Ani kroku do tyłu - Artiom Drabkin - ebook

Ani kroku do tyłu ebook

Drabkin Artiom

0,0
39,00 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

W batalionach karnych Armii Czerwonej człowiek miał tylko dwa wyjścia: zginąć albo zostać rannym.

22 lipca 1942 roku Józef Stalin wydał rozkaz nr 227, znany pod hasłem „Ani kroku w tył”. Dokument ten zakazywał odwrotu z pola bitwy pod groźbą rozstrzelania. W takich realiach walczyli żołnierze batalionów karnych – jednej z najbardziej tragicznych formacji w armii radzieckiej.

Oddziały te tworzyli zarówno niesłusznie skazani żołnierze, jak i pospolici przestępcy. Za nimi podążały oddziały zaporowe, których zadaniem było powstrzymywanie odwrotu – nawet za cenę natychmiastowej egzekucji tych, którzy próbowali opuścić linię frontu.

Artiom Drabkin zebrał relacje ludzi skazanych na służbę w batalionach karnych Armii Czerwonej. Świadectwa jego rozmówców odsłaniają brutalną rzeczywistość tej służby. Dla wielu jedyną drogą „odkupienia win” była śmierć albo odniesienie ran na polu walki – przelanie krwi za ojczyznę.

Te poruszające i niezwykle realistyczne relacje żołnierzy rzucanych na pierwszą linię frontu odsłaniają bezwzględność i determinację radzieckiej machiny wojennej. Skazanym pozostawała jedynie desperacka walka o przetrwanie i świadomość, że dopóki nie zostaną ranni, nie mogą liczyć na żadne wybawienie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł ory­gi­nału: Ja drał­sia w sztra­fba­tach

Tłu­ma­cze­nie z języka rosyj­skiego: Ryszard Jędru­sik Korekta: Joanna Mar­kie­wicz Ilu­stra­cja na okładce: Jaro­sław Wró­bel Redak­tor tech­niczny: Agnieszka Matu­siak

Książkę wydano we współ­pracy z Gdań­skim Kan­to­rem Wydaw­ni­czym

Copy­ri­ght © for Polish edi­tion by Dres­sler Dublin sp. z o.o. Oża­rów Mazo­wiecki, 2026 Copy­ri­ght © Ryszard Jędru­sik, 2026

Wydaw­nic­two Bel­lona ul. Han­kie­wi­cza 2, 02-103 War­szawa tel. +48 22 457 04 02 www.bel­lona.pl www.face­book.com/Wydaw­nic­two.Bel­lona

Księ­gar­nie inter­ne­towe: www.swiatk­siazki.pl www.ksiazki.pl

Dys­try­bu­cja Dres­sler Dublin sp. z o.o. ul. Poznań­ska 91, 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki tel. (+ 48 22) 733 50 31/32 e-mail: dys­try­bu­cja@dres­sler.com.pl www.dres­sler.com.pl

ISBN 978-83-11-18874-7

Wer­sję elek­tro­niczną w sys­te­mie Zecer przy­go­to­wała Róża Rozaxa

1. Briuchow Wasilij Pawłowicz

W jeden z sza­rych jesien­nych dni wezwał mnie do sie­bie do zie­mianki dowódca kom­pa­nii:

– Briu­chow, pil­nie do dowódcy bata­lionu – powie­dział do mnie.

– Po co?

– Od dowódcy bata­lionu się dowiesz. – Nie­chęt­nie odpo­wie­dział kapi­tan i pochy­lił się nad map­ni­kiem, dając do zro­zu­mie­nia, że roz­mowa została zakoń­czona.

Po krót­kim spa­ce­rze w lesie odna­la­złem dowódcę bata­lionu, sie­dzą­cego pod zada­sze­niem zro­bio­nym z czoł­go­wego bre­zentu:

– Towa­rzy­szu kapi­ta­nie – zamel­do­wa­łem się. – Na wasz roz­kaz przy­był lejt­nant Briu­chow.

– A! Świet­nie. U zastępcy szefa zaopa­trze­nia dosta­niesz pakiet żela­znych racji na dobę. Za pół godziny do sztabu tyłów frontu jedzie „Stu­de­ba­ker”. Zabie­rzesz się na niego, odnaj­dziesz pro­ku­ra­turę i try­bu­nał woj­skowy. Zamel­duj się tam po przy­by­ciu. – Dowódca zamilkł.

No pięk­nie! Od samego „try­bu­nał woj­skowy” prze­bie­gły mi ciarki po skó­rze. W gło­wie od razu rój myśli: „Dla­czego? Co ja zro­bi­łem? Może coś powie­dzia­łem? Chyba nie…”. Nie­po­kój mia­łem wypi­sany na twa­rzy.

– Co się mar­twisz? – cicho zapy­tał dowódca. – Nie martw się. Mia­łem wybrać mło­dego, już ostrze­la­nego, fizycz­nie sil­nego, moc­nego ofi­cera. Więc wybra­łem cie­bie. A dla­czego im jest potrzebny taki – nie powiem. Dowiesz się w try­bu­nale.

Napię­cie nieco zma­lało, jed­nak brak odpo­wie­dzi na pyta­nie: „Dla­czego?” na­dal gnę­bił. Roz­kaz to roz­kaz – szybko pobra­łem racje. Zarzu­ci­łem sidor na plecy i z cięż­kim ser­cem wsia­dłem do kabiny „Stu­de­ba­kera”. Cały czas nie opusz­czała mnie nie­po­ko­jąca myśl, że to wszystko nie jest ot tak sobie. Raz za razem w gło­wie prze­bie­ra­łem wyda­rze­nia ostat­nich dni. Niby nie zro­bi­łem nic takiego. Po prze­je­cha­niu około 20 kilo­me­trów po roz­bi­tej dro­dze samo­chód zatrzy­mał się w małej wio­sce. Kie­rowca wska­zał dom, w któ­rym znaj­do­wał się try­bu­nał. Tam już mnie ocze­ki­wano. Nawet nie zdą­ży­łem zamel­do­wać o przy­by­ciu, kiedy znaj­du­jący się w pokoju pod­puł­kow­nik prze­rwał:

– Lejt­nant Briu­chow?

– Tak jest!

– My już na cie­bie cze­kamy. Masz eskor­to­wać trzech sier­żan­tów-czoł­gi­stów, ska­za­nych try­bu­na­łem woj­sko­wym na sześć mie­sięcy w kom­pa­nii kar­nej, do miej­sca ich nowej służby. Trans­portu u nas nie ma, więc popro­wa­dzisz ich pie­szo. Kom­pa­nia znaj­duje się około stu dwu­dzie­stu kilo­me­trów od nas. Myślę, że za trzy dni doj­dziesz.

– Jak ja, sam jeden, będę eskor­to­wać trzech? – zapy­ta­łem z roz­pa­czą w gło­sie.

– Wła­śnie tak, będziesz! – twardo odparł pod­puł­kow­nik. – Dosta­niesz pro­wiant dla czte­rech osób na trzy dni. Oto mapa. Sztab kom­pa­nii znaj­duje się tutaj – szturch­nął pal­cem. – Znaj­dziesz dowódcę, zdasz mu więź­niów. Otrzy­masz potwier­dze­nie, które mi przy­wie­ziesz. Uwa­żaj, zada­nie jest odpo­wie­dzialne. Uciekną – będziesz musiał jesz­cze raz prze­być tę drogę, ale już w innym cha­rak­te­rze. Dalej. Dzia­łaj – zakoń­czył.

Wzią­łem mapę, posze­dłem do maga­zynu pobrać pro­wiant. W myślach skal­ku­lo­wa­łem, jak naj­le­piej wyko­nać zada­nie. Posta­no­wi­łem, że naj­trud­niej­szą sprawą jest pil­no­wa­nie ska­za­nych w nocy, ale dwie noce można nie spać. Z tymi myślami uda­łem się do izby odbioru, by zapo­znać się z moimi „towa­rzy­szami”. War­tow­nik dopro­wa­dził ska­za­nych. Rzu­ciło mi się w oczy, że wszy­scy są starsi ode mnie. Z doku­men­tów zna­łem już ich dane i wie­dzia­łem, za co zostali ska­zani. Posta­no­wi­łem, że lepiej będzie nawią­zać z nimi kon­takt jak z czło­wie­kiem, niż stroić z sie­bie naczel­nika. Na początku oka­zało się, że oni wszy­scy są jesz­cze z przed­wo­jen­nego poboru. Dwoje miesz­kało na wsi, ale w pracy byli zwią­zani z mecha­ni­zmami – jeden był szo­fe­rem, drugi trak­to­rzy­stą. Trzeci został powo­łany w mie­ście rejo­no­wym, gdzie pra­co­wał jako mło­towy w kuźni. To on zacho­wy­wał się naj­mniej skrę­po­wa­nie, oprócz tego wspól­nota przed­wo­jen­nej pracy szybko nas zbli­żyła. Na pyta­nie, za co został ska­zany, odpo­wie­dział:

– Roz­go­rącz­ko­wa­łem się pod­czas kłótni z takim samym mło­dziut­kim jak wy lejt­nan­tem. Ude­rzy­łem go. Zła­ma­łem mu nos. Skrę­po­wano mnie. Dali mi dzie­sięć lat z zamianą na sześć mie­sięcy kom­pa­nii kar­nej.

„Trak­to­rzy­sta” wal­czył jako mecha­nik-kie­rowca od 1941 roku. Gdy jego oddział znaj­do­wał się w stre­fie ocze­ki­wa­nia, do czołgu pode­szła młoda kobieta, popro­siła o olej napę­dowy. On nalał jej wia­dro i zapro­po­no­wał zanie­sie­nie do domu. Został u niej, zasnął. Obu­dziw­szy się w nocy, pobiegł do miej­sca sta­cjo­no­wa­nia jed­nostki, ale czołgi znik­nęły. Ponie­waż nikomu nie powie­dział, dokąd idzie, nie zna­le­ziono go i za dźwi­gniami usiadł mecha­nik-kie­rowca z rezerwy. Oskar­żono go o dezer­cję i ska­zano na dzie­sięć lat z zamianą na sześć mie­sięcy kom­pa­nii kar­nej.

„Szo­fer” dowo­ził pro­wiant i zabrał boche­nek chleba oraz parę puszek tuszonki. Poczę­sto­waw­szy jed­nego żoł­nie­rza, naj­praw­do­po­dob­niej wyga­dał się o tym i ten go wydał. Oskar­żono go o kra­dzież pań­stwo­wego mie­nia. Ska­zano go na pięć lat z zamianą na trzy mie­siące kom­pa­nii kar­nej.

Te nie­skom­pli­ko­wane histo­rie spo­wo­do­wały, że kamień spadł mi z serca – ska­zani nie byli zatwar­dzia­łymi prze­stęp­cami i wpa­dli przez swoją głu­potę. Powie­dzia­łem im, dokąd ich pro­wa­dzę, poka­za­łem trasę i okre­śli­łem godzinę wyru­sze­nia. Ostrze­głem, że uciec nie będzie trudno, ale nie ma sensu, bowiem i tak zostaną zła­pani i roz­strze­lani jako dezer­te­rzy, o czym zostaną poin­for­mo­wane ich rodziny. „Tym występ­kiem zgu­bi­cie nie tylko sie­bie, ale i wszyst­kich krew­nych. W kom­pa­nii kar­nej może się poszczę­ścić – albo zra­nią, albo, być może, zgło­szą do anu­lo­wa­nia wyroku”. Ku mojemu zdzi­wie­niu słu­chali mnie uważ­nie, bio­rąc moje słowa za pew­nik. Prze­rwa­łem swoje morały, zda­jąc sobie sprawę, że im i tak jest nie­do­brze.

Poże­gnaw­szy się z dowódcą warty, usta­wi­łem ska­za­nych i na ich czele wysze­dłem pod sią­piący jesienny deszcz, mie­szać butami błoto fron­to­wych dróg. Iść było ciężko. Drogę two­rzyły dwie głę­bo­kie kole­iny wypeł­nione wodą. Pobo­czy jako takich nie było. Po godzi­nie mar­szu zarzą­dzi­łem prze­rwę. Patrząc na mapę, zro­zu­mia­łem, że prze­szli­śmy trzy, może cztery kilo­me­try. W takim tem­pie czte­rech dni może nie wystar­czyć, aby dojść do miej­sca prze­zna­cze­nia. Czy mogę zaufać tym trzem ludziom? Choćby tylko jeden uciek­nie! Będę za to odpo­wia­dać. Szu­ka­łem wyj­ścia, ale na razie nie zna­la­złem.

Wsta­li­śmy i poma­sze­ro­wa­li­śmy dalej. Obok prze­je­chało kilka cię­ża­ró­wek – skrzy­nie zała­do­wane po brzegi, w kabi­nie tylko jedno–dwa miej­sca. Wsiąść do takiego samo­chodu w czwórkę było nie­moż­liwe.

Powoli wle­czemy się po bło­cie. Nogi się roz­jeż­dżają, na buty nakła­dają się grudy błota, prze­kształ­ca­jąc wil­gotne buty w okowy nie do rusze­nia.

Póź­nym wie­czo­rem docie­ramy do małej wio­ski. Puka­li­śmy do jed­nego domku. Wpusz­czono nas. Zrzu­ci­li­śmy buty, powie­si­li­śmy przy piecu onuce celem wysu­sze­nia. Gospo­da­rze o nic nie pytali. Podobno w ciągu dwóch lat wojny przez ich dom prze­wi­nęło się wielu żoł­nie­rzy obu armii, więc było im zupeł­nie wszystko jedno, kim jeste­śmy i dokąd idziemy. Zmę­czy­li­śmy się tak bar­dzo, że bez kola­cji uło­ży­li­śmy się na pod­ło­dze i moi aresz­tanci natych­miast usnęli. Strze­głem ich czuj­nie przez całą noc, nie zmru­żyw­szy oczu. Rano, kiedy „mło­towy” obu­dził się i zoba­czył, że nie śpię, zapy­tał:

– A ty co, lejt­nan­cie, nie spa­łeś?

Nic nie powie­dzia­łem. Naj­wy­raź­niej zda­jąc sobie z tego sprawę, mruk­nął:

– No i głu­piś. Dokąd mogli­by­śmy uciec?

Nie chcia­łem o tym mówić i nachy­li­łem się do swo­jego sidora, wyj­mu­jąc pro­wiant na śnia­da­nie. Gospo­dyni ugo­to­wała gar­nek małych ziem­nia­ków i po moc­nym śnia­da­niu kon­ty­nu­owa­li­śmy marsz. Cały dzień sta­ra­łem się utrzy­mać tempo czte­rech kilo­me­trów na godzinę, robiąc co pięć­dzie­siąt minut dzie­się­cio­mi­nu­towy postój. Zegarka na rękę wtedy nie mia­łem i korzy­sta­łem z wyję­tego z czołgu zegara. Bez­senna noc dawała o sobie znać – pod­czas posto­jów zasy­pia­łem. Jak byśmy się nie sta­rali, prze­ma­sze­ro­wa­li­śmy tylko 25 kilo­me­trów. Noco­wa­li­śmy w wio­sce. Aresz­tanci, jak stali, od razu zaczęli chra­pać, a ja znów sie­dzia­łem, pil­nu­jąc ich. Oczy mi się kle­iły, głowa opa­dała na piersi, ale natych­miast się budzi­łem, spraw­dza­łem, czy moi pod­opieczni są na miej­scu, i wszystko powta­rzało się od nowa. Rano „mło­towy” powie­dział:

– Lejt­nant, czego nie śpisz drugą noc pod rząd? Dokąd pój­dziemy? Sam mówi­łeś – zła­pany i roz­strze­lany. I star­czy ugnia­tać błoto. Robimy tak: zatrzy­mu­jemy cię­ża­rówkę, dowia­du­jemy się, dokąd jedzie i gdzie skręca z naszej trasy. Ci, któ­rzy pojadą, scho­dzą na tym zakrę­cie i cze­kają na resztę. No jak, lejt­nant? Pasuje?

Nie wie­dzia­łem co odpo­wie­dzieć – zda­łem sobie sprawę, że jesz­cze jed­nej bez­sen­nej nocy nie wytrzy­mam. I tak na trzeci dzień auto­sto­pem zro­bi­li­śmy 50 kilo­me­trów. Nikt nie uciekł. Powe­se­la­łem i uspo­ko­iłem się. W nocy spa­łem już razem ze wszyst­kimi. Pod koniec czwar­tego dnia podróży dotar­li­śmy do miej­sca pobytu kom­pa­nii kar­nej. Kom­pa­nia została wyco­fana z linii frontu, aby uzu­peł­nić wymienny skład.

Roz­mie­ściła się w porząd­nych budyn­kach, uży­wa­nych przez Niem­ców jako maga­zyny.

Pozo­sta­wiw­szy swo­ich pod­opiecz­nych w punk­cie zbior­czym, wsze­dłem do izby, w któ­rej mie­ścił się sztab kom­pa­nii. Przy stole sie­dział kapi­tan. Zamel­do­wa­łem, że przy­wio­złem trzech ska­za­nych. Ode­rwaw­szy głowę od papie­rów, dowódca wysłu­chał mnie, a potem wstał, wyszedł zza stołu i wycią­gnął rękę. Wska­zał na krze­sło. Usia­dłem, a on usiadł na kra­wę­dzi stołu, powie­dział:

– Dobra. Poznajmy się.

W skró­cie przed­sta­wi­łem swoją bojową bio­gra­fię. Zro­biła na dowódcy bata­lionu dobre wra­że­nie, spoj­rzał na mnie uważ­nie:

– A ja myśla­łem, że jesteś jesz­cze smar­ka­czem. Bar­dzo młodo wyglą­dasz.

Zmie­sza­łem się i umil­kłem. Dowódca wezwał zastępcę-kwa­ter­mi­strza i roz­ka­zał przy­jąć trzech ska­za­nych w skład kom­pa­nii. Ode­tchną­łem, skoń­czyły się moje męki. Zada­nie zostało wyko­nane i za kilka dni będę już w rodzi­mym bata­lio­nie. Jesz­cze tro­chę poga­da­li­śmy z kapi­ta­nem, gdy nagle wcho­dzi kwa­ter­mistrz:

– Towa­rzy­szu dowódco, ska­za­nych przy­jąć nie mogę.

– Dla­czego?! – zapy­tał kapi­tan nie­za­do­wo­lo­nym tonem.

– Oni nie mają zimo­wego umun­du­ro­wa­nia, a my dosta­li­śmy tylko dla obec­nego składu. Oni gdzieś się wałę­sali, a armia prze­szła na zimowe umun­du­ro­wa­nie.

– Co robić? – współ­czu­jąco zapy­tał kapi­tan.

– To bar­dzo pro­ste – niech lejt­nant zabiera swo­ich chłop­ców z powro­tem. Tam otrzy­mają zimowe mun­dury i znów przy­wie­zie ich do nas, a my ich przyj­miemy.

Nie­mal spa­dłem z krze­sła od tych słów. Wyobra­zi­łem sobie drogę tam i z powro­tem i zro­biło mi się nie­do­brze. Widząc mój stan kapi­tan, podał szklankę wody:

– Uspo­kój się.

I zwra­ca­jąc się do kwa­ter­mi­strza:

– Może jed­nak przyj­miemy? Szkoda dzie­ciaka. Spójrz na niego, na nim twa­rzy nie ma.

– Nie możemy, towa­rzy­szu dowódco – obsta­wał przy swoim kwa­ter­mistrz.

– Dobra, teraz już za późno. Niech ska­zani spę­dzą noc w naszym zbior­czym punk­cie, a lejt­nanta wezmę do sie­bie na kwa­terę. Rano zde­cy­du­jemy, co robić.

Kwa­ter­mistrz wyszedł. Kapi­tan zwró­cił się do mnie:

– Spo­koj­nie, lejt­nan­cie, coś wymy­ślimy. Chodź teraz na kola­cję.

Wcho­dząc do znaj­du­ją­cej się w pobliżu zie­mianki, naka­zał dowódcy kom­pa­nii:

– Pie­tre­wicz, nakryjmy kola­cję dla dwojga.

Star­szy żoł­nierz szybko nakrył stół. Muszę powie­dzieć, że dowódz­two kom­pa­nii żyło nie­bied­nie. Na stole było dużo prze­ką­sek, poja­wiły się też dwie butelki wódki.

– Ty pew­nie i wódki pić nie umiesz. – Kapi­tan się uśmiech­nął.

– Umiem, umiem, nie mar­tw­cie się, towa­rzy­szu kapi­ta­nie – nad­ra­bia­łem miną.

– No, to dawaj! – Zmie­rzyw­szy mnie spoj­rze­niem, nalał tro­chę wię­cej niż pół szklanki dla mnie i pełną sobie.

– Dawaj, za twoją bez­na­dziejną sprawę.

Aby zado­wo­lić kapi­tana, jed­nym duchem opróż­ni­łem szklankę, rzu­ci­łem się na prze­ką­skę. Kapi­tan wypił, powoli posta­wił szklankę. Spoj­rzał na mnie:

– Dobra robota, chłop­cze. Widzę, że umiesz. No, a teraz dobrze zakąś.

Piłem nie­chęt­nie i naj­czę­ściej odda­wa­łem swoje sto gra­mów zało­dze. Z braku przy­zwy­cza­je­nia szybko się wsta­wi­łem, roz­luź­ni­łem, zre­lak­so­wa­łem. Nerwy czte­ro­dnio­wego mar­szu odpu­ściły. Po zaką­sze­niu kapi­tan nalał jesz­cze szklankę.

– No, dawaj! Twoje zdro­wie! – i nie cze­ka­jąc na mnie, wypił.

Co było dalej, pamię­tam mgli­ście. Rano obu­dzi­łem się w zie­miance dowódcy kom­pa­nii.

– Cóż, boha­te­rze! Kiedy ty tu spa­łeś, przy­ją­łem two­ich łotrzy­ków. Zaraz wypeł­nię pokwi­to­wa­nie i jedź do domu.

Mojej rado­ści nie było końca.

– A teraz zjedzmy śnia­da­nie, czeka cię długa droga.

Stół był już nakryty. Kapi­tan nalał sobie pół szklanki wódki. Ja odmó­wi­łem. Po wypi­ciu wzięło go na szcze­rość:

– Powiem ci, że wcale mi nie paso­wało brać two­ich żoł­nie­rzy. Jak tylko skom­ple­tuję kom­pa­nię, od razu mnie wyślą do walki na front.

Nie chcia­łem roz­wi­jać tego tematu, tylko zapy­ta­łem, jak się służy w kom­pa­nii kar­nej.

– Cała kadra jest zawo­dowa. Szta­bowa kate­go­ria wszyst­kich ofi­ce­rów o jeden sto­pień wyżej niż w zwy­kłych woj­skach, potrójny żołd, rok wysługi liczy się za trzy, a nie dwa jak u nas. Ofi­ce­ro­wie dostają normę kadry lata­ją­cej. Co naj­waż­niej­sze, ofi­ce­ro­wie nie mają w cięż­kiej sytu­acji obo­wiązku oso­bi­stego pro­wa­dze­nia żoł­nie­rzy do walki.

Po zakoń­cze­niu śnia­da­nia popro­si­łem kapi­tana o zgodę na poże­gna­nie się ze „swo­imi” sztraf­ni­kami1. Wezwał ich. Poży­czy­łem im prze­trwa­nia, podzię­ko­wa­łem za pomoc w dro­dze.

Do pro­ku­ra­tury frontu dotar­łem po dwóch dniach. Otrzy­ma­łem pochwałę za wyko­na­nie zada­nia i wró­ci­łem do swo­jej jed­nostki.

Po kilku dniach nad­szedł roz­kaz, by prze­su­wać się naprzód w kie­runku linii frontu. W kom­pa­nii był dowódca czołgu Nej­man, sprytny przed­sta­wi­ciel żydow­skiego ludu. Pamię­tam, że po dro­dze do Kali­nina bar­dzo ład­nie śpie­wał, a jak zosta­li­śmy skie­ro­wani na for­mo­wa­nie – zamilkł i stał się jakby nie­obecny. Być może coś prze­czu­wał lub po pro­stu się prze­stra­szył.

Pod­czas mar­szu roz­ka­zał mecha­ni­kowi:

– Stój! Sil­nik coś nie­równo pra­cuje.

– Jak nie­równo? Wszystko wyre­gu­lo­wa­łem! – obu­rzył się mecha­nik.

– Roz­ka­zuję! Mam dobry słuch, sły­szę, że coś nie gra. Zatrzy­majmy się i pocze­kajmy na zastępcę dowódcy do spraw tech­nicz­nych.

Mecha­nik się nie kłó­cił, zje­chał na pobo­cze. Jedzie czołg, Nej­man go zatrzy­muje:

– Czy jest u was zastępca do spraw tech­niki?

– Nie. A ty czego sto­isz?

– Coś w tym sil­niku źle pra­cuje.

– Tak? Słu­chaj, czy masz sprawny roz­rusz­nik? Bo u mnie szwan­kuje.

– Sprawny.

– No, daj mi go, a sobie wstaw mój.

Zamie­nili się roz­rusz­ni­kami. Jedzie następny czołg:

– Co się dzieje?

– Roz­rusz­nik nie działa.

– A aku­mu­la­tory są dobre?

– Dobre, nie­dawno otrzy­ma­łem.

– No to zamień się ze mną „na mach­niom”.

Takim spo­so­bem w ciągu nocy roz­dał swój czołg na czę­ści. Załoga nic nie powie­działa. Kiedy zastępca do spraw tech­nicz­nych przy­je­chał, to, natu­ral­nie, zastał nie­sprawny czołg i musiał go ode­słać do remontu. Jed­nak ktoś poin­for­mo­wał o tym wyda­rze­niu oddział spe­cjalny. Chciano go oddać pod sąd, ale po poran­nej walce, w któ­rej spło­nęło wiele czoł­gów, prze­sa­dzono go do innego czołgu – uli­to­wali się.

Postój pod Kra­jową prze­biegł w cie­niu tra­ge­dii. U nas w bata­lio­nie dowódcą czołgu był lejt­nant Iwa­now spod Bieł­go­rodu. Rosły chłop, 32–34 lata, komu­ni­sta, z wyż­szym wykształ­ce­niem rol­ni­czym, przed wojną prze­wod­ni­czący koł­chozu. W jego wio­sce sta­cjo­no­wali Rumuni i pod­czas odwrotu zabrali ze sobą wszyst­kich mło­dych, a komu­ni­stów i ich rodziny spę­dzili do jed­nej sto­doły i spa­lili. Potem sąsie­dzi mówili, że krzy­czeli i pła­kali, kiedy żoł­nie­rze oble­wali sto­dołę ben­zyną, a potem sol­daty jesz­cze strze­lali, dobi­ja­jąc przez deski. Tak zgi­nęła rodzina Iwa­nowa – żona i dwoje dzieci. Nasza bry­gada prze­cho­dziła w pobliżu jego wsi i pozwo­lono mu tam zaje­chać. We wsi powie­dziano mu tę histo­rię, zapro­wa­dzono na pogo­rze­li­sko. Kiedy wró­cił, jakby go zamie­niono. Zaczął się mścić. Wal­czył sza­leń­czo, cza­sami nawet zda­wało się, że szuka śmierci. Do nie­woli nie brał nikogo, a gdy pró­bo­wali się pod­dać, kosił bez namy­słu. A tu… Wypił i poszedł z mecha­ni­kiem szu­kać dzie­wu­chy. Był wrze­sień, ładna pogoda, zbli­żał się wie­czór. Weszli do jed­nego domu. W pokoju stary czło­wiek i młódka około 25 lat sie­dzą i piją her­batę. Na rękach trzy­mała pół­to­ra­roczne dziecko. Dziecko lejt­nant prze­ka­zał rodzi­com, do niej powie­dział: „Idź do izby”, a do mecha­nika: „Ty idź, zerżnij ją, a potem ja”. Ten poszedł, ale dzie­ciak z 1926 roku, chyba ani razu nie był z dziew­czyną. Nie wie­dział, jak się do niej dobrać. Ona, widząc to, wysko­czyła przez okno i zaczęła ucie­kać. A Iwa­now usły­szał hałas, wysko­czył: „Gdzie ona jest?”. A ona już była daleko: „Ach, ty sukin­synu, wypu­ści­łeś”. Wystrze­lił do niej serię z auto­matu. Kobieta upa­dła. Oni nie zwró­cili na to uwagi i ode­szli. Gdyby ucie­kała i trzeba byłoby ją zabić, na pewno by nie tra­fił. A tu tylko jedna kula i pro­sto w serce. Następ­nego dnia przy­szli rodzice z lokal­nymi wła­dzami do nas, do bry­gady. A kolej­nego dnia organy ich wyśle­dziły i posa­dziły – Smiersz pra­co­wał dobrze2. Iwa­now od razu się przy­znał, że strze­lał, ale nie wie­dział, że zabił. Na trzeci dzień odbył się sąd. Na pola­nie usta­wiono całą bry­gadę, przy­wie­ziono bur­mi­strza i ojca z matką. Mecha­nik strasz­nie pła­kał. Iwa­now jesz­cze mu powie­dział: „Słu­chaj, bądź męż­czy­zną. Cie­bie i tak nie roz­strze­lają, nie bądź mazga­jem. Wyślą do sztra­fbatu3 – odku­pić winę krwią”. Kiedy dano mu ostat­nie słowo, cały czas tylko pro­sił o prze­ba­cze­nie. I tak wła­śnie się stało – dostał dwa­dzie­ścia pięć lat z zamianą na bata­lion karny. Lejt­nant wstał i powie­dział: „Oby­wa­tele sędzio­wie woj­sko­wego try­bu­nału, popeł­ni­łem prze­stęp­stwo i pro­szę nie robić mi żad­nej taryfy ulgo­wej”. Tak po pro­stu i mocno. Usiadł i sie­dział, grze­biąc źdźbłem trawy w zębach. Ogło­szono wyrok: „Roz­strze­lać przed fron­tem bry­gady. Wyrok wyko­nać natych­miast”. Bry­gadę usta­wiono w pięt­na­ście, dwa­dzie­ścia minut. Dopro­wa­dzono ska­za­nego do wcze­śniej wyko­pa­nego grobu. Bry­gadny oso­bi­sta4, pod­puł­kow­nik, mówi naszemu bata­lio­no­wemu przed­sta­wi­cie­lowi spe­cjal­nego oddziału, sto­ją­cemu w sze­re­gach usta­wio­nej bry­gady: „Towa­rzy­szu Moro­zow, wyrok wyko­nać”. Ten się nie rusza. „Ja wam roz­ka­zuję!” Ten stoi jak wko­pany. Wtedy pod­puł­kow­nik pod­biega do niego, łapie za rękę, wycią­ga­jąc z szyku, i przez zęby z wyzwi­skami: „Ja ci roz­ka­zuję!”. On poszedł. Pod­szedł do ska­za­nego. Lejt­nant Iwa­now zdjął fura­żerkę, ukło­nił się w pas, mówi: „Wybacz­cie mi, bra­cia”. I to wszystko. Moro­zow mówi mu: „Na kolana. Pochyl głowę”. Powie­dział to bar­dzo cicho, ale wszystko było sły­chać – była okropna cisza. Iwa­now upadł na kolana, fura­żerkę wło­żył za pas:

– Pochyl głowę.

I kiedy on prze­chy­lił głowę, oso­bi­sta wystrze­lił mu w poty­licę. Ciało lejt­nanta upa­dło i rzu­cało się w kon­wul­sjach. Widok był straszny… Oso­bi­sta odwró­cił się i odszedł, z pisto­letu wił się dymek, a on szedł, zata­cza­jąc się jak pijany. Puł­kow­nik krzy­czy: „Kon­tro­lny! Kon­tro­lny wystrzał!”. Ten nic nie sły­szy, cały czas idzie. Wtedy puł­kow­nik pod­biegł do niego, wyrwał z ręki pisto­let i wystrze­lił raz, drugi.

Co zapa­mię­ta­łem, po każ­dym wystrzale Iwa­now już nie żył, a ciało jesz­cze drgało. Puł­kow­nik pchnął ciało nogą, a ono wpa­dło do grobu:

– Zako­pać!

Zako­pano.

– Rozejść się!

Przez pięt­na­ście minut nikt się nie ruszał. Była mar­twa cisza. Wal­czył on bar­dzo dobrze, sza­no­wano go, wie­dziano, że Rumuni spa­lili jego rodzinę. Mógł prze­cież pro­sić o łaskę, mówić, że to wypa­dek, ale nie…

Reszta dnia upły­nęła w ponu­rym nastroju. Nie chciało się gadać, wszy­scy żało­wali Iwa­nowa. Ale po tym wypadku żad­nych eks­ce­sów z miej­scową lud­no­ścią u nas w bry­ga­dzie nie było.

2. Aria Siemion Lwowicz

Zimą 1942/1943 roku bry­gada pan­cerna ponio­sła cięż­kie straty w wal­kach o Moz­dok. Słu­ży­łem w tej bry­ga­dzie i oca­la­łem. Los, prze­wi­du­jąc naj­bar­dziej praw­do­po­dobny roz­wój wyda­rzeń, posta­no­wił wów­czas prze­nieść mnie ze sta­no­wi­ska mecha­nika-kie­rowcy czołgu do innego, mniej nie­bez­piecz­nego rodzaju wojsk. Pil­nie i za wszelką cenę, ale nie stało się to od razu.

W ponury zimowy dzień kolumna pan­cerna, w któ­rej jechał nasz „T-34”, po dłu­gim mar­szu wcią­gnęła się w sta­nicę lewo­kum­ską. Wyco­fu­jący się Niemcy wysa­dzili za sobą w powie­trze most na rzece Kumie, zamiast niego cze­kała nas tym­cza­sowa prze­prawa, zro­biona przez sape­rów ze wszyst­kiego, co wpa­dło w ręce. Nasz dowódca z nie­do­wie­rza­niem ją obej­rzał, zapy­tał dowódcy sape­rów:

– A czołg po tym prze­je­dzie? Dwa­dzie­ścia pięć ton?

– Nie ma wąt­pli­wo­ści – ten odpo­wie­dział. – Gwar­dyj­ska robota! Ale poje­dyn­czo.

Pierw­szy czołg powoli i ostroż­nie prze­je­chał po falu­ją­cym poszy­ciu. Drugi – rów­nie ostroż­nie wje­chał, lekko odchy­la­jąc się od linii środ­ko­wej, dotarł do połowy i nagle zaczął na oczach wszyst­kich posu­wać się nie przez rzekę, a wzdłuż niej, a następ­nie wraz z prze­prawą zwa­lił się bokiem w potok, pozo­sta­wia­jąc na powierzchni jedy­nie wio­dącą „gwiazdkę” gąsie­nicy. Załoga nie bez trudu została wyło­wiona z lodo­wa­tej wody. Po kie­rowcę musiano nur­ko­wać. Nasz czołg był trzeci.

Po ener­gicz­nej roz­mo­wie z sape­rami, uży­wa­jąc wszyst­kich zna­nych mu okre­śleń ich matek i gro­żąc roz­strze­la­niem, dowódca bata­lionu przy­pro­wa­dził skądś miej­sco­wego dziadka, który obie­cał poka­zać bród.

Umie­ściw­szy dziadka w swoim „Wil­li­sie” i wyja­śnia­jąc mi całą miarę odpo­wie­dzial­no­ści jako czo­ło­wego, kom­bat roz­ka­zał nam jechać za nim.

– Tylko nie­szcze­gól­nie się roz­pę­dzaj, ale też nie ocią­gaj – ostrzegł. – Jeśli coś będzie nie tak, ja ci latarką dam sygnał.

I ruszy­li­śmy wzdłuż rzeki, aż w końcu zro­biło się ciemno. Reflek­to­rów nie mie­li­śmy po pierw­szej walce, a nawet jeśliby były, nie­bez­piecz­nie było świe­cić przez wzgląd na nie­miec­kie lot­nic­two. Tak więc w ciem­no­ści, lekko roz­cień­czo­nej roz­pro­szo­nym świa­tłem księ­życa, nie widząc drogi, jecha­łem za pod­ska­ku­ją­cym nie­bie­skim świa­teł­kiem „Wil­lisa” kom­bata. Kolumna jechała za mną.

Tak prze­je­cha­li­śmy około dzie­sięć kilo­me­trów. Jak póź­niej się oka­zało, dowódca po pro­stu prze­sko­czył mostek przez parów, nie zatrzy­mu­jąc się i nie prze­ka­zu­jąc sygnału. Mój czołg pod­le­ciał do niego na spo­rej pręd­ko­ści i mostek runął jak sko­szony. Czołg z roz­pędu ude­rzył czo­ło­wym pan­ce­rzem w zbo­cze parowu, prze­wró­cił się i do góry łapami spadł na dno.

Ogłu­szony ude­rze­niem, zna­la­złem się pod stertą poci­sków 76 mm, które wypa­dły z „wali­zek”, prze­mie­sza­nych z tale­rzo­wymi maga­zyn­kami kara­binu maszy­no­wego, narzę­dziami, kon­ser­wami, zdo­bycz­nymi pro­duk­tami, piłą, sie­kierą i innymi czoł­go­wymi skar­bami. Cien­kimi struż­kami z góry lał się kwas z odwró­co­nych aku­mu­la­to­rów. Wszystko było pod­świe­tlone na zie­lono zło­wiesz­czym świa­tłem lampki sygna­li­za­cyj­nej.

Sam byłem cały, ale dość obo­lały. Pierw­sza myśl – zmiaż­dży­łem załogę. Rzecz w tym, że pod­czas mar­szu załoga zazwy­czaj sie­dzi nie wewnątrz maszyny, a na kla­pie sil­nika – naj­cie­plej­szym miej­scu z tyłu wieży, przy­kryta plan­deką. Oka­zało się jed­nak, że wszy­scy żyją – wyrzu­ciło ich pod­czas prze­wrotu jak z kata­pulty do przodu na zie­mię. Teraz dowódca, lejt­nant Kuc, krzy­czał skądś na zewnątrz:

– Aria! Żyjesz?

– Tak jakby – odpo­wie­dzia­łem. – A jak chło­paki?

Następ­nie wysze­dłem przez dolny (który teraz stał się sufi­to­wym) „desan­towy” właz i rozej­rza­łem się. Widok robił wra­że­nie. Czołg stał na wieży, z gąsie­ni­cami w górze. Lufa armaty ster­czała z dołu, z ziemi. Ni­gdy, przez całą wojnę, nie widzia­łem czołgu w bar­dziej absur­dal­nej pozy­cji. W mil­cze­niu patrzy­li­śmy na nasz czołg.

Poja­wił się dowódca, wysko­czył jak czart z pude­łeczka. Po szcze­gó­ło­wych wyja­śnie­niach w pro­stym rosyj­skim wszyst­kiego, co myśli o mnie i sytu­acji w ogóle, roz­ka­zał:

– Zosta­wiam dla wycią­gnię­cia jeden czołg. Rano wycią­gnąć na górę, dopro­wa­dzić do porządku i podą­żać za nami. Nie zro­bi­cie – roz­strze­lam!

Co myśle­li­śmy o nim – tłu­ma­czyć nie musie­li­śmy i wzię­li­śmy się do roboty. W nocy wyko­pa­li­śmy drogę na górę, dru­gim czoł­giem odwró­ci­li­śmy swój czołg naj­pierw na bok, a następ­nie posta­wi­li­śmy na gąsie­ni­cach. Potem wyła­do­wa­li­śmy cały żela­zny zwał z wewnątrz i spró­bo­wa­li­śmy odpa­lić awa­ryj­nym star­te­rem, sprę­żo­nym powie­trzem. I ten naj­lep­szy czołg II wojny świa­to­wej po takich przy­go­dach się uru­cho­mił!

Na sen i jedze­nie pozo­stała godzina. O świ­cie ruszy­li­śmy dalej. Pierw­sza próba Losu, by usu­nąć mnie z pan­cer­nej służby, nie w pełni się udała.

W poło­wie dnia, pomyśl­nie poko­nu­jąc ozna­czony bród, dogo­ni­li­śmy kolumnę, zamel­do­wa­li­śmy się dowódcy bata­lionu i zaję­li­śmy miej­sce w kolum­nie. Cała załoga była wyczer­pana do gra­nic moż­li­wo­ści, ale naj­bar­dziej dostało się mnie. Nie­ustan­nie zasy­pia­łem przy drąż­kach. Cały czas śnił mi się jadący z przodu czołg, a to było nie­bez­pieczne. Lejt­nant, widząc mój stan, pozo­stał w środku, pod­trzy­my­wał mnie na duchu i od czasu do czasu stu­kał nogą w plecy ze swo­jego sie­dze­nia w wieży. Nie miał mnie kto zastą­pić. Dowódca odmó­wił, powo­łu­jąc się na małą liczbę godzin jazdy w szkole czasu wojen­nego, a wie­żowy, Kolka Rylin, i radiota, Wie­resz­cza­gin, w ogóle nie uczyli się jazdy w czołgu. Wymien­ność załogi, obo­wiąz­kowa na woj­nie, u nas nie ist­niała. Więc oni wyle­gi­wali się na zewnątrz na cie­płej kla­pie Die­sla, a ja samot­nie męczy­łem się przy drąż­kach kie­ro­wa­nia, przyj­mu­jąc na klatę stru­mień lodo­wa­tego wia­tru, zasy­sa­nego przez wyjącą za ple­cami tur­binę wen­ty­la­tora.

Na pierw­szym postoju, po zje­dze­niu kaszy z land-lease’ową tuszonką, wykry­li­śmy wyciek oleju z prze­wodu ole­jo­wego do sil­nika. Wpad­nię­cie czołgu do parowu nie prze­szło darmo. Doszli­śmy do wnio­sku, że wyciek jest nie­znaczny, mocno okrę­ci­li­śmy pęk­nię­cie kil­koma war­stwami taśmy izo­la­cyj­nej i z góry dru­tem i poje­cha­li­śmy dalej.

Po prze­je­cha­niu jesz­cze pięć­dzie­się­ciu kilo­me­trów coś się stało: po krót­kim postoju sil­nik nie odpa­lił. Wezwa­li­śmy mecha­nika. Ten krótko posie­dział przy sil­niku, spró­bo­wał obró­cić tur­binę łomem i powie­dział:

– Tylko kre­tyn mógł liczyć na to, że taki opa­tru­nek zatrzyma olej! Wszystko wycie­kło. Wasz sil­nik zdechł i się zatarł…

– Co będziemy robić? – zapy­tał lejt­nant.

– Co będzie­cie robić – zde­cy­duje dowódca bry­gady. A czołg w warun­kach polo­wych przy­wró­cić do służby jest nie­moż­li­wo­ścią, trzeba wymie­nić sil­nik, do tego potrzebny jest warsz­tat. Wy zostań­cie tutaj, a ja zamel­duję i jutro wyślę holow­nik.

Kolumna odje­chała, a my zosta­li­śmy sami. W gołym, przy­pró­szo­nym śnie­giem ste­pie, wiatr usy­py­wał po ziemi zaspy. Żad­nego drzewa czy krzaczka i tylko w oddali, w bok od drogi, wid­niała para przy­sa­dzi­stych szop. Sie­dzieć w lodo­wa­tym czołgu było nie do wytrzy­ma­nia. Pró­bo­wa­li­śmy zbu­do­wać coś na podo­bień­stwo sza­łasu, narzu­ca­jąc plan­deki na pan­cerz. Wewnątrz, two­rząc ilu­zję cie­pła, zapa­la­li­śmy wia­dro z ropą. Coś tam zje­dli­śmy. Przez sadzę po kilku godzi­nach byli­śmy nie do pozna­nia.

– Tak – pod­su­mo­wał lejt­nant – nie będziemy tu zdy­chać… Idziemy spać tam – mach­nął ręką w stronę czer­nie­ją­cych w oddali szop. – Widać tam komin, to zna­czy, że jest piec. Słoma też na pewno pozo­stała. Przy czołgu posta­wimy wartę. Musisz wresz­cie się wyspać. Dla­tego pierw­szy będziesz na war­cie pół­to­rej godziny i zosta­niesz zmie­niony. Ale potem całą noc będziesz mógł spać.

Pozo­sta­łem przy czołgu z ręcz­nym kara­bi­nem maszy­no­wym na ramie­niu. Czas okrop­nie się dłu­żył. Tam i z powro­tem. Tam i z powro­tem. Postać opar­tym o pan­cerz nie można było – opa­dały powieki. Lecz ani po pół­to­rej, ani po dwóch godzi­nach zmiana się nie poja­wiła. Zmę­czona załoga spała kamien­nym snem. Wystrze­li­łem serię z kara­binu maszy­no­wego – żad­nego efektu. Trzeba było coś zro­bić, bo ina­czej po pro­stu bym zamarzł na śmierć. Nogi już nie wytrzy­my­wały.

Zamkną­łem czołg, poty­ka­jąc się, powlo­kłem się po zaśnie­żo­nym ścier­ni­sku w stronę szop. Z tru­dem obu­dziw­szy śpią­cego na sło­mie lejt­nanta, powie­dzia­łem mu, że tak się nie robi… Obu­dzony został na wpół przy­tomny Rylin. Wrę­czono mu kara­bin maszy­nowy i wyrzu­cono za drzwi. Nie roz­bie­ra­jąc się, padłem na jego miej­sce i zapa­dłem w głę­boki sen.

Rylin postał na zim­nym wie­trze i zła­mał przy­sięgę. O świ­cie wyszli­śmy z szopy, klnąc na Wie­resz­cza­gina, który prze­spał zmianę. Wyj­rze­li­śmy na drogę, a czołgu nie ma. Ukra­dli. Rylina też nie widać. Zna­leź­li­śmy go w pobli­skiej szo­pie, gdzie spo­koj­nie spał, objąw­szy kara­bin maszy­nowy. Gdy opi­sa­li­śmy mu sytu­ację, to jak uką­szony wysko­czył na zewnątrz, by spraw­dzić. Póź­niej wyja­śnił, że przy­szedł w nocy na miej­sce i stwier­dziw­szy brak ochra­nia­nego obiektu, powró­cił i poło­żył się z powro­tem. Na oczy­wi­ste pyta­nie, czemu od razu nie wsz­czął alarmu i dla­czego spał w innej szo­pie – wyja­śnił, że nie chciał prze­szka­dzać…

Ta wer­sja, mimo całej jej absur­dal­no­ści, cał­ko­wi­cie zdej­mo­wała z niego nie­małą winę. Dla­tego twardo obsta­wał przy swoim i bez­czel­nie kła­mał, patrząc nam wszyst­kim trzem w oczy. Ponie­waż tej bzdury nie można było oba­lić, oprócz logiki, niczym – cyga­nem do powie­sze­nia byłem ja, bo opu­ści­łem swój poste­ru­nek, oraz lejt­nant Kuc – jako dowódca był odpo­wie­dzialny za wszystko.

Więc wyru­szy­li­śmy sze­ro­kim kubań­skim trak­tem, poty­ka­jąc się w jego zamar­z­nię­tych kole­inach, z uczu­ciem bez­na­dziej­no­ści i bez rze­czy.

Po przej­ściu w mil­cze­niu dzie­się­ciu kilo­me­trów dotar­li­śmy w oko­lice roz­le­głej sta­nicy, gdzie odkry­li­śmy ślady swego nie­szczę­snego czołgu. Oka­zało się, że sprytni mecha­nicy, jadąc w nocy i zna­la­zł­szy czołg bez ochrony, otwo­rzyli go wła­snym klu­czem, a następ­nie ścią­gnęli na holu. Natu­ral­nie, widzieli szopy i zro­zu­mieli, gdzie jest załoga, ale posta­no­wili zażar­to­wać…

Ten żart, w połą­cze­niu z upo­rczy­wie powta­rza­nym kłam­stwem naszego towa­rzy­sza broni i przy­ja­ciela Rylina, kosz­to­wał nas bar­dzo drogo. Kom­bryg za wszyst­kie nasze sprawy roz­ka­zał oddać porucz­nika Kuca i mnie pod sąd i osą­dzić z całą suro­wo­ścią wojen­nego prawa. Co też po krót­kim śledz­twie zostało zro­bione.

Samo wyko­na­nie roz­kazu roz­wście­czo­nego kom­bryu w odnie­sie­niu do lejt­nanta Kuca i mnie nie zajęło dużo czasu. Zale­d­wie kilka dni po tym nie­sa­mo­wi­tym mar­szu, pod­czas któ­rego nasz czołg nie­znaną siłą został odwró­cony, następ­nie zepsuty i na koniec skra­dziony, obu nas zdą­żono prze­słu­chać w spe­cjal­nym oddziale, na chyb­cika spo­rzą­dzono akt oskar­że­nia o nie­chluj­nym obcho­dze­niu się z bojo­wym sprzę­tem, wpięto do teczki zebrane papiery i pod eskortą odwie­ziono na pace cię­ża­rówki na spo­tka­nie z karzącą ręką spra­wie­dli­wo­ści.

Jak się oka­zało, ta karząca ręka tym­cza­sowo znaj­do­wała się kil­ka­set kilo­me­trów od nas, w miej­sco­wo­ści Bie­łaja Glina, dokąd dostar­czono nas zdrę­twia­łych z zimna.

Komen­dant warty, gruby star­szy sier­żant, pobież­nie popa­trzył na doku­menty, chrząk­nął z nie­za­do­wo­le­niem, przej­mu­jąc nas od eskorty, po czym kazał iść za sobą.

– No, cóż, co, chłopcy – powie­dział po dro­dze. – Widzę, że nie jeste­ście wiel­kimi prze­stęp­cami, ale do sądu musi­cie sie­dzieć. Więc wsa­dzę was do wspól­nej sto­doły z różną hołotą, gdzie i bez tego jest tłoczno. Ale nie mam już gdzie. Więc musi­cie pocier­pieć…

Szli­śmy za nim w mil­cze­niu. War­tow­nik z kara­bi­nem szedł z tyłu. Pode­szli­śmy do przy­sa­dzi­stego sze­ro­kiego baraku z małymi zakra­to­wa­nymi okien­kami, cze­goś w rodzaju sow­cho­zo­wego garażu. War­tow­nik zasa­lu­to­wał. Szczęk­nął zamek, zaskrzy­piały zardze­wiałe zawiasy, a my wci­snę­li­śmy się w tłum ludzi sto­ją­cych i sie­dzą­cych w środku. Ale nie leżą­cych, do leże­nia nie było miej­sca.

Wszy­scy tutaj zostali zgar­nięci patro­lami i wsa­dzeni przez kontr­wy­wiad w celu spraw­dze­nia i docho­dze­nia. Pra­wie wszy­scy, z wyjąt­kiem grupy więź­niów Niem­ców, byli w cywil­nych ubra­niach. Poli­cjanci, sta­ro­sto­wie, pra­cow­nicy nie­miec­kiej admi­ni­stra­cji, przy­pad­kowi prze­chod­nie – wszy­scy, któ­rzy wzbu­dzili podej­rze­nie, zostali wyła­pani sie­ciami oczysz­cza­nia tyłów i wci­śnięci tu przed zde­cy­do­wa­niem o ich dal­szym losie. Atmos­fera była przy­tła­cza­jąca. W powie­trzu pano­wał strach. Stłu­mione głosy pra­wie nie naru­szały wspól­nego nie­po­ko­ją­cego mil­cze­nia.

My, woj­skowi, byli­śmy tu wyraź­nie obcym ele­men­tem. Zezo­wano na nas, ale nie zada­wano pytań.

Po urzą­dze­niu się jakoś pod ścianą i prze­żu­ciu kilku kęsów sucha­rów z naszych mizer­nych zapa­sów wraz z Kucem prze­drze­ma­li­śmy ze skrzy­żo­wa­nymi nogami jakieś pół­to­rej godziny, a następ­nie zaczę­li­śmy oma­wiać naszą nie­we­sołą sytu­ację. Ani spać, ani w ogóle długo sie­dzieć w tym ści­sku nie można było. A tym­cza­sem trzeba było być przy­go­to­wa­nym na to, że na roz­pa­trze­nie naszej sprawy będziemy musieli cze­kać być może długo. Nie, nie byli­śmy gotowi tu zdy­chać i zaczę­li­śmy walić w zamknięte drzwi.

Nie od razu, po kłótni z war­tow­ni­kiem, ale przy­szedł ten sam stary komen­dant i jeden przez dru­giego zaczę­li­śmy odwo­ły­wać się do jego sumie­nia:

– Prze­cież widzia­łeś papiery, wiesz kim jeste­śmy – fron­towcy z pierw­szej linii, twoi współ­bra­cia. A ty nas wci­sną­łeś do takiego chlewu – ani miej­sca, ani picia, ani snu, ani powie­trza. I do tego jesz­cze z kim! To jest nie­ludz­kie. Wymyśl coś, bądź czło­wie­kiem!

Sier­żant zamilkł na chwilę, zasta­na­wia­jąc się, potem z waha­niem powie­dział:

– Jest dobre miej­sce. Ale to piw­nica. Świa­tła pra­wie nie ma. Lecz jest prze­stron­nie. Mogę was prze­nieść. Ale tam wam będzie nie­we­soło.

– W jakim sen­sie?

– W nie­do­brym – ści­szył głos. – Tam sie­dzą ska­zani na naj­wyż­szą karę. Cze­kają na wyko­na­nie wyroku. Lub na sąd, ale czują pismo nosem… Ale za to jest prze­stron­nie. Pój­dzie­cie?

– Dawaj. Była, nie była. Lep­sze to, niż tutaj zdy­chać.

Zosta­li­śmy tam zapro­wa­dzeni. W domu zaję­tym pod war­tow­nię otwo­rzono właz w pod­ło­dze i zeszli­śmy stro­mymi scho­dami do przed­sionka pie­kła, do ciem­nicy, w któ­rej na nas patrzyło kilka led­wie wyczu­wal­nych bla­dych twa­rzy. Klapa, zamy­ka­jąc się, huk­nęła jak wystrzał, ciem­ność zgęst­niała jesz­cze bar­dziej. Potrzeba było czasu, aby oczy zaczęły roz­róż­niać oto­cze­nie – naj­pierw pasek pło­ną­cego knota, umiesz­czo­nego w spłasz­czo­nej mosięż­nej łusce arty­le­ryj­skiego poci­sku, potem skąpo oświe­tloną drew­nianą skrzynkę, na któ­rej stała łuska, a następ­nie słabo widoczne syl­wetki ludzi, sie­dzą­cych i leżą­cych na kle­pi­sku pod­łogi wokół skrzynki z kagan­kiem. Póź­niej krąg widocz­no­ści roz­sze­rzył się do ścian prze­stron­nego pod­zie­mia, odkry­wa­jąc grube leżanki z siana, pokryte bre­zen­tem i szma­tami, wia­dro z pokrywą w rogu. Ktoś tam jesz­cze leżał w ciem­no­ści i od czasu do czasu bły­skało świa­tełko skręta.

Nasze poja­wie­nie się nie wywo­łało zain­te­re­so­wa­nia. Grzech cie­ka­wo­ści już opu­ścił tych ludzi. Obo­jęt­nie prze­śli­zgnąw­szy wzro­kiem po naszych twa­rzach i ubra­niach, powró­cili do swo­jej drzemki i do swo­ich myśli.

Tylko jeden z nich, wyróż­nia­jący się ofi­cer­skim mun­du­rem, z szy­ne­lem bez naszy­wek narzu­co­nym na ramiona, uniósł się na spo­tka­nie, zapy­tał o nasze nazwi­ska i przy­czyny poja­wie­nia się w tak nie­cie­ka­wym miej­scu. Przed­sta­wi­li­śmy się i w skró­cie opi­sa­li­śmy swoją sprawę.

– A ja – Wania-durak – przed­sta­wił się ofi­cer – i sie­dzę na poważ­nie, mogę zaro­bić nawet „czapę”. Cze­kam już któ­ryś dzień na sąd. Póki co jestem tu za star­szego, ponie­waż jestem majo­rem. Roz­gość­cie się.

To był – jak się póź­niej dowie­dzie­li­śmy się od niego – komen­dant ochrony sztabu 44. Armii. Przyj­mu­jąc pod swoją ochronę pię­ciu­set nie­miec­kich jeń­ców, otrzy­maw­szy wraz z roz­po­czę­ciem ofen­sywy roz­kaz podą­ża­nia za szta­bem, roz­strze­lał ich w wąwo­zie pod Kisło­wod­skiem z powodu braku wystar­cza­ją­cej eskorty. Sprawa dla wła­dzy radziec­kiej zwy­czajna, ale w regu­lar­nej armii, gdzie ist­niały wyobra­że­nia o gra­ni­cach upraw­nień i o hono­rze, nie wyba­czono mu tego i oddano pod sąd za masowe zabój­stwo. Jego per­spek­tywy nie były naj­lep­sze.

Major tęsk­nił, ale tego nie poka­zy­wał. Całymi dniami ner­wowo kro­czył po piw­nicy, nucąc sobie pod nosem gryp­ser­skie kuplety. Nie było minuty, żeby nie śpie­wał.

Włożę ręce w spodnie

I cho­dzę, śpie­wam sobie.

Co tu robić, gdy wsa­dzili cię…

W prze­szło­ści major był, jak wyja­śnił, lenin­gradz­kim „urke”5, póki, jesz­cze przed wojną, nie tra­fił do woj­ska. Jego twarz z zadar­tym nosem, z bez­czel­nymi wypu­kłymi oczami dosko­nale paso­wała do tego pocho­dze­nia.

Następ­nego ranka, led­wie wstaw­szy, grzeszny major powie­dział nam:

– Hej, czoł­gi­ści, jest gadka, naj­now­sze wie­ści. Chyba zna­la­złem swoją linię. Nie jestem winny. Towa­rzysz Sta­lin w listo­pa­do­wym roz­ka­zie wydał woj­skom bez­po­śred­nią dyrek­tywę: „Likwi­do­wać co do jed­nego wszyst­kich nie­miec­kich oku­pan­tów, któ­rzy wtar­gnęli na naszą zie­mię”. Kropka. Był taki roz­kaz Naczel­nego, czy ja kła­mię? Więc ja wyko­ny­wa­łem roz­kazy. Tak będę w try­bu­nale gadał. A skoro tak, to nie mogę odpo­wia­dać. Ja to wszystko nad ranem poją­łem. Jakby mnie wprost oświe­ciło! No i jak?

– Cał­kiem, cał­kiem – odpo­wie­dzie­li­śmy. – Brzmi dobrze.

A Kuc dodał:

– Tylko to oświe­ce­nie nie teraz przy­szło, a wtedy, prawda?

Od tej chwili major wyraź­nie powe­se­lał. „Nie ośmielą się pójść prze­ciwko towa­rzy­szowi Sta­li­nowi, nie star­czy odwagi!” – on cały czas sie­bie prze­ko­ny­wał. Ruch był podły, ale udany.

Major był tutaj naszym jedy­nym roz­mówcą i doradcą. Wszy­scy miesz­kańcy piw­nicy byli oddzie­leni od nas murem mil­cze­nia. Z wyjąt­kiem rzad­kich „tak” i „nie” komu­ni­ko­wa­nie się z nami nie było już moż­liwe. Dla nich byli­śmy za linią oddzie­la­jącą kon­ty­nu­ują­cych życiową drogę od nich, któ­rzy ją zakoń­czyli. Byli­śmy obcymi, nasz język i nasze inte­resy pozo­stały za tą linią. Zanu­rzeni w sobie, pra­wie nie roz­ma­wiali i ze sobą.

Wie­dzie­li­śmy już coś nie­coś o nich, ale w szcze­góły się nie wgłę­bia­li­śmy. Jeden, nauczy­ciel fizyki w szkole, za Niem­ców odna­lazł się w roli szefa rejo­no­wej poli­cji. Dwóch słu­żyło w Son­der­kom­mando. Jeden był sta­ro­stą sta­nicy. Młody Azer, zupełny chło­pak, był dywer­san­tem, został zła­pany w szu­wa­rach Kuba­nia z całym swoim arse­na­łem mate­ria­łów wybu­cho­wych. Pra­wie cały czas sie­dział w odle­głym kącie, skąd cza­sami docho­dziło jego chli­pa­nie.

Major, zmę­czony leni­stwem i prze­czu­ciami, cza­sem zaczy­nał wypy­ty­wać tych „nie­ży­ją­cych” o ich prze­stęp­stwa i poprzed­nie życie. Oni mu nie odpo­wia­dali wcale albo odpo­wie­dzi były jed­no­sy­la­bowe i spo­wol­nione. To nie prze­szka­dzało mu koń­czyć każdą próbę gniew­nymi oskar­że­niami i oce­nami:

– Pra­wi­dłowo was, gady, zli­kwi­dują!. Zdraj­com matki Ojczy­zny żad­nej lito­ści oka­zy­wać nie można!

Po jed­nej z takich tyrad, kiedy wyda­wało się, że jak zwy­kle nie będzie na to reak­cji, po dłu­giej prze­rwie odpo­wie­dział cicho z ciem­no­ści nauczy­ciel poli­cjant:

– Pew­nie masz rację, majo­rze, że nas roz­strze­lają za nasze czyny. Niczego innego się nie spo­dzie­wam. A co do zdrady, to pyta­nie, myślę, jest trud­niej­sze. Nie było prze­cież matki Ojczy­zny. Nie było. Była okrutna maco­cha. I my nie byli­śmy jej dziećmi, a pasier­bami, jej ofia­rami. To ona nas zdra­dziła; znisz­czyła, zamę­czyła bez­win­nie… pół kraju. A my zosta­li­śmy zdraj­cami dopiero, gdy zoba­czy­li­śmy, kim ona dla nas jest. A co do reszty, to tu, powiedzmy, masz rację.

Ze ści­śnię­tymi ser­cami słu­cha­li­śmy tych strasz­nych słów, któ­rych ani sły­szeć, ani rozu­mieć nie było moż­liwe.

– A do tego jesteś jesz­cze anty­so­wiet­czy­kiem, mać twoją! – wark­nął w jego stronę major.

– Co jest, to jest, nie trzeba tego teraz ukry­wać – odpo­wie­dział uspo­ka­ja­jąco nauczy­ciel-poli­cjant i zamilkł.

A tym­cza­sem życie w ciem­no­ściach trwało na­dal. Rano i wie­czo­rem opusz­czano czaj­nik z wrząt­kiem i po kawałku chleba. W dzień przy­słu­gi­wała kasza, ale jej nie brano. Miej­sco­wym ska­za­nym żony i rodziny przy­no­siły obfite, dosko­nałe jedze­nie, ostat­nią ich radość. Ale im jadło i picie nie prze­cho­dziło przez gar­dło i nie znaj­do­wali w tym pocie­sze­nia. Wszyst­kie te wspa­niale pach­nące, gęste barsz­cze w sta­ran­nie zawi­nię­tych garn­kach, całe to zna­ko­mi­cie ugo­to­wane domowe jedze­nie tra­fiało do nas i do war­tow­ni­ków. Więc zaja­da­li­śmy się tak, jak długo nie było i jak długo jesz­cze nie będzie.

Po połu­dniu miesz­kańcy piw­nicy odsy­piali nie­prze­spane noce, spę­dzone w ocze­ki­wa­niu kro­ków na górze: przyjdą czy nie przyjdą tej nocy – i po kogo… Wsłu­chi­wali się, palili, mil­czeli.

Wyrok try­bu­nału był wyko­ny­wany nie od razu, a po zatwier­dze­niu go przez Radę Wojenną Armii. Ale posie­dze­nia rady nie były regu­larne, były zwo­ły­wane w zależ­no­ści od sytu­acji bojo­wej i dla­tego nie można było nawet w przy­bli­że­niu okre­ślić czasu nastą­pie­nia fatal­nego momentu. Spo­dzie­wać się go można było każ­dej nocy. Więc co noc cze­kali.

W ciągu tego tygo­dnia, który prze­sie­dzie­li­śmy w piw­nicy, zabrano dwóch – z Son­der­kom­mando. Obu przed świ­tem, z jakie­goś powodu, zgod­nie z pra­wem tego gatunku. Oni i z nimi się nie poże­gnali. Wystrza­łów nie było sły­chać – naj­praw­do­po­dob­niej wywo­żono ich daleko w step.

Ale nad­szedł dzień siódmy i z ośle­pia­ją­cego bla­sku otwar­tego włazu zawo­łał do nas głos archa­nioła:

– Hej, czoł­gi­ści, wycho­dzić, wycho­dzić z rze­czami! Pew­nie się zasie­dzie­li­ście? Wzy­wają na sąd, już czas!

Póki pośpiesz­nie zbie­ra­li­śmy swoje skromne rze­czy, poże­gnano się z nami z ciem­no­ści:

– Powo­dze­nia, chło­paki. Trzy­maj­cie się!

To były pierw­sze ludz­kie słowa, które tra­fiły do nas stam­tąd, zza linii Losu. Sami pozba­wieni nadziei, doda­wali nam otu­chy. Poma­cha­li­śmy im ręką. Major mil­czał, patrząc w ślad za nami.

Na górze ośle­pił nas zwy­czajny sło­neczny pora­nek. Dano nam her­batę i ogo­lono – tego wyma­gał regu­la­min. Potem pro­wa­dzono na mro­zie, po ostrym lodzie, pod cud­nie pach­ną­cym obor­ni­kiem i sia­nem wia­ter­kiem, pod błę­kit­nym i czy­stym wyso­kim nie­bem. Gdzieś szcze­kały psy, z zachwy­tem piał kogut. Wszystko wokół było kon­ty­nu­acją pięk­nego życia, które zatrzy­mało się dla nas na sześć dłu­gich dni spę­dzo­nych w Świe­cie Cieni. Nawet nad­cho­dzący sąd nie psuł nam święta wnie­bo­wstą­pie­nia stam­tąd.

Nie­stety święto trwało krótko. Try­bu­nał uka­zał się nie­da­leko, w moc­nym domu kan­ce­la­rii na wyso­kim fun­da­men­cie. Zapro­wa­dzono nas do prze­stron­nej izby, szybko prze­kształ­co­nej w salę. Kilka rzę­dów drew­nia­nych ławek, wznie­sie­nie do sądu z odpo­wied­nimi por­tre­tami nad nim. Widać wożono je ze sobą jak rekwi­zyty.

Usie­dli­śmy, musie­li­śmy cze­kać z pół godziny. Ale nasz sąd w tej sali nie zasia­dał: widać nie mie­li­śmy odpo­wied­niego zna­cze­nia. Zapro­wa­dzono nas do małego poko­iku, gdzie już cia­sno sie­dzieli za kula­wym sto­łem trzej woj­skowi – major i dwóch kapi­ta­nów-sędziów. Z boku jesz­cze jeden, lejt­nant, sekre­tarz. Cie­niutka teczka, nasza sprawa leżała przed nimi. Ślad dostat­niego życia odci­skał się na ich różo­wych, czy­sto wygo­lo­nych twa­rzach, na świe­żych, czy­stych blu­zach. Czuć było dawno zapo­mniany zapach poran­nej wody koloń­skiej.

– Sia­dać! – Spoj­rzeli na nas mimo­cho­dem. My od nich nie odry­wa­li­śmy oczu. Czarna kość Armii Czer­wo­nej nie­śmiało patrzyła na jej białą kość.

– Więc co my tu mamy? – Major wło­żył oku­lary, z roz­tar­gnie­niem przy­su­nął sobie teczkę, prze­kart­ko­wał doku­menty i prze­czy­tał na głos akt oskar­że­nia.

– Czy przy­zna­je­cie się do winy? Gło­śniej. Jesz­cze gło­śniej. Aha, no to pocze­kaj­cie obok, wezwą was.

Nie upły­nęło i pięt­na­ście minut, jak nas wezwano z powro­tem i obaj zosta­li­śmy już ska­zani „w imie­niu Związku Socja­li­stycz­nych Repu­blik Radziec­kich” na sie­dem lat kolo­nii pracy wycho­waw­czej6. Zabrzmiało to tak dziw­nie, tak obok, że w środku nic nawet nie zadrżało, jakby to mnie nie doty­czyło.

– W opar­ciu o załącz­nik do arty­kułu dwu­dzie­stego ósmego Kodeksu Kar­nego – czy­tał major, na­dal sto­jąc – wyko­na­nie wyroku odło­żyć do czasu zakoń­cze­nia dzia­łań wojen­nych ze skie­ro­wa­niem ska­za­nych do czyn­nej armii. – To ozna­czało kom­pa­nię karną. Wszy­scy usie­dli.

– Jakieś pyta­nia? – zapy­tał major.

– Ale prze­cież my nie­umyśl­nie! – wyja­śni­łem z opóź­nie­niem.

Major zdjął oku­lary i po raz pierw­szy spoj­rzał na mnie z zain­te­re­so­wa­niem. Potem powie­dział:

– Jeśli umyśl­nie, to byśmy was roz­strze­lali. Rozu­miesz? A teraz idź­cie z lejt­nan­tem, trzeba wypi­sać doku­menty i – naprzód!

Przez salę zapro­wa­dzono nas do kan­ce­la­rii i tam, po krót­kim stu­ko­cie maszyny do pisa­nia piszą­cej wyrok i jesz­cze coś – wrę­czono Kucowi zapie­czę­to­wany woskiem pakiet.

– Tutaj doku­menty na was i jesz­cze na jed­nego ska­za­nego – lejt­nant ski­nął głową w stronę, gdzie przy ścia­nie sie­dział mor­daty żoł­nierz w dopa­so­wa­nym płasz­czu i chro­mo­wych butach. – To sier­żant Guś­kow. Pój­dzie­cie w trójkę. Pakiet dostar­czy­cie do oddziału kom­ple­ta­cji sztabu armii. Gdzie on teraz jest – cho­lera go wie! Ale myślę, że gdzieś za Rosto­wem, bo wczo­raj był w Rosto­wie. Krótko mówiąc, znaj­dzie­cie sami. A tam już was skie­rują pod odpo­wiedni adres. Idzie­cie do 683. Kom­pa­nii Kar­nej. Wyru­sza­cie natych­miast. Co jesz­cze?

– A co z pro­wian­tem? – spy­ta­li­śmy.

– Pro­wiantu nie będzie. Nie nadą­żymy zabez­pie­czyć dla was wszyst­kich. Jedz­cie, co znaj­dzie­cie. Nie ja mam was uczyć, jak żoł­nierz się karmi. To wszystko. Odma­sze­ro­wać.

Wyszli­śmy z kan­ce­la­rii na wysoki ganek try­bu­nału. Zapo­zna­li­śmy się. Zapa­li­li­śmy.

– Dla­czego tu się poja­wi­łeś? – zapy­tał Kuc sier­żanta Guś­kowa.

– Kra­dzież. Ustawa z siód­mego sierp­nia.

– Co dokład­nie?

– Połcię­ża­rówkę pszen­nego kon­cen­tratu miej­sco­wym sprze­da­łem.

– Ile dosta­łeś?

– Czer­wońca7.

– No cóż – powie­dział w zamy­śle­niu Kuc – idźmy odku­pić krwią nasze winy…

I wyru­szy­li­śmy w drogę. Wycho­dząc poza miej­sco­wość, zaczę­li­śmy dys­ku­to­wać nad trasą. Rostow, jak wyni­kało z nazwy, był, po pierw­sze, nad Donem. Po dru­gie, znaj­do­wał się na pół­nocny zachód od Bia­łej Gliny. To okre­ślało ogólny kie­ru­nek.

Mie­li­śmy do prze­ma­sze­ro­wa­nia około dwie­ście pięć­dzie­siąt kilo­me­trów. Wła­śnie prze­ma­sze­ro­wa­nia, a nie jecha­nia, ponie­waż zabie­ra­nie przy­pad­ko­wych towa­rzy­szy podróży do samo­cho­dów woj­sko­wych (a innych nie było) było kate­go­rycz­nie zabro­nione – oba­wiano się dywer­san­tów. Tak więc pie­szo, i to całe dwie­ście pięć­dzie­siąt kilo­me­trów.

– Zakła­daj trzy­sta – powie­dział Guś­kow. Żeby wpu­ścili na noc­leg, trzeba iść z dala od drogi, na odlu­dzie. Tam przy­naj­mniej jest nadzieja.

– To ile czasu nam to zaj­mie? – zasta­na­wiał się Kuc. – W ciągu dnia będzie dobrze, jeśli zro­bimy dwa­dzie­ścia kilo­me­trów. Zima, wcze­śniej robi się ciemno. Do zmierz­chu jesz­cze trzeba zna­leźć noc­leg. W naj­lep­szym wypadku to dwa tygo­dnie drogi.

– Cóż, ja oso­bi­ście bar­dzo się spie­szyć nie zamie­rzam – twardo wyja­śnił Guś­kow – a jak wy – nie wiem… Nie na wesele prze­cież.

Popa­trzy­li­śmy na niego.

– Co to zna­czy, że ty oso­bi­ście? Pakiet z doku­men­tami jest jeden na wszyst­kich!

Nie ode­zwał się ani sło­wem. Tym­cza­sem masze­ro­wa­li­śmy już trzy godziny. Niskie słońce chy­liło się w kie­runku hory­zontu. Chciało się jeść. Przez pierw­sze kilka dni byle jaki chudy pro­wiant mie­li­śmy. Doszli­śmy do wycią­gnię­tej wzdłuż drogi małej wio­ski i zaczę­li­śmy stu­kać do drzwi, pro­sić o wpusz­cze­nie na noc. Witano nas nie­chęt­nie i pod byle pre­tek­stem wypra­szano za drzwi. Zmierz­chało i pra­wie zawład­nęło nami przy­gnę­bie­nie, kiedy dzie­siąta próba zakoń­czyła się suk­ce­sem. Dwie sta­ruszki wpu­ściły nas do domu, pozwo­liły ugo­to­wać sobie kaszę i dały po szklance mleka. Na ławy w izbie rzu­ciły stare skóry bara­nie i co było pod ręką pod głowy, a my zapa­dli­śmy w głę­boki sen.

Naza­jutrz doje­dli­śmy resztki kaszy, popi­li­śmy wrzątku ze swo­imi sucha­rami i, pozo­sta­wiw­szy gospo­dy­niom w ramach podzię­ko­wa­nia pół szklanki cukru, ruszy­li­śmy dalej.

Przy jed­nym z ostat­nich domów zro­zu­mia­łem, że muszę pójść na stronę za płot i usiąść, sku­pić się. Poin­for­mo­wa­łem o tym swo­ich towa­rzy­szy, a oni mi powie­dzieli:

– Idź, miły, a my powoli powle­czemy się do skraj­nego domu. Tam na cie­bie pocze­kamy.

Odda­li­łem się. Sku­pia­łem się dość długo, być może pięt­na­ście minut. Co zro­bić?

Gdy w końcu wysze­dłem na drogę, nikogo na niej nie było. Ani przy skraj­nym domu, jak uzgod­ni­li­śmy, ani dalej na trak­cie, który był dość widoczny daleko w ste­pie, ani w lewo, ani w prawo, ani do tyłu. Dokąd mogli uciec? Żaden samo­chód, na któ­rym mogliby odje­chać, zosta­wia­jąc mnie, nie prze­jeż­dżał obok. Zaczą­łem bie­gać po wsi, zaglą­da­łem w okna i do zagród, pyta­łem rzad­kich prze­chod­niów – wszystko na próżno. Oni znik­nęli. Znik­nęli.

Stało się jasne, że sytu­acja jest poważna i bez­na­dziejna i z osła­bio­nymi nogami usia­dłem na skraju rowu, pró­bo­wa­łem zro­zu­mieć, co się stało, i prze­my­śleć swoją nową pozy­cję. Było kiep­sko.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. Sztraf­nicy – potoczne okre­śle­nie ska­za­nych woj­sko­wych, skie­ro­wa­nych do odby­wa­nia kary w kar­nych for­ma­cjach, sto­so­wane w Armii Czer­wo­nej. To okre­śle­nie jest uży­wane rów­nież w pol­skiej lite­ra­tu­rze histo­rycz­nej – przyp. tłum. [wróć]

2. Smiersz – nazwa oddziału kontr­wy­wiadu („Smiert szpio­nom” – śmierć szpie­gom) – przyp. tłum. [wróć]

3. Sztra­fbat – bata­lion karny, cho­ciaż sze­re­gow­ców i pod­ofi­ce­rów kie­ro­wano do kom­pa­nii kar­nej (sztra­froty), bata­liony karne były dla kadry ofi­cer­skiej – przyp. tłum. [wróć]

4. Oso­bi­sta – przed­sta­wi­ciel spe­cjal­nego oddziału (oso­bo­wego otdieła) – przyp. tłum. [wróć]

5. Urke – w prze­stęp­czym języku to ozna­cza kry­mi­na­li­stę – przyp. tłum. [wróć]

6. Kolo­nie pracy wycho­waw­czej – Ispra­wi­tielno-tru­do­waja kolo­nia – w zasa­dzie był to obóz Gułagu – przp. tłum. [wróć]

7. Czer­wo­niec – potoczne okre­śle­nie dzie­się­ciu – od koloru 10-rublo­wego bank­notu. [wróć]