tego bardzo się wstydził wczorajszego wybuchu. Za to Anne na ten widok do reszty straciła odwagę.

„Skoro już teraz jest taki zły, to co będzie, kiedy usłyszy, co zrobiłam?” – myślała z przerażeniem, stukając do drzwi.

Pan Harrison jednak otworzył je, uśmiechając się wstydliwie, i zaprosił ją do środka dość życzliwym tonem, chociaż wyraz jego twarzy zdradzał pewną nerwowość. Zdążył już odłożyć fajkę i ubrać się w tużurek, a teraz uprzejmie podsunął Anne mocno zakurzone krzesło. Te wstępne grzeczności mogłyby budzić pewną nadzieję, gdyby nie papuga, która łypała na gościa z klatki złocistymi oczami. Ledwie Anne zdążyła usiąść, rozległ się wrzask:

– Na mą duszę! Co tu rrobi to rrude chuchrro?

Trudno powiedzieć, kto bardziej poczerwieniał: gospodarz czy gość.

– Nie przejmuj się moim Imbirem – sumitował się pan Harrison, obrzucając papugę wściekłym spojrzeniem. – On... on zawsze plecie trzy po trzy. Dostałem go od brata, który był marynarzem. Uważasz, marynarze nigdy nie przebierają w słowach, a papugi szybko się uczą...

– Tak, słyszałam o tym – bąknęła nieszczęsna Anne, starając się stłumić urazę ze względu na cel wizyty. Z pewnością nie może sobie teraz pozwolić na żadne afronty. Skoro właśnie sprzedało się cudzą krowę bez wiedzy i zgody właściciela, trzeba położyć uszy po sobie i nie zważać na inwektywy jego bezczelnego ptaka. Niemniej „rude chuchro” przestało już być tak potulne, jak było jeszcze przed chwilą.

– Panie Harrison... Przyszłam tu, bo muszę panu coś wyznać... Chodzi... Chodzi o tę dżersejkę.

– Na mą duszę! – wykrzyknął pan Harrison. – Czyżby znowu dobrała się do mojego owsa? No dobrze, mniejsza o to... Nic się nie stało. Wczoraj mnie trochę poniosło, to fakt. Niech jej będzie.

– Ach, żeby tylko to... – westchnęła Anne. – Niestety jest znacznie gorzej. Nie wiem wprost...

– Na mą duszę, chcesz powiedzieć, że wlazła w moją pszenicę?!

– Nie... nie w pszenicę. Ale...

– A więc w kapustę! Stratowała mi kapustę, którą hodowałem na Wystawę, tak?

– Nie kapustę... Wszystko panu opowiem, po to właśnie przyszłam, ale proszę, niech mi pan nie przerywa, bo tylko bardziej się denerwuję. Wyznam wszystko do końca, a wtedy... – „O, wtedy z pewnością będzie pan miał dużo do powiedzenia” – dodała w myśli.

– Nie odezwę się już ani słowem – przyrzekł pan Harrison i tak też się stało. Imbir jednak, którego obietnica nie dotyczyła, dalej skrzeczał co chwila „rrude chuchrro!”, doprowadzając Anne do szału.

– Wczoraj zamknęłam Dolly w zagrodzie. Rano pojechałam do Carmody, a po powrocie znów zobaczyłam ją w pańskim owsie. Wygoniłyśmy ją razem z Dianą i może pan sobie wyobrazić, ileśmy się przy tym namęczyły. Byłam przemoknięta, kompletnie wykończona i zła, a tu akurat zjawia się jak spod ziemi pan Shearer i proponuje mi kupno tej diablicy. No więc sprzedałam mu ją od ręki za dwadzieścia dolarów, niestety... Oczywiście powinnam poczekać i poradzić się Marilli, ale ja znana jestem z tego, że najpierw coś robię, a potem myślę... każdy to panu powie. No i pan Shearer od razu zabrał krowę i miał ją tego samego dnia wysłać pociągiem.

– Rrude chuchrro! – wrzasnął Imbir z najwyższą pogardą.

W tym momencie pan Harrison zerwał się z miejsca i z miną, na widok której każdy inny ptak padłby trupem, wyniósł klatkę z papugą do sąsiedniego pokoju. Imbir skrzeczał, klął i w ogóle zachowywał się zgodnie ze swą reputacją, ale pozbawiony audytorium, szybko się uspokoił i popadł w urażone milczenie.

– Przepraszam, mów dalej – rzekł pan Harrison, wracając na miejsce. – Niestety, mój brat nie nauczył go właściwych manier.

– No więc wróciłam potem do domu i po podwieczorku poszłam obejrzeć zagrodę, a wtedy... – Anne wychyliła się do przodu, składając ręce w swym dawnym dziecięcym geście, i spojrzała błagalnie na zdezorientowanego gospodarza. – Wtedy zobaczyłam, że moja Dolly spokojnie tam stoi. Bo widzi pan, ja sprzedałam panu Shearerowi PAŃSKĄ krowę!

– Na mą duszę! – wykrzyknął pan Harrison, zdumiony tą nieoczekiwaną konkluzją. – Toż to absolutnie niezwykła historia!

– Och, wcale by się nie wydarzyła, gdyby nie ta moja skłonność do ciągłego pakowania się w kłopoty. Jestem z tego znana, ale można by sądzić, że zdążyłam już z tego wyrosnąć... W końcu w marcu kończę siedemnaście lat, chociaż nie bardzo chce mi się w to wierzyć. Panie Harrison, czy mogę mieć nadzieję, że mi pan wybaczy? Obawiam się, że nie da się już odzyskać pańskiej krowy, ale mam tu te pieniądze... chyba że woli pan wziąć w zamian moją Dolly. To bardzo dobre zwierzę. Nie umiem wprost wyrazić, jak strasznie mi przykro.

– Cicho, cicho, panienko, nie ma o czym gadać. Wypadki chodzą po ludziach, stało się, i tyle. Ja czasem jestem zbyt prędki... tak, panienko, o wiele za prędki... Ale nie umiem utrzymać języka za zębami i ludzie muszą mnie brać, jakim jestem. Gdyby to bydlę wlazło mi w kapustę, noo... Ale mniejsza o to, bo tak się nie stało. A twoją krowę chętnie wezmę, jeśli chcesz się jej pozbyć.

– Och, dziękuję panu, tak się cieszę, że nie jest pan zły. Bardzo się tego bałam.

– No pewnie, po tym moim wczorajszym popisie... Ale mną się nie przejmuj, już taki ze mnie gość, że co na sercu, to na języku... Po prostu walę prawdę w oczy, nawet jeśli jest przykra.

– To tak jak pani Lynde – wypsnęło się Anne.

– Kto?! Pani Lynde? Tylko mi nie mów, że jestem podobny do tej starej plotkary – zirytował się pan Harrison. – Nie jestem... ani trochę. A co masz w tym pudełku?

– Placek – odpowiedziała Anne, uśmiechając się chytrze. Po tym, jak kamień spadł jej z serca dzięki tej nieoczekiwanej życzliwości sąsiada, poczuła się lekka jak piórko. – Przyniosłam go, bo... pomyślałam sobie, że chyba nieczęsto jada pan domowe ciasto.

– Żebyś wiedziała, że nieczęsto. A jak je lubię! Jestem ci wielce zobowiązany. Z wierzchu wygląda bardzo ładnie, mam nadzieję, że jest też smaczne.

– O tak – przyznała Anne wesoło. – Kiedyś ciasta nie zawsze mi wychodziły, pani Allan wie coś na ten temat, ale to jest w porządku. Szykowałam je dla Koła Entuzjastów Avonlea, najwyżej upiekę im drugie.

– To wiesz co, panienko? Musisz mi pomóc je zjeść. Zaraz nastawię czajnik i napijemy się herbaty, co ty na to?

– A pozwoli mi pan samej się tym zająć? – spytała niepewnie Anne.

Pan Harrison zachichotał.

– Widzę, że masz niewiele zaufania do moich zdolności. I tu się mylisz, potrafię zaparzyć taką herbatę, jakiej nigdy nie piłaś. Ale proszę bardzo, jak sobie życzysz. Na szczęście w ostatnią niedzielę padało, więc jest dość czystych naczyń.

Anne raźno zabrała się do roboty. Przed zalaniem herbaty wymyła w kilku wodach imbryk, wytarła piecyk i nakryła do stołu. Kiedy wyjmowała naczynia z kredensu, przeraziła się jego stanem, ale rozsądnie powstrzymała się od komentarzy. Pan Harrison powiedział jej, gdzie znajdzie chleb, masło i puszkę brzoskwiń. Na koniec postawiła na stole bukiet kwiatów z ogrodu i udała, że nie widzi plam na obrusie. Wkrótce wszystko było gotowe i oto Anne siedziała naprzeciwko groźnego sąsiada przy jego własnym stole i nalewała mu herbatę, gawędząc z nim swobodnie o swoich planach, szkole i przyjaciołach. Sama ledwie wierzyła własnym zmysłom.

Pan Harrison przyniósł z powrotem Imbira, obawiając się, że biedny ptak poczuje się samotny; Anne, gotowa teraz wybaczyć wszystko całemu światu, podała mu orzech. Ale uczucia Imbira musiały być bardzo zranione, bo odrzucił wszelkie próby nawiązania przyjaźni. Siedział obrażony na grzędzie, strosząc pióra tak, że wyglądał jak zielono-złota kula.

– Czemu nazwał go pan Imbirem? – spytała Anne, która lubiła nazwy odpowiadające rzeczywistości, a imię papugi nie pasowało jej zupełnie do wspaniałego upierzenia ptaszyska.

– To nie ja, to brat. Może chodziło mu o jego ostry charakterek. Bardzo przywiązałem się do tego ptaka... Zdziwiłabyś się, jak mocno. Oczywiście ma swoje wady i w taki czy inny sposób muszę za nie płacić. Ludzie mają pretensje, że tak klnie, ale nie sposób go tego oduczyć. Próbowaliśmy i ja, i... inne osoby. Niektórzy w ogóle są uprzedzeni do papug, to głupie, co? Ja tam je lubię. Imbir jest doskonałym kompanem i nic mnie nie zmusi do pozbycia się go... Nic na świecie, rozumiesz, panienko?

Ostatnie zdanie rzucił jej w twarz z taką mocą, jakby i ją podejrzewał o próbę rozdzielenia go z pierzastym pupilem. Anne jednak zaczynała nabierać sympatii do tego dziwnego, humorzastego sąsiada, toteż zanim wstali od stołu, zdążyli się całkiem zaprzyjaźnić. Pan Harrison wiedział już o Kole Entuzjastów Avonlea i nawet był skłonny je zaakceptować.

– To jest słuszne. Bierzcie się do roboty. W tej osadzie trzeba ulepszyć mnóstwo rzeczy... oraz ludzi.

– Och, czy ja wiem... – Sama przed sobą i w gronie najbliższych Anne mogła przyznać, że w Avonlea i jego mieszkańcach to i owo należałoby poprawić, ale słyszeć to z ust kogoś, kto dopiero co tu przyjechał, to całkiem co innego. – Dla mnie Avonlea jest uroczym miejscem na ziemi, a tutejsi ludzie też są bardzo mili.

– O, widzę, że panienka też ma niezły temperamencik – zauważył pan Harrison, obserwując, jak poczerwieniała z oburzenia. – To wszystko przez te włosy. Owszem, Avonlea to dość przyjemna miejscowość, inaczej przecież bym tu nie zamieszkał, ale chyba przyznasz, że ma pewne wady?

– Tym bardziej mi się tu podoba – stwierdziła Anne lojalnie. – Nie lubię ludzi i miejsc bez wad. Takie ideały są mało interesujące. Pani Miltonowa White twierdzi, że osobiście nie zna ani jednej doskonałej osoby, ale o jednej dość się nasłuchała... to pierwsza żona jej męża. Nie sądzi pan, że niezbyt miło jest żyć z człowiekiem, którego pierwsza żona była chodzącym ideałem?

– Jeszcze gorzej ma ten, kto poślubi taki ideał – oznajmił pan Harrison z dziwnie ciepłą nutką w głosie.

Po herbacie Anne uparła się, że pozmywa naczynia, chociaż gospodarz zapewniał ją, że ma w domu dostateczny zapas czystych na kilka tygodni. Z przyjemnością pozamiatałaby też kuchnię, ale nigdzie nie dojrzała miotły, a nie chciała o nią pytać z obawy, że w tym domu w ogóle nie ma czegoś takiego.

– Zaglądaj do mnie czasem, co? – zaproponował pan Harrison przy pożegnaniu. – Mieszkamy koło siebie, a ludzie powinni podtrzymywać kontakty z sąsiadami. Interesuje mnie to wasze stowarzyszenie. Może być z tego niezła zabawa. To kogo bierzecie na pierwszy ogień?

– My nie zamierzamy zajmować się ludźmi – odrzekła Anne wyniośle, gdyż miała wrażenie, że pan Harrison pokpiwa sobie z ich projektu. – Nam chodzi o ulepszanie miejsc.

Kiedy odchodziła, pan Harrison długo śledził wzrokiem smukłą dziewczęcą postać wędrującą żwawym krokiem przez pola w poświacie zachodzącego słońca.

– Jestem starym, zrzędliwym dziadygą – powiedział do siebie – ale ta mała ma w sobie coś takiego, że znów czuję się młody... I to jest takie przyjemne, że niechby zdarzało się częściej.

– Rrude chuchrro – zaskrzeczał szyderczo Imbir.

Pan Harrison pogroził mu pięścią.

– Ty wstrętne ptaszysko! Szkoda, że nie skręciłem ci karku od razu, kiedy mój brat cię przyniósł. Zawsze już będziesz mi ściągał kłopoty na głowę?

Anne przybiegła do domu z lekkim sercem i w ogóle w cudownym humorze. Zaraz opowiedziała o wszystkim Marilli, która poważnie zaniepokojona jej długą nieobecnością, wybierała się już na poszukiwania.

– Ten świat mimo wszystko nie jest taki zły, prawda? – podsumowała Anne swoją relację. – A pani Lynde ostatnio tak na niego narzekała! Mówiła, że ilekroć oczekujemy czegoś przyjemnego, zawsze spotyka nas większe lub mniejsze rozczarowanie... Może i prawda, ale ma to też dobrą stronę. Bo te złe przeczucia także nie zawsze się spełniają. I bardzo często wszystko układa się znacznie lepiej, niż można się było spodziewać. Kiedy szłam do pana Harrisona, myślałam, że żywa od niego nie wyjdę, a tymczasem okazał się całkiem uprzejmym jegomościem i ucięliśmy sobie dość miłą pogawędkę. Myślę, że z czasem moglibyśmy się zaprzyjaźnić, tylko wymagałoby to wielu ustępstw po obu stronach. Czyli cała przygoda wyszła nam tylko na dobre, ale teraz wiem jedno: już nigdy w życiu nie sprzedam żadnej krowy, dopóki się nie upewnię, do kogo należy. A papug zdecydowanie nie lubię!

ROZDZIAŁ IV

Różnice zdań

PEWNEGO DNIA O ZACHODZIE słońca Jane Andrews, Gilbert Blythe i Anne Shirley stali przy płocie w cieniu kołyszących się lekko świerkowych gałęzi, w miejscu, gdzie leśna przecinka zwana Ścieżką Brzóz łączyła się z główną drogą. Jane wracała do domu od Anne, która postanowiła ją odprowadzić. Przy płocie spotkały Gilberta i teraz cała trójka rozprawiała żywo na temat wielkiego dnia. Nazajutrz bowiem przypadał pierwszy dzień września, a tym samym początek roku szkolnego, który dla Jane oznaczał wyjazd do Newbridge, a dla Gilberta – do White Sands.

– Wam to dobrze – westchnęła Anne. – Będziecie uczyć dzieci, które was nie znają, a ja muszę mieć do czynienia z moimi dawnymi koleżankami i kolegami. Pani Lynde obawia się, że jeśli od początku ostro się za nich nie wezmę, nie będą mnie szanować tak, jak kogoś z zewnątrz. Ale ja nie uważam, że nauczycielka koniecznie musi być ostra. Och, co za straszna odpowiedzialność!

– Na pewno wszyscy sobie jakoś poradzimy – pocieszała ją koleżanka.