39,00 zł
W batalionach karnych Armii Czerwonej człowiek miał tylko dwa wyjścia: zginąć albo zostać rannym.
22 lipca 1942 roku Józef Stalin wydał rozkaz nr 227, znany pod hasłem „Ani kroku w tył”. Dokument ten zakazywał odwrotu z pola bitwy pod groźbą rozstrzelania. W takich realiach walczyli żołnierze batalionów karnych – jednej z najbardziej tragicznych formacji w armii radzieckiej.
Oddziały te tworzyli zarówno niesłusznie skazani żołnierze, jak i pospolici przestępcy. Za nimi podążały oddziały zaporowe, których zadaniem było powstrzymywanie odwrotu – nawet za cenę natychmiastowej egzekucji tych, którzy próbowali opuścić linię frontu.
Artiom Drabkin zebrał relacje ludzi skazanych na służbę w batalionach karnych Armii Czerwonej. Świadectwa jego rozmówców odsłaniają brutalną rzeczywistość tej służby. Dla wielu jedyną drogą „odkupienia win” była śmierć albo odniesienie ran na polu walki – przelanie krwi za ojczyznę.
Te poruszające i niezwykle realistyczne relacje żołnierzy rzucanych na pierwszą linię frontu odsłaniają bezwzględność i determinację radzieckiej machiny wojennej. Skazanym pozostawała jedynie desperacka walka o przetrwanie i świadomość, że dopóki nie zostaną ranni, nie mogą liczyć na żadne wybawienie.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Tytuł oryginału: Ja drałsia w sztrafbatach
Tłumaczenie z języka rosyjskiego: Ryszard Jędrusik Korekta: Joanna Markiewicz Ilustracja na okładce: Jarosław Wróbel Redaktor techniczny: Agnieszka Matusiak
Książkę wydano we współpracy z Gdańskim Kantorem Wydawniczym
Copyright © for Polish edition by Dressler Dublin sp. z o.o. Ożarów Mazowiecki, 2026 Copyright © Ryszard Jędrusik, 2026
Wydawnictwo Bellona ul. Hankiewicza 2, 02-103 Warszawa tel. +48 22 457 04 02 www.bellona.pl www.facebook.com/Wydawnictwo.Bellona
Księgarnie internetowe: www.swiatksiazki.pl www.ksiazki.pl
Dystrybucja Dressler Dublin sp. z o.o. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. (+ 48 22) 733 50 31/32 e-mail: dystrybucja@dressler.com.pl www.dressler.com.pl
ISBN 978-83-11-18874-7
Wersję elektroniczną w systemie Zecer przygotowała Róża Rozaxa
W jeden z szarych jesiennych dni wezwał mnie do siebie do ziemianki dowódca kompanii:
– Briuchow, pilnie do dowódcy batalionu – powiedział do mnie.
– Po co?
– Od dowódcy batalionu się dowiesz. – Niechętnie odpowiedział kapitan i pochylił się nad mapnikiem, dając do zrozumienia, że rozmowa została zakończona.
Po krótkim spacerze w lesie odnalazłem dowódcę batalionu, siedzącego pod zadaszeniem zrobionym z czołgowego brezentu:
– Towarzyszu kapitanie – zameldowałem się. – Na wasz rozkaz przybył lejtnant Briuchow.
– A! Świetnie. U zastępcy szefa zaopatrzenia dostaniesz pakiet żelaznych racji na dobę. Za pół godziny do sztabu tyłów frontu jedzie „Studebaker”. Zabierzesz się na niego, odnajdziesz prokuraturę i trybunał wojskowy. Zamelduj się tam po przybyciu. – Dowódca zamilkł.
No pięknie! Od samego „trybunał wojskowy” przebiegły mi ciarki po skórze. W głowie od razu rój myśli: „Dlaczego? Co ja zrobiłem? Może coś powiedziałem? Chyba nie…”. Niepokój miałem wypisany na twarzy.
– Co się martwisz? – cicho zapytał dowódca. – Nie martw się. Miałem wybrać młodego, już ostrzelanego, fizycznie silnego, mocnego oficera. Więc wybrałem ciebie. A dlaczego im jest potrzebny taki – nie powiem. Dowiesz się w trybunale.
Napięcie nieco zmalało, jednak brak odpowiedzi na pytanie: „Dlaczego?” nadal gnębił. Rozkaz to rozkaz – szybko pobrałem racje. Zarzuciłem sidor na plecy i z ciężkim sercem wsiadłem do kabiny „Studebakera”. Cały czas nie opuszczała mnie niepokojąca myśl, że to wszystko nie jest ot tak sobie. Raz za razem w głowie przebierałem wydarzenia ostatnich dni. Niby nie zrobiłem nic takiego. Po przejechaniu około 20 kilometrów po rozbitej drodze samochód zatrzymał się w małej wiosce. Kierowca wskazał dom, w którym znajdował się trybunał. Tam już mnie oczekiwano. Nawet nie zdążyłem zameldować o przybyciu, kiedy znajdujący się w pokoju podpułkownik przerwał:
– Lejtnant Briuchow?
– Tak jest!
– My już na ciebie czekamy. Masz eskortować trzech sierżantów-czołgistów, skazanych trybunałem wojskowym na sześć miesięcy w kompanii karnej, do miejsca ich nowej służby. Transportu u nas nie ma, więc poprowadzisz ich pieszo. Kompania znajduje się około stu dwudziestu kilometrów od nas. Myślę, że za trzy dni dojdziesz.
– Jak ja, sam jeden, będę eskortować trzech? – zapytałem z rozpaczą w głosie.
– Właśnie tak, będziesz! – twardo odparł podpułkownik. – Dostaniesz prowiant dla czterech osób na trzy dni. Oto mapa. Sztab kompanii znajduje się tutaj – szturchnął palcem. – Znajdziesz dowódcę, zdasz mu więźniów. Otrzymasz potwierdzenie, które mi przywieziesz. Uważaj, zadanie jest odpowiedzialne. Uciekną – będziesz musiał jeszcze raz przebyć tę drogę, ale już w innym charakterze. Dalej. Działaj – zakończył.
Wziąłem mapę, poszedłem do magazynu pobrać prowiant. W myślach skalkulowałem, jak najlepiej wykonać zadanie. Postanowiłem, że najtrudniejszą sprawą jest pilnowanie skazanych w nocy, ale dwie noce można nie spać. Z tymi myślami udałem się do izby odbioru, by zapoznać się z moimi „towarzyszami”. Wartownik doprowadził skazanych. Rzuciło mi się w oczy, że wszyscy są starsi ode mnie. Z dokumentów znałem już ich dane i wiedziałem, za co zostali skazani. Postanowiłem, że lepiej będzie nawiązać z nimi kontakt jak z człowiekiem, niż stroić z siebie naczelnika. Na początku okazało się, że oni wszyscy są jeszcze z przedwojennego poboru. Dwoje mieszkało na wsi, ale w pracy byli związani z mechanizmami – jeden był szoferem, drugi traktorzystą. Trzeci został powołany w mieście rejonowym, gdzie pracował jako młotowy w kuźni. To on zachowywał się najmniej skrępowanie, oprócz tego wspólnota przedwojennej pracy szybko nas zbliżyła. Na pytanie, za co został skazany, odpowiedział:
– Rozgorączkowałem się podczas kłótni z takim samym młodziutkim jak wy lejtnantem. Uderzyłem go. Złamałem mu nos. Skrępowano mnie. Dali mi dziesięć lat z zamianą na sześć miesięcy kompanii karnej.
„Traktorzysta” walczył jako mechanik-kierowca od 1941 roku. Gdy jego oddział znajdował się w strefie oczekiwania, do czołgu podeszła młoda kobieta, poprosiła o olej napędowy. On nalał jej wiadro i zaproponował zaniesienie do domu. Został u niej, zasnął. Obudziwszy się w nocy, pobiegł do miejsca stacjonowania jednostki, ale czołgi zniknęły. Ponieważ nikomu nie powiedział, dokąd idzie, nie znaleziono go i za dźwigniami usiadł mechanik-kierowca z rezerwy. Oskarżono go o dezercję i skazano na dziesięć lat z zamianą na sześć miesięcy kompanii karnej.
„Szofer” dowoził prowiant i zabrał bochenek chleba oraz parę puszek tuszonki. Poczęstowawszy jednego żołnierza, najprawdopodobniej wygadał się o tym i ten go wydał. Oskarżono go o kradzież państwowego mienia. Skazano go na pięć lat z zamianą na trzy miesiące kompanii karnej.
Te nieskomplikowane historie spowodowały, że kamień spadł mi z serca – skazani nie byli zatwardziałymi przestępcami i wpadli przez swoją głupotę. Powiedziałem im, dokąd ich prowadzę, pokazałem trasę i określiłem godzinę wyruszenia. Ostrzegłem, że uciec nie będzie trudno, ale nie ma sensu, bowiem i tak zostaną złapani i rozstrzelani jako dezerterzy, o czym zostaną poinformowane ich rodziny. „Tym występkiem zgubicie nie tylko siebie, ale i wszystkich krewnych. W kompanii karnej może się poszczęścić – albo zranią, albo, być może, zgłoszą do anulowania wyroku”. Ku mojemu zdziwieniu słuchali mnie uważnie, biorąc moje słowa za pewnik. Przerwałem swoje morały, zdając sobie sprawę, że im i tak jest niedobrze.
Pożegnawszy się z dowódcą warty, ustawiłem skazanych i na ich czele wyszedłem pod siąpiący jesienny deszcz, mieszać butami błoto frontowych dróg. Iść było ciężko. Drogę tworzyły dwie głębokie koleiny wypełnione wodą. Poboczy jako takich nie było. Po godzinie marszu zarządziłem przerwę. Patrząc na mapę, zrozumiałem, że przeszliśmy trzy, może cztery kilometry. W takim tempie czterech dni może nie wystarczyć, aby dojść do miejsca przeznaczenia. Czy mogę zaufać tym trzem ludziom? Choćby tylko jeden ucieknie! Będę za to odpowiadać. Szukałem wyjścia, ale na razie nie znalazłem.
Wstaliśmy i pomaszerowaliśmy dalej. Obok przejechało kilka ciężarówek – skrzynie załadowane po brzegi, w kabinie tylko jedno–dwa miejsca. Wsiąść do takiego samochodu w czwórkę było niemożliwe.
Powoli wleczemy się po błocie. Nogi się rozjeżdżają, na buty nakładają się grudy błota, przekształcając wilgotne buty w okowy nie do ruszenia.
Późnym wieczorem docieramy do małej wioski. Pukaliśmy do jednego domku. Wpuszczono nas. Zrzuciliśmy buty, powiesiliśmy przy piecu onuce celem wysuszenia. Gospodarze o nic nie pytali. Podobno w ciągu dwóch lat wojny przez ich dom przewinęło się wielu żołnierzy obu armii, więc było im zupełnie wszystko jedno, kim jesteśmy i dokąd idziemy. Zmęczyliśmy się tak bardzo, że bez kolacji ułożyliśmy się na podłodze i moi aresztanci natychmiast usnęli. Strzegłem ich czujnie przez całą noc, nie zmrużywszy oczu. Rano, kiedy „młotowy” obudził się i zobaczył, że nie śpię, zapytał:
– A ty co, lejtnancie, nie spałeś?
Nic nie powiedziałem. Najwyraźniej zdając sobie z tego sprawę, mruknął:
– No i głupiś. Dokąd moglibyśmy uciec?
Nie chciałem o tym mówić i nachyliłem się do swojego sidora, wyjmując prowiant na śniadanie. Gospodyni ugotowała garnek małych ziemniaków i po mocnym śniadaniu kontynuowaliśmy marsz. Cały dzień starałem się utrzymać tempo czterech kilometrów na godzinę, robiąc co pięćdziesiąt minut dziesięciominutowy postój. Zegarka na rękę wtedy nie miałem i korzystałem z wyjętego z czołgu zegara. Bezsenna noc dawała o sobie znać – podczas postojów zasypiałem. Jak byśmy się nie starali, przemaszerowaliśmy tylko 25 kilometrów. Nocowaliśmy w wiosce. Aresztanci, jak stali, od razu zaczęli chrapać, a ja znów siedziałem, pilnując ich. Oczy mi się kleiły, głowa opadała na piersi, ale natychmiast się budziłem, sprawdzałem, czy moi podopieczni są na miejscu, i wszystko powtarzało się od nowa. Rano „młotowy” powiedział:
– Lejtnant, czego nie śpisz drugą noc pod rząd? Dokąd pójdziemy? Sam mówiłeś – złapany i rozstrzelany. I starczy ugniatać błoto. Robimy tak: zatrzymujemy ciężarówkę, dowiadujemy się, dokąd jedzie i gdzie skręca z naszej trasy. Ci, którzy pojadą, schodzą na tym zakręcie i czekają na resztę. No jak, lejtnant? Pasuje?
Nie wiedziałem co odpowiedzieć – zdałem sobie sprawę, że jeszcze jednej bezsennej nocy nie wytrzymam. I tak na trzeci dzień autostopem zrobiliśmy 50 kilometrów. Nikt nie uciekł. Poweselałem i uspokoiłem się. W nocy spałem już razem ze wszystkimi. Pod koniec czwartego dnia podróży dotarliśmy do miejsca pobytu kompanii karnej. Kompania została wycofana z linii frontu, aby uzupełnić wymienny skład.
Rozmieściła się w porządnych budynkach, używanych przez Niemców jako magazyny.
Pozostawiwszy swoich podopiecznych w punkcie zbiorczym, wszedłem do izby, w której mieścił się sztab kompanii. Przy stole siedział kapitan. Zameldowałem, że przywiozłem trzech skazanych. Oderwawszy głowę od papierów, dowódca wysłuchał mnie, a potem wstał, wyszedł zza stołu i wyciągnął rękę. Wskazał na krzesło. Usiadłem, a on usiadł na krawędzi stołu, powiedział:
– Dobra. Poznajmy się.
W skrócie przedstawiłem swoją bojową biografię. Zrobiła na dowódcy batalionu dobre wrażenie, spojrzał na mnie uważnie:
– A ja myślałem, że jesteś jeszcze smarkaczem. Bardzo młodo wyglądasz.
Zmieszałem się i umilkłem. Dowódca wezwał zastępcę-kwatermistrza i rozkazał przyjąć trzech skazanych w skład kompanii. Odetchnąłem, skończyły się moje męki. Zadanie zostało wykonane i za kilka dni będę już w rodzimym batalionie. Jeszcze trochę pogadaliśmy z kapitanem, gdy nagle wchodzi kwatermistrz:
– Towarzyszu dowódco, skazanych przyjąć nie mogę.
– Dlaczego?! – zapytał kapitan niezadowolonym tonem.
– Oni nie mają zimowego umundurowania, a my dostaliśmy tylko dla obecnego składu. Oni gdzieś się wałęsali, a armia przeszła na zimowe umundurowanie.
– Co robić? – współczująco zapytał kapitan.
– To bardzo proste – niech lejtnant zabiera swoich chłopców z powrotem. Tam otrzymają zimowe mundury i znów przywiezie ich do nas, a my ich przyjmiemy.
Niemal spadłem z krzesła od tych słów. Wyobraziłem sobie drogę tam i z powrotem i zrobiło mi się niedobrze. Widząc mój stan kapitan, podał szklankę wody:
– Uspokój się.
I zwracając się do kwatermistrza:
– Może jednak przyjmiemy? Szkoda dzieciaka. Spójrz na niego, na nim twarzy nie ma.
– Nie możemy, towarzyszu dowódco – obstawał przy swoim kwatermistrz.
– Dobra, teraz już za późno. Niech skazani spędzą noc w naszym zbiorczym punkcie, a lejtnanta wezmę do siebie na kwaterę. Rano zdecydujemy, co robić.
Kwatermistrz wyszedł. Kapitan zwrócił się do mnie:
– Spokojnie, lejtnancie, coś wymyślimy. Chodź teraz na kolację.
Wchodząc do znajdującej się w pobliżu ziemianki, nakazał dowódcy kompanii:
– Pietrewicz, nakryjmy kolację dla dwojga.
Starszy żołnierz szybko nakrył stół. Muszę powiedzieć, że dowództwo kompanii żyło niebiednie. Na stole było dużo przekąsek, pojawiły się też dwie butelki wódki.
– Ty pewnie i wódki pić nie umiesz. – Kapitan się uśmiechnął.
– Umiem, umiem, nie martwcie się, towarzyszu kapitanie – nadrabiałem miną.
– No, to dawaj! – Zmierzywszy mnie spojrzeniem, nalał trochę więcej niż pół szklanki dla mnie i pełną sobie.
– Dawaj, za twoją beznadziejną sprawę.
Aby zadowolić kapitana, jednym duchem opróżniłem szklankę, rzuciłem się na przekąskę. Kapitan wypił, powoli postawił szklankę. Spojrzał na mnie:
– Dobra robota, chłopcze. Widzę, że umiesz. No, a teraz dobrze zakąś.
Piłem niechętnie i najczęściej oddawałem swoje sto gramów załodze. Z braku przyzwyczajenia szybko się wstawiłem, rozluźniłem, zrelaksowałem. Nerwy czterodniowego marszu odpuściły. Po zakąszeniu kapitan nalał jeszcze szklankę.
– No, dawaj! Twoje zdrowie! – i nie czekając na mnie, wypił.
Co było dalej, pamiętam mgliście. Rano obudziłem się w ziemiance dowódcy kompanii.
– Cóż, bohaterze! Kiedy ty tu spałeś, przyjąłem twoich łotrzyków. Zaraz wypełnię pokwitowanie i jedź do domu.
Mojej radości nie było końca.
– A teraz zjedzmy śniadanie, czeka cię długa droga.
Stół był już nakryty. Kapitan nalał sobie pół szklanki wódki. Ja odmówiłem. Po wypiciu wzięło go na szczerość:
– Powiem ci, że wcale mi nie pasowało brać twoich żołnierzy. Jak tylko skompletuję kompanię, od razu mnie wyślą do walki na front.
Nie chciałem rozwijać tego tematu, tylko zapytałem, jak się służy w kompanii karnej.
– Cała kadra jest zawodowa. Sztabowa kategoria wszystkich oficerów o jeden stopień wyżej niż w zwykłych wojskach, potrójny żołd, rok wysługi liczy się za trzy, a nie dwa jak u nas. Oficerowie dostają normę kadry latającej. Co najważniejsze, oficerowie nie mają w ciężkiej sytuacji obowiązku osobistego prowadzenia żołnierzy do walki.
Po zakończeniu śniadania poprosiłem kapitana o zgodę na pożegnanie się ze „swoimi” sztrafnikami1. Wezwał ich. Pożyczyłem im przetrwania, podziękowałem za pomoc w drodze.
Do prokuratury frontu dotarłem po dwóch dniach. Otrzymałem pochwałę za wykonanie zadania i wróciłem do swojej jednostki.
Po kilku dniach nadszedł rozkaz, by przesuwać się naprzód w kierunku linii frontu. W kompanii był dowódca czołgu Nejman, sprytny przedstawiciel żydowskiego ludu. Pamiętam, że po drodze do Kalinina bardzo ładnie śpiewał, a jak zostaliśmy skierowani na formowanie – zamilkł i stał się jakby nieobecny. Być może coś przeczuwał lub po prostu się przestraszył.
Podczas marszu rozkazał mechanikowi:
– Stój! Silnik coś nierówno pracuje.
– Jak nierówno? Wszystko wyregulowałem! – oburzył się mechanik.
– Rozkazuję! Mam dobry słuch, słyszę, że coś nie gra. Zatrzymajmy się i poczekajmy na zastępcę dowódcy do spraw technicznych.
Mechanik się nie kłócił, zjechał na pobocze. Jedzie czołg, Nejman go zatrzymuje:
– Czy jest u was zastępca do spraw techniki?
– Nie. A ty czego stoisz?
– Coś w tym silniku źle pracuje.
– Tak? Słuchaj, czy masz sprawny rozrusznik? Bo u mnie szwankuje.
– Sprawny.
– No, daj mi go, a sobie wstaw mój.
Zamienili się rozrusznikami. Jedzie następny czołg:
– Co się dzieje?
– Rozrusznik nie działa.
– A akumulatory są dobre?
– Dobre, niedawno otrzymałem.
– No to zamień się ze mną „na machniom”.
Takim sposobem w ciągu nocy rozdał swój czołg na części. Załoga nic nie powiedziała. Kiedy zastępca do spraw technicznych przyjechał, to, naturalnie, zastał niesprawny czołg i musiał go odesłać do remontu. Jednak ktoś poinformował o tym wydarzeniu oddział specjalny. Chciano go oddać pod sąd, ale po porannej walce, w której spłonęło wiele czołgów, przesadzono go do innego czołgu – ulitowali się.
Postój pod Krajową przebiegł w cieniu tragedii. U nas w batalionie dowódcą czołgu był lejtnant Iwanow spod Biełgorodu. Rosły chłop, 32–34 lata, komunista, z wyższym wykształceniem rolniczym, przed wojną przewodniczący kołchozu. W jego wiosce stacjonowali Rumuni i podczas odwrotu zabrali ze sobą wszystkich młodych, a komunistów i ich rodziny spędzili do jednej stodoły i spalili. Potem sąsiedzi mówili, że krzyczeli i płakali, kiedy żołnierze oblewali stodołę benzyną, a potem soldaty jeszcze strzelali, dobijając przez deski. Tak zginęła rodzina Iwanowa – żona i dwoje dzieci. Nasza brygada przechodziła w pobliżu jego wsi i pozwolono mu tam zajechać. We wsi powiedziano mu tę historię, zaprowadzono na pogorzelisko. Kiedy wrócił, jakby go zamieniono. Zaczął się mścić. Walczył szaleńczo, czasami nawet zdawało się, że szuka śmierci. Do niewoli nie brał nikogo, a gdy próbowali się poddać, kosił bez namysłu. A tu… Wypił i poszedł z mechanikiem szukać dziewuchy. Był wrzesień, ładna pogoda, zbliżał się wieczór. Weszli do jednego domu. W pokoju stary człowiek i młódka około 25 lat siedzą i piją herbatę. Na rękach trzymała półtoraroczne dziecko. Dziecko lejtnant przekazał rodzicom, do niej powiedział: „Idź do izby”, a do mechanika: „Ty idź, zerżnij ją, a potem ja”. Ten poszedł, ale dzieciak z 1926 roku, chyba ani razu nie był z dziewczyną. Nie wiedział, jak się do niej dobrać. Ona, widząc to, wyskoczyła przez okno i zaczęła uciekać. A Iwanow usłyszał hałas, wyskoczył: „Gdzie ona jest?”. A ona już była daleko: „Ach, ty sukinsynu, wypuściłeś”. Wystrzelił do niej serię z automatu. Kobieta upadła. Oni nie zwrócili na to uwagi i odeszli. Gdyby uciekała i trzeba byłoby ją zabić, na pewno by nie trafił. A tu tylko jedna kula i prosto w serce. Następnego dnia przyszli rodzice z lokalnymi władzami do nas, do brygady. A kolejnego dnia organy ich wyśledziły i posadziły – Smiersz pracował dobrze2. Iwanow od razu się przyznał, że strzelał, ale nie wiedział, że zabił. Na trzeci dzień odbył się sąd. Na polanie ustawiono całą brygadę, przywieziono burmistrza i ojca z matką. Mechanik strasznie płakał. Iwanow jeszcze mu powiedział: „Słuchaj, bądź mężczyzną. Ciebie i tak nie rozstrzelają, nie bądź mazgajem. Wyślą do sztrafbatu3 – odkupić winę krwią”. Kiedy dano mu ostatnie słowo, cały czas tylko prosił o przebaczenie. I tak właśnie się stało – dostał dwadzieścia pięć lat z zamianą na batalion karny. Lejtnant wstał i powiedział: „Obywatele sędziowie wojskowego trybunału, popełniłem przestępstwo i proszę nie robić mi żadnej taryfy ulgowej”. Tak po prostu i mocno. Usiadł i siedział, grzebiąc źdźbłem trawy w zębach. Ogłoszono wyrok: „Rozstrzelać przed frontem brygady. Wyrok wykonać natychmiast”. Brygadę ustawiono w piętnaście, dwadzieścia minut. Doprowadzono skazanego do wcześniej wykopanego grobu. Brygadny osobista4, podpułkownik, mówi naszemu batalionowemu przedstawicielowi specjalnego oddziału, stojącemu w szeregach ustawionej brygady: „Towarzyszu Morozow, wyrok wykonać”. Ten się nie rusza. „Ja wam rozkazuję!” Ten stoi jak wkopany. Wtedy podpułkownik podbiega do niego, łapie za rękę, wyciągając z szyku, i przez zęby z wyzwiskami: „Ja ci rozkazuję!”. On poszedł. Podszedł do skazanego. Lejtnant Iwanow zdjął furażerkę, ukłonił się w pas, mówi: „Wybaczcie mi, bracia”. I to wszystko. Morozow mówi mu: „Na kolana. Pochyl głowę”. Powiedział to bardzo cicho, ale wszystko było słychać – była okropna cisza. Iwanow upadł na kolana, furażerkę włożył za pas:
– Pochyl głowę.
I kiedy on przechylił głowę, osobista wystrzelił mu w potylicę. Ciało lejtnanta upadło i rzucało się w konwulsjach. Widok był straszny… Osobista odwrócił się i odszedł, z pistoletu wił się dymek, a on szedł, zataczając się jak pijany. Pułkownik krzyczy: „Kontrolny! Kontrolny wystrzał!”. Ten nic nie słyszy, cały czas idzie. Wtedy pułkownik podbiegł do niego, wyrwał z ręki pistolet i wystrzelił raz, drugi.
Co zapamiętałem, po każdym wystrzale Iwanow już nie żył, a ciało jeszcze drgało. Pułkownik pchnął ciało nogą, a ono wpadło do grobu:
– Zakopać!
Zakopano.
– Rozejść się!
Przez piętnaście minut nikt się nie ruszał. Była martwa cisza. Walczył on bardzo dobrze, szanowano go, wiedziano, że Rumuni spalili jego rodzinę. Mógł przecież prosić o łaskę, mówić, że to wypadek, ale nie…
Reszta dnia upłynęła w ponurym nastroju. Nie chciało się gadać, wszyscy żałowali Iwanowa. Ale po tym wypadku żadnych ekscesów z miejscową ludnością u nas w brygadzie nie było.
Zimą 1942/1943 roku brygada pancerna poniosła ciężkie straty w walkach o Mozdok. Służyłem w tej brygadzie i ocalałem. Los, przewidując najbardziej prawdopodobny rozwój wydarzeń, postanowił wówczas przenieść mnie ze stanowiska mechanika-kierowcy czołgu do innego, mniej niebezpiecznego rodzaju wojsk. Pilnie i za wszelką cenę, ale nie stało się to od razu.
W ponury zimowy dzień kolumna pancerna, w której jechał nasz „T-34”, po długim marszu wciągnęła się w stanicę lewokumską. Wycofujący się Niemcy wysadzili za sobą w powietrze most na rzece Kumie, zamiast niego czekała nas tymczasowa przeprawa, zrobiona przez saperów ze wszystkiego, co wpadło w ręce. Nasz dowódca z niedowierzaniem ją obejrzał, zapytał dowódcy saperów:
– A czołg po tym przejedzie? Dwadzieścia pięć ton?
– Nie ma wątpliwości – ten odpowiedział. – Gwardyjska robota! Ale pojedynczo.
Pierwszy czołg powoli i ostrożnie przejechał po falującym poszyciu. Drugi – równie ostrożnie wjechał, lekko odchylając się od linii środkowej, dotarł do połowy i nagle zaczął na oczach wszystkich posuwać się nie przez rzekę, a wzdłuż niej, a następnie wraz z przeprawą zwalił się bokiem w potok, pozostawiając na powierzchni jedynie wiodącą „gwiazdkę” gąsienicy. Załoga nie bez trudu została wyłowiona z lodowatej wody. Po kierowcę musiano nurkować. Nasz czołg był trzeci.
Po energicznej rozmowie z saperami, używając wszystkich znanych mu określeń ich matek i grożąc rozstrzelaniem, dowódca batalionu przyprowadził skądś miejscowego dziadka, który obiecał pokazać bród.
Umieściwszy dziadka w swoim „Willisie” i wyjaśniając mi całą miarę odpowiedzialności jako czołowego, kombat rozkazał nam jechać za nim.
– Tylko nieszczególnie się rozpędzaj, ale też nie ociągaj – ostrzegł. – Jeśli coś będzie nie tak, ja ci latarką dam sygnał.
I ruszyliśmy wzdłuż rzeki, aż w końcu zrobiło się ciemno. Reflektorów nie mieliśmy po pierwszej walce, a nawet jeśliby były, niebezpiecznie było świecić przez wzgląd na niemieckie lotnictwo. Tak więc w ciemności, lekko rozcieńczonej rozproszonym światłem księżyca, nie widząc drogi, jechałem za podskakującym niebieskim światełkiem „Willisa” kombata. Kolumna jechała za mną.
Tak przejechaliśmy około dziesięć kilometrów. Jak później się okazało, dowódca po prostu przeskoczył mostek przez parów, nie zatrzymując się i nie przekazując sygnału. Mój czołg podleciał do niego na sporej prędkości i mostek runął jak skoszony. Czołg z rozpędu uderzył czołowym pancerzem w zbocze parowu, przewrócił się i do góry łapami spadł na dno.
Ogłuszony uderzeniem, znalazłem się pod stertą pocisków 76 mm, które wypadły z „walizek”, przemieszanych z talerzowymi magazynkami karabinu maszynowego, narzędziami, konserwami, zdobycznymi produktami, piłą, siekierą i innymi czołgowymi skarbami. Cienkimi strużkami z góry lał się kwas z odwróconych akumulatorów. Wszystko było podświetlone na zielono złowieszczym światłem lampki sygnalizacyjnej.
Sam byłem cały, ale dość obolały. Pierwsza myśl – zmiażdżyłem załogę. Rzecz w tym, że podczas marszu załoga zazwyczaj siedzi nie wewnątrz maszyny, a na klapie silnika – najcieplejszym miejscu z tyłu wieży, przykryta plandeką. Okazało się jednak, że wszyscy żyją – wyrzuciło ich podczas przewrotu jak z katapulty do przodu na ziemię. Teraz dowódca, lejtnant Kuc, krzyczał skądś na zewnątrz:
– Aria! Żyjesz?
– Tak jakby – odpowiedziałem. – A jak chłopaki?
Następnie wyszedłem przez dolny (który teraz stał się sufitowym) „desantowy” właz i rozejrzałem się. Widok robił wrażenie. Czołg stał na wieży, z gąsienicami w górze. Lufa armaty sterczała z dołu, z ziemi. Nigdy, przez całą wojnę, nie widziałem czołgu w bardziej absurdalnej pozycji. W milczeniu patrzyliśmy na nasz czołg.
Pojawił się dowódca, wyskoczył jak czart z pudełeczka. Po szczegółowych wyjaśnieniach w prostym rosyjskim wszystkiego, co myśli o mnie i sytuacji w ogóle, rozkazał:
– Zostawiam dla wyciągnięcia jeden czołg. Rano wyciągnąć na górę, doprowadzić do porządku i podążać za nami. Nie zrobicie – rozstrzelam!
Co myśleliśmy o nim – tłumaczyć nie musieliśmy i wzięliśmy się do roboty. W nocy wykopaliśmy drogę na górę, drugim czołgiem odwróciliśmy swój czołg najpierw na bok, a następnie postawiliśmy na gąsienicach. Potem wyładowaliśmy cały żelazny zwał z wewnątrz i spróbowaliśmy odpalić awaryjnym starterem, sprężonym powietrzem. I ten najlepszy czołg II wojny światowej po takich przygodach się uruchomił!
Na sen i jedzenie pozostała godzina. O świcie ruszyliśmy dalej. Pierwsza próba Losu, by usunąć mnie z pancernej służby, nie w pełni się udała.
W połowie dnia, pomyślnie pokonując oznaczony bród, dogoniliśmy kolumnę, zameldowaliśmy się dowódcy batalionu i zajęliśmy miejsce w kolumnie. Cała załoga była wyczerpana do granic możliwości, ale najbardziej dostało się mnie. Nieustannie zasypiałem przy drążkach. Cały czas śnił mi się jadący z przodu czołg, a to było niebezpieczne. Lejtnant, widząc mój stan, pozostał w środku, podtrzymywał mnie na duchu i od czasu do czasu stukał nogą w plecy ze swojego siedzenia w wieży. Nie miał mnie kto zastąpić. Dowódca odmówił, powołując się na małą liczbę godzin jazdy w szkole czasu wojennego, a wieżowy, Kolka Rylin, i radiota, Wiereszczagin, w ogóle nie uczyli się jazdy w czołgu. Wymienność załogi, obowiązkowa na wojnie, u nas nie istniała. Więc oni wylegiwali się na zewnątrz na ciepłej klapie Diesla, a ja samotnie męczyłem się przy drążkach kierowania, przyjmując na klatę strumień lodowatego wiatru, zasysanego przez wyjącą za plecami turbinę wentylatora.
Na pierwszym postoju, po zjedzeniu kaszy z land-lease’ową tuszonką, wykryliśmy wyciek oleju z przewodu olejowego do silnika. Wpadnięcie czołgu do parowu nie przeszło darmo. Doszliśmy do wniosku, że wyciek jest nieznaczny, mocno okręciliśmy pęknięcie kilkoma warstwami taśmy izolacyjnej i z góry drutem i pojechaliśmy dalej.
Po przejechaniu jeszcze pięćdziesięciu kilometrów coś się stało: po krótkim postoju silnik nie odpalił. Wezwaliśmy mechanika. Ten krótko posiedział przy silniku, spróbował obrócić turbinę łomem i powiedział:
– Tylko kretyn mógł liczyć na to, że taki opatrunek zatrzyma olej! Wszystko wyciekło. Wasz silnik zdechł i się zatarł…
– Co będziemy robić? – zapytał lejtnant.
– Co będziecie robić – zdecyduje dowódca brygady. A czołg w warunkach polowych przywrócić do służby jest niemożliwością, trzeba wymienić silnik, do tego potrzebny jest warsztat. Wy zostańcie tutaj, a ja zamelduję i jutro wyślę holownik.
Kolumna odjechała, a my zostaliśmy sami. W gołym, przyprószonym śniegiem stepie, wiatr usypywał po ziemi zaspy. Żadnego drzewa czy krzaczka i tylko w oddali, w bok od drogi, widniała para przysadzistych szop. Siedzieć w lodowatym czołgu było nie do wytrzymania. Próbowaliśmy zbudować coś na podobieństwo szałasu, narzucając plandeki na pancerz. Wewnątrz, tworząc iluzję ciepła, zapalaliśmy wiadro z ropą. Coś tam zjedliśmy. Przez sadzę po kilku godzinach byliśmy nie do poznania.
– Tak – podsumował lejtnant – nie będziemy tu zdychać… Idziemy spać tam – machnął ręką w stronę czerniejących w oddali szop. – Widać tam komin, to znaczy, że jest piec. Słoma też na pewno pozostała. Przy czołgu postawimy wartę. Musisz wreszcie się wyspać. Dlatego pierwszy będziesz na warcie półtorej godziny i zostaniesz zmieniony. Ale potem całą noc będziesz mógł spać.
Pozostałem przy czołgu z ręcznym karabinem maszynowym na ramieniu. Czas okropnie się dłużył. Tam i z powrotem. Tam i z powrotem. Postać opartym o pancerz nie można było – opadały powieki. Lecz ani po półtorej, ani po dwóch godzinach zmiana się nie pojawiła. Zmęczona załoga spała kamiennym snem. Wystrzeliłem serię z karabinu maszynowego – żadnego efektu. Trzeba było coś zrobić, bo inaczej po prostu bym zamarzł na śmierć. Nogi już nie wytrzymywały.
Zamknąłem czołg, potykając się, powlokłem się po zaśnieżonym ściernisku w stronę szop. Z trudem obudziwszy śpiącego na słomie lejtnanta, powiedziałem mu, że tak się nie robi… Obudzony został na wpół przytomny Rylin. Wręczono mu karabin maszynowy i wyrzucono za drzwi. Nie rozbierając się, padłem na jego miejsce i zapadłem w głęboki sen.
Rylin postał na zimnym wietrze i złamał przysięgę. O świcie wyszliśmy z szopy, klnąc na Wiereszczagina, który przespał zmianę. Wyjrzeliśmy na drogę, a czołgu nie ma. Ukradli. Rylina też nie widać. Znaleźliśmy go w pobliskiej szopie, gdzie spokojnie spał, objąwszy karabin maszynowy. Gdy opisaliśmy mu sytuację, to jak ukąszony wyskoczył na zewnątrz, by sprawdzić. Później wyjaśnił, że przyszedł w nocy na miejsce i stwierdziwszy brak ochranianego obiektu, powrócił i położył się z powrotem. Na oczywiste pytanie, czemu od razu nie wszczął alarmu i dlaczego spał w innej szopie – wyjaśnił, że nie chciał przeszkadzać…
Ta wersja, mimo całej jej absurdalności, całkowicie zdejmowała z niego niemałą winę. Dlatego twardo obstawał przy swoim i bezczelnie kłamał, patrząc nam wszystkim trzem w oczy. Ponieważ tej bzdury nie można było obalić, oprócz logiki, niczym – cyganem do powieszenia byłem ja, bo opuściłem swój posterunek, oraz lejtnant Kuc – jako dowódca był odpowiedzialny za wszystko.
Więc wyruszyliśmy szerokim kubańskim traktem, potykając się w jego zamarzniętych koleinach, z uczuciem beznadziejności i bez rzeczy.
Po przejściu w milczeniu dziesięciu kilometrów dotarliśmy w okolice rozległej stanicy, gdzie odkryliśmy ślady swego nieszczęsnego czołgu. Okazało się, że sprytni mechanicy, jadąc w nocy i znalazłszy czołg bez ochrony, otworzyli go własnym kluczem, a następnie ściągnęli na holu. Naturalnie, widzieli szopy i zrozumieli, gdzie jest załoga, ale postanowili zażartować…
Ten żart, w połączeniu z uporczywie powtarzanym kłamstwem naszego towarzysza broni i przyjaciela Rylina, kosztował nas bardzo drogo. Kombryg za wszystkie nasze sprawy rozkazał oddać porucznika Kuca i mnie pod sąd i osądzić z całą surowością wojennego prawa. Co też po krótkim śledztwie zostało zrobione.
Samo wykonanie rozkazu rozwścieczonego kombryu w odniesieniu do lejtnanta Kuca i mnie nie zajęło dużo czasu. Zaledwie kilka dni po tym niesamowitym marszu, podczas którego nasz czołg nieznaną siłą został odwrócony, następnie zepsuty i na koniec skradziony, obu nas zdążono przesłuchać w specjalnym oddziale, na chybcika sporządzono akt oskarżenia o niechlujnym obchodzeniu się z bojowym sprzętem, wpięto do teczki zebrane papiery i pod eskortą odwieziono na pace ciężarówki na spotkanie z karzącą ręką sprawiedliwości.
Jak się okazało, ta karząca ręka tymczasowo znajdowała się kilkaset kilometrów od nas, w miejscowości Biełaja Glina, dokąd dostarczono nas zdrętwiałych z zimna.
Komendant warty, gruby starszy sierżant, pobieżnie popatrzył na dokumenty, chrząknął z niezadowoleniem, przejmując nas od eskorty, po czym kazał iść za sobą.
– No, cóż, co, chłopcy – powiedział po drodze. – Widzę, że nie jesteście wielkimi przestępcami, ale do sądu musicie siedzieć. Więc wsadzę was do wspólnej stodoły z różną hołotą, gdzie i bez tego jest tłoczno. Ale nie mam już gdzie. Więc musicie pocierpieć…
Szliśmy za nim w milczeniu. Wartownik z karabinem szedł z tyłu. Podeszliśmy do przysadzistego szerokiego baraku z małymi zakratowanymi okienkami, czegoś w rodzaju sowchozowego garażu. Wartownik zasalutował. Szczęknął zamek, zaskrzypiały zardzewiałe zawiasy, a my wcisnęliśmy się w tłum ludzi stojących i siedzących w środku. Ale nie leżących, do leżenia nie było miejsca.
Wszyscy tutaj zostali zgarnięci patrolami i wsadzeni przez kontrwywiad w celu sprawdzenia i dochodzenia. Prawie wszyscy, z wyjątkiem grupy więźniów Niemców, byli w cywilnych ubraniach. Policjanci, starostowie, pracownicy niemieckiej administracji, przypadkowi przechodnie – wszyscy, którzy wzbudzili podejrzenie, zostali wyłapani sieciami oczyszczania tyłów i wciśnięci tu przed zdecydowaniem o ich dalszym losie. Atmosfera była przytłaczająca. W powietrzu panował strach. Stłumione głosy prawie nie naruszały wspólnego niepokojącego milczenia.
My, wojskowi, byliśmy tu wyraźnie obcym elementem. Zezowano na nas, ale nie zadawano pytań.
Po urządzeniu się jakoś pod ścianą i przeżuciu kilku kęsów sucharów z naszych mizernych zapasów wraz z Kucem przedrzemaliśmy ze skrzyżowanymi nogami jakieś półtorej godziny, a następnie zaczęliśmy omawiać naszą niewesołą sytuację. Ani spać, ani w ogóle długo siedzieć w tym ścisku nie można było. A tymczasem trzeba było być przygotowanym na to, że na rozpatrzenie naszej sprawy będziemy musieli czekać być może długo. Nie, nie byliśmy gotowi tu zdychać i zaczęliśmy walić w zamknięte drzwi.
Nie od razu, po kłótni z wartownikiem, ale przyszedł ten sam stary komendant i jeden przez drugiego zaczęliśmy odwoływać się do jego sumienia:
– Przecież widziałeś papiery, wiesz kim jesteśmy – frontowcy z pierwszej linii, twoi współbracia. A ty nas wcisnąłeś do takiego chlewu – ani miejsca, ani picia, ani snu, ani powietrza. I do tego jeszcze z kim! To jest nieludzkie. Wymyśl coś, bądź człowiekiem!
Sierżant zamilkł na chwilę, zastanawiając się, potem z wahaniem powiedział:
– Jest dobre miejsce. Ale to piwnica. Światła prawie nie ma. Lecz jest przestronnie. Mogę was przenieść. Ale tam wam będzie niewesoło.
– W jakim sensie?
– W niedobrym – ściszył głos. – Tam siedzą skazani na najwyższą karę. Czekają na wykonanie wyroku. Lub na sąd, ale czują pismo nosem… Ale za to jest przestronnie. Pójdziecie?
– Dawaj. Była, nie była. Lepsze to, niż tutaj zdychać.
Zostaliśmy tam zaprowadzeni. W domu zajętym pod wartownię otworzono właz w podłodze i zeszliśmy stromymi schodami do przedsionka piekła, do ciemnicy, w której na nas patrzyło kilka ledwie wyczuwalnych bladych twarzy. Klapa, zamykając się, huknęła jak wystrzał, ciemność zgęstniała jeszcze bardziej. Potrzeba było czasu, aby oczy zaczęły rozróżniać otoczenie – najpierw pasek płonącego knota, umieszczonego w spłaszczonej mosiężnej łusce artyleryjskiego pocisku, potem skąpo oświetloną drewnianą skrzynkę, na której stała łuska, a następnie słabo widoczne sylwetki ludzi, siedzących i leżących na klepisku podłogi wokół skrzynki z kagankiem. Później krąg widoczności rozszerzył się do ścian przestronnego podziemia, odkrywając grube leżanki z siana, pokryte brezentem i szmatami, wiadro z pokrywą w rogu. Ktoś tam jeszcze leżał w ciemności i od czasu do czasu błyskało światełko skręta.
Nasze pojawienie się nie wywołało zainteresowania. Grzech ciekawości już opuścił tych ludzi. Obojętnie prześlizgnąwszy wzrokiem po naszych twarzach i ubraniach, powrócili do swojej drzemki i do swoich myśli.
Tylko jeden z nich, wyróżniający się oficerskim mundurem, z szynelem bez naszywek narzuconym na ramiona, uniósł się na spotkanie, zapytał o nasze nazwiska i przyczyny pojawienia się w tak nieciekawym miejscu. Przedstawiliśmy się i w skrócie opisaliśmy swoją sprawę.
– A ja – Wania-durak – przedstawił się oficer – i siedzę na poważnie, mogę zarobić nawet „czapę”. Czekam już któryś dzień na sąd. Póki co jestem tu za starszego, ponieważ jestem majorem. Rozgośćcie się.
To był – jak się później dowiedzieliśmy się od niego – komendant ochrony sztabu 44. Armii. Przyjmując pod swoją ochronę pięciuset niemieckich jeńców, otrzymawszy wraz z rozpoczęciem ofensywy rozkaz podążania za sztabem, rozstrzelał ich w wąwozie pod Kisłowodskiem z powodu braku wystarczającej eskorty. Sprawa dla władzy radzieckiej zwyczajna, ale w regularnej armii, gdzie istniały wyobrażenia o granicach uprawnień i o honorze, nie wybaczono mu tego i oddano pod sąd za masowe zabójstwo. Jego perspektywy nie były najlepsze.
Major tęsknił, ale tego nie pokazywał. Całymi dniami nerwowo kroczył po piwnicy, nucąc sobie pod nosem grypserskie kuplety. Nie było minuty, żeby nie śpiewał.
Włożę ręce w spodnie
I chodzę, śpiewam sobie.
Co tu robić, gdy wsadzili cię…
W przeszłości major był, jak wyjaśnił, leningradzkim „urke”5, póki, jeszcze przed wojną, nie trafił do wojska. Jego twarz z zadartym nosem, z bezczelnymi wypukłymi oczami doskonale pasowała do tego pochodzenia.
Następnego ranka, ledwie wstawszy, grzeszny major powiedział nam:
– Hej, czołgiści, jest gadka, najnowsze wieści. Chyba znalazłem swoją linię. Nie jestem winny. Towarzysz Stalin w listopadowym rozkazie wydał wojskom bezpośrednią dyrektywę: „Likwidować co do jednego wszystkich niemieckich okupantów, którzy wtargnęli na naszą ziemię”. Kropka. Był taki rozkaz Naczelnego, czy ja kłamię? Więc ja wykonywałem rozkazy. Tak będę w trybunale gadał. A skoro tak, to nie mogę odpowiadać. Ja to wszystko nad ranem pojąłem. Jakby mnie wprost oświeciło! No i jak?
– Całkiem, całkiem – odpowiedzieliśmy. – Brzmi dobrze.
A Kuc dodał:
– Tylko to oświecenie nie teraz przyszło, a wtedy, prawda?
Od tej chwili major wyraźnie poweselał. „Nie ośmielą się pójść przeciwko towarzyszowi Stalinowi, nie starczy odwagi!” – on cały czas siebie przekonywał. Ruch był podły, ale udany.
Major był tutaj naszym jedynym rozmówcą i doradcą. Wszyscy mieszkańcy piwnicy byli oddzieleni od nas murem milczenia. Z wyjątkiem rzadkich „tak” i „nie” komunikowanie się z nami nie było już możliwe. Dla nich byliśmy za linią oddzielającą kontynuujących życiową drogę od nich, którzy ją zakończyli. Byliśmy obcymi, nasz język i nasze interesy pozostały za tą linią. Zanurzeni w sobie, prawie nie rozmawiali i ze sobą.
Wiedzieliśmy już coś niecoś o nich, ale w szczegóły się nie wgłębialiśmy. Jeden, nauczyciel fizyki w szkole, za Niemców odnalazł się w roli szefa rejonowej policji. Dwóch służyło w Sonderkommando. Jeden był starostą stanicy. Młody Azer, zupełny chłopak, był dywersantem, został złapany w szuwarach Kubania z całym swoim arsenałem materiałów wybuchowych. Prawie cały czas siedział w odległym kącie, skąd czasami dochodziło jego chlipanie.
Major, zmęczony lenistwem i przeczuciami, czasem zaczynał wypytywać tych „nieżyjących” o ich przestępstwa i poprzednie życie. Oni mu nie odpowiadali wcale albo odpowiedzi były jednosylabowe i spowolnione. To nie przeszkadzało mu kończyć każdą próbę gniewnymi oskarżeniami i ocenami:
– Prawidłowo was, gady, zlikwidują!. Zdrajcom matki Ojczyzny żadnej litości okazywać nie można!
Po jednej z takich tyrad, kiedy wydawało się, że jak zwykle nie będzie na to reakcji, po długiej przerwie odpowiedział cicho z ciemności nauczyciel policjant:
– Pewnie masz rację, majorze, że nas rozstrzelają za nasze czyny. Niczego innego się nie spodziewam. A co do zdrady, to pytanie, myślę, jest trudniejsze. Nie było przecież matki Ojczyzny. Nie było. Była okrutna macocha. I my nie byliśmy jej dziećmi, a pasierbami, jej ofiarami. To ona nas zdradziła; zniszczyła, zamęczyła bezwinnie… pół kraju. A my zostaliśmy zdrajcami dopiero, gdy zobaczyliśmy, kim ona dla nas jest. A co do reszty, to tu, powiedzmy, masz rację.
Ze ściśniętymi sercami słuchaliśmy tych strasznych słów, których ani słyszeć, ani rozumieć nie było możliwe.
– A do tego jesteś jeszcze antysowietczykiem, mać twoją! – warknął w jego stronę major.
– Co jest, to jest, nie trzeba tego teraz ukrywać – odpowiedział uspokajająco nauczyciel-policjant i zamilkł.
A tymczasem życie w ciemnościach trwało nadal. Rano i wieczorem opuszczano czajnik z wrzątkiem i po kawałku chleba. W dzień przysługiwała kasza, ale jej nie brano. Miejscowym skazanym żony i rodziny przynosiły obfite, doskonałe jedzenie, ostatnią ich radość. Ale im jadło i picie nie przechodziło przez gardło i nie znajdowali w tym pocieszenia. Wszystkie te wspaniale pachnące, gęste barszcze w starannie zawiniętych garnkach, całe to znakomicie ugotowane domowe jedzenie trafiało do nas i do wartowników. Więc zajadaliśmy się tak, jak długo nie było i jak długo jeszcze nie będzie.
Po południu mieszkańcy piwnicy odsypiali nieprzespane noce, spędzone w oczekiwaniu kroków na górze: przyjdą czy nie przyjdą tej nocy – i po kogo… Wsłuchiwali się, palili, milczeli.
Wyrok trybunału był wykonywany nie od razu, a po zatwierdzeniu go przez Radę Wojenną Armii. Ale posiedzenia rady nie były regularne, były zwoływane w zależności od sytuacji bojowej i dlatego nie można było nawet w przybliżeniu określić czasu nastąpienia fatalnego momentu. Spodziewać się go można było każdej nocy. Więc co noc czekali.
W ciągu tego tygodnia, który przesiedzieliśmy w piwnicy, zabrano dwóch – z Sonderkommando. Obu przed świtem, z jakiegoś powodu, zgodnie z prawem tego gatunku. Oni i z nimi się nie pożegnali. Wystrzałów nie było słychać – najprawdopodobniej wywożono ich daleko w step.
Ale nadszedł dzień siódmy i z oślepiającego blasku otwartego włazu zawołał do nas głos archanioła:
– Hej, czołgiści, wychodzić, wychodzić z rzeczami! Pewnie się zasiedzieliście? Wzywają na sąd, już czas!
Póki pośpiesznie zbieraliśmy swoje skromne rzeczy, pożegnano się z nami z ciemności:
– Powodzenia, chłopaki. Trzymajcie się!
To były pierwsze ludzkie słowa, które trafiły do nas stamtąd, zza linii Losu. Sami pozbawieni nadziei, dodawali nam otuchy. Pomachaliśmy im ręką. Major milczał, patrząc w ślad za nami.
Na górze oślepił nas zwyczajny słoneczny poranek. Dano nam herbatę i ogolono – tego wymagał regulamin. Potem prowadzono na mrozie, po ostrym lodzie, pod cudnie pachnącym obornikiem i sianem wiaterkiem, pod błękitnym i czystym wysokim niebem. Gdzieś szczekały psy, z zachwytem piał kogut. Wszystko wokół było kontynuacją pięknego życia, które zatrzymało się dla nas na sześć długich dni spędzonych w Świecie Cieni. Nawet nadchodzący sąd nie psuł nam święta wniebowstąpienia stamtąd.
Niestety święto trwało krótko. Trybunał ukazał się niedaleko, w mocnym domu kancelarii na wysokim fundamencie. Zaprowadzono nas do przestronnej izby, szybko przekształconej w salę. Kilka rzędów drewnianych ławek, wzniesienie do sądu z odpowiednimi portretami nad nim. Widać wożono je ze sobą jak rekwizyty.
Usiedliśmy, musieliśmy czekać z pół godziny. Ale nasz sąd w tej sali nie zasiadał: widać nie mieliśmy odpowiedniego znaczenia. Zaprowadzono nas do małego pokoiku, gdzie już ciasno siedzieli za kulawym stołem trzej wojskowi – major i dwóch kapitanów-sędziów. Z boku jeszcze jeden, lejtnant, sekretarz. Cieniutka teczka, nasza sprawa leżała przed nimi. Ślad dostatniego życia odciskał się na ich różowych, czysto wygolonych twarzach, na świeżych, czystych bluzach. Czuć było dawno zapomniany zapach porannej wody kolońskiej.
– Siadać! – Spojrzeli na nas mimochodem. My od nich nie odrywaliśmy oczu. Czarna kość Armii Czerwonej nieśmiało patrzyła na jej białą kość.
– Więc co my tu mamy? – Major włożył okulary, z roztargnieniem przysunął sobie teczkę, przekartkował dokumenty i przeczytał na głos akt oskarżenia.
– Czy przyznajecie się do winy? Głośniej. Jeszcze głośniej. Aha, no to poczekajcie obok, wezwą was.
Nie upłynęło i piętnaście minut, jak nas wezwano z powrotem i obaj zostaliśmy już skazani „w imieniu Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich” na siedem lat kolonii pracy wychowawczej6. Zabrzmiało to tak dziwnie, tak obok, że w środku nic nawet nie zadrżało, jakby to mnie nie dotyczyło.
– W oparciu o załącznik do artykułu dwudziestego ósmego Kodeksu Karnego – czytał major, nadal stojąc – wykonanie wyroku odłożyć do czasu zakończenia działań wojennych ze skierowaniem skazanych do czynnej armii. – To oznaczało kompanię karną. Wszyscy usiedli.
– Jakieś pytania? – zapytał major.
– Ale przecież my nieumyślnie! – wyjaśniłem z opóźnieniem.
Major zdjął okulary i po raz pierwszy spojrzał na mnie z zainteresowaniem. Potem powiedział:
– Jeśli umyślnie, to byśmy was rozstrzelali. Rozumiesz? A teraz idźcie z lejtnantem, trzeba wypisać dokumenty i – naprzód!
Przez salę zaprowadzono nas do kancelarii i tam, po krótkim stukocie maszyny do pisania piszącej wyrok i jeszcze coś – wręczono Kucowi zapieczętowany woskiem pakiet.
– Tutaj dokumenty na was i jeszcze na jednego skazanego – lejtnant skinął głową w stronę, gdzie przy ścianie siedział mordaty żołnierz w dopasowanym płaszczu i chromowych butach. – To sierżant Guśkow. Pójdziecie w trójkę. Pakiet dostarczycie do oddziału kompletacji sztabu armii. Gdzie on teraz jest – cholera go wie! Ale myślę, że gdzieś za Rostowem, bo wczoraj był w Rostowie. Krótko mówiąc, znajdziecie sami. A tam już was skierują pod odpowiedni adres. Idziecie do 683. Kompanii Karnej. Wyruszacie natychmiast. Co jeszcze?
– A co z prowiantem? – spytaliśmy.
– Prowiantu nie będzie. Nie nadążymy zabezpieczyć dla was wszystkich. Jedzcie, co znajdziecie. Nie ja mam was uczyć, jak żołnierz się karmi. To wszystko. Odmaszerować.
Wyszliśmy z kancelarii na wysoki ganek trybunału. Zapoznaliśmy się. Zapaliliśmy.
– Dlaczego tu się pojawiłeś? – zapytał Kuc sierżanta Guśkowa.
– Kradzież. Ustawa z siódmego sierpnia.
– Co dokładnie?
– Połciężarówkę pszennego koncentratu miejscowym sprzedałem.
– Ile dostałeś?
– Czerwońca7.
– No cóż – powiedział w zamyśleniu Kuc – idźmy odkupić krwią nasze winy…
I wyruszyliśmy w drogę. Wychodząc poza miejscowość, zaczęliśmy dyskutować nad trasą. Rostow, jak wynikało z nazwy, był, po pierwsze, nad Donem. Po drugie, znajdował się na północny zachód od Białej Gliny. To określało ogólny kierunek.
Mieliśmy do przemaszerowania około dwieście pięćdziesiąt kilometrów. Właśnie przemaszerowania, a nie jechania, ponieważ zabieranie przypadkowych towarzyszy podróży do samochodów wojskowych (a innych nie było) było kategorycznie zabronione – obawiano się dywersantów. Tak więc pieszo, i to całe dwieście pięćdziesiąt kilometrów.
– Zakładaj trzysta – powiedział Guśkow. Żeby wpuścili na nocleg, trzeba iść z dala od drogi, na odludzie. Tam przynajmniej jest nadzieja.
– To ile czasu nam to zajmie? – zastanawiał się Kuc. – W ciągu dnia będzie dobrze, jeśli zrobimy dwadzieścia kilometrów. Zima, wcześniej robi się ciemno. Do zmierzchu jeszcze trzeba znaleźć nocleg. W najlepszym wypadku to dwa tygodnie drogi.
– Cóż, ja osobiście bardzo się spieszyć nie zamierzam – twardo wyjaśnił Guśkow – a jak wy – nie wiem… Nie na wesele przecież.
Popatrzyliśmy na niego.
– Co to znaczy, że ty osobiście? Pakiet z dokumentami jest jeden na wszystkich!
Nie odezwał się ani słowem. Tymczasem maszerowaliśmy już trzy godziny. Niskie słońce chyliło się w kierunku horyzontu. Chciało się jeść. Przez pierwsze kilka dni byle jaki chudy prowiant mieliśmy. Doszliśmy do wyciągniętej wzdłuż drogi małej wioski i zaczęliśmy stukać do drzwi, prosić o wpuszczenie na noc. Witano nas niechętnie i pod byle pretekstem wypraszano za drzwi. Zmierzchało i prawie zawładnęło nami przygnębienie, kiedy dziesiąta próba zakończyła się sukcesem. Dwie staruszki wpuściły nas do domu, pozwoliły ugotować sobie kaszę i dały po szklance mleka. Na ławy w izbie rzuciły stare skóry baranie i co było pod ręką pod głowy, a my zapadliśmy w głęboki sen.
Nazajutrz dojedliśmy resztki kaszy, popiliśmy wrzątku ze swoimi sucharami i, pozostawiwszy gospodyniom w ramach podziękowania pół szklanki cukru, ruszyliśmy dalej.
Przy jednym z ostatnich domów zrozumiałem, że muszę pójść na stronę za płot i usiąść, skupić się. Poinformowałem o tym swoich towarzyszy, a oni mi powiedzieli:
– Idź, miły, a my powoli powleczemy się do skrajnego domu. Tam na ciebie poczekamy.
Oddaliłem się. Skupiałem się dość długo, być może piętnaście minut. Co zrobić?
Gdy w końcu wyszedłem na drogę, nikogo na niej nie było. Ani przy skrajnym domu, jak uzgodniliśmy, ani dalej na trakcie, który był dość widoczny daleko w stepie, ani w lewo, ani w prawo, ani do tyłu. Dokąd mogli uciec? Żaden samochód, na którym mogliby odjechać, zostawiając mnie, nie przejeżdżał obok. Zacząłem biegać po wsi, zaglądałem w okna i do zagród, pytałem rzadkich przechodniów – wszystko na próżno. Oni zniknęli. Zniknęli.
Stało się jasne, że sytuacja jest poważna i beznadziejna i z osłabionymi nogami usiadłem na skraju rowu, próbowałem zrozumieć, co się stało, i przemyśleć swoją nową pozycję. Było kiepsko.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1. Sztrafnicy – potoczne określenie skazanych wojskowych, skierowanych do odbywania kary w karnych formacjach, stosowane w Armii Czerwonej. To określenie jest używane również w polskiej literaturze historycznej – przyp. tłum. [wróć]
2. Smiersz – nazwa oddziału kontrwywiadu („Smiert szpionom” – śmierć szpiegom) – przyp. tłum. [wróć]
3. Sztrafbat – batalion karny, chociaż szeregowców i podoficerów kierowano do kompanii karnej (sztrafroty), bataliony karne były dla kadry oficerskiej – przyp. tłum. [wróć]
4. Osobista – przedstawiciel specjalnego oddziału (osobowego otdieła) – przyp. tłum. [wróć]
5. Urke – w przestępczym języku to oznacza kryminalistę – przyp. tłum. [wróć]
6. Kolonie pracy wychowawczej – Isprawitielno-trudowaja kolonia – w zasadzie był to obóz Gułagu – przp. tłum. [wróć]
7. Czerwoniec – potoczne określenie dziesięciu – od koloru 10-rublowego banknotu. [wróć]
