34,99 zł
Istnieją całe antologie opowieści o tym, jak zachowa się człowiek, gdy do jego świata przeniknie gra… A jeśli ludzkość już żyje w świecie, w którym gra istnieje od dobrych kilku tysięcy lat? Co, jeśli ludzie są potomkami ocalałych, którzy w krwawych zmaganiach wywalczyli sobie prawo do pozostania na własnej planecie?
Młodemu Tajlinowi Właszycowi, zwykłemu chłopakowi, nie w głowie wszystkie te wielkie sprawy. Obchodzi go tylko jedno: jak przetrwać w surowym świecie, w którym oprócz Imperatora i zaciekłych wrogów rządzi bezstronny bóg. Bóg, który oczekuje tylko jednego: by wszystko działo się zgodnie z jego wolą.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Tytuł oryginału
Алхимик. Книга 1: Город мертвых
Copyright © Wasilij Machanienko 2020
This book is published in collaboration with Magic Dome Books
Przekład
Monika Jędras
Redakcja i korekta
Marek Stankiewicz, Karolina Zelewska
Liternictwo, skład i przygotowanie do druku
Tomasz Brzozowski
Opracowanie e-wydania
Karolina Kaiser,
Copyright © for this edition
Insignis Media, Kraków 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone
ISBN 978-83-69007-13-7
Insignis Media
ul. Lubicz 17D/21–22, 31-503 Kraków
[email protected], insignis.pl
Facebook: @Wydawnictwo.Insignis
X, Instagram, TikTok: @insignis_media
Istnieją całe antologie opowieści o tym, jak zachowa się człowiek, gdy do jego świata przeniknie gra… A jeśli ludzkość już żyje w świecie, w którym gra istnieje od dobrych kilku tysięcy lat? Co, jeśli ludzie są potomkami ocalałych, którzy w krwawych zmaganiach wywalczyli sobie prawo do pozostania na własnej planecie?
Młodemu Tajlinowi Właszycowi, zwykłemu chłopakowi, nie w głowie wszystkie te wielkie sprawy. Obchodzi go tylko jedno: jak przetrwać w surowym świecie, w którym oprócz Imperatora i zaciekłych wrogów rządzi bezstronny bóg. Bóg, który oczekuje tylko jednego: by wszystko działo się zgodnie z jego wolą.
Zamieć przeszywała na wskroś, ale Rolnik-883-PR8 się nie poddawał. Uparcie zmierzał ku świątyni, zasłaniając twarz ręką. W drugiej trzymał swój bezcenny ciężar – rumianego malucha, który spał spokojnie mimo rozszalałych podmuchów zimnego wiatru. Ojciec nie martwił się o zdrowie syna – był on pod ochroną boga. Żaden śnieg, wiatr, żadna zbłąkana strzała czy zaklęcie nie mogły skrzywdzić dziecka, które nie przeszło aktywacji. Nieliczni przechodnie odwracali się ze zdumieniem. Nieczęsto widuje się w zaspach rozebranego człowieka niosącego nagie dziecko. Ich nagość przysłaniała jedynie śnieżnobiała bielizna stworzona przez boga.
– Dokąd? – Posąg strażnika przy głównej bramie ożył i ostrzegawczo wyciągnął dłoń. Jego palce rozbłysły niebieskim światłem, sygnalizując możliwość użycia zdolności bojowej.
– A-aktywacja s-syna. – W przeciwieństwie do dziecka Ósemka, bo tak wszyscy znajomi nazywali mężczyznę, doskonale czuł śnieg, wiatr i ostre, lodowate kamienie pod bosymi stopami. Poziom jego tarczy miał już zaledwie 10 jednostek i z każdą minutą spadał o kolejną. Mimo to musiał zdążyć!
– Dostęp potwierdzony. Przejście otwarte. – Palce strażnika przestały emitować światło, a on sam odsunął się na bok, znów zastygając w bezruchu. Bóg zawsze samodzielnie strzeże swych świątyń, nie powierza tego zadania ludziom.
Mężczyzna wszedł do środka na zesztywniałych nogach. Był tu czterokrotnie. Raz w dzieciństwie, kiedy przyniesiono go na aktywację. Jego rodzice nie byli bogaci i nie mogli kupić trzeciemu synowi bonusu do udanego rzutu. I, szczerze mówiąc, nawet nie zamierzali. Wszystkie pieniądze poszły na najstarszego, który zginął rok przed narodzinami Ósemki. Rzut był nieudany – poniżej 20. Dziecku nie pozwolono wybrać nawet imienia, pozostawiając losowo wygenerowany ciąg znaków. Ponad połowa mieszkańców miasteczka Kulmart nosiła takie przypadkowe imiona.
Potem jeszcze trzy razy przychodził tu z żoną, przynosząc starsze dzieci. Trzykrotnie kupował im +5 do rzutu. Najstarszy wyrzucił 13 i został łowcą. Zginął po dziesięciu latach w trakcie polowania na dziki w pobliskim lesie. Obie córki wyrzuciły po 45, co razem z bonusem dawało szansę na dobre parametry, lecz wtedy doszło do najazdu. Nieoczekiwanego, nie do przewidzenia. Do Kulmartu przybyły zielone liksy Ringolda i uprowadziły wszystkie dziewczynki, które przeszły inicjację. Zanim wojsko barona dotarło do miasteczka, było już po wszystkim – liksy zniknęły w portalu razem ze swoją zdobyczą. Rozpacz Czterdziestki Piątki, żony Ósemki, nie trwała jednak długo – bóg obdarzył ją kolejną ciążą jeszcze tego samego wieczoru. Lecz tym razem pokazał swoją mroczną stronę – kobieta nie miała szczęścia i zmarła przy porodzie, mimo że szanse na to wynosiły zaledwie 2%. W ten sposób Ósemka został sam z synem. Nie załamał się. Imał się każdej pracy, która mogła przynieść choć odrobinę złota, niekiedy zostawiając dziecko samo na tygodnie. Nie martwił się o nie – słudzy boga dbali o dzieci, karmili je i pielęgnowali. Ósemka odmawiał sobie wszystkiego. Sprzedał dom i całą swoją odzież, ale dzięki temu uzbierał sumę dla siebie wręcz niewyobrażalną – 102 sztuki złota. I oto był tutaj, przed ołtarzem, zdeterminowany, by zrobić dla swojego syna wszystko, co tylko możliwe.
– Witaj w murach świątyni, Rolniku-883-PR8. Co cię sprowadza? – rzekł bóg beznamiętnie. Ósemka się wzdrygnął. Pozbawiony emocji głos przyprawiał o ciarki, budził pragnienie, by paść na kolana i się pokłonić. Ale teraz nie wolno mu tego zrobić; nie będzie błogosławieństwa. Ma inne zadanie.
– Aktywacja syna. – Ósemka wyciągnął naprzód rocznego brzdąca. Pojawiły się giętkie srebrne węże, które oplotły delikatnie dziecko i przeciągnęły je ku migoczącej zasłonie przy ścianie. Ludzie nazywali ją okiem boga.
– Wniosek o aktywację zatwierdzony. Czy chcesz zmienić dane początkowe?
– Tak – potwierdził stanowczo Ósemka. – Oddaję całe złoto za bonus i…
Zawahał się. Wypowiedzenie na głos własnych myśli okazało się wcale nie takie proste. Gdy ćwiczył w domu, bez trudu wypowiadał życzenie. Tutaj, przed obliczem boga, Ósemka się speszył. Kim on jest, żeby prosić?
– Pobrano 102 sztuki złota z twojego konta. Aktualny bonus: +10. Czy chcesz zmienić dane początkowe?
– Oddaję życie za syna! – wypalił Ósemka, zdobywszy się na odwagę. Jego ciało zadrżało, lecz nie z zimna. To był strach. Właśnie skazał się na pewną śmierć.
– Oferta przyjęta, przetwarzanie w toku. Uwaga! Wymagane potwierdzenie. Składając siebie w ofierze na rzecz niezainicjowanego dziecka, nie tylko przekażesz mu dodatkowe punkty bonusowe, ale także stworzysz potwora, którego głównym życiowym celem będzie zabicie tego dziecka.
Ósemka o tym nie słyszał. O tym, że może poświęcić swoje bezwartościowe życie, także dowiedział się całkiem niedawno. W trakcie oprawiania zwierząt przypadkiem podsłuchał rozmowę dwóch kupców, którzy nie wiadomo jak trafili do ich zapadłej dziury. Jeden z nich chwalił się, że kupił dla syna dwie ofiary, płacąc ich rodzinom okrągłą sumę. Dzięki temu znacząco zwiększył początkowe szanse dziecka. Ósemce spodobał się ten pomysł. Nie mógł kupić niewolników, ale mógł oddać synowi siebie. Zrobić wszystko, co tylko możliwe, by nie skazywać go na życie, w którym sam ugrzązł. Nawet jeśli ceną była śmierć. O potworze nie wiedział, ale nie zdołało go to odwieść od obranej drogi. Skoro ma być potwór – niech będzie potwór! Jego syn sobie poradzi!
– Potwierdzam! – powiedział i nacisnął zielony prostokąt przed oczami. Kiedy bóg żądał potwierdzenia, nie zadowalał się samymi słowami. Wymagał działania.
– Życie Rolnika-883-PR8 wyceniono na +22 do bonusu. Aktualny bonus: +32. Przyjęto ustawienia początkowe, wygenerowano potwora. Trwa rzut. Rolnik-883-GGN43 wyrzucił 71. Zastosowano bonusy. Uwaga! Rolnik-883-GGN43 został przemianowany na: Tajlin Właszyc. Uwaga! Rzut Tajlina Właszyca przekroczył 100. Trwa aktywacja many. Powiadomiono zarządcę osady. Tajlin zostaje zwolniony z podatku do szesnastego roku życia. Od szesnastego do dwudziestego pierwszego roku życia jego podatek będzie wynosił jeden kryształ rocznie. Od dwudziestego pierwszego roku życia wysokość podatku zostanie skorygowana zgodnie z osiągnięciami. Proces aktywacji Tajlina Właszyca zakończony.
Ósemka już tego nie słyszał. Jego ciało zamieniło się w ciemny pył i rozsypało po podłodze, wsiąknąwszy w nią natychmiast. Zrobił dla syna wszystko, co mógł. Tymczasem gdzieś w głębinach Czarnej Góry czarny liks otworzył wszystkie swoje oczy. Matka oddaliła się, zostawiając młode samo. Jeśli jest silne – przeżyje. Jeśli nie… Dziesiątka jego rodzeństwa też potrzebuje jedzenia. Zanim samica opuściła to miejsce, spojrzała na ostatnie młode i wyszczerzyła zęby. Wiedziała, które z jej dzieci wyjdzie z jaskini narodzin. Pod paskiem życia nowego malucha znajdował się pasek many. Pierwszy wśród czarnych liksów.
Znalazłeś Powój polny (32).
Tajlin Właszyc uśmiechnął się z zadowoleniem, wkładając kwiat do torby. Bóg mu dziś sprzyja! Rzadko się zdarzało, by jednego dnia znalazł więcej niż 5 kwiatów, a teraz wystarczyło ledwie pół dnia i już miał 32 rośliny. Pani Walanil ucieszy się z takiej zdobyczy. Jeśli do wieczora znajdzie jeszcze 8 Powojów, zarobi 4 srebrne monety! Dla dziesięciolatka to prawdziwy majątek.
Chłopiec po raz kolejny pochwalił się w duchu za odwagę i zaradność. Jednak dobrze zrobił, że zdecydował się przeszukać ruiny. Zwykle dorośli niechętnie patrzyli na to, żeby dzieci włóczyły się po zniszczonym mieście Pradawnych, ale opiekun Tajlina miał go gdzieś. Boskie prawa zabraniały wysyłać człowieka z paskiem many do prac fizycznych, a zarządca miasta nie zamierzał rozwijać darmozjada ani podnosić jego poziomu. Dość, że daje Tajlinowi dach nad głową i go karmi.
Przez długi czas chłopiec włóczył się po ulicach i nie wiedział, czym się zająć. Wszyscy jego koledzy pracowali na polach, pozyskiwali drewno albo łupali kamień, mając przynajmniej jedną klasę, lecz Tajlin nie mógł sobie na to pozwolić. Pan Isor, jego opiekun i jednocześnie zarządca osady, oświadczył, że skarbiec miasta nie udźwignie wydatku 1000 sztuk złota na rozwój „pasożyta i nieroba”. Bóg obdarzał dzieci bez many losową klasą roboczą, gdy te osiągały wiek sześciu lat. Tajlinowi zaś przyszło czekać aż do ukończenia dwunastego roku życia, by dopiero wówczas stanąć przed bogiem i dowiedzieć się, jaką klasę mu przeznaczono.
Tylko pani Walanil, miejscowa zielarka, zlitowała się nad chłopcem. Nie mogła nauczyć go Umiejętności Zielarstwo, ale mogła narysować potrzebne kwiaty i wyjaśnić, gdzie rosną. Tym sposobem Tajlin został zielarzem bez Umiejętności. Pełzał na brzuchu po polach i skrupulatnie porównywał każdy kwiat z rysunkami. Dookoła miasta było spokojnie – strażnicy dawno już wybili wszystkie potwory i Tajlinowi nic nie groziło. Zielarka płaciła 1 srebrną monetę za 10 kwiatów, co dla niego było prawdziwym cudem. Nie miał własnych wydatków, wszystko zapewniał mu zrzędliwy Isor, więc przez dwa lata pracy chłopiec uzbierał dość srebra, by kupić sobie jedno boskie złoto. Kiedyś zdobędzie się na odwagę, pójdzie do świątyni i to zrobi!
Tego dnia Tajlin postanowił przejść się do starych ruin Pradawnych, położonych z dala od miasta. Był to teren zakazany, dlatego wszystkie dzieciaki, kiedy tylko kończyły sześć lat, od razu wyruszały do ruin, by zdobyć swój „kamień męstwa” – dowód na to, że są już dorosłe i mogą pracować na rzecz miasta. Dorośli martwili się o nie, ale gdy tylko odnajdywali wzrokiem własny kamień na półce, milkli. Ta tradycja miała ponad 1000 lat i nikt nie zamierzał jej przerywać.
On także miał swój kamień. Leżał w pokoju, na pustej półce, bo to było jedyne świadectwo jego odwagi. Nie miał broni, łupu ani pierwszego wydobytego surowca. Nawet kwiatów, które zrywał dla pani Walanil, nie dało się przechowywać na półce – dopóki nie odblokuje Zielarstwa, rośliny nie będą uznawane za prawdziwy łup.
Tajlin westchnął ciężko i ruszył dalej, wspinając się wyżej i wyżej. Zgodnie z notatką Powój polny rósł w słońcu, przebijając się między kamieniami, i miał trzy jasnoczerwone płatki. Wszystko, co nie miało takiego koloru, to niebezpieczny Szark jadowity. Pani Walanil kategorycznie zabroniła mu dotykać tych kwiatów, pokazując konsekwencję nieostrożnego obchodzenia się z nimi – rozległe oparzenie, którego doznała dawno temu, gdy była dzieckiem. Szark pokiereszował ją nawet mimo ochrony.
Tajlin wdrapał się na wysoką grań i nie znalazłszy tam ani jednego kwiatu, postanowił odpocząć. Wyświetlił swoje statystyki. Gdy patrzył na półprzezroczyste okno, które ukazało się jego oczom, z jakiegoś powodu zaczynał czuć spokój.
Tabela statusu
Ogólne informacje postaci
Tajlin Właszyc
Klasa: brak
Poziom
1
Wiek
10
Roczny podatek (kryształy)
1 (od 16 roku życia)
Monety
0
Złoto
0
Podstawowe parametry
Poziom tarczy
60
Poziom many
60
Siła ataku fizycznego
14
Siła ataku magicznego
16
Umiejętności
Brak
Jego statystyki były skromne, a wartości należały do najniższych spośród wszystkich sześciolatków w mieście. Tajlin nic nie mógł na to poradzić.
Najważniejsze pozycje w jego tabeli miały wartość 1: poziom i roczny podatek. O ile z poziomem sprawa była mniej więcej jasna (podnosił się wyłącznie po dokonaniu czegoś naprawdę wyjątkowego, na przykład po dostaniu się do Akademii Magii albo wykonaniu zadania od boga, jeśli ten raczył zstąpić i owo zadanie przydzielić), o tyle z podatkiem nie było już tak łatwo. Podatek płacili wszyscy ludzie powyżej szesnastego roku życia – zarówno chłopi bez rodowodu, jak i sam Imperator; niech żyje w zdrowiu długie lata. Kryształy wydobywano głęboko w kopalniach Pradawnych, a za ich pozyskiwanie odpowiadali najbardziej szanowani mieszkańcy kraju – górnicy. Być górnikiem znaczy żyć dostatnio. Znaczy mieć wszystko! Tajlin bardzo się martwił, że nie będzie mu dane zostać wydobywcą kryształów – dla ludzi z maną ta droga była zamknięta. Wszystkie kryształy trafiały do stolicy, a Imperator osobiście składał bogu daninę za każdego swego poddanego.
Czym są Monety – nikt nie wiedział. A przynajmniej nawet wśród dzieciaków nikt o tym nie plotkował. Złoto – owszem, było czymś, co można wymienić w świątyni boga na 200 sztuk srebra i nie martwić się, że ktoś ukradnie twoje skarby.
Poziom tarczy wskazywał wartość osobistej ochrony. Istniała ona wokół każdego człowieka. Była darem od boga otrzymywanym przy narodzinach i wzrastała o 1 jednostkę wraz z każdym minionym rokiem. Powiadano, że poziom tarczy jest uzależniony również od ogólnego poziomu, lecz w mieście było zbyt mało ludzi o odpowiednich statystykach, by to sprawdzić. Pani Walanil, posiadaczka aż 12 poziomu, obiecała porozmawiać o tym z Tajlinem, gdy ten skończy dwanaście lat i otrzyma swoją klasę.
Poziom many w pewnym sensie przypominał poziom tarczy. On także wzrastał z każdym rokiem, tyle że Tajlin nie mógł z niego korzystać. Bez specjalnych umiejętności mana była bezużyteczna, podobnie jak zależna od niej Siła ataku magicznego. Chłopiec w ogóle nie wiedział, co to takiego. Pan Isor, jedyny dorosły posiadacz many, kategorycznie odmówił rozmowy na ten temat. Był jeszcze jeden szczęśliwiec z maną – Dort, syn pana Isora; o rok starszy od Tajlina, miał już Umiejętność Rysownik. Na to miasto najwyraźniej znalazło pieniądze. Choćby nie wiadomo jak się starał, Tajlin nie potrafił nazywać Dorta „panem”. Był to bowiem drobny, cherlawy typ, wykapany pan Isor z czasów młodości. Trzy lata temu ktoś pobił Dorta, gdy ten znęcał się nad bezbronnym psem, na co pan Isor bardzo się rozgniewał. Przydzielił synowi dwóch rosłych osiłków, marzących o karierze w miejskiej straży. Trzynastoletnie wówczas dryblasy dostały jasny rozkaz: chronić ukochanego Dorta przed wszelkimi wrogami. Po sześciu miesiącach Dortowi odbiło od tej bezkarności i cała dzieciarnia znalazła się pod jego całkowitą kontrolą. Tajlin też. Co tydzień musiał płacić pełnego srebrniaka, bo inaczej jego grzbiet poznałby smak pałki. Było to nie tylko bolesne, ale i niebezpieczne. Z każdym rokiem strażnicy stawali się coraz silniejsi i, nie daj bóg, przypadkiem zniszczą osobistą tarczę, czyniąc człowieka bezbronnym wobec zagrożeń tego świata. Dużo z tym potem zachodu… Trzeba iść do świątyni i błagać boga o łaskę. Albo wypić eliksir. Tylko skąd go wziąć na takim odludziu?
Gdyby choć jego Siła ataku fizycznego, czyli ostatni z parametrów, była wysoka, Tajlin spróbowałby się postawić. Wartość ta wskazywała, jak mocno mógł uderzyć gołymi pięściami. Gdyby miał pałkę, statystyki broni zwiększyłyby jego Siłę ataku, lecz kto da „darmozjadowi bez rodowodu” prawdziwy oręż?
Nagle Tajlin znieruchomiał, usłyszawszy rumor spadających kamieni. Miasto Pradawnych było już od dawna przeczesane wzdłuż i wszerz, mimo to wciąż trafiali się dziwacy, którzy wierzyli, że to właśnie im się poszczęści i znajdą coś cennego.
– Ostrożnie! – rozległ się niezadowolony głos Dorta. Tajlin wcisnął się między kamienie, próbując się w nie wtopić i stać się niewidoczny. Szczęście, że wspiął się tak wysoko. Syn zarządcy nigdy nie chodził sam, a jeśli jego strażnicy przyłapią Tajlina, na pewno go pobiją. Ot tak, żeby nie szpiegował. I jeszcze zabiorą mu kwiaty! Nie, musi być cicho, może się uda.
– Co on by tu robił? – zapytał Meron, jeden ze strażników. Głos szesnastolatka dopiero co zaczął mutować, co czyniło go nad wyraz rozpoznawalnym.
– Nie nasza sprawa – warknął Dort, a Tajlin wstrzymał oddech. Zazwyczaj syn zarządcy był uprzejmy wobec swoich, ale teraz wydarzyło się coś, co go zdenerwowało. A to budziło niewiarygodną wręcz ciekawość Tajlina, przyczajonego wśród kamieni.
– Hej, gówniarze, tutaj jestem! – To był głos dorosłego. Tajlin uniósł głowę, ryzykując zdemaskowaniem. Trochę poniżej jego kryjówki stał mężczyzna. W mieście mieszkało wielu ludzi, ale to na pewno nie był żaden z nich – obcy nosił ubranie z bonusami. Takie mieli tylko pan Isor i pani Walanil, lecz głos należał do kogoś innego. W Tajlinie wszystko zamarło – przybysz w ich dolinie! Co on tu robi? Czy zarządca o tym wie?
Twarz nieznajomego była ukryta pod kapturem. Wkrótce pojawił się też Dort, siedzący na plecach Merona. Samodzielne chodzenie po kamieniach najwyraźniej było niegodne wielkiego syna zarządcy. Osiłek ślizgał się po skałach, wywołując niezadowolenie swojego pana.
– Umawialiśmy się, że będziesz sam! – powiedział mężczyzna szorstko. Dort niechętnie zsunął się na ziemię i gestem nakazał Meronowi zejść niżej. Dryblas się nie sprzeciwiał i potulnie wykonał polecenie.
– Przyniosłeś?
– Ojciec powiedział, żebyś najpierw pokazał towar – zaparł się Dort. – Tak się umawialiśmy.
– No to patrz. – Nieznajomy rozchylił płaszcz, a Dort aż westchnął. Ciekawość Tajlina wzrosła kilkukrotnie. – Wystarczy?
– T-tak. – Syn zarządcy zaczął się jąkać. – I-ile tego masz?
– Wystarczająco. Co z kryształami? Ile przyniosłeś?
– P-pięć. O, p-popatrz.
Oczy Tajlina zrobiły się wielkie jak spodki, gdy przestrzeń została rozświetlona ciepłą, niebieskawą poświatą. Dort trzymał w dłoniach jej źródło – półprzezroczysty kryształ. Przedmiot, którego posiadanie było najsurowiej zakazane, uznawane za zdradę i karane śmiercią bez prawa łaski.
– Tylko tyle? – W głosie przybysza pobrzmiewało niezadowolenie. – Czemu tak mało?
– Ś-ścisła ewidencja. – Dort próbował się usprawiedliwiać, ale nieznajomy przerwał mu ostro.
– Umawialiśmy się na dziesięć!
– Kolejne p-pięć będzie za miesiąc.
– To wtedy dostaniecie towar! A te kryształy zabieram.
– Co?! Nie! – oburzył się Dort, chowając kryształy do kieszeni, lecz w tej samej chwili ręka mężczyzny wystrzeliła naprzód i wokół szyi chłopca owinęła się lina. Drugi jej koniec trzymał nieznajomy. Szarpnięciem przyciągnął Dorta do siebie. Ten zacharczał, pozbawiony powietrza. Błysnęło zimne ostrze.
– Albo oddasz je dobrowolnie, albo zabiorę je z twojego trupa. – Ciężki głos nie wróżył nic dobrego. Ostrze noża przesunęło się po nodze Dorta, pozostawiając długą, krwawą smugę. Cała jego ochrona została zniszczona jednym ruchem. Dort zawył jak zarzynany prosiak i zaczął się szarpać, lecz mężczyzna pewnie trzymał swoją zdobycz.
– Daję ci pięć sekund, żeby… Co to?! Przyprowadziłeś za sobą ogon?!
Tajlinowi serce podeszło do gardła. Próbując zobaczyć jak najwięcej, przesunął się nieco do przodu i przypadkiem strącił kamyk. Mały, zupełnie niepozorny, ale gdy spadał, narobił hałasu niczym potężny głaz. Nieznajomy odwrócił się, a Tajlin aż czknął ze strachu; zauważyli go. Mężczyzna szarpnięciem przyciągnął Dorta do siebie i warknął mu prosto w twarz:
– Kryształy! Natychmiast!
Syn zarządcy zapiszczał niewyraźnie i niebieskie światło znów rozświetliło przestrzeń. Nieznajomy zgarnął kryształy i zacisnął pięść. Rozległ się trzask, a ciało Dorta zaczęło drgać w agonii. Mężczyzna odrzucił je na bok, nawet się nie fatygując, by sprawdzić jego ekwipunek, po czym pobiegł w górę. Nie mógł pozwolić na to, by ktokolwiek go tu zobaczył. Z osiłkiem, który przyszedł razem z synalkiem zarządcy, rozprawi się później. Teraz należało rozwiązać kwestię szpiega.
Wrzuciwszy kryształy do ekwipunku, ruszył między kamienie. Bicz był przygotowany do pochwycenia każdego przeciwnika, ale nikogo tam nie było. Nieznajomy wskoczył na grań, rozejrzał się i cicho zaklął – ktoś musiał tutaj leżeć, i to całkiem niedawno. Choć sam nie posiadał żadnych Umiejętności Tropiciela, nie były mu potrzebne, żeby odgadnąć, dokąd udał się szpieg. Pomknął w głąb martwego miasta, a on musi go dogonić!
Tajlin pędził na oślep. Przed oczami wciąż miał Dorta, leżącego na kamieniach jak połamana kukła. Z tyłu rozległ się świst i chłopiec schował głowę w ramionach. W samą porę! Gdzieś nad nim głośno trzasnęło i wzbiła się chmura kamiennego pyłu. Koniec magicznej liny prześladowcy łupnął w kamienie, pozostawiając głęboką bruzdę. Gdyby trafił odrobinę niżej…
Chłopak nigdy w życiu tak się nie bał. Rozum go opuścił, a on stał się małym zwierzęciem walczącym o życie. Poślizgnął się i rozciągnął na kamieniach. Kolejny świst. Trzepnęło tuż nad jego głową, kolejna eksplozja kamiennego pyłu. Wróg był bardzo blisko. Niemal na wyciągnięcie ręki.
– Stać! – ryknął tamten wyraźnie, jakby znad ucha Tajlina. Oszalały ze strachu chłopiec rzucił się w stronę kolczastych krzewów, a dłoń mężczyzny pochwyciła tylko powietrze. Nieznajomy, zakląwszy, rozwinął bicz na nowo. Ten cios na pewno będzie ostatni! Dzieciak, który ze zwinnością jaszczurki wymyka mu się z rąk, zostanie zniszczony. Nikt nie może wiedzieć, że był tu handlarz kryształów.
Bicz wystrzelił ku ofierze i… znów przeciął jedynie nicość.
Tajlin widział tylko to, co miał przed oczami. Widzenie peryferyjne zniknęło. Dźwięki zniknęły. Poczucie świata zniknęło. Strach całkowicie przejął kontrolę nad ciałem, odcinając wszelkie inne odczucia. Byle biec. Byle przed siebie. Byle…
Teren za kolczastymi krzakami wyglądał dość stabilnie. Pozory. Tajlin nie postąpił nawet dwóch kroków, a już poczuł, jak kamienie uciekają mu spod nóg. Strach nie pozwolił zamachać rękami, zmuszając ciało do nieustannego biegu, choć z przodu nie było już nic. Pojawiła się pustka i Tajlin runął prosto w nią. Nad jego głową znowu trzasnęła magiczna lina, ale on już tego nie zarejestrował.
Leciał w dół, w ciemność, w nieznane.
Uderzenie niemal pozbawiło go tchu. Zakręciło mu się w głowie, przed oczami zatańczyły gwiazdy, ale tarcza wytrzymała. Tajlin spadł na ziemny nasyp i stoczył się niżej. Rozbudzony strachem umysł wciąż kazał mu biec i gdy nadarzył się moment, po kolejnym fikołku chłopiec zerwał się na nogi. Pędził szybciej i szybciej w dół, nie rozpoznawał drogi i ledwie nadążał przebierać nogami. Jedna myśl wypełniała całą jego świadomość – znaleźć się jak najdalej od tego strasznego człowieka. Tego, który zabił Dorta.
To strach uratował Tajlinowi życie. Nie kontrolował biegu, nie patrzył, gdzie stawia stopy, nie zdawał sobie sprawy, że gna z prędkością rączego konia. Po prostu biegł naprzód. Nasyp się skończył i jego nogi same zaczęły przeskakiwać po kamieniach, z jednego na drugi. Skąpe światło wpadające przez wyrwę zupełnie wystarczało, by jego umysł rejestrował zarysy głazów. Stopniowo zwalniał i wraz z ostatnim skokiem Tajlin dopadł chropowatej kamiennej ściany. Dostrzegłszy niewielką poświatę, wślizgnął się jak wąż do wnęki i znieruchomiał. Cały się trząsł. Chciał głośno zaczerpnąć powietrza, lecz strach przeszedł w kolejną fazę: z trybu „uciekaj” na „zastygnij”. Przez niedostatek tlenu zakręciło mu się w głowie, lecz wytrwał, starając się łapać oddech tylko od czasu do czasu. Kiedy cień nieznajomego przysłonił światło słoneczne, Tajlin przestał oddychać. Musiał udawać martwego!
Handlarz kryształów ostrożnie podszedł do szczeliny. Co za pech! Te stare miasta doprowadzały go do szału. Tu i ówdzie trafiały się takie sztolnie. Przez tysiące lat, które minęły od zniknięcia Pradawnych, ich budowle się rozpadły. Zgniło wszystko, co mogło zgnić, nawet żelazo. Zostały tylko kamienie i zadziwiające konstrukcje, w których Pradawni łączyli kamień i stal, tworząc chropowate bryły wokół żelaznych prętów.
Wszystko, co po nich zostało, to rzadkie przedmioty darowane przez boga, zdolne przetrwać milenia.
Mężczyzna nasłuchiwał – cisza. Przytwierdził linę do najbliższych kamieni i ostrożnie doczołgał się do samej krawędzi wyrwy. Wysoko! Pięć pięter, nie mniej. Chłopak na pewno się roztrzaskał. Ciała co prawda nie widać, ale musiało się potoczyć dalej, gdzieś pod kamienie. Jednak handlarz kryształów nie dożyłby swoich lat w dobrym zdrowiu, gdyby pozwalał sobie na wątpliwości. Wątpliwości należało rozwiewać – świadek nie mógł zostać przy życiu. Szarpnął linę, upewnił się, że jest porządnie umocowana, zrzucił jeden jej koniec w dół, przewiesił się przez krawędź i zaczął schodzić. Trzeba znaleźć dzieciaka.
Tajlin patrzył na schodzącego zabójcę jak sparaliżowany. Zrobił wszystko, co mógł – uciekł, ukrył się, prawie umarł, ale to wciąż za mało. Wróg nadchodził. Szedł po niego. Szedł, by przerwać życie nic niewartego pasożyta, jak zwykł go nazywać pan Isor. Tajlin wcisnął się jeszcze głębiej w swoją wnękę, ale przystanął, nie pozwalając, by dziwna poświata wydostała się na zewnątrz. To pewnie jakieś grzyby. Trzeba je strącić, inaczej wskażą zabójcy jego kryjówkę. Wyginając się nieludzko, Tajlin przymierzał się do kopniaka w zdradliwie świecące kapelusze, lecz zamarł.
Nie było żadnych grzybów.
Zamiast tego na ziemi leżały trzy dziwne świecące przedmioty. Dary boga! Jeden przypominał torbę – taką jak ta należąca do pani Walanil, tyle że ten egzemplarz miał więcej przegródek i kieszeni. Drugi przedmiot był wygiętym metalowym urządzeniem z przyciskiem. Tajlin nigdy wcześniej czegoś takiego nie widział. Podobnie jak trzeciego – prostokąta, na którym można było coś nacisnąć. Jego ręce same wyciągnęły się do przodu, zgarniając zdobycz, gdy nagle pojawiły się komunikaty:
Znalazłeś miejsce śmierci Lavra Nalina, człowiek – poziom 23. Otrzymano wirtualny ekwipunek na 36 slotów. Otrzymano pistolet promieniowy KORT-II. Otrzymano nagranie „Ostatnie słowo”.
Tajlina zmroziło – Pradawny! To był grób Pradawnego, a on, głupi smarkacz, właśnie go splądrował! Teraz spadną na niego tysiące nieszczęść, a bóg odwróci wzrok od przeklętego… Choć przecież już go odwrócił. Co może być gorsze od zabójcy, który zbliżał się, spuszczając się po linie? Dotarł już do nasypu i wypatrywał jego śladów. Tajlin przełknął ślinę i ze strachu przycisnął ręce do siebie. Poczuł skurcz w brzuchu. Niespodziewanie bóg znów postanowił do niego przemówić:
Chcesz zintegrować wirtualny ekwipunek?
Znajome prostokątne przyciski rozbłysły, a on nacisnął „Tak”. Coś się zmieniło. Obok ikony otwierającej Tabelę statusu pojawiła się nowa – po jej wybraniu bóg otworzył duże pole z komórkami. Zdumiewające, ale dało mu to do zrozumienia, że nikt się od niego nie odwrócił. Bóg wciąż był przy nim mimo znalezionego grobu. Wszyscy chłopcy, którzy szeptali o Pradawnych, byli bajkopisarzami! Nie ma za to kary!
Tajlin chwycił wygięte urządzenie nieco pewniej. Przycisku dało się użyć tylko w jednej konfiguracji, lecz gdy złapał je odpowiednio, urządzenie zaczęło się zmieniać w jego dłoniach.
Trwa adaptacja KORT-II do nowego użytkownika.
Zaskoczony Tajlin krzyknął z przerażenia.
– A więc tu jesteś! – rzucił nieznajomy z zadowoleniem. – Twardy z ciebie zawodnik, co?
Tajlin odwrócił się i jeszcze mocniej wcisnął w szczelinę. Strach znów go paraliżował. Nie co dzień przerażający morderca chce cię rozgnieść jak parszywego karalucha. Chłopiec wystawił ręce przed siebie niczym tarczę i zaczął drżeć.
Używanie bicza było niewygodne, ale handlarz kryształów nawet nie musiał tego robić. Miał dzieciaka jak na dłoni. Samego, bezbronnego, ściskającego…
– Ej, co tam masz? – zdziwił się. – Skąd to wziąłeś?
Bez wątpienia to było coś ze świata Pradawnych. Na targu Zariły pójdzie za 100 sztuk złota, może nawet więcej. Dobrze zrobił, że tu zszedł. Zdobył 5 kryształów, a zaraz przygarnie to tajemnicze urządzenie. Świetny dzień, trzeba będzie go uczcić porządną butelką czegoś mocniejszego.
Przez mgłę strachu Tajlin dostrzegał, jak nieznajomy podchodzi coraz bliżej i bliżej. Przeklinał moment, w którym postanowił wyprawić się do ruin po kwiaty; moment, w którym spod jego stóp usunął się tamten zdradliwy kamień; moment, w którym on sam runął do dziury. Marzył jedynie o tym, by znaleźć się w domu, obok pana Isora, wysłuchując kolejnej połajanki. Tak swojsko, tak znajomo.
Mężczyzna wyciągnął rękę, a Tajlin skulił się, zamykając oczy. To koniec.
Krótki okrzyk bólu i w jaskini zapadła cisza.
Nawet przez mocno zaciśnięte powieki Tajlin widział komunikaty wysyłane mu przez boga.
Zabiłeś Elassa Dzinga, człowiek – poziom 4. Uwaga! Urządzenie KORT-II uznano za podlegające utylizacji. Pistolet promieniowy KORT-II został wycofany z obiegu.
Otrzymano rekompensatę za wycofany przedmiot: przechodzisz inicjację początkową i otrzymujesz specjalizację towarzyszącą. Trwa analiza aktywności człowieka: Tajlin Właszyc i jego przedmiotów. Wykryto 3 zwoje alchemiczne. Trwa generowanie klasy …
Twoja nowa klasa: Alchemik. Odblokowano specjalizację towarzyszącą: Alchemia.
Ciało Tajlina wygięło się, targane dzikim bólem. Chciał krzyczeć, lecz oddech i krzyk ugrzęzły mu gdzieś w gardle. Runął na kamienie, miotając się w konwulsjach. Z ust pociekła mu piana, oczy się otworzyły, jakby zaraz miały wyskoczyć z oczodołów. Ciemność, która nadeszła po wieczności, przyniosła Tajlinowi upragnioną ulgę, ale jego ciało długo jeszcze drgało, gdy przechodził wstępną inicjację. Tajlin Właszyc stawał się właśnie pełnoprawnym mieszkańcem tego świata.
Świata, do którego kilka tysięcy lat temu przyszła Gra.
