47,99 zł
Wrzuć wyższy bieg w życiu i pracy!
Formuła 1 to laboratorium ekstremalnej efektywności, gdzie o sukcesie decydują ułamki sekund. Marc „Elvis” Priestley, autor bestsellera Mechanik, zabiera czytelników tam, gdzie nie sięgają kamery – prosto do garażu mistrzów świata. To nie jest zwykły podręcznik zarządzania, to przesiąknięta zapachem spalin lekcja zwyciężania w najbardziej wymagającym sporcie na świecie, napisana przez człowieka, który przez lata pracował ramię w ramię z takimi legendami jak Lewis Hamilton, Fernando Alonso czy Kimi Räikkönen.
Autor, opierając się na doświadczeniach z pracy w McLarenie, zdradza sekrety, które pozwoliły jego teamowi sięgnąć po najwyższe laury. Dowiesz się, jak budować zespoły odporne na kryzysy, jak z porażek czerpać paliwo do działania i jak zachować zimną krew, gdy wszystko wokół pędzi z prędkością 300 km/h. To unikalne spojrzenie na F1 jako źródło zasad, które możesz natychmiast wdrożyć w swojej karierze i codziennych wyzwaniach.
Aleja sukcesu to obowiązkowa lektura dla fanów motorsportu spragnionych nowych anegdot oraz dla każdego, kto chce zoptymalizować swoje życie. Przekonaj się, że standardy z pitlane mogą mieć uniwersalną moc. Niezależnie od tego, czy zarządzasz wielką korporacją, czy własnym grafikiem – naucz się myśleć i działać jak mistrz świata Formuły 1.
Wyścig o Twoją najlepszą wersję właśnie się zaczął!
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 414
Rok wydania: 2026
Rozdział 2 Rozdział 3 Rozdział 4 Rozdział 5 Rozdział 6 Rozdział 7 Rozdział 8 Rozdział 9 Rozdział 10 Rozdział 11 Zakończenie Podziękowania
Mojej żonie, Clare, i czwórce naszych dzieci, Lexi, Leo, Rexowi i Ginger, z podziękowaniem za ich cierpliwość, wsparcie i miłość, jakie zapewniają mi, podczas gdy ja spełniam marzenia. Kocham Was wszystkich.
Cześć, tu Jake Humphrey!
Marca poznałem przed wielu laty, w padoku Formuły 1, gdy relacjonowałem ten wspaniały sport dla BBC. W F1 podążaliśmy wówczas różnymi ścieżkami, mogę chyba jednak powiedzieć, że tamto spotkanie zrobiło wrażenie na nas obu.
Fascynowała mnie wówczas intensywność toczonych na torze pojedynków oraz rozrywka, jakiej dostarczały wyścigi, poza tym jednak chciałem się jak najwięcej dowiedzieć o wszystkich tych inspirujących ludziach wokół mnie.
Szybko sobie uświadomiłem, że w tym sporcie chodzi nie tylko o zwycięstwo w wyścigu – Formuła 1 daje niesamowity wgląd w zachowania, procesy myślowe i kulturę, sprzyjające odnoszeniu sukcesów. To, co widzimy na torze, to tylko czubek wielkiej i bardzo rozbudowanej góry lodowej.
Tysiące ludzi, wywodzących się z najróżniejszych miejsc i środowisk, a jednak uważnie wyselekcjonowanych, dąży do osiągania doskonałości praktycznie we wszystkich obszarach działań, które podejmują. W tym sporcie liczy się otwartość na niepowodzenia. Trzeba umieć radzić sobie z presją, być skłonnym do przekraczania granic. Tutaj kwitnie innowacyjne myślenie, jakim chcielibyśmy się wykazywać w codziennym życiu.
Moje doświadczenia z F1 – choć nie tylko – rozbudziły we mnie ciekawość; tak oto wpadłem na pomysł, aby stworzyć podcast High Performance, w którym udało mi się już porozmawiać z najbardziej niesamowitymi ludźmi z całego świata.
Wielu gości mojego podcastu wywodzi się właśnie z elitarnego środowiska Formuły 1, a jednym z nich jest Marc. Wszyscy coraz lepiej rozumiemy, że ten sport może nas wiele nauczyć.
Marc upchnął w tej książce mnóstwo fantastycznych anegdot, przemyśleń i wiedzy, nie stroni jednak również od trafnych rad i wskazówek, które wszystkim nam przydadzą się zarówno w biznesie, jak i w życiu rodzinnym, pozwalając znaleźć się o krok bliżej od tego, co sami definiujemy jako sukces.
Jake Humphrey, 2025
Wywodzę się ze świata, w którym prawie każdy jest gotów zrobić niemal wszystko, by zyskać przewagę nad rywalami. W tym sporcie nawet ułamek sekundy może mieć olbrzymi wpływ na wynik.
Przez długi czas oznaczało to pościg za najbardziej innowacyjnymi i odważnymi rozwiązaniami technologicznymi, wszystko w imię nieustępliwej pogoni za prędkością. Ludzie w F1 bezkompromisowo podchodzili do poszukiwania i przesuwania granic możliwości wystawianych samochodów. Ta wściekła ambicja i wręcz obsesyjne przywiązanie do detali przekładały się na wszystkie formy działań podejmowanych w zespołach. To ich członkowie szybciej niż inni zaczęli rozumieć, że gdy chce się wygrywać wyścigi, istoty ludzkie są równie ważne jak jednostki napędowe.
Przyglądałem się temu wszystkiemu z najbliższej odległości, ponieważ przez dziesięć absolutnie niesamowitych lat pracowałem w różnych rolach jako członek barwnego McLaren Formula One Team. Zaczynałem jako mechanik, zajmowałem się bolidami i miałem swoje zadania podczas pit stopu, czyli w warunkach największej presji. Później zostałem również włączony do szerszych programów firmowych, których celem było poznawanie i poprawianie wyników ludzi w obrębie zespołu oraz praca nad zespołową mentalnością.
Wtedy jednak nie wiedziałem jeszcze, że elitarne grono ludzi, z którymi miałem zaszczyt pracować, oraz nasze przełomowe odkrycia z tamtego okresu zmienią moje życie na lepsze. Chciałbym, aby taka zmiana stała się również twoim doświadczeniem, dlatego część zdobytej przeze mnie wtedy wiedzy przekazuję na kartach tej książki.
Zafascynowała mnie praca przy transformacji organizacyjnej – byliśmy zespołem, który niemal wszystkie zasoby i całą uwagę koncentrował na projektowaniu i budowaniu szybszego samochodu, a chcieliśmy zostać zespołem, który rozumie, że nie da się mieć najszybszego samochodu, nie koncentrując zasobów i uwagi na tworzących go ludziach. Przekonałem Rona Dennisa, naszego dyrektora generalnego, by pozwolił mi spróbować poprawić nasze wyniki poprzez poszukiwanie sposobów na wyciąganie z genialnych członków naszego zespołu wszystkiego, co najlepsze. Tak oto zaczęła się moja nowa misja życiowa.
Wspólnymi siłami dokonaliśmy istotnych zmian i pomogliśmy Lewisowi Hamiltonowi sięgnąć po pierwszy tytuł mistrza świata w jego karierze. Jestem z tego bardzo dumny. Największą dumą napawa mnie jednak fakt, że położyliśmy podwaliny pod nowy sposób myślenia w jednym z najstarszych i najbardziej utytułowanych zespołów w tym sporcie.
I o tym właśnie jest ta książka: o nowych sposobach myślenia. W każdym przypadku wyjaśniam, „jak” i „dlaczego”, a następnie łączę omawiane rady z prawdziwymi przykładami z moich własnych doświadczeń z Formuły 1. W każdym rozdziale pojawia się „Drobny zysk”, czyli coś, do czego moim zdaniem warto dążyć, by osiągnąć najwyższe możliwe standardy we wszystkim, czym się akurat zajmujesz. Wszystkie rozdziały kończą się „Wnioskami z alei serwisowej”, czyli prostymi i praktycznymi wskazówkami. Pomagają one podsumować nowo nabytą wiedzę i wdrożyć ją we własnych realiach.
Pracowałem z najlepszymi trenerami i liderami ze świata sportu oraz biznesu i się od nich uczyłem. Przez cały czas starałem się lepiej poznać ludzi i dowiedzieć się, co sprawia, że funkcjonujemy sprawniej. Miałem okazję współpracować z olimpijczykami i gigantami biznesu, a także z najwybitniejszymi kierowcami oraz ludźmi z naszego zespołu. Gdy w końcu postanowiłem odejść z McLarena, mój głód wiedzy był jeszcze większy. Zacząłem analizować takie zagadnienia jak psychologia zespołu czy kultura ekip osiągających najlepsze wyniki.
Coraz mocniej angażowałem się w tworzenie treści do mediów, zacząłem też wygłaszać wystąpienia na dużych imprezach publicznych i prywatnych. Opowiadałem o tym, czego nauczyłem się w Formule 1, a co w moim przekonaniu mogło przydać się również innym. Zakładałem własne firmy, by poprzez doradztwo i programy wsparcia mentorskiego dla kadry menedżerskiej pomagać organizacjom realizować wielkie cele. Dzisiaj jeżdżę po całym świecie i świadczę usługi na rzecz największych organizacji.
Kilka lat temu dotarło do mnie, że w moim uprzywilejowanym życiu członka padoku F1, pełnego wiedzy i doświadczeń znakomicie przekładających się na realia biznesowe, mogę pomagać nie tylko klientom korporacyjnym, ale również takim osobom jak ty i ja. Wtedy też zacząłem nagrywać podcast Pitlane Life Lessons.
Zarówno podcast, jak i ta książka mają nauczyć cię podchodzić do życiowych wyzwań tak, jak podszedłby do nich odnoszący sukcesy zespół F1. Mam nadzieję, że dzięki nim chociaż o krok przybliżysz się do własnych wyobrażeń o efektywnym życiu, adaptując na swoje potrzeby nastawienie typowe dla realiów Formuły 1.
Udanej lektury!
Marc
@marc_priestley
@f1elvis
Zespoły F1 stoją przed wyzwaniem tak olbrzymim, że jego skali w zasadzie nie da się przeszacować. Wszystko, co jest konieczne, by choćby ustawić dwa samochody na polach startowych, okazuje się tak wymagające, męczące i kosztowne, że wiele dobrych zespołów nie podołało nawet temu. Konkurencja między ekipami, którym się to udało, jest na tyle zaciekła, a jej poziom tak wysoki, że zaprojektowanie i zbudowanie bolidu, choć jest wyzwaniem samo w sobie, nijak ma się do wystawienia takiego samochodu, jego obsługi i doprowadzenia do walki o najwyższe lokaty.
Największe zespoły zatrudniają ponad tysiąc najlepszych ludzi z branży, a ci przez 12 miesięcy pracują nad zaprojektowaniem i stworzeniem bolidu, który ich zdaniem pokona samochody rywali, czyli zespołów, które również zatrudniają po tysiąc najlepszych ludzi w branży, usiłujących osiągnąć dokładnie to samo. Wszyscy pracują w ramach tego samego, ścisłego i stale modyfikowanego regulaminu, narzucanego przez FIA, organ regulujący Formułę 1.
Pierwsze prace projektowe ruszają w lutym, przy czym samochód musi być gotowy na testy zimowe, które odbędą się w lutym następnego roku. W międzyczasie pozostaje jeszcze drobna kwestia rywalizacji w jakże zaciętych mistrzostwach świata w bieżącym sezonie, z wykorzystaniem auta, które zaczęło być opracowywane przed 12 miesiącami. Co więcej, to nie tak, że ten samochód jest zaprojektowany i zbudowany raz, a potem przez cały sezon bierze udział w wyścigach. Zespoły rozwijają swoje bolidy niemal z tygodnia na tydzień, a niesamowicie szybki proces produkcji nowych części pozwala często modyfikować samochód. To wszystko wymaga najwyższej możliwej koordynacji i nieustannej determinacji w działaniu absolutnie wszystkich ludzi uczestniczących w tym procesie. Co oczywiste, ten wysiłek nigdy nie ustaje. Gdy w grudniu sezon wreszcie się kończy, z pełną prędkością rusza produkcja przyszłorocznego samochodu i mrowia części, z których się on składa. Jest to cykl, który trwa nieustannie. W fabryce zespołu „przerwa zimowa” okazuje się czasem największego zabiegania.
Porządna robota, a nawet bardzo dobra robota, nie wystarczy do tego, by w Formule 1 przetrwać, a co dopiero mówić o wygrywaniu. Tutaj konieczni są genialni ludzie, działający na 100 procent swoich możliwości.
W związku z tym jednym z największym wyzwań, z jakimi przychodzi mierzyć się tym elitarnym organizacjom, jest podtrzymywanie najwyższych poziomów motywacji i energii w obliczu tak trudnej i nieustannej pracy, którą te rzesze ludzi mają do wykonania. Zespoły podchodzą do tego wyzwania bardzo poważnie. Przez niemal dziesięć lat miałem zaszczyt bezpośrednio przyglądać się przełomowym dążeniom McLarena na tym polu, a także brać w nich udział. Zatrudnialiśmy najlepszych lekarzy, terapeutów i psychologów. Współpracowaliśmy z innymi, najbardziej efektywnymi organizacjami ze świata zawodowego sportu, ale również spoza niego. Prowadziliśmy własne badania i eksperymenty, zbieraliśmy dane i analizowaliśmy je, bazując na danych naukowych, zapuszczaliśmy się bardzo daleko w próbach zrozumienia wszystkiego, co tylko mogło nam pomóc w odnoszeniu zwycięstw.
Nieustanna i nieustępliwa pogoń za najlepszymi możliwymi wynikami oznacza, że zespoły inwestują w wyniki ludzi tyle samo co w technologię i aerodynamikę. Jednym z pomocnych w tym procesie narzędzi jest system szczegółowo definiowanych i wymiernych celów.
Oczywiście każdy z zespołów ma własne, konkretne sposoby postępowania, jednak sam proces w ujęciu ogólnym jest w całej alei serwisowej bardzo podobny. Na co dzień organizowane są odprawy inżynierów czy innych członków zespołu, a sformułowane w ich trakcie wnioski są podstawą do przygotowania list zadań oraz strategicznego planu przejazdów na następny weekend wyścigowy. Te elastyczne i podlegające nieustannej modyfikacji plany są spisywane w formie dokumentów i rozsyłane odpowiednim ludziom, by zespół mógł na ich podstawie wykorzystać dostępny czas w maksymalnie efektywny sposób.
W dłuższej perspektywie zespoły wyznaczają również konkretne cele odnoszące się do wyników oraz bardziej ogólne, idealistyczne cele, przy czym w obu tych przypadkach przyświeca im to samo dążenie do doskonałości. Dzięki temu mogą w długim okresie pracować na ich osiągnięcie, a często również przekroczenie. Dotyczy to zarówno obszarów sportowych, jak i biznesowych. W obu przypadkach postępy w dążeniu do osiągnięcia celów są oceniane z wykorzystaniem olbrzymich ilości gromadzonych danych.
Sposób, w jaki zespoły do tego dążą, z czasem jednak się zmienia. Gdy zaczynałem moją przygodę z F1, McLaren wyznaczał sobie jeden nadrzędny cel: zdobyć więcej punktów niż którykolwiek z rywali i sięgnąć po tytuł mistrzowski. W każdy kolejny weekend wyścigowy staraliśmy się zatem wygrać Grand Prix, ponieważ to dawało nam największe szanse na osiągnięcie celu nadrzędnego. Problem polegał na tym, że wszystkie inne ekipy z czołówki starały się osiągnąć dokładnie to samo i wystawiały w tym celu samochody, które ich zdaniem były najszybsze w ramach obowiązującego regulaminu. Nawet jeżeli testy przedsezonowe pokazywały, że wykonaliśmy nadzwyczaj dobrą robotę, nadal mieliśmy do pokonania góry wielkości Himalajów, przy czym wszyscy inni starali się dostać na szczyt szybciej od nas. Nasz największy cel na cały rok, główny sens naszego istnienia, był dokładnie taki sam dla każdej ekipy w F1: zostać mistrzami. Cóż, Formuła 1 ma to do siebie, że nie wszystkim będzie to dane.
W trakcie mojej kariery w F1 cel w postaci zwycięstwa w wyścigu udało nam się osiągnąć 30-krotnie i zaręczam, że za każdym razem było to niesamowite uczucie. Zawsze entuzjastycznie świętowaliśmy pod podium, wylewaliśmy na siebie litry szampana, dużo imprezowaliśmy i dostawaliśmy spore premie.
Muszę jednak dodać, że w tym samym okresie wystartowaliśmy w 180 Grand Prix.
Oznacza to, że w 83,33 procentach przypadków nie osiągnęliśmy założonego celu.
Przez dziesięć sezonów byłem bezpośrednio zaangażowany w pracę zespołu i przez cały ten czas nasz jeden, absolutnie najważniejszy cel, który w naszym przekonaniu nas definiował – sięgnięcie po tytuł mistrzów świata F1 – osiągnęliśmy tylko raz. Mimo to parliśmy naprzód.
W życiu czasami wygląda to tak samo. Różne rzeczy się nie udają. Szczery wysiłek nie zawsze spotyka się z nagrodą. Każdy na swojej drodze może wskazać zdarzenia, które mógłby porównać do awarii silnika albo przebitej opony w połowie wyścigu. W takich sytuacjach zawsze możemy wybrać rozwiązanie najłatwiejsze i się poddać. Możemy się nad sobą użalać, uskarżać na wiecznego „pecha”, lizać rany i zakładać, że jeszcze kiedyś spróbujemy ponownie, w jakichś „lepszych” okolicznościach. Istnieje jednak inny sposób. Tylko jak utrzymać nieustanną determinację w dążeniu do osiągania celów, nawet gdy po drodze nie za bardzo jest co świętować?
Najlepsze zespoły zrozumiały, że cele, które sobie wyznaczają – sięgnięcie po mistrzostwo świata czy zwycięstwo w określonej liczbie wyścigów – same w sobie już nie wystarczają (choć, jak się przekonamy, nadal są niesamowicie pomocne). To nie wystarczy do zapewnienia sobie przewagi nad rywalami. Dlatego obecnie ekipy te wyznaczają sobie cele nieskończone. Są to inspirujące i ambitne kierunki dążeń, które nie mają punktu docelowego i polegają na nieustannym zmierzaniu. To właśnie takie czynniki pomagają trwać, gdy robi się trudno – to one sprawiają, że wchodzi się na poziomy, które wcześniej wydawały nam się nieosiągalne.
Dla nas odkrycie to było istnym przełomem, odmieniło nasz sposób działania we wszystkich obszarach. W tym rozdziale pokażę ci, jak możesz osiągnąć to samo w swoim życiu. Postaram się, byś przy okazji nauczył się myśleć trochę bardziej jak zespół F1, a także nieco inaczej spojrzał na to, co chcesz osiągnąć i dlaczego dążysz właśnie do tego.
Uważam, że wszyscy powinniśmy mieć w życiu jakieś cele, ponieważ pomagają nam one rozumieć, dokąd zmierzamy – coś jak Gwiazda Polarna. Są dla nas źródłem motywacji do nieporzucania starań, gdy robi się trudno. Zapewniam, że gdy w alei serwisowej odnosiłem wrażenie, że cały świat sprzysiągł się przeciwko mnie, bo na przykład w ostatniej sesji treningowej, parę godzin przed kwalifikacjami, w jednym z naszych samochodów wybuchł silnik, skupienie na najważniejszym celu było jedynym sposobem, by się nie poddawać. Pamiętam, że gdy dokładnie to przydarzyło nam się w McLarenie, ogarnęło mnie wielkie poczucie dumy na widok całego zespołu, rzucającego się do szaleńczej odbudowy samochodu, na przekór jakże krótkiemu terminowi. Nikt nie próbował kwestionować tych wysiłków, nikt nie potrzebował żadnych poleceń. Wszyscy po prostu wiedzieli, że trzeba to zrobić, choć szanse na ukończenie prac przed rozpoczęciem kwalifikacji były mizerne.
Ostatecznie nam się udało. Ledwo, ale się udało.
Cele można rozpatrywać również w kategoriach przyszłej nagrody. Stanowią one opóźnioną gratyfikację za wysiłek, który wkładasz dzisiaj, a taka gratyfikacja może być potężnym czynnikiem motywującym. Gdy dzisiaj przypominam sobie olbrzymie poświęcenia i liczne katastrofalne zawody, od razu myślę o upragnionym, wywalczonym na koniec sezonu 2008 tytule mistrzów świata F1, który sprawił, że absolutnie było warto.
Jeżeli jednak nie będziesz wyznaczać właściwych celów i nie będziesz robić tego we właściwy sposób, takie cele mogą cię wręcz hamować. Osobiście uważam, że proces ich wyznaczania jest ważny. Powinny mieć sens, powinny być dobrze uzasadnione. Powinny też być na tyle ważne, aby miały najwyższy priorytet – w przeciwnym razie będą jedynie czymś, co fajnie byłoby mieć, a powinny być czymś, co po prostu musisz osiągnąć. Zazwyczaj jest tak, że osiągane są cele tylko z jednej z tych dwóch kategorii. Cele powinny cię motywować, a nie demotywować. Brzmi jak truizm, jednak gdy dąży się do osiągnięcia jednego celu przez dziesięć lat – jak było to w moim przypadku – i gdy szanse na powodzenie wynoszą 10 procent, a to pod warunkiem, że dopisze nam szczęście, to taki cel może łatwo zacząć demotywować. Im więcej mija czasu bez sukcesów, tym ryzyko jest większe.
To dlatego obecnie firmy wkładają olbrzymi wysiłek w wyznaczanie swoim ludziom właściwych celów. Proces ten został dopracowany w ramach intensywnej pogoni za maksymalną efektywnością. Zahacza on o psychologię oraz wiedzę o tym, jak funkcjonujemy my, ludzie. Jeżeli chcemy wydobyć z samochodu maksymalny potencjał, musimy poznać go w najdrobniejszych szczegółach. To samo dotyczy ludzi tworzących nasz zespół. Dzisiaj uważa się, że w funkcjonowaniu zespołu F1 absolutnie najważniejszy jest pierwiastek ludzki, ponieważ bez niego nie osiągnie się sukcesów na gruncie technicznym ani sportowym. Ekipy nieustannie poszukują innowacyjnych sposobów na uzyskanie najlepszych możliwych wyników przy wykorzystaniu posiadanych zasobów. Właśnie to jest najważniejsze – dzisiaj wszyscy skupiają się na tym, jak najlepiej wykorzystać genialnych ludzi tworzących zespół.
Po latach testowania różnych rozwiązań i analizowania różnych kultur organizacyjnych znalazłem mój preferowany sposób wyznaczania celów. Chyba nie powinno dziwić, że jest on wykorzystywany przez większość współczesnych zespołów F1.
Dzisiaj wyznaczam sobie cele w trzech horyzontach czasowych:
Cele krótkoterminowe. Chodzi o rzeczy do osiągnięcia w czasie nie dłuższym niż miesiąc, ale mogą to być również cele do osiągnięcia w ciągu godziny, a nawet kilku minut. Takich celów mam wiele naraz. W przypadku zespołu F1 w trakcie weekendu wyścigowego przykładami mogą być punktualne przygotowanie samochodów do poszczególnych sesji albo zwycięstwo w Grand Prix. Zanim pójdę spać, staram się wpisać do dziennika trzy takie cele na następny dzień. Pierwszy z nich to zawsze: „Pościelić łóżko”. Jest to cel łatwy do osiągnięcia, jego realizacja zajmuje tylko kilka sekund i od razu daje mi poczucie sukcesu, ponieważ mogę odhaczyć pierwszy punkt z listy i zająć się następnym.Cele długoterminowe. Zwykle mam takich celów jeden lub dwa. Są to rzeczy, które chciałbym osiągnąć w ciągu roku, choć ten horyzont czasowy może być też dłuższy. W przypadku F1 oczywistym przykładem będzie sięgnięcie po tytuł mistrzów świata. Takie cele są niesamowicie trudne do osiągnięcia, ale z pewnością nie niemożliwe. Nagroda za ich osiągnięcie jest odpowiednio duża.Cele nieskończone. Taki cel mam tylko jeden. Nieustannie towarzyszy gdzieś w tle wszystkiemu, czym się akurat zajmuję. Potrzebowałem dużo czasu, żeby zrozumieć, co nim jest w moim życiu. Wiem również, że nigdy nie uda mi się go tak naprawdę osiągnąć, stąd też nazywam go „nieskończonym”. Mimo wszystko jest to cel najważniejszy. Zdradzę ci go nieco później, a na razie powiem tylko, że jest to również jedna z koncepcji wprowadzonych przez nas w McLarenie.Każdy zbiór celów powinien się przyczyniać do wyznaczenia i osiągania kolejnego zbioru celów, a w długiej perspektywie wszystkie one powinny zbliżać cię do twojego celu nieskończonego. Choć cele mają różny horyzont czasowy, powinny być ze sobą uzgodnione – wszystkie. Cele krótkoterminowe powinny się przyczyniać do osiągania celów średnioterminowych, a wszystkie podejmowane przez ciebie działania powinny zbliżać cię do twojego celu nieskończonego. Jeżeli w pewnym momencie uznasz, że tak to u ciebie nie wygląda, wyznacz sobie zadanie (wpisz je na listę) polegające na znalezieniu celów odbiegających od głównej linii i odpowiednio je skoryguj.
W rzeczywistości większość ludzi ma jakieś cele krótko- i długoterminowe, tylko że nie wszyscy zdają sobie z tego sprawę, przez co mają mniejsze szanse na ich osiągnięcie. Tak wielu z nas nie ma świadomości własnych celów, ponieważ mało kto je spisuje, a wręcz w ogóle o nich nie myśli. Zaraz wyjaśnię, dlaczego warto to robić.
Za czasów McLarena oraz w kolejnych latach miałem okazję pracować z kilkorgiem psychologów, specjalizujących się w różnych dziedzinach. Jakoś w pierwszej dekadzie XXI wieku brałem udział w spotkaniu członków zespołu jeżdżącego na wyścigi, na potrzeby którego McLaren zorganizował nam zewnętrznego psychologa zajmującego się olimpijskimi sportami drużynowymi. Mieliśmy rozmawiać z nim o wchodzeniu na coraz wyższe poziomy efektywności. Wyglądający jak prawdziwy profesjonalista mężczyzna w garniturze zaczął opowiadać nam o zasadach, które stosuje w pracy z utytułowanymi olimpijczykami przed najważniejszą imprezą. Mówił o wyznaczaniu celów! Zapewniał, że nie ma nic lepszego niż codzienne spisywanie celów, które chcemy danego dnia osiągnąć. Sugerował, byśmy założyli dziennik albo zainstalowali sobie specjalną apkę w telefonie. Podkreślał, że to ważne, abyśmy świadomie przeznaczyli trochę czasu na codzienne, regularne spisywanie celów. Robili tak wszyscy zawodnicy, którymi się opiekował.
Pamiętam, jak jeden z moich bardziej sceptycznie nastawionych kolegów otwarcie skrytykował tę koncepcję. Uważał, że przygotowywanie się do wydarzenia organizowanego raz na cztery lata to nieco inne realia i że my aż tyle czasu na co dzień nie mamy. Wszyscy roześmiali się wtedy pod nosem. Zaproszony psycholog przytoczył jednak dane z najnowszych badań. Zapadły mi one w pamięć i do dziś sięgam po nie w mojej pracy konsultingowej. Pochodzą z badań przeprowadzonych przez doktor Gail Matthews, psycholożkę z Dominican University of California. Ustaliła ona, że osoby, które spisują swoje cele, mają o 42 procent większe szanse na ich zrealizowanie niż te, które jedynie o tych celach myślą. Czterdzieści dwa procent! Skoro można tak łatwo znacząco zwiększyć swoje szanse na osiągnięcie tego, na czym nam zależy, to nad czym się tu zastanawiać?
Obecnie w Formule 1 psychologowie sportowi są stałymi członkami ekip i pomagają nam efektywniej funkcjonować, wspierając nas w maksymalnym wykorzystaniu wszystkich drobiazgów składających się na całościową skuteczność. Pracowałem z firmami i bardzo efektywnymi ludźmi, którzy posługiwali się podobnymi metodami, dążąc do osiągania wielkich rzeczy. Przecież z chęcią sięgamy po pomoc trenerów personalnych, by doprowadzić do porządku nasze ciała i móc osiągnąć dzięki nim coś dużego, dlaczego zatem równie sumiennie nie podchodzimy do funkcjonowania naszych umysłów? Wyznaczanie celów jest metodą rekomendowaną przez wszystkich psychologów, z którymi się zetknąłem, a ich spisywanie okazuje się zaskakująco korzystne.
Od niemal 20 lat prawie codziennie spisuję swoje cele związane z życiem osobistym i zawodowym.
Dodam taką ciekawostkę, że choć przy okazji tamtego spotkania moi koledzy z zespołu odnieśli się sceptycznie do rad psychologa, tak naprawdę wówczas już robiliśmy coś w ten deseń w McLarenie. Na co dzień zachęcałem ludzi w moich grupach, by spisywali to, co usiłujemy osiągnąć. Bywało i tak, że ktoś robił to za nas, na przykład gdy przygotowywano nam rozpiskę zadań na weekend wyścigowy. Dostawaliśmy harmonogram, w którym co do minuty wskazywano, w jakim stanie ma znajdować się samochód na danym etapie weekendu albo kiedy – zgodnie z regulaminem – żadnego z nas nie może już być na polach startowych przed niedzielnym rozpoczęciem wyścigu. Mogło się zdarzyć, że w czwartek o godzinie 16.35 przychodzili komisarze techniczni, sprawdzający zgodność bolidu z regulaminem, co dla nas oznaczało, że do 16.30 samochód musi być w pełni złożony i przygotowany do kontroli.
Ten sam samochód mógł być potrzebny do treningu pit stopów w alei serwisowej o godzinie 14 tego samego dnia. W praktyce oznaczało to, że trzeba go było przygotować zupełnie inaczej – założyć mu zbudowane specjalnie z myślą o treningu pit stopów hamulce oraz kanały ich chłodzenia, specjalne koła, atrapę struktury zderzeniowej (która zawsze ulegała kompletnemu zniszczeniu na skutek używania tylnego podnośnika) oraz osłony zabezpieczające podłogę i inne delikatne elementy. Harmonogram był ściśle określony i niewzruszalny, więc to on dyktował przebieg prac. Tym samym otrzymywaliśmy zbiór celów krótkoterminowych, które musieliśmy osiągać na czas. Były one udokumentowane i wszyscy członkowie zespołu mieli do nich wgląd.
Harmonogram to jednak nie wszystko – sami również spisywaliśmy nasze cele, żeby wszyscy wiedzieli, do czego dążymy. Często przybierało to prostą postać listy zadań do wykonania. Taka spisana lub wydrukowana lista konkretnych prac, które należało wykonać przy samochodzie, była de facto naszym zbiorem celów krótkoterminowych. Stanowiła dla nas kompas, pomagała nam bezpiecznie przejść przez dany dzień. Dzięki niej było mi łatwiej rozdzielać zadania między moich ludzi, ale najważniejsze, że wszyscy mogliśmy wykonane zadania odhaczać i doznawać związanego z tym poczucia satysfakcji.
Oprócz tego w regularnych odstępach – na koniec dnia, po zakończeniu sesji na torze lub weekendu wyścigowego – spotykaliśmy się i dokonywaliśmy oceny naszej efektywności. Nazywa się to „odprawą”. Mechanicy rozmawiają o tym, na ile udało im się osiągnąć swoje cele, czyli na ile skutecznie wykonali przypisane im zadania. W innych działach też odbywały się takie odprawy. Inżynierowie siadali razem z kierowcami i omawiali najnowsze wnioski i przemyślenia. Celem tych odpraw było porównanie stanu faktycznego z wyznaczonymi wcześniej celami, ponieważ w ten sposób można ustalić, czego nowego się dowiedzieliśmy. Czy cele zostały osiągnięte? Jeżeli tak, to na ile skutecznie? Jeżeli nie, to dlaczego się nie udało? Na koniec każdej takiej odprawy musiała powstać lista nowych celów. Mogły one być całkowicie nowe, mogły być również zaktualizowaną wersją dotychczasowych – najważniejsze było jednak, że cele, które sobie wyznaczaliśmy, nieustannie ewoluowały, ponieważ cały czas czegoś się uczyliśmy i się rozwijaliśmy.
To wszystko podkreśla pewną niepodważalną prawdę. Ludzie znacznie częściej spisują cele w życiu zawodowym niż w życiu osobistym. To dla nas normalne, że akcjonariuszom trzeba przedstawić kwartalne albo roczne prognozy budżetowe. Potencjalnym klientom prezentujemy cele, które sobie stawiamy. Uzgadniamy z przełożonym najważniejsze progi czy poziomy, które chcemy osiągnąć w najbliższych 12 miesiącach. Rzadko natomiast robimy coś podobnego w domu.
Korzystanie z tych potężnych technik poza pracą – gdzie nikt nie patrzy nam na ręce i nie jesteśmy z naszej efektywności rozliczani – okazuje się znacznie trudniejsze. Można tu sięgnąć po metaforę zawodowego piłkarza, który zaraz po zakończeniu kariery sportowej zaczyna tyć, dochodzi bowiem do wniosku, że znacznie łatwiej było wstawać co rano i trenować, gdy była to jego praca i ktoś mu za to płacił.
W McLarenie doszliśmy do wniosku, że sukcesu nie zbudujemy wyłącznie na tym, co członkowie naszego zespołu robią w godzinach pracy. Funkcjonowanie danej osoby w jej życiu prywatnym, jej zachowanie poza pracą, miało wpływ na to, w jakim stanie zjawia się ona w biurze czy w garażu w alei serwisowej. Pragnienie nieustannego rozwoju mogło być nastawieniem holistycznym, przekładającym się na wszystkie obszary życia, pod warunkiem jednak, że ktoś celowo starał się uczynić z tego podejście holistyczne. Zaczęliśmy się zatem zastanawiać, czy zespół może pokazywać swoim ludziom techniki, dzięki którym zmaksymalizują oni swoje szanse na sukces w F1, ale także szanse na sukces we wszystkim innym, co robią w życiu. Musieliśmy to ustalić.
Wspomniane już spotkanie z psychologiem specjalizującym się w pracy z olimpijczykami było elementem tego procesu. Wtedy też zaczęła się moja fascynacja tymi zagadnieniami, zapragnąłem lepiej poznać ten obszar. U innych ostatecznie też pojawiła się ta potrzeba. Oto co wiem dzisiaj na temat wyznaczania celów, a czego wagę wówczas nie w pełni pojmowałem.
Spisywanie celów pozwala zwiększyć prawdopodobieństwo ich osiągnięcia o ponad 40 procent – na pierwszy rzut oka wydaje się to absurdalne, ale już wyjaśniam, skąd się to bierze.
Spisanie celów na papierze staje się jednocześnie zobowiązaniem, które podejmujemy względem samych siebie. Spisując coś, zwykle poświęcamy czas na zwięzłe i precyzyjne sformułowanie danej myśli. Ten krótki proces myślowy w zupełności wystarcza, żebyśmy danym celem zajmowali się dłużej, niż gdyby nie został on spisany. Tym samym czujemy się z nim mocniej związani.
Do tego dochodzi fizyczny akt pisania na papierze albo wklepywania znaków wyskakujących na ekranie. Zyskujemy w ten sposób pewien wizualny konkret, odzwierciedlenie procesu myślowego zachodzącego w głowie. Daje to efekt podświadomego umocnienia celu, sprawia, że jest on dla nas istotniejszy.
Poza tym taki dokument opisujący, co chcemy osiągnąć, jest dla nas punktem odniesienia, po który możemy sięgnąć, gdy nasz entuzjazm do pracy nieco opadnie i będziemy potrzebować dodatkowej motywacji. Gdy po taką listę już sięgniemy, być może będziemy mogli coś z niej odhaczyć, a to zawsze daje poczucie spełnienia i nową motywację. W mózgu uruchamia się wówczas ośrodek nagrody, wydzielana jest dopamina, która wywołuje dobre samopoczucie i… potrafi uzależniać.
Lista celów to również mapa, która w razie potrzeby może nam pomóc odzyskać kierunek, gdybyśmy kiedyś zboczyli z drogi.
Badania przeprowadzone przez Gail Matthews pozwoliły zwrócić uwagę również na trzy inne czynniki zwiększające prawdopodobieństwo uzyskania tego, czego pragniemy. Jeżeli chcesz jeszcze skuteczniej wyznaczać cele i maksymalizować szanse na ich osiągnięcie, spróbuj następującej sztuczki: oprócz spisywania celów pomyśl trochę o tym, w jaki sposób zamierzasz je osiągnąć. Wypisując kroki, które podejmiesz w imię osiągnięcia celu, wzmacniasz wszystkie opisane powyżej efekty. Przeanalizuj dany problem. Zastanów się, jakie działania możesz podjąć – w ten sposób wyznaczysz sobie zbiór jeszcze mniejszych, łatwo osiągalnych celów, które będziesz realizował po drodze do osiągnięcia celu głównego. Dokładnie temu służą odprawy w Formule 1. Z odprawy po kwalifikacjach nie wychodzimy jedynie z postanowieniem, że w niedzielę chcemy wygrać wyścig – definiujemy również podstawowe działania, które trzeba podjąć, aby to było możliwe. Na to poświęcamy większość czasu.
Gdy po kwalifikacjach znaleźliśmy się w ogonie stawki, zazwyczaj uznawaliśmy, że zwycięstwo w Grand Prix nie jest celem realistycznym. W takich przypadkach wyznaczaliśmy sobie jakiś cel osiągalny, na przykład przedarcie się na pozycje punktowane. Następnie przyglądaliśmy się ogólnym osiągom naszego samochodu i porównywaliśmy je z osiągami rywali. Czy słaby wynik w kwalifikacjach wynikał z faktycznie słabego tempa? A może nasz bolid jest dużo szybszy, ale popełniliśmy jakiś błąd albo mieliśmy pecha? Taką samą analizę wykonywaliśmy w odniesieniu do innych samochodów na sąsiednich polach startowych i zastanawialiśmy się, co jest możliwe do osiągnięcia w niedzielę. Czy możemy tak ustawić samochód, aby ułatwić naszym kierowcom wyprzedzanie? Być może w tym celu moglibyśmy zmienić kąt nachylenia skrzydeł i zmniejszyć siłę docisku? Samochód byłby wówczas mniej stabilny w zakrętach i trudniejszy w prowadzeniu, ale – co istotne – na skutek mniejszego oporu aerodynamicznego rozwijałby większą prędkość na prostych, gdzie dochodzi do większości manewrów wyprzedzania. Jest to jedno z działań, które możemy podjąć, by przybliżyć się do osiągnięcia naszego celu. Trafia ono na listę, a gdy mechanicy wykonają już to zadanie, odhaczają je. Jesteśmy wówczas o krok bliżej od sukcesu, o krok dalej na naszej mapie drogowej.
Z badań przeprowadzonych przez doktor Matthews wynika również, że korzystny wpływ na osiąganie celów ma opowiadanie o nich innym osobom. Chodzi tu o odpowiedzialność. Znacznie łatwiej jest zebrać się na trening albo wykonać projekt w terminie, gdy ktoś nas z tego rozlicza. Gdy odejdziemy z pracy albo przejdziemy na emeryturę, kto będzie sprawdzał, czy osiągamy stawiane sobie cele? Kogo będzie to w ogóle obchodzić? Możemy sobie powiedzieć, że chcemy iść na siłownię, ale gdy rano zadzwoni budzik, nie będzie nikogo, kto odwiedzie nas od wciskania raz za razem przycisku drzemki. Dlatego warto znaleźć sobie jedną osobę albo grupę osób, którym opowiemy o naszych celach – pomoże nam to zwlec się z łóżka, nie będziemy bowiem chcieli tych osób „zawieść” czy czuć potem przed nimi „zażenowania”. W zespole F1 wyznaczone cele są komunikowane wewnętrznie. Wszyscy członkowie ekipy mają wgląd w to, co staramy się osiągnąć i jak chcemy to zrobić. Sam po sobie wiem, że w życiu nie dopuściłbym do tego, że zawiodę moich zespołowych kolegów, nie robiąc czegoś, co do mnie należało. Być może jakimś pomysłem jest założenie grupy na WhatsAppie ze znajomymi również chodzącymi na siłownię, żebyście wzajemnie się motywowali i rozliczali z realizacji planów?
Doktor Matthews w trakcie swoich badań odkryła także, jak ważna jest regularna weryfikacja celów. Może to polegać na ułożeniu szczegółowego harmonogramu, zgodnie z którym na koniec każdego dnia albo tygodnia będziesz przeglądał spisane cele i sprawdzał postępy w ich osiąganiu. Może to być również regularne zwoływanie zebrania, w którym muszą wziąć udział wszystkie osoby zaangażowane w daną sprawę – coś jak odprawa w zespole Formuły 1. Możesz też po prostu codziennie przed snem przejrzeć swoją listę celów. Takie przeglądanie wyznaczonych sobie celów przynosi liczne korzyści. Przypomina ci, że realizujesz określoną misję, a to ważne. Gdy te cele wyznaczałeś, byłeś zmotywowany i zdeterminowany, ale od tamtej pory mogło minąć już kilka dni, a nawet tygodni, więc ówczesnej motywacji i determinacji może już w tobie nie być. Cele warto przywołać także w przypadku wielkiego zawodu, jak wspomniana już przeze mnie katastrofalna awaria silnika. Regularne wracanie do sporządzonej listy naprawdę pomaga sobie przypomnieć, po co to wszystko robimy.
Jest to również okazja do skorygowania celów. Zdecydowanie najlepszym sposobem osiągania większości tego, na czym nam w życiu zależy, jest pozostawanie zdeterminowanym przy jednoczesnym zachowaniu elastyczności. Życie pełne jest niespodzianek, nie zawsze przyjemnych, takich jak katastrofalnie nieudane kwalifikacje. Na odprawie po piątkowych treningach mogliśmy być wszyscy nastawieni na zwycięstwo w niedzielnym wyścigu i wywalczenie w nim maksymalnej liczby punktów. Byłby to najlepszy możliwy krok na drodze do osiągnięcia naszego celu długoterminowego, czyli tytułu mistrzowskiego. Wszystko zapowiadało się świetnie, aż w sobotnich kwalifikacjach z jakiegoś powodu nam nie poszło. Gdybyśmy w tej sytuacji na odprawie po kwalifikacjach dalej brnęli w ciemno w dotychczasowe cele, niemal na pewno stracilibyśmy całą motywację, ponieważ cele te byłyby poza zasięgiem. W niedzielę czekałoby nas rozczarowanie. Jeżeli jednak wykażemy się elastycznością i zmienimy cele na takie, które są osiągalne w nowych okolicznościach, będziemy mogli również zmodyfikować ścieżkę prowadzącą do ich osiągnięcia. Wyznaczymy sobie coś, co będzie na tyle trudne, byśmy czuli się zmotywowani, a jednocześnie na tyle realistyczne, by dało się to osiągnąć. Znów będziemy celować w coś sensownego, odzyskamy motywację.
Jeżeli chcesz, aby osiąganie celów długoterminowych stało się łatwiejsze, możesz skorzystać z dziennika albo ze specjalnej apki. Spisane cele możesz następnie regularnie weryfikować i oceniać postępy w ich osiąganiu. Jeżeli postępów nie stwierdzisz, ten fakt również zapisz. Nie oszukuj sam siebie, nie pomijaj dni, w których miałeś trudności – to przecież bardzo ważne etapy na drodze do tego dnia, w którym zrobisz konkretny postęp. Opowiedz komuś o swoich celach. Może to być znajomy, może być ktoś z rodziny, jakiś bliski powiernik, ale możesz też czuć się bardziej komfortowo, informując o swoich celach świat. Media społecznościowe można wykorzystać jako skuteczne narzędzie wzmacniania odpowiedzialności i motywacji. Gdy zaczynałem pisać tę książkę, specjalnie ogłosiłem ten fakt na Instagramie. Dzisiaj jestem niezmiernie wdzięczny wszystkim, którzy od czasu do czasu pytali, jak mi idzie. Nie mogłem przecież opublikować wpisu, w którym oznajmię, że się poddałem, że zarzuciłem ten projekt – efekt jest taki, że teraz czytasz te słowa.
To wszystko znakomicie sprawdza się w przypadku bieżących spraw i celów, praca w F1 nauczyła mnie jednak, że potrzebne jest coś jeszcze.
Po odejściu z McLarena przekonałem się, że wiele zachowań i procesów myślowych, które postrzegałem w tamtych latach jako „normalne”, poza realiami Formuły 1 wcale nie jest tak powszechnych. Nawykłem do funkcjonowania i pracy na najwyższym poziomie, do formułowania maksymalnych oczekiwań wobec samego siebie i innych, więc automatycznie właśnie takie postawy stały się dla mnie punktem odniesienia. Przyznaję szczerze, że później wielokrotnie było mi trudno się przestawić, dostosować do realiów „prawdziwego życia” – brakowało mi cierpliwości do wszystkiego tego, co postrzegałem jako brak efektywności, lenistwo czy chodzenie na skróty. W wyrazie frustracji wywaliłem co najmniej jedną grupę budowlańców przy każdym z pięciu większych remontów czy renowacji, które uznaliśmy z żoną za dobry pomysł – często na jednej zwolnionej ekipie się nie kończyło!
Oczywiście nie twierdzę, że jestem chodzącym ideałem, ponieważ absolutnie tak nie jest. Kto nie wierzy, niech spyta moją żonę! Nie robię wszystkiego przez cały czas zgodnie ze standardami obowiązującymi w F1 – moja żona z pewnością powiedziałaby, że bardzo wielu rzeczy tak nie robię. Kiedy chodzi jednak o coś, co uznaję za ważne dla mnie, albo o coś, co może dać mi jakąś przewagę, natychmiast włącza mi się mentalność typowa dla F1. Gdy opuszczam pokój hotelowy, absolutnie zawsze zostawiam w nim pościelone łóżko, ponieważ wierzę w szacunek. Bardzo często zdarza mi się wyjąć brudne naczynia ze zmywarki i załadować je do niej na nowo, choć niemal wszyscy inni uznaliby, że zmywarka była dobrze załadowana – ja jednak wierzę w efektywność. Wierzę też w punktualność, dlatego wszelkie przejawy jej braku, nawet te najdrobniejsze, momentalnie mnie frustrują, i to w takim stopniu, że wobec moich najbliższych bywa to niesprawiedliwe. Rzeczy ważne zawsze staram się robić na najwyższym możliwym poziomie i czasami nie potrafię zrozumieć, dlaczego wszyscy inni nie postępują tak samo. Niedawno w moim podcaście Pitlane Life Lessons rozmawiałem z Davidem Coulthardem, moim kumplem i byłym kierowcą ekipy, w której pracowałem. Stwierdził on, że z naszego zespołu wyniósł mentalność opartą na przekonaniu, że „ważne jest wszystko”. Jak doskonale go rozumiem!
Mogłem odnosić sukcesy w F1 właśnie dzięki bezkompromisowemu pragnieniu bycia lepszym niż wczoraj, potrzebie nieustannej walki o więcej. Takie podejście widać u większości ludzi w topowych zespołach. Efekt tej postawy został dodatkowo wzmocniony, gdy otworzyliśmy się na koncepcję celów nieskończonych.
Wiele dużych firm, z którymi dzisiaj pracuję, ma deklaracje misji. Często są one sformułowane w taki sposób, że w zasadzie można by je nazwać celami nieskończonymi. Mogę chyba jednak napisać, że niektóre organizacje mają deklaracje misji tylko dlatego, że te stwierdzenia dobrze wyglądają na ścianie w recepcji albo tworzą chwytliwy hashtag na Instagramie. Faktycznego sensu w nich nie ma. Cel nieskończony pod pewnymi względami przypomina marchew zawieszoną na kiju przed nosem osiołka. Nie da się go ostatecznie osiągnąć, ale zawsze mamy go przed sobą, by nas nieustannie motywował. Jego piękno polega między innymi na tym, że skoro nie da się go osiągnąć, to nie istnieje ryzyko, że doświadczymy spadku motywacji, pojawiającego się często po zrealizowaniu dużego celu. Gdyby któregoś dnia osiołek wreszcie dopadł marchewkę, po co miałby iść dalej?
W tym kontekście warto wspomnieć o obszernie przebadanym syndromie złotego medalu. Sportowiec stawia sobie w życiu monumentalny cel: złoty medal olimpijski, najważniejsze osiągnięcie, jakie jest w sporcie możliwe. Gdy jest młodym zawodnikiem, cel ten jest tak odległy, że może wydawać mu się nieskończony, ponieważ jawi się jako niemal nieosiągalny. Złoty medal olimpijski jest niczym dyndająca przed nosem marchewka, która co rano motywuje go do wstania z łóżka i kontynuowania ciężkich treningów. Im wyżej pnie się w swojej dyscyplinie, tym bardziej realne staje się osiągnięcie tego celu. Być może nasz zawodnik dostał się nawet do drużyny olimpijskiej, co samo w sobie jest olbrzymim osiągnięciem i w jakiś sposób definiuje sportowca na całe jego życie. No i wreszcie, po wielu latach, a nawet dekadach ciężkiej pracy zawodnik sięga po złoty medal olimpijski, coś, co przez ten bardzo długi czas wydawało mu się poza jego zasięgiem. Jest niesamowicie szczęśliwy, cieszy się ogromnie… tylko że potem, nazajutrz, marchewki już nie ma. Coś, o co zabiegał przez całe życie, co stało się nieodłącznym elementem jego tożsamości, wyparowało. I co teraz?
Smutna prawda jest taka, że wielu spełnionych sportowców popada wówczas w coraz większe trudności mentalne i emocjonalne. Znam członków zespołów F1, którzy zmagali się z tym problemem, gdy sięgnęli po tytuł mistrzowski, co w naszym sporcie jest odpowiednikiem złotego medalu olimpijskiego. Prawdopodobnie nie było przypadkiem, że po niemal dekadzie prób osiągnięcia tego celu, a także po wielu latach starań o dostanie się do F1, gdy wreszcie zostałem członkiem zespołu z tytułem mistrzowskim na koncie, zacząłem opracowywać plan wyjścia z tego środowiska.
Można zaryzykować stwierdzenie, że ciężko jest oczekiwać od olimpijczyka, żeby z walki o medale przerzucił się na jakiś inny cel nieskończony. Byłoby to bardzo trudne, a może nawet niemożliwe, skoro od najmłodszych lat sport stanowił integralny element jego osobowości. Dlatego tak ważne jest wyznaczanie właściwego celu nieskończonego, ponieważ poprawny wybór tej ogólnej życiowej misji powinien spowodować, że wszystkie inne cele, te z niższych poziomów – takie jak złoty medal olimpijski czy tytuł mistrzowski w F1 – zostaną osiągnięte niejako po drodze. Co najważniejsze, w tym przypadku ich osiągnięcie nie musi oznaczać nagłego, gwałtownego końca podróży. Olimpijczyk mógłby postawić sobie na przykład następujące cele nieskończone: „Nieustannie dążyć do doskonalenia efektywności psychicznej i fizycznej”; „Zawsze robić wszystko, co w mojej mocy, by być najlepszym, jaki mogę być”. Gdy sportowiec naprawdę skoncentruje się na tego rodzaju celu, zwiększa nie tylko swoje szanse na medale, ale również prawdopodobieństwo, że wywalczy ich dużo przez długi czas.
Koncepcja ta zasadza się na odejściu od postrzegania „sukcesu” jako korzyści czy też nagrody pojawiającej się w konkretnym momencie. Sukces może być postrzegany jako ponadczasowy zestaw dobrych nawyków. Chodzi tu zatem o styl życia, o proces dążenia do sięgania po nagrody, a nie o same nagrody. Szczęście czy efektywność biorą się z tego, w jaki sposób żyjemy i działamy, a nie z tego, co po drodze osiągamy. Sięgnięcie po tytuł mistrza świata nie jest czynnikiem, który sam w sobie pomagałby w walce o następne takie tytuły, natomiast zbiór właściwych nawyków i odpowiednia determinacja mogą taki skutek przynieść.
Gdy w McLarenie zaczynaliśmy poszukiwać nowych sposobów zwiększania naszego potencjału i poszerzać nasze horyzonty w tej kwestii, opracowaliśmy pierwszą, nieformalną wersję „nieskończonego wyzwania”, ponieważ wówczas takim terminem się posługiwaliśmy: „Być najlepszym zespołem Formuły 1, jakim być możemy”. Nadal uważam, że to całkiem dobry cel nieskończony. Jest otwarty, jasny, nawiązuje do wyników i jest ambitny. Owszem, jest dość podstawowy, ale wtedy uważaliśmy, że właśnie taki cel sprawdzi się najlepiej. Podczas pierwszych rozmów na ten temat, w które zostałem zaangażowany, osobiście nalegałem na prostotę celu nieskończonego. Zależało mi na czymś, co będzie na tyle ogólne, by znajdowało zastosowanie do wszystkich sytuacji – na czymś, co będzie motywować wszystkich członków zespołu i wszystkim im dawać powód do dumy. Doszliśmy wówczas do wniosku, że „nieskończone wyzwanie” powinno nieustannie popychać nas we właściwym kierunku. Bez względu na konkretne realia w danej chwili – nawet gdybyśmy musieli pod presją czasu odbudowywać kompletnie rozbity samochód – każdy miał mieć możliwość przeprowadzenia w głowie błyskawicznej mini odprawy, przypomnieć sobie, że wszystko, co robimy, to tylko część ogólnego procesu stawania się najlepszym zespołem Formuły 1, jakim możemy być. Nawet rozbicie samochodu można rozpatrywać w kategoriach poszukiwania przez kierowcę limitów przyczepności, dzięki czemu następnym razem będzie szybszy. W garażu mogliśmy analizować, w jaki sposób najlepiej przygotować zapasowe części albo wstępnie poskładać niektóre podzespoły, by w przyszłości w podobnych sytuacjach móc działać jeszcze sprawniej.
Każdego dnia mogliśmy się zastanawiać, czy podejmowane przez nas działania zbliżają nas do naszego celu nieskończonego, ponieważ tak właśnie powinno być. Nieustannie powoływaliśmy się na ten cel podczas zebrań i w wewnętrznej komunikacji, zaczynaliśmy się przyzwyczajać do myśli, że to będzie nasza nowa Gwiazda Polarna, na którą będziemy się kierować. Przyznam jednak, że w sporcie tak mocno opartym na danych wiele osób potrzebowało naprawdę dużo czasu, by na poważnie zaangażować się w dążenie do czegoś tak niewymiernego.
Prawdziwa zmiana nastawienia – przejście od sytuacji, w której okrzepnięta grupa ludzi przestaje się skupiać na konkretnym efekcie końcowym, powszechnie uznanym celu sportowym, do przekonania, że należy koncentrować się na codziennych nawykach – nie zaszła ani łatwo, ani szybko. Sport to dziedzina, w której sukces jeszcze bardziej niż gdzie indziej jest postrzegany zero-jedynkowo. Częstokroć jest tak, że albo wygrywasz, albo przegrywasz. Co więcej, nie zawsze masz na ten wynik wpływ. Mimo to świętuje się fakt sięgnięcia po nagrodę, a nie postawę, którą się pokazało. W naszym zespole musiała zajść zmiana kulturowa. Chodziło o to, by o naszej wartości decydowały nasze indywidualne i kolektywne zachowania, a nie nagroda, którą ktoś nam wręczy, jeśli rywalizacja ułoży się po naszej myśli. Nadal dążyliśmy do zwycięstw, ale zaczęliśmy to robić, maksymalizując efektywność walki o zwycięstwo. Trwało to długo, latami, a ponadto trudno było to jakkolwiek obiektywnie zmierzyć i opisać, nie mam jednak najmniejszych wątpliwości, że mistrzami świata Formuły 1 w 2008 roku zostaliśmy właśnie dzięki temu, że skupiliśmy się na tym, co robimy, a nie na tym, co chcemy osiągnąć.
Nasze „nieskończone wyzwanie” było po prostu filozofią, zgodnie z którą wszyscy staraliśmy się działać. Wiele osób funkcjonowało w ten sposób od zawsze, nawet jeśli sobie tego nie uświadamiały. Gdy zdefiniowaliśmy tę przyświecającą nam naczelną zasadę, gdy zyskaliśmy punkt odniesienia, z którym mogliśmy się nieustannie porównywać, zrozumieliśmy, że wszelkie podejmowane przez nas działania muszą być zgodne z tym celem – że jeśli będziemy nieustannie dążyć do jego osiągnięcia, zwycięstwa na torze przyjdą same.
Oczywiście zespół to grupa ludzi, w której zawsze znajdzie się ktoś taki jak ja, kto fakt osiągnięcia ważnego celu uzna za logiczny moment do zakończenia udziału w danym przedsięwzięciu. Tak zrobiłem, gdy mistrzem świata w naszym samochodzie został Lewis Hamilton. Ogólnie jednak zespół jako całość dzięki celowi nieskończonemu pracuje w trybie nieustannej pogoni za wielkością.
Jeżeli chodzi o moje życie, to na wskazanie celu nieskończonego potrzebowałem wielu lat. W życiu zawodowym zajmowałem się różnymi rzeczami – pisałem, pracowałem w telewizji, potem zabrałem się do tego, co robię obecnie, czyli między innymi do wystąpień publicznych, konsultingu, komentowania Formuły 1 i nagrywania podcastów. Każde z tych zajęć jest jednak nierozerwalnie związane z moimi doświadczeniami z F1. Z czasem zacząłem szczerze doceniać wielki przywilej, jakim była przynależność do elitarnej organizacji z kręgu F1. Niemal wszystko, czym się dzisiaj zajmuję, ma na celu dzielenie się tymi doświadczeniami z osobami, które nie miały tyle szczęścia co ja.
Cel nieskończony, który sobie wyznaczyłem, brzmi: „Robić rzeczy słuszne, robić je dobrze, pomagać jak największej liczbie ludzi, dzieląc się wiedzą”.
Uważam, że mój cel jest na tyle ogólny, by mnie nie ograniczał, a przy tym jest na tyle konkretny, by pomagał mi się skupiać na tym, co chcę osiągnąć. Stali słuchacze mojego podcastu Pitlane Life Lessons pierwszą jego część z pewnością rozpoznają. Powtarzam te słowa na koniec każdego odcinka, by podpowiedzieć im, do czego mogą dążyć w oczekiwaniu na następny. Sam staram się zawsze o tym pamiętać. „Robić rzeczy słuszne” oznacza dla mnie dążenie do podejmowania najlepszych możliwych decyzji – chcę dzień w dzień dokonywać właściwych wyborów. „Robić je dobrze” oznacza, że wszystko to, co jest dla mnie ważne, staram się robić najlepiej, jak potrafię. Drugą część mojego celu nieskończonego dodałem później. Chciałbym, by moja wiedza i doświadczenie, których miałem szczęście nabyć, mogły się przydać również innym ludziom. Ten cel nigdy nie zostanie osiągnięty, zostawia natomiast przestrzeń na innowacyjność i kreatywność w dążeniu do jego realizacji. Jest przy tym na tyle ogólny, że mogę według jego wskazań prowadzić wszystkie moje sprawy z życia zawodowego i osobistego. Dzielę się moją wiedzą, doświadczeniami, czasem i miłością, nieustannie przypominając sobie, że wykorzystuję wszystkie te zasoby w służbie temu, co jest dla mnie najważniejsze, czyli w pomaganiu ludziom. Liczę, że ta książka jest znakomitym przykładem moich działań polegających na dzieleniu się posiadaną wiedzą, której inni mogli nie mieć okazji pozyskać osobiście.
Teraz i ty możesz zacząć się zastanawiać, jak mógłby wyglądać twój cel nieskończony. Przygotuj się, że trochę to potrwa i że nieraz zmienisz zdanie, zanim ostatecznie zdecydujesz się na coś, co zwięźle ujmuje twoją życiową misję. Postaraj się z maksymalną szczerością określić, kim jesteś i kim chciałbyś być. Cel nieskończony będzie miał dodatni wpływ na twoje życie tylko pod warunkiem, że będziesz głęboko przekonany, iż pokrywa się on z obrazem człowieka, którym chcesz być. Przeskocz w myślach o kilkadziesiąt lat do przodu i zastanów się, z jakiego rodzaju życia byłbyś najbardziej dumny. Nie myśl wyłącznie o gromadzonych po drodze osiągnięciach, tylko o tym, w jaki sposób do nich dążyłeś. Czy byłbyś usatysfakcjonowany faktem, że postępowałeś zgodnie ze swoim celem nieskończonym, dałeś z siebie wszystko, ale nic nie wygrałeś? Czy byłbyś dumny z tego, jak to zrobiłeś?
Gdy wskażesz już swój cel nieskończony, zapisz go w jakimś widocznym miejscu, zrób z niego wygaszacz ekranu, wytatuuj go sobie – cokolwiek uznasz za dobry pomysł. Najważniejsze to zadbać, by o tym celu nie dało się zapomnieć. Powinien on zwięźle opisywać podróż, w którą wyruszyłeś, jej sens, a może również to, dlaczego jest ważna.
Jest to cel nieskończony, więc zawsze będziesz mógł się do niego odwołać – i to jest najważniejsze. Wszystko, co będziesz robić, powinno być zgodne z tym nadrzędnym celem. Z moich doświadczeń wynika, że taki cel bardzo ułatwia podejmowanie trudnych decyzji. Gdy stajesz przed dwoma wyborami, niejako na rozdrożu, prawdopodobnie będzie tak, że po zastanowieniu dojdziesz do wniosku, iż jeden wybór zbliża cię do twojego celu nieskończonego, a drugi nie. Jeżeli jesteś przekonany o słuszności swojego celu nieskończonego, to rozwiązanie masz podane na tacy. Pamiętaj, że możesz swój cel zmienić – a wręcz że warto regularnie go weryfikować. Jesteśmy ludźmi i się rozwijamy, zmieniamy. Dzisiaj jestem już po czterdziestce i myślę zauważalnie inaczej, niż gdy byłem dwukrotnie młodszy. W związku z tym zmieniła się również moja misja. Nie trzymaj się kurczowo swojego celu tylko dlatego, że dobrze brzmi – ma ci on służyć na tym etapie życia, na którym się akurat znajdujesz.
Pitlane Lessons. What F1 Can Teach You About Life and Work
Copyright © by Marc Priestley 2025
Foreword copyright © by Jake Humphrey 2025
Copyright © for the Polish translation by Bartek Sałbut 2026
Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo SQN 2026
Redakcja – Anna Strożek
Redakcja merytoryczna – Mikołaj Sokół
Korekta – Nicola Chwist, Sandra Popławska
Opracowanie typograficzne i skład – Joanna Pelc m
Przygotowanie wersji elektronicznej – Kasia Kotynia
Okładka – Paweł Szczepanik / BookOne.pl
Fotografia na I stronie okładki – Steven Tee / Getty Images
All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek
inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana
elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu
bez pisemnej zgody wydawcy.
Drogi Czytelniku,
niniejsza książka jest owocem pracy m.in. autora, zespołu redakcyjnego i grafików.
Prosimy, abyś uszanował ich zaangażowanie, wysiłek i czas. Nie udostępniaj jej innym, również w postaci e-booka, a cytując fragmenty, nie zmieniaj ich treści. Podawaj źródło ich pochodzenia oraz, w wypadku książek obcych, także nazwisko tłumacza.
Dziękujemy!
Ekipa Wydawnictwa SQN
Wydanie I, Kraków 2026
ISBN mobi: 9788384064870
ISBN epub: 9788384064863
Wydawnictwo SQN pragnie podziękować wszystkim, którzy wnieśli swój czas, energię i zaangażowanie w przygotowanie niniejszej książki:
Produkcja: Kamil Misiek, Joanna Pelc, Joanna Mika, Grzegorz Krzymianowski, Natalia Patorska, Katarzyna Kotynia
Design i grafika: Paweł Szczepanik, Marcin Karaś, Julia Siuda, Zuzanna Pieczyńska
Promocja: Piotr Stokłosa, Łukasz Szreniawa, Aleksandra Parzyszek, Małgorzata Folwarska, Marta Sobczyk-Ziębińska, Natalia Nowak, Magdalena Ignaciuk-Rakowska, Martyna Całusińska, Aleksandra Doligalska
Sprzedaż: Tomasz Nowiński, Małgorzata Pokrywka, Patrycja Talaga
E-commerce i IT: Tomasz Wójcik, Szymon Hagno, Marta Tabiś, Marcin Mendelski, Jan Maślanka, Anna Rasiewicz
Administracja: Monika Czekaj, Anna Bosowiec
Finanse: Karolina Żak
Zarząd: Przemysław Romański, Łukasz Kuśnierz, Michał Rędziak
www.wsqn.pl
www.sqnstore.pl
www.labotiga.pl
Okładka
Spis treści
Strony tytułowe
Przedmowa
Wprowadzenie
Rozdział 1
Strona redakcyjna
Reklama
Spis treści
