Amaya - Maciej Libera - ebook

Amaya ebook

Maciej Libera

0,0

Opis

Amaya, strażniczka milczenia, strzeże swojego ludu w ukrytej dolinie. Pod górą drzemie niszczycielska moc, której przebudzenie może ocalić jej bliskich, albo wszystko zniszczyć. Amaya staje przed wyborem: pozostać cichą opiekunką, wierną przysiędze, czy obudzić drzemiącą siłę i stać się kimś więcej niż człowiekiem. To historia o ciężarze odpowiedzialności, granicach lojalności i cenie, jaką płaci się za ocalenie tych, których się kocha najbardziej.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 517

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



AMAYA

MACIEJ LIBERA

Kilka słów od autora

W tej opowieści z głębokim szacunkiem sięgam po bogate dziedzictwo słowiańskiej tradycji, po jej mity, duchy lasów i wód, dawne obrzędy oraz tę nieuchwytną magię, którą przodkowie czuli w blasku słońca i każdym szumie liści. Nie trzymam się jej dosłownie, każdy element przekształcam z troską i czcią, pozwalając, by dawne wątki przepływały przeze mnie niczym rzeka przez stare knieje. Zmieniam ich bieg, łączę je z nurtem własnej wyobraźni.

Wiele pomysłów o duchach i dawnych mocach powstało po długich rozmowach z moim serdecznym przyjacielem Grzegorzem, którego wiedza o słowiańskich wierzeniach jest żywa i głęboka. Przekształciłem je jednak tak, by wpasowały się w świat, który zbudowałem. Nie są to wierne odwzorowania, lecz echo... żywe i drżące.

Zapraszam Cię czytelniku, do tej podróży przez mroczne bory i ciche polany, przez chaty pachnące dymem z palenisk i pola, na których wciąż czai się stara, nieokiełznana moc. Niech ta historia otuli Cię jak ciepła, lniana koszula w chłodną jesienną noc, niech wzbudzi w Tobie dreszcz ciekawości i tęsknotę za tym, co przeminęło. Tutaj nic nie jest tym, czym się wydaje na pierwszy rzut oka. Pod powierzchnią spokojnych słów czai się coś starszego niż ludzie, coś, co pamięta czasy, gdy ziemia była młoda, a bogowie chodzili wśród nas.

Prolog. Pieśń o Arkanorze

Arkanor był perłą wszechświata, planetą utkaną ze światła, muzyki i harmonii. Miasta wznosiły się tam niczym kryształowe ogrody, w których sztuka, nauka i filozofia łączyły się w jedność. Arkanorianie, podobni do ludzi, a jednak doskonalsi, żyli w symfonii myśli i natury. Ich ciała były odporne, ich umysły przenikały rzeczywistość, a ich dusze sięgały poza czas. Lecz pycha najstarszych mieszkańców sprowadziła zgubę. W swym dążeniu do nieśmiertelności stworzyli istoty doskonalsze od siebie – Erytonów, a ci obrócili się przeciwko nim. Z buntu narodził się chaos, świat Arkanoru rozpadał się w płomieniach. Gdy Erytonowie zapragnęli władzy nad wszystkim, stworzyli nową rasę – Worogów, broń doskonałą, uosobienie brutalnej siły. To oni mieli podbić galaktykę w imieniu swoich panów. Jednak część Worogów wyzwoliła się spod jarzma. Odrzucili swe dziedzictwo, stali się Wyklętymi, a ich przywódca, Var’thak Bezkształtny, obrócił całą nienawiść ku tym, którzy go stworzyli.

Świat stanął w ogniu wojny Trzech Ras. Kryształowe miasta Arkanoru runęły, a niebo zasnuły dymy zagłady. W obliczu końca Arkanorianie zbudowali trzy ogromne statki, bastiony nadziei, ostatnie świadectwa ich wielkości. To one niosły w sobie resztki cywilizacji, która miała odrodzić się w nowym świecie.

Pierwszym z nich był Pyrrhon, czarna iglica przecinająca próżnię, okręt wojenny o kadłubie z obsydianowego szkła gwiazd. Jego powierzchnia nie odbijała, lecz pożerała światło, jakby sama ciemność została wkuta w pancerz. W jego trzewiach drzemały lance kinetyczne i plazmowe żagwie, które potrafiły rozerwać pancernik na strzępy. Był cieniem śmierci, który nigdy nie śpi – tylko czeka. Wieczny wartownik, grom, który jeszcze nie grzmiał.

Drugim była Zorya, żywy klejnot dryfujący wśród martwej czerni. Jej skorupa rozstępowała się jak płatki gigantycznego kwiatu, odsłaniając wnętrza pulsujące szmaragdowym tchnieniem. Tam, pod kopułami z światła, rozciągały się wiszące ogrody, w których drzewa rodziły owoce nawet pod bezgwiezdnym niebem, a wodospady płynęły, niosąc mgłę o zapachu poranka. W przestronnych atriach śpiewały ptaki, w laboratoriach rodziły się nowe geny, a w amfiteatrach tańczono pod sztucznymi konstelacjami. Była arką nie tylko ciał, lecz także dusz, zieloną obietnicą, że nawet na końcu świata można jeszcze zasadzić drzewo.

Trzecim był Weles, kowadło wszechświata w ruchu. Kolos o korpusie z tysiącem kominów i reaktorów, z którego boków wyrastały ramiona dźwigów. W jego sercu huczały planetarne piece, młoty antymaterii biły w surowiec, a nanomaszyny tańczyły w płynnym metalu, rodząc mosty, kopuły, a nawet nowe kontynenty. Lecz jego prawdziwą mocą była alchemia światów, gdy opadał na jałową skałę, zaczynał śpiewać niskim, basowym pomrukiem, a skała odpowiadała. Gleba miękła, atmosfera gęstniała, rzeki wybijały na powierzchnię, a wiatr zaczynał pachnieć życiem. Był bogiem, który nie tyle budował, co budził planety ze snu.

Trzy tytany. Pyrrhon – zgromadzona furia, która osłania. Zorya – oddech domu, który trwa mimo wszystko. Weles – dłoń, która przemienia popiół w ogród. Razem te statki niosły w sobie echo utraconego Arkanoru i cichą, upartą pewność, że nawet po najgłębszej nocy rodzi się świt.

Erytonowie jednak nie zamierzali pozwolić uciec swoim dawnym panom. W ich oczach Arkanorianie nie byli już twórcami, lecz słabymi reliktami przeszłości, niegodnymi dalszego istnienia. Ze stoczni i bastionów wzniosły się erytońskie floty, niezliczone armady, których potęga zdawała się przyćmiewać światło gwiazd. Do pościgu dołączyli także Worogowie, istoty stworzone jako broń, kierowane gniewem i pragnieniem krwi.

Rozpoczął się Wielki Exodus, ucieczka przez mroczne przestrzenie, gdzie każdy skok w nadprzestrzeń mógł być ostatnim. Po wielu miesiącach tułaczki, gdy załoga żyła już tylko nadzieją i wspomnieniem domu, na horyzoncie pojawił się świat. Planeta na rubieżach spiralnego ramienia galaktyki, ukryta w zakamarkach kosmicznej ciemności. Jej gwiazda, młoda i pełna życia, otulała glob ciepłem, a zielone kontynenty i błękitne oceany zdradzały bogactwo natury. Dla Arkanorian była jak obietnica, dziewicza ziemia, wolna od wojny, schronienie przed gniewem Erytonów i Worogów. Lecz gdy trzy statki osiadły na powierzchni planety, prawda okazała się zaskakująco inna. Świat nie był pusty, żyli w nim ludzie. Rozproszone plemiona, prymitywne i pozbawione większej organizacji, zamieszkiwały doliny, lasy i wybrzeża mórz. Pierwsze obserwacje dawały obraz społeczności zacofanych, niemających pojęcia o nauce czy technice. Jednak badania szybko ujawniły coś, czego nikt się nie spodziewał. Ci mieszkańcy nie byli obcymi. Byli dalekimi potomkami wyrzutków, skazanych na wygnanie z Arkanoru tysiące lat wcześniej, a potem zapomnianych przez historię i legendy.

Ich dawna cywilizacja rozpadła się wieki temu, a pamięć o podróżach międzygwiezdnych spłynęła w odmęty mitów i pieśni. W ich kulturze pozostały jedynie okruchy dawnej świetności: nieliczne symbole, przekazywane z pokolenia na pokolenie opowieści, szczątkowe formy języka, które ku zdumieniu Arkanorian dało się rozpoznać i przełożyć. Dla badaczy było to jak odnalezienie zagubionego echa własnej przeszłości, odbicia cywilizacji, która została zdruzgotana, a jednak nie całkiem zaginęła.

Nie było wyboru, Arkanorianie musieli zostać. Floty Erytonów i Worogów przeczesywały przestrzeń kosmiczną, skanując w poszukiwaniu śladów ich istnienia. Każdy impuls energii, każdy ruch okrętów mógł zdradzić położenie. Dlatego Amaya, kapitan Pyrrhona, stojąc na mostku, wydała rozkaz, który złamał jej serce, statki musiały zostać uśpione. Ich potęga, technologia, ich spuścizna, wszystko miało zamilknąć, by ocalić resztki ludu.

Gigantyczne kadłuby zakotwiczono głęboko w górach, ukryto w niedostępnych zakamarkach planety, tak by żadne oczy z zewnątrz nie mogły ich dostrzec. Aby nie ryzykować wykrycia, załoga została zahibernowana. Nie w zimnym śnie ciała, lecz w cyfrowej wieczności, ich świadomość przeniesiono do wirtualnych światów, utkanych we wnętrzach Pyrrhona, Zoryi i Welesa. Tam mogli trwać, nie starzejąc się, żyjąc w symulacjach, które były jednocześnie więzieniem i azylem. Jednak sama hibernacja nie wystarczała. Sensory Erytonów były w stanie wychwycić najmniejszy ślad życia, najmniejszą anomalię energetyczną. Dlatego Arkanorianie zbudowali dwie kolosalne wieże maskujące, wzniesione z valionu, rzadkiego minerału, którego struktura potrafiła rezonować z energią gwiazd. Wieże wyrastały wysoko ponad szczyty gór, ostre niczym kryształowe iglice wbite w niebo. W dzień wydawały się jedynie szarymi, gładkimi monolitami, górującymi nad otoczeniem. Lecz nocą, gdy księżyc wspinał się po firmamencie, ich rdzenie rozbłyskiwały subtelnym, ledwie widocznym światłem. Choć oddalone od siebie o wiele kilometrów, wieże były połączone przewodem wykutym z czystego valionowego kryształu, który biegł przez równiny i doliny niczym świetlista arteria. Ten kryształowy most tworzył z wieżami gigantyczny rezonator, instrument, którego pieśń nie była słyszalna dla ludzkiego ucha, ale której echo sprawiało, że cały żyjący świat stawał się niewidzialny w przestrzeni kosmicznej. Emitowane przez nie fale zakłócające rozlewały się niczym niewidoczna mgła. W jej granicach sensory Erytonów ślepły, niezdolne do rejestracji życia nawet najmniejszej aktywności biologicznej. Planeta, na której pulsowały oceany, kwitły lasy i żyli ludzie, jawiła się agresorom, jako martwa kula skały, bez wartości, bez celu.

Z czasem, dla tubylców wieże stały się czymś więcej niż tylko strukturami, uznali je za boskie twory, świątynie postawione przez istoty wyższe. Ich kryształowy przewód traktowano jak drogę łączącą niebo z ziemią, a same wieże stały się celem pielgrzymek, choć nikt nie rozumiał ich prawdziwego przeznaczenia.

Na jawie pozostała jedynie garstka Arkanorian. Nieliczni, wraz z Amayą, zeszli na powierzchnię. W ukrytej dolinie, w sercu gór, zbudowali osadę, prostą, surową, odciętą od blasku dawnej potęgi. Kamienne domy, mury i uprawne tarasy skrywały prawdę, to miejsce nie było zwyczajną wioską, lecz żywą maską dla czegoś znacznie większego. Mieszkańcy osady mieli być strażnikami milczenia, świadkami przeszłości i bramą między ludźmi a uśpionymi olbrzymami. Pod stopami osady rozciągała się druga, ukryta warstwa, labirynt podziemnych komnat i korytarzy, wykutych w skałach przez arkanoriańskie maszyny. Tam spoczywało serce ich sekretu. W chłodnych kryptach przechowywano urządzenia, które mogły pomóc mieszkańcom przetrwać, generatory zdolne ogrzać całą dolinę w najcięższe zimy, kapsuły medyczne leczące choroby, których miejscowi nie potrafili nawet nazwać i kryształy pamięci przechowujące wiedzę ich cywilizacji. Technologie te nie były jednak darem, z którego można było korzystać swobodnie. Stanowiły ostatnią linię obrony, zasób, którego dotknięcie mogło zdradzić ich istnienie i przyciągnąć zgubę. Dlatego wokół podziemi powstała tradycja, rytuał. Garstka wybranych Arkanorian złożyła uroczystą przysięgę w obecności Amayi, ślubując, że nigdy nie użyją tej wiedzy lekkomyślnie, że będą strzec jej jak świętego ognia.

Tak narodzili się Strażnicy, zakon milczących opiekunów, których obowiązkiem było nie tylko czuwanie nad ukrytą technologią, ale i pilnowanie, by potomkowie pamiętali o prawdziwym znaczeniu swojej spuścizny. Żyli wśród ludzi, pracowali jak inni, lecz nocą schodzili do podziemi, by w ciszy sprawdzać pieczęcie i doglądać maszyn.

Dla tubylców byli jedynie starszyzną, nieco dziwną, zamyśloną, zbyt często patrzącą w niebo. Dla swoich, stanowili ostatni mur między zagładą a nadzieją.

Arkanorianie żyli w cieniu valionowej pieśni kryształów, czuwając, obserwując, powoli znikając wśród ludzi. Czas miał pogrzebać ich imiona w legendach, a statki miały trwać uśpione niczym olbrzymy pod skorupą świata, chronione przez rezonans wież, czekając na dzień, gdy znów zostaną przebudzone.

1. Szlak krwi i pułapka wiatru

Khan Argal stał na szczycie niskiego wzgórza, wpatrując się w bezkresny horyzont stepów, gdzie ziemia spotykała się z niebem. Słońce wisiało nisko, rzucając cienie na tabun poniżej. Ogromna, falująca masa ludzi i zwierząt, która zdawała się pochłaniać cały krajobraz. Smród był wszechobecny, mieszanka zwierzęcego potu, gnijących resztek, ludzkich odchodów i dymu z setek ognisk. Okrucieństwo wisiało w powietrzu jak mgła, tu i ówdzie słychać było krzyk bitego niewolnika, śmiech wojowników przy walce na pięści, jęki kobiety rodzącej w pośpiechu. Kult siły rządził wszystkim, słabi ginęli, silni brali co chcieli. Dzieci uczyły się strzelać z łuków zanim nauczyły się mówić pełnymi zdaniami, a mężczyźni dowodzili lojalności przez blizny i zwycięstwa.

Argal, mężczyzna o żelaznej postawie, z twarzą naznaczoną bliznami od bitew i mrozów, czuł puls tej masy w swoich żyłach. Jego czarne włosy falowały na wietrze, a dłonie, zgrubiałe od lat trzymania łuku i wojennego młota, zaciskały się na rękojeści noża u pasa. Nie był olbrzymem, ale jego obecność dominowała, oczy miał jak szczeliny w skale, brodę splamioną resztkami posiłku, kaftan z utwardzonej skóry wzmocniony kośćmi pokonanych wrogów. Tabun był jego królestwem, a on jego niekwestionowanym panem.

Ponad pięćdziesiąt tysięcy dusz poruszało się w rytmie marszu: wojownicy na koniach, kobiety niosące dzieci w chustach, starcy prowadzący wozy. Ponad osiem tysięcy koni, chudych i wytrzymałych jak wilki stepowe, niosło ciężar tej migracji, ich kopyta dudniły po ubitej ziemi, wzbijając pył, który osiadał na wszystkim. Za nimi ciągnęła trzoda: setki owiec, kóz i bydła, muczącego leniwie. Drób gdakał w wiklinowych klatkach przymocowanych do powozów, a psy ujadały, goniąc za szczurami lub pilnując stad. Powozy, skrzypiące pod ciężarem namiotów, broni i zapasów, były ciągnięte przez woły. Powietrze przesycone było ostrym aromatem kumysu – kwaśnego, gęstego, fermentowanego mleka klaczy, dymu z suszonego nawozu i potu tysięcy ciał, które nie znały luksusu czystej wody.

Brutalność była tu codziennością, wpleciona w tkankę życia jak nici w filcowej jurcie. Argal widział, jak dwóch młodych wojowników kłóciło się o miejsce przy wodopoju, jeden chwycił drugiego za gardło, tamten wyciągnął nóż. Krew trysnęła, tłum zebrał się wokół, kibicując z okrzykami. Zwycięzca, z twarzą umazaną czerwienią, zabrał konia pokonanego i odepchnął jego ciało na bok, po chwili psy zaczęły je obwąchiwać. Kult siły rządził, słabość oznaczała śmierć lub niewolę. Dzieci, od najmłodszych lat, uczyły się tego prawa, chłopcy strzelali z małych łuków do ptaków, dziewczynki małymi dłońmi śliskim od krwi, pomagały w oprawianiu zwierzyny. Starcy, ci którzy przetrwali, opowiadali przy ogniskach historie o dawnych wodzach, wzmacniając lojalność przez legendy.

Argal zszedł ze wzgórza, mijając grupy wojowników. Jedna z kobiet, o twardym spojrzeniu i bliznach na ramionach od bicza, karmiła niemowlę, jednocześnie ostrząc sztylet. Obok, grupa nastolatków ćwiczyła jazdę, wskakiwali na galopujące konie bez siodła, śmiejąc się z tych, którzy spadali. Dalej, niewolnicy, z małych osad na obrzeżach stepów, kopali doły na odpady, ich łańcuchy brzęczały rytmicznie. Khan czuł dumę, to był jego lud, zjednoczony pod jego sztandarem, gotowy na wszystko. Wrócił do swojej jurty, stojącej w centrum jak serce bestii. Ściany z filcu ozdobione były symbolami, wysuszonymi uszami wrogów, amuletami z kości i malowanymi sztandarami z wizerunkami wilków, orłów, koni. W środku paliło się ognisko, dym uchodził przez otwór w dachu. Usiadł na tronie z kości i skór, czekając na dowódców. Miał wezwać ich, by omówić drogę naprzód – susza pchała ich na zachód, ale decyzje wymagały rady.

Argal pamiętał, jak to wszystko się zaczęło. Lata temu stepy były jeszcze mozaiką małych, wiecznie skłóconych plemion, które gryzły się o każdą studnię, o każdy skrawek pastwiska, o każdą garść śniegu topniejącego wiosną na południowych stokach. On sam przyszedł na świat w jurcie pasterza – w jurcie pachnącej mokrą wełną, końskim potem i dymem z suchego bydlęcego łajna. Nie miał prawa marzyć o więcej niż o stadzie liczebniejszym od ojcowego. A jednak ambicja paliła go od środka jak stepowy pożar w środku lata.

Teraz siedział w największej jurcie obozu, na grubym, czarnym kocu z wilczych skór i patrzył na dogasające w palenisku węgle. Na środkowym palcu prawej dłoni nosił szeroki, masywny pierścień z kamieniem z matowego turkusu, osadzonym w srebrze, które miejscami już czerniało. Kamień miał barwę nieba nad stepem o świcie. Mówili, że to dar od samego Tengri, choć Argal wiedział, że po prostu odebrał go martwemu khanowi z plemienia Kereitów wiele zim temu. Nie nosił go dla piękna. Nosił go, bo przypominał mu, że nawet niebo można wziąć siłą. Gdy nerwy zaczynały mu drżeć pod skórą, gdy w głowie kotłowały się zbyt wiele możliwości i zbyt wiele śmierci, prawy kciuk odruchowo zaczynał obracać pierścień. Powoli, miarowo, jakby chciał wycisnąć z turkusu resztki boskiej cierpliwości.

Argal uniósł wzrok na Boraga, rosłego wojownika stojącego przy wejściu. Tatuaże na twarzy i szyi Boraga układały się w zawiłe drzewo śmierci, każda gałąź oznaczała człowieka, którego zabił własnymi rękami. Najgrubsza linia biegła od kącika lewego oka aż do obojczyka. Argal pamiętał tamtego człowieka. Pamiętał też, jak krzyczał.

– Wezwij ich – powiedział cicho.

Borag przytaknął, nie mówiąc słowa. Uniósł ciężką wojłokową zasłonę i zniknął.

Argal został sam. Patrzył w ogień i obracał pierścień.

Tabun nigdy nie spał, zawsze ktoś czuwał, zawsze ktoś walczył lub kochał się w cieniu wozów. Argal słyszał odległe rżenie koni, beczenie owiec, śmiech dzieci bawiących się kośćmi do wróżb.

Pierwszy wszedł Kargan, dowódca tysiąca jeźdźców z północnych klanów. Był wyższy od Argala, z blizną przecinającą czoło i policzek, był też ślepy na jedno oko. Za nim wszedł Torgul, tłusty i sprytny, mistrz łuków, którego strzały nigdy nie chybiały. Potem Yara, jedyna kobieta wśród dowódców, wojowniczka o twardym spojrzeniu, matka trójki synów, którzy już zabijali w jej imieniu. Ostatni był Oldun, stary szaman, którego wizje prowadziły hordę. Miał twarz pomarszczoną jak wysuszona skóra, a w ręku trzymał laskę z kości wilka i czaszką orła.

Usiedli wokół ognia, pijąc kumys z rogowych kubków. Cisza trwała, przerywana tylko trzaskiem płomieni.

– Khanie – zaczął Kargan. – Tabun jest niespokojny. Konie potrzebują lepszych pastwisk, bydło chudnie, musimy przyspieszyć.

Argal kiwnął głową, wspominając początki. – Pamiętacie, jak to się zaczęło? Nie byłem khanem od urodzenia. Syn pasterza z klanu Wilków, patrzyłem, jak susza zabiera nasze stada. Rzeki wyschły, trawa stała się pyłem. Plemiona walczyły o każdy strumień – Północni zabili mojego ojca za studnię.

Yara skinęła głową, jej oczy błyszczały. – Zemsta, zebrałeś braci i uderzyłeś w nocy. Ich obóz płonął, a ty wziąłeś ich wodza żywcem, by duchy widziały jego agonię.

– Tak – kontynuował Argal. – Ale to nie wystarczyło. Surtali przyszli po nas, z tysiącem jeźdźców. Walczyliśmy na równinie Czarnego Wiatru, łuki śpiewały, strzały przeszywały powietrze. Złamałem ich wodza, skręcając mu ramiona, aż kości pękły jak suche gałęzie. Ich kobiety stały się naszymi, tak jak ich konie.

Torgul roześmiał się cicho. – Potem Hunni. Mieli szamana, który przeklął nas, ale ty, khanie, przeszyłeś go strzałą z dwustu kroków. Zjednoczyłeś klany siłą, małżeństwami, obietnicami łupów. Z małych stad powstała horda.

Oldun uniósł laskę. – Duchy szeptały, jeden lud, jedna krew. Susza była znakiem, że stepy karzą słabych. Musieliśmy ruszyć, zanim ziemia nas pochłonie.

Argal poczuł falę wspomnień. Zjednoczenie nie było łatwe, zdrady, pojedynki, gwałty na kobietach pokonanych wodzów, noce pełne krwi, ale teraz, z pięćdziesięcioma tysiącami pod komendą, czuł się niepokonany.

– Mówcie o zwiadowcach – rozkazał.

Torgul pochylił się. – Wysłałem cztery zwiady: na zachód, północ, południe i północny–zachód dla pewności. Z południa wrócili wczoraj. Jechali trzy dni, złupili kilka osad, gliniane chaty, słabi rolnicy. Wzięli zboże, kobiety, bydło, ale dalej... góry wysokie po samo niebo, z wiecznym śniegiem na szczytach. Lawiny ryczą jak bestie, przełęcze wąskie jak ostrze noża. Nie dla tabunu, stracilibyśmy połowę.

– Północny zwiad jeszcze nie wrócił – dodał Kargan. – Ale opowieści mówią o gęstych borach, gdzie drzewa zasłaniają niebo, a ludy czczą duchy lasu. Słabi, ukryci w cieniach, a ziemie ich mokre od deszczu.

Yara uśmiechnęła się drapieżnie. – Zachód to przyszłość. Zwiad jeszcze nie wrócił, ale mówi się, że doliny tam zielone, rzeki pełne ryb, ludy tłuste od pokoju.

Oldun zamknął oczy. – Wizje pokazują krew na trawie, ale też nowe pastwiska. Duchy stepów pchają nas tam.

Argal poczuł podniecenie, surowe i gorące. Zachód, tam czekały osady miękkie od spokoju, ludzie nieznający stepu ani nocy bez ognia. W jego wyobraźni widział już dym unoszący się nad dachami, gwałt na kobietach, krzyk stad pędzonych w chaosie, przeciwników łamanych jednym uderzeniem, zanim zdążą zrozumieć, skąd przyszła śmierć. Zachód pachniał łupem i krwią, obietnicą zwycięstwa, które nasyci klan na długie miesiące.

Rozmowa przeszła w plany: jak podzielić siły na awangardę i tyły, gdzie posłać najszybszych, jak osłonić wozy i dzieci, jak nocą zabezpieczyć stada przed wilkami ciemności. Padały liczby, znaki, krótkie rozkazy. Argal słuchał, jego umysł pracował chłodno, liczył odległości, czas marszu, siłę uderzenia. Wiedział, kiedy nacisnąć, a kiedy pozwolić wrogowi uciec, by strach zrobił resztę.

A jednak myśli uciekały też do rodziny. Jego żona, Sura, miała urodzić czwarte dziecko w powozie, nie zatrzymując marszu, tak jak przystało na lud stepu. Synowie, już pewnie siedzący w siodłach, podpatrywali każdy jego gest, ucząc się sztuki wodzenia ludzi i zwierząt, cierpliwości przed skokiem i bezlitosnej pewności w chwili uderzenia. Argal zacisnął dłoń na rękojeści młota. Zachód był blisko, wiedział, że gdy przyjdzie pora, poprowadzi ich tak, by nikt nie wątpił, kto jest panem tej drogi.

Po radzie Argal wyszedł obejść obóz. Widział rytuały: szaman malujący znaki na koniach dla ochrony, kobiety tkające nowe sztandary z włosów pokonanych. W jednym kręgu wojownicy tańczyli wokół ognia, ich ciała lśniące od potu, pieśni o podbojach dudniły w rytm bębnów z skór. Dalej, grupa łowców wracała z polowania – niosąc antylopy na drągach, krew kapała na ziemię.

Nocą, w jurcie, Argal leżał z Surą, słuchając wiatru. – Co jeśli zachód nas pokona? – szepnęła.

– Nie pokona – odparł. – Jesteśmy stepem. My niesiemy burzę.

Następne dni przyniosły nowe wyzwania, burza piaskowa, która oślepiała konie, zmuszając do postoju. Argal dowodził osobiście, bijąc leniwych biczem. Potem konflikt, dwa klany kłóciły się o wodę. Spór oznaczał pojedynek, zwycięzcy zyskali szacunek, pokonani stracili cztery konie. Horda rosła, po drodze dołączali uciekinierzy przed suszą, przynosząc nowe historie. Argal integrował ich siłą, testy walki, przysięgi krwi. W końcu, po tygodniach, zwiadowcy z zachodu wrócili. – Doliny zielone, ale zamieszkane. Argal uśmiechnął się, podbój czekał.

Noc była czarna jak smoła, tylko gwiazdy migotały zimno nad tabunem. Wiatr stepowy wył cicho, niosąc ze sobą zapach suszonej trawy i odległego dymu z gasnących ognisk. Khan Argal siedział w swojej jurcie, otoczony cieniami rzucanymi przez małe ognisko. Jego twarz, wydawała się jeszcze bardziej surowa w migotliwym świetle. Przed nim klęczał Oldun, szaman, którego oczy były zamglone po rytuale dymu. Zapach palonych ziół wciąż unosił się w powietrzu, gęsty i gorzki.

– Khanie – wyszeptał starzec. – Duchy się nie mylą. Zdrada jest blisko, widziałem cień w szeregach dawnego klanu Tygrysów. Ktoś szepcze wrogom, ktoś chce twojej krwi. Jeśli nie wytropisz go szybko, horda rozleci się jak stado spłoszone przez wilka.

Argal zacisnął dłonie na rękojeści noża. Pamiętał Tygrysów dobrze – ich wódz Hargul zginął z jego ręki, a ci, którzy przeżyli, dołączyli do tabunu. Wielu było lojalnych, ale uraza mogła tlić się w jednym sercu jak żar pod popiołem. Bezpośrednie przesłuchanie? Zbyt proste. Zdrajca zaparłby się, a niewinni ucierpieliby. Nie, on potrzebował pułapki godnej stepowego lisa, sprytnej, wielowarstwowej, takiej, która ujawni winnego bez wątpienia.

– Nie będziemy palić ich ogniem – powiedział cicho Argal, jego głos twardy jak krzemień. – Zrobimy coś lepszego, pułapkę wiatru. Rozpuścimy fałszywe tropy. Każdy podejrzany dostanie inną wersję tej samej tajemnicy. Zobaczymy, który trop ożyje.

Oldun przytaknął głową z uznaniem. – Mądrość duchów w tobie, khanie.

Plan powstał szybko, w ciszy jurty, szeptem, by nawet ściany nie usłyszały.

Oldun wybrał pięciu podejrzanych wojowników z tatuażami Tygrysów – tych, których spojrzenia były zbyt czujne, zbyt uważne. Garoka, Dargo, Boruna, Kelta i młodego Sharaka. Każdy z nich miał dostęp do innych fragmentów wiedzy, każdy poruszał się w innym kręgu obozu, a jednak żaden nie znał zakresu obowiązków pozostałych.

Garok stał najbliżej władzy. Pełnił straż przy jurcie khana, nocami i o świcie, gdy zapadały najważniejsze decyzje. Słyszał strzępy rozmów, widział posłańców wchodzących i wychodzących, znał godziny narad i momenty, gdy khan pozostawał bez ochrony. Oficjalnie był tylko strażnikiem, w praktyce – niemym świadkiem wszystkiego, co działo się w sercu obozu.

Dargo pilnował wozów z zapasami. Wiedział, ile żywności zostało na kolejne dni marszu, które skrzynie zawierają broń, a które sól i suszone mięso. Znał trasy dostaw i miejsca postoju taborów. Jednym gestem mógł opóźnić kolumnę albo sprawić, że całe plemię ruszyłoby głodne dalej. Jego odpowiedzialność była cicha, lecz kluczowa.

Borun należał do jeźdźców zwiadowczych. Każdego dnia wyjeżdżał poza krąg obozu, sprawdzając doliny, wąwozy i ślady obcych. To on pierwszy widział dym na horyzoncie i ślady obcych kopyt w stepie. Znał prawdziwe położenie hord sprzymierzonych i wrogów, zanim wieść dotarła do starszyzny. Jeśli ktoś chciał wprowadzić obóz w pułapkę, Borun miał do tego najlepszą okazję.

Kelt odpowiadał za konie bojowe. Doglądał najlepszych rumaków, rozdzielał je wojownikom i decydował, które są gotowe do walki, a które muszą odpocząć. Wiedział, kto wyruszy pierwszy, kto zostanie w odwodzie, a kto nie ruszy się wcale. W świecie stepów kontrola nad końmi była kontrolą nad siłą całego plemienia.

Sharak, najmłodszy z nich, zajmował się przekazywaniem rozkazów. Biegał między jurtami, słuchał więcej, niż powinien, i widział, kogo starsi traktują poważnie, a kogo zbywają milczeniem. Oficjalnie był tylko posłańcem, lecz jego młody wiek sprawiał, że inni zapominali o jego obecności. To właśnie on mógł łączyć pojedyncze informacje w całość – albo przekazywać je dalej, niezauważony.

Argal rozdzielił ich zadania świadomie. Każdy trzymał w rękach inny fragment prawdy, każdy mógł zaszkodzić obozowi na swój sposób. A jednak żaden nie wiedział, że pozostali również są obserwowani. To miała być pułapka – cicha, powolna i nieuchronna.

Fałszywa informacja brzmiała tak: Khan Argal planuje samotną podróż na małym wozie, by spotkać się z sojusznikiem z innego klanu i omówić nowy szlak. Wóz będzie lekki, bez eskorty, idealna okazja na zasadzkę. Ale miejsce? Tu tkwił haczyk. Każdy podejrzany otrzymał inną, sprzeczną lokalizację, przekazaną niby przypadkowo, w zaufaniu, pod przysięgą milczenia.

Pierwszemu, Garokowi – starszemu, milczącemu wojownikowi z blizną przez policzek – Argal powiedział osobiście, udając zmęczenie po naradzie:

– Garoku, jesteś z Tygrysów, ale walczyłeś dzielnie. Ufam ci. Jutro w nocy wyruszam wozem na zachód, do Wyschniętej Rzeki. Tam czeka posłaniec. Nikomu ani słowa, wrogowie mogą słuchać.

Garok skinął głową, jego oczy błysnęły, ale czym? Lojalnością czy chciwością?

Drugiemu, Dargowi, młodemu i ambitnemu, wieść przekazał Kargan, dowódca północnych klanów, niby w zaufaniu przy kumysie.

– Khan skręca na północ, do Kamiennego Wzgórza. Mały wóz, sam. Spotkanie z dawnym sprzymierzeńcem. Trzymaj język za zębami, chłopcze.

Trzeci, Borun, usłyszał od Yary, wojowniczki, podczas wspólnego czyszczenia koni.

– Na południe, do Starego Dębu. Khan jedzie sam, lekkim wozem. Jeśli ktoś zapyta, to nie wiesz nic.

Czwarty, Kelt, dowiedział się od Torgula przy treningu łuczniczym.

– Wschód, ku Piaskowej Kotlinie. Khan ryzykuje, ale musi. Milcz jak grób.

Piąty, Sarak, najmłodszy, otrzymał wersję od samego Olduna, który udawał wizję.

– Duchy mówią: Khan jedzie do Źródła Trzech Kamieni, na południowy wschód. Samotny wóz. To tajemnica, chłopcze.

Pięć różnych miejsc. Pięć fałszywych tropów. Tylko jeden mógł ożyć – ten, który szpieg przekaże dalej. W rzeczywistości Argal nie planował żadnej podróży. Zamiast tego, w każdym z pięciu miejsc – Wyschnięta Rzeka, Kamienne Wzgórze, Stary Dąb, Piaskowa Kotlina i Źródło Trzech Kamieni – rozstawiono grupy wojowników. Najlepsi łowcy i zwiadowcy, ukryci w trawie, za skałami, w wąwozach. Po dziesięciu w każdym miejscu, z końmi spętanymi, bez ognisk, bez śladów. Mieli czekać całą noc i następny dzień, obserwować, tropić, łapać każdego, kto pojawi się z bronią lub podejrzanym zachowaniem.

Napięcie rosło. Argal spędził noc w jurcie, udając, że go nie ma, jego umysł pracował. Który trop zostanie wybrany? Czy szpieg działa sam, czy ma wspólników? A może wizja Olduna była fałszywa?

Świt przyniósł ciszę. Dzieci biegały między nogami zwierząt, kobiety śpiewały pieśni o podbojach. Smród obozu unosił się w powietrzu, ale pod tą codziennością czaiło się oczekiwanie. Pierwsze raporty przyszły jak słońce było już wysoko, gońcy na spienionych koniach. Nic w Wyschniętej Rzece. Nic na Kamiennym Wzgórzu. Nic przy Starym Dębie. Nic w Piaskowej Kotlinie.

Argal poczuł chłód. Czy plan zawiódł? Czy szpieg był sprytniejszy?

Ostatni goniec przybył o zmierzchu, z grupy przy Źródle Trzech Kamieni. Twarz miał bladą, oczy szeroko otwarte. – Khanie – wysapał. – Złapaliśmy go. To Sarak. Przyjechał sam, z łukiem i nożem, ukrywał się w trawie. Czekał nawóz khana. Gdy go otoczyliśmy, próbował uciekać, ale strzała Torgula trafiła w nogę.

Argal uśmiechnął się po raz pierwszy od rana. Sarak, ten, który otrzymał wersję od Olduna. Najmłodszy, najmniej podejrzany. Dlatego właśnie był idealnym szpiegiem, nikt nie patrzył na chłopaka z tatuażem Tygrysów, siostrzeńca dawnego wojownika Hargula.

Sarak został przywiązany do pala grubymi rzemieniami. Drewno było stare, nasiąknięte krwią sprzed lat, a gdy go do niego dociśnięto, jęknęło cicho. Ktoś zerwał mu koszulę, ktoś inny kopnął w ranne kolano. Krzyknął krótko, ostro, ale zaraz uniósł głowę, jakby nie chciał dać im tej satysfakcji.

Argal nie ruszył się z miejsca. Stał naprzeciw, ręce splecione za plecami, twarz kamienna.

– Dlaczego Saraku? Walczyłeś u mego boku. Jadłeś mój chleb.

Chłopak splunął krwią. – Bo zabiłeś mojego wuja. Hargul był wodzem, a ty skręciłeś mu kark jak psu.

– Mów – powiedział spokojnie. – Kto jeszcze?

Odpowiedziało mu splunięcie. Krew i ślina spłynęły po brodzie Saraka. – Pieprz się – warknął chłopak. – I tak mnie zabijesz.

Skinienie Aragala wystarczyło.

Pierwszy cios był szybki. Drugi wolniejszy. Trzeci wymierzony tak, żeby bolało, ale nie zabiło. Sarak zacisnął zęby, drżał, lecz wciąż się uśmiechał – krzywo, obłąkanie.

– Myślisz, że to koniec? – syknął, gdy ktoś chwycił go za włosy i odciągnął głowę do tyłu. – Tygrysy jeszcze żyją. Prawdziwe Tygrysy, nie te twoje kundle.

Ktoś uderzył go w brzuch. Zgiął się, zawisł na więzach, zakaszlał.

– Ilu? – zapytał Argal.

Sarak parsknął śmiechem, który przeszedł w kaszel.

– Wystarczająco, żeby was wszystkich wyrżnąć. Masz ich pod nosem, Argal. I nawet o tym nie wiesz. – Podniósł głowę, oczy miał dzikie. – Gdy mnie zabijesz, przysięgam… przysięgam na krew Hargula, że was dopadną. Ciebie pierwszego. Rozedrą ci gardło, psi synu, posiądą twoją sukę i zarżną twoje szczeniaki.

Tłum zawrzał. Ktoś krzyknął, by mu wyrwać język, ktoś inny rzucił kamieniem.

Argal podniósł rękę. Cisza.

– Oldun miał rację – powiedział cicho. – Jesteś tylko posłańcem.

Sarak spojrzał na starego wizjonera stojącego z boku. W jego oczach pojawił się cień zrozumienia, pierwszy od chwili pojmania.

– Powiedziałeś mu – wysyczał. – Dałeś mu wizję… starcze pierdolony…

Cios zamknął mu usta.

– Mów – powtórzył Argal. – Albo będziesz tu wisiał do świtu i będziesz błagał, żebym cię dobił.

Minęła chwila. Sarak uniósł wzrok po raz ostatni, z resztką buty. – Zabij mnie, Argalu. I tak po ciebie przyjdą. Prawdziwe Tygrysy nie zapominają.

Argal patrzył na niego długo, bez gniewu, bez litości.

Oldun zamknął oczy. Jego wizja spełniła się co do słowa.

Argal nie pytał więcej. Skinął na strażników. Saraka powieszono na palu – żywego, z rękami związanymi za plecami. Zaskoczenie było pełne, nie tylko dla hordy, lecz także dla tych, którzy obserwowali wydarzenia z cieni. Nikt nie spodziewał się, że to Sarak. Nawet Argal, w głębi ducha, podejrzewał Garoka albo Dargo; starszych, pewniejszych siebie, obciążonych wielką wiedzą i doświadczeniem. Młody posłaniec wydawał się, zbyt niepozorny i właśnie dlatego Pułapka Wiatru zadziałała doskonale, fałszywe tropy rozniosły podejrzenia, a prawdziwy zdrajca sam wyszedł z ukrycia, przekonany, że zna jedyną prawdę, która da mu zemstę.

Gdy przyszła pora wyroku, na stepie zapadła cisza. Nie było krzyków, nie było chaosu, tylko ciężki oddech tabunu i skrzypienie skórzanych pasów. Sarak stał wyprostowany, mimo bólu i wyczerpania. Kiedy rozpoczęto rytuał egzekucji i rozcięto mu brzuch nie odwrócił wzroku ani na chwilę. Patrzył prosto w oczy Argala, twardo, uparcie, jakby chciał wbić w niego ostatnie przekleństwo.

Nie krzyczał, z jego ust nie padła żadna prośba. Tylko ledwie słyszalny szept. – Tygrysy… wrócą.

Potem spojrzenie zgasło.

Argal nie poruszył się przez dłuższą chwilę. Dopiero gdy wszystko dobiegło końca, podniósł rękę i przerwał milczenie. – Zdradził mnie – powiedział spokojnie. – Ale umarł jak wojownik.

Rozkazał, by ciało Saraka obmyto, owinięto w skóry i pochowano zgodnie z dawnym obyczajem stepów. Z jego łukiem, z nożem, z tatuażem Tygrysów odsłoniętym, nie zdartym. Bez hańby.

Tłum szeptał, zaskoczony, jedni z gniewem, inni z niezrozumieniem. Lecz Argal był nieugięty. – Nie chowamy cherlaka – dodał. – Chowamy wojownika, który wybrał złą stronę. Step sam osądzi resztę.

Po egzekucji Argal zebrał dowódców. – Wyślijcie łowców na wschód – rozkazał. – Znajdźcie resztki Tygrysów. Zniszczcie ich do końca.

Kargan skinął głową. Sześć dni później wrócili z głowami na włóczniach i nowymi niewolnikami.

Horda ruszyła dalej, oczyszczona. Pięćdziesiąt tysięcy dusz, osiem tysięcy koni, trzoda, wozy – wszystko w rytmie marszu. Każdy wiedział, że Khan Argal nie tylko zabija wrogów siłą. On ich zwodzi, jak wiatr zwodzi pył stepowy. Nocami, przy ogniskach, opowiadano nową legendę o Pułapce Wiatru, która złapała zdrajcę, którego nikt nie podejrzewał.

2. Wiedma

Wieczór w górach był cichy. Amaya siedziała na progu swojego domu, patrząc w niebo. Zorza, która dziś rozświetlała niebo, zdawała się tańczyć, rzucając zielone, purpurowe i srebrzyste refleksy na skaliste szczyty wokół osady. Ciepły wiatr niósł zapach igliwia, wilgotnej trawy, mieszając się z delikatnym aromatem drewna z paleniska w dolinie.

– Piękne, prawda? – odezwał się Ren Althar, podchodząc powoli. Jego cień przesunął się po progu obok Amayi. – Nieczęsto zorza jest tak intensywna.

– Tak… – odpowiedziała Amaya, wciąż wpatrzona w rozgwieżdżone niebo. – Dlaczego dzisiaj wygląda inaczej niż zwykle?

Ren uśmiechnął się lekko i usiadł obok niej, opierając łokieć na kolanie. – To reakcja magnetosfery tej planety na wybuchy energii najbliższej gwiazdy. Tutaj pole magnetyczne jest niestabilne, więc na tej szerokości geograficznej zorza jest wyjątkowo jasna. Światło odbija się od jonosfery, a energia przechodzi przez cząstki atmosfery. Widzisz te purpurowe smugi? To znak wysokiego poziomu tlenu w górnych warstwach powietrza.

Amaya kiwnęła głową, pochłonięta wyjaśnieniem, choć w głębi duszy jej myśli wędrowały gdzie indziej. – Życie tutaj jest inne, prawda? – powiedziała w końcu, wzdychając lekko.

– Tak – zgodził się Ren. – Każdy dzień oswaja nas z tą planetą. Uczymy się jej rytmu, ciszy, niebezpieczeństw, a jednocześnie stajemy się częścią jej historii.

Amaya spojrzała na niego pytająco, a on kontynuował: – W przyszłym miesiącu do naszej społeczności dołączy nowy członek. Liliana i Ronan będą mieli syna, pierwszy Arkanorianin urodzony na tej planecie. To wydarzenie może wydawać się drobne, ale dla wielu… oznacza nadzieję, że nasze życie tutaj nie jest tylko przetrwaniem.

Amaya poczuła ciepło w piersi. Wizja nowego życia w cieniu statków, w ukrytej osadzie wśród gór, sprawiała, że ból i tęsknota za obowiązkami kapitana ustępowały miejsca odrobinie spokoju. – Syn… – wyszeptała. – Pierwsze pokolenie, które będzie znało Arkanor tylko z opowieści.

Ren położył dłoń na jej ramieniu. – Tak, to prawda.

Amaya spojrzała ponownie na zorze, teraz z poczuciem, że nawet w cieniu, wśród gór i gwiazd, rodzi się coś, co przetrwa.

– Erek nocuje dziś u nas – dodał Ren.

– Erek? Ten myśliwy?

– Tak. Od trzech miesięcy regularnie tu przychodzi. Przynosi skóry, mięso, czasem zioła. Wszystko wymienia na leki dla swojej żony.

– Co jej jest? – zapytała Amaya, odwracając wzrok od zorzy.

Ren westchnął. – Cierpi na przewlekłą anemię aplastyczną. Jej ciało nie wytwarza odpowiedniej liczby krwinek, jest osłabiona, łatwo się męczy.

– Jak jej pomagacie? – Amaya zmarszczyła brwi. – Używacie naszej technologii?

– Nie bezpośrednio – odpowiedział Ren. – Ale wiemy, które zioła i minerały na tej planecie stymulują produkcję krwi. Badamy lokalną florę i przygotowujemy mieszanki, które są bezpieczne i naturalne. Dajemy je Erekowi, a on przygotowuje leki dla swojej żony. Efekt jest subtelny, ale skuteczny. Nie widać cudów, nie ma technologii, tylko odpowiednio wykorzystana natura.

Amaya skinęła głową, czując mieszankę ulgi i smutku. – To dobrze, że możemy choć tak pomagać – powiedziała cicho.

Spojrzał na nią. – W cieniu możemy wiele. A… i jeszcze jedno… według cyklu tej planety dziś minął rok od naszego lądowania.

Amaya lekko się uśmiechnęła. – Rok… – mruknęła. – Ja wciąż liczę czas w naszych latach. Dni i miesiące tutaj są inne. Dłuższe, przesunięte względem tego, co pamiętam. Sezony przeplatają się inaczej, a noc i dzień nadal nie pasują do rytmu, który znałam. Wszystko tu wydaje się trochę opóźnione, trochę spóźnione…

– Zdaję sobie sprawę – przyznał Ren. – Długość dnia, zmiany pór roku, intensywność światła… wszystko działa inaczej niż na naszej planecie, ale człowiek przyzwyczaja się do tego, co jest.

Westchnęła, spoglądając w kierunku doliny. – Tęsknię za naszym latem, za powietrzem pełnym ciepła i światła, za kwiatami, które pachniały w słońcu… Tutaj też jest pięknie, ale inaczej. Zima zdaje się trwać wieczność, a wiosna przychodzi powoli. Nadal czuję się obca w tym rytmie.

– To naturalne – powiedział Ren, pokazując na góry. – Ale spójrz na nie, choć inne teraz są nasze. Te szczyty, doliny, śnieg na wierzchołkach. To też dom. Inny, trudny do pojęcia, ale dom.

– Tak… to nasz dom, choć wciąż tęsknię za miejscem, które zostawiliśmy, ale może to dobrze. Tęsknota nie pozwala zapomnieć o tym, kim jesteśmy, o naszych korzeniach i przeszłości.

Ren uśmiechnął się. – Dokładnie. Tęsknota jest mostem między tym, co było, a tym, co mamy teraz. Bez niej zapomnielibyśmy, kim jesteśmy. Przez chwilę milczał, jakby sam zawahał się, czy powinien mówić dalej. W końcu jednak westchnął i spuścił wzrok na kamienny próg. – Wiesz, ja najbardziej tęsknię za wodami północy. Za ciszą wielkich jezior i za dźwiękiem muzyki w miastach. Tutejsze lasy są piękne, ale nie pachną jak te nasze. Tu jest surowo, tam było miękko. Czasem mam wrażenie, że słyszę dźwięki Arkanoru w wietrze, choć wiem, że to tylko wspomnienie.

Amaya uchyliła powieki, spoglądając na niego. – Tęsknota jest ciężarem, ale też siłą – powiedziała cicho.

– Masz rację. – Wstał powoli, otrzepując dłonie. – Powinniśmy odpocząć, jutro czeka nas kolejny dzień w cieniu tych gór.

– Dobranoc, Ren – powiedziała łagodnie.

– Dobranoc, Amayo. – Uśmiechnął się jeszcze raz, a potem odszedł w stronę swojego domu, zostawiając ją samą na progu, w świetle tańczącej zorzy.

Przez dłuższą chwilę siedziała nieruchomo, wsłuchując się w ciszę górskiej doliny. Blask zorzy odbijał się w jej oczach, ale myśli płynęły gdzieś indziej. Widziała przed sobą nie surowe skały i lasy, lecz rozświetlone miasta jej rodzinnego świata. Przypomniała sobie letnie dni, kiedy niebo miało kolor turkusu, a powietrze drżało od woni kwiatów rosnących na tarasach. Pamiętała ciepły dotyk wiatru, przesycony zapachem ogrodów i kryształowych źródeł. Na moment zacisnęła powieki mocniej. –To już tylko wspomnienie – wyszeptała.

Erek chodził wzdłuż ścian, jak zawsze, ilekroć tu nocował, podziwiając ich nienaturalną gładkość. Przeciągał dłonią po kamieniu, lecz pod palcami nie wyczuwał żadnej nierówności – jakby skała nie była ciosana, a raczej uformowana dłonią samego boga Karnata, tego, który kształtuje kamień. Szczeliny między blokami były tak wąskie, że nie dałoby się wcisnąć w nie nawet źdźbła trawy. A drzwi… drzwi wsuwały się w otwór tak dokładnie, jakby cały dom był odlany z jednego kawałka.

Najbardziej jednak oszałamiało go to, co widział w oknach. Przezroczysta, twarda tafla, przez którą przenikało światło dnia, a nocą odbijał się blask ognia. Nie znał niczego podobnego. Kamień, drewno, kość – tak wyglądał jego świat, ale tutaj ściana była zarazem przejrzysta i mocna. Patrzył na nią z mieszaniną lęku i nabożnego podziwu. Tylko bogowie mogli posiadać taki dar – sprawić, że powietrze staje się twardsze od skały, a jednocześnie przezroczyste jak woda w górskim strumieniu.

W myślach wracał do tego, co od miesięcy nie dawało mu spokoju. Kim oni są? – powtarzał sobie w duchu. – Ludzie czy istoty zesłane przez bogów? Dlaczego wyglądają inaczej niż my?

Każdy z nich był zdrowy, silny, prostolinijny w ruchach. Nie zauważył nigdy ani blizny, ani krzywego palca, ani kalectwa, które wśród jego ludu było czymś powszechnym.

Pamiętał swoje pierwsze spotkanie z nimi. Dzień był mglisty, gdy wędrował po wysoko położonych pastwiskach. Zaszedł wtedy zbyt daleko. Mgła wisiała nad ziemią, a cisza była tak gęsta, że słyszał tylko bicie własnego serca. Wtedy zobaczył ich. Troje stało na kamiennym głazie, otoczeni blaskiem zorzy, która tego dnia niespodziewanie rozświetliła niebo jeszcze przed zachodem. Mówili do siebie w dziwnym języku – pełnym twardych i miękkich dźwięków, których nie potrafił powtórzyć. Jeden z nich zrobił krok w jego stronę. W ręku miał coś, co wyglądało jak laska, lecz świeciła bladym światłem, jakby w jej wnętrzu płonęła gwiazda. Zamarł, był pewien, że patrzy na bóstwa, które zeszły z nieba. Na budowniczych Wielkich Wież. Padł na kolana i dotknął czołem ziemi, bojąc się spojrzeć wprost w ich oczy. Wtedy usłyszał słowa, już nie w dziwnym języku, lecz w jego własnym.

– Wstań – powiedziała kobieta, ta sama, którą dziś nazywali Amayą. – Nie jesteśmy bogami.

Erek nie uwierzył jej i do dziś nie wierzy. Bo kto, jeśli nie bogowie, chodzą bez blizn, mówią wszystkimi językami i żyją tak, jakby czas ich nie dotyczył?

Teraz, gdy spoglądał na gładkie ściany izby, jego wzrok padł na taflę z przejrzystego kamienia – gładkiego i lśniącego jak woda zastygła w lodzie – dostrzegł ją. Stała przed domem, w mroku gasnącej nocy, nad górami rozlewały się pasma zorzy.

Unosiła rękę, a w powietrzu pojawiło się światło, nie ostre, lecz miękkie, falujące. Smugi, które przypominały gwiezdny pył, zbiegały się wokół jej dłoni i rozszerzały w przestrzeni, wijąc się jak żywe. Wyglądało to tak, jakby niebo samo odpowiadało na jej gest, a zorza tańczyła tylko dla niej. Każdy ruch jej palców zdawał się prowadzić światło, a każda smuga przypominała o mocy, którą może władać tylko ktoś spoza tego świata.

Wiatr poruszył jej włosy, a blask odbijał się od nich niczym iskry uwięzione w jedwabiu. Erek przez chwilę patrzył w milczeniu, niezdolny oderwać od niej wzroku. Z każdą sekundą uświadamiał sobie, jak niezwykła była, jej uroda w tym świetle nabierała czegoś nieludzkiego, odległego, nie należała do świata, który znał. Przyszło mu na myśl jedno słowo. Wiedma.

Ludzie od zawsze bali się kobiet, które niosły w sobie wiedzę. Mówili o nich „wiedmy”, bo wiedziały więcej, niż pozwalał zwykły rozum – o ziołach, o niebie, o chorobach i o tym, co kryje się w duszach. Jedni szukali u nich ratunku, inni widzieli w nich zagrożenie, lecz każdy czuł ich moc. W jego własnej osadzie imię Mokosz wypowiadano z lękiem i szacunkiem, bo znano ją, jako tę, która potrafi przywracać życie i odbierać je równie łatwo.

Wiedmy i wieduni byli strażnikami tajemnic natury, których nie rozumiał zwykły człowiek. Znali ruchy gwiazd i księżyca, potrafili przewidzieć pogodę, a czasem i nieszczęście. Ich usta i dłonie umiały uleczyć rany, ale i rzucić chorobę jednym słowem. Dzieciom szeptano, by nie patrzyły im prosto w oczy, bo w spojrzeniu kryła się moc. Kobiety unikały ich dotyku, bo wierzono, że jedno muśnięcie mogło odebrać płodność. Mężczyźni zaś bali się gniewu, wiedząc, że wiedma, którą obrażą, może sprowadzić na nich niemoc, złe sny albo śmierć na polowaniu.

Jednocześnie jednak, w chwilach największej potrzeby, to właśnie do nich zwracano się jako do ostatniej nadziei. Gdy choroba zjadała ciało, gdy bydło padało bez powodu, gdy wojownik nie wracał z wyprawy, wzywano wiedunów, by spojrzeli poza zasłonę świata i odnaleźli odpowiedź. Lęk mieszał się z podziwem, a szacunek z trwogą.

Patrząc na Amayę, Erek zdał sobie sprawę, że oto stoi przed nim ktoś, kto jednym gestem może poruszyć samo niebo, a światło gwiazd wydaje się tańczyć na jej skinienie.

Amaya stała przed domem, ściskając w dłoni niewielkie urządzenie. Był to przenośny, wyświetlacz, który służył jej do monitorowania zmian pogodowych: ciśnienia, wilgotności, nadchodzących burz magnetycznych. Drobny ekran rozświetlił się bladym światłem, pokazując schemat nieba na kolejne dni. W chwili, gdy go uruchomiła, nie pomyślała o niczym poza jego funkcją. Nie spojrzała nawet w stronę okien osady. Dopiero po kilku sekundach poczuła czyjś wzrok na sobie. Podniosła głowę i dostrzegła twarz myśliwego. Stał w mroku swojej izby, za oknem, nieruchomy, z szeroko otwartymi oczami, jakby patrzył na cud. Poczuła, jak zimno ściska ją w żołądku. Niedobrze, zbyt lekkomyślne. Wiedziała, że każdy błysk, każde zjawisko wykraczające poza rozumienie miejscowych, może stać się legendą. A ona właśnie dała temu człowiekowi dowód na to, że w jej dłoni płonie fragment gwiazdy.

Szybko zgasiła wyświetlacz i wsunęła go do kieszeni, ale wiedziała, że było już za późno. Obcy to dostrzegł. Ten błysk, krótki i nieznaczący dla niej, w jego oczach nabrał zupełnie innego wymiaru. To, co dla niej było narzędziem, dla niego stało się znakiem potęgi. Obraz, który raz zapisał się w pamięci człowieka, nie znikał tak łatwo. A ona czuła, że ten jeden moment może wystarczyć, by w jego sercu zrodziła się legenda.

Westchnęła i odwróciła wzrok od ciemnego okna. – Muszę być ostrożniejsza – powiedziała do siebie.

Życie tutaj wymagało nie tylko ukrywania statków i całej spuścizny ich dawnej cywilizacji. Wymagało także czegoś trudniejszego, wyzbycia się odruchów, które towarzyszyły jej od dziecka. Sprawdzenie prognozy było czymś naturalnym, jak oddychanie: wystarczyło spojrzenie na wyświetlacz, by wiedzieć, kiedy nadejdą burze jonowe, a kiedy można bezpiecznie prowadzić misję zwiadowczą. Teraz, każdy błysk ekranu stawał się ryzykiem.

Miejscowi nie rozumieli cyfr, które płynęły przez ten prosty wykres. Nie widzieli w nim danych ani ostrzeżeń – widzieli cud. I w tej chwili, patrząc na twarz Ereka zamarłego w osłupieniu, Amaya poczuła ciężar odpowiedzialności.

Bycie strażniczką milczenia oznaczało coś więcej niż strzeżenie sekretów. Musiała też nauczyć się żyć tak, jak oni, odczytywać znaki w chmurach i szumie wiatru, zamiast sięgać po narzędzia, które dla niej były codziennością. Zacisnęła palce na ukrytym w kieszeni urządzeniu. Wiedziała, że każdy kolejny podobny incydent będzie tylko wzmacniał ich przekonanie, że ona i jej towarzysze są istotami nie z tego świata.

Erek przez dłuższą chwilę stał w miejscu, serce dudniło mu w piersi tak głośno, że miał wrażenie, iż słychać je w całej izbie. Światło zorzy migotało na gładkich ścianach, odbijając się od tafli przejrzystego kamienia w oknie. Nie mógł wytrzymać. Cicho uchylił drzwi i wyszedł na zewnątrz, ostrożnie, by nie zdradzić swojej obecności. Chłodne powietrze nocne uderzyło go w twarz. Przesunął się w cień, za wielki kamień i stamtąd obserwował.

Nie miała już w dłoniach światła gwiazdy. Siedziała na niskim murze, nieruchoma, wpatrzona w gwiazdy. Zorza powoli bledła, ustępując miejsca ciemniejszemu niebu, a ona wyglądała tak, jakby czerpała spokój z zielonych świateł na niebie. Jej profil rysował się wyraźnie w blasku księżyca, a włosy sprawiały wrażenie, że sama jest częścią tej nocy.

Erek poczuł dziwne ukłucie. Obraz ten przywołał kolejne wspomnienie – Mokosz, ona również często wychodziła nocami, siadała na wzgórzu i patrzyła w niebo, rozmawiając z gwiazdami. Mówiono, że zna ich język, że w ich układach czyta przyszłość. W jego myślach pojawiło się to jedno, nieodparte przekonanie, że ta kobieta mogła być najpotężniejszą wiedmą, jaką kiedykolwiek widziały jego oczy. Mocniejszą nawet od samej Mokosz, którą ludzie nazywali strażniczką wioski. Nie miał już wątpliwości. To nie była zwyczajna kobieta. To była istota zrodzona z tajemnicy, wiedma, bogini, albo jedno i drugie naraz.

Amay stała chwilę na progu, pozwalając chłodnemu powiewowi owiać twarz. Odetchnęła głęboko, odwróciła się powoli i weszła do wnętrza. Izba przywitała ją ciepłem ognia dogasającego w palenisku i miękkim półmrokiem. Zdjęła płaszcz, odłożyła go starannie na oparciu krzesła, dotknęła na moment powierzchni drewnianego stołu i podeszła do gładkiej, kamiennej ściany. Jej palce zawahały się tylko na moment, po czym dotknęły niewidocznych dla oka znaków. Cichy klik rozszedł się echem, a fragment ściany drgnął i powoli odsunął się w bok, ukazując wąski korytarz prowadzący w dół.

Schodząc, zostawiła za sobą mrok kamiennej chaty i blask dogasającego ognia w palenisku. Już po kilku krokach otoczyło ją zupełnie inne światło. Zimne, białe pasy luminoforów biegły wzdłuż metalowych ścian. Powietrze pachniało tutaj sterylnie, pozbawione było woni lasu i dymu, które jeszcze przed chwilą czuła.

Podziemne korytarze rozciągały się daleko, gładkie i idealnie równe, kontrastując z krzywizną i surowością świata na powierzchni. Szepty systemów wentylacyjnych brzmiały jak oddech śpiącego kolosa. Pod sufitem biegły cienkie przewody, niektóre pulsowały błękitnym światłem, jak żyły, przesyłające energię.

Amaya szła powoli, nad nią, na powierzchni, prosta osada spleciona z kamienia, drewna i ognia. Tutaj zaś – świat ukryty, stworzony z metalu, światła i tajemnic. Dotarła do końca korytarza, gdzie znajdowały się drzwi do jej prywatnych kwater. Panel rozpoznał jej dłoń i otworzył się bezszelestnie, wpuszczając Amayę do środka. Pomieszczenie różniło się od surowych, chłodnych korytarzy, wciąż techniczne i sterylne, lecz urządzone tak, by choć trochę przypominało dom. Ściany z ciemnego metalu były częściowo zakryte lekkimi tkaninami, które falowały delikatnie od powiewu wentylacji. W rogu cicho brzęczał generator energii, a jego pulsacyjne światło odbijało się w lśniącej podłodze. Na środku znajdował się stół z gładkiego kompozytu, na którym leżały notatki, starannie poukładane zwoje danych i kilka drobnych przedmiotów z jej rodzinnej planety – amulet z Arkanoru, niewielka figurka wyrzeźbiona w kamieniu, a obok mała kapsuła z nasionami. Każdy z tych przedmiotów był dla niej przypomnieniem, że jej życie nie zaczęło się tutaj. Prysznic znajdował się w oddzielnej, przeszklonej wnęce. Gdy weszła pod strumień wody, ciepło otuliło jej ciało, zmywając kurz i ciężar dnia.

Po chwili przeszła w stronę posłania, wąskiego łóżka osadzonego w niszy ściennej, z miękkim kocem i poduszką, które kontrastowały z metalem otoczenia. Cicho, bezgłośnie, zsunęła się pod przykrycie. Ułożyła się na boku i zamknęła oczy. Obrazy Arkanoru powróciły, wszystko było tak wyraźne, jasne i pełne barw, jakby mogła wyciągnąć rękę i dotknąć wspomnień, ale obrazy zaczęły rozmywać się w ciemności, aż zniknęły zupełnie, ustępując miejsca ciszy snu.

Tak minął kolejny dzień na tej obcej planecie.