Droga Szamana. Etap 1: Początek - Wasilij Machanienko - ebook
Opis

Numer jeden na liście najpopularniejszych e-booków w Rosji! Wyjątkowa powieść fantasy nowego gatunku LitRPG.

Barliona. Wirtualny świat pełen potworów, walk, przygód, tajemnic i graczy spragnionych tego, co w prawdziwym życiu niedostępne: elfów i magii, krasnoludów i gnomów, smoków i księżniczek oraz niezapomnianych konfrontacji.

Gracze Barliony pozostają online całymi miesiącami; zamknięci w podtrzymujących funkcje życiowe kapsułach, nie wracają do realu, ścigając się z innymi w levelowaniu postaci i zdobywaniu kolejnych osiągnięć. W Barlionie prawie wszystko jest dozwolone, a gracze nie odczuwają bólu i cierpienia. Tak działają filtry doznań: każdy cios, potknięcie, rana odbierane są przez graczy tak, jakby rozgrywały się na ekranie monitora: zupełnie bez bólu.

Ale od każdej zasady są wyjątki. Istnieje grupa graczy, dla których Barliona zamieniła się w piekło. To przestępcy, zesłani tam w ramach odbywania kary – ich filtry doznań są wyłączone. Odczuwają wszystko tak, jak w najprawdziwszym realu.

Główny bohater został skazany na osiem lat więzienia za nieumyślnie popełnione przestępstwo. W ramach kary osadzono go w jednej z barliońskich kopalni i przydzielono mu postać Szamana, jedną z najmniej popularnych klas. Ma wyzerowane statystyki. Nie zna reguł dotyczączych życia więźniów – ich świat w Barlionie wygląda zgoła inaczej niż świat wolnych graczy.

Czy uda mu się przetrwać? Czy poradzi sobie z panującymi w wirtualnych więzieniach złem i przemocą?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 417

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału Путь Шамана. Книга 1. Квест на выживание

Copyright © W. Machanienko 2015

This book is published in collaboration with Magic Dome Books.

Grafiki na okładce © W. Manjuchin 2015

Przekład z języka rosyjskiego Gabriela Sitkiewicz, Joanna Darda-Gramatyka

Redakcja Tomasz Brzozowski, Dominika Rychel

Korekta Julia Diduch, Marcin Piątek

Skład i adaptacja okładki Tomasz Brzozowski

Konwersja do wersji elektronicznej Aleksandra Pieńkosz

Copyright © for this edition Insignis Media, Kraków 2018. Wszelkie prawa zastrzeżone.

ISBN pełnej wersji 978-83-66071-11-7

Insignis Media ul. Lubicz 17D/21–22, 31-503 Kraków tel. +48 (12) 636 01 [email protected], www.insignis.pl

facebook.com/Wydawnictwo.Insignis

twitter.com/insignis_media (@insignis_media)

instagram.com/insignis_media (@insignis_media)

Snapchat: insignis_media

ROZDZIAŁ 1

WSTĘP

…uznać oskarżonego Dmitrija Machana winnym włamania do programu zarządzającego miejską siecią kanalizacyjną, które to włamanie doprowadziło do zatrzymania systemu, i skazać go na pobyt w kapsule więziennej oraz na wydobywanie zasobów przez okres 8 lat, zgodnie z artykułem 637 paragraf 13 Kodeksu wykroczeń. Miejsce odbycia kary zostanie wyznaczone przez system w trybie automatycznym. W wypadku spełnienia przez oskarżonego warunków przewidzianych artykułem 78 paragraf 24 Kodeksu wykroczeń będzie on miał możliwość przejścia do ogólnego świata Gry. Sąd nadaje oskarżonemu rasę Człowiek, klasę Szaman, specjalizację podstawową Jubiler. Filtry doznań zostają wyłączone na cały okres przebywania w kapsule. Przedterminowe zwolnienie jest możliwe w wypadku uiszczenia przez oskarżonego kwoty w wysokości stu milionów Złotych Monet. Wyrok jest ostateczny i nie podlega zaskarżeniu.

Mówią, że Bóg jest Prawdą. Nie wiem, może tak właśnie jest, nie sprawdzałem, kłócić się nie będę. Ale prawdą jest, że wszystkie spory to zło, a nawet zło do kwadratu. I to jest Prawda, z którą nie podyskutujesz. Takie tam gierki słowne.

Pozwólcie, że się przedstawię. Dmitrij Machan, jak już zostało powiedziane. Trzydziestoletni specjalista do spraw bezpieczeństwa komputerowego i wszystkiego, co się z tym wiąże. Freelancer, którego od czasu do czasu korporacja zatrudnia w celu poszukiwania luk w wirtualnej grze Barliona.

To gra, która wypełniła sobą cały świat, a dla niektórych w ogóle stała się całym światem. Nie mogę powiedzieć, że jestem najlepszym specjalistą do spraw bezpieczeństwa, ale z pewnością najgorszym mnie nazwać nie można. Jestem kimś pośrodku, między geniuszem a zupełnym zerem. Ni pies, ni wydra.

Co roku wszyscy specjaliści oficjalnie zajmujący się poszukiwaniem luk w zabezpieczeniach Gry zobowiązani są przechodzić szkolenie. Z czego mogliby nas jeszcze szkolić, tego nie pojmowaliśmy, ponieważ dla wielu z nas znajdowanie luk w zabezpieczeniach to jedyne źródło dochodów. Jednak wymagania korporacji są surowe: chcesz zajmować się znajdowaniem dziur i nie łamać prawa – szkól się. Byliśmy więc szkoleni przede wszystkim z nowych ustaw, które jeszcze bardziej zaostrzały kary za hakerstwo, ale nigdy nie zdarzyło się, żeby pokazano nam jakieś nowe narzędzia albo metody znajdowania luk. Korporacja restrykcyjnie pilnowała, żeby żadne wewnętrzne rozwiązania technologiczne nie wyciekały na zewnątrz. A jeszcze bardziej, żeby nie trafiały do nas, bo dziś, owszem, jesteśmy uczciwi i prawi, ale jutro każdy z nas może przeobrazić się w złośliwego hakera i spróbować włamać się do Barliony.

Na kolejnym takim szkoleniu znalazłem się przy jednym stoliku z dość atrakcyjną dziewczyną. Zaczęliśmy rozmawiać. Szkoda, że oczywiście też była artystką freelancerem, jak nazywali siebie szukający luk w zabezpieczeniach Gry, niezależnie od tego, czy gdzieś pracowali, czy nie. Już chciałem zacząć popisywać się mądrze brzmiącą i niezrozumiałą terminologią, żeby dziewczyna, oszołomiona moim geniuszem, wpadła mi w ramiona. Tymczasem Marina okazała się inteligentną i doświadczoną w swoim fachu specjalistką. Jej głównym zadaniem było zapewnienie bezpieczeństwa informacyjnego miejskiej sieci kanalizacyjnej, a poszukiwanie błędów traktowała jedynie jako hobby.

No tak. Nigdy nie mów kobiecie, szczególnie inteligentnej, że jej miejsce pracy nie jest warte, żeby pracował tam artysta freelancer. Zaczęliśmy się spierać. I wtedy, nie znajdując innych argumentów, przytoczyłem ten, który wydawał mi się zabójczy, a już na pewno ostateczny: „Przecież tam śmierdzi!”.

Najwyraźniej Marina poczuła się dotknięta tym komentarzem. I to dotknięta na tyle, by opuścić mój stolik. Uznałem, że nasza znajomość właśnie się zakończyła. Szkoda, bo już zacząłem snuć konkretne plany. Mniejsza z tym. Kolejny wykład – na temat tego, jak nowa ustawa zaostrza karę za włamanie się do programu i zniszczenie go – pochłonął mnie bez reszty. Ożeż ty! Teraz za włamanie do systemu można dostać osiem lat! Poważnie.

W przerwie między wykładami przysiadła się do mnie Marina.

– Czyli twierdzisz, że na takim stanowisku jak moje mogą pracować wyłącznie dyletanci? – zapytała rozdrażniona, a ja zauważyłem, że dookoła nas zaczyna zbierać się tłumek gapiów.

– Słuchaj, nic takiego nie powiedziałem. Nie powiedziałem, że jesteś dyletantem: powiedziałem, że taka praca nie jest warta tego, żeby ją wykonywał profesjonalista twojego kalibru.

– To jedno i to samo. Skoro ją wykonuję, to znaczy, że nie zasłużyłam na inną, a to z kolei oznacza, że jestem beztalenciem i idiotką!

Kłócenie się z rozgniewaną dziewczyną nie ma sensu. I tak niczego nie udowodnisz, a w oczach wszystkich dookoła wyjdziesz na głupca.

– Skończmy już ten temat, dobrze? Przyznaję się do winy, wybacz, źle się wyraziłem. Zapraszam na pokojową filiżankę herbaty, kawy lub czegoś innego, co lubisz. Nie chcę się kłócić z tak piękną i czarującą kobietą – spróbowałem lekko zbić Marinę z tropu. Lepiej niech oburza się z powodu moich komplementów niż komentarzy o jej pracy.

– Powiedz, masz żonę albo dziewczynę?

Usłyszawszy to pytanie, odruchowo wzdrygnąłem się i automatycznie przecząco pokręciłem głową. Najwidoczniej Marina przeszła do ofensywy i to ona zbiła mnie z tropu. Jej następne pytanie praktycznie zabiło mnie na miejscu, jakby potwierdzając moje przypuszczenia:

– A chciałbyś spotykać się ze mną? Podobam ci się? – Rany! Co za kobiety żyją w naszych czasach. Same rzucają się na mężczyzn; chociaż, przyznaję, szalenie mi się to spodobało. Marina naprawdę była atrakcyjną dziewczyną, sympatyczną, z lekko zadartym noskiem, dlatego niemal bezwiednie pokiwałem głową potakująco.

– Słuchajcie wszyscy! – nagle wykrzyknęła Marina. – Jeśli Dmitrij w ciągu tygodnia da radę złamać zaporę, którą postawiłam na symulatorze miejskiej sieci kanalizacyjnej, to uroczyście obiecuję, że zostanę jego dziewczyną na przynajmniej miesiąc! Przy tym ani słowem, ani gestem nie zdradzę, że nie sprawia mi to żadnej przyjemności. Z kolei jeśli mu się nie uda, przez miesiąc będzie pracował jako czyściciel kolektorów. No to co, Dmitrij? Gotów podjąć wyzwanie? Postawię serwer testowy z pełną kopią działającego systemu, a twoja próba włamania zostanie potraktowana jako sprawdzenie naszych systemów bezpieczeństwa. Już jutro dostaniesz wszystkie niezbędne dokumenty, dlatego z prawnego punktu widzenia będziesz czysty. – I Marina wyciągnęła do mnie rękę.

Kto mnie zmusił do przyjęcia zakładu? Mogłem wszystko obrócić w żart, zakończyć rozmowę. Poszlibyśmy napić się piwa i rozeszlibyśmy się w pokoju. Ale nie! Spojrzenie Mariny wwiercało się we mnie tak przenikliwie, że mimowolnie uścisnąłem podaną mi przez nią dłoń.

– Super. Jutro dostaniesz skan zlecenia na sprawdzenie bezpieczeństwa naszego systemu i jego adres wirtualny. Równo za tydzień znów tu będę. Albo z ofertą pracy, albo w pełnej gotowości na randkę. Czas start, bohaterze.

Ze wszystkich stron dał się słyszeć pomruk aprobaty, a ja zdębiałem. Marina odeszła, a do mnie zaczęli podchodzić znajomi i nieznajomi i klepać mnie po ramieniu, podawać mi dłonie i proponować pomoc w zhakowaniu systemu. Jasne, jeśli taka dziewczyna kładzie na szali samą siebie, i to na cały miesiąc, wszyscy powinniśmy się zjednoczyć. A jeśli mi się nie uda, to przynajmniej będzie się z czego śmiać, kiedy zacznę pracować przy kolektorze.

Mają rację ci, którzy mówią, że najrzadziej spotykaną przyjaźnią na tym świecie jest przyjaźń człowieka z jego własnym zdrowym rozsądkiem. Kto mi zabronił z niego korzystać? Skoro jednak już się zobowiązałem, to nie ma drogi odwrotu. Dwa dni zbierałem informacje o S.I. miejskiej sieci kanalizacyjnej i o Marinie, po czym przystąpiłem do pracy.

Programy symulujące inteligencję, oczywiście, noszą szumną nazwę S.I.: wszyscy myślą, że to jest naprawdę sztuczna inteligencja, lamentują i zawodzą, że w naszym świecie to nierealne, a jeśli nawet realne, to po co nam to, przecież wtedy maszyny w końcu zastąpią człowieka i wszyscy wymrzemy. Nie można jednak mylić pojęć i porównywać miękkiego z zielonym. Programy symulujące nie mają matryc osobowości. Oczywiście, jeśli się je odpowiednio zaprogramuje, mogą one przejawiać i emocje, i charakter, i całą resztę, przy czym są w stanie robić to tak, że w kontakcie z nimi nie od razu zorientujesz się, że masz do czynienia z programem. Nie mają jednak najważniejszego – samoświadomości. Znaczy to, że program nigdy nie zada sobie pytań w rodzaju: „Kim jestem?”, „Po co istnieję?”, „Ile mi zapłacą?”, „Kiedy dostanę urlop?”; chyba że taką opcję przewidziano w jego ustawieniach domyślnych; a zatem nie będzie też denerwować się z powodu uświadomienia sobie swojego miejsca na świecie, doskonale spełniając wyznaczone mu funkcje.

Z czasem symulatory, jak nazywa się programy tego typu, zaczęto wykorzystywać we wszystkich sferach ludzkiego życia, tym samym całkowicie zastępując człowieka. Żeby tylko człowieka! Nawet zwierzęta domowe – a ściślej mówiąc, roboty imitujące zwierzęta domowe – na stałe weszły do naszego świata, wyparłszy swoich żywych współbraci. Oczywiście, zapewne niektórzy mają jeszcze w domu te futrzaste kłębki, wszelkimi siłami trzymając się tradycji, ale takich z roku na rok jest coraz mniej. Chcesz, żeby twój domowy pupil był jednocześnie budzikiem, odkurzaczem, żelazkiem, strażnikiem i tak dalej i nie roznosił przy tym sierści, nie brudził i nie niszczył mebli? I ani wyglądem, ani zachowaniem, ani w dotyku niczym nie różnił się od dobrze znanego człowiekowi kota? Zadzwoń do nas… Cholera, chyba mnie poniosło…

Mówią, że przy tworzeniu symulatorów intelektu ludzkości zabrakło zaledwie jednego kroku do stworzenia sztucznej inteligencji, czyli pełnowartościowego sztucznego umysłu, ale to wszystko zaledwie domysły. Krążą przecież pogłoski, że gdzieś w najgłębszych zakamarkach laboratoriów wojskowych sztuczna inteligencja już dawno została stworzona, działa i przynosi korzyści.

Ogólnie rzecz biorąc, dzięki symulatorom życie stało się wesołe i beztroskie. Tylko bezrobocie, które pojawiło się wraz z nimi, nikogo nie cieszyło, dlatego napięcie w społeczeństwie od momentu ich pojawienia się ciągle rosło i rosło…

Tak, znów dałem się ponieść. Wracam do wątku.

Zakład wygrałem. W ciągu dwóch dni zebrałem pełną informację, jaka była dostępna w sieci, o tym, jakie szkolenia przeszła Marina i w jakich seminariach oraz kursach uczestniczyła. Jeśli chciała coś zrobić, to raczej na podstawie tego, co już wie; z pewnością nie odkrywała koła na nowo. Kupiłem nowy sprzęt, żeby uchronić mój ulubiony notebook przed odpowiedzią systemów zabezpieczeń, aktywnie atakujących komputery hakerów nieudaczników, i przystąpiłem do włamania. Nawet nie chowałem się za łańcuszkiem serwerów, jak to zazwyczaj robili guru od włamań. Po co? Pracowałem ściśle według zlecenia, śledzić moje postępy na serwerze testowym mógł tylko jeden człowiek – właśnie Marina; byłem przekonany, że przez cały tydzień będzie tkwiła w pracy, czekając na mój atak. Ukrywanie się nie miało sensu. Samo włamanie zajęło mi dosłownie kilka godzin. Okazało się, że miałem rację – zastosowała pojedyncze, skrajnie rzadkie, ale bardzo efektywne zabezpieczenie. Naiwna dziewczynka. Autorem tego zabezpieczenia był jeden z moich znajomych, więc zadzwoniłem do niego, opisałem sytuację i dostałem informację, jak je obejść. A nawet nie jak je obejść, ale gdzie kopać.

– Zabezpieczenie jest mocne, ale zależy od ustawień dostępu – powiedział znajomy. – W dużych zarządach miejskich to problem, szczególnie jeśli jest tam grupa zidiociałych przełożonych z różnymi wymaganiami. Przy pierwszej instalacji wszystko jest okej, ale podczas eksploatacji powstają lewe konta użytkowników: „martwe dusze” z prawami dostępu do kreatora instalacji. Tutaj prosty admin nie pomoże; konta użytkowników to nie jego poziom!

Słowa te potwierdziły się w zupełności. Analizator dosłownie po kilku godzinach pracy wygenerował kilka potencjalnych kont użytkowników, które mogłem wykorzystać do zrealizowania zlecenia. Niepotrzebnie tylko kupowałem sprzęt, myśląc, że wszystko będzie o wiele bardziej skomplikowane i niebezpieczne. Stworzenie hasła zajęło mi dwa dni, dlatego nie wątpiłem w swój sukces.

Kiedyś jakiś mądry człowiek powiedział, że diabeł tkwi w szczegółach. Okazało się że w przydługim adresie serwera testowego (346.549.879.100011.011101.011011.110011.) kilka cyfr było przestawionych. Wciąż nie wiadomo, kto się pomylił – ja, kiedy go wprowadzałem, czy Marina, gdy przygotowywała mi dane. Fakty są jednak takie, że pracowałem nie z systemem testowym, lecz realnym i działającym; tym, który kontroluje ścieki całego miasta.

Właśnie dlatego teraz jestem w sądzie i słucham, jak odczytują mój wyrok. Włamałem się na serwer i w istocie doszczętnie zniszczyłem S.I. kanałów miejskich. Okazało się, że po tym jak wysiadł symulator, zawartość dużego jeziora, które znajdowało się w centrum miasta, akurat naprzeciw Urzędu Miasta, przeobraziła się w brzydko pachnącą substancję. Zdarzyło się też coś nieoczekiwanego – w związku z odłączeniem obsługiwanego przez S.I. obwodu administracyjnego miał miejsce skok ciśnienia i rura kolektorowa przechodząca pod miastem pękła w kilku miejscach. I choć uszkodzenia, do których doszło pod ziemią, dla większości pozostały niezauważone, to awaria na środku jeziora doprowadziła do tego, że tłumy manifestujących, spotykające się zwykle pod ratuszem i domagające się usunięcia symulatorów, nagle przypomniały sobie, że mają do załatwienia sprawy gdzie indziej. Podobnie jak urzędnicy w ratuszu. Zresztą w ogóle wszyscy mieszkańcy centrum miasta nagle zapałali chęcią odwiedzenia swoich krewnych na wsi, gdzie niby jest takie wspaniałe świeże powietrze.

Sprawa zyskała ogromny rozgłos i wkrótce uznano, że był to atak terrorystyczny, ruszyła agitacja nawołująca do rezygnacji z usług symulatorów, a śledczy wszczęli dochodzenie, żeby znaleźć winowajcę.

Podczas łamania zapory nie zacierałem za sobą śladów, dlatego dotarcie do mnie nie byłoby specjalnie trudne. Jednak ja się nie ukrywałem: kiedy tylko dowiedziałem się o skutkach moich działań i o tym, że policja poszukuje winowajcy, sam się zgłosiłem, żeby przyznać się do winy. Nie spodziewałem się surowej kary – uznałem, że pewnie dostanę reprymendę, mandat. Nie więcej.

Niestety, cholernie się myliłem. Policja zebrała tyle dowodów, że złapałem się za głowę, kiedy się z nimi zapoznałem. Ktoś zasłabł przez zapach, więc wniósł do sądu sprawę przeciwko miastu. Komuś nie spodobało się jezioro w nowym wydaniu, do którego się przyczyniłem, i wniósł sprawę do sądu przeciwko miastu. Ktoś po prostu zaskarżył miasto, żeby dotrzymać towarzystwa skarżącym je znajomym. Ogółem straty miasta wyniosły ni mniej, ni więcej tylko 100 milionów, którymi w całości obciążono mnie. Starałem się zasłonić dokumentem, który dowodził, że pracowałem na zlecenie, ale prawnicy miejskich wodociągów pozbawili mnie wszelkich złudzeń, twierdząc, że dokument podpisała osoba bez wystarczających uprawnień do zatrudniania specjalistów z zewnątrz, dlatego nie ma on mocy prawnej; tak więc, w istocie, dokonałem włamania i ponoszę odpowiedzialność za wszystkie tego konsekwencje. A konsekwencje były naprawdę spore. W efekcie wszystkimi stratami obciążono mnie. I jeszcze za włamanie mi wlepili. Ponieważ sam się zgłosiłem, dopóki toczyło się dochodzenie, przebywałem w domu z nakazem pozostania na miejscu. Zajmowałem się zgłębianiem kwestii, jak poradzić sobie w Barlionie. Jednak im więcej czytałem, tym bardziej rozumiałem, że nic więcej nie mogę dla siebie zrobić. Zupełnie nic.

Rzecz w tym, że utrzymanie więzień stało się dla Rządu bardzo drogą przyjemnością. Dokładnie tak, dla Rządu w liczbie pojedynczej, ponieważ w jakimś momencie terytorialna fragmentacja naszego świata skończyła się. Nie byłem naocznym świadkiem tych wydarzeń, zjednoczenie nastąpiło przed moimi narodzinami, ale na lekcjach historii mówiono nam, że to była jednogłośna wola obywateli świata. Akurat, wola obywateli. Prędzej to rządzący państwami dogadali się między sobą, a naród został postawiony przed faktem dokonanym. Ale mniejsza o to. Nieważne. Kiedy tylko symulatory stały się nieodłącznym elementem naszego świata, zwiększając liczbę bezrobotnych, więzienia zaczęły się zapełniać w katastrofalnym tempie. Rząd stanął przed globalnym dylematem: jak rozwiązać sprawę zamieszek społecznych i wzrostu liczby przestępców? Potrzebna była „marchewka”.

I wtedy to do Rządu przyszedł ze swoją propozycją Piotr Stiepanowicz Iwanow, właściciel fabryki produkującej kapsuły gier wirtualnych, a także twórca jednego z wirtualnych światów gry zwanej Barlioną. To była zwyczajna gra w stylu „Magii i miecza” – epoka średniowiecza, żadnej broni palnej i silników spalinowych, za to mnóstwo magii, orków, gnomów, elfów, smoków i wielu innych rzeczy nieistniejących w realu. Gra w Barlionie, podobnie jak we wszystkich analogicznych grach, odbywała się w pełnej izolacji sensorycznej, którą zapewniała wirtualna kapsuła: a te produkowane były w fabryce Iwanowa. W kapsule gracz stawał się jednością ze swoją postacią i odczuwał wszystko to, co postać mogłaby czuć w grze: smak, kształt przedmiotów, zadowolenie, zmęczenie, ból. Chociaż na żądanie organów władzy wszystkie odczucia, które mogłyby stać się udziałem gracza w Barlionie, były domyślnie blokowane. Aby włączyć percepcję, należało przejść badania psychologiczne na poczytalność i poddać się kontroli stopnia odczuwania w celu określenia poziomu wrażeń, który można włączyć w kapsule. Korporacja dbała o swoich graczy. Kapsuły były konfigurowane indywidualnie i gwarantowały wszystko, co trzeba, na długi czas: począwszy od jedzenia, a skończywszy na treningach mięśni, polegających na wywoływaniu skurczów impulsami elektrycznymi. Ludzie mogli przebywać w kapsule miesiącami, a nawet latami, nie odczuwając po wyjściu żadnego dyskomfortu.

Jaką propozycję złożył Rządowi Iwanow? Zaproponował, aby za niewielką opłatą umieszczać wszystkich więźniów w jego kapsułach i wysyłać ich do Barliony tam, gdzie pożytecznie spędzaliby czas, a dokładnie – wydobywaliby zasoby. Pomysł spodobał się Rządowi i w rezultacie rocznego eksperymentu z takim wirtualnym więzieniem Rząd wykupił wszystkie prawa do Barliony, zaś Iwanowa mianowano dyrektorem generalnym nowej państwowej korporacji. Uchwalono wszystkie konieczne ustawy, żeby nadać Barlionie status gry państwowej, a Rząd zalegalizował pieniądze używane w Grze oraz umożliwił ich swobodną wymianę na realną walutę. Po czym ruszyła kampania reklamowa i do Barliony popłynęły rzeki pieniędzy.

Praktycznie wszyscy niezadowoleni ze swojego życia rzucili się w wir rozgrywki, żeby oszukać państwo, żyć spokojnie i zarabiać na questach, wydobyciu zasobów lub zabijaniu mobów. Naiwni jak dzieci. Za wykonanie questów doliczano pieniądze, które można było swobodnie wymieniać na realne, temu trudno zaprzeczyć, jednak za każde działanie w Grze też trzeba było płacić: niewiele, ale jednak. Zatrzymałeś się w gospodzie – płać, czegoś potrzebujesz – płać. Jednym z głównych wynalazków służących do wyciągania pieniędzy od graczy stały się Banki.

Jedno z naczelnych praw Barliony głosi: w razie śmierci postaci gracz traci 50% całej swojej gotówki. Przy kolejnej śmierci – znów 50%, i tak dalej. Oczywiście jeśli postać została uśmiercona przez moba, to odrodziwszy się po upływie kilku godzin, mogła powrócić na miejsce swojej śmierci i zebrać rozrzucone na ziemi pieniądze. Pod warunkiem że nie zgarnął ich już inny gracz. Tyle że zazwyczaj graczy nie uśmiercały moby, ale inni gracze, których celem stało się zarabianie na morderstwach. Na takich graczy nakładano wiele kar: w ciągu ośmiu godzin od targnięcia się na życie innego gracza można było próbować ich zabić, za morderstwo PK (Player Killera) wyznaczano nagrodę, którą można było odebrać od dowolnego przedstawiciela władzy; w ciągu ośmiu godzin od chwili popełnienia morderstwa PK nie gromadzili doświadczeń i tak dalej. Mimo to istnieli gracze, którzy lubili zabijać.

Dlatego wymyślono Banki. Jeśli gracz zgromadził środki, to mógł ulokować je w Banku, opłaciwszy jednorazowe wydanie karty do rachunku, do którego nikt inny nie miał dostępu, a także płacąc Bankowi miesięcznie 0,1% całkowitego depozytu za prowadzenie rachunku. Niby niewiele, ale nawet jedna tysięczna całkowitego obrotu Barliony to ogromne pieniądze, dlatego korporacja nigdy nie zamierzała rezygnować z trybu PvP (Player versus Player).

Kolejnym krokiem korporacji w kierunku zwiększenia zysków stała się sprzedaż w ogólnym świecie Gry zasobów wygenerowanych przez więźniów. Samowolne generowanie przez korporację zasobów było ścigane przez prawo i pilnowały tego specjalne komisje, ale sprzedaż zasobów wydobytych przez osoby odsiadujące karę to już inna sprawa: za takimi zasobami stała realna ludzka praca.

Ostatecznie wszyscy są szczęśliwi i zadowoleni już od piętnastu lat – od czasu, kiedy Barliona została oficjalnie uznana za grę państwową. Gracze rozkoszują się naprawdę dobrą rozgrywką, korporacja zarabia zawrotne pieniądze i ciągle udoskonala Grę, a więźniowie siedzą w wydzielonych miejscach i wydobywają zasoby. Na tę chwilę około 25% całej ludności Ziemi powyżej czternastego roku życia gra w Barlionę (liczba ta z każdym rokiem rośnie coraz szybciej). Jedynym ograniczeniem nakładanym na postaci jest zasada, że dopóki gracz nie ukończy 18 lat, nie może uczestniczyć w trybie PvP – ani w charakterze ofiary, ani w charakterze myśliwego. Gra kontroluje to bardzo skrupulatnie.

Należałoby tu opowiedzieć o czymś jeszcze; czymś związanym z przebywaniem więźniów w Barlionie. Fakt ów miał niemałe znaczenie. Jakieś siedem lat po odpaleniu Barliony szajka przestępców pobiła i zgwałciła dziewczynę o imieniu Jelena; po ojcu Pietrowna, nazwisko – Iwanowa. Córka dyrektora generalnego korporacji. Pojechała wraz z przyjaciółmi do jednej z niespokojnych dzielnic miasta, której mieszkańcy protestowali przeciwko symulatorom i nie chcieli logować się do Barliony. I jak to zazwyczaj bywa w takich wypadkach, młodym nagle skończyło się paliwo.

Oczywiście winnych znaleziono właściwie od razu; Iwanow nawet nie brał udziału w procesie sądowym. Więcej: nie posunął się nawet do tego, by zaaranżować awarię kapsuły, nie. On zrobił coś innego. Kiedy odbyło się posiedzenie sądu, został przyjęty projekt ustawy, która regulowała włączanie trybu percepcji doznań u więźniów. Początkowo w kapsuły wbudowane były specjalne filtry, które zarządzały poziomem odczuwania, ale dla tych, którzy targnęli się na córkę Iwanowa, zostały one całkowicie wyłączone. Nie wiem, jakie wówczas zaobserwowano tego skutki, ale dokładnie po roku ustawa została uzupełniona i teraz wszyscy więźniowie znajdują się w miejscach zamknięcia z wyłączonymi filtrami percepcji. Wskaźnik przestępczości ostro zapikował i akty bandytyzmu właściwe już się nie zdarzają. Perspektywa wydobywania zasobów z odłączonymi filtrami percepcji skutecznie je ogranicza.

Tak oto mają się sprawy. A teraz trochę o tym, co przypadło w udziale mnie.

Rasa Człowiek. Pierwsza rasa, która powstała w Grze, jedyna rasa, która nie ma żadnych dodatkowych bonusów z wyjątkiem szybszego wzrostu reputacji wśród NPC-ów (Non-Player-Characters). Ta rasa nie może używać kamiennej skóry, jaką mają Krasnoludy. Nie ma też takiej ostrości spojrzenia i umiejętności strzelania z łuków, jaką dysponują Elfy. Tylko reputacja. Klasa Szaman była jedną z najsłabszych w Barlionie – uniwersalna, pozwalała zadawać obrażenia i je leczyć, ale w walce jeden na jednego ustępowała praktycznie wszystkim innym klasom. Wywołanie Duchów zajmowało zbyt wiele czasu. O sprawności Jubilera w ogóle nie ma co mówić – w Barlionie wyłącznie bardzo bogaci marnowali swoje siły na jej wymasterowanie. Wszystko, co wytwarzają Jubilerzy – ozdoby, pierścienie, łańcuszki, inne wyroby – spokojnie można było kupić u handlarzy NPC. Najważniejsza funkcja Jubilerów – szlifowanie Drogocennych Kamieni – nie była warta straconych na nią sił. Oszlifowane kamienie są drogie, ale żeby zdobyć materiały do ich przygotowania, miesiącami trzeba wydobywać i przesiewać rudę. A na dodatek prawdopodobieństwo, że kamień podczas obróbki ulegnie zniszczeniu, jest bardzo duże. Oczywiście można trudnić się innym fachem – możliwości są niezliczone. Jednak i tu pojawia się pewne „ale”: ani jedna z działalności dodatkowych nie może prześcignąć tej głównej o więcej niż dziesięć punktów. Idiotyczne ograniczenie, z którym nic nie da się zrobić.

Co gorsze – mój Łowca, którego levelowałem przez kilka ostatnich lat i w którego zainwestowałem dość dużo pieniędzy, miał zostać usunięty, ponieważ w Barlionie można mieć tylko jedną postać. Po wyjściu na wolność można zabrać sobie postać, w którą wcielało się w więzieniu, i kontynuować nią grę, ale tylko nieliczni znajdowali na to siłę. To psychicznie trudne. Jeśli zaś mowa o moim Łowcy, to wszystkie zarobione przez niego pieniądze i zdobyte rzeczy zostaną mi sprzedane: albo po ośmiu latach wymachiwania kilofem, kiedy już wyjdę z więzienia, albo gdy zdarzy się cud i wypuszczą mnie z kopalni do ogólnego świata Gry. Zdarza się, prawdopodobnie przypadkowo, że przestępcy wypuszczani są z miejsc wydobycia zasobów i resztę kary spędzają w ogólnym świecie Gry, oddając 30% zarobionych pieniędzy Rządowi. Poza tym nie ma żadnych ograniczeń – rozwijaj się, upgrade’uj, zawieraj znajomości. O tym, że gracz siedzi w więzieniu, mówi jedynie czerwona opaska, którą nieszczególnie lubią NPC-e, przydzielający różne zadania, i którą można zdjąć tylko wówczas, gdy zapłacisz skarbowi państwa milion Złotych Monet. Innymi słowy: nie idzie jej zdjąć.

Chyba jednak najgorsze było to, że Marina się nie pojawiła. Ani na procesie sądowym, ani u mnie w domu, kiedy czekałem na wyniki dochodzenia. Ani widu, ani słychu. I czy osiem lat, które mi wlepili, było warte takiej niepoważnej dziewczyny? Myślę, że nie.

– No to wskakujemy! – roześmiał się technik, umieszczając mnie w kapsule.

Żartowniś, cholera. We wszystkich miejskich gazetach nazywano mnie Pogromcą Kolektora. I tak było to chyba najbardziej niewinne przezwisko. Ważne, żeby w więzieniu nie przykleił się do mnie podobny przydomek.

Przed oczami mignęła mi błyskawica i na chwilę straciłem przytomność.

– Uwaga, odbywa się pierwsze wejście do Barliony przez kapsułę więzienną TK3.687PZ-13008/LT12.

Chłodny metaliczny głos, który czytał tekst wyświetlający się na pasku literami w nieprzyjemnym wyblakłym kolorze, przyprawił mnie o ciarki, dlatego od razu doszedłem do siebie. Głos ów, pozbawiony wszelkich emocji, powodował, że czułem się nieswojo. To było celowe: wiedziałem, że głos może być miękki i uspokajać.

– Ustawienia początkowe zostały wprowadzone i nie mogą być zmienione. Płeć: męska. Rasa: Człowiek. Klasa: Szaman. Wygląd: identyczny jak obiekt. Skanowanie obiektu zakończone. Synchronizacja danych fizycznych z właściwościami wybranej rasy zakończona. Dane fizyczne wprowadzone. Lokalizacja początkowa wybrana. Miejsce uwięzienia: Kopalnia Miedzi „Pryka”. Cel osadzenia: wydobywanie rudy miedzi. Rozpoczęto generowanie postaci.

Okno instalacji początkowej. Na mnie patrzyłem Ja, ubrany w pasiak z numerem 193 753 482. Sporo. Okazuje się, że w Barlionie przebywają przestępcy skazani w ciągu ostatnich piętnastu lat. Dodatkowo do pasiaka dostałem Spodnie i Buty Więźnia, także w paski, które przypominały mi, kim się staję. Nawet buty były w pasy, co nie mogło nie wywołać u mnie uśmiechu. Normalnie zebra. Można powiedzieć, że byłem ubrany zgodnie z ostatnim krzykiem mody. Kilof w ręce dopełniał przygnębiającego obrazu mojej osoby, wskazując na to, czym będę się zajmował przez najbliższe lata. Tyle dobrego, że kilof nie był w paski.

– Proszę wprowadzić imię. Uwaga, imię więźnia może składać się tylko z jednego słowa.

Ech, mimo wszystko technik sprawił mi radość, wielką radość. Nie wiem, dlaczego – z powodu miłości do bliźniego swego czy też z jakichś innych pobudek – dał mi możliwość samodzielnego wyboru imienia. Imię gracza w Barlionie jest unikalne – w jednej przestrzeni można spotkać trzystu Zajączków, setkę Koteczków i ogromną liczbę WszystkichPokonam, ale to słowo składowe gwarantuje wyjątkowość. Na przykład obok siebie mogli znaleźć się WszystkichPokonam Wspaniały i WszystkichPokonam Uroczy, ale dwóch WszystkichPokonam Wspaniałych w Barlionie nie ma. Ale niestety – więźniowie nie mają możliwości stworzenia imienia złożonego z więcej niż jednego słowa, dlatego zazwyczaj jest ono generowane automatycznie. A jeśli skasowali mojego Łowcę…

– Machan – wypowiedziałem, z całego serca pragnąc, żeby imię mojego Łowcy, którego mi odebrano, zostało już usunięte z bazy, i żeby nikt nie zdążył go jeszcze podebrać.

Lubiłem grać z tym imieniem, przywykłem do niego, mimo że było to zwykłe nazwisko. Dodatkowo imię mojego Łowcy było jednoczłonowe, wykupiłem je od jednego gracza niemal za dziesięć tysięcy Złotych Monet i nie miałem najmniejszej ochoty tracić takich pieniędzy.

– Wybór przyjęty. Witamy w świecie Barliony, Machanie. Tutorial jest niedostępny dla użytkowników kapsuły więziennej. Zostaniesz przekierowany bezpośrednio do Kopalni Miedzi „Pryka”. Życzymy przyjemnej gry.

Mignęła błyskawica i świat dookoła mnie wypełnił się kolorami. Tyle że z jakiegoś powodu dominowały odcienie szarości.

ROZDZIAŁ 2

KOPALNIA „PRYKA”. POCZĄTEK

Moim oczom ukazała się Kopalnia Miedzi „Pryka” w całej swojej okazałości. Wysokie na prawie sto metrów ogromne kamienne klify wypełniały całe pole widzenia. Szczyty skał wisiały nad kopalnią, tworząc daszek nad całym perymetrem. Jak dach dla kibiców nad stadionem – skojarzyło mi się. Nawet jeśli zechcesz, nie wdrapiesz się po takich ścianach, choć znajdujące się tam występy skalne dosłownie zapraszały: chodź i spróbuj. Ciekawe, zacząłem się zastanawiać – czy kopalnia jest okrążona górami czy jednak wydrążona w ziemi? Trzeba będzie kogoś o to zapytać, na wypadek gdyby nagle wpadł mi do głowy pomysł, żeby wykopać sobie stąd dziurkę na zewnątrz. Chociaż kolejna myśl była nie mniej intrygująca – czy ta kopalnia w ogóle ma jakiekolwiek połączenia ze światem zewnętrznym, czy została odseparowana w pamięci serwera? Wykopię dziurę – i znajdę się pośrodku pustkowia. Sama kopalnia na pierwszy rzut oka zajmowała miłą oku dolinę – dość długą i szeroką na około kilka kilometrów – o lekko nieregularnej, zróżnicowanej powierzchni. Była podzielona na dwie części. W pierwszej, o długości około trzystu metrów, stały drewniane budynki; jeden z nich od razu rozpoznałem – kuźnia – reszty na razie nie mogłem zidentyfikować, ale prawdopodobnie były to baraki dla więźniów. Drugą część doliny oddzielał nieduży drewniany, miejscami powykrzywiany płot. Z tej części kopalni dobiegały donośne uderzenia kilofów i krzyki więźniów. Oto ono – miejsce mojej pracy. Stąd, gdzie stałem, nie było zbyt dobrze widoczne; zasłaniała je ogromna chmura szarego pyłu. Dziwne, widziałem kurz, ale zupełnie go nie czułem. Najwyraźniej to po prostu efekt wizualny nałożony na daną lokalizację, żeby stworzyć wrażenie wiarygodności.

Z dala od innych zabudowań i niedaleko od miejsca, gdzie się pojawiłem, stał budynek, na którym widniała tabliczka z napisem: „Witamy w Kopalni Miedzi »Pryka«”. Aha, czyli to jest budynek lokalnej administracji i pewnie mieszka w nim jakiś groźny naczelnik, od którego będzie zależało moje wyjście do ogólnego świata Gry.

Ech, wyjście do ogólnego świata Gry. Dosłownie przed samym zamknięciem w kapsule zobaczyłem, co oznacza artykuł 78 paragraf 24, na który powoływał się sędzia, mówiąc o możliwości mojego przejścia do świata gry. Jakoś umknęło mi to na etapie przygotowań. Kiedy więc przeczytałem, o co chodzi, nawet się ucieszyłem. Zapis artykułu brzmiał następująco: „W razie zdobycia Szacunku wśród strażników miejsc zamknięcia więzień ma możliwość przeniesienia się do ogólnego świata Gry”. Reszta tekstu głosiła, że pierwsze pół roku – nawet jeśli w drugim dniu zamknięcia zdobędziesz Szacunek – trzeba będzie spędzić w specjalnej osadzie i że 30% wszystkich otrzymanych pieniędzy w momencie wyjścia z kopalni zostanie przekazane na rzecz korporacji. Było tam jeszcze coś… Już nie pamiętam, co dokładnie. Najistotniejsze, że mam możliwość przejścia do ogólnego świata Gry.

Czyli najważniejszym celem na najbliższy czas jest zdobyć Szacunek i spodobać się naczelnikowi kopalni. A raczej odwrotnie: spodobać się i zdobyć. Ech, nieważne, byle osiągnąć cel: wyjść z kopalni. Świetnie! Pobyłem w kopalni kilka minut, a już planuję z niej uciec.

Teraz pozostało tylko dojść do ładu z tym, z czym przyjdzie mi pracować, grać, no i ogólnie żyć przez najbliższe osiem lat. Muszę przyjrzeć się swojej postaci, jej parametrom i opisowi. Przygotowując się do pobytu w więzieniu, nawet nie mogłem przypuszczać, że dadzą mi Szamana, ponieważ na wszystkich forach była mowa o tym, że zazwyczaj przydzielają albo Wojowników, albo Łotrzyków. To o nich czytałem: można powiedzieć, że zostałem ekspertem w tym temacie. Ale żaden gad na żadnym forum nie napisał, że mogą więźniowi dać klasę, która posługuje się zaklęciami. Cholera, nawet nie wiem, jak to się robi, a samodzielne zgłębienie tematu będzie bardzo trudne.

Wyświetliłem okno z opisem postaci, żeby móc się z nią zaznajomić:

Bonus rasowy: Zyskiwanie reputacji wśród wszystkich frakcji zostało zwiększone o 10%.

„Świetne” parametry. Moje wirtualne serce ścisnęło się, kiedy porównałem tego Szamana z moim Łowcą z poziomu osiemdziesiątego siódmego. Jakże ubogo wygląda Szaman w zestawieniu z moim poprzednim bohaterem. Ech…

Energia. Współczynnik przyprawiający wszystkich więźniów o największy ból głowy. W ogólnym świecie Gry, jeśli poziom Energii spada do zera, postać po prostu nagle się zatrzymuje i kilka minut odpoczywa, odzyskując Energię, a następnie kontynuuje wykonywanie komend gracza. Tu, jak mówią, nie jest to takie proste. Jeśli poziom Energii spada, naprawdę zaczynasz się męczyć, a liczba twoich Punktów Życia powolutku się zmniejsza. Gwałtowny spadek Energii może doprowadzić do śmierci postaci. Trzeba będzie dokładnie przetestować ten parametr – grając Łowcą, jakoś nie zawracałem sobie tym głowy.

Wytrzymałość. Od niej zależą Punkty Życia w stosunku 1:10; im wyższa Wytrzymałość, tym wolniej spada Energia. Jakie tu są proporcje, nie bardzo pamiętam, ale wiem, że istnieje dokładnie określona współzależność. Trzeba będzie powolutku zwiększać Wytrzymałość – to ważne dla utrzymania się przy życiu.

Zręczność. Ech. To była podstawa mojej egzystencji, kiedy grałem Łowcą, a teraz nawet nie wiem, co z nią zrobić. W moim wypadku od Zręczności zależy tylko szansa wykonania uniku i szansa zadania ciosu krytycznego. A jeśli nie będę uczestniczyć w walce wręcz, to dla mnie ten parametr i tak pozostanie bezużyteczny.

Nie wybrano. Oto ona, ta sama kość niezgody, z powodu której praktycznie wszyscy gracze pomstują na Barlionę. Ciskają przekleństwami, ale kontynuują grę. Coś jak bagno, które cię wciąga, ale ty nadal w nie brniesz. W Barlionie każdemu graczowi oprócz czterech podstawowych parametrów, w pełni standardowych dla wszystkich gier, proponowano jeszcze cztery do wyboru. Przy czym nie po prostu z istniejącej listy, lecz po wykonaniu kilku akcji, po których system proponuje określony parametr do wyboru. Na przykład grając Łowcą, potrzebowałem Celności, żeby zawsze trafiać w przeciwnika i mieć szansę na trzykrotne zadanie ciosu. Już wcześniej wiedziałem, że ta cecha jest mi potrzebna, dlatego przez jakiś czas biłem manekina, dopóki system nie zaproponował mi wybrania Celności. Dostępne były tylko cztery dodatkowe cechy, dlatego ich wybór trzeba było dobrze przemyśleć. Usunięcie niepożądanej cechy było oczywiście możliwe (niezależnie od tego, że system komunikował, że taka operacja jest niewykonalna). Tyle że usuwał ją osobiście Imperator, a dostanie się szeregowego gracza na audiencję u niego było praktycznie nieosiągalne. Poczucie satysfakcji związane z możliwością usunięcia postaci (jeśli mimo wszystko udało się dostać na audiencję) kosztowało około dwudziestu tysięcy Złotych Monet, dlatego gracze pisali gniewne wiadomości na forach, grozili, że odejdą z Gry, ale i tak po jakimś czasie usuwali nieudaną postać i tworzyli nową. Gra mamiła i przyciągała.

Tak, i to Jubilerstwo. Zerowy poziom specjalizacji oznacza, że jest ona ustawiona domyślnie, a aktywować ją może wyłącznie nauczyciel. Tylko skąd ja wezmę nauczyciela Jubilerstwa w kopalni?

Teraz krótko o podwyższaniu samych statystyk. Z każdym poziomem gracz otrzymuje po pięć punktów, które może zainwestować w wybrany parametr, zwiększając w ten sposób jego znaczenie. To jednak jeszcze nie wszystko. Wykonywanie określonych czynności wpływa na wzrost konkretnego parametru, który jest kluczowy dla tych właśnie działań. Przypuśćmy, że zabiłem z łuku jakiegoś moba. Wówczas rośnie mi nie tylko Doświadczenie za zabójstwo, ale też o kilka procent podnosi się Zręczność. Jak tylko ta wartość dojdzie do stu, Zręczność rośnie o jedną jednostkę, a sam parametr zbijany jest do zera, żeby znów zacząć rosnąć. Tym sposobem im więcej mobów zabijam za pomocą łuku, tym większa jest moja Zręczność. Tutaj, w kopalni, gdzie główną sprawnością jest Siła, to ona będzie wzrastać najbardziej.

Nieoczekiwanie wyrwano mnie ze świata marzeń.

– Co tak stoisz?! No dalej, rusz się! – przywołał mnie do „rzeczywistości” ordynarny krzyk nadzorcy.

Jeśli wierzyć przewodnikom, to wszyscy nadzorcy w więzieniach byli NPC-ami, ale przewidziany dla nich standardowy model behawioralny zależał wyłącznie od architektów projektujących daną lokalizację. A ponieważ nikt nie lubi więźniów, strażników wyposażono w odpowiednie cechy. Wszystko to błyskawicznie przemknęło mi przez głowę i delikatnie wstrząsnęło posadami mojego wątłego bastionu wolności.

– No dalej, ruszaj się, naczelnik nie lubi czekać – powtórzył nadzorca i prostacko pchnął mnie w kierunku siedziby administracji.

We wnętrzu budynku ku mojemu zaskoczeniu było przyjemnie i cicho. Miałem wrażenie, że trafiłem do zupełnie innego świata – wytworne statuetki, obrazy na ścianach, duży kryształowy żyrandol, dywany, przedmioty z rzeźbionego drewna, lekki wietrzyk przyjemnie owiewający ciało. Wszystko to tak harmonijnie współgrało ze sobą, że czułem się nie jak w budynku administracji kopalni, lecz jak w podmiejskiej rezydencji bogatego arystokraty. W oddzielnym gabinecie, za luksusowym stołem, rozsiadł się naczelnik kopalni – ogromny, prawie dwumetrowy zielony ork, groźny, zresztą jak wszyscy przedstawiciele tego plemienia.

– Szaman Machan – w pokoju rozległ się niski i spokojny bas naczelnika czytającego jakiś dokument, najprawdopodobniej moje dossier. Ork mi kogoś przypomniał, tylko nijak nie mogłem sobie przypomnieć kogo. Naczelnik był spokojny i majestatyczny jak Królowa Śniegu, ale oczywiście nie był do niej podobny. W takim razie do kogo? – Skazany na osiem lat. Przyczyna: włamanie do programu zarządzającego miejską siecią kanalizacyjną, które doprowadziło do zatrzymania systemu.

– To był twój pomysł, czy ktoś ci to zaproponował? – ork zadał pytanie, praktycznie nie okazując emocji. Z tak fantastyczną intonacją, a właściwie jej całkowitym brakiem, tylko pieśni śpiewać. Pieśni. A teraz ja będę śpiewał swoją ostatnią pieśń… Akela!

Oto kogo przypomniał mi ork! Akelę z Księgi Dżungli Kiplinga. Wilka samotnika, opiekuna Mowgliego. Przed oczami pojawił mi się obraz siedzącego na skale majestatycznego wilka ze starej kreskówki. W rzeczy samej – gdyby tego wilka ufarbować na zielono, dać mu w mordę, żeby ją spłaszczyć, wyciągnąć kły na zewnątrz – wykapany naczelnik Kopalni Miedzi „Pryka”. Chociaż nie, jeszcze trzeba oczy wilka pomalować na czerwono, żeby podobieństwo było pełne.

– Czyli gramy w ciszę na morzu. Cóż. Twój wybór – powiedział naczelnik, kiedy z radością wyobrażałem go sobie w wilczej skórze.

Nagle przytłoczył mnie ciężar, nogi się pode mną ugięły i runąłem na podłogę, nie odrywając wzroku od naczelnika kopalni. Przed moimi oczami natychmiast pojawił komunikat:

Twoja reputacja wśród strażników Kopalni „Pryka” została pomniejszona o 10 punktów. Do Braku Zaufania 990 punktów. Uwaga! W lokalizacji Kopalnia Miedzi „Pryka” nie działają bonusy rasowe.

– Powtarzam pytanie! – Ożeż, potrafi podnieść głos. Aż dostałem na całym ciele gęsiej skórki, a język był gotów mówić wszystko. To rozumiem. Siła autorytetu. Na pewno wyposażono go w Charyzmę na najwyższym poziomie. – Sam postanowiłeś zniszczyć Symulator czy ktoś ci to zaproponował?

Ciało zrobiło się jak z ołowiu, jednak w głowie w końcu mi zatrybiło i wróciła zdolność logicznego myślenia. À propos: rozmyślać, leżąc na podłodze, było bardzo przyjemnie. Powinienem dodać taką metodę do mojej broni. Tak oto mam dwie możliwości – nadal milczeć lub wszystko opowiedzieć. W pierwszym wypadku najprawdopodobniej zapracuję na negatywną reputację i zostanę wysłany do pracy w kopalni. W drugim – wyjdzie na to, że opowiem jednemu symulatorowi, jak zniszczyłem inny symulator. I również zapracuję sobie na złą reputację – kto wie, jak został zaprogramowany ten ork. Trzeba myśleć o najgorszym. Tak czy siak, przegram…

Cholera, nie ma wyjścia, trzeba odpowiadać.

– Nie zniszczyłem symulatora. Miałem zamówienie na sprawdzenie zabezpieczeń i je zrealizowałem – starałem się mówić głosem spokojnym, ale pod ciężarem spojrzenia orka wydobywałem z siebie zaledwie szept. – A to, że symulator został tak źle zabezpieczony, to już nie moja wina. Wykonałem zlecenie – powtórzyłem jeszcze raz.

Zebrawszy siłę woli w pięściach, ze wszystkich sił spróbowałem podnieść się chociaż na kolana, ale ręce mnie zawiodły i runąłem na podłogę.

– Zamówienie… – z zadumą powtórzył ork. O, jeśli się wsłuchać, to można odnaleźć emocje w jego głosie. Po prostu są głęboko ukryte. – No dobrze, niech będzie, że to było zamówienie. Zapamiętaj więc, zleceniobiorco niszczenia symulatorów. Udasz się teraz do Rajna, gdzie otrzymasz specjalizację Górnictwo i worek startowy do zbierania rudy. Następnie pokażą ci twoje miejsce pracy. Wszystkich więźniów obowiązują takie same prawa; codziennie należy wyrabiać normę: dziesięć jednostek, czyli kawałków rudy na każdym poziomie specjalizacji Górnictwo. Wszystko, co będzie ponad normę, należy do ciebie i możesz to sprzedać Rajnowi. Jemy dwa razy dziennie, rano i wieczorem. Wodę znajdziesz w kopalni. Pytania? Pytań brak! Jesteś wolny!

Uczucie ciężkości ustąpiło i znowu poczułem władzę w ciele. Stanąwszy na nogi, popatrzyłem na orka, który pochylając się nad kolejnym dokumentem, sprawiał wrażenie, że już zapomniał o mojej osobie. Niech to diabli, nie wolno kończyć rozmowy w taki sposób! Trzeba go o coś zapytać, ale o co? O kopalnię? Natychmiast wyśle mnie do Rajna. O to, jak się stąd wydostać? Odpowie, że można się wydostać po zapłaceniu stu milionów Złotych Monet. O co zapytać? Chwileczkę! Przecież jestem Jubilerem!

– Jeśli znajdę Drogocenny Kamień, komu mam go oddać? I czy mogę go oszlifować samodzielnie? – zapytałem naczelnika, kiedy strażnik zaczął mnie już dosłownie wyciągać z pokoju.

Mojej wiedzy w zakresie wydobycia rudy starczyło zaledwie na zadanie tak głupiego pytania. Programiści Barliony zrobili Jubilerom taki kawał: Nieoszlifowanych Drogocennych Kamieni nie można po prostu kupić od NPC-ów, którzy nimi tylko handlują, a wydobywa je ktoś inny. Jest mała szansa, że Kamienie wypadną z mobów, z Żył kopalnianych albo zostaną znalezione po przesianiu rudy. Więcej miejsc, w których mogły pojawić się Drogocenne Kamienie, nie było. Kiedy byłem Łowcą, widywałem, jak ludzie znajdowali kawałki Topazów i Rubinów, które zostały po mobach wysokopoziomowych. Tych ostatnich jakoś nie było tu widać, a przesiewania rudy nie umiałem sobie wyobrazić; na pewno potrzebne są do tego specjalne narzędzia. Tymczasem wydobycie kamienia z Żyły jest całkiem możliwe. W każdym razie moim zdaniem.

W pokoju zawisła cisza. Nawet mój konwojent przestał oddychać, skierowawszy się w stronę naczelnika.

– Kamieni mamy dużo, trafne spostrzeżenie. – Ciekawe, naczelnika można wyprowadzić z równowagi? Spokojny jak dusiciel przed atakiem. Nagle, jakby słysząc moje myśli, ork uśmiechnął się, mówiąc: – Ale jeśli znajdziesz pośród nich Drogocenny, to za każdy z nich osobiście zapłacę za ciebie dzienną normę rudy. Jeden Kamień to jedna norma. Co do obróbki: jesteś Jubilerem, dlatego jeśli znajdziesz Drogocenny Kamień, otrzymasz przepis na jego obróbkę. Możesz też sprzedać Kamień Rajnowi, on nie oszuka na cenie. No więc, zaczynaj, Machanie Wydobywco Rudy, Pogromco Symulatorów i Łowco Drogocennych Kamieni, odwagi: wszystko w twoich rękach i w twoim kilofie! – Odchyliwszy się na oparciu swojego fotela, który bardzo mocno przypominał tron, ork nie przestawał się uśmiechać.

Przed oczami wyświetlił mi się komunikat:

Twoja reputacja wśród strażników Kopalni „Pryka” wzrosła o 10 punktów. Bieżący poziom: Neutralny.

Fiu, fiu! Mało brakowało. Ależ bym się wkurzył, gdyby odjęli mi dziesięć punktów od reputacji. Tracenie jej w pierwszy dzień byłoby wyjątkowo głupie, zważywszy na moje plany dotyczące wyjścia z kopalni. Trzeba być ostrożniejszym w kontakcie z Rajnem; tylko tego mi jeszcze brakowało, żeby z nim zadrzeć. Zawróciłem i w towarzystwie nadzorcy podszedłem do Rajna.

Rajn okazał się gnomem. W pobliskiej kuźni wykuwał jakieś żelastwo. Niski, około metr dwadzieścia, krępy i tęgi, z potężnymi rękami i gęstymi brwiami, spod których zaczepnie błyszczały oczy, a pod nimi sterczał nos w kształcie kartofla. Taki typowy gnom, jakich nieraz już spotykałem w Barlionie. Podchodząc do Rajna, uśmiechnąłem się w duchu do siebie, myśląc: сóż innego mógłby robić, jeśli nie pracować w kuźni lub nie wydobywać rudy?

– Widzę, że przybyły do nas posiłki – poważnie przemówił Rajn, mierząc mnie wzrokiem z góry na dół. – Bardzo dobrze, akurat brakuje nam rąk do pracy. Czyli że trzeba cię nauczyć machać kilofem, żebyś sobie nogi nie odrąbał, co?

Nauczony gorzkim doświadczeniem spotkania z naczelnikiem kopalni, tym razem nie milczałem.

– Masz rację, Szanowny Mistrzu Rajnie, na najbliższe osiem lat stanę się jednym z pracowników kopalni, dlatego chciałbym, byś przekazał mi choć drobinę twojej mądrości i doświadczenia w wydobywaniu rudy – zacząłem z zapałem.

– Mam wystarczająco dużo doświadczenia, słusznie to zauważyłeś – z zadowoleniem wymamrotał gnom. – Nie będzie trudno nauczyć cię wydobycia rudy, pamiętaj tylko, żeby nie trafić kilofem we własne kończyny; cała reszta będzie prosta. Patrz: to jest Żyła z Rudą Miedzi, którą będziesz wydobywać. – Obok gnoma pojawiła się nagle góra kamieni z jakimiś grudkami. – Bierzesz kilof i zaczynasz nim drążyć – ciagnął gnom. – No, co tak stoisz? Łap za kilof i do dzieła, wal w tę stertę!

– A co dzieje się z tymi, którzy odmawiają wykonywania pracy? Którzy nie wypełniają normy dziennej i po prostu siedzą i odpoczywają? – zapytałem gnoma, niespiesznie podchodząc do sterty.

– Z takimi rozmowa jest prosta: nie ma normy dziennej, czyli nie ma jedzenia. Wystarczy jeden dzień bez posiłku i organizm zaczyna zjadać sam siebie. Niewielu jest w stanie wytrzymać ten ból. Później takich śmiałków czeka śmierć i odrodzenie się tu, w kopalni. I tak w kółko, do czasu, aż nie zaczną pracować jak pozostali. Pamiętam, że najwytrwalszy wytrzymał cztery odrodzenia. Później się poddał. Mówią, że przeżycie własnej śmierci to nie przelewki. A ty, jak widzę, też chcesz pogłodować? Nie? To powtarzam, łap za kilof i zaczynaj wydobywać rudę – rzeczowo podsumował gnom.

Podszedłem do metrowej góry kamieni, którą gnom z jakiegoś powodu nazywał Żyłą Miedzi, zamachnąłem się i uderzyłem w nią z całą złością, jaką zgromadziłem w ostatnim czasie, starając się załatwić sprawę jednym uderzeniem. Wywołałem chmurę iskier, a kilof dość boleśnie odbił mi rykoszetem w nogę. Żyła Miedzi pozostała w niezmienionej formie, udowadniając swoim wyglądem, że żaden ze mnie górnik. Delikatnie mówiąc.

– Ożeż twoja miedź w nogę! – zawyłem. – Boli jak jasna cholera!

Gdzieś na granicy pola widzenia pojawił się komunikat:

Otrzymano cios. Utracono 5 Punktów Życia: 11 (cios od broni + siła) – 6 (zbroja). Pozostało: 35 z 40.

– Khm, khm… – kaszlnął gnom. – Nie dajesz sobie rady, co? Nieźle ci kilof oddał. Słuchaj, nie próbuj za szybko tłuc w tę Żyłę. To nie jest Ruda Mithrilu, tu wystarczy odrobina siły. Tak więc zacznij z wolna, ale precyzyjnie. Trzeba uderzać pomiędzy kamienie; po co walić w sam kamień?

Jak się okazuje, bycie górnikiem wcale nie jest takie łatwe. W moim wcześniejszym życiu – bo chyba teraz tak mogę mówić o czasach, kiedy grałem Łowcą – zajmowałem się przede wszystkim strzelaniem do mobów i nie traciłem czasu na wydobywanie czegokolwiek. Tak naprawdę mało który z graczy się tym para – przecież po to są więźniowie tacy jak ja. Ktoś rozbija rudę, ktoś zbiera trawę, ktoś robi jeszcze coś innego – więźniów jest wielu, dlatego i zajęć nie brakuje. Praktycznie 90% wszystkich zasobów w Barlionie wydobywają więźniowie.

Czyli: trzeba uderzyć niezbyt mocno, ale i nie za słabo, nie w kamienie, lecz pomiędzy. No dobra, spróbujmy. Uniósłszy kilof, odnalazłem wzrokiem miejsce, gdzie stykały się dwa kamienie, i uderzyłem. Tym razem mi wyszło – kilof nie odskoczył, a solidnie utkwił pomiędzy kamieniami.

– O właśnie – z zadowoleniem powiedział gnom. – Dobrze mnie zrozumiałeś, zuch z ciebie. Teraz obluzuj kamień i pracuj dalej w podobny sposób.

Z trudem wyciągnąwszy kilof, zacząłem uderzać w kamienny stos raz za razem. Pierwszych trzydzieści uderzeń poszło łatwo. Jestem górnikiem, prawdziwym wydobywcą! Teraz wyrobię dzienną normę wydobycia rudy, a cała reszta będzie już tylko moja. Będę oszczędzał pieniądze, zdobędę Szacunek i wyjdę na wolność z pełnymi rękami! Następne trzydzieści uderzeń było trudniejsze, ale wciąż czułem się górnikiem. Moje plany na wzbogacenie się machały już jednak na pożegnanie białą chusteczką i gdzieś w czeluściach głowy zaczynały rozbrzmiewać pierwsze takty Marsza żałobnego.

Po kilkuset uderzeniach udało mi się odkuć kilka kamieni i zrozumiałem, że pieniędzy na rudzie nie zarobię. Stos jak stał, tak stał. A jeśli to, co mówi gnom, jest prawdą, to do pełnego zwycięstwa muszę wykonać jeszcze jakieś czterysta uderzeń. Tylko! Ręce drżały, ledwo trzymając kilof, pot zalewał oczy, nogi uginały się ze słabości, a pracy wciąż zostawało dużo. Natarczywe miganie jakiegoś komunikatu na peryferiach pola widzenia drażniło, dlatego wyświetliłem go w całości, żeby go przeczytać.

Jesteś zmęczony.Bieżący poziom Energii: 35 ze 100.Utracono: 4 Punkty Życia. Pozostało: 31 z 40.

Zamyśliłem się.

– Widzę, że jesteś zmęczony? – nagle zagaił gnom. – Tak, to normalne, zobacz, ile zrobiłeś. Masz, napij się. – Podał mi kielich z wodą.

Wygląd kielicha pozostawiał wiele do życzenia, był brudny, poplamiony, ale nie chcąc denerwować Rajna, wziąłem naczynie i ostrożne się z niego napiłem. Pociągnąłem zaledwie pierwszy łyk, a jakby mnie prądem poraziło: woda orzeźwiała, chłodziła i pojawiała się po niej chęć życia. Wychyliłem cały kielich praktycznie od razu, ze zdziwieniem zauważając, że zwyczajna woda może dawać taką rozkosz. Wcześniej, żeby osiągnąć taki efekt, stosowałem specjalne eliksiry, które kosztowały bajońskie sumy. A tu zwykła woda… W bonusie pojawił się komunikat:

Odzyskałeś Punkty Życia. Pozostało: 40 z 40. Odbudowałeś poziom Energii. Pozostało: 100 ze 100.

Pracowałem dalej w taki właśnie sposób: naprzemiennie wymachując kilofem i pijąc wodę. Po trzech godzinach pracy stos rozsypał się, a na ziemi zostało kilka niewielkich kamieni mieniących się czerwienią. Oto ona – Ruda Miedzi.

– Nareszcie – wymamrotał gnom. – Myślałem już, że tu usnę. Oto i twoja ruda. Tutaj, jak widzisz, masz pięć kawałków, czyli połowę twojej dziennej normy. Im więcej będziesz wydobywał, tym szybciej wyrobisz w sobie odpowiednie umiejętności i mniej czasu będziesz tracić na jedną Żyłę. To co? Od teraz jesteś oficjalnym poszukiwaczem rudy i już wiesz, jakiego nakładu pracy wymaga Żyła. Ta wiedza ci się przyda. Masz tu worek, żebyś mógł gdzieś chować to, co wydobędziesz. Worek może nie jest zbyt duży, ale na początkowy etap wystarczy.

Przed oczami błyskawicznie pojawił się komunikat:

Zdobywasz specjalizację „Górnictwo”. Obecny poziom: 1. Otrzymujesz przedmiot: Mały Worek Górnika. (8 przegródek. Pozostało wolnych: 8). Uwaga! Zdobycie Osiągnięć w lokalizacji Kopalnia Miedzi „Pryka” jest niemożliwe.

Zarzuciliśmy worki na plecy i zjechaliśmy do odkrywki. Rajn pokazał mi kwadrat, na którym od jutra miałem pracować. Wreszcie mogłem zobaczyć samą kopalnię, której nie przykrywała zasłona dymu. W płocie pomiędzy barakami znajdowało się kilka przejść prowadzących ku odcinkom poszczególnych więźniów. Całe terytorium zostało podzielone na około dwudziestometrowe kwadraty, do których można było wejść tylko z jednej strony. Pozostałe ściany usypano z kamieni na wysokość około półtora metra, dlatego próba dostania się do kwadratów z pozostałych stron nie była taka prosta. Pomiędzy kwadratami wytyczono ścieżki, którymi nieśpiesznie przechadzali się nadzorcy. Jak dowiedziałem się później, dostęp do kwadratów mieli wyłącznie ich właściciele oraz ci, którym zezwolono tam przebywać – wszystkich pozostałych po prostu tam nie wpuszczano. Zmierzając w kierunku mojego rewiru, przechodziliśmy obok pracujących więźniów, którzy rzucali mi oceniające spojrzenia; z zaskoczeniem zauważyłem, że w tych spojrzeniach nie było ani wrogości, ani agresji. To dziwne, przecież zwykle więźniowie tak się nie zachowują. Coś tu jest nie tak. Zanotowałem na przyszłość: trzeba to rozszyfrować. Mój odcinek był praktycznie na samym końcu kopalni, za to znajdowało się na nim całe dwadzieścia Żył Miedzi. Ciekawe, to dużo czy mało?

– Tutaj będziesz pracował – powiedział gnom. – Dwadzieścia Żył wystarczy ci na długo. Żyły odnawiają się każdego dnia, więc masz zagwarantowaną pracę na najbliższy rok. Woda jest o, tam – Rajn wskazał jakiś punkt pośrodku kopalni – sąsiedzi nie będą przeszkadzać, wszyscy są tu spokojni. Chyba powiedziałem ci wszystko, co potrzebujesz wiedzieć, żeby pracować. Jeśli masz jakieś wątpliwości, to pytaj, mogłem o czymś zapomnieć.

Nie miałem ochoty na zadawanie pytań dotyczących wydobycia rudy – dowiem się wszystkiego podczas pracy – ale chyba należało o coś zapytać? O, zapytam go o swoją profesję. Umiejętności Jubilera jak na razie były dla mnie niedostępne – potrzebowałem nauczyciela, który je uaktywni i wyjaśni mi, co i jak powinienem robić; ale skąd go wziąć w kopalni? Może gnom podpowie?

– Szanowny Mistrzu Rajn – zacząłem, starając się, aby mój głos brzmiał z jak największym szacunkiem i poważaniem – z przydziału otrzymałem profesję Jubiler, dlatego chciałbym uściślić: czy mamy w kopalni kogoś, kto może mnie nauczyć mojej specjalności, żeby się nie zmarnowała?

– Jubiler, powiadasz? – uśmiechnął się gnom. – Tu, u nas, pracują sami rzemieślnicy: jest Malarz, Rzeźbiarz, Szklarz, nawet Snycerz. Ale Jubilera jeszcze nie było. Widziałeś już norę naszego naczelnika, prawda? To lokalni więźniowie tak ją ozdobili. Co zaś tyczy się ciebie, to nawet ja mogę cię nauczyć podstawowych umiejętności Jubilera, ale na razie o tym zapomnij. Bezpłatnie nie będę cię uczył, a pieniędzy jak na razie nie masz. Jak będziesz regularnie zarabiał na sprzedaży rudy, to porozmawiamy. À propos, rudę skupuję po cenie dziesięciu Miedzianych Monet za jednostkę; żeby nauczyć się najtańszego przepisu jubilera, potrzeba dziesięciu Srebrnych. Umiesz liczyć? I nie zapomnij: żeby nauczyć się profesji Jubilera, trzeba go jeszcze aktywować, a to dodatkowo dwadzieścia Srebrnych Monet. Narzędzia dla Jubilera są drogie: jedna Złota Moneta. Teraz możesz się zastanawiać, kiedy będziesz mógł rozwinąć w sobie Jubilera. A na razie będę się zbierał; i tak już straciłem na ciebie dużo czasu. Nie musisz dzisiaj jeść, więc radzę ci należycie odpocząć. Przez najbliższe osiem lat nie będziesz miał kiedy odpocząć. I nie zaśpij rano, ponieważ jedzenie jest u nas wydawane tylko przez dwie godziny od sygnału.

Sygnału?

ROZDZIAŁ 3

KOPALNIA „PRYKA”. DZIEŃ PIERWSZY

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 4

KOPALNIA „PRYKA”. TYDZIEŃ PIERWSZY

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 5

KOPALNIA „PRYKA”. PIERWSZE MIESIĄCE. CZĘŚĆ 1

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 6

KOPALNIA „PRYKA”. PIERWSZE MIESIĄCE. CZĘŚĆ 2

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 7

KOPALNIA „PRYKA”. PIERWSZE MIESIĄCE. CZĘŚĆ 3

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 8

KOPALNIA „PRYKA”. PIERWSZE MIESIĄCE. CZĘŚĆ 4

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 9

KOPALNIA „DOLMA”. CZĘŚĆ 1

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 10

KOPALNIA „DOLMA”. CZĘŚĆ 2

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 11

PODZIEMIE

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 12

POWRÓT

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

O AUTORZE

Rozdział dostępny w wersji pełnej.